1. Niczym bezpański pies
Angelika K. każdy list do mnie zaczynała od słów: "Raport z krainy
ubóstwa". Drobnym, ładnym pismem przez kilka lat relacjonowała mi swoje
życie i przemyślenia o nim. Zapisywała po kilka stron A4 i wysyłała
regularnie do redakcji magazynu "Reporter".
Angelika bardzo lubi pisać. "Kiedyś chciałam zostać zakonnicą lub
nauczycielką, a najbardziej dziennikarką, gdybym miała pieniądze,
założyłabym własną gazetę i nazwała ją "Niechciane Sprawy"" - zwierzała
się ze swoich niespełnionych marzeń. Rzadko jej odpisywałem. Jeśli już,
to bardzo lakonicznie, w kilku zdaniach. Zresztą odzwyczaiłem się od
pisania listów na papierze, ciężko też mi się je czyta. Angelika nigdy
jednak nie wysyłała maili. Nie miała komputera ani smartfonu. Gdy kupiła
sobie najprostszy telefon, oznajmiła mi o tym entuzjastycznie. "Kupiłam
za własne pieniądze telefon, swój, dla siebie! Mam nadzieję, że będzie
mi służyć długo. Proszę dzwonić. Jako ciężarna siedzę teraz głównie w domu" - przy okazji powiadomiła mnie, że spodziewa się dziecka.
Nie zadzwoniłem, nie odpisałem. To jej jednak nie zraziło. Do redakcji
przychodziły kolejne listy z "krainy ubóstwa".
Ta - praktycznie jednostronna - korespondencja zaczęła się od sprawy
Iwony Wieczorek, którą Angelika śledziła głównie na łamach "Reportera".
Pewnego dnia napisała do mnie, że widziała zaginioną gdańszczankę w jednym z warszawskich marketów budowlanych, w którym pracowała jako
kasjerka.
Do tego mało prawdopodobnego zdarzenia wracała w niemal każdym liście:
"Iwona to praktycznie moja rówieśniczka i bardzo mi jej szkoda" -
podkreślała.
Nie wiedziałem jeszcze wówczas, że Angelika ma poważne problemy z prawem. Tak było do dnia, gdy zapytała mnie w jednym ze swoich długich
listów: "Ciekawa jestem, czy pan chciałby być współodpowiedzialny za
przestępstwo? Bo ja nie, ale i tak mam do czynienia z wymiarem
sprawiedliwości. Przez swoją głupotę, przez bezwzględnych ludzi, którzy
wrobili mnie w przywłaszczenie dużych pieniędzy. Byłam głupia i zafascynowana nimi, a teraz prokurator żąda dla mnie pięciu lat
więzienia (...)".
Przyznam, że nie zareagowałem na tę informację. Dopiero kilka tygodni
później postanowiłem bliżej przyjrzeć się sprawie Angeliki. Wtedy, gdy
napisała do mnie po raz kolejny. "To mój ostatni list do Pana, gdyż od
17 stycznia będę odbywała karę pozbawienia wolności na okres jednego
roku, a pewnie i dłużej (...)" - zakomunikowała.
Zdecydowałem się odwiedzić Angelikę w jej mieszkaniu na warszawskiej
Woli. Szczerze się ucieszyła, gdy powiedziałem jej o tym w rozmowie
telefonicznej. - Będę czekać na pana, już się biorę za sprzątanie -
oznajmiła radośnie.
Gdy dwa dni później zapukałem do mieszkania na poddaszu czteropiętrowego
bloku, otworzyła mi drobna szatynka. Dzięki jej listom miałem wrażenie,
że znamy się od lat. Odkryła się przede mną także w trakcie rozmowy.
- Niedawno pani rodziła. Co z dzieckiem? - rozejrzałem się po skromnie
urządzonym mieszkanku w poszukiwaniu dziecięcego łóżeczka. To było
właściwie jedno pomieszczenie, bez korytarza i kuchni, jedynie z maleńką
łazienką. Nigdzie nie dostrzegłem czegokolwiek, co mogłoby świadczyć, że
w tym miejscu przebywa dziecko.
- Zostawiłam córkę w szpitalu, oddałam ją - Angelika mówi przez łzy. -
Nie chciałam, aby miała takie życie jak moje. Co ja jej mogłam
zaoferować? Niech pan tylko popatrzy, ja tu jej nawet biurka nie
miałabym gdzie wstawić, jakby poszła do szkoły - kobieta stara się
usprawiedliwiać swój czyn. Nie oceniam jej, staram się zrozumieć.
- Zresztą teraz trafię do więzienia, to z kim bym ją zostawiła? Nie mam
żadnej bliskiej rodziny. Miałam wujka w Górze Kalwarii, kochałam go, ale
niedawno umarł. Nie miałam nawet pieniędzy na bilet, aby pojechać na
pogrzeb.
- Nie pracuje już pani jako kasjerka?
- Po ciąży mnie zwolnili, trochę ulotki roznosiłam, sprzątałam. Ale
teraz nie mam żadnej pracy.
- Pani rodzice nie żyją?
- Nie miałam kontaktu z mamą, a ojca na oczy nie widziałam. Podobno
został zamordowany gdzieś w górach. Wychowywałam się w rodzinie
zastępczej, a potem trafiłam na bruk. Nie miałam z czego żyć. Mogłam
zostać prostytutką, ale to nie jest dla mnie zajęcie, aby rozkładać nogi
przed każdym, kto za to zapłaci. Poza tym jestem katoliczką i się tego
nie wstydzę. Wstydzę się innych rzeczy. Różnie mi się w życiu układało.
Niestety zwykle źle. Mieszkałam przez jakiś czas w schronisku z bezdomnymi. Jednak jakoś dałam sobie radę, znalazłam pracę w markecie i to mieszkanie dostałam z dzielnicy. Pracowałam i zarabiałam na siebie,
nieraz po dziesięć godzin dziennie tyrałam. Rodziny nigdy nie miałam,
przyjaciół też. Znajome dziewczyny mają mężów i bawią dzieci w domach.
Co im po przyjaźni z kimś takim jak ja.
- Ojciec dziecka nie pomaga pani?
- On teraz sam potrzebuje pomocy, najbardziej Bożej - mówi tajemniczo
Angelika.
- Jest chory? - pytam niepewnie.
- Siedzi. Dostał dożywocie.
- Co takiego zrobił?
- Zabił człowieka i odciął mu głowę. Przyszedł z nią tu, do mnie. Stał w drzwiach, a na podłogę ciekła jeszcze krew. Zaczęłam krzyczeć, drzeć się
wprost. Zbiegli się sąsiedzi, przyjechała policja i zabrała Marka.
Więcej go już nie widziałam i nie chcę oglądać. On jest niebezpieczny i bardzo zazdrosny o mnie.
- Nie tęskni pani za córką?
- Bardzo, ale tak dla niej jest lepiej. Dobrze, że nie będzie wiedziała,
kim są jej ojciec i matka. Modlę się codziennie, aby miała szczęśliwe
życie, a gdy jest mi bardzo smutno, patrzę na jej zdjęcie - Angelika
podaje mi telefon z fotografią uśmiechniętego niemowlęcia.
- Córka podobna jest do pani - mówię i widzę, że ta grzecznościowa
formułka ucieszyła ją. Choć trudno być pewnym, czy dziecko nie
odziedziczyło genów po ojcu mordercy. A matka też chyba nie jest bez
skazy? - pytam siebie w myślach, a głośno mówię: - Dlaczego ma pani
trafić do więzienia?
- Gdyby mi kiedyś ktoś powiedział, że pójdę na coś takiego, tobym go
wyśmiała. Wcześniej mój znajomy dał się zrobić na podobny numer. To jest
bezdomny, na którego wzięli pięćdziesiąt tysięcy złotych kredytu. Ma
ksywę "Skarpeta", bo mu nieznośnie wali z butów. Gdy on mi o tym
opowiedział, to go wyśmiałam, a potem spisałam jego historię. Niech pan
przeczyta - Angelika podsuwa mi kartkę papieru zapisaną znajomym pismem.
"Normalnie nie mieliśmy wtedy za co się nachlać, a oni chodzili pod
noclegownią i pytali, czy ktoś nie chce zarobić tysiąc złotych.
Powiedzieli, że wystarczy pójść do banku i podpisać umowę. A ja na to,
że chętnie tam pójdę, ale nie mam dowodu. To dali mi pieniądze na dowód
oraz komórkę z kartą i doładowaniem. Dostałem też nowe ciuchy i perfumy.
W banku tylko podpisałem się na umowie i wyszedłem. Tyle było roboty za
tysiączka. A potem mnie zamknęli, ale wcześniej to ostro piliśmy przez
tydzień. Na sprawie nic o nich nie mówiłem, bo mi obiecali, że jak
wyjdę, to wynajmą mi mieszkanie, dadzą pracę i trochę grosza na życie.
Ale zapomnieli o mnie" - kończy się historia "Skarpety".
- Dziwię się, że w tym banku nie skapowali się, jak "Skarpeta" żyje.
Może ich to nie obchodzi? - zastanawia się Angelika.
- Pani też dała się w coś takiego wciągnąć?
- Tak, tylko na znacznie większą kwotę i to byli inni ludzie. Wzięłam
dla nich z banku pół miliona - przyznaje kobieta.
- I w banku nie zorientowali się, jak pani żyje? - pytam nieco kąśliwie.
- To było dobrze przygotowane. Wpakował mnie w to Daniel Z. pseudonim
Simon. Poznałam go kiedyś u mojej dalszej rodziny na wsi. To złodziej i spec od manipulowania ludźmi. Podaje się za maklera, ale tak naprawdę to
bezrobotny syn rolnika z Mazur. Opowiadał, że będzie budować hotel nad
jeziorem, ja w to uwierzyłam, bo to przystojniak jest - widzę, że mimo
złego doświadczenia z "Simonem" oczy Angeliki błyszczą na wspomnienie o nim.
Daniel Z. miał następujący biznesplan: - Ja cię, Angelika, zatrudnię,
dostaniesz na papierze dużą pensję, taką, aby wziąć pół bańki kredytu.
Nam nie dadzą, a potrzebny jest hajs na inwestycję z hotelem. Zabrakło
nam nieco środków. Zatem weźmiesz kredyt, a my go spłacimy - deklarował.
- Wiele z tego nie miałam, ale cieszyłam się, że mogę im pomóc. Może
dzięki nim zdobędę lepszą pracę - tak sobie myślałam. - Gdybym dostała
pieniążki, to mogłabym zapisać się na kurs komputerowy, o którym zawsze
marzyłam, a co za tym idzie, mogłabym zdobyć dobrą pracę. Kupiłabym
sobie dobre ubrania i czuła się lepiej. Na pewno kupiłabym też lepsze
meble.
Angelika na początku dostawała obiecane kwoty i cieszyła się, że
wszystko układa się po jej myśli. Raty też były wpłacane terminowo, więc
nie martwiła się kredytem. Jednak mijały kolejne miesiące, a wpłat nie
było. Po pewnym czasie zaczęły przychodzić ponaglenia, a potem wezwania
komornicze. W końcu Angelika poszła na komendę na Wilczą zgłosić, że
została oszukana.
- Sama pani podpisała umowę, to do kogo ma pani teraz pretensje? - pytał
policjant.
Biznesmeni tymczasem zniknęli, a ich firma przestała istnieć. Natomiast
Angelika dostała wyrok.
- Policja nie kiwnęła palcem, aby zatrzymać tych oszustów. Mimo że
pokazałam ich zdjęcia w policyjnej bazie. Straciłam wiele, teraz tonę w długach, czeka mnie na dodatek więzienie. Niemal uwierzyłam w to, że to
jest tylko moja wina - dodaje zrezygnowana.
- Nie wiedziała pani, co robi? - pytał ją drwiąco prokurator.
- Nie, chyba nie - dukała niepewnie. - Przecież wyglądali elegancko, na
poziomie, byli pachnący i w markowych ubraniach.
- Bo gdyby byli obdarci, to pani by im nie uwierzyła - podniesionym
głosem zauważył prokurator. - Jakie pani ma wykształcenie?
- Skończyłam podstawówkę, gimnazjum i dwie klasy liceum - odpowiedziała
Angelika śledczemu, a mnie tłumaczy swoje braki w wykształceniu: - To
wszystko przez narkotyki, które brałam jako nastolatka, i przez trudną
sytuację w domu. Wychowywałam się w rodzinie zastępczej, to było
ekstremalne przeżycie. Nikt się mną nie interesował, dali jeść i to
wszystko. Może są rodziny, które potrafią upilnować dzieci. Mnie nikt
nie pilnował.
Gdy się spotkaliśmy, Angelika K. miała jeszcze nadzieję, że uda się
zamienić wyrok pozbawienia wolności na dozór elektroniczny i nie będzie
musiała iść do więzienia. Jednak sąd nie wyraził na to zgody.
"Po tej całej sytuacji z kredytem czuję się jak bezpański pies. No co ma
zrobić bezdomny, głodny pies wyrzucony przez kogoś na ulicę, jeśli
człowiek rzuca mu kawał mięsa? Potem jeszcze zaprasza do domu, przed
kominek, może nawet wykąpie i wyczesze. Pewnie miłości nie da, ale
zawsze jest jakaś nadzieja. A potem, gdy gra się skończy, znowu wyrzuca
psa na ulicę. Tak też było ze mną" - napisała do mnie Angelika w jednym
z listów, jeszcze z wolności.
Przez długi czas nie było od niej korespondencji. Wiedziałem, że jest w więzieniu, bo od kilku tygodni przygotowywała się psychicznie do
odsiadki. W końcu przyszedł list z aresztu śledczego na Grochowie w Warszawie.
Mimo że Angelika pisała zza krat, to dało się wyczuć pewien optymizm:
"Jestem już w więzieniu. Siedzę w przejściowej celi z fajną koleżanką.
Ona za dwa tygodnie wychodzi, niech pan do niej zadzwoni (numer jest na
końcu listu), to Basia opowie panu więcej. Ja być może wyjdę w listopadzie. Boję się, że nie będę miała gdzie wracać, że mi mieszkanie
okradną, bo tam nie ma nawet dobrego zamka. Mam nadzieję, że dam sobie
tu radę. Gdy tylko wyjdę na wolność, to odezwę się do pana (...)".
Zadzwoniłem pod wskazany przez Angelikę numer. Kobieta, która odebrała
telefon, niewiele miała do powiedzenia o jej sytuacji w areszcie na
Grochowie. - Najlepiej, jak jej pan wyśle jakieś pieniądze, bo ona tam
bez grosza jest - podpowiedziała. Za jej radą zrobiłem przelew i szukałem gdzie indziej informacji o grochowskim areszcie.
- Czy spokojna, pierwszy raz karana dziewczyna poradzi sobie? -
zapytałem Elwirę, która spędziła tam kilka lat.
- Jak spokojna, to tragedię będzie miała. Tam coraz więcej psychicznych
dziewuch siedzi, dzieciobójczynie, ćpunki z Pragi. To mogą ją tam
zeżreć. Szkoda dziewczyny, tam jest masa skakańców, szczególnie
szurniętych heroinistek - nie pocieszyła mnie Elwira, która zwróciła
uwagę, że w grochowskim areszcie szokująca jest liczba dzieciobójczyń.
- Tam jest ich wyjątkowo dużo. Siedzi tam chociażby Magda M., ta od
zabójstwa dwójki dzieci i ich matki z ulicy Stalowej w Warszawie.
Dostała za to dożywocie. Jest też Monika G., która roztrzaskała o drzewo
dwuletniego synka i skazali ją na dwanaście lat. Na Grochowie siedzi też
Lucyna, która zamroziła noworodki. Była tam Wiesława P., to ta, co
zabiła i zakopała półtoraroczne dziecko, handlowała też dziećmi. Skazali
ją za to wszystko na piętnaście lat. Ona była kochanką szefa kuchni. Te
wszystkie okrutne baby są tam zatrudnione do pomocy oddziałowym. -
Elwira wprowadza mnie w świat aresztu na warszawskim Grochowie. Wówczas
nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że wkrótce poznam wiele kobiet z tego
aresztu.
Wtedy czekałem na jakiś znak życia od Angeliki K. Nie doczekałem się go
jednak do zakończenia pisania tej książki. Niewykluczone, że mój przelew
jej zaszkodził. Niebawem bowiem jakiekolwiek kontakty ze mną stały się
niemile widziane przez administrację aresztu śledczego na Grochowie.
2. Seks, przemoc, korupcja
Wiosną 2021 roku zgłosiło się do mnie kilka kobiet, twierdząc, że w areszcie śledczym na Grochowie w Warszawie dzieje się bardzo źle. Miało
tam między innymi dochodzić do wykorzystywania seksualnego osadzonych
kobiet przez personel więzienny. Jak wkrótce ustaliłem, organizowano
także schadzki dla skazanych kobiet i mężczyzn. Według moich rozmówców w tym areszcie kwitł handel narkotykami, alkoholem, telefonami komórkowymi
i wszystkim, na co tylko był popyt. Zdaniem moich informatorów mogło też
dochodzić do milionowych defraudacji. W tym procederze mieli brać udział
skorumpowani strażnicy więzienni.
Afera w warszawskim areszcie została przeze mnie ujawniona w magazynie
"Reporter". Moje ówczesne ustalenia w znacznej części potwierdziła
prokuratura i dyrektor Okręgowego Inspektoratu Służby Więziennej w Warszawie, który zadecydował o wszczęciu postępowania dyscyplinarnego
wobec siedmiu funkcjonariuszy z aresztu na Grochowie. Jak ustaliłem, 10
lutego 2021 roku zwolniono ze służby Roberta T., a dwa dni później Olgę
R. - oboje byli kierownikami magazynu depozytowego w areszcie śledczym
Grochów. To głównie tam, chociaż nie tylko, miało dochodzić do łamania
prawa.
Ale to dopiero ułamek tej skandalicznej historii. O patologiach, do
jakich dochodziło w tej placówce penitencjarnej, opowiedziały mi
pokrzywdzone kobiety.
- To nie jest pierwsza taka afera w tym miejscu. Dyrektor o wszystkim
wiedział. Nic z tym nie robili. Dużo ofiar skontaktuje się z panem -
twierdziła jedna z osadzonych. Nie pomyliła się. Gdy tylko zająłem się
tą sprawą, niemal masowo zaczęły zgłaszać się do mnie kobiety, które
twierdzą, że zostały pokrzywdzone w areszcie na warszawskim Grochowie,
przez więźniów nazywanym "Kamczatką".
- Dowiedziałam się o przypadkach pobicia, o molestowaniu,
wykorzystywaniu seksualnym dziewczyn - opowiada mi Elżbieta K., która
przed laty także odbywała wyrok w grochowskim areszcie, a dziś pomaga
pokrzywdzonym kobietom. - W piątki na workowni magazynu depozytowego, w miejscu gdzie nie ma kamer, odbywały się intymne spotkania. To były
schadzki akceptowane i organizowane przez funkcjonariuszy. Zaczęły się
pojawiać też inne sprawy, między innymi dostęp dla wybranych do
telefonów, dostarczanie niedozwolonych przedmiotów, narkotyków, przepływ
poufnych informacji i wiele innych. Najgorsza jednak była przemoc, w tym
seksualna - dodaje K.
Jak słyszę, notorycznie naruszana była godność skazanych kobiet.
- Funkcjonariusze często molestowali, romansowali i naruszali
nietykalność osobistą osadzonych. Warte opisania są też rewizje osobiste
kobiet. Mocno inwazyjne i upokarzające: oględziny jamy ustnej, narządów
płciowych, polecenia pochylania się, przykucania w celu sprawdzenia
odbytu. Kontroli osobistych dokonują funkcjonariuszki o homoseksualnej
orientacji wyglądające i zachowujące się niczym mężczyźni - twierdzi
Elżbieta K.
Od skazanych kobiet dowiaduję się, że przypadki przemocy, korupcji oraz
molestowania były przez nie zgłaszane do dyrektora aresztu. Jak na nie
reagował? Decyzją dyrektora, 21 grudnia 2020 roku, dziewięć
pokrzywdzonych kobiet wywieziono do jednostek karnych oddalonych od
Warszawy o trzysta-sześćset kilometrów. Między innymi Aneta P. została
przetransportowana do Zakładu Karnego w Goleniowie, zaś Anna W. i Agnieszka P. trafiły do Grudziądza. Po świętach Bożego Narodzenia 2020
roku kolejne osadzone rozwieziono po zakładach karnych w Polsce.
- Wtedy dyrektor miał powiedzieć, że na Grochowie nie ma żadnych
problemów, bo nie ma już tam ofiar - komentuje jedna z moich rozmówczyń.
- Powywozili te dziewczyny, które miały coś do powiedzenia i chciały
mówić więcej.
Problemy jednak są, czego nie krył pułkownik Zbigniew Brzostek, dyrektor
Okręgowego Inspektoratu Służby Więziennej w Warszawie, którego
zapytałem, jakie są ustalenia w sprawie nieprawidłowości dotyczących
funkcjonowania Aresztu Śledczego w Warszawie-Grochowie. "Zespół powołany
przez dyrektora Okręgowego Służby Więziennej w Warszawie, w toku
prowadzonych czynności wyjaśniających w areszcie śledczym w Warszawie-Grochowie, stwierdził nieprawidłowości w wykonywaniu
obowiązków służbowych przez funkcjonariuszy oraz nieprawidłowości w zakresie przyjętych w jednostce rozwiązań dotyczących nadzoru i kontroli
nad sposobem realizacji obowiązków służbowych. Powyższe ustalenia
doprowadziły do wszczęcia postępowań dyscyplinarnych wobec
funkcjonariuszy za nieprawidłowe wykonanie czynności służbowych, jak też
wobec kadry kierowniczej za wprowadzenie nieskutecznych rozwiązań
nadzorczo-kontrolnych nad sposobem realizacji przez funkcjonariuszy
obowiązków służbowych (...)" - odpowiedział pułkownik Brzostek.
Także prokuratura, choć lakonicznie, potwierdza, że w areszcie działo
się źle. "Postępowanie toczy się w sprawie o czyny z art. 231§1 kk i art. 207§1 kk. Aktualnie podjęto działania zmierzające do przesłuchania
pokrzywdzonych przebywających w różnych placówkach penitencjarnych, a także działania zmierzające do zabezpieczenia śladów i dowodów w tej
sprawie. Dotychczas nie przedstawiono nikomu zarzutów. (...) Na tym etapie
postępowania, z uwagi na zaplanowane czynności procesowe, a także
interes prywatny pokrzywdzonych, prokuratura nie udziela szerszych
informacji" - zastrzega Katarzyna Skrzeczkowska, rzeczniczka prasowa
Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga.
Anna W., która z Grochowa trafiła do Zakładu Karnego w Grudziądzu, 20
stycznia 2021 roku przesłała do prokuratury rejonowej Praga-Południe
zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Jest to bardzo obszerne pismo,
w którym kobieta wylicza dziesiątki przestępstw popełnianych za
więziennym murem aresztu na Grochowie. "Byłam zatrudniona w magazynie
depozytowym tamtejszej jednostki. Pracowała w nim Olga R., która była
kierowniczką magazynu depozytowego (...), zaobserwowałam, że stosunek Olgi
R. do osadzonych dziewczyn nie jest taki jak powinien być. Na porządku
dziennym było ubliżanie i wyzywanie osadzonych, stosowanie wobec nich
przemocy (...), a jej relacja z osadzoną Wiktorią P. była bardzo dziwna.
Odniosłam wrażenie, iż była ona przez panią Olgę zastraszona,
zmanipulowana, otumaniona i molestowana. Takie relacje pani Olga
nawiązywała zawsze z jakąś zatrudnioną tam osadzoną, a po wyjściu jednej
wybierała sobie kolejną ofiarę. Po wyjściu na wolność osadzonej Wiktorii
P. kolejną ofiarą pani Olgi stałam się ja. Od samego początku mojej
pracy była ona w stosunku do mnie agresywna. Rzucała we mnie
przedmiotami. Krzesło, na którym siedziałam, popychała. Poniżała mnie i groziła. Z czasem doszła jeszcze przemoc seksualna. Zaczęła się do mnie
przystawiać, siadała mi na kolanach, przytulała się do mnie, dotykała
mojego ciała. Była bardzo nachalna, chodziła za mną do łazienki, gdy
załatwiałam swoje potrzeby fizjologiczne. Wielokrotnie przewracała mnie
na podłogę, kładła się na mnie i obmacywała mnie. Oblewała mnie wodą,
tylko po to, abym musiała się przebrać. Musiałam robić to na jej oczach.
Jeżeli poszłam przebrać się do łazienki, to ona wchodziła za mną, stała
i przyglądała się, jak się przebieram. Z każdym kolejnym dniem było
coraz gorzej. Jej agresja i nachalność nasilały się. Przywiązywała mnie
do krzesła i robiła sobie ze mnie worek treningowy, uderzała mnie
pięścią po całym ciele i kopała nogą. Składała mi propozycje seksu, a gdy odmawiałam, wyzywała i uderzała mnie. Kilkakrotnie próbowała zmusić
mnie przemocą do seksu. Krępowała mi ręce taśmą klejącą i próbowała mnie
rozebrać. Ja się przed nią broniłam. Wtedy biła mnie wszystkim, co miała
pod ręką. Wszystkie zatrudnione tam osadzone były świadkami, jak Olga R.
znęcała się nade mną psychicznie, fizycznie i molestowała mnie. One
również były zastraszane, bite i wykorzystywane seksualnie. Moja gehenna
trwała przez półtora roku, w końcu pękłam, bo już nie dawałam sobie rady
z tym wszystkim, co spotkało mnie przez ten cały czas. Opowiedziałam o wszystkim, co się działo na magazynie, wychowawczyni, dyrektorowi
jednostki, a potem funkcjonariuszom z Centralnego Zarządu Służby
Więziennej (...)" - to tylko fragment opisu tego, co rzekomo działo się za
murami aresztu śledczego na Grochowie.
Podobnych relacji innych kobiet jest wiele. Wszystkie wskazują na
niewyobrażalną wprost patologię i deprawację osób odpowiedzialnych
między innymi za resocjalizację skazanych.
- To, że ktoś za popełnione przestępstwa odbywa karę w więzieniu, nie
znaczy, że powinien być dodatkowo karany przemocą. Niektóre osoby, które
pilnują więźniów, często mają na koncie większe przestępstwa. Oni
niekiedy powinni się pozamieniać miejscami - stwierdza Sandra, która
spędziła na "Kamczatce" cztery lata.
Jak słyszę, problemem w areszcie jest opieka medyczna. - Właściwie jej
nie ma - twierdzi Eryk, który kilka miesięcy temu opuścił areszt. - Do
lekarza bardzo trudno się dostać, tygodniami trzeba czekać, a i tak nic
nie pomoże.
- W tym areszcie łatwiej o narkotyki niż o leki - słyszę od kolejnej
osoby, która twierdzi, że gabinet lekarski służył także jako miejsce
schadzek. - Jedna z pielęgniarek została chyba za to zawieszona.
Dochodziło też do tragicznych sytuacji. O jednej z nich opowiada mi
Klaudia. - Asia, moja wspólniczka do sprawy, zmarła w areszcie śledczym,
bo nie miała żadnej pomocy medycznej. Asia nie wiedziała, że ma
tętniaka. Bardzo źle zaczęła wyglądać, strasznie schudła, skarżyła się
na bóle głowy. Cały czas prosiła o pomoc, o wykonanie badań, możliwość
spotkania się z lekarzem. Bez skutku. Pewnego dnia nie miała sił wstać z łóżka na apel poranny. Wygląda to tak, że gdy jest apel, to wszystkie
osadzone muszą wstać - tłumaczy Klaudia. - Nie może być tak, że któraś
dziewczyna leży lub śpi. Asia nie była w stanie wstać. "Aśka, nie
udawaj, kurwa, że się źle czujesz!" - wydarła się oddziałowa Monika.
Godzinę później Asia już nie żyła. Miała trzydzieści siedem lat.
Przebywająca w areszcie Wilga H. sama podcięła sobie gardło. - Nie była
lubiana przez dziewczyny, miała zły artykuł, molestowanie dzieci, i za
to ją dojeżdżały. Później wyszło, że to było pomówienie, że Wilga była
niewinna. Ale już po jej śmierci. Za życia nie miała żadnej pomocy,
nieciekawie miała w tym areszcie. Zgłaszała to wychowawcy, prosiła o zmianę celi, lecz trafiała jeszcze gorzej. Pewnego dnia rano po
śniadaniu podcięła sobie gardło - relacjonuje Klaudia. - Nie było żadnej
pielęgniarki, żadnego lekarza, żeby ją ratować. Ja byłam obok w celi z Moniką "Słowikową", ona przecież jest pielęgniarką. Chciała ratować
Wilgę, ale nikt jej nie pozwolił. Razem ze mną Monika waliła w klapę.
Zapytałem o to zdarzenie Monikę Banasiak, byłą żonę Andrzeja Z.
"Słowika", potwierdziła, że taki przypadek miał miejsce. Nie chciała
jednak wracać do tego tematu. - Tamten rozdział mojego życia zamknęłam
już na zawsze. Proszę mi wierzyć, że codziennie ratuję życie ludzkie na
dyżurach w szpitalu, bo jestem pielęgniarką.
Takich sytuacji w tym areszcie miało być więcej. Wrócę jeszcze do nich w tej książce. Jednak nie tylko ułomna opieka zdrowotna doskwiera
osadzonym na Grochowie kobietom.
- Wiele funkcjonariuszek jest homoseksualnych - twierdzi Sandra. -
Wykorzystują dziewczyny, które nie mają pomocy z zewnątrz, od rodziny.
Niektóre dziewuchy po wyjściu na wolność żyją razem z funkcjonariuszkami. Nie jest tajemnicą, że kilka byłych skazanych
mieszkało z kierowniczką magazynu depozytowego. One pracowały podczas
odbywania kary w magazynie. Taki romans zwykle zaczynał się już podczas
odbywania kary - wyjaśnia Sandra.
Według moich rozmówczyń grochowski areszt wręcz kipiał od seksu.
- Oni tam prowadzali się z akcesoriami BDSM - mówi o funkcjonariuszach
Elżbieta K. - Jest nawet taki filmik, na którym strażnik prowadzi po
korytarzu na smyczy i w obroży skazaną Monikę S. i okłada ją pejczem.
"Prokuratura w tej sprawie nie dysponuje żadnymi nagraniami audio-wideo"
- zapewnia mnie prokurator Skrzeczkowska.
- Te filmiki widzieli ludzie z inspektoratu więziennictwa. Inspektorat
okręgowy ma te nagrania - przekonuje K. - Widocznie nie przekazał ich
prokuraturze.
Jednak pułkownik Brzostek krótko ucina temat. "Okręgowy Inspektorat
Służby Więziennej w Warszawie nie posiada informacji w wyżej wymienionym
zakresie, informujemy, iż nie są znane takie fakty".
Mimo to Monika S., która miała być prowadzona na smyczy, potwierdza w rozmowie ze mną, że taka sytuacja miała miejsce. Kobieta była tam
regularnie bita, poniżana i zastraszana. - To, co tam przeżyłam, było
niewyobrażalną gehenną. W tym areszcie działo się źle - kontynuuje
Elżbieta K. - Oni tam oblewali się specjalnie wodą, żeby się rozbierać,
przebierać. Tam była ogólna zabawa, rozprężenie. W gabinecie
pielęgniarek robili sobie schadzki, a tam przecież były kamery. Nic ich
nie krępowało. Otwierali cele i normalnie imprezy urządzali. Jest też
pewien adwokat, któremu dziewczyny płacą seksem za usługi prawnicze. One
się wprost tłuką o niego, bo sporo może załatwić, choćby przerwę w wykonywaniu kary, ma układy w Służbie Więziennej.
- Pamiętam tego adwokata - mówi Sandra, która spędziła na Grochowie
półtora roku. - On miał jakieś dziwne pomysły z meldowaniem jednych
ludzi u innych. Gdyż tam dostawali jakieś wokandy czy inne wezwania. Czy
on brał udział w tej seksaferze, to ja tego nie wiem. Widziałam jego
nagie zdjęcie z jedną z osadzonych dziewczyn, to ona mu je zrobiła. Są
też zdjęcia Olgi R. z jej kochanką, byłą osadzoną. Jest na nim
rozebrana. Dyrektor też dostał te zdjęcia, bo nam zależało, żeby on
wiedział, co się działo, i że będziemy te dziewczyny ratować - tłumaczy
i wysyła mi fotografie mailem.
Karina opuściła areszt na Grochowie przed rokiem, ale ma sporo złych
wspomnień związanych z tym miejscem. - Z tego, co pamiętam, dziewczyny
miały kontakty seksualne bardziej z męską obsługą. Ja nie wiem, czy
pieniądze brały, tego nie mogę panu powiedzieć. Wiem tylko, że one się
dymały. Tam było też pośrednictwo seksualne. Osadzeni mężczyźni byli
przyprowadzani z części męskiej na damską. Teraz poleciały za to
niektóre osoby. Mówią, że pielęgniarka, która brała w tym udział, też
została zwolniona. Olga R. również ma o to zarzuty. Wiele osób brało w tym udział, także funkcjonariusze.
- Oni też wykorzystywali osadzone kobiety?
- Jasne. Nigdy nie brakowało chętnych dziewuch.
- Co miały w zamian?
- Tabliczkę czekolady, papierosy albo dłuższą rozmowę telefoniczną -
wylicza Karina.
Jednak dla większości osadzonych seks z personelem więziennym był drogą
do zdobycia lepszej pozycji. - One dostawały nie tylko pieniądze czy
prezenty - wyjaśnia Klaudia, która po kilku latach odsiadki w styczniu
2021 roku opuściła areszt na Grochowie. - W grę wchodziły też wnioski
nagrodowe, awansowanie na podgrupy wyżej, na przykład z "zamka"
[oddział zamknięty - przyp. aut.] na "półotworek" [oddział półotwarty
- przyp. aut.], a potem na "otworek" [oddział otwarty - przyp. aut.].
Dostawały też przepustki, miały pracę na wolności. Generalnie chodziło o to, żeby mieć lepiej.
Niektórzy funkcjonariusze Służby Więziennej rzekomo mieli ułatwiać
kontakty seksualne pomiędzy osadzonymi kobietami i mężczyznami.
- Nasz oddział był połączony z oddziałem męskim łącznikiem i tam
dochodziło do schadzek. Oczywiście za zgodą i przy wsparciu oddziałowych
- dodaje Klaudia. - Jeśli któraś z oddziałowych chciała działać zgodnie
z regulaminem i tępiła patologię, to zwykle wokół niej wywoływane były
jakieś afery i taką osobę kompromitowano i degradowano, bo była
niewygodna, niepewna. Mogła zaszkodzić układom funkcjonującym w areszcie.
Niszczono także oporne osadzone, które nie chciały płynąć z patologicznym prądem. One musiały liczyć się z problemami. - Na tym
polega resocjalizacja, żeby kogoś złamać - nie ma złudzeń Elżbieta K. -
Jest coś za coś. Jak gra w dobrego i złego policjanta. To po części też
wina dziewczyn, że się na to zgadzają. Tam jest jedna wielka presja -
"graj z nami, to przetrwasz". Większość nie ma pomocy albo znikomą. Nie
ma wsparcia z zewnątrz, to łatwiej ulegają patologicznym układom.
Jednak nie wszystkie, są też takie osadzone, które starają się trzymać
swoich zasad, zachować godność. Te jednak nie mają na "Kamczatce"
łatwego życia.
- Niektórym dziewczynom podrzucano nawet narkotyki, za co dostawały
kolejne wyroki. Były takie osadzone, które współpracowały z oddziałowymi, aby zgnębić niepokorne dziewczyny - objaśnia Sandra. - Te
oddziałowe wyglądają często jak mężczyźni i popierają dziewczyny, które
są podatne na ich wpływy.
Klaudia i jej koleżanka Lidia takie nie były. Spotkała je za to kara.
Zostały ukarane za rzekome znalezienie w ich rzeczach telefonów, których
nikt nigdy im nie pokazał.
- Spotkała nas kara, bo nie chciałyśmy pogodzić się z panującą tam
korupcją - twierdzi Lidia.
- W efekcie obie za nic trafiłyśmy do izolatek i to na męskich
oddziałach - dodaje Klaudia. - Tam nie ma żadnej intymności, nawet
podczas mycia czy załatwiania potrzeb fizjologicznych. Każdy z korytarza
może cię obserwować przez wizjer.
Do historii Lidii i Klaudii wrócę w kolejnych rozdziałach.
Aneta P., którą w grudniu 2020 roku wywieziono do Goleniowa, złożyła
oficjalne zeznania na temat intymnych relacji Olgi R. z osadzonymi
kobietami. W rozmowie ze mną stwierdza: - Potwierdziłam to, co tam się
działo. Zeznałam o relacjach między osadzonymi i tą kierowniczką
magazynu. Te relacje były za bliskie.
Natomiast Anna W. przyznaje mi się do uprawiania seksu za więziennymi
murami. - Tam, na tym magazynie, były takie schadzki z osadzonymi
facetami. Organizowała je Olga i kwatermistrzowie. Niekoniecznie z dobrego serca. Olga wiadomo, czego od nas wymagała, a kwatermistrzowie
oczekiwali, że będziemy za nich całą robotę odwalać. Nic nie musieli
robić, a my robiłyśmy wszystko za nich. W zamian pozwalali spotykać się
z mężczyznami.
- Pani też się spotykała?
- Tak, zdarzało mi się korzystać, nie powiem, że nie. Spotykałam się tam
z Mariuszem C. On także był skazanym.
- Olga nie była o panią zazdrosna?
- Ją to chyba nawet trochę rajcowało. Przyglądała się, co robimy, i była
zadowolona.
Potwierdza to Mariusz C., który trafił za kraty za udział w aferze
gruntowej łączonej z Andrzejem Lepperem. Obecnie odbywa karę w Inowrocławiu. - Na Grochowie w magazynie depozytowym dochodziło do
czynności seksualnych także między mną a Anią. To wszystko działo się za
przyzwoleniem Olgi, kierowniczki magazynu. Ona dokładnie wszystko
wiedziała. Tylko ja na początku nie wiedziałem, że ona będzie chciała to
wykorzystać i nakłoni Anię do jakichś stosunków seksualnych czy bycia z nią. Ona nas podglądała, to nie ulega żadnej wątpliwości. Ochrona od
dawna o tym wiedziała. Olgę ktoś musiał kryć - przekonuje mnie Mariusz
C.
Takich par jak Anna i Mariusz było więcej. Anna W. wylicza je w zawiadomieniu do prokuratora i opisuje też, jak funkcjonował więzienny
system schadzek. "Gdy nawiązałam znajomość z osadzonym Mariuszem C., od
początku naszej znajomości w rozwijaniu tej relacji wspierała nas pani
Olga. Zezwalała na doprowadzenie go co tydzień na magazyn depozytowy,
byśmy mogli się spotkać. Sama również wielokrotnie uczestniczyła w tych
naszych spotkaniach. A nawet namawiała do pogłębiania naszej relacji, a gdy chciałam zerwać tę znajomość, to namawiała mnie, abym tego nie
robiła. Organizowała nam spotkania, na których doszło do wykonania przez
nas czynności seksualnych. Osadzona Agnieszka P. nawiązała znajomość z osadzonym Łukaszem H., doszło między nimi do uprawiania seksu w pomieszczeniach magazynu depozytowego. Osadzona Iwona K. nawiązała
relacje z Łukaszem B. - doszło między nimi do uprawiania seksu w pomieszczeniach magazynu depozytowego. Osadzona Iwona K. nawiązała też
relacje z Łukaszem S. - między nimi również doszło do wykonania
czynności seksualnych. Pani Olga zezwalała na te związki. Pomagała w organizowaniu spotkań, doprowadzała na magazyn osadzonych mężczyzn.
Przynosiła nam listy i grypsy, przekazywała różne rzeczy pomiędzy nami.
O naszych związkach wiedzieli również inni funkcjonariusze zatrudnieni w tamtejszej jednostce: kwatermistrzowie, to znaczy Mietek i "Reku". Oni
przeprowadzali co tydzień osadzonych z oddziałów mieszkalnych, byśmy
mogli się spotykać (...). Nasze spotkania, podczas których dochodziło
między nami do obściskiwania, całowania się, obmacywania, odbywały się
za przyzwoleniem właśnie kwatermistrzów (...). To od zawsze było
praktykowane i było na to przyzwolenie od funkcjonariuszy. Między innymi
poprzez organizowanie schadzek w gabinecie lekarskim na oddziale drugim
przez pielęgniarkę Ankę, oddziałowego Szymona i oddziałową Agnieszkę.
Umożliwiano nam także rozmowy przez tak zwane telekonferencje. Osadzeni
z oddziałów męskich dzwonili na oddziały damskie (...)" - objaśnia Anna W.
i dodaje: "Osadzeni mężczyźni zatrudnieni na konserwacji byli wpuszczani
do magazynu depozytowego pod rzekomym pretekstem naprawy jakiejś
usterki. Gdzie w rzeczywistości chodziło tylko o umożliwienie spotkania
z osadzonymi kobietami (...)".
Według Anny W. kierowniczka magazynu zmuszała ją do skracania dystansu.
- Zaczęło się od siadania na kolanach, przytulania, miziania różnych
części ciała, klepania po pośladkach. Stawała się bardzo zaborcza.
Wielokrotnie zostawałam z nią sama w magazynie. Wówczas jej zachowanie w stosunku do mnie przekraczało wszystkie możliwe granice. Kilkakrotnie
dobierała się do mnie, oczekując odwdzięczenia się za wszystkie
przywileje i przyzwolenia, jakie od niej dostawałam. Gdy się
sprzeciwiałam, to wówczas wykazywała przejawy agresji słownej i fizycznej.
Jednak Olga R. nie zadowalała się samym podglądaniem czy obmacywaniem
skazanych kobiet.
- Oczekiwała od nas wykonywania konkretnych zachowań seksualnych.
Zaliczenie kolejnej bazy, że tak powiem. Wymyśliła taką zabawę w zaliczanie baz. Chciała, żebyśmy zaliczały kolejne bazy - wyjaśnia w rozmowie ze mną Anna W.
- Czym były te bazy?
- Ciężko się o tym mówi. To było najpierw jakieś przytulanie, potem
macanie: po piersi, po tyłku. Tak w ten sposób.
- Inne funkcjonariuszki też tak robiły?
- Jeśli chodzi o mnie, to o innych nie mogę powiedzieć nic złego. W stosunku do mnie inne funkcjonariuszki nie stosowały takich metod
resocjalizacji.
- Tam resocjalizacja polega na tym, żeby kogoś złamać. Kiedyś w papierach u kobiet była wpisywana tak zwana "L", czyli lesbijka, teraz
to jest cool. Podczas odbywania kary wiele dziewczyn zmieniło
orientację seksualną. Mówi się, że wejdziesz do kryminału żoną i matką,
a wyjdziesz zdemoralizowaną lesbijką. Te oddziałowe często wyglądają jak
mężczyźni. I popierają te dziewczyny, które są podatne na seks z nimi.
Dziewczyny zgadzają się na to do czasu, aż już robi się tragicznie -
objaśnia Elżbieta K.
Na taki układ poszła między innymi Wiktoria P. - była dwukrotnie
skazana, jest w związku z Olgą R.
- Ta relacja zaczęła się jeszcze przed odbyciem drugiej kary pozbawienia
wolności. Ich dzieci były w jednej grupie przedszkolnej - objaśnia
Sandra. - Olga zatrudniła partnerkę w magazynie depozytowym. Natomiast
po wyjściu na wolność zamieszkały razem. Na prośbę partnerki
przekazywała różnym osobom niedozwolone przedmioty i wiadomości.
Związek Olgi z Wiktorią ma dość burzliwy przebieg. Pewnego dnia
odebrałem telefon od jednej z nich. Nie po raz pierwszy zresztą.
- Pani P. z tej strony, była partnerka Olgi - oznajmiła na powitanie
Wiktoria. - Mam nadzieję, że damy radę umówić się, gdyż rozstałam się z Olgą w bardzo agresywnych okolicznościach. Pobiła mnie.
- To spotkajmy się - zaproponowałem.
- Dobrze, ja panu wszystko o niej opowiem - zadeklarowała Wiktoria P. -
Zadzwonię do pana w sobotę, jak wrócę z Grecji - zaproponowała, jednak
tego nie zrobiła. Gdy jej się przypomniałem, zareagowała bardzo nerwowo:
- Proszę nie nękać mnie ani pani Olgi! - prawie wybuchła, zapominając,
że to ona wydzwaniała do mnie z rzekomych wakacji.
Być może jej telefon do mnie był symptomem kryzysu w związku tych pań? A może był powodowany zazdrością wobec partnerki, bowiem funkcjonariuszka
Olga R. nawiązywała romanse z wieloma kobietami odbywającymi wyroki na
"Kamczatce". Rzekomo molestowała inne osadzone, tak jak Annę W. czy
Agnieszkę P. Jak słyszę, Olga R. wybierała dziewczyny do magazynu z polecenia innych osadzonych, z którymi utrzymywała bliskie relacje, lub
typowała spośród nowych na zasadzie castingu, oglądając zdjęcia i czytając informacje o skazanych.
Miała rzekomo zezwalać uległym więźniarkom również na niezgodne z prawem
i regulaminem czynności. "Mogłyśmy swobodnie korzystać ze sprzętów
osadzonych, które znajdowały się na magazynie, między innymi z garnków
elektrycznych, telewizorów, konsol do gier. Sama pani Olga
niejednokrotnie grała na konsoli. Było przyzwolenie na korzystanie z depozytu osadzonych. Na porządku dziennym było użyczanie kosmetyków,
perfum, telefonów komórkowych, które się tam znajdowały" - wylicza w piśmie do prokuratury Anna W.
"Klucze do tych szaf zawsze leżały na wierzchu, na biurku pani Olgi.
Nawet jak wychodziła z magazynu, to nigdy nie chowała kluczy, tylko
zawsze zostawiała je na wierzchu do użytku publicznego. Takie użyczanie
sprzętów osadzonych było w tamtej jednostce praktykowane. Nie tylko
przez osadzonych, ale też przez funkcjonariuszy. Wielokrotnie pani Olga
kazała iść i znaleźć w depozycie na przykład jakąś ładowarkę, która
będzie pasowała do prywatnego telefonu, aby mogła go sobie podładować.
Nawet sam główny dyrektor jednostki użyczał sobie ładowarki od
osadzonych, aby mógł sobie podładować swojego iPhone'a. Logicznym jest,
że był w pełni świadomy, że ładowarka jest z czyjegoś depozytu. Mimo to
nie widział w tym żadnego problemu. Poza tym non stop były przenoszone
różne artykuły żywnościowe dla nas przez panią Olgę, takie jak pieczywo,
słodycze, lody, hamburgery, kurczaki z rożna. Przynosiła dla nas również
dania ugotowane przez siebie, między innymi gołąbki, makaron ze
szpinakiem i krewetkami, kotlety, różne sałatki i wiele innych. Pani
Olga kupowała nam też artykuły żywnościowe w kantynie. Robiła to za
swoje, jak i za nasze pieniądze. Oprócz pieniędzy dostawaliśmy też
papierosy, kosmetyki, kody dostępu do telefonów komórkowych, nawet
narkotyki. Oczywiście pani Olga nie zezwalała na to wszystko
bezinteresownie, bo z czasem zaczęła oczekiwać od nas rewanżu" -
relacjonuje Anna W.
Postanowiłem te oraz inne wypowiedzi skonfrontować z byłą kierowniczką
magazynu depozytowego w areszcie na Grochowie.
- Ja nie chcę tego komentować, ponieważ to wszystko jest w toku. Dlatego
nie będę się odnosić do tego, co one mówią. Mój adwokat skontaktuje się
z panem.
Olga R. nie miała ochoty na rozmowę, jej adwokat również się do mnie nie
odezwał.
Natomiast po ukazaniu się w "Reporterze" materiału na temat aresztu na
Grochowie zadzwoniła do mnie z pretensjami. - Nie wiem, skąd pan brał te
informacje, ale ja jestem cholernie pokrzywdzona przez ten artykuł.
- Chciałem z panią porozmawiać, ale to pani nie chciała. Zamierzałem te
informacje zweryfikować u pani - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Ja nie chciałam z panem rozmawiać, gdyż po prostu osadzone zmówiły się
na mnie. Ja mam SMS-y z pogróżkami, mam małe dziecko. Boję się, bo one
są zdolne, żeby mi narobić problemów nie tylko w pracy. Ja jestem
funkcjonariuszem z czternastoletnim stażem, byłam wielokrotnie
nagradzana za nienaganną pracę, a zrobili ze mnie potwora. - Olga R. nie
kryje zdenerwowania. - Naprawdę nie wiem, na bazie czego pan pisał o mnie.
- Na podstawie rozmów, zawiadomienia do prokuratury, listów, zdjęć...
- Te zdjęcia to jest inna sprawa, ja wiem, o które panu chodzi.
Postępowanie jest cały czas w toku. No teraz tak naprawdę może pan mnie
jedynie bardziej skrzywdzić - stwierdza Olga R.
- Czym? Rozmową? - dociekam.
- Nie rozmową, jakimś dalszym pisaniem tej nieprawdy.
- Jednak pani nie chce się do tego odnieść. Pani ma przecież zarzuty -
przypominam.
- Te osadzone, które tam z panem rozmawiały, narobiły mi w pracy
kłopotów i wiadomo, że te zarzuty są. Ale ja też próbuję udowodnić swoją
niewinność. Ja przez telefon nie będę mówić panu tych rzeczy. Wie pan
co, naprawdę ta sprawa wygląda zgoła inaczej, niż jest to opisywane i przedstawiane przez tamte osoby. Ja wiem, co tymi osobami kieruje. Są
dwie panie, które to nakręcają.
- Jednak jakieś relacje pani nawiązywała z osadzonymi?
- Relacja była nawiązana z byłą osadzoną, która nie ma już nic wspólnego
z więzieniem, to nic złego.
- Tylko to się zaczynało już w areszcie.
- No właśnie, że nie. Te dziewczyny chcą mnie zniszczyć przez jakieś
gierki między sobą. Wie pan co, ja mogę panu stanowisko moje
przedstawić. Możemy się spotkać i porozmawiać na temat tej sprawy.
Będzie to stanowisko moje, które ukaże całą prawdę, ale nie chcę, żeby
to było publikowane.
- To wtedy nikt się nie dowie, co pani ma na swoją obronę. Jaki to ma
sens?
- Jeżeli się spotkamy, to ja naprawdę mogę merytorycznie odpowiedzieć na
zarzuty. Nie tylko ja. Mogę przyjechać z kilkoma osobami, które
potwierdzą, że to są same bzdury i kłamstwa. One się zmówiły przeciwko
mnie - podkreśla po raz kolejny Olga R.
Niestety, wbrew tym deklaracjom do spotkania nie doszło. Olga R. nie
odbierała więcej telefonu ode mnie, nie odpowiadała na SMS-y.
Zatelefonowała natomiast do mnie była oddziałowa nazywana "Koszykarą",
która już wcześniej straciła pracę w areszcie na Grochowie. Miałem
nieodparte wrażenie, że chciała zrobić rozeznanie na temat mojej wiedzy
o życiu grochowskiego aresztu.
- Co pan ma mi do powiedzenia? Osadzone bardzo skarżą się na mnie? -
zagaiła.
- Za co panią zwolnili? - zignorowałem jej pytanie.
- Ja mogę to panu tylko w cztery oczy powiedzieć. Bo tak, to może mnie
pan nagrać, różne słówka wyrwać z kontekstu i będę mieć problemy, tak
jak koleżanka.
- Pani koleżanka ma problemy? - udaję zdziwionego.
- No, koleżanka Olga.
- Fakt, trochę złego działo się w magazynie - zauważam.
- My też byłyśmy świadkami różnych zdarzeń i też możemy trochę na te
tematy powiedzieć - "Koszykara" wydaje się zdenerwowana. - Osadzone ją
pomawiają i traktują jak jakąś koleżankę. Normalnie się śmiały,
rozmawiały, a teraz ją oskarżają o jakieś molestowanie. To jest jakiś
żart. Ponadto osadzona Anna W. była niedobrą osadzoną, miała mnóstwo
wniosków karnych i nagle teraz jest pokrzywdzona? Wystarczy popytać
oddziałowe, ile miały z nią problemów, jak im pyskowała. To jest
wszystko nagonka na Olgę, bo nie chciała im na wszystko pozwalać.
- Jednak zezwalała na wiele. Pozwalała mówić do siebie na ty, wchodziła
z nimi w intymne relacje - wyliczam.
- Każdy funkcjonariusz mówi do osadzonego na ty. Nawet kierownicy czy
dyrektorzy tak mówili.
- Jednak chyba osadzeni nie mówią na ty do funkcjonariuszy? - wydaje
się, że była oddziałowa nie zrozumiała, o czym mówię.
- Teraz osadzony ma więcej do powiedzenia niż strażnik. My jesteśmy
gnojeni, gnębieni. My nie możemy normalnie pracować w takich warunkach -
żaliła się "Koszykara".
- Ale skracanie dystansu jest? - przypomniałem.
- No jest, ale czasami są tacy ludzie, do których się powie: "proszę
pani", to nie rozumieją, a jak się powie "kurwa", to rozumieją
cokolwiek. Tam się siedzi z mordercami, z ludźmi, którzy się tną, i trzeba sobie z nimi radzić.
Kontakty pracowników aresztu z osadzonymi nie były niczym odosobnionym.
Swoją historię opowiada mi Renata G.
- Co panią łączyło z osadzonym Łukaszem B.?
- Zarzucono mi, co rzeczywiście było prawdą, że wymieniałam wiadomości
tekstowe przez Messenger z tym osadzonym. Tylko musi pan wiedzieć, że on
w chwili wymieniania ze mną tych wiadomości przebywał na przepustkach.
To jest wolny człowiek, nie jest w żaden sposób ograniczony i może
korzystać z telefonu. Ja nie byłam funkcjonariuszem Służby Więziennej.
Mało tego, mnie nikt nie szkolił, że ja nie mogę tego robić.
- Kim pani była w areszcie? - pytam moją rozmówczynię.
- Pracownikiem cywilnym zatrudnionym w kantynie. Ja z nim wymieniałam
wiadomości dlatego, że on mnie znalazł na Messengerze i napisał do mnie,
czy może zapisać do mnie kontakt. Opowiadał mi o swojej dziewczynie,
Agnieszce P., więc to były wiadomości nic niewnoszące. On był paczkowym,
zatem miałyśmy z nim na co dzień kontakt w kantynie. Natomiast w jego
telefonie znaleziono SMS-y do funkcjonariuszy z prośbami o dodatkowy
wniosek nagrodowy, możliwość dodatkowej paczki albo żeby mu
funkcjonariusz przyprowadził Agnieszkę na seks w magazynie. To wszystko
zamietli pod dywan. Wyrzygali tylko to, że kantyniarka z nim pisała. Gdy
byłam na spotkaniu u dyrektora, to zapytałam, w czym jest problem, bo
ja nie rozumiem, gdyż ten chłopak nie przebywał wtedy w więzieniu.
Dyrektor mi zarzucił, że to jest narażenie na niebezpieczeństwo
jednostki. Odpowiedziałam, że w tych wiadomościach są daty i to było
pisane tylko wtedy, gdy on był na przepustce. Nie wiedziałam, że on ma
ten telefon schowany gdzieś na terenie jednostki. To, że funkcjonariusze
wnosili siatkami różne rzeczy dla osadzonych, to też nie było żadną
tajemnicą.
- Podobno zdarzało się, że akta jakichś spraw krążyły po areszcie? -
pytam o inną bulwersującą kwestię.
- Gdy na przykład policja przeprowadzała na terenie aresztu czynności,
przykładowo spisywała zeznania albo akta sprawy trafiały do osadzonych,
żeby mogli poczytać. Często takie akta, które są z jednej strony
zapisane, a z drugiej puste, trafiały do innych osadzonych, bo areszt
nie miał pieniędzy na to, żeby dać im druki zamówień na paczki. I osadzeni pisali zamówienia do kantyny na czystych stronach tych akt.
- I przy okazji czytali czyjeś akta?
- Tak, a nawet listy. Do nas też na kantynę trafiały takie rzeczy. Po
czymś takim na Grochowie nie powinno być żadnego dyrektora, gdyby ktoś
się o tym dowiedział. Do nas, do kantyny trafiały w ten sposób listy
osadzonych, zeznania, wnioski.
- U was były też pakowane narkotyki? - pytam.
- W kantynie? Żartuje pan? Od tego to był "Sobol". To osadzony, który
zajmował się dystrybucją narkotyków, a nie my.
- Jednak porcjowanie narkotyków odchodziło na kantynie - nie odpuszczam.
- Ale nigdy nikt nie znalazł tam żadnych narkotyków.
- Są osoby, które twierdzą, że to robiły, a pracowały w kantynie.
- To może działo się nie za moich czasów. To jest bardzo prawdopodobne,
bo w kantynie była totalna samowolka. Tam można było zrobić wszystko.
Dziewczyna taka kiedyś tam pracowała i przyniosła pilota do telewizora
dla jakiejś skazanej. Gdyby ktoś tego nie zauważył, to osadzona wzięłaby
tego pilota. Nigdzie tego nie zgłosili. Wyrzucili ją z pracy i tyle. Oni
w tym swoim kurniku wszystko trzymali, żeby na zewnątrz nie
powychodziło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki