Nina. Obecnie
Trzasnęła drzwiami. A następnie otworzyła je i walnęła jeszcze mocniej, aż rozległo się echo i zatrząsł obrazek wiszący na ścianie. Przedstawiał anioła czuwającego nad dziećmi idącymi kładką. Nina zawsze go lubiła. Matka coś krzyczała, ale słowa zagłuszył tupot butów, gdy zbiegała na parter. Strach w jej klatce piersiowej mieszał się z podnieceniem, że oto w końcu zrobiła to, o czym myślała od... w sumie zawsze. Wypadła na zewnątrz, wprost w zadymkę, bo niedawno zaczęło sypać śniegiem. Płatki wirowały pod wpływem wiatru. Nina założyła czapkę. Świat wydawał się nierzeczywisty, w prawie wszystkich oknach bloków paliło się światło, w niektórych dodatkowo migały lampki i wydawało się, że to jakaś obca kraina, a nie Śląsk dwudziestego czwartego grudnia. Śnieg przykrył szarość chodników, posypał trawniki niczym cukrem pudrem, ożywił nieco świąteczne dekoracje na słupach i drzewkach stojących między blokami. Jednym zdaniem: przynosił ze sobą magię, której Ninie do tej pory brakowało. Jeszcze nie chrzęścił pod stopami, ale robiło się coraz chłodniej i kobieta miała nadzieję, że jeszcze dziś w nocy usłyszy chrupot mrozu pod stopami.
W sumie to nie miała pojęcia, dokąd pójść. Rozejrzała się, jakby odpowiedź miała nadejść z którejś z czterech stron świata, ale wsłuchiwała się na próżno. Słyszała tylko szum kół auta przejeżdżającego ulicą i gałęzi poruszanych wiatrem. Śnieg padał bezgłośnie.
Nina. Wcześniej
Jak co roku nie miała pojęcia, co założyć, żeby mama okazała swoje zadowolenie. W jej domu rodzinnym ubiór przy wigilijnym stole miał znaczenie pierwszorzędne, choć tych rzeczy, których należało przestrzegać, żeby się nie narazić, znalazłoby się na pewno więcej. Nina jednak nie miała ochoty o nich myśleć. Starała się od początku grudnia wyrzucić z głowy cały ten świąteczny syf, który jednak wzbierał w niej, kiedy tylko w sklepach pojawiały się ozdoby choinkowe, lampki, mikołaje i renifery oraz czekoladowe figurki, czyli de facto dużo wcześniej niż w kalendarzu pojawił się ostatni miesiąc roku. Niektóre dyskonty szalały i wprowadzały ten asortyment tuż po pierwszym listopada, co zawsze powodowało u Niny prychnięcia. Prychała więc w duchu już od dwóch miesięcy, co w sumie wcale nie pomagało.
- Powinnaś dać spokój i wyjechać do ciepłych krajów - skomentowała kwaśno Liza, opierając się o framugę.
Łatwo jej się mówiło - nie miała rodziny, wychowała się w domu dziecka i wkroczyła w dorosłość bez bagażu w postaci bliskich. Może brzmiało to okrutnie i groteskowo, ale Nina czasami jej zazdrościła. Liza, a właściwie Eliza Olszewska, trzymała swoje życie za jaja i kierowała nim, jak tylko chciała. Nina popatrzyła na swoje odbicie w stojącym w rogu pokoju lustrze. Dobiegała czterdziestki, a nadal zachowywała się w niektórych przypadkach jak dziecko. Na przykład w corocznej męce pod tytułem wigilia z rodziną.
- Łatwo się mówi - burknęła i znów zaczęła przesuwać wieszaki w szafie, tak jak zawsze robiła to w ciucholandzie.
Nie mogła jednak założyć nic, co nie pochodziło z "prawdziwego" sklepu. Rodzicielka ceniła sobie szacunek do innych, a ubieranie się w ciuchy "po kimś" uważała za poważne faux pas.
- W sumie racja. - Liza usiadła na łóżku i zamachała nogami w złotych rajstopach.
Mieniły się w świetle lamp i Nina poczuła ukłucie zazdrości. Za taki dodatek matka obdarłaby ją ze skóry i usmażyła z karpiem na patelni bez panierki. Ceniła sobie klasykę, a rajtki musiały mieć odpowiednią liczbę DEN. Aż przewróciła oczami na tę myśl.
- Sama to sobie robisz - Liza nie ustępowała. - Miętosisz się z tym już od dwóch miesięcy z okładem. Na samą myśl robi ci się słabo, ale i tak ciśniesz. Po co?
Nina miała wrażenie, że co roku odbywają tę samą rozmowę i nieprzyjemne uczucie déja vu ogarnęło ją i przeminęło, ku jej wielkiej uldze. Co miała powiedzieć? Rodzicielka zawsze znajdowała odpowiednie argumenty. W końcu Boże Narodzenie to święta rodzinne, pełne wybaczenia, miłości i dobroci. Nawet najgorsi ludzie mówili wtedy ludzkim głosem, choć Nina podejrzewała czasami, że jej mama jest wyjątkiem od reguły.
- Bo tak wypada - palnęła w odpowiedzi i aż skrzywiła się na myśl, jak słabo to zabrzmiało.
- Borze szumiący i jeżu kolczasty! - Liza zamachała rękami. - Co za durny argument.
- Oni się starzeją, w końcu umrą i będę żałować.
- Nie wiem, czy w najbliższym czasie czeka cię aż takie błogosławieństwo - skomentowała sucho Liza, a Nina parsknęła nerwowym śmiechem. - Złych ponoć diabli nie biorą.
- Nie będzie źle - zawyrokowała Nina i wybrała czarną, klasyczną sukienkę z zabudowanym dekoltem.
Mama nie lubiła, kiedy ktoś "świecił cyckami".
- Obiecujesz to co roku, a później aż do sylwestra muszę cię zbierać do kupy - wypomniała Liza. - Ale jak sobie chcesz. Świat by się nie zawalił, gdybyś raz odpuściła i zobaczyła, co się stanie.
- Może - mruknęła niechętnie.
Kiedy Liza wyszła, umówiona na kolację z nieznajomymi - Ninie nie mieściło się w głowie, że ktoś ma tyle odwagi, by to zrobić - zaczęła wspominać, jednocześnie próbując ujarzmić swoje loki i stworzyć na głowie coś, co pozytywnie przejdzie weryfikację matki. To nie tak, że była złym człowiekiem, Liza zdecydowanie przesadzała, ale też nie można było jej nazwać człowiekiem do rany przyłóż - chyba że chciało się zdezynfekować ranę plastrem nasączonym alkoholem czy innym środkiem odkażającym. Danuta Miłkowska miała jednak swoje zasady i zmuszała do ich przestrzegania wszystkich wokół, bez względu na poglądy czy pokrewieństwo bądź jego brak. Zasłynęła jako pani sklepikarka w osiedlowym monopolowym, krzykaczka, która nigdy nie pozwalała brać na zeszyt i rozliczała się z każdego drobniaka. Krążyła legenda, że w jej kasie nigdy nie nastąpiło manko, ale Nina podejrzewała, że sama matka ją wymyśliła i puszczała obiegiem wśród klientów. Faktem było, że w spożywczaku zawsze panował idealny, przerażający wręcz porządek. Wynikało to z faktu, że pani Miłkowska uwielbiała "latać na szmacie".
Porządek.
Jedno z ukochanych słów matki i to w różnych konfiguracjach. Porządek musi być. Porządek sam się nie zrobi. Porządek w domu świadczy o człowieku, który go zamieszkuje. Nina parsknęła śmiechem i się rozejrzała - rodzicielka pewnie padłaby trupem na miejscu, gdyby miała możliwość zobaczyć ten jej pierdolnik. Twórczy chaos - tak lubiła go określać. Duszę miała Nina raczej nieporządną, niespokojną, twórczą. Lubiła otaczać się przedmiotami, ale nie każdy posiadał "swoje miejsce". Odnajdywała się w zagraconej przestrzeni. Miała jednak matkę, która "wielbiła porządek" i nie uznawała jakiejkolwiek formy bałaganu. W dzieciństwie przeszła z tego powodu piekło.
Wbiła się w rajstopy (sięgające aż do piersi, czego nienawidziła), założyła stanik, sukienkę. Nie prezentowała się wcale tak ładnie jak zakładała, zbyt pulchna tu i ówdzie. Kiecka marszczyła się brzydko, ale Nina nic nie mogła na to poradzić. Kiedy malowała rzęsy, myślała o wigiliach sprzed lat, kiedy to tak wiele spraw nie miało znaczenia. Kiedy nie pojmowała jeszcze dorosłych problemów rozgrywających się tuż obok.
- Nie mam co na siebie włożyć - śpiewał tata niskim głosem, który tak lubiła.
Szkoda, że to jedno zdanie doprowadzało matkę do furii. Wyrzucała ojcu z szuflad swetry, a z szaf koszule i spodnie.
- Będę jak Giorgio - komentował i szedł do łazienki, żeby wybrać nie ten zestaw co trzeba, co rozsierdzało Danutę jeszcze mocniej.
Nina nigdy nie mogła pojąć, jak żywiołowa, pełna energii matka mogła poślubić człowieka takiego jak Michał Miłkowski. Powiedzieć, że przeciwieństwa się przyciągają, to w tym przypadku jak nic nie powiedzieć. Ojciec po prostu płynął przez życie, podczas gdy matka wyszarpywała je zębami i pazurami. Ich sprzeczki jednak nie mogły zatrzeć w małej Ninie wrażenia, że święta to najlepszy czas w roku. Po pierwsze, zazwyczaj napadało już mnóstwo śniegu i wiedziała, że tata zabierze ją na sanki. Po drugie, mogła pomagać w ubieraniu choinki - wcześniej lepiła starannie łańcuch z kolorowego papieru, nauczyła się tego w przedszkolu. Uwielbiała anielskie włosy i kolorowe lampki. Doskonale pamiętała dreszcz, kiedy znalazła któregoś roku (chodziła już wtedy do podstawówki) obierki z ziemniaków i obawiała się, że zachowywała się na tyle niegrzecznie, że Dzieciątko nie przyniesie innych prezentów. Po trzecie, święta niezmiennie kojarzyły się z babcią i dziadkiem, ciociami i wujkami, kuzynostwem, zapachem pomarańczy i uroczystą kolacją. Zasiadali przy stole całym gronem, Nina odnajdywała w tym coś niesamowitego, że tyle osób tworzy rodzinę, że między nimi przeskakują emocje - wyczuwała je swoim dziecięcym zmysłem.
Uwielbiała te lata, kiedy wigilie odbywały się u dziadków. Chrzęst rozłupywanych orzechów włoskich. Zapach sernika z rodzynkami na kruchym cieście i z posypką. Ogromny gar z gotującą się masą na makówki. Skwierczące dzwonki karpia smażonego na maśle. Głowy ryb w rosole. Ile Nina by dała, żeby jeszcze na choćby chwilę przenieść się w tamtą rzeczywistość, znów przytulić babcię w tej charakterystycznej podomce. Poczuć od dziadka zapach tytoniu i dotknąć spracowanych, zawsze szorstkich rąk, pełnych blizn - przez lata pracował jako stolarz.
Najlepsze w Wigilię było oczekiwanie. Umiejscawiało się w brzuchu i klatce piersiowej Niny i nie odpuszczało. Pod choinką prezenty miały pojawić się w magiczny sposób, gdy szli wszyscy umyć ręce po kolacji. Najpierw jednak czekali, aż każdy skończy jeść, zazwyczaj padało na Michała i Nina podejrzewała, że tata robi to trochę specjalnie. Żeby podrażnić swoją żonę, ale i niecierpliwe dzieciaki, ponieważ nie mogły wstać od stołu wcześniej. W ich rodzinie istniało przekonanie, że kto wstanie od stołu podczas wigilii, w następnym roku umrze, dlatego też znoszono dania z kuchni na samym początku, jeszcze przed opłatkiem. A ten smakował Ninie jak tajemnica, jak coś uświęconego i dostępnego tylko raz w roku.
Nina. Obecnie.
Nie mogła stać, musiała się ruszać, żeby nie zmarznąć. Już i tak lodowaty wiatr przenikał ją do kości, a na końcach loków pojawiły się kryształki lodu - naprawdę się ochłodziło i jej oddech zamarzał na wymykających się spod czapki pasemkach. Pomyślała, że samotność w wigilię to najgorsze, co może spotkać człowieka, dlatego pomyślała o Wiktorii Zamrodzkiej. Znała tę staruszkę od lat, bo obok jej domu mieszkali dziadkowie i swego czasu Zamrodzcy odwiedzali Borowiczów nader chętnie i często. Zresztą dziadka i Artura Zamrodzkiego łączyła jakaś tajemnicza przeszłość i Ninę zawsze zżerała ciekawość, co to takiego. Ostatnio, kiedy szła obok cmentarza, zauważyła klepsydrę. Artur Zamrodzki, lat osiemdziesiąt jeden, zmarł w połowie grudnia. Niestety, przegapiła pogrzeb, ale od tamtej pory często myślała o Wiktorii. Co prawda sądziła, że trzej synowie małżeństwa na pewno zjawią się u matki, ale i tak postanowiła się tam wprosić. Od zawsze podobał się jej średni z chłopaków, Patryk, i po cichu miała nadzieję, że go zastanie. Ruszyła raźno, nie miała ochoty korzystać z komunikacji, pomyślała, że powinna ochłonąć, a spacer dobrze jej zrobi.
Szła zamyślona i pewnie nie zauważyłaby bezdomnego, gdyby się o niego nie potknęła. Widywała go codziennie, w różnych częściach miasta. Zarośnięty i dość odpychający, szukał pracy (tak przynajmniej głosiła tabliczka, którą wszędzie ze sobą taszczył), a teraz złapał ją, by nie upadła. Ninę owionął nieprzyjemny zapach i mężczyzna szybko się cofnął, chyba zauważył jej zmarszczony nos.
- Przepraszam - mruknął.
- To ja... - powiedziała szybko, zanim zdążył odejść. - Nie patrzyłam pod nogi.
- Nie spodziewałaś się człowieka na chodniku, to logiczne - odpowiedział. - Znajdę jakieś inne miejsce.
- Przydałby się ciepły kąt - zauważyła. Kiedy nie pozwolił jej upaść, poczuła, jak lodowate ma ciało. Zdjęła rękawiczki i podała mu je, na co uśmiechnął się szeroko. Nie sądziła, że ma tak zadbane zęby. - Ach, za małe. - Pacnęła się nimi w czoło.
- Ale dziękuję - powiedział. - To najmilsze, co mnie ostatnio spotkało.
- Nie powinieneś być na zewnątrz w taki ziąb.
- Kiedy nie ma się domu - zawiesił głos - nie ma wyjścia.
- Wigilia jest, kurczę. - Tryby w głowie Niny obracały się szybko. - Idziesz ze mną.
- Na kolację? - Uniósł brew i znów się uśmiechnął. - Pasuję do ciebie jak kwiat do kożucha. Nikt nie zniesie mojego towarzystwa, szczególnie kiedy jestem w takim stanie.
- Daj spokój - burknęła Nina. - Gdybyśmy szli do moich rodziców, to bym zrozumiała. - Przewróciła oczami. - Matka padłaby trupem, ale na szczęście uciekłam.
- Uciekłaś?
Nina wyszczerzyła się i zachichotała. Mogła sobie wyobrazić, co się teraz wyrabia w jej domu rodzinnym, i współczuła domownikom. Nic nie mogła jednak na to poradzić. Dawno nie czuła się tak wolna. Miała ochotę zatańczyć!
- No - powiedziała. - Matka przesadziła, więc... - Wzruszyła ramionami, ale przeszył ją dreszcz.
Skąd znalazła w sobie siłę, by wyjść? I jeszcze walnąć dwa razy drzwiami? Nie miała pojęcia, ale teraz przerażało ją to mocniej niż wtedy, gdy się działo. Nie mogła tego analizować!
- Szacun - skomentował.
- Coś mi się wydaje, że zrobiłeś podobnie, co?
Nina przypomniała sobie, że w zeszłym roku, właśnie jakoś w okolicach świąt, pierwszy raz widziała tego człowieka. Wtedy nie wyglądał jeszcze tak źle, przez ten czas mocno schudł, ale co się dziwić? W końcu mieszkał na ulicy.
- Tak jakoś wyszło. - Podrapał się po głowie.
- Idziesz ze mną - zadecydowała.
Gdyby nie bijący od niego smród, złapałaby go pod rękę, ale jednak się nie odważyła. Może i nie przeszkadzał jej brud jako taki, ale bała się wszy. I chorób. Bo oczywiście mama zaszczepiła w niej silną potrzebę oceniania ludzi przez pryzmat wyglądu, choć Nina starała się z tym walczyć.
- Gdzie niby? - Uniósł dłonie i cofnął kilka kroków. - Nie nadaję się do ludzi.
- Sam jesteś człowiekiem - odparła miękko Nina.
Coś w tym zdaniu, może ton, a może sens przekonało bezdomnego. Nina widziała w jego oczach pragnienie tak silne, że poczuła wzbierające łzy. Jakże musiał być samotny, jak bardzo odtrącony przez społeczeństwo. Nie umiała sobie chyba tego wyobrazić.
- Kosma jestem tak w ogóle - przedstawił się, kiedy ruszyli. - Podałbym ci rękę, ale sama wiesz...
- Kosmaty Kosma - zachichotała Nina. - Czy to nie ciebie nazywają tak dzieciaki?
- A owszem - odpowiedział uśmiechem. - Dokąd idziemy?
- Do dobrej duszy - odparła Nina i zadarła głowę, by podziwiać w światłach latarni padający ciągle śnieg.