Wigilia złamanych serc - Patrycja Żurek

Kup ebooka

46.95 zł
38.97 zł (38,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Re­dak­cja: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Skład i ko­rek­ta: ba­tu­ro.pl

Pro­jekt okład­ki: Ma­ciej Pie­da

Ilu­stra­cje na okład­ce: Fre­epik Pre­mium

Wy­da­nie I

? Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Dra­gon PL Sp. z o.o.

Biel­sko-Bia­ła 2025

Ni­niej­sza po­wie­ść jest fik­cją li­te­rac­ką. Od­nie­sie­nia do re­al­nych osób, wy­da­rzeń i miejsc są za­bie­giem czy­sto li­te­rac­kim. Po­zo­sta­li bo­ha­te­ro­wie, miej­sca i wy­da­rze­nia są wy­two­rem wy­obra­źni au­tor­ki i ja­ka­kol­wiek zbie­żno­ść z rze­czy­wi­sty­mi wy­da­rze­nia­mi, miej­sca­mi lub oso­ba­mi, ży­jący­mi bądź zma­rły­mi, jest ca­łko­wi­cie przy­pad­ko­wa.

Wy­daw­nic­two Dra­gon PL Sp. z o.o.

ul. 11 Li­sto­pa­da 60-62

43-300 Biel­sko-Bia­ła

www.wy­daw­nic­two-dra­gon.pl

ISBN 978-83-8274-929-8

Wy­łącz­ny dys­try­bu­tor:

TROY-DYS­TRY­BU­CJA PL Sp. z o.o.

Ale­ja Jana Pa­wła II 27

00-867 War­sza­wa

tel. 795 159 275

Za­pra­sza­my na za­ku­py: www.fa­bu­lo.com.pl

Znaj­dź nas na Fa­ce­bo­oku: www.fa­ce­bo­ok.com/wy­daw­nic­two­dra­gon

Nina. Obec­nie

Trza­snęła drzwia­mi. A na­stęp­nie otwo­rzy­ła je i wal­nęła jesz­cze moc­niej, aż roz­le­gło się echo i za­trząsł ob­ra­zek wi­szący na ścia­nie. Przed­sta­wiał anio­ła czu­wa­jące­go nad dzie­ćmi idący­mi kład­ką. Nina za­wsze go lu­bi­ła. Mat­ka coś krzy­cza­ła, ale sło­wa za­głu­szył tu­pot bu­tów, gdy zbie­ga­ła na par­ter. Strach w jej klat­ce pier­sio­wej mie­szał się z pod­nie­ce­niem, że oto w ko­ńcu zro­bi­ła to, o czym my­śla­ła od... w su­mie za­wsze. Wy­pa­dła na ze­wnątrz, wprost w za­dym­kę, bo nie­daw­no za­częło sy­pać śnie­giem. Płat­ki wi­ro­wa­ły pod wpły­wem wia­tru. Nina za­ło­ży­ła czap­kę. Świat wy­da­wał się nie­rze­czy­wi­sty, w pra­wie wszyst­kich oknach blo­ków pa­li­ło się świa­tło, w nie­któ­rych do­dat­ko­wo mi­ga­ły lamp­ki i wy­da­wa­ło się, że to ja­kaś obca kra­ina, a nie Śląsk dwu­dzie­ste­go czwar­te­go grud­nia. Śnieg przy­krył sza­ro­ść chod­ni­ków, po­sy­pał traw­ni­ki ni­czym cu­krem pu­drem, oży­wił nie­co świ­ątecz­ne de­ko­ra­cje na słu­pach i drzew­kach sto­jących mi­ędzy blo­ka­mi. Jed­nym zda­niem: przy­no­sił ze sobą ma­gię, któ­rej Ni­nie do tej pory bra­ko­wa­ło. Jesz­cze nie chrzęścił pod sto­pa­mi, ale ro­bi­ło się co­raz chłod­niej i ko­bie­ta mia­ła na­dzie­ję, że jesz­cze dziś w nocy usły­szy chru­pot mro­zu pod sto­pa­mi.

W su­mie to nie mia­ła po­jęcia, do­kąd pó­jść. Ro­zej­rza­ła się, jak­by od­po­wie­dź mia­ła na­de­jść z któ­re­jś z czte­rech stron świa­ta, ale wsłu­chi­wa­ła się na pró­żno. Sły­sza­ła tyl­ko szum kół auta prze­je­żdża­jące­go uli­cą i ga­łęzi po­ru­sza­nych wia­trem. Śnieg pa­dał bez­gło­śnie.

Nina. Wcze­śniej

Jak co roku nie mia­ła po­jęcia, co za­ło­żyć, żeby mama oka­za­ła swo­je za­do­wo­le­nie. W jej domu ro­dzin­nym ubiór przy wi­gi­lij­nym sto­le miał zna­cze­nie pierw­szo­rzęd­ne, choć tych rze­czy, któ­rych na­le­ża­ło prze­strze­gać, żeby się nie na­ra­zić, zna­la­zło­by się na pew­no wi­ęcej. Nina jed­nak nie mia­ła ocho­ty o nich my­śleć. Sta­ra­ła się od po­cząt­ku grud­nia wy­rzu­cić z gło­wy cały ten świ­ątecz­ny syf, któ­ry jed­nak wzbie­rał w niej, kie­dy tyl­ko w skle­pach po­ja­wia­ły się ozdo­by cho­in­ko­we, lamp­ki, mi­ko­ła­je i re­ni­fe­ry oraz cze­ko­la­do­we fi­gur­ki, czy­li de fac­to dużo wcze­śniej niż w ka­len­da­rzu po­ja­wił się ostat­ni mie­si­ąc roku. Nie­któ­re dys­kon­ty sza­la­ły i wpro­wa­dza­ły ten asor­ty­ment tuż po pierw­szym li­sto­pa­da, co za­wsze po­wo­do­wa­ło u Niny prych­ni­ęcia. Pry­cha­ła więc w du­chu już od dwóch mie­si­ęcy, co w su­mie wca­le nie po­ma­ga­ło.

- Po­win­naś dać spo­kój i wy­je­chać do cie­płych kra­jów - sko­men­to­wa­ła kwa­śno Liza, opie­ra­jąc się o fra­mu­gę.

Ła­two jej się mó­wi­ło - nie mia­ła ro­dzi­ny, wy­cho­wa­ła się w domu dziec­ka i wkro­czy­ła w do­ro­sło­ść bez ba­ga­żu w po­sta­ci bli­skich. Może brzmia­ło to okrut­nie i gro­te­sko­wo, ale Nina cza­sa­mi jej za­zdro­ści­ła. Liza, a wła­ści­wie Eli­za Ol­szew­ska, trzy­ma­ła swo­je ży­cie za jaja i kie­ro­wa­ła nim, jak tyl­ko chcia­ła. Nina po­pa­trzy­ła na swo­je od­bi­cie w sto­jącym w rogu po­ko­ju lu­strze. Do­bie­ga­ła czter­dziest­ki, a na­dal za­cho­wy­wa­ła się w nie­któ­rych przy­pad­kach jak dziec­ko. Na przy­kład w co­rocz­nej męce pod ty­tu­łem wi­gi­lia z ro­dzi­ną.

- Ła­two się mówi - burk­nęła i znów za­częła prze­su­wać wie­sza­ki w sza­fie, tak jak za­wsze ro­bi­ła to w ciu­cho­lan­dzie.

Nie mo­gła jed­nak za­ło­żyć nic, co nie po­cho­dzi­ło z "praw­dzi­we­go" skle­pu. Ro­dzi­ciel­ka ce­ni­ła so­bie sza­cu­nek do in­nych, a ubie­ra­nie się w ciu­chy "po kimś" uwa­ża­ła za po­wa­żne faux pas.

- W su­mie ra­cja. - Liza usia­dła na łó­żku i za­ma­cha­ła no­ga­mi w zło­tych raj­sto­pach.

Mie­ni­ły się w świe­tle lamp i Nina po­czu­ła ukłu­cie za­zdro­ści. Za taki do­da­tek mat­ka ob­da­rła­by ją ze skó­ry i usma­ży­ła z kar­piem na pa­tel­ni bez pa­nier­ki. Ce­ni­ła so­bie kla­sy­kę, a rajt­ki mu­sia­ły mieć od­po­wied­nią licz­bę DEN. Aż prze­wró­ci­ła ocza­mi na tę myśl.

- Sama to so­bie ro­bisz - Liza nie ustępo­wa­ła. - Mi­ęto­sisz się z tym już od dwóch mie­si­ęcy z okła­dem. Na samą myśl robi ci się sła­bo, ale i tak ci­śniesz. Po co?

Nina mia­ła wra­że­nie, że co roku od­by­wa­ją tę samą roz­mo­wę i nie­przy­jem­ne uczu­cie déja vu ogar­nęło ją i prze­mi­nęło, ku jej wiel­kiej uldze. Co mia­ła po­wie­dzieć? Ro­dzi­ciel­ka za­wsze znaj­do­wa­ła od­po­wied­nie ar­gu­men­ty. W ko­ńcu Boże Na­ro­dze­nie to świ­ęta ro­dzin­ne, pe­łne wy­ba­cze­nia, mi­ło­ści i do­bro­ci. Na­wet naj­gor­si lu­dzie mó­wi­li wte­dy ludz­kim gło­sem, choć Nina po­dej­rze­wa­ła cza­sa­mi, że jej mama jest wy­jąt­kiem od re­gu­ły.

- Bo tak wy­pa­da - pal­nęła w od­po­wie­dzi i aż skrzy­wi­ła się na myśl, jak sła­bo to za­brzmia­ło.

- Bo­rze szu­mi­ący i jeżu kol­cza­sty! - Liza za­ma­cha­ła ręka­mi. - Co za dur­ny ar­gu­ment.

- Oni się sta­rze­ją, w ko­ńcu umrą i będę ża­ło­wać.

- Nie wiem, czy w naj­bli­ższym cza­sie cze­ka cię aż ta­kie bło­go­sła­wie­ństwo - sko­men­to­wa­ła su­cho Liza, a Nina par­sk­nęła ner­wo­wym śmie­chem. - Złych po­noć dia­bli nie bio­rą.

- Nie będzie źle - za­wy­ro­ko­wa­ła Nina i wy­bra­ła czar­ną, kla­sycz­ną su­kien­kę z za­bu­do­wa­nym de­kol­tem.

Mama nie lu­bi­ła, kie­dy ktoś "świe­cił cyc­ka­mi".

- Obie­cu­jesz to co roku, a pó­źniej aż do syl­we­stra mu­szę cię zbie­rać do kupy - wy­po­mnia­ła Liza. - Ale jak so­bie chcesz. Świat by się nie za­wa­lił, gdy­byś raz od­pu­ści­ła i zo­ba­czy­ła, co się sta­nie.

- Może - mruk­nęła nie­chęt­nie.

Kie­dy Liza wy­szła, umó­wio­na na ko­la­cję z nie­zna­jo­my­mi - Ni­nie nie mie­ści­ło się w gło­wie, że ktoś ma tyle od­wa­gi, by to zro­bić - za­częła wspo­mi­nać, jed­no­cze­śnie pró­bu­jąc ujarz­mić swo­je loki i stwo­rzyć na gło­wie coś, co po­zy­tyw­nie przej­dzie we­ry­fi­ka­cję mat­ki. To nie tak, że była złym czło­wie­kiem, Liza zde­cy­do­wa­nie prze­sa­dza­ła, ale też nie mo­żna było jej na­zwać czło­wie­kiem do rany przy­łóż - chy­ba że chcia­ło się zde­zyn­fe­ko­wać ranę pla­strem na­sączo­nym al­ko­ho­lem czy in­nym środ­kiem od­ka­ża­jącym. Da­nu­ta Mi­łkow­ska mia­ła jed­nak swo­je za­sa­dy i zmu­sza­ła do ich prze­strze­ga­nia wszyst­kich wo­kół, bez względu na po­glądy czy po­kre­wie­ństwo bądź jego brak. Za­sły­nęła jako pani skle­pi­kar­ka w osie­dlo­wym mo­no­po­lo­wym, krzy­kacz­ka, któ­ra ni­g­dy nie po­zwa­la­ła brać na ze­szyt i roz­li­cza­ła się z ka­żde­go drob­nia­ka. Krąży­ła le­gen­da, że w jej ka­sie ni­g­dy nie na­stąpi­ło man­ko, ale Nina po­dej­rze­wa­ła, że sama mat­ka ją wy­my­śli­ła i pusz­cza­ła obie­giem wśród klien­tów. Fak­tem było, że w spo­żyw­cza­ku za­wsze pa­no­wał ide­al­ny, prze­ra­ża­jący wręcz po­rządek. Wy­ni­ka­ło to z fak­tu, że pani Mi­łkow­ska uwiel­bia­ła "la­tać na szma­cie".

Po­rządek.

Jed­no z uko­cha­nych słów mat­ki i to w ró­żnych kon­fi­gu­ra­cjach. Po­rządek musi być. Po­rządek sam się nie zro­bi. Po­rządek w domu świad­czy o czło­wie­ku, któ­ry go za­miesz­ku­je. Nina par­sk­nęła śmie­chem i się ro­zej­rza­ła - ro­dzi­ciel­ka pew­nie pa­dła­by tru­pem na miej­scu, gdy­by mia­ła mo­żli­wo­ść zo­ba­czyć ten jej pier­dol­nik. Twór­czy cha­os - tak lu­bi­ła go okre­ślać. Du­szę mia­ła Nina ra­czej nie­po­rząd­ną, nie­spo­koj­ną, twór­czą. Lu­bi­ła ota­czać się przed­mio­ta­mi, ale nie ka­żdy po­sia­dał "swo­je miej­sce". Od­naj­dy­wa­ła się w za­gra­co­nej prze­strze­ni. Mia­ła jed­nak mat­kę, któ­ra "wiel­bi­ła po­rządek" i nie uzna­wa­ła ja­kiej­kol­wiek for­my ba­ła­ga­nu. W dzie­ci­ństwie prze­szła z tego po­wo­du pie­kło.

Wbi­ła się w raj­sto­py (si­ęga­jące aż do pier­si, cze­go nie­na­wi­dzi­ła), za­ło­ży­ła sta­nik, su­kien­kę. Nie pre­zen­to­wa­ła się wca­le tak ład­nie jak za­kła­da­ła, zbyt pulch­na tu i ów­dzie. Kiec­ka marsz­czy­ła się brzyd­ko, ale Nina nic nie mo­gła na to po­ra­dzić. Kie­dy ma­lo­wa­ła rzęsy, my­śla­ła o wi­gi­liach sprzed lat, kie­dy to tak wie­le spraw nie mia­ło zna­cze­nia. Kie­dy nie poj­mo­wa­ła jesz­cze do­ro­słych pro­ble­mów roz­gry­wa­jących się tuż obok.

- Nie mam co na sie­bie wło­żyć - śpie­wał tata ni­skim gło­sem, któ­ry tak lu­bi­ła.

Szko­da, że to jed­no zda­nie do­pro­wa­dza­ło mat­kę do fu­rii. Wy­rzu­ca­ła ojcu z szu­flad swe­try, a z szaf ko­szu­le i spodnie.

- Będę jak Gior­gio - ko­men­to­wał i sze­dł do ła­zien­ki, żeby wy­brać nie ten ze­staw co trze­ba, co roz­sier­dza­ło Da­nu­tę jesz­cze moc­niej.

Nina ni­g­dy nie mo­gła po­jąć, jak ży­wio­ło­wa, pe­łna ener­gii mat­ka mo­gła po­ślu­bić czło­wie­ka ta­kie­go jak Mi­chał Mi­łkow­ski. Po­wie­dzieć, że prze­ci­wie­ństwa się przy­ci­ąga­ją, to w tym przy­pad­ku jak nic nie po­wie­dzieć. Oj­ciec po pro­stu pły­nął przez ży­cie, pod­czas gdy mat­ka wy­szar­py­wa­ła je zęba­mi i pa­zu­ra­mi. Ich sprzecz­ki jed­nak nie mo­gły za­trzeć w ma­łej Ni­nie wra­że­nia, że świ­ęta to naj­lep­szy czas w roku. Po pierw­sze, za­zwy­czaj na­pa­da­ło już mnó­stwo śnie­gu i wie­dzia­ła, że tata za­bie­rze ją na san­ki. Po dru­gie, mo­gła po­ma­gać w ubie­ra­niu cho­in­ki - wcze­śniej le­pi­ła sta­ran­nie ła­ńcuch z ko­lo­ro­we­go pa­pie­ru, na­uczy­ła się tego w przed­szko­lu. Uwiel­bia­ła aniel­skie wło­sy i ko­lo­ro­we lamp­ki. Do­sko­na­le pa­mi­ęta­ła dreszcz, kie­dy zna­la­zła któ­re­goś roku (cho­dzi­ła już wte­dy do pod­sta­wów­ki) obier­ki z ziem­nia­ków i oba­wia­ła się, że za­cho­wy­wa­ła się na tyle nie­grzecz­nie, że Dzie­ci­ąt­ko nie przy­nie­sie in­nych pre­zen­tów. Po trze­cie, świ­ęta nie­zmien­nie ko­ja­rzy­ły się z bab­cią i dziad­kiem, cio­cia­mi i wuj­ka­mi, ku­zy­no­stwem, za­pa­chem po­ma­ra­ńczy i uro­czy­stą ko­la­cją. Za­sia­da­li przy sto­le ca­łym gro­nem, Nina od­naj­dy­wa­ła w tym coś nie­sa­mo­wi­te­go, że tyle osób two­rzy ro­dzi­nę, że mi­ędzy nimi prze­ska­ku­ją emo­cje - wy­czu­wa­ła je swo­im dzie­ci­ęcym zmy­słem.

Uwiel­bia­ła te lata, kie­dy wi­gi­lie od­by­wa­ły się u dziad­ków. Chrzęst roz­łu­py­wa­nych orze­chów wło­skich. Za­pach ser­ni­ka z ro­dzyn­ka­mi na kru­chym cie­ście i z po­syp­ką. Ogrom­ny gar z go­tu­jącą się masą na ma­ków­ki. Skwier­czące dzwon­ki kar­pia sma­żo­ne­go na ma­śle. Gło­wy ryb w ro­so­le. Ile Nina by dała, żeby jesz­cze na cho­ćby chwi­lę prze­nie­ść się w tam­tą rze­czy­wi­sto­ść, znów przy­tu­lić bab­cię w tej cha­rak­te­ry­stycz­nej po­dom­ce. Po­czuć od dziad­ka za­pach ty­to­niu i do­tknąć spra­co­wa­nych, za­wsze szorst­kich rąk, pe­łnych blizn - przez lata pra­co­wał jako sto­larz.

Naj­lep­sze w Wi­gi­lię było ocze­ki­wa­nie. Umiej­sca­wia­ło się w brzu­chu i klat­ce pier­sio­wej Niny i nie od­pusz­cza­ło. Pod cho­in­ką pre­zen­ty mia­ły po­ja­wić się w ma­gicz­ny spo­sób, gdy szli wszy­scy umyć ręce po ko­la­cji. Naj­pierw jed­nak cze­ka­li, aż ka­żdy sko­ńczy jeść, za­zwy­czaj pa­da­ło na Mi­cha­ła i Nina po­dej­rze­wa­ła, że tata robi to tro­chę spe­cjal­nie. Żeby pod­ra­żnić swo­ją żonę, ale i nie­cier­pli­we dzie­cia­ki, po­nie­waż nie mo­gły wstać od sto­łu wcze­śniej. W ich ro­dzi­nie ist­nia­ło prze­ko­na­nie, że kto wsta­nie od sto­łu pod­czas wi­gi­lii, w na­stęp­nym roku umrze, dla­te­go też zno­szo­no da­nia z kuch­ni na sa­mym po­cząt­ku, jesz­cze przed opłat­kiem. A ten sma­ko­wał Ni­nie jak ta­jem­ni­ca, jak coś uświ­ęco­ne­go i do­stęp­ne­go tyl­ko raz w roku.

Nina. Obec­nie.

Nie mo­gła stać, mu­sia­ła się ru­szać, żeby nie zmar­z­nąć. Już i tak lo­do­wa­ty wiatr prze­ni­kał ją do ko­ści, a na ko­ńcach lo­ków po­ja­wi­ły się krysz­ta­łki lodu - na­praw­dę się ochło­dzi­ło i jej od­dech za­mar­zał na wy­my­ka­jących się spod czap­ki pa­sem­kach. Po­my­śla­ła, że sa­mot­no­ść w wi­gi­lię to naj­gor­sze, co może spo­tkać czło­wie­ka, dla­te­go po­my­śla­ła o Wik­to­rii Za­mrodz­kiej. Zna­ła tę sta­rusz­kę od lat, bo obok jej domu miesz­ka­li dziad­ko­wie i swe­go cza­su Za­mrodz­cy od­wie­dza­li Bo­ro­wi­czów na­der chęt­nie i często. Zresz­tą dziad­ka i Ar­tu­ra Za­mrodz­kie­go łączy­ła ja­kaś ta­jem­ni­cza prze­szło­ść i Ninę za­wsze zże­ra­ła cie­ka­wo­ść, co to ta­kie­go. Ostat­nio, kie­dy szła obok cmen­ta­rza, za­uwa­ży­ła klep­sy­drę. Ar­tur Za­mrodz­ki, lat osiem­dzie­si­ąt je­den, zma­rł w po­ło­wie grud­nia. Nie­ste­ty, prze­ga­pi­ła po­grzeb, ale od tam­tej pory często my­śla­ła o Wik­to­rii. Co praw­da sądzi­ła, że trzej sy­no­wie ma­łże­ństwa na pew­no zja­wią się u mat­ki, ale i tak po­sta­no­wi­ła się tam wpro­sić. Od za­wsze po­do­bał się jej śred­ni z chło­pa­ków, Pa­tryk, i po ci­chu mia­ła na­dzie­ję, że go za­sta­nie. Ru­szy­ła ra­źno, nie mia­ła ocho­ty ko­rzy­stać z ko­mu­ni­ka­cji, po­my­śla­ła, że po­win­na ochło­nąć, a spa­cer do­brze jej zro­bi.

Szła za­my­ślo­na i pew­nie nie za­uwa­ży­ła­by bez­dom­ne­go, gdy­by się o nie­go nie po­tknęła. Wi­dy­wa­ła go co­dzien­nie, w ró­żnych częściach mia­sta. Za­ro­śni­ęty i dość od­py­cha­jący, szu­kał pra­cy (tak przy­naj­mniej gło­si­ła ta­blicz­ka, któ­rą wszędzie ze sobą tasz­czył), a te­raz zła­pał ją, by nie upa­dła. Ninę owio­nął nie­przy­jem­ny za­pach i mężczy­zna szyb­ko się cof­nął, chy­ba za­uwa­żył jej zmarsz­czo­ny nos.

- Prze­pra­szam - mruk­nął.

- To ja... - po­wie­dzia­ła szyb­ko, za­nim zdążył ode­jść. - Nie pa­trzy­łam pod nogi.

- Nie spo­dzie­wa­łaś się czło­wie­ka na chod­ni­ku, to lo­gicz­ne - od­po­wie­dział. - Znaj­dę ja­kieś inne miej­sce.

- Przy­da­łby się cie­pły kąt - za­uwa­ży­ła. Kie­dy nie po­zwo­lił jej upa­ść, po­czu­ła, jak lo­do­wa­te ma cia­ło. Zdjęła ręka­wicz­ki i po­da­ła mu je, na co uśmiech­nął się sze­ro­ko. Nie sądzi­ła, że ma tak za­dba­ne zęby. - Ach, za małe. - Pac­nęła się nimi w czo­ło.

- Ale dzi­ęku­ję - po­wie­dział. - To naj­mil­sze, co mnie ostat­nio spo­tka­ło.

- Nie po­wi­nie­neś być na ze­wnątrz w taki ziąb.

- Kie­dy nie ma się domu - za­wie­sił głos - nie ma wy­jścia.

- Wi­gi­lia jest, kur­czę. - Try­by w gło­wie Niny ob­ra­ca­ły się szyb­ko. - Idziesz ze mną.

- Na ko­la­cję? - Unió­sł brew i znów się uśmiech­nął. - Pa­su­ję do cie­bie jak kwiat do ko­żu­cha. Nikt nie znie­sie mo­je­go to­wa­rzy­stwa, szcze­gól­nie kie­dy je­stem w ta­kim sta­nie.

- Daj spo­kój - burk­nęła Nina. - Gdy­by­śmy szli do mo­ich ro­dzi­ców, to bym zro­zu­mia­ła. - Prze­wró­ci­ła ocza­mi. - Mat­ka pa­dła­by tru­pem, ale na szczęście ucie­kłam.

- Ucie­kłaś?

Nina wy­szcze­rzy­ła się i za­chi­cho­ta­ła. Mo­gła so­bie wy­obra­zić, co się te­raz wy­ra­bia w jej domu ro­dzin­nym, i wspó­łczu­ła do­mow­ni­kom. Nic nie mo­gła jed­nak na to po­ra­dzić. Daw­no nie czu­ła się tak wol­na. Mia­ła ocho­tę za­ta­ńczyć!

- No - po­wie­dzia­ła. - Mat­ka prze­sa­dzi­ła, więc... - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, ale prze­szył ją dreszcz.

Skąd zna­la­zła w so­bie siłę, by wy­jść? I jesz­cze wal­nąć dwa razy drzwia­mi? Nie mia­ła po­jęcia, ale te­raz prze­ra­ża­ło ją to moc­niej niż wte­dy, gdy się dzia­ło. Nie mo­gła tego ana­li­zo­wać!

- Sza­cun - sko­men­to­wał.

- Coś mi się wy­da­je, że zro­bi­łeś po­dob­nie, co?

Nina przy­po­mnia­ła so­bie, że w ze­szłym roku, wła­śnie ja­koś w oko­li­cach świ­ąt, pierw­szy raz wi­dzia­ła tego czło­wie­ka. Wte­dy nie wy­glądał jesz­cze tak źle, przez ten czas moc­no schu­dł, ale co się dzi­wić? W ko­ńcu miesz­kał na uli­cy.

- Tak ja­koś wy­szło. - Po­dra­pał się po gło­wie.

- Idziesz ze mną - za­de­cy­do­wa­ła.

Gdy­by nie bi­jący od nie­go smród, zła­pa­ła­by go pod rękę, ale jed­nak się nie od­wa­ży­ła. Może i nie prze­szka­dzał jej brud jako taki, ale bała się wszy. I cho­rób. Bo oczy­wi­ście mama za­szcze­pi­ła w niej sil­ną po­trze­bę oce­nia­nia lu­dzi przez pry­zmat wy­glądu, choć Nina sta­ra­ła się z tym wal­czyć.

- Gdzie niby? - Unió­sł dło­nie i cof­nął kil­ka kro­ków. - Nie na­da­ję się do lu­dzi.

- Sam je­steś czło­wie­kiem - od­pa­rła mi­ęk­ko Nina.

Coś w tym zda­niu, może ton, a może sens prze­ko­na­ło bez­dom­ne­go. Nina wi­dzia­ła w jego oczach pra­gnie­nie tak sil­ne, że po­czu­ła wzbie­ra­jące łzy. Ja­kże mu­siał być sa­mot­ny, jak bar­dzo od­trąco­ny przez spo­łe­cze­ństwo. Nie umia­ła so­bie chy­ba tego wy­obra­zić.

- Ko­sma je­stem tak w ogó­le - przed­sta­wił się, kie­dy ru­szy­li. - Po­da­łbym ci rękę, ale sama wiesz...

- Ko­sma­ty Ko­sma - za­chi­cho­ta­ła Nina. - Czy to nie cie­bie na­zy­wa­ją tak dzie­cia­ki?

- A ow­szem - od­po­wie­dział uśmie­chem. - Do­kąd idzie­my?

- Do do­brej du­szy - od­pa­rła Nina i za­da­rła gło­wę, by po­dzi­wiać w świa­tłach la­tar­ni pa­da­jący ci­ągle śnieg.