Wilcza rzeka - Wioletta Grzegorzewska

Kup ebooka

34.99 zł
29.04 zł (24,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Zaczęło się od chłodu, który mnie wypełnił, jakby ktoś wstrzyknął mi w żyły freon albo wrzucił do lodowatej rzeki. Było ciepłe południe marca 2020 roku. Kalendarzowa wiosna trwała już cztery dni, słońce przygrzewało tak, że niektórzy mężczyźni zdejmowali koszulki i paradowali z gołymi torsami po Ryde, a ja, oparta o stary dąb w rezerwacie przyrody Pig Leg Lane na wyspie Wight, poprosiłam Julię, moją trzynastoletnią córkę, żeby pożyczyła mi sweter.

Po powrocie do domu wypiłam gorącą herbatę z cytryną i utartym korzeniem imbiru, i połknąwszy paracetamol, przytuliłam się na materacu do psa. Chłód na chwilę odpuścił. Słońce zarumieniło się nad zatoką. Woń węgla drzewnego przenikała powietrze. W kominkach dopalały się ostatnie kawałki drewna. Po miasteczku krążyła policja. Patrole konne prześlizgiwały się przez centrum Ryde jak węgorze. Lis, który za dnia spał w zapadłym grobowcu na pobliskim cmentarzu, wyszedł z kryjówki na żer i wylizywał skorupki jajek przy śmietniku. Zbliżała się osiemnasta. Radio nadawało komunikat: "Zostańcie w domu", a ja szykowałam się do drogi.

Adam, mąż, ojciec dwojga moich dzieci, z którym od roku byłam w separacji, zadzwonił w lutym i niby mimochodem wspomniał, że w Hastings, mieście, gdzie przebywał od kilku miesięcy, jego znajomy z Armenii, Arej, ma do wynajęcia tanie mieszkanie po remoncie. Zgodziłam się na przeprowadzkę. Następnego dnia, wierząc Adamowi na słowo, przelałam mu dziewięćset funtów na depozyt. W połowie marca wszystkie moje rzeczy - lodówka, pralka, naczynia - pojechały na mateczną wyspę, jak nazywałam główny ląd Wielkiej Brytanii, potem wybuchła na świecie pandemia, a ja nie mogłam się wydostać z wyspy Wight. Nikt nie chciał ryzykować i utknąć na mainlandzie. W ostatniej chwili Adam powiedział, że podrzuci nas do Hastings. W innych okolicznościach nie chciałabym z nim podróżować, ale tym razem nie miałam wyjścia, musiałam przyjąć jego pomoc. A potem cały dzień czekałam na telefon. Dopiero pod wieczór przysłał esemesa, że po wyjeździe z portu w Fishburne mercedes nawalił i został odholowany do warsztatu.

Kiedy pogodziłam się z myślą, że zamkną promowiska, a ja zostanę w pustym mieszkaniu, zabrzęczał telefon - Adam dawał nam zielone światło. Auto znowu było na chodzie. Ładowarka, telefon, laptop. Spakowałam w pośpiechu resztę rzeczy. Pies wyczuł zamieszanie, łypał na mnie spod stołu smutnym wzrokiem, jakby chciał zapytać: "Co wy, ludzie, tak gonicie? I za czym?".

Dwie godziny później siedzieliśmy w przeładowanym samochodzie: Adam za kierownicą, ja obok, z psem między nogami. Julka na tylnym siedzeniu z kotką Bronką w klatce. Spojrzałam w stronę kamienicy naprzeciwko kebabu przy Union Street, gdzie od kilku lat ze swoją francuską dziewczyną Solene mieszkał Mateusz, nasz dorosły syn. Pasowało mu życie na wyspie, miał firmę marketingową, która zatrudniała kilkanaście osób, podczas gdy ja, znudzona sielankową scenerią białego bogatego południa, dusiłam się na tym małym lądzie w kształcie nadgryzionego liścia klonu, na tej wyspie dinozaurów i duchów, oddalonej trzy godziny i trzydzieści lat od Londynu.

Do portu w East Cowes dotarliśmy, zanim wypłynął ostatni prom. Adam owinął twarz szalikiem i skoczył do kas przebukować bilety. Miałam złe przeczucia, bo światła w budynkach terminalu były zgaszone. Ucichły gwar podróżnych, popiskiwanie dzieci, hałas ekspresów w portowej kawiarni. Przypływ zatarł ślady stóp na plaży. Mewy, które przed miesiącem podkradały podróżnym jedzenie, rozsypane frytki, ciastka i bułki, teraz kołowały niespokojnie nad portem. Łopotały na wietrze żółte taśmy, którymi strażnicy poowijali bramki wejściowe i ławki. Na placu przed budynkiem terminalu, jak na arenie cyrkowej, jeździł po kole rowerzysta w pomarańczowej kamizelce, od czasu do czasu odrywał ręce od kierownicy i pokazywał coś na migi mężczyźnie stojącemu w oknie wyglądającemu na kapitana. W oddali burzyło się morze. Mrugały światła latarni. Statki wracały do portów.

Wytarłam rękawem swetra szybę. Reflektory jak diaskop podświetlały promowisko. Przed nami stały nissan osobowy i dwie ciężarówki. Adam wrócił bez biletów, włączył tablet i na stronie Red Funella próbował zamówić nowy rejs. Klikał z takim uporem, jakby chciał nas przerzucić przez zatokę Solent.

Tablica ogłoszeń była zaciemniona. Patrzyliśmy na nią w napięciu jak gracze giełdowi na notowania akcji. Wreszcie ekran rozbłysnął. Na podświetlonym pasku pojawiła się godzina rejsu do Southampton. Dwudziesta druga dwadzieścia, przeczytałam na głos.

Adam włączył spryskiwacz. W sunących po szybie kroplach znikał odwrócony widok na port, który natychmiast zamazywały wycieraczki. Przypomniało mi się, że pod koniec szesnastego wieku na wyspie Wight dżuma zabiła ponad dwieście osób. Zmarli zostali pochowani razem z gubernatorem na cmentarzu zadżumionych przy kościele Świętego Tomasza w stolicy wyspy. Nie minęło dwieście lat, a ich nagrobki posłużyły do wyłożenia kamieniem alejek w parku rekreacji.

Z zamyślenia wyrwało mnie buczenie promu, które tej nocy brzmiało złowieszczo, jak z Wojny światów Spielberga. W pierzei między ścianami terminalu przepłynął biało-czerwony kadłub promu Red Funnel. Nareszcie!

Julka się wzdrygnęła i odłożyła telefon. Z nissana wypadł rozżarzony niedopałek. Mewa złapała go w locie, myśląc, że to frytka. Strażnik wklepał coś do czytnika i zapukał w okno. Na jego widok Leo się rozszczekał. Adam spuścił szybę i przekrzykując psa, próbował tłumaczyć, że mieliśmy rejs zabukowany na czwartą, ale nawalił samochód.

Strażnik pokiwał głową i zeskanował kody nieważnych biletów w telefonie Adama, spisał numery rejestracyjne mercedesa i sprawdzał jakieś dane, potęgując tym nasz niepokój. Zdesperowana sięgnęłam do torebki i pokazałam mu dowód wpłaty na nowe mieszkanie w Hastings, tłumacząc, że przeprowadzkę planowałam od dawna i nie mam już domu na wyspie.

Odszedł, ustalał coś z kolegą albo kierownikiem. Jego twarz nagle znieruchomiała, ale dłonie dalej tańczyły. Patrząc na niego, zrozumiałam, że to, co bierzemy za przeznaczenie, jest często wypadkową decyzji różnych ludzi, których spotykamy na swojej drodze.

Minuty płynęły. Było wpół do dziesiątej. Odpięłam pasy i sięgnęłam do torebki po portfel.

- Weź, zostaw. - Adam powstrzymał mnie dłonią. - Łapówa tu nie przejdzie. Wkurzysz ich tylko. - Wytarł kropelki potu spod nosa i odgarnął z wysokiego czoła przetkane siwizną włosy. Musiało mu skoczyć ciśnienie, bo był zaczerwieniony na twarzy i ciężko oddychał.

Minuty płynęły. Wybiła dwudziesta druga. W samochodzie zrobiło się duszno. Pies podniósł wilgotną mordkę z moich kolan i zaczął ciężko dyszeć. Kotka drapała drzwiczki klatki. Mnie rozbolał brzuch. Julka podjadała ciastka. Minuty płynęły. Adam zaciskał dłonie na kierownicy.

2.

Usłyszałam pluskot ryb, ale to nie ławica rozrabiała w morzu. To krew szumiała w moich skroniach. Strażnik uśmiechnął się i podniesionym kciukiem dał znać temu z budki, żeby nas przepuścił. Szlaban się uniósł. Droga była wolna. Adam ruszył. Mercedes szarpnął tak mocno, że czarny worek z pościelą wylądował na głowie Julki. Wjechaliśmy kładką na prom. Kiedy Adam, pochylając się w moją stronę, sięgnął do schowka po gumę, poczułam od niego zapach wódki. Zmroziło mnie, jednak nic nie powiedziałam. Nie mogłam już zawrócić - chyba że wpław.

Na chwilę obezwładnił mnie ucisk w okolicy mostka, później pod żebrami i w brzuchu. Poluzowałam pas bezpieczeństwa, marząc o gorącej, gorzkiej herbacie, ale nie mogłam jej kupić na promie. Według nowych przepisów nie wolno nam było wysiadać z samochodu. Musieliśmy przez cały rejs tkwić w aucie na dolnym pokładzie jak szczury, a światło latarki kontrolera co jakiś czas wędrowało po naszych twarzach. Przede mną podrygiwał kubek z truchełkami zdechłych much. Nissana nigdzie nie było. Pewno go wycofali. Zawieszka zapachowa z napisem VIP kołysała się jak wahadełko hipnotyzera. Głowa Adama opadła na jego piersi.

- Proszę cię, nie zasypiaj. - Dotknęłam jego przedramienia, myśląc, że zmogła go wódka. - Musisz wyłączyć silnik, bo zaraz wypływamy.

Julka zachichotała.

- Mama, przecież my od dawna płyniemy.

Okazało się, że to ja przysnęłam i obudziłam się, gdy prom dobijał do brzegu.

Zostawiliśmy za sobą Southampton. Mercedes sunął gładko po autostradzie. Żółta ścieżka w nawigacji wiła się przed naszymi oczami. Lampy odbijały się w stylizowanej na marmur tapicerce jak płomyki świec w grobowcu. Bot o głosie Davida Attenborough prowadził nas do celu. Julka ułożyła jasną głowę na worku z pościelą i przysypiała. Adam uchylił okno i włączył radio. Sting śpiewał o zastyganiu krwi w kolorze wieczornego słońca. How fragile we are, how fragile we are. Wtórowałam mu cicho, obserwując topole, które w zależności od tego, pod jakim kątem padało na nie światło, raz wydawały mi się kruche, a innym razem potężne.

Pokonaliśmy w nocy rozklekotanym mercedesem prawie sto mil, połowę południowego wybrzeża Wielkiej Brytanii: z Southampton na wschód, prosto do Hastings. Drogi były puste. Od czasu do czasu przecinały je lisy. Króliki kicały na poboczu. Ich przestraszone oczy świeciły jak fluorescencyjne guziczki. Gdyby nie oświetlenia sygnalizacyjne autostrady, można by pomyśleć, że przenieśliśmy się do czasów wiktoriańskich. Spodziewałam się po drodze szlabanów, kontroli, radiowozów, ale było spokojnie. Pies próbował wspiąć się na moje kolana, by obserwować drogę. Dałam mu się napić prosto z butelki.

Przez uchylone okno dotarł do mnie zapach morza, a w oddali rozbłysły żółte światełka, jakby ktoś zapalił lampki choinkowe. Przed nami wyrosło miasto z białymi i ceglanymi budynkami, widzieliśmy jego granatowe kontury, kołyszące się palmy na skwerkach.

Skręciliśmy w dość stromą, wijącą się ulicę z wąskim chodnikiem, z jednej strony ogrodzoną kamiennym murem, a z drugiej kolorowymi szeregówkami z wysokimi, porośniętymi mchem kominami. Na odrapanym budynku zamajaczyła tablica z napisem Stonefield Road.

Zatrzymaliśmy się przed dwupiętrowym niebieskim domem z lat sześćdziesiątych. Adam otworzył drzwi. Leo wyskoczył pierwszy, obsikał wycieraczkę sąsiadów i zwiał. Adam pobiegł za nim, ale gdzie tam. Nie dogonisz owczarka pasterskiego, który po wielu godzinach kiszenia się w aucie pogna przed siebie jak struś pędziwiatr. Między ciemnymi krzakami migały jego białe łatki. Gwizdałam na niego, najgłośniej, jak potrafiłam. Bronka kręciła się w klatce.

Dziesięć minut później Leo wrócił, pokręcił się po ulicy i podszedł do mercedesa z podkulonym ogonem. Może się wystraszył, że pojedziemy dalej bez niego. Adam go skarcił i przypiął do słupka, poszukał w kurtce kluczy i poprowadził nas wąskimi, obitymi brązową wykładziną schodami na drugie piętro. Za nami wlokła się zmęczona Julka z klatką. Adam wymacał dłonią kontakt. Światło zakołysało się pod sufitem i zahaczyło o pajęczyny. Zobaczyłam obskurny, zagracony pokój z jednym oknem, drewnianym stolikiem, szafą wbudowaną w ścianę, dwuosobowym łóżkiem i przyklejoną do ściany gipsową atrapą kominka. Zemdliło mnie od smrodu nieświeżej pościeli. Ktoś wyprowadzał się w biegu i porzucił butelki i puszki. Pod krzesłem zostawił szary filcowy kapeć. W przenośnej lodówce, w kąciku pokoju, zakwitł owczy ser. Wilgoć opieczętowała ściany. W prześwitach brudnej szyby kołysały się ciemne chmury i gałęzie młodego grabu.

Adam wniósł na górę resztę naszych rzeczy, postawił pod stolikiem kuwetę, żwirek, pudełko z jedzeniem.

- No to ja już będę szedł. - Ziewnął. - Padnięty jestem.

- Czekaj! - Zatrzymałam go. - A mieszkanie?

- Co?

- Kiedy pokażesz nam mieszkanie?

- Arej da ci klucze czwartego kwietnia.

- Ale mówiłeś, że...

- Nic nie poradzę - przerwał mi. - Do tego czasu musisz tu przepękać.

- Tu? - Zmierzyłam go groźnym wzrokiem.

- Ciesz się, że dał ci zastępczy lokal. Tylko siedemdziesiąt za tydzień - ciągnął, odsuwając się w mrok korytarza.

Wyszłam za nim na klatkę. Stojąc na dole, ubrany w żółtą kurtkę, wyglądał jak piłka do tenisa rzucona w ciemny kąt ogrodu.

- Zapłaciłam depozyt.

- Ale zrozum, to nie ode mnie zależy. W tym mieszkaniu na Church Road, które Arej trzymał dla ciebie, chłopaki nie skończyli remontu.

- A co? Zapili?

- Przez tę zamotę z pandemią jest zakaz prac budowlanych.

Nic nie powiedziałam. Nie chciałam awantur przy Julce. Wolałam, żeby już sobie poszedł i zniknął mi z oczu.

Wytarł rąbkiem koszulki ślady oddechu z okularów, warknął, żebym schowała kotkę, bo Arej nic o niej nie wie, zszedł na dół, zabrał ze sobą Leo i zostawił nas same w obcym domu.

3.

Usiadłam na łóżku i zdenerwowana wyszarpywałam nitki z wełnianej narzuty. Kurz zakręcił w nosie. Wtem ktoś kichnął w kącie pokoju. Po chwili rozległo się żałosne "miau". Zerwałyśmy się obie, przypomniawszy sobie o Bronce. Julka skoczyła do klatki i otworzyła drzwiczki. Wychylił się czarny łepek. Rozłożyłam miseczki z wodą i kocim żarciem, wsypałam żwirek do kuwety, a kotka, stąpając ostrożnie po zaśmieconej podłodze jak po gorącym dachu, obwąchiwała wszystkie kąty. Julka wzięła ją na kolana i głaszcząc, przytuliła do brzucha jak futrzany termofor. Nie uszło mojej uwadze, że zerkała na mnie z wyrzutem. Od dawna marzyła o gustownie urządzonym pokoju, który miały podziwiać angielskie koleżanki.

Tymczasem za sprawą Adama trafiłyśmy do tej nory, a ja, stojąc pod białym kloszem wypełnionym zdechłymi muszkami, poczułam się bezradna i zmęczona. Adam kolejny raz wystrychnął mnie na dudka. Dochodziła pierwsza w nocy.

- Nie martw się - uspokajałam Julkę, podając jej ryżowego wafla. - Zostaniemy tu tylko kilka dni. - Chciałam dodać "obiecuję", ale się zawahałam.

Zebrałam śmieci ze stolika, zrzuciłam w kąt pokoju brudną pościel i rozłożyłam w jej miejsce naszą kołdrę i poduszki. Tymczasem Julka przebrała się w piżamę, a teraz, mimo późnej pory, wystukiwała coś w telefonie. Pewnie żegnała się z koleżankami z wyspy.

Bronka zwinęła się w kłębek przy naszych poduszkach, mrucząc, chyba z wdzięczności, że jej nie zostawiliśmy. Zadrżałam z zimna i przekręciłam termostat na szóstkę, ale kaloryfer wciąż był lodowaty.

- Kurde, ale ziąb - odezwałam się do Julki, ale ta już spała.

Ja nie mogłam zasnąć. Gapiłam się w telefon wyczekując, aż Marek, mój chłopak z Warszawy, wyśle mi, jak każdej nocy, okraszone miłosnym emotikonem "dobranoc, skarbie". Byłam wyczulona na takie gesty. W końcu telefon zabrzęczał. Odesłałam mu buziaka i rozanielona przytuliłam się do poduszki.

Wtem dobiegło mnie pukanie. Na wszelki wypadek zasłoniłam śpiącą kotkę poduszką i podeszłam na palcach do drzwi.

- Kto tam? - Usłyszałam swój przestraszony głos.

- Luba, sąsiadka wasza.

W judaszu kręciły się tylko jakieś mroczne galaktyki. Przekręciłam klucz i zrobiłam asekuracyjnie krok w tył. Na progu stanęła korpulentna kobieta. Światło zabawiało się z jej całkiem ładną twarzą, zmieniając ją w koślawą karnawałową maskę. Ubrana w różowy pikowany szlafrok trzymała przy piersi farelkę, jakby to było niemowlę.

- Ja pomyślała, że wam się przyda.

- Dziękuję. A pani nie zimno?

- E, gdzie tam zimno, jak ja po kołchozach chowana. - Uśmiechnęła się, demonstrując złotą koronkę, która pasowała do jej piegów i rubinowych włosów. Miała wydęte, mięsiste usta i małe, świdrujące oczka.

Już miałam jej powiedzieć, że ja też nie byłam chowana jak pączek w maśle, bo do osiemnastego roku życia mieszkałam w nieogrzewanym domu z kamienia wapiennego, który nad stawem nasiąkał wilgocią jak gąbka, ale nie chcąc się wdawać o tej porze w niepotrzebne pogaduszki, zapytałam tylko:

- Czy pani jest z Rosji?

- Z Łotwy, kochaniutka, z Łotwy. A ty pewno Polka.

- Po czym poznać?

- A bo ja wiem? Może po tych oczach jasnych.

Chciała przekroczyć próg naszego pokoju, ale ja, bojąc się, że zauważy Bronkę, zagrodziłam jej drogę. Przez chwilę kiwałyśmy się jak piłkarze. Ona była napastniczką, a ja bramkarką. W końcu Luba odpuściła, pochyliła się i wyrwała wełnianego kłaczka z mojego swetra. Zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Domyśliłam się, że mam do czynienia z osobą wścibską i chorobliwie pedantyczną, ale mimo to coś mnie do niej przyciągało. Czułam się przy niej swojsko, jak to wśród ludzi z demoludów. Za komuny w mojej wsi nikt się nie krygował. Sąsiadki wpadały bez zapowiedzi i zaglądając pod pokrywkę, sprawdzały, co tam mama pichci na obiad. Gdyby nie zniszczona od palenia twarz Luby, staroświecki szlafrok i ciotkowaty styl bycia, mogłabym pomyśleć, że Luba jest moją rówieśnicą.

- Ale macie zaduch. - Powachlowała dłonią przed nosem i zapuściła żurawia do pokoju. - Nie wpadła ci tu w oko taka mała lodówka albo szczotka do kurzu z mikrofibry? - spytała z chytrą miną. - Tę szczotkę to mi chyba podebrali.

Ziewnęłam szeroko, udając, że jestem bardzo śpiąca, ale Luba jeszcze dobre kilka minut zawracała mi głowę. Poskarżyła się na lokatorów i na Areja, który jako gospodarz jej zdaniem nie dbał o dom, pomarudziła, że obudziłyśmy ją o pierwszej w nocy, aż w końcu sobie poszła.

Z ulgą zamknęłam za nią drzwi i włączyłam farelkę, której druciki nie ożyły. Zgasiłam światło i ułożyłam się obok Julki.

Ciemne plamki zawirowały mi przed oczami - jak kijanki pod powierzchnią wody, i ułożyły się w twarz mojego Marka. Powtarzałam w myślach "mojego, mojego", bo miłość lubi formy dzierżawcze. Przesunęłam się na skraj łóżka i stęskniona oglądałam w telefonie jego półnagie zdjęcia. Stan nieważkości. Niepewność jutra i pewność uczuć, którym się poddawałam. Napięcie erotyczne i spokojny oddech śpiącego obok dziecka. Tej nocy nie mogłam pozwolić, żeby zawładnęły mną fantazje.