Wilcze córki. Oksana. Tom 3 - Katarzyna Ryrych

Reflow text when sidebars are open.
Dwaj mężczyźni siedzieli przy kawiarnianym stoliku, pogrążeni w rozmowie. Młodszy wydawał się lekko zdenerwowany, starszy uspokajał go - a przynajmniej tak to wyglądało. Tłumaczył mu coś, wskazując na rozłożone na stoliku papiery, tamten zaś z powątpiewaniem kręcił głową.
- Nie, nie, to nie może się udać - powtarzał i zamilkł dopiero wtedy, gdy obok stojącego w rogu niewielkiego fortepianu pojawił się chudy młodzieniec, który, z racji swej aparycji, lepiej prezentowałby się na arenie cyrkowej, wpadając do beczki z mąką. Po chwili stanęła przy nim przystojna kobieta w ciemnej sukience uszytej według najnowszej mody.
Młodszy mężczyzna westchnął zirytowany.
- Przepraszam, Wiktorze - rzekł starszy. - Szukałem spokojnego miejsca, ale nie miałem pojęcia, że odbywają się tutaj...
Pierwsze tony, jakie wydobył z instrumentu smętny pianista, zagłuszyły dalsze słowa.
- Boże - westchnął młodszy. - Zapłacę i poszukamy innego miejsca.
Ale jego towarzysz podniósł w górę wskazujący palec, jak gdyby chciał nakazać mu milczenie. Potem jego twarz przybrała lekko nieobecny wyraz.
Kobieta w ciemnej sukni z wielką swobodą śpiewała arię z Wesołej wdówki czystym, dobrze ustawionym głosem. Nie zwracała najmniejszej uwagi na tych, którzy jej słuchali, po prostu w pełni oddawała się przyjemności, jaką sprawiał jej śpiew.
Skończywszy, sięgnęła po szklankę wody stojącą na fortepianie i kiedy umilkły oklaski, ruchem głowy dała znać pianiście, aby znów zaczął grać.
- Co za głos... - szepnął mężczyzna nazwany Wiktorem.
Starszy w milczeniu skinął głową i położył palec na ustach. Wydawało się, że zapomniał o leżących na stoliku dokumentach.
Kiedy krótki koncert się skończył, mężczyzna wstał, podszedł do śpiewaczki i ukłonił się. Wyrazy uznania przyjęła tak samo naturalnie, jak śpiewała.
- Roman Milewicz - przedstawił się. - Przyszedłem tu z przyjacielem, aby omówić kilka ważnych spraw, ale nie miałem pojęcia, że trafię na koncert...
- Koncert... - powtórzyła. - No tak, na to wygląda, że był to koncert.
- Powinna śpiewać pani na największych scenach operowych - powiedział.
- Już to robiłam - odparła.
- Pani... śpiewała...?
- Tak. - Uśmiechnęła się. - Śpiewałam. W Pradze, Budapeszcie, Wiedniu.
- Zatem, na miłość boską, co pani robi tutaj?
- Zarabiam na życie - odparła z prostotą.
Milewicz przetarł czoło wierzchem dłoni.
- Niemożliwe - mruknął. - Niemożliwe.
Kobieta rozłożyła ręce.
- A jednak - odpowiedziała.
- Czy mógłbym wiedzieć...
- Przepraszam, nie przedstawiłam się. Olga Miernikówna. Rzadko kiedy wdaję się w rozmowy z nieznajomymi. To znaczy, rzadko kiedy ktoś przychodzi tak po prostu, żeby powiedzieć mi coś miłego.
- Nie wierzę.
- Powiedziałam "miłego". Za to otrzymuję różne propozycje i proszę mi wierzyć, z żadnej z nich nie zdarzyło mi się skorzystać.
Co za klasa, pomyślał Milewicz. Śpiewa w kawiarni, zarabia na życie. Głos ma anielski, a maniery królewskie. Poczuł, że nie może pozwolić jej odejść, zniknąć. Tym bardziej że nos detektywa podpowiadał mu, iż ma do czynienia z absolutnie niezwykłą osobą o równie niezwykłej historii.
- Proszę się nie obrazić - powiedział - ale zapraszam panią do moje... do naszego stolika. Niech pani przyjmie zaproszenie.
Spojrzała na niego tak, jakby chciała przejrzeć go na wylot, i spostrzegł, że jej prawe oko jest błękitne, a lewe - zielone. Być może to sprawiało, że trudno było oderwać od niej wzrok.
- Dobrze - odparła. - Ale zapłacę za siebie. To mój warunek.
Widząc, jak Milewicz i jego towarzyszka kierują się w stronę stolika, Wiktor wstał i ukłonił się artystce.
- Witold Zwoliński - przedstawił się.
Olga zamówiła filiżankę kawy i nic więcej. Milewicz przez chwilę zastanawiał się, czy to nie nadszarpnie jej budżetu, jednak nie mógł posunąć się dalej - samo zaproszenie tej młodej kobiety do stolika było odrobinę ryzykowne.
- Pani jest... - odezwał się Wiktor - nie wiem, jak to określić...
- Mam talent - odparła z prostotą. - Talent do śpiewania, ale nie do robienia kariery - roześmiała się.
W jej śmiechu nie było ani krzty goryczy. Zupełnie jakby to ją bawiło.
- Pani głos sam powinien otwierać wszystkie drzwi - odrzekł Milewicz. - Wystarczyłoby...
- Wiem. Ale nie jestem pewna, czy tego chcę.
- Nie chce pani?
- Powiedziałam, że nie jestem pewna, czy tego chcę - sprostowała. - Przepraszam, robi się późno. Będę musiała panów pożegnać. Było mi bardzo miło.
- Co za kobieta! - szepnął Wiktor. - Boże, zrobiłbym wszystko, aby...
Milewicz postukał palcem w stolik.
- Najpierw musimy oczyścić cię z zarzutów. Na Boga, nie możesz uciekać przez całe życie. Zarzut morderstwa to coś naprawdę poważnego. Kiedy...
- Gdybyś nie wierzył w moją niewinność - przerwał mu Wiktor - czy podjąłbyś się...?
- Nie - odparł Milewicz. - Jestem detektywem, nie adwokatem, a to różnica.
Wiktor roześmiał się nerwowo.
- Kiedy sprawa zostanie rozstrzygnięta, mam nadzieję na moją korzyść, poproszę cię, abyś...
- Z największą przyjemnością - odparł detektyw. - Sam chciałbym czegoś się o niej dowiedzieć. Z czystej ciekawości, Wiktorze. Nie zapominaj, że mam rodzinę.
- Czy to w czymś przeszkadza? - mruknął jego towarzysz.
- Niektórym nie. Ale ja, jak zapewne zdążyłeś się już nieraz przekonać, jestem inny. Człowiek, drogi Wiktorze, powinien mieć kompas. Dla jednego to będzie wiara, dla innego przekonania polityczne, cokolwiek. Bo jeśli tego nie masz...
Ma rację, pomyślał Wiktor. Szkoda, że nie myślałem w taki sposób, kiedy...
Powróciwszy do hotelu, gdzie figurował w księdze gości jako Witold Zwoliński, długo nie mógł zasnąć. Piętro wyżej Milewicz spał snem sprawiedliwego, a przed oczyma Wiktora jak obrazy przesuwały się sceny z przeszłości. Była tam kobieta, która w przedziwny sposób przypominała śpiewaczkę z kawiarni, a także dworek położony w malowniczej okolicy i kłopoty, w które się wpędził, uległszy hazardowi. Karcianych epizodów nie zaliczył wielu, zaledwie cztery czy pięć, lecz każdy z nich był brzemienny w skutki. Przykre skutki.
Ojciec Wiktora, człowiek surowy i zasadniczy, spłacił długi i zapowiedział, że teraz syn zaciągnął u niego honorową pożyczkę. Dał mu do zrozumienia, że dopóki nie zajmie się czymś konkretnym, dopóty nie ma wstępu do domu. Wprawdzie matka próbowała wspierać syna za plecami męża, ale jej pomoc ledwie starczała na w miarę przyzwoite życie. Wiktor zdawał sobie sprawę, że nie może to trwać wiecznie, bowiem suma, jaką dysponowała na wyłączność, wyczerpie się w końcu.
- Nie pozostaje ci nic innego, jak tylko ożenić się bogato - powiedział jeden z jego znajomych.
Nigdy wcześniej nie przyszło mu to do głowy, a wydawało się to tak dziecinnie proste! Był przystojny i dobrze o tym wiedział. Potrafił i słuchać, i opowiadać ciekawe historie, zachowywał się szarmancko wobec kobiet - po prostu nie brakowało mu niczego.
Należało tylko znaleźć odpowiednią kandydatkę. Odpowiednią - to znaczy niegłupią, niebrzydką i niebiedną. Czy może w odwrotnej kolejności.
Tego samego dnia sporządził listę znajomych - dalszych i bliższych, którzy mieli siostry lub kuzynki, i postanowił ich wszystkich odwiedzić. Na pierwszym miejscu znalazł się jego dawny znajomy, Henryk, który miał siostrę, majątek i ekscentryczne poglądy, o ile Wiktor dobrze sobie przypominał. Kiedy jednak pojawił się w malowniczym dworze, czekała go niespodzianka. Niespodzianka miała piękne błękitne oczy, jasne włosy i delikatnie wykrojone usta, jakby stworzone do pocałunków. I na dodatek nie była zainteresowana niewinnym flirtem, który i tak nie doprowadziłby do niczego konkretnego, bowiem intuicja podpowiadała Wiktorowi, że dziewczyna nie należy do najbogatszych.
Mężczyzna, który zaprosił Oksanę do stolika, nie miał w sobie nic z kawiarnianego donżuana. Po pierwsze, naprawdę słuchał, kiedy śpiewała, a po drugie, był bezpośredni. Nie prawił komplementów, które zawsze ją śmieszyły, nie patrzył na nią jak na łakomy kąsek i wyczuwała w nim coś nieuchwytnego, co budziło zaufanie.
Musiał też być człowiekiem wszechstronnie wykształconym, ponieważ, gdy siedzieli, pijąc kawę, rzucił parę trafnych uwag dotyczących muzyki.
Bardziej zagadkowy wydawał się jego towarzysz - wyglądał na niespokojnego, zupełnie jakby się czegoś obawiał, nie potrafił się skoncentrować, a jednocześnie patrzył na nią tak, jakby...
Trudno jej było znaleźć odpowiednie słowo. Na szczęście jednak nie musiała się nad tym zastanawiać. Powróciwszy do swego mieszkania, zsunęła z siebie ośnieżony płaszcz, ustawiła w przedpokoju buty, a wyjściową sukienkę zdjęła w pokoju, gdzie od pieca szło miłe ciepło. Narzuciła szlafrok i wezwała służącą, aby ta przygotowała jej kąpiel i przyniosła filiżankę herbaty. Po pracowitym wieczorze należało odpocząć, ponieważ jutro czekał ją równie pracowity dzień; udzielanie lekcji śpiewu nie było łatwym zajęciem, tym bardziej że uczennice nie zawsze miały głos i talent, a nauka najczęściej była życzeniem ich matek. Dobrze jest, jeśli panienka potrafi śpiewać i grać na jakimś instrumencie. Zatem - na fortepianie, gitarze lub mandolinie. Oksana tego typu lekcji nie udzielała, zajmowała się śpiewem i starała się, aby jej uczennice potrafiły wydobyć z siebie głos. Piosenki należały do z góry ustalonego repertuaru: Ja pójdę górą, Prząśniczki, Gdybym ci ja miała, Piosenka neapolitańska i jeszcze kilka takich, które nie wymagały szczególnych warunków głosowych - najczęściej melodie ludowe.
Pracując z dziewczętami, cały czas miała przed oczyma swoją pierwszą lekcję śpiewu, kiedy to jej nauczyciel, zwany przez wszystkich Maestrem, stwierdził, że nie potrafi oddychać.
- Jak to? - zdziwiła się Oksana. - Żyję, więc muszę oddychać. Wszystko, co żyje, musi to robić.
Maestro podszedł do niej i bezceremonialnie położył rękę na jej brzuchu. Dłoń była duża i gorąca, czuła to przez cienką sukienkę.
- Tu - powiedział. - Tu się rodzi prawidłowy oddech, a nie tutaj. - Przeniósł dłoń na klatkę piersiową Oksany.
Towarzysząca jej opiekunka, pani Elżbieta, cicho chrząknęła.
- No więc tak. - Maestro cofnął rękę, choć dziewczyna miała niejasne wrażenie, że chętnie zatrzymałby ją tam na dłużej. - W ten sposób - poklepał się po brzuchu - oddychają mężczyźni. A kobiety muszą się tego uczyć, jeśli chcą śpiewać prawidłowo.
Pani Elżbieta westchnęła. Oksana nie mogła pozbyć się odczucia, że ta chętnie uczyłaby się śpiewu, gdyby Maestro demonstrował jej, gdzie tkwi prawidłowy oddech.
Nie rozumiem, myślała dziewczyna, jak można kochać się w kimś takim. Maestro przypominał jej koźlonogiego bożka na rycinie w jednej z książek znajdujących się w bibliotece pani Wilczyńskiej. Nauczyciel muzyki był niski, krępy, miał lekko krzywe nogi, rudy zarost, a z uszu wyrastały mu kępki włosów. Jego zielonkawe oczy patrzyły ostro i przenikliwie i rzadko kiedy zatrzymywały się na pani Elżbiecie. Ta zaś robiła wszystko, aby wyglądać - w jej mniemaniu - atrakcyjnie. Starannie układała włosy, spinając je w kok, nosiła na szyi łańcuszki lub aksamitki, używała perfum, które rozcierała za uszami i na nadgarstkach. Jej głos nagle zaczynał przypominać gruchanie gołębi i na przemian to bladła, to rumieniła się gwałtownie.
Biedna, pomyślała Oksana. Dookoła jest tylu innych mężczyzn...
- Herbata dla pani. - Jej rozmyślania przerwała młoda dziewczyna o okrągłej, rumianej twarzy. - A kąpiel zaraz będzie gotowa.
- Dziękuję, Stasiu. - Oksana skinęła głową. - Co ja bym bez ciebie zrobiła.
- Pani sobie poradzi, bo jest młoda i zdrowa - odparła tamta. - Ale pani Julia to już nie.
Pani Julia, stara aktorka, mieszkała piętro wyżej. Od dawna nie wychodziła z domu, bowiem nogi odmawiały jej posłuszeństwa i z tego powodu zdecydowała się zatrudnić służącą, a wkrótce porozumiały się z Oksaną i płaciły dziewczynie na spółkę.
Oczywiście, Oksana poradziłaby sobie bez pomocy, ostatecznie w ten sposób żyła już kilka lat, ale było przyjemnie, kiedy ktoś napalił w piecu przed jej powrotem i przygotował świeże ubranie. Obecność Stasi sprawiała, że mieszkanie nie było puste, że wracając z kawiarnianych koncertów, widziała światło palące się w oknie. Wracam do domu, myślała wtedy, a jej serce zaczynało bić żywiej. Własny dom - o tym marzyła od dawna, w drodze między jedną stolicą a drugą, między jednym a drugim spektaklem. Wrócić do siebie, nie do garderoby pachnącej kurzem i przepoconymi strojami, nie do hotelowego pokoju, gdzie co prawda kurzu nie było, ale nie było też niczego, co sprawiałoby wrażenie, że miejsce to choć trochę do kogoś należy - żadnych osobistych drobiazgów poza kilkoma fotografiami, które ustawiała na toaletce, i kasetką na biżuterię. Dlatego pierwszym krokiem, jaki podjęła, wróciwszy do Lwowa, było znalezienie mieszkania.
Kamienica należała do kobiety żyjącej z czynszu za wynajmowane lokale, bardzo przyzwoitej, kulturalnej osoby, która - jak wynikało z opowieści aktorki - niejednemu pomogła, udostępniając pokój za przysłowiowe grosze.
- Będziesz płacić normalny czynsz, kiedy staniesz na nogi - powiedziała do Oksany pani Kamińska, tak bowiem nazywała się właścicielka kamienicy. - Ot, jest niewielkie mieszkanie, na pierwszym piętrze...
Spojrzała na Oksanę i pobladła.
- Co się stało? - zapytała tamta. - Czy pani dobrze się czuje?
- Tak, tak, oczywiście. Po prostu przez chwilę miałam wrażenie, jakbym zobaczyła... ducha. Ale to niemożliwe, bowiem tamta panienka żyje, nie, już nie panienka, teraz to już pani, żyje i miewa się, z tego, co wiem, całkiem dobrze. A może pani ma siostrę?
- Nie. - Oksana pokręciła głową. - Nie mam. Byłam jedynaczką i całe dzieciństwo marzyłam, aby mieć rodzeństwo.
- Dziwne, dziwne. - Pani Kamińska wyjęła z szafki klucze i zarzuciwszy na ramiona ciepły szal, wyszła z mieszkania i poprowadziła Oksanę na górę skrzypiącymi, drewnianymi schodami.
- To bardzo stary dom - mówiła. - Tyle ludzkich historii, tyle ludzkich losów... Aż dziw, że tu nie straszy.
Oksana uśmiechnęła się do siebie. Po dzieciństwie pełnym opowieści o upiorach, straszydłach wychodzących z bagien czy też sysunach żywiących się krwią dzieci mało co było w stanie ją przestraszyć. Zresztą sama kochała opowiadanie podobnych historii i często, gdy razem z koleżankami wracały do wsi, zatrzymywały się na skraju łąki, by snuć rozmaite historie, jedną straszniejszą od drugiej.
- Już więcej nie pójdę obok młyna - powiedziała kiedyś Antośka, chociaż droga przez groblę prowadziła prosto do jej chaty.
Grobla przedzielała dworskie stawy, w których hodowano ogromne karpie o złocistych łuskach, a na dnie - jeśli wierzyć opowieściom Oksany - siedziała ogromna żaba z ludzką twarzą i psimi zębami i potrafiła człowieka wciągnąć błoniastą łapą pod wodę.
- To nie żadne bajki - zaklinała się koleżanka. - Pamiętacie, jak kłusownik Fiodor chciał sobie złapać karpia i coś wciągnęło go pod wodę? A jak ten Polak, Franek od kowala, wpadł do stawu i prawie byłby się utopił?
- A sama tam chodzisz - powiedziała Krysta.
- Bo noszę ze sobą ikonkę, ojciec z Połtawy mi przywiózł - wyjaśniła Oksana - to mam ochronę.
Antosia miała malutki srebrny krzyżyk, ale trochę się bała, bo wolałaby nie zobaczyć tej żaby. A Dora... Ta chyba nie bała się niczego.
Ciekawe, gdzie są teraz Antosia i Dora, myślała Oksana, rozpakowując niewielką walizkę. Reszta bagażu miała nadejść za kilka dni, ale najpotrzebniejsze rzeczy miała ze sobą.
Jeszcze tego samego wieczoru poznała panią Julię, która, słysząc, że piętro niżej ktoś otwiera drzwi balkonowe, wychyliła się z okna.
W pierwszej chwili Oksana pomyślała, że mógłby to być jeden z duchów, o jakich wspominała właścicielka kamienicy, ale była to kobieta. Twarz miała nienaturalnie białą i nienaturalnie czerwone usta, a spod siwej grzywki wystawały przeraźliwie czarne brwi nierówno nakreślone na czole.
- Witamy na scenie! - zawołała chrapliwym głosem.
Aktorka, pomyślała Oksana. Jedna z tych, które do samej śmierci nie przestają grać. I natychmiast przypomniała jej się pani Elżbieta.
Pani Elżbieta zachowywała się trochę dziwnie i trudno było się do tego przyzwyczaić, ale kiedy rozmawiała normalnie, dało się ją lubić.
Zmieniała się, dopiero gdy zaczynała mówić o sztuce. Zupełnie jakby stawała się kimś innym i Oksana zaczynała się wtedy zastanawiać, która Elżbieta jest prawdziwa.
Natomiast pani Maria była tylko jedna. I gdyby ktoś zadał dziewczynie pytanie, jaka jest pani Wilczyńska, miałaby gotową odpowiedź: surowa, ale dobra.
Zapamiętała tamten czas bardzo dobrze, zupełnie jakby wszystkie jej zmysły nagle się wyostrzyły. Dni były ciepłe, nadal trwało kalendarzowe lato. Oksana często zastanawiała się nad tym, że ludziom, którzy mieszkają w mieście, chyba trudno się domyślić, jaką mają porę roku. W Brzostkowie ścierniska oznaczały koniec lata, podobnie jak zapach palonego zielska, dym snujący się tuż przy ziemi czy też leżące przy drodze pryzmy buraków przypominały, że zbliża się schyłek jesieni. A sztywne od szronu źdźbła traw wskazywały, że niebawem wszystko zakryje śnieg. Wiosną pojawiały się roztopy, latem nad wsią przechodziły burze.
Miasto, mimo lodów, cukierni i kawiarni pachnących tak, że aż ślinka napływała do ust, było dziwnie ubogie.
- Wyrosłaś jako dziecię natury - wyjaśniła jej pani Elżbieta - ale twoje życie będzie zawsze związane z miastem. Oczywiście jeśli zechcesz iść za głosem serca. Wyobraź sobie wielką scenę, ludzi, którzy siedzą naprzeciw ciebie, ale nie widzisz ich twarzy, bo są ukryci w ciemności... Za to oni wszyscy cię widzą, przyszli, aby cię posłuchać. Czy to nie piękne?
Ale jak to tak, pomyślała wtedy Oksana, nie widzieć tych, którzy słuchają? Przecież śpiewa się dla kogoś, trzeba go widzieć, wtedy człowiek wie, czy piosenka się podoba, czy nie, czy wpada tylko w ucho, czy też trafia do serca - a to wszystko widać na twarzy.
"Bo ludzka twarz jest jak lustro, powiedziała kiedyś Paraska. Odbija się na niej wszystko, co człowiek czuje. Nie urodził się jeszcze taki, co by umiał to ukryć. Twarz zawsze zdradzi".
Coraz częściej zdarzało jej się myśleć o starej zielarce. Zastanawiała się, dlaczego tamta zawsze szukała okazji, aby z nią porozmawiać. Nigdy z niej nie podkpiwała, nie straszyła wiłami czy południcami, tylko rozmawiała. I zawsze miała dla niej jakiś podarek - a to jagody nanizane na źdźbło trawy, a to korale z jarzębiny, a to zwierzątko zrobione z żołędzi czy też łódkę wystruganą z kory, z żaglem z liścia.
Wszystkie te prezenty Oksana zabrała ze sobą, do miasta, i ustawiła na półce obok innych drobiazgów, a gdy pani Elżbieta zapytała, co to takiego, Oksana opowiedziała jej historię każdego z nich. Pani Elżbieta słuchała uważnie i uśmiechała się do niej.
- Tak - powiedziała na koniec. - Każdy ma taki skarbiec pamięci...
Tamtego dnia, wieczorem, poprosiła Oksanę do niewielkiego saloniku (jak bardzo inny był salon pani Marii - jasny i surowy) pełnego bibelotów i tonącego w wieczornym półmroku. Stojąca na stole lampa wabiła niewielkie białe ćmy, które wlatywały przez otwarte okno. Krążyły dokoła klosza, uderzały o szkło, a wtedy ogłuszone spadały na koronkową serwetę.
- Zobacz. - Wskazała na leżący na stole album w oprawie ze skóry tłoczonej we wzór. - Otwórz go. Nie bój się.
Oksana wcale się nie bała, po prostu zastanawiała się, co też może skrywać ta księga, i nie była do końca pewna, czy chce się tego dowiedzieć.
Ale kiedy pani Elżbieta zachęciła ją po raz kolejny, otworzyła album i...
- Tak, to ja. - Długi, chudy palec dotknął zdjęcia na pierwszej stronie. - Byłam wtedy młoda... bardzo młoda. I to była moja pierwsza rola.
No tak. To tłumaczyło, czemu na fotografii była tak dziwnie ubrana - w długą białą szatę, przypominającą koszulę nocną, a na głowie miała wianek.
- Słowacki. Goplana - wyjaśniła. - Królowa jeziora. Zakochała się w człowieku.
- Aha. - Oksana skinęła głową.
Pani Elżbieta wstała, przyłożyła dłonie do serca i...
- "Więc to tak...? Wierzbą się staniesz za to, żeś mnie oszukał! Żeś się z nią widział, żeś się z nią całował... A niechaj cię wiążą łzy i żal... Wierzbą płaczącą..." - krzyknęła.
Już wtedy Oksana dostrzegła dziwną sztuczność oraz niepotrzebny patos w jej głosie i przyszło jej do głowy, że to powinno brzmieć inaczej. Co prawda nie miała pojęcia, jak należałoby wygłosić tę kwestię, ale z pewnością nie tak, jak zrobiła to jej opiekunka. W jej wydaniu ból zdradzonej nimfy był po prostu śmieszny. A powinien rozdzierać serce.
- I cóż? - zapytała pani Elżbieta. - Jak ja kochałam scenę! - westchnęła. - Ile dałabym, aby jeszcze raz... ach, nieważne. Obejrzyj sobie to wszystko, a ja zadysponuję kolację.
I znowu stała się zwyczajną kobietą w średnim wieku, zakochaną w mężczyźnie przypominającym kozła.
Oksana z przyjemnością zanurzyła się w ciepłej wodzie, do której wrzuciła garść pachnącej soli kąpielowej. Myślami nadal krążyła wokół zdarzenia w kawiarni, które pozostawiło po sobie miły nastrój. Przeżyła wiele podobnych chwil, kiedy próbowano zapraszać ją nie tylko do stolika, ale potrafiła rzucić komuś takiemu niechętne spojrzenie, które wystarczało za wszystko.
- Pamiętajcie, dziewczęta - powiedziała pewnego dnia pani Maria - że w życiu czeka was tyle samo dobrego, co złego. Napotkacie na swojej drodze wielu ludzi, dobrych i złych. Najgorsze zaś jest to, że nikt nie ma wypisane na czole, że jest zły.
- Paraska mówi - wtrąciła Antosia - że człowiek ma na twarzy wypisane wszystko.
- Bywa i tak - pani Maria się uśmiechnęła - ale żeby to odczytać, trzeba posiadać wiedzę. Tu byłyście bezpieczne, a tam, dokąd niedługo wyjedziecie, bywa różnie. Słodkie słowa potrafią zawrócić w głowie... a nie zawsze kończy się to dobrze.
- To wtedy trzeba do Paraski - mruknęła Dora, a pani Maria albo nie usłyszała, albo udała, że nie słyszy.
Odczytywanie ludzkich intencji - szczególnie mężczyzn - Oksana opanowała bardzo szybko. Choćby po pierwszej lekcji śpiewu, kiedy Maestro położył ręce na jej brzuchu. Jego twarz przybrała dziwny, drapieżny wyraz, co natychmiast zauważyła pani Elżbieta.
Natomiast żaden z mężczyzn, którzy zaprosili ją do stolika, nie patrzył na nią w ten sposób. Starszy już wcześniej powiedział, co go zachwyciło, a młodszy wydawał się czymś zaskoczony. Rozmowa była miła, ale nie należało jej przedłużać, ponadto czuła się zmęczona i chciała jak najszybciej znaleźć się w domu. Dobry nastrój towarzyszył jej aż do późnej nocy, kiedy położyła się do snu. Spotkała tylu ludzi, którzy zaczynali rozmowę od muzyki, a kończyli...
Za oknem padał śnieg. Wielkie płatki osiadały na ziemi, na balustradzie balkonu, na gałęziach drzew. Jak białe ćmy wirowały w świetle rzucanym przez latarnie i nagle przypomniała jej się piosenka, a raczej popołudnie, które zmieniło jej życie.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI