1434
Górnik Engelbrekt Engelbrektsson z Norbergu w północnej Szwecji podrywa do buntu górniczą biedotę przeciwko jednemu z duńskich wójtów króla Eryka Pomorskiego. Powstanie szybko się rozlewa na południowe regiony kraju. Przyłącza się do niego coraz więcej ubogich dręczonych wysokimi podatkami. Szwedzka szlachta, która za czasów królowej Małgorzaty zgodziła się na to, żeby wójtów szwedzkich zastąpili urzędnicy duńscy i niemieccy, postanawia się przyłączyć do buntu. Rodzina młodego M?nsa Bengtssona z posiadłości Göksholm wysyła go do Engelbrekta, żeby zdobył zaufanie przywódcy powstania i zadbał o interesy swojego rodu, w którego herbie widnieją błękitne i złote barwy.
Powstańcy zdobywają zamek w Väster?s, a M?ns znajduje w nim porzuconą przez królewskiego wójta Hebblę Albrektsdotter, przybraną córkę hrabiego Hansa Ebersteina. M?ns wysyła ją do Göksholmu pod opieką górnika, Haralda Esbjörnssona.
W czasie zgromadzenia panów w Vadstenie Engelbrekt jeszcze bardziej wiąże rodzinę M?nsa ze swoją sprawą. Żaden inny ród nie zyskuje tylu przywilejów co oni. Engelbrekt powierza ojcu M?nsa, Bengtowi Stenssonowi, nadzór nad zamkiem Täljehus i zleca mu ważne zadanie: tam, gdzie teren jest najwęższy, pan Bengt ma wykopać kanał. Ma być na tyle długi, by połączył jezioro Mälaren z Bałtykiem. Dzięki niemu górnicy z północy będą mogli wznowić handel żelazem z kupcami z Hanzy, którzy swoje kantory mają w Sztokholmie.
W kraju panuje chaos, nikt nikomu nie ufa.
1435
Król Eryk przybywa do Sztokholmu na spotkanie ze szwedzką szlachtą. Panowie znów składają mu przysięgę wierności.
Eryk mianuje marszałkiem Karla Knutssona Bonde i wraca do Danii. Po jego wyjeździe powstanie przybiera na sile, a szlachta łamie dane królowi przyrzeczenia i ponownie staje po stronie Engelbrekta. Panowie wypowiadają królowi wierność i posłuszeństwo, a Bonde i Engelbrekt zajmują Sztokholm. Część oddziałów oblega zamek królewski, podczas gdy reszta powstańców kontynuuje marsz na południe. Bonde i Engelbrekt wspólnie piastują urząd marszałka państwa.
Do pana Bengta docierają pogłoski, że jego syn M?ns i Engelbrekt są sobie bardzo bliscy - bardziej, niż to przystoi dwóm mężczyznom. Wzywa M?nsa do Göksholmu i każe mu się z tych plotek wytłumaczyć. Wzburzony tym, czego się dowiaduje, każe spalić statek Hanzy wyładowany żelazem z Norbergu, a robotnikom, których wcześniej zatrudnił do kopania kanału, każe go zasypać.
W kraju nadal panuje chaos, nikt nikomu nie ufa.
1436
Erik Puke - najbardziej zaufany człowiek Engelbrekta - oblega zamek Täljehus, którego pod nieobecność pana Bengta broni jego żona Kristina i ich córka, Brita. Puke zajmuje zamek, a pan Bengt jedzie do Örebro, żeby się tam pojednać z Engelbrektem. W czasie rozmowy stawia mu warunek: przywódca powstania ma zerwać bliskie relacje z jego synem, bo mogą one zaszkodzić dobrej reputacji M?nsa i zaważyć na jego przyszłości.
Tydzień później Engelbrekt, który odczuwa skutki ciężkiej kampanii zimowej, wyrusza do Sztokholmu na spotkanie z Radą. Po drodze zarządza postój na jednej z wysp na jeziorze Hjälmaren koło Göksholmu. Spotyka się tam z M?nsem, który w czasie rozmowy wpada w gniew, chwyta siekierę i zadaje mu śmiertelny cios.
W kraju nadal panuje chaos, nikt nikomu nie ufa.
Główni bohaterowie powieści
Związani z rodem Stenssonów:
Bengt Stensson - pan na Göksholmie nad jeziorem Hjälmaren. W czasie powstania przeciwko królowi Erykowi on i jego bracia opowiedzieli się po stronie Engelbrekta. W reakcji na plotki o relacjach łączących jego syna z przywódcą powstania wystąpił przeciwko Engelbrektowi, lecz później zmienił decyzję i się z nim pogodził.
Kristina M?nsdotter, zwana Stiną, herbu Lew i Lilia - żona pana Bengta. W czasie, kiedy jej małżonek wykłócał się z Engelbrektem, broniła zamku Täljehus, który oblegały wojska Erika Puke.
Brita - córka pana Bengta i pani Kristiny. W czasie obrony Täljehus stała u boku matki. Po wielu latach chłodnych relacji obie się w końcu pogodziły.
M?ns - syn pana Bengta i pani Kristiny. Rodzina wysłała go do Engelbrekta, żeby zadbał o przywileje dla całego rodu. Stał się największą miłością przywódcy powstania. Po trwającej pewien czas rozłące M?ns spotkał się z Engelbrektem koło Göksholmu i zabił go siekierą.
Björn Stensson - najstarszy spośród braci Stenssonów; rycerz, pan na zamku Ekhult, służył jako dowódca pod rozkazami Engelbrekta.
Katarina Sture, zwana Kari - żona pana Björna, córka korsarza Svantego Sture.
Nils Stensson - najstarszy spośród trzech najmłodszych braci Stenssonów; jest sprytny i podstępny, to on był autorem planów, które miały służyć interesom całego rodu; wystarał się o to, żeby M?ns trafił na służbę do Engelbrekta. W czasie oblężenia królewskiego zamku w Kalmarze Engelbrekt mianował go naczelnym dowódcą swoich wojsk na południu Szwecji. Jak na szlachcica posiada niewiele ziemi, lecz twierdzi, że to, co posiada, w zupełności mu wystarcza. Z tego powodu nazywany jest "Nilsem bez Ziemi".
Margareta, z rodu Bielke, zwaną Marą - żona pana Nilsa. W czasie porodu w klasztorze w Vadstenie o mało nie zmarła. Dziecka nie udało się uratować.
Finn Sigridsson - znajda; pan Bengt zabrał go na zamek, żeby chłopak wychowywał się z jego synem; Finn jest najbliższym i najwierniejszym przyjacielem M?nsa, lecz od pewnego czasu targają nim wyrzuty sumienia, bo kiedyś w ataku złości zabił swojego towarzysza podróży.
Orm Salte - korsarz w służbie pana Bengta. Korzystając z trwającego powstania, krąży swoją łodzią wśród szkierów po zatoce Slätbaken i pod fałszywą flagą rabuje hanzeatyckie kogi handlowe. Mieszka w Skällvik, nad zatoką Slätbaken.
Olle Pik - rusznikarz w służbie pana Bengta w Göksholmie.
Nils z Hammersty - spokrewniony z panią Kristiną wójt zamku Ringstadaholm.
Związani z Karlem Knutssonem Bonde:
Karl Knutsson Bonde - jeden z najbardziej zaufanych ludzi Engelbrekta, który dzięki swojej misternej, podwójnej grze został mianowany przez króla Eryka marszałkiem. Próbował pozbawić Engelbrekta władzy, a gdy mu się to nie udało, był zmuszony dzielić z nim przywództwo. Jest przyrodnim bratem Margarety z rodu Bielke i szwagrem Nilsa Stenssona. Do tego ostatniego nie żywi szczególnej sympatii, do tej pierwszej - więcej, niż wypada.
Birgitta - żona Karla Knutssona Bonde.
Jon i Wulf - pisarze i urzędnicy w kancelarii Karla Bondego.
Pio z Lödöse (właściwie Peter) - młody, językowo uzdolniony nowicjusz w jednym z zakonów.
Harald M?rtensson - wójt w zagłębiu górniczym, mianowany na to stanowisko przez Karla Bondego.
Powstańcy:
Engelbrekt Engelbrektsson - górnik z Norbergu, szlachcic w trzecim pokoleniu. Udał się konno do Danii, żeby opowiedzieć królowi Erykowi o nędznym życiu szwedzkiego ludu i brutalności królewskich urzędników w Szwecji. Król okazał się głuchy na jego słowa, więc Engelbrekt wzniecił powstanie, stanął na jego czele i na pewien czas podporządkował sobie cały kraj. Dokonał tego prawie bez przelewu krwi. Zabity przez M?nsa Bengtssona 4 maja 1436 roku.
Erik Puke - nieślubny syn szlachcica z rodu Puke, po którym przywłaszczył sobie herb. Gwałtowny i porywczy, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Engelbrekta. Został w Sztokholmie, żeby oblegać królewski zamek, w którym bronił się wójt króla Eryka. Engelbrekt kazał mu mieć na oku Karla Bondego, któremu niewielu ufało.
Harald Esbjörnsson - górnik z Dalarny; jego brzemienną żonę wójt Jösse Eriksson zaprzągł do pługa i tak długo kazał jej pracować w polu, aż poroniła.
Johan ze wsi Kolsva - samozwańczy przywódca tłumu, który podąża śladem uznanego za świętego Engelbrekta.
Pozostałe postacie:
Eryk Pomorski - dziedzic tronu królowej Małgorzaty, król unijny sprawujący władzę w Danii, Szwecji i Norwegii; jego rządy trwały do wybuchu powstania Engelbrekta, po którym Eryk stracił władzę w Szwecji. Jako władca trzech państw rezydował w Kopenhadze.
Hebbla z Bydelsback - córka Albrekta, wójta ustanowionego przez króla Eryka w norweskim Bergen; oddana na wychowanie na zamek hrabiego Hansa Ebersteina w Väster?s, później zaopiekował się nią M?ns Bengtsson. Hebbla mu ufa i jest mu oddana. Po zajęciu zamku przez powstańców Esbjörnsson odstawił ją za zgodą Engelbrekta do Göksholmu. Pan Bengt przetrzymywał ją tam na wypadek, gdyby powstanie górników zakończyło się niepowodzeniem. W takiej sytuacji zamierzał "wymienić" Hebblę na nowe przywileje od króla Eryka.
Filippa - przyrodnia siostra Hebbli; odbywa nowicjat w klasztorze w Vadstenie.
Hilda - stara kobieta, która wybrała życie w lesie.
Jösse Eriksson - z pochodzenia Duńczyk, królewski wójt w zagłębiu górniczym; zasłynął jako ciemiężyciel chłopów, wzbogacił się na ich krzywdzie. Po usunięciu z urzędu wrócił do Danii.
Rodenborg - królewski rusznikarz.
Olof Larsson (Olaus Laurentii) - arcybiskup osadzony na urzędzie z woli króla i z błogosławieństwem Engelbrekta.
Thomas Simonsson - biskup Strängnäs; przed powstaniem Erika Puke był protektorem Karla Bondego; później stał się jego przeciwnikiem.
Anund Rask - marynarz floty królewskiej.
Ficke Bülow - niemiecki szlachcic, który wżenił się w rodzinę Gripów.
Arend Ulv - w służbie Bülowa i na jego wychowaniu.
Postacie z poprzedniego tomu, powieści Los i nadzieja:
Ingegerd Knutsdotter - usunięta z urzędu przeorysza klasztoru w Vadstenie, nieślubna córka pana Björna Stenssona, odtrącona przez ojca; do końca życia pałała niechęcią do potomków rodu Stenssonów.
Knut Bosson, stryj braci Stenssonów - biskup Linköpingu, zmarł w maju 1436 roku.
Bo Jonsson, herbu Grip - majętny szlachcic; królowi Magnusowi Erikssonowi pożyczył tyle srebra, że pod zastaw tej pożyczki wziął lwią część królestwa Szwecji. Król Magnus nie miał z czego spłacić długów, co otworzyło drogę do tronu Albrechtowi Meklemburskiemu.
Królowa Małgorzata - propozycję wstąpienia na tron Szwecji otrzymała od szwedzkich panów, którzy nie chcieli dłużej tolerować zaborczych rządów króla Albrechta. Prawdopodobnie mieli nadzieję, że prosta niewiasta da im się łatwo wodzić za nos, lecz ona przechytrzyła wszystkich - z wyjątkiem zarazy.
HEBBLA ALBREKTSDOTTER JESZCZE ŚPI. Wie, że to, co widzi, jest tylko snem. Tuż obok niej pojawia się twarz M?nsa Bengtssona, jego delikatne usta i długie, jasne włosy. Ona sama rozplotła swoje rude warkocze, a ciepłe porywy wiatru splatają ich kosmyki w miękką falę. M?ns patrzy na nią z uśmiechem i przysuwa się bliżej, a ona czuje na policzku jego ciepły oddech. Patrzy mu w oczy i chce go pocałować, lecz w tym samym momencie się budzi. Przez dłuższą chwilę tli się w niej nadzieja, że to nie była senna zjawa. Resztki snu jednak pierzchają bezpowrotnie, a do niej dociera okrutna prawda, że jej nadzieja była płonna i nigdy się nie spełni.
Otwiera oczy i widzi, że komnata wygląda tak jak zawsze. W całym ciele czuje dziwny, ćmiący ból. Pojawił się w miejscu, w którym nie powinno go być, a przynajmniej tak jej się wydaje. Leży nieruchomo, bierze głęboki wdech, wsłuchuje się w bicie swego serca, które w jej uszach brzmi jak dudnienie, i stara się zapanować nad mdłościami. Nieprzyzwyczajone do ciemności oczy próbują się do nich przystosować, formując z wypełniających pokój cieni przeróżne kształty. Nad sobą widzi baldachim wsparty na czterech słupkach. Materiał zdobią wzorki wyszywane perełkami. Dopiero teraz sobie przypomina, że jest na zamku Göksholm - w pięknej klatce, w której niczego jej nie brakuje. Kolejna noc minęła tak jak poprzednie. Tego roku wiosna trwała długo, a sny często nie dawały jej spokoju. Leży przebudzona w ciemnościach i nie wstaje z łóżka, bo nagle ogarnia ją przeczucie, że stało się coś złego. W końcu siada, spuszcza nogi na chłodne deski podłogi i szczelniej się okrywa długą, nocną koszulą.
Od kilku tygodni doświadcza dziwnych zjawisk. Z miejsc, w których dotąd panowała cisza, zaczęły dobiegać głosy. Kiedy je słyszy, odnosi wrażenie, że ktoś się tam czai, woła ją albo wypowiada jej imię szeptem, lecz gdy idzie sprawdzić, czy ktoś tam jest, zawsze się okazuje, że nikogo nie ma. Czasem słyszy inne głosy - jakby dwie osoby prowadziły rozmowę, której treść nie jest przeznaczona dla jej uszu. Za każdym razem sytuacja się powtarza: wstaje z łóżka, idzie za głosami i znowu stwierdza, że przylegające do jej pokoju komnaty są puste. Zamek Göksholm nie tylko jest mniejszy od zamku w Väster?s, lecz także panuje w nim głębsza cisza. Łatwiej ją tu naruszać, bo Göksholm ma też mniej mieszkańców. Czasem kątem oka uchwyci jakieś mignięcie, lecz gdy odwraca głowę, żeby się temu przyjrzeć, widziadło znika. Niekiedy z odległego lasu dobiegają dźwięki, jakby coś się poruszało wśród drzew. Może zwierzę? Na ściany jej komnaty padają cienie czegoś, czego nie dostrzega gołym okiem.
Jej łóżko stoi w kamiennej wieży, podczas gdy pozostali mieszkańcy zamku zajmują pokoje w drewnianym budynku. Na początku spacerowała nocami po pustych izbach i komnatach - wiedziała, że w wieży nikomu nie zakłóci spokoju - lecz szybko stwierdziła, że nie ma w nich nic godnego uwagi. Teraz postanawia wejść na szczyt wieży. Drogę zna na pamięć, potrafi ją odnaleźć nie tylko za dnia, lecz także nocą, po omacku. Jej bose stopy rozpoznają każdy stopień prowadzących w górę schodów. Jest tam okienko, z którego rozciąga się widok na zamkowy dziedziniec.
Na niebie lśnią tysiące gwiazd. Jest wczesna noc. Hebbla szybko stwierdza, że nie spała długo - księżyc nadal stoi wysoko. Do pełni brakuje pięć nocy. Ogarnia ją dziwne uczucie. Czuje, że zbliża się jakieś nieszczęście. Strach, że stanie się coś złego, tli się w niej już od pewnego czasu. Stoi na wieży i powoli się przyzwyczaja do nocnych dźwięków i podmuchów wiosennego wiatru, gdy nagle widzi kolumnę ubranych na szaro mężczyzn. Nadchodzą od jeziora, są coraz bliżej zamku. Czyżby wróg chciał ich zaatakować od strony, z której nikt się go nie spodziewa? Chyba nie, bo przybyszów jest za mało, by się na to odważyli. Zresztą nie wyglądają na takich, którzy szukają okazji do bitki. Idą powoli, ze spuszczonymi głowami, kilku z nich dźwiga nosze. Widok mężczyzn wywołuje poruszenie na zamku. Służba już nie śpi. Po chwili na dziedzińcu rozbłyskują pierwsze pochodnie. Zaspani mężczyźni biegają we wszystkie strony przy brzęku sprzączek i broni. Hebbla wraca drogą, która przyszła, a potem zbiega schodami na dół i wychodzi na dziedziniec.
Jeden ze sług przytaszczył metalową misę z żarem, inny wkłada do niej wiązkę drewna i rozpala ogień, żeby oświetlić dziedziniec i zgromadzonych na nim ludzi. Hebbla z miejsca, w którym stoi, widzi pana zamku, Bengta Stenssona. Ma zaczerwienioną twarz, opuchniętą wokół oczu, i zmierzwioną brodę, a wokół niego roztacza się kwaśna woń wina i piwa. Mężczyźni wnoszą na dziedziniec nosze i kładą je na ziemi w blasku ognia. Pan Bengt mruga ciężkimi, zaspanymi powiekami. Przez chwilę stoi w milczeniu, jakby zaniemówił, a potem podchodzi bliżej i głęboko się pochyla, jakby chciał się upewnić, czy wzrok go nie myli. Unosi rękę, by dotknąć rany na głowie Engelbrekta, lecz w ostatnim momencie ją cofa. Odwraca się, patrzy na nieznanych rosłych mężczyzn odzianych w nietypowe dla tych okolic szaty i coś do nich mówi. W blasku ognia robi się jeszcze bardziej czerwony. Zdaje się większy od pozostałych ludzi. Oczy mu żółkną, a z jego szyi niczym pędy z ziemi wyrastają pęki nowych głów. Każda wykrzywiona nienawiścią, z rogami wyrastającymi z czoła, wszystkie rozglądają się gniewnie wokół. Nagle zjawia się pani Kristina. Jest owinięta w koc, przed chwilą wstała z łóżka. Podchodzi do pana Bengta i staje obok. Hebbla wzdryga się na jej widok. Pani zamku, choć weszła w jesień życia, zawsze wydawała jej się piękna - lecz teraz tego nie widzi, bo kiedy na nią patrzy, odnosi wrażenie, że uczucia, które zawładnęły panem Bengtem, zaraziły też jego małżonkę. Rysy jej twarzy stają się zamazane i niewyraźne. Hebbli się zdaje, że ona też rośnie, a jej gniew miesza się z gniewem męża. Pani Kristina przemienia się - tak jak on - w siedmiogłowego smoka. Obnaża ostre zęby, z długich palców wyrastają jej szpony, włosy stają się kłębowiskiem żmij i robactwa. Nad nimi nie unosi się już księżyc, który powoli opada - jego miejsce zajmuje gwiazda Piołun z Apokalipsy Świętego Jana. Kiedy spadnie na ziemię i skazi jej słodkie wody, dla nikogo nie będzie ratunku.
Hebbla cofa się chwiejnym krokiem, chce uciec od tego widoku, lecz ci, którzy nadchodzą z przeciwnej strony, odcinają jej drogę. Hebbla płoszy się zalękniona, a coraz intensywniejszy blask ognia niemal ją oślepia. W tej samej chwili widzi M?nsa, który wchodzi na dziedziniec wsparty na czyimś ramieniu. Jej serce przepełnia radość, choć M?ns ma pobladłą twarz i pusty wzrok. Blask, który przed chwilą go otaczał, zgasł, chwieje się niespokojnie jak płomień na wietrze. M?ns ma na rękach zakrzepłą krew - dowód na to, że stracił swą młodzieńczą cnotę. Takich plam nie da się zmyć. Z ust Hebbli wydobywa się żałosny jęk. Towarzyszący M?nsowi mężczyźni prowadzą go bliżej ognia, a jego rodzice zastygają w milczeniu i jakby się kurczą. Przed chwilą wyglądali strasznie, teraz przedstawiają żałosny widok. Hebbla chciałaby stąd uciec, lecz nie może się ruszyć z miejsca. Pani Kristina zasłania twarz swoimi stępionymi szponami. Pan Bengt patrzy na syna, a potem tonem, w którym pobrzmiewają żal i rozpacz, stwierdza:
- No cóż... On już nie żyje i nic tego nie zmieni. Zamek w Örebro stoi bezpański, lecz długo to nie potrwa.
Przeciera zmęczone oczy i sprawdza, czy księżyc nadal tkwi wysoko na niebie. Noc jest bezchmurna, więc przez kilka kolejnych godzin będzie świecił intensywnym blaskiem. Pan Bengt się odwraca - na wpół ku swej małżonce, na wpół ku płomieniom - i mówi:
- Musimy ruszać. Natychmiast!
Wskazuje ręką jednego z mężczyzn o łagodnej twarzy i załzawionych policzkach.
- Pojedziesz z nami do Örebro. Powiesz strażnikowi, żeby otworzył bramę i wpuścił nas na zamek, bo jesteśmy sojusznikami. Spróbuj się sprzeciwić, a będzie to ostatnia rzecz, jaką zrobisz na tym świecie.
Potem odwraca się do M?nsa i kontynuuje:
- Ty też pojedziesz, bo tobie na pewno otworzą. Wszyscy wiedzą, że zimą Engelbrekt zawsze szukał twojego towarzystwa.
Pani Kristina odsłania swoją twarz, a Hebbla znowu widzi jej ostre zęby oraz wysunięte bojowo rogi, gotowe do obrony. Zastawia panu Bengtowi drogę i wysuwa pazury, jakby go chciała rozszarpać.
- On stąd wyjedzie po moim trupie.
Pan Bengt pieni się z gniewu. Twarz mu się kurczy i marszczy, jakby ją coś od środka wykrzywiało. Nagle Hebbla słyszy osobliwy dźwięk, kiedy ich głowy zderzają się rogami, by dowieść, które z nich ma przewagę. Przez moment stoją nieruchomo, równi stanem i pochodzeniem, gotowi skoczyć sobie do gardeł. W końcu pan Bengt ustępuje. Daje służbie znak, by wszyscy czekali na jego rozkazy. W jego ostrym głosie przebija niezachwiana pewność siebie:
- Bez M?nsa też sobie poradzę. Ten człowiek odebrał mi miłość mojego syna i zapłacił za to życiem. Teraz odda mi jeszcze swój zamek.
Stajenni przyprowadzają konie. Pierwszy rumak jest biały, drugi czarny, trzeci czerwono-bułany. Na końcu stąpa koń pana Bengta - blady w blasku księżyca, jakby się wyłonił z mgły. Za panem na Göksholmie ustawiają się bezimienni mężczyźni z bronią w ręku.
Nagły poryw wiatru przyprawia Hebblę o dreszcze. Dziewczyna wyczuwa woń krwi i żelaza przywianą z niedalekiej przyszłości wzdłuż niewidzialnej osi czasu. Postanawia uciec. Wszyscy są zajęci swoimi sprawami i nikt nie zwraca na nią uwagi. To jedyna okazja, by stąd zniknąć. Odwraca się i boso pędzi do lasu, żeby się skryć pośród drzew. Drogę oświetla jej spadająca gwiazda Piołun. Hebbla działa pod wpływem tego samego impulsu, który pana Bengta zagrzewa do wojny. Nagle czuje gwałtowny ból, jakby ją ktoś uderzył pięścią w brzuch. Jest tak przenikliwy, że odbiera jej siły i uniemożliwia dalszy bieg. Stopniowo narasta i staje się tak intensywny, że Hebbla zaczyna szukać jego źródła. Przesuwa dłonią po swoim ciele, a gdy ją podnosi do oczu, widzi, że skóra jest ciemna i wilgotna. Czuje, jak po jej udach spływa ciepła, cienka strużka krwi.
MIĘDZY NIEBEM A MORZEM unosi się mewa. Zawisła nieruchomo w powietrzu i rozpościera skrzydła, by stawić opór podmuchom północnego wiatru - jakby utknęła w niewidzialnej bańce i nie może się ruszyć ani do przodu, ani do tyłu. Karl Bonde opiera ramię o zimny kamień i staje bokiem do wiatru. U jego stóp rozciąga się Sztokholm. Mur wyznaczający granice miasta przeplatany jest wieżami obronnymi, które stoją w równych odstępach co trzysta kroków. Wszystkie mają ten sam kształt, a ta, z której Bonde spogląda na miasto, niczym się od pozostałych nie różni. Na ich szczytach stoją strażnicy i na wszystko mają baczenie.
Z oddali dobiegają pojedyncze dźwięki, które - zależnie od siły wiatru - cichną lub narastają. Strażnicy uważnie obserwują okolicę, choć żadnego wroga się nie spodziewają. Bonde wie, że są czujni, lecz nie tak jak on sam. On bowiem patrzy dalej, głębiej. Kieruje wzrok na morze i ku stojącym na redzie statkom. Na nabrzeżach panuje ożywiony ruch: handlarze wystawiają towary, celnicy pobierają należne opłaty. To jego urzędnicy, którzy w imieniu rządu - a właściwie na jego osobiste polecenie - zbierają to, co powinno zasilić skarb państwa. Patrzy na hanzeatyckie kogi, w myślach ocenia wartość ładunku i wysokość myta. To niezmierzone bogactwo, choć zbyt małe jak na potrzeby państwa. Każdy, kto mu służy, musi otrzymać należną zapłatę, bo inaczej zdradzi.
Wystawia twarz na wiatr i spogląda w przeciwnym kierunku. Zwieńczona iglicą wieża stojącego na wzgórzu kościoła wynosi ku niebu mosiężne dzwony. Za nią, nad huczącą wodą, która płynie kanałem, stoi zamek królewski - samotny i milczący. Jego mury skrywają jedyny i ostatni skrawek królestwa, które król Eryk nadal może nazywać swoim. Urzędujący tam wójt i jego ludzie marzną i głodują. Są odcięci od miasta, bo mury zamku, które miały ich bronić, stały się teraz ich więzieniem. Erik Puke i jego ludzie oblegają zamek, nie odstępują od murów dniem ni nocą. Takie polecenie wydał mu Engelbrekt przed wyruszeniem do Norrköpingu. Bonde zna powód takiej decyzji: ludzie Pukego mają odciążyć żołnierzy Engelbrekta. Ukryte w niej przesłanie też jest dla niego jasne: Engelbrekt mu nie ufa i woli go mieć na oku.
Za ponurymi murami ciągnie się brzeg, z którego widać jeszcze więcej słodkiej wody. Kanał i wody Mälaren, które go wypełniają, mają dla niego duże znaczenie. Odkąd Sztokholm wrócił w szwedzkie ręce, statki, które kiedyś dostarczały do stolicy żelazo z północy kraju, znowu stały się mile widziane, choć mieszkańców Norrlandu trudniej jest opodatkować. "Engelbrekt", powiadają, jakby samo jego imię było sposobem na uniknięcie opłat.
Za wodą widać kolejny ląd. Dalej, jak okiem sięgnąć, jest tak samo, aż do miejsca, w którym widok zasłania mgła. Królestwo Szwecji to połacie żyznej ziemi otoczonej bezkresnymi lasami. Biedacy w znoju i brudzie wiodą tam swój krótki żywot.
Między ogniskami sygnałowymi, które płoną na poszczególnych zamkach, rozciąga się ciemność. Każda z tych warowni panuje nad wyznaczonym terenem. W tych dużych, otoczonych murami zamkach stacjonują liczne, dobrze uzbrojone załogi. Żołnierzy jest tylu, że bez trudu ujarzmią każdego, kto się znajdzie w ich zasięgu. Poszczególnymi województwami zarządzają osadzeni przez króla wójtowie, którzy z okolicznej ludności ściągają podatki na rzecz państwa. Ten, komu ślubują wierność, może się nazywać królem. Bonde zna ich wszystkich z imienia i nazwiska, podobnie jak nazwy poszczególnych zamków: od Faxeholmu na północnych rubieżach państwa, po te, które jeszcze jesienią, zanim przyszły pierwsze mrozy, wchodziły w skład państwa duńskiego: Halmstad, Varberg, Falkenberg, Älvsborg. Zimą odzyskał je Engelbrekt. Choć są jak szew w źle skrojonej opończy, ich posiadanie stanowi warunek istnienia państwa, bo tylko dzięki nim można wymusić na poddanych posłuszeństwo. Między zamkami tłoczą się przedstawiciele szlachty i wielcy panowie, którzy gospodarują na własnych dobrach i zatrudniają do prac swoich ludzi. Każdy z nich gotów jest zrobić wszystko, by móc objąć urząd wójta, a potem wspiąć się na następne stanowisko - krok po kroku w kierunku tronu. Pod nimi rozciąga się sieć o mniejszych oczkach: zarzucona przez kościoły. Duchowni chrzczą dzieci, wpisują ich imiona do ksiąg parafialnych, pamiętają, jak się nazywali ich rodzice, spisują testamenty. Dzięki ich mrówczej pracy można ustalić, ile mieszkańców ma Szwecja, a przy okazji zapisać imiona i nazwiska podatników. Nikogo nie wolno pominąć, ponieważ oznaczałoby to utratę dochodu z dziesięciny i innych opłat. Kościół niechętnie daje się zaprząc do państwowego rydwanu, bo biskupi są tak samo spragnieni chwały i żądni bogactwa jak inni ludzie. Nic więc dziwnego, że nie chcą się dzielić dochodami. Poza tym stale dążą do tego, by swoje władztwo rozszerzyć nie tylko na sferę duchową, lecz także świecką. Po morzach pływają statki Hanzy, która swój kunszt uprawiania handlu cyzelowała przez stulecia. Kupcy łakomie spoglądają na wszystko, co Szwecja ma do zaoferowania, zwłaszcza na to, co da się kupić za niewielkie pieniądze. Na tronie Danii zasiada król Eryk. Jego urzędnicy gotowi są w każdej chwili ruszyć w drogę, by się upomnieć o należne mu podatki.
Bonde czuje, że ogarnia go niepokój. Wszystkich tych ludzi będzie musiał ujarzmić, lecz droga do celu wydaje się daleka i stroma. Wie, że jest silny, sprytny i sprawuje urząd marszałka państwa, lecz zdaje sobie sprawę, że z miejsca, w którym się znajduje, wyżyny, jakie planuje osiągnąć, mogą się okazać niedostępne. Na myśl o tym ogarnia go strach. Próbuje się z niego otrząsnąć, lecz nie jest to takie łatwe.
Nadszedł maj, ale wiosna nadal jest chłodna. Bonde szczelnie się otula narzuconym na plecy futrem i unosi kołnierz, żeby osłonić szyję. Wstrząsa nim dreszcz, lecz cieszy go to, że zima jeszcze nie odpuściła. W miastach na południu kraju ma na swoich usługach ludzi, którym wypłaca żołd. To ci, którzy poszli za Engelbrektem. Niektórzy z nich twierdzą, że zima i mrozy ciężko się odbiły na zdrowiu przywódcy powstania. Działał w dużym pośpiechu, lecz jego ciało nie nadążało za chęcią zawładnięcia państwem. Z każdym tygodniem jego stawy coraz bardziej sztywniały, a na domiar złego tracił czucie w dłoniach, w których trzymał cugle swego czarnego rumaka. Na każdym kroku towarzyszyła mu wataha złożona z synów Stena Bossona - jak psy myśliwskie trzymane na smyczy. Każdy z nich pieczętował się tym samym herbem w błękitno-złotych barwach.
Bonde nie wie, jakich użyli sztuczek, by prowadzić Engelbrekta na swoim pasku, lecz na samą myśl o panu Nilsie i jego intrygach zgrzyta ze złości zębami, bo choć oba rody dążą do tego samego, czyli do odzyskania państwa, to każdy z nich chce je zawłaszczyć dla siebie. W tej walce nie ma miejsca dla dwóch zwycięzców. Jeśli do tego dojdzie, powstanie należy zakończyć, lud rozproszyć, chłopów i górników odesłać do kopalń i na marne poletka, a rządy oddać w ręce szlachty, która wybierze spośród siebie nowego władcę Szwecji. Dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby pochód Engelbrekta dało się opóźnić, aż czarna śmierć uwije sobie gniazdo w jego piersi. Komu byłoby wtedy bliżej do tronu niż jemu - Karlowi Bonde? Oczyma wyobraźni widzi, jak zwoje runów wyrytych na kamieniu w Dalarnie4 wiją się na jego powitanie, oplatają jego stopy i pną się coraz wyżej, by on mógł się wywyższać ponad innych.
Mija dzień, a on nadal stoi tam, dokąd przyszedł. Jest sam i wyjątkowo nikt mu nie przeszkadza - właśnie tego chciał, taki był jego zamiar od początku, kiedy postanowił tu przyjść. W myślach liczy statki i srebrne marki, a każdą z nich od razu przeznacza na przyszłe wydatki. Musi kupić zaufanie wielu ludzi, a zrobi to obietnicami przyszłych zysków. Musi też ściągnąć do siebie tych najzdolniejszych, którzy dziś służą innym, przekonać ich, żeby przeszli na jego stronę. Do takich celów najlepiej nadaje się srebro. Będzie musiał zapłacić członkom Rady za ich głosy i uzyskać błogosławieństwo biskupów. Koszt będzie tak wysoki, że na spłacenie długów nie wystarczy mu majątku. Na samą myśl o tym, co go czeka, zaczyna obgryzać paznokcie, jeden po drugim, coraz bliżej zaczerwienionej skóry, aż wreszcie w opuszkach palców czuje szczypanie.
Stoi zatopiony w myślach, podczas gdy zachodzące słońce opada tam, gdzie kończy się świat. Rozżarzona kula schodzi coraz niżej nad horyzont, rozświetlając na czerwono płynące nisko po niebie chmury. Tam, gdzie promienie słońca nie docierają, stolica pogrąża się w cieniu. Nagle słyszy na dole odgłos kroków. Ktoś idzie w ciężkich butach po drewnianych schodach. Bonde się odwraca i czeka na niespodziewanego przybysza. Po chwili z otworu w podłodze wyłania się pobladła twarz należąca do lekko zgarbionego mężczyzny. Jego wygląd zdradza, że pochodzi z gminu. Bonde próbuje go sobie przypomnieć, ale twarz nic mu nie mówi. Nie potrafiłby jej odróżnić od wielu innych podobnych, które widział w przeszłości albo nawet tego dnia.
Na widok marszałka mężczyzna zdejmuje czapkę, pochyla głowę i spuszcza wzrok.
- Długo was szukałem, panie. Wieści, które przynoszę, sprawiają mi ból. Mam złą nowinę. Bóg powołał do siebie kogoś z waszych bliskich.
Bonde czuje, jak jego serce gwałtownie przyspiesza, a po chwili zaczyna bić z podwójną siłą. Głos więźnie mu w gardle, zapada długa cisza, a gdy Bonde zdobywa się wreszcie na reakcję, głos mu się załamuje. Budzi się w nim nowa nadzieja, na wargach pojawia się lekki uśmiech.
- Masz na myśli Engelbrekta?
Mężczyzna unosi głowę i patrzy na niego bezradnym wzrokiem. Przez chwilę w jego oczach widać zakłopotanie, lecz szybko się opanowuje i kręci głową.
- Nie, wasza miłość. Zmarła wasza małżonka.
PODCZAS JAZDY TĘTENT KOPYT się zmienia. Najpierw słychać chrzęst pokrywającego dziedziniec piasku, potem mocne uderzenia żelaznych podków o most, wreszcie głuchy stukot na mokrej ziemi, a na końcu zapada głucha cisza. Tam, gdzie łąka styka się z lasem, światło księżyca ześlizguje się z pleców jeźdźców, którzy towarzyszą panu Bengtowi, pozostawiając noc taką, jaka była przed momentem. Pani Stina czuje, jak złość powoli z niej uchodzi. Otula się szczelniej kocem, bo przenikliwy chłód daje jej się we znaki. Bengt wyjechał do Örebro i zostawił ją samą ze wszystkim.
Gdy jej małżonek i jego świta znikają jej z oczu, kieruje wzrok na martwego Engelbrekta. Przywódca powstania leży na noszach, które jego ludzie w pośpiechu sklecili z gałęzi. Pani Stina kuca przy nich. Po raz pierwszy i ostatni patrzy z bliska na człowieka, który przez dwa lata był osią, wokół której obracało się koło fortuny ich rodu. Jego twarz mieni się złoto-srebrnym blaskiem. Jedną połowę oświetla księżyc, drugą żar z metalowej misy. Engelbrekt ma szerokie czoło, mocne szczęki i regularnie rozłożone oczy nad wysoko sklepionymi kośćmi policzkowymi. Do tego płaska, gładko wygolona broda. Można by powiedzieć, że jest przystojnym mężczyzną.
Śmierć zabrała go w kwiecie wieku - wiele lat po szaleństwach młodości, na długo przed dolegliwościami starości. Pani Stina dochodzi do wniosku, że gdyby kiedyś trafiła jej się okazja, niewykluczone, że Engelbrekt mógłby stać się jej bliski. Wyobraża sobie, jak jego wargi i policzki nabierają żywych kolorów, jak zmarły otwiera oczy, a ona widzi w nich odwagę, energię, stanowczość, gniew, radość, mądrość i szaleństwo, czyli wszystko to, co można znaleźć w każdym człowieku. Ma twarz mężczyzny, za którym można podążać, którego można pokochać i oddać za niego życie. Leży cichy, spokojny i nieruchomy, jakby zwykłe dotknięcie dłoni mogło przywrócić go do życia. Pani Stina delikatnym ruchem odgarnia mu włosy z czoła i odsłania ziejącą na czaszce ranę.
Engelbrekt i to znosi z godnością. Przelana krew zdążyła już zastygnąć. Czyjeś troskliwe ręce obmyły włosy i skórę zmarłego, lecz na kurtce i koszuli pozostały plamy krwi, które przypominają o tym, co się wydarzyło. Pani Stina podchodzi do M?nsa. Chce go wziąć w ramiona, lecz jej syn stoi ze zwieszoną głową i nie reaguje. Ma pusty wzrok i zimną skórę, jest blady i odrętwiały, ręce zwisają mu bezradnie po bokach, jakby nagle stracił władzę w ciele. Płytko oddycha, a jedynym dowodem na to, że nadal żyje, jest słaby szloch, który co jakiś czas nim wstrząsa. Pani Stina widzi, że równie dobrze mogłaby próbować pocieszać zmarłego. Mimo to długo trzyma syna w objęciach. W końcu przypomina sobie o ciążących na niej obowiązkach i wypuszcza go z ramion. Z westchnieniem spogląda na otaczających ją górników, wybiera tego, który rzuca jej się w oczy, i daje mu znak, żeby do niej podszedł. Mężczyzna zdejmuje czapkę i robi kilka kroków w jej stronę.
- Jak się nazywasz?
- Wołają mnie Harald Esbjörnsson. Pochodzę z Norbergu.
- Powiedz swoim ludziom, żeby stanęli przy noszach. Opuścicie zamek jedyną drogą, jaka stąd prowadzi. Za godzinę dotrzecie do Mellösy, kościelną wieżę ujrzycie z daleka. Złóżcie zmarłego w kruchcie, na poświęconej ziemi. Niech tam czeka, aż zjawią się ci, którzy będą chcieli go zobaczyć i oddać mu hołd.
Górnik patrzy na Britę, która stoi obok matki i milczy. Esbjörnsson jest wyraźnie zakłopotany. Przestępuje z nogi na nogę, jakby nie mógł się zdecydować, na której z nich oprzeć ciężar. W końcu stwierdza:
- Kiedy ludzie się na niego napatrzą, przyjdą tutaj, lecz nie po to, żeby wam okazać szacunek. Po smutku i żałobie pojawi się gniew.
- Wiem, co się zdarzy, i nie mogę temu zapobiec. Dla was to dobry powód, żeby się stąd jak najszybciej oddalić. Lepiej, żeby ci, którzy się tu zjawią, nie wzięli was za naszych ludzi. Jesteście głodni i spragnieni, ale możemy temu zaradzić. Dostaniecie chleb, mięso, piwo i ser. Idźcie z dziewką do spiżarni i weźcie, czego wam trzeba. Jak się najecie do syta, łatwiej będzie się wam szło.
Esbjörnsson pochyla głowę.
- Nic od was nie chcemy, ale z serca dziękujemy. Zrobimy, jak każecie.
Esbjörnsson się odwraca i zbiera do odejścia, lecz pani Stina chwyta go nagle za rękaw, jakby chciała go zatrzymać. Pochyla głowę i mówi ściszonym głosem:
- Nie wypada mi was prosić o przysługę, ale jak dojdziecie do Mellösy i ludzie zaczną o nas pytać, przekażcie im ode mnie wiadomość. Będę wam za to wdzięczna.
Esbjörnsson nie odpowiada, ale też nie odchodzi ani nie próbuje wyrwać rękawa z dłoni pani Stiny.
- Jeśli ktoś będzie szukał M?nsa, w Göksholmie na pewno go nie znajdzie. Mój syn będzie daleko stąd.
Esbjörnsson kiwa głową na znak, że zrozumiał. Nie patrzy pani Stinie w oczy, jakby chciał przed nią ukryć swoje prawdziwe myśli. Odwraca się i bez słowa pożegnania odchodzi. Kilku mężczyzn podnosi z ziemi nosze ze zwłokami, kładzie je na swoich mocnych ramionach i podtrzymuje równie silnymi dłońmi. Po chwili opuszczają zamek i tą samą drogą, którą niedawno wraz ze swoją świtą wyjechał pan Bengt, ruszają przez noc w stronę zachodzącego księżyca.
Pani Stina podchodzi do pojemnika z żarem, wpatruje się w ogień i szuka odpowiedzi na pytania, które rodzą się jej w głowie. Dokąd wysłać M?nsa, żeby był bezpieczny? Jej syn powinien natychmiast opuścić Göksholm, póki nocne ścieżki oświetla srebrny blask księżyca. Szybko przebiega w myślach nazwy posiadłości, wyszukuje nazwiska władających nimi rodzin i od razu skreśla te, z którymi ich ród jest zbyt blisko spokrewniony. To samo robi z posiadłościami, które leżą zbyt blisko ich dóbr. Dobrze wie, że gdy powstańcy nie znajdą M?nsa w Göksholmie, w pierwszej kolejności będą go szukać właśnie tam. W końcu, po długim namyśle, ma najlepsze rozwiązanie.
- Pojedziesz do Ringstadaholmu.
M?ns był tam z Engelbrektem, kiedy powstańcy zajęli zamek. Duński wójt, Henrik Styke, trząsł się ze strachu na widok drewnianej wieży, którą powstańcy wznieśli na tak dużą wysokość, że sięgała korony murów. Był tak przerażony, że poddał zamek, dzięki czemu obeszło się bez rozlewu krwi. Teraz wójtem jest tam Nils z Hammersty, ten sam, który walczył u boku członków ich rodu, gdy wypowiedzieli posłuszeństwo królowi Erykowi i dołączyli do Engelbrekta. Ród z Hammersty powiązany jest więzami krwi z rodem jej męża, a sam pan Nils poślubił jej krewną. Na pewno nie odmówi M?nsowi azylu - sam wie najlepiej, że w tak trudnych czasach rody szlacheckie muszą się wspierać i trzymać razem. Poza tym jego zamek jest silnie umocniony. Jeśli M?ns dostanie wypoczętego konia, dotrze tam przed wschodem słońca. Pani Stina patrzy na Britę i mówi:
- Przyprowadź Finna Sigridssona.
Brita wykonuje polecenie matki, a pani Stina wydaje chłopakowi szereg poleceń. Na koniec odsyłała go do stajni, żeby osiodłał konie. Krzyżuje ręce na piersi, lustruje wzrokiem drewniane zabudowania połączone z kamienną wieżą i w myślach szacuje znajdujący się w nich dobytek. Długo to trwa, aż wreszcie Brita przerywa milczenie i zwraca się do niej z pytaniem:
- A co z nami, matko?
- Göksholm jest nie tylko moim domem, lecz także wianem, jakie wniosłam w dniu ślubu. Zostanę tu do końca, nie zamierzam uciekać przed gniewem ludu. Jeśli chcesz wyjechać z bratem, nie będę cię zatrzymywać.
- Zostanę z tobą. Już raz broniłyśmy zamku. Zaczyna nam to wchodzić w krew.
Pani Stina kładzie dłoń na jej ramieniu, obejmuje ją i obie wymieniają uśmiechy. W oczach Brity widzi niepokój, co wcale jej nie dziwi.
- Co się stanie, kiedy ci ludzie się tu zjawią?
Pani Stina wzdycha.
- Spalą drewniane zabudowania, lecz kamiennej wieży nie będą w stanie ruszyć. A gdy skończą dzieło zniszczenia, wrócą tam, skąd przybyli.
- Czy każesz sługom zebrać cały nasz dobytek?
Głos Brity brzmi jaśniej i bardziej zdecydowanie. Przestała się bać i zaczyna myśleć o obowiązkach, jakie na nią spadną. W odpowiedzi na pytanie córki pani Stina kręci głową i przebiega w myślach lata, które tu spędziła. Wie, że tego, co się zamieni w popiół, nie zdoła przywrócić do poprzedniego stanu.
- Cały dobytek ma zostać tam, gdzie jest. Niech wszystko spłonie. Ci, którzy nas nienawidzą i zjawią się tu z płonącymi pochodniami, muszą zobaczyć, że ich wysiłek nie poszedł na marne.
Pani Stina rusza w stronę wieży, żeby ją przysposobić do obrony. Wie, że powstańcy nadejdą za wiele godzin, więc czasu na przygotowania jej nie zabraknie. Nagle, pod wpływem impulsu, zatrzymuje się w pół kroku, odwraca do Brity i mówi:
- Niech służba wytoczy z piwnicy beczki z piwem i winem. Każ je ustawić w widocznym miejscu, żeby ci, którzy tu przyjdą, od razu je zobaczyli. Chcę, żeby się upili z radości, bo gdy wysączą ostatnią kroplę i głowy ich rozbolą, szybciej zatęsknią za swoimi domami.
Pani Stina widzi oczami wyobraźni minę pana Bengta, gdy po powrocie do Göksholmu stwierdzi, że w całej posiadłości nie została kropla alkoholu. Ale dobrze mu tak. Finn wykonał jej polecenia: teraz razem z M?nsem wychodzą z wieży. Kierują się ku osiodłanym koniom. Pani Stina podchodzi do syna i głaska go po policzku. M?ns ma pusty wzrok, oczy mu błyszczą, lecz nie ma w nich ani jednej łzy. Pani Stina dochodzi do wniosku, że to zły znak. Byłoby znacznie lepiej, gdyby troski i smutki znalazły ujście na zewnątrz, bo tylko wtedy może nadejść pocieszenie. Widzi jednak, że smutek i żałość zapuściły w duszy M?nsa głębokie korzenie. Jest nieobecny duchem, przebywa poza jej zasięgiem. Pani Stina wie, że wszystko, co do niego powie, będzie jak grochem o ścianę. Wie też, że z czasem M?ns odżyje, a wtedy wróci nadzieja na zaleczenie ran. W tym momencie najważniejsze jest to, żeby jak najszybciej opuścił Göksholm i ruszył do Ringstadaholmu.
- Finn, jedźcie już. Strzeż życia mojego syna jak swojego.
- Obiecuję, że zawsze będę to czynił.
- CHCECIE ZOSTAĆ SAMI, PANIE?
Karl Bonde nie odpowiada na pytanie księdza.
Jego zmarła małżonka, Birgitta, leży blada i nieruchoma. Obcy ludzie ułożyli ją w trumnie, spletli jej palce, a dłonie ułożyli na sercu, dzięki czemu zmarła wygląda tak, jakby się modliła. Ktoś jej zamknął powieki i wyprostował nogi, a na koniec wygładził fałdy i załamania sukni, w którą jest odziana. Bonde przekrzywia głowę, jakby chciał pod innym kątem popatrzeć na swoją zmarłą małżonkę i na życie, które niedawno dobiegło końca. Nic mu to jednak nie daje, bo żadnej różnicy nie dostrzega. Za to cisza w komnacie przypomina mu o pytaniu, które zadał ksiądz. Nie odpowiada jednak, tylko dalej milczy. Słyszy, jak duchowny szuka sobie innego miejsca, jakby nie był pewien, po której stronie trumny powinien stanąć. Po długiej chwili, nie uzyskawszy odpowiedzi, odwraca się na pięcie i wychodzi z komnaty, zostawiając Bondego sam na sam ze zmarłą.
Marszałek wiedział, że jego małżonka chorowała - nie pierwszy raz. Birgitta miewała różne dolegliwości, zwłaszcza podczas przesileń pór roku. Trochę to zawsze trwało, lecz z czasem, po ustąpieniu gorączki, Birgitta wracała do zdrowia i znów była rześką i energiczną kobietą. Potem o chorobie niewiele się mówiło. Jeśli nie mógł jej pomóc, wolał zostawiać ją w spokoju, by wypociła to, co jej dolegało. Jednak tym razem choroba okazała się silniejsza. Birgitta nie żyje i sprawa jest zakończona.
To, że kąciki jego ust opadły, przybierając sztywny, szyderczy grymas, nie wynika z żalu ani tęsknoty za zmarłą, lecz z poczucia porażki. Dlaczego śmierć zabrała właśnie ją? Wszak żony innych mężczyzn nadal żyją. Wpatruje się w jej bladą twarz, która na tle długich czarnych włosów wydaje się jeszcze bielsza, niż jest w rzeczywistości, i podchodzi bliżej. Birgitta uczesana jest tak samo jak za życia. Włosy związane na karku, choć wiedziała, że bardziej mu się podobała z rozpuszczonymi lokami spływającymi falą na ramiona. Margareta - jego przyrodnia siostra i kuzynka Birgitty - zawsze się tak czesze. Jest jedyną kobietą, jaką kochał naprawdę. Birgitta była jedynie pocieszeniem po stracie tej, której nie dane mu było poślubić. Ciekawe, czy znała jego tajemnicę i na przekór jego upodobaniom związywała włosy tasiemką? Może zauważyła, że całkiem inaczej reagował w tych rzadkich chwilach, gdy miraż mieszał się z rzeczywistością: podczas pijanych zbliżeń w ciemnych pustych komnatach, w których bywała Margareta, a jej wspomnienie podsycało jego pożądanie. Z tych nielicznych chwil namiętności narodziło się dwoje dzieci, które szybko oddali na wychowanie obcym ludziom. Nie mógł pokochać kobiety, którą poślubił. Mógł ją jedynie tolerować - najlepiej, jak potrafił - zamiast tej jedynej, którą kochał naprawdę.
Pochyla się nad zmarłą, unosi jej głowę, rozwiązuje związane na karku włosy i rozkłada je na piersi. Teraz wygląda lepiej. Margareta i Birgitta były do siebie bardzo podobne, choć wiele je różniło. Birgitta psuła mu humor swoim sposobem bycia - surowa i ponura stanowiła przeciwieństwo Margarety, która nie była w stanie pomieścić w sobie miłości do życia, tak obfitej, że zdawała się z niej wylewać.
Birgitta leży i się nie rusza. I dobrze. Bonde znów się nad nią pochyla, poprawia grzywkę na czole i układa ją na różne sposoby: to w lewo, to w prawo, jakby z wypaczonego obrazu tej, którą kocha, próbował wydobyć wierny wizerunek. Mruży oczy, patrzy na nią jak przez mgłę i widzi w niej swoją ukochaną Margaretę. Wygląda tak, jakby spała. Jego członek robi się sztywny, spodnie unoszą się na wysokości przyrodzenia. Opuszcza dłoń i zaczyna się tam dotykać. Przesuwa palcami po materiale, coraz szybciej i ciężej oddycha.
Nagle słyszy skrzypienie drzwi. Odsuwa dłoń od spodni i rzuca przez ramię krótkie pytanie, żeby nie zdradzić tonem głosu, jakie uczucia nim targają.
- Tak?
Do izby wchodzi mężczyzna. Bonde nie wie, czy to ten sam, który go tu przyprowadził, czy inny - podobny do tamtego. Codziennie obraca się wśród tylu osób, że trudno mu je wszystkie spamiętać. Ten również trzyma w ręce czapkę i też ma tę współczującą minę. Podchodzi bliżej i mówi:
- Wybaczcie, panie, że muszę wam przekazać kolejną złą nowinę i dorzucić jeszcze jeden ciężar, zwłaszcza że chwila i tak jest dla was wystarczająco bolesna.
Bonde mruga powiekami i kręci głową. Słowa, które przed chwilą usłyszał, brzmią jak jawne szyderstwo. Czy może być coś gorszego od tego, czego już dziś doświadczył? Czyżby jego męki naprawdę się jeszcze nie skończyły? Odwraca się i pyta:
- Ktoś umarł?
Posłaniec spuszcza głowę.
- Tak, jaśnie panie. Engelbrekt Engelbrektsson.
ZAPACH SPALENIZNY CZUĆ Z DALEKA. Z tego samego kierunku dobiegają też szum i gwar ludzkich głosów. Na miejscu zebrała się siła ludzi. W miarę jak pożar obejmuje swym zasięgiem coraz większe połacie drewnianej zabudowy, unoszący się nad płonącymi budynkami dym coraz bardziej zasłania pani Stinie widok na zamek. Ogień, który szaleje wokół zamkowej wieży, otula teren zabudowań szczelną zasłoną. Na dole kręcą się sprawcy tego nieszczęścia, którzy wyglądają jak pozbawione twarzy cienie upiorów. Coś pokrzykują i do siebie wołają, lecz brakuje w tym konkretnych słów. Ich pełne emocji zachowanie wyraża gniew i rozpacz. Gdyby widoczność była lepsza, pani Stina wielu by rozpoznała - mogła ich znać z widzenia lub nawet z imienia, bo często spotykała ich na targu, na mszy w kościele albo na drodze do Mellösy. Za każdym razem, gdy ich mijała, pokornie spuszczali głowy i unikali jej wzroku. Do wczoraj byli jej sąsiadami, ludźmi, z którymi żyła w zgodzie. Teraz pałają żądzą zemsty, domagają się zadośćuczynienia wedle starej zasady "oko za oko, ząb za ząb". Mówią, że tylko krew zabójcy Engelbrekta oczyści ziemię, na której jej syn odebrał życie przywódcy powstania. Krążą po spowitej dymem posiadłości - ludzie bez imion i nazwisk, poza zasięgiem jej wzroku i władzy.
Pani Stina dziękuje losowi za tę zasłonę niewiedzy. To, że nie widzi, kto bierze udział w dziele zniszczenia, uchroni ją w przyszłości przed pokusą szukania pomsty, zwłaszcza gdy Bengt wróci na czele uzbrojonej gromady. Ogień w końcu wygaśnie, a ci, którzy teraz sieją spustoszenie, wysączą do dna ostatnią beczkę z piwem i rozejdą się do swoich domów.
Głośny, suchy kaszel odbija się echem od kamiennych ścian. Pani Stina wie, że powinna kazać sługom pozamykać okna na wieży, bo dym wciska się do środka przez każdą szczelinę, szczypie w oczy i dusi w gardle. Dopiero teraz sobie uświadamia, że minie całe pokolenie, zanim uda się wywietrzyć pomieszczenia i pozbyć zapachu spalenizny. Podobnie jak domownicy i służba ona też nie jest w stanie odwrócić wzroku od tego, co płomienie zamieniają w popiół. Ogień pochłonął cały dobytek, z dymem poszły jej wspomnienia. Wśród kłębów dymu majaczą języki ognia, gdzieniegdzie w niebo wzbijają się pojedyncze słupy płomieni. Płoną zabudowania gospodarcze, spiżarnie i łaźnia. Ogień ogarnął dobudówki i budynki mieszkalne. Wiele z nich stanowi wdzięczny pokarm dla żywiołu, który teraz przypomina syczące pióropusze. Niektóre są tak wysokie, że sięgają szczytu kamiennej wieży. W pobliżu płonących budynków gromadzą się grupki ludzi. Popijając piwo i wino, spierają się ze sobą w kwestii tego, co jeszcze powinni uczynić, by ogień rozprzestrzeniał się szybciej. Różnią się w ocenie tego, czemu miałoby to służyć, lecz zgodni są co do metod, jakich należałoby użyć. W podpalaniu są równie nijacy jak we wszystkim innym, co robią w życiu. Pani Stina wie, że gdyby to na nią spadło, poradziłaby sobie o wiele sprawniej. Wśród gapiów są też kobiety. W oskarżycielskim geście wyciągają palce ku oknom wieży. Wołają coś podniesionymi głosami, by przynajmniej zranić słowem, skoro nic więcej nie mogą zrobić. Wysilają gardła, żeby przekrzyczeć huk ognia, lecz na próżno. Mimo to pani Stina bez trudu domyśla się treści tych przekleństw i tego, w kogo są wymierzone. Ją nazywają starą babą, Bengta kurwiarzem, a M?nsa mordercą. Cieszy się, że nie musi się z nimi wdawać w słowne utarczki. W tym sporze jej jedynym sprzymierzeńcem byłoby kłamstwo, więc wybiera milczenie. Wie, że wobec kamiennej wieży napastnicy są bezradni, a ona czuje się w niej bezpiecznie. Długo obserwowała, jak ludzie znosili drewno, układali je wokół fundamentów, a potem podkładali ogień. Na szczęście nie zdołali podpalić wieży, jedyne, co im się udało, to tylko pomazać kamienny mur sadzą.
Wraca myślami do M?nsa. Jeśli wszystko poszło dobrze, jej syn jest już bezpieczny za murami zamku Ringstadaholm. Na razie nie wiadomo, co będzie dalej. Ma swoje lata i wiele w życiu widziała, lecz nie przypomina sobie żadnego zdarzenia, które pomogłoby jej zrozumieć ból, jaki M?ns sam sobie zadał. No bo co jest warte życie kogoś, kto je odebrał ukochanej osobie? Chętnie pomogłaby mu dźwigać ten krzyż, lecz świat nie jest urządzony aż tak idealnie. M?ns będzie musiał żyć samotnie - albo wcale. Niech na razie wystarczy, że jest poza zasięgiem przemocy.
Bolą ją nogi, ale nie chce usiąść ani się zgarbić. Nikt nie powinien jej widzieć w chwili słabości, nawet najbliżsi. Któryś ze sług zamyka okiennice, lecz jedną zostawia uchyloną. Pani Stina podchodzi bliżej i słyszy dobiegający z dziedzińca zbiorowy okrzyk radości. Wygląda na dwór i widzi, jak kalenica największego budynku zapada się z hukiem, a w niebo buchają snopy iskier. Konstrukcja nośna runęła, cały budynek przestał istnieć. Przypomina sobie, że niedawno szukała bezpiecznego schronienia w podobnym miejscu: za murami zamku Täljehus. Wtedy patrzyła na nieprzyjacielskie wojska, a przenikliwy chłód wciskał się pod ubranie, podczas gdy dzisiaj jest ciepło. Nocami nawiedzają ją duchy tych, których tam zabiła. Wykorzystując spryt i siarczysty mróz, odebrała życie wielu młodym mężczyznom. Leżeli w śniegu skuleni jak nieutulone dzieci. Nadal widzi ich w swoich snach: wstają z ziemi i zagradzają jej drogę, żeby nie mogła koło nich przejść. Patrzą na nią zamarzniętymi oczami, ciskają pioruny i niemo ją oskarżają, bo skradła im wszystko, co mieli. Ich śmierć nadal jej ciąży, dlatego stale zadaje sobie to samo pytanie: kim jest Kristina herbu Lew i Lilia? Kim się stała, odkąd przestała krwawić co miesiąc, za to dłonie ma mokre i czerwone? Już nie kobietą, a skoro nie mężczyzną, to kim? Pojedyncza łza zwilża kącik jej oka - na szczęście powietrze nasycone jest dymem, więc może ją spokojnie otrzeć, nie budząc niczyjego zdziwienia. Dłużej tego nie wytrzyma, musi zrobić coś, co złagodzi jej ból i uciszy cierpienie. Odwraca się na pięcie i schodzi do piwnicy, żeby poszukać tego, który na pewno zdoła ją pocieszyć. Wysoki Lars, który jest jej serdecznym przyjacielem, jak zwykle emanuje spokojem. W jego ramionach szukała pocieszenia, gdy Bengt zasypiał przy dzbanie wina albo znikał z zamku. Kiedyś trzymała to w tajemnicy, lecz teraz dochodzi do wniosku, że w tych warunkach nie musi tego ukrywać. Chwyta Larsa za nadgarstek, lekko uderza go w plecy i popycha w stronę komórki, gdzie leżą worki ze zbożem. Na krótko posłużą im za łoże. Lars milczy, a ona widzi na jego twarzy zdumienie. Jest zdziwiony jej zachowaniem. Cofa się pod naciskiem jej dłoni, aż dotyka plecami ściany. Pani Stina opuszcza rękę, żeby rozwiązać rzemień, który podtrzymuje jego spodnie. Zręcznie sobie radzi, tak jak dawniej, i szybko go rozwiązuje. Unosi koszulę, chciwymi dłońmi dotyka jego nagiego ciała, przesuwa palcami po gładkiej skórze i twardych mięśniach. Coraz niżej opuszcza dłoń i sięga tam, gdzie skóra jest cieplejsza. Szuka jego męskości. Członek Larsa jest wiotki, chociaż dawniej od razu robił się twardy i sztywny jak noga od krzesła. Im dłużej trzymała go w dłoni, tym bardziej twardniał i sztywniał. Teraz nic się nie dzieje, a gdy patrzy na Larsa, widzi jego zmieszany wzrok. Minę ma taką, jakby stała przed nim obca istota, która nigdy przedtem nie doświadczyła dobroci jego serca. Pani Stina cofa dłoń, jakby się nagle sparzyła. Jest zdziwiona jego zachowaniem, bo Lars nigdy jej tak nie traktował. Szkoda, bo zapragnęła z nim być, żeby choć na chwilę znów stać się kobietą. Zachowała się jak spragniony wędrowiec, który rozpaczliwie szuka studni z wodą. Obrzuca go czujnym spojrzeniem i zastanawia się, czy patrzy na nią takim samym wzrokiem jak dziewka od dojenia krów na Bengta, gdy ten przychodzi do niej pijany, żeby zaspokoić swoją chuć? W oczach Larsa widzi współczucie. Chyba w końcu zrozumiał, że ją zranił. Unosi ręce, jakby chciał ją objąć i pocieszyć, lecz ona go odpycha i odwraca się plecami. Swoje zdziwienie i rozczarowanie skrywa pod maską obojętności. Odchodzi, by znaleźć miejsce, w którym będzie mogła pobyć sama.
KARL BONDE PROSI POSŁAŃCA, by razem z księdzem wyszedł z komnaty i poczekał w przedpokoju. Są pewne sprawy, które musi sobie przemyśleć w spokoju. Nie jest to jednak proste ani łatwe - właściwy tok myślenia utrudniają mu sprzeczne uczucia, jakie nim targają. W krótkim czasie otrzymał wiadomość o śmierci dwóch różnych osób. Czuje, jak wzbiera w nim gniew na Birgittę, lecz nic mu to nie daje, bo jego zmarła małżonka jest już poza zasięgiem jego pretensji - jakby do krzywdy chciała jeszcze dołożyć zniewagę. Na swoją śmierć wybrała niewłaściwy dzień i jak zwykle go zawiodła. Śmierć Engelbrekta oznacza, że czasu zostało mu niewiele. W jednej chwili stał się najważniejszym człowiekiem w państwie, lecz kiedy wieść o śmierci przywódcy powstania rozniesie się po kraju, niejeden będzie próbował zająć jego miejsce. Wie, że powinien się zachować jak człowiek czynu. W takiej sytuacji nie może sobie pozwolić na opłakiwanie zmarłej żony, bo mogłoby się to negatywnie odbić na jego wizerunku w oczach innych ludzi.
Przyszłe pokolenia będą pamiętać, jak odszedł od łoża swojej zmarłej żony i w pośpiechu ruszył w drogę. Będą mu to wypominać w dniu, gdy bardziej niż kiedykolwiek będzie potrzebował pozostać bez skazy. Jednak Birgitta umarła - jest jedynie bezwartościowym ciałem i nawet po śmierci będzie go kosztować więcej niż kiedykolwiek za życia.
Nad Sztokholmem zalegają ciemności, miejski zgiełk tonie w cieniach. Zapadł zmierzch, na żer wyleciały nietoperze, które kreślą na niebie zgrabne zakrętasy. Kamienny bruk odbija echem kroki miejskiego strażnika, który robi nocny obchód. Jego praca polega na tym, by w zarodku zdusić nawet najmniejszy ognik, który mógłby się stać śmiertelnym zagrożeniem dla miasta.
- Fleisch! Hier gibts Fleisch zum besten Preis!5
Na rynku, do którego prowadzi uliczka, kończą się godziny handlu. Kramarze obniżają ceny, by oszczędzić sobie kłopotu z pakowaniem niesprzedanych towarów i wracaniem z nimi do domu. Każdy z nich wie, że to, czego dziś nie sprzeda, jutro straci na wartości, aż w końcu się popsuje i zgnije. Ich nawoływania słychać też w komnacie, w której przebywa Bonde. Nagle przychodzi mu do głowy pewna myśl. Spada na niego jak dar, poprawia mu humor i łagodzi niepokój, który od pewnego czasu ściskał mu żołądek.
Ksiądz i posłaniec nadal czekają w przedpokoju. Gdy Bonde otwiera drzwi i staje w progu, obaj zrywają się na równe nogi.
- Ilu wie o jej śmierci?
Ksiądz otwiera usta, żeby coś powiedzieć, lecz gdy sobie uświadamia sens pytania, zmienia zdanie.
- U łoża jaśnie pani siedziałem do samego końca. Udzieliłem jej ostatniego namaszczenia, a gdy odeszła do Stwórcy, posłałem Magnusa, żeby powiadomił o jej śmierci jaśnie pana. Uważam bowiem za rzecz słuszną i oczywistą, że współmałżonek powinien się dowiedzieć o takiej sprawie pierwszy. Od tamtej pory obaj czekamy na wasze rozkazy, panie.
- Nikt inny nie wie o jej śmierci?
Ksiądz wzrusza ramionami.
- Po domu kręci się pełno służby, więc trudno stwierdzić, czy ktoś już się o tym nie dowiedział. Człowiek wyczuwa obecność śmierci szóstym zmysłem, którego nikt nie potrafi nazwać.
- Posłuchajcie, co wam powiem. Birgitta Turesdotter nadal żyje, rozumiecie! Powiem więcej: ma żyć przez cały następny tydzień, a może nawet dłużej. Dziś wieczorem jedynie otarła się o śmierć. Obawialiśmy się najgorszego, lecz jej chwila jeszcze nie nadeszła. O tym, że nie żyje, wiecie tylko wy dwaj - i tak ma pozostać. Niech służba nadal przynosi do jej komnaty posiłki, a wy macie się ich później jakoś pozbywać. Wszystko ma wyglądać tak, jakby to ona je spożyła. Nikomu innemu nie wolno przekroczyć progu tej komnaty. Jeśli zajdzie potrzeba, mówcie, że dopadła ją zaraza. Jeśli sprawicie się dobrze, wasza gorliwość zostanie nagrodzona, a jak będzie już po wszystkim, każdego z was wynagrodzę wedle zasług. Za kilka dni będziecie bogatymi ludźmi. Zarobicie majątek.
Bonde robi przerwę, żeby jego słowa zapadły księdzu i słudze w pamięci. Zastanawia się, jaką kwotę uznaliby za majątek, i za każdym razem wychodzi mu na to samo: kupi ich tanio. Najpierw skusi nagrodą, a potem postraszy karą.
- Jeśli coś pójdzie nie tak, daję wam słowo honoru, że do końca życia nie zaznacie chwili spokoju. Uczynię wszystko, żeby je wam obrzydzić.
Ksiądz i sługa patrzą po sobie, a ich twarze wyrażają mieszane uczucia. Jako pierwszy odzywa się ksiądz.
- Wszak ciało jaśnie pani...
- W dniu pogrzebu trumna ze zwłokami ma być zamknięta, a wy zadbacie jedynie o to, by proces gnilny nie zdradził prawdziwego stanu mojej żony.
- A jak...
- Użyjcie soli. Kupcie jej tyle, ile będzie trzeba.
Po tych słowach Bonde opuszcza komnatę i nie zamykając za sobą drzwi, schodzi na dół. Znowu zyskał trochę czasu.
Teraz musi działać szybko. Bardzo szybko. Zanim wieść o śmierci Engelbrekta rozniesie się po całym kraju. Posłaniec wspomniał, że do morderstwa doszło nad jeziorem Hjälmaren, a zabójcą był M?ns Bengtsson - ten sam, który był Engelbrektowi najbliższy. Ciekawe, czemu to zrobił. Poznali się dwa lata temu w Vadstenie. Młody Bengtsson kręcił się wśród zbuntowanych górników - wtedy wszyscy stali po tej samej stronie barykady: Engelbrekt, M?ns, jego ojciec Bengt i kilku jego stryjów. Najgorszy z nich jest Nils. Na samą myśl o nim Bonde czuje w ustach gorzki smak. Nils towarzyszył Engelbrektowi w czasie rocznej kampanii na południu kraju, lecz lada dzień stamtąd wróci. Jego powrót jest równie pewny jak to, że gdy kruk wyczuwa w lesie padlinę, zrywa się do lotu. Oprócz Nilsa zlecą się też inni chętni do objęcia schedy po Engelbrekcie.
Ma dość własnych spraw, by dociekać cudzych tajemnic. Być może z czasem dowie się więcej. Na razie musi założyć, że zanim zapadnie zmrok, wieść o śmierci Engelbrekta obiegnie wszystkich: mężczyzn, kobiety i dzieci, aż po Örebro, a wtedy rozpęta się piekło. List żelazny dla M?nsa mógłby wystawić w imieniu Rady, lecz to może poczekać do następnego wieczoru. Jeśli lud dopadnie chłopaka i rozerwie go na strzępy - a on, Bonde, będzie mógł utrzymywać, że nic o tym nie wiedział - to nie widzi powodu, by odmawiać ludziom prawa do zemsty. Jeśli jednak M?nas zdoła się wymknąć, przyjdzie czas, by stanąć na straży prawa królestwa, zapewnić chłopakowi bezpieczeństwo do chwili, gdy Rada wyda wyrok, jak również dopilnować, by pospólstwo nie nabrało ochoty do urządzania łowów na szlachtę. Takich jak on jest wielu, a Bonde jest jednym z nich.
Z czasem wszyscy i tak się dowiedzą, gdzie M?ns się ukrył po ucieczce z Göksholmu. Chłopak może się stać cennym ogniwem, a on zamierza go rozgrywać do własnych celów. W całej Szwecji ma na usługach ludzi, którym co miesiąc wypłaca żołd. Wcześniej czy później ich drogi się skrzyżują z drogami M?nsa. Nie ma się co łudzić: jego postępek stanie się głośny.
Kolejna sprawa: Erik Puke i jego ludzie przebywają w Sztokholmie. Oblegają zamek, w którym nadal urzęduje osadzony przez króla Eryka wójt. Puke to jedyna siła, jaka może mu stanąć na drodze do celu, więc musi się go jakoś pozbyć. Nigdy nie byli przyjaciółmi, a po śmierci Engelbrekta są wrogami. Tak czy inaczej, lepiej będzie zataić swój udział w nadchodzących wydarzeniach. Władza sama w sobie jest pełna sprzeczności: kiedy ktoś wkłada na swą głowę królewską koronę, lud wybacza mu wszystkie grzechy i przewinienia. Lecz zanim on będzie mógł ją włożyć, powinien uchodzić za człowieka o nieposzlakowanej opinii. Pukego i jego ludzi trzeba usunąć, a on zadba o to, by nikt go z tym nie powiązał.
ZGLISZCZA POWOLI DOGASAJĄ. O świcie spadł lekki deszcz, a właściwie chmura wirujących kropelek niesionych porywami wiatru. Tam, gdzie dotykają ziemi, zwęglone bierwiona podejmują ostatnią walkę o przetrwanie: syczą i dymią, lecz w zetknięciu z wilgocią nie mają szans. Pani Stina długo stoi na schodach wieży i powoli się rozgląda, żeby objąć wzrokiem rozmiar zniszczeń. Próbuje wzbudzić w sobie gniew lub żałość, lecz odczuwa jedynie dziwną pustkę, bo w jej piersi nie ostało się żadne uczucie. Ci, którzy dokonali dzieła zniszczenia, opuścili teren zamku i wrócili do swych domów. Zrobili to, po co przyszli, i choć nic im to nie dało, pójdą teraz odsypiać swoje szaleństwo i pijaństwo. Pani Stina powoli obchodzi swoją posiadłość. Ziemia pokryta jest sadzą i resztkami zwęglonego dobytku. Tam, gdzie jeszcze wczoraj biegły ścieżki i uliczki łączące zabudowania gospodarcze z budynkami mieszkalnymi, ciągnie się szeroka blizna. Zgliszcza nie pozwalają określić, gdzie stały poszczególne budynki ani jakie pełniły funkcje. Pozostaje jedynie pamięć o tym, co tu kiedyś było. Kamienne fundamenty domów nadal są ciepłe. Ziemia, w której tkwią, również trzyma żar, choć płomienie dawno zgasły. Powietrze jest tak gorące, że można by pomyśleć, iż w Göksholmie panuje pełnia lata, a nie późna wiosna. Pani Stina chodzi po całym pogorzelisku bez wyraźnego celu, z pokorą pochyla głowę wobec potęgi żywiołu. Pożar pochłonął wszystko, pozostawiając na ziemi czarne plamy - cienie przeszłości sugerujące kształt tego, co utracone. Żelazne garnki, kołyska, stoły, ławy i potężna kalenica, która przez wiele lat chroniła ją i jej bliskich. Teraz leżą wśród popiołów, dając nieme świadectwo tego, co przeminęło.
Oprócz pani Stiny po spalonej ziemi krążą też inni. Słudzy wędrują z miejsca na miejsce i bezradnym wzrokiem ogarniają dzieło zniszczenia. Nikt nie wie, co robić, dokąd pójść ani za co się zabrać, lecz panią Stinę niewiele to obchodzi. Będą mieć mnóstwo czasu i nikt im nie będzie przeszkadzać, kiedy obie z Britą zostawią Göksholm i Mellösę daleko za sobą. Dla niej sprawa jest zamknięta, bo dla Göksholmu zrobiła to, co powinna. Wieża ocalała, a ci, którzy to miejsce zniszczyli i spalili, już tu nie wrócą. Najrozsądniej odejść teraz, żeby gorące uczucia wygasły, podobnie jak tlący się wokół żar. Można będzie wrócić dopiero wtedy, gdy wszystko się dopali. Trzeba się będzie ułożyć z dawnymi wrogami, a księdza w Mellösie poprosić o doprowadzenie do zgody i pojednania. Z zasnutych dymem zgliszcz wyłania się Brita. Jest blada i wstrząśnięta. Pani Stina chce ją o coś zagadnąć, lecz kiedy otwiera usta, wstrząsa nią kaszel. Dopiero za drugim razem udaje jej się wydobyć głos.
- Każ parobkom wyprowadzić konie. Zbieramy się do drogi.
- Dokąd pojedziemy?
- Do Ekhult. W gościnę do Kari Sture.
Brita przez chwilę się namyśla.
- A ojciec?
- Drugi raz zostawił mnie samą, zamiast razem z nami bronić naszego domu. Jest dorosłym człowiekiem, jakoś sobie poradzi.
Pani Stina jest pewna, że Bengt wróci z Örebro z niezałatwioną sprawą. Brita kiwa głową, odwraca się i odchodzi, by wykonać jej polecenie. Pani Stina zostaje sama. Chmury powoli się rozpraszają, przepuszczając blade promienie słońca, które padają na jej zwęglone i spopielałe wiano. Nie słyszy krzątaniny ani gwaru ludzkich głosów, które zwykle towarzyszą przygotowaniom do wyjazdu. Nie słyszy parskania koni, które służba wyprowadza ze stajni i przywiązuje przy bramie wjazdowej, by je oporządzić i osiodłać. Nie słyszy, jak stajenny przywiązuje do siodeł sakwy i pakunki - powozy spłonęły i zwierzęta będą musiały nieść wszystko na swoich grzbietach. Cisza otacza panią Stinę jak pancerz, a odrętwienie zatrzymało w miejscu. Brita podchodzi do matki i próbuje ją wyrwać z tego stanu.
- Matko?
- Słucham.
- Nie mogę znaleźć Hebbli. Szukałam wszędzie, ale bez skutku.
Panią Stinę pierwszy raz tego ranka ogarnia ludzkie uczucie. Wstrząsa nią dreszcz. Hebbla spędziła u nich całą zimę, lecz rzadko się widywały, a jeszcze rzadziej ze sobą rozmawiały. Dziewczyna zachowywała się jak blada zjawa z rudymi włosami: chyłkiem przemykała po zamkowych schodach i korytarzach, najchętniej trzymała się z dala od ludzi. Niemniej była tu gościem, otoczona ich opieką, więc odpowiedzialność za jej los spada na panią domu.
- Czy ktoś ją ostatnio widział?
- Tak. To było wtedy, gdy wróciliśmy znad jeziora z ciałem Engelbrekta. Miała na sobie nocną koszulę. Nikt nie wie, co się z nią działo później. W wieży jej nie było, bo na pewno byśmy ją zauważyły.
Pani Stina przebiega wzrokiem po spalonej ziemi. Przypomina sobie zaciekłą wymianę zdań z Bengtem na temat śmierci Engelbrekta. Mogło być tak, że w czasie, gdy zajęci byli kłótnią, przerażona dziewczyna znalazła sobie schronienie w jakimś pustym budynku, a gdy podpalacze podłożyli ogień, by puścić z dymem drewniane zabudowania, nie mogła się z niego wydostać i już tam została. Może próbowała uciec z pułapki, lecz bezlitosny żar odciął jej drogę. Nikt jej nie słyszał, bo wołanie o pomoc zagłuszał huk ognia.
Na myśl o tym panią Stinę znowu przechodzi dreszcz. Zaczyna coś mówić, lecz od razu sobie przerywa. Ostrożnie dobiera słowa, jakby chciała zasugerować, że dziewczyna nadal żyje, że mogła się gdzieś ukryć i w końcu jakoś się uratowała.
- Jaka ona jest? Dobrze ją znasz? - pyta Stina.
- Nie za bardzo. Powiedziała, że mój ojciec trzymał ją tu wbrew jej woli. Nie chciał jej odesłać do Bergen, tylko więził, żeby w dniu, gdy wiatr powieje w inną stronę, a los znów zacznie sprzyjać Erykowi, zwrócić jej wolność w zamian za nowe przywileje.
Pani Stina kiwa w milczeniu głową. Takie postępowanie jest typowe dla jej Bengta. Jednak sam fakt, że ona nigdy się nie zainteresowała losem dziewczyny, świadczy o tym, jak mało obchodziło ją to, co się działo na zamku. Brita podnosi poły kołnierza i zasłania nim szyję, żeby się uchronić przed zimnym wiatrem.
- Przysłał ją tu M?ns, kiedy był w Väster?s. Myślę, że to ze względu na niego Hebbla znosiła swój los z większą cierpliwością, niż powinna.
Pani Stina wraca pamięcią do lat, kiedy sama była w jej wieku. Trudny czas w życiu, w którym nic nie jest łatwe. Pąki dzieciństwa już popękały, lecz kielichy kobiecości nie zdążyły jeszcze rozchylić płatków. Dopiero teraz do niej dotarło, że Hebbla zadurzyła się w M?nsie. Któż mógłby jej się dziwić? Nieszczęście zrodzone z miłości do jej syna jest brzemieniem, które obie niosą. W chwili, gdy pani Stina uświadamia sobie ten fakt, dziewczyna, która przez długi czas gościła pod jej dachem, staje się jej bliższa. Chwilę rozważa podjęcie decyzji, lecz długo to nie trwa, bo gdy staje przed konkretnym wyborem, rzadko się waha.
- Nie możemy tu dłużej tkwić. Jeśli Hebbla została w którymś budynku, do nieszczęścia już doszło i nic na to nie poradzimy. Jeśli schroniła się w lesie, może tu wrócić, a wtedy słudzy się nią zaopiekują. Jeśli zabłądziła, tu się jej nie doczekamy. Może powiedzie się nam w drodze do Ekhult. Chodźmy.
Pani Stina się odwraca i rusza w stronę koni. Jej córka idzie za nią.
Brita zwleka z odjazdem. Stoi i patrzy na miejsce, w którym spędziła dzieciństwo i młodość. Teraz zostało po nim pogorzelisko. Ogarnia ją dziwny nastrój. Próbuje sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zniknięcie Hebbli pozostawiło w niej tak głęboką ranę. Wszak tutaj miało się nie wydarzyć żadne nieszczęście. Wielu rzeczy nie rozumie, bo przyszło jej żyć w niezwykłych czasach, zwłaszcza odkąd Engelbrekt stanął na czele powstania, a mężczyźni z jej rodu się do niego przyłączyli. Razem z matką broniła zamku Täljehus przed wojskami Pukego, co bardzo je do siebie zbliżyło. Niebezpieczeństwo, które wówczas nad nimi zawisło, natchnęło ją śmiałością. Zdobyła się więc na odwagę, żeby przemówić do matki z głębi serca. Matka uważnie jej wysłuchała i w końcu zrozumiała, co córka czuje. Dzięki temu Brita zaleczyła w sobie ranę, która krwawiła od dawna. W dzieciństwie jej rodzice pozostawili ją samą sobie, bo nigdy nie pogodzili się z faktem, że zamiast chłopca na świat przyszła dziewczynka. Nic więc dziwnego, że matka całą swoją miłość przelała na M?nsa. Niedawno się pogodziły, dlatego nie zamierza płakać nad spalonym zamkiem. Wkrótce znajdą się gdzie indziej i zostaną tam na długi czas.
Odwraca się, patrzy na kamienną wieżę, w której znajdował się alkierz Hebbli. W tej samej chwili znajduje odpowiedź na pytanie, dlaczego zniknięcie dziewczyny tak ją zabolało. Tego lata Hebbla była tak samo pozostawiona samej sobie, jak ona w latach dzieciństwa. Spędzała czas w samotności, choć w Göksholmie było dużo ludzi. Przeżywała prawdziwe męki, z którymi nie umiała sobie radzić. Któż jak nie Brita mógłby ją lepiej zrozumieć? Tymczasem nie tylko jej nie pomogła, lecz nawet niczego nie zauważyła. Zaślepiło ją własne szczęście, zabrakło jej współczucia dla innych. To grzech przeciwko wszystkiemu, co słuszne i właściwe. Okazała się więc niegodna łaski, jaką okazał jej los.
- CHŁOPAK JEST W RINGSTADAHOLMIE.
Karl Bonde kiwa głową. Swoją decyzją ojciec M?nsa wzbudził w nim mimowolny szacunek. Pan Bengt wybrał dla syna naprawdę świetną kryjówkę. Nigdy by się tego po nim nie spodziewał. Wyciąga zza pazuchy sakiewkę z pieniędzmi i wręcza ją posłańcowi, któremu w zamian za dostarczenie tej cennej informacji obiecał nagrodę. W tych trudnych czasach zawsze dba o to, żeby nawet najmniejszą kwotę przekazywać z ręki do ręki. Daje posłańcowi znak, że może się oddalić i zacząć wydawać majątek, na który z pewnością nie liczył, a sam zaczyna się nad czymś zastanawiać.
Ringstadaholm jest silnie umocnioną warownią, więc musi dokładnie rozważyć wszystkie wady czy zalety. Chłopska armia nie odważy się uderzyć na zamek, a dopóki M?ns kryje się za jego murami, on nie zdoła poświęcić jego życia w zamian za wsparcie chłopskich mas dla swojej sprawy. Zresztą na tę chwilę to chyba bez różnicy. Nie do końca wie, czy takie rozwiązanie byłoby właściwe, ale gotów jest rozważyć każdy koncept. Bezradny pociera swój płaski nos: przed chwilą otrzymał ważną wiadomość, ale wciąż nie wie, jaki uczyni z niej pożytek. Przywykł do tego, że najlepsze rozwiązania pojawiają się nagle. Instynkt mu podpowiada, że tym razem będzie musiał użyć jakiegoś fortelu. Na razie nie ma żadnego pomysłu.
Razem z bliskimi przebywa za dnia w klasztorze franciszkanów. Oprócz zamku królewskiego jest to najlepsze miejsce w całym mieście. Zakonnicy goszczą go niechętnie, lecz znoszą go z dużą cierpliwością. Traktują jak zarazę, którą Bóg na nich zesłał w ramach pokuty za popełnione grzechy. Nad głową ma solidny sufit. Kamienie ułożone są tak, żeby przypominały belki. Pokryte są malowanymi pnączami. W okienne nisze wmurowano kamienne dwuosobowe siedziska, na których można przysiąść, żeby cicho i dyskretnie porozmawiać, zwłaszcza kiedy z korytarzy na dolnych kondygnacjach dobiegają dźwięki pieśni śpiewanych przez ojców i braci w szarych habitach. Najczęściej przychodzi tam sam: zajmuje miejsce i rozmyśla. Przez okno wpada do środka dzienne światło, a on obserwuje, jak zakonnicy krzątają się po wyspie wśród obsianych ziołami i warzywami grządek i rabatek. Droga do tronu nadal jest daleka, lecz na tę chwilę niewiele może uczynić. Wstaje z ławy, otula się szczelnie płaszczem i wchodzi do sali, w której nad pulpitami garbią się pisarze i jego wierni słudzy. Zaczyna przemawiać, ale nie do jednego z nich, tylko do wszystkich. Oczekuje, że zostanie wysłuchany, zwłaszcza że odwołuje się do wspólnego poczucia odpowiedzialności. Niech się więc gryzą w myślach, a potem zdecydują, który z nich najlepiej się nadaje do wykonania zadania, jakie zamierza im powierzyć. Niech konkurują ze sobą ci, którzy są najbardziej przebiegli i przedsiębiorczy. Daje im do zrozumienia, że ten, który się sprawi najlepiej, zostanie wynagrodzony, a miejsce tego, który zawiedzie, zajmie ktoś inny. Każdy ma się lękać i mieć nadzieję.
- Poszukajcie kogoś, kto ma jakąś wiedzę o wójcie zamku Ringstadaholm. Sypnijcie srebrem, jeśli będzie potrzeba. Najpierw za słowa, potem za milczenie. To wszystko. Teraz wracam do komnaty mojej małżonki, żeby dotrzymać jej towarzystwa. Tam mnie w razie czego znajdziecie.
Szwecja jest małym państwem, wszyscy są w nim powiązani siecią widocznych i niewidocznych nici, które splatają się ze sobą, tworząc jeden wspólny węzeł. W ich żyłach płynie ta sama krew - o Nilsie z Hammersty ma jednak za mało informacji, żeby go ocenić. Interesują go głównie takie cechy jak wierność i oddanie. Ma do siebie pretensje, że tego jeszcze nie wie, bo skoro zajmuje tak wysoką pozycję, brak tej wiedzy należy uznać za największy grzech i zaniedbanie.
Powoli idzie ulicami i zaułkami miasta. Poprzedza dwójkę żołnierzy, którzy bez względu na to, dokąd ich pan się udaje, zawsze mu towarzyszą. W centrum Sztokholmu nie brakuje małych domów i uliczek wciśniętych między ciasne mury. Można to porównać z paznokciem na palcu u nogi, który za bardzo się rozrasta, a kiedy napotyka opór, zaczyna się zaginać i stopniowo wrasta w ciało, przyprawiając właściciela nogi o ból. Bonde idzie z założonymi za plecy rękami, ze wzrokiem wpatrzonym w ziemię na kilka kroków przed sobą. Wie, że ludzie go obserwują, wszak jest marszałkiem. Na jego widok szeptają i pokazują go palcami, a on przybiera stosowną do okoliczności minę, którą regularnie ćwiczy przed lustrem z ołowianego szkła. W takich chwilach jego twarz wyraża melancholię wywołaną trudnościami życia, która jednak nie jest na tyle dojmująca, żeby mogła wyprzeć siłę i stanowczość. Wszyscy wiedzą, że Bonde chadza tędy każdego dnia o tej samej porze. Wiedzą też, że minuty, które poświęca na modlitwę przy łożu ciężko chorej małżonki, są dla niego jedyną chwilą wytchnienia od spoczywających na nim obowiązków wobec państwa. Nic więc dziwnego, że gdziekolwiek się pojawia, ludzie witają go z szacunkiem, a starsi, dla których jest wzorem miłości i cnót do naśladowania, wykonują na jego widok znak krzyża.
Na odgrywanie roli złamanego nieszczęściem męża poświęca - bez względu na pogodę - godzinę dziennie.
Coraz trudniej mu wytrzymać z Birgittą, która nadal leży w swojej komnacie. Jest jak solona wieprzowina upchnięta w beczce. Sól wysysa z jej skóry całą wilgoć. Skóra grubieje i pęcznieje, a następnie tworzą się na niej narośle, które przypominają pąki kwiatów: najpierw pęcznieją, a później pękają. Gnijące zwłoki są szczelnie owinięte, żeby stłumić bijący od nich smród, lecz mimo różnych starań staje się on coraz bardziej intensywny. Komnatę wypełnia obrzydliwy, słodko-słony zapach, ale on zabrania służbie otwierać okna, bo wie, że choroba jego żony wzbudza zainteresowanie wielu postronnych osób. Kiedy przy niej siedzi, zagłębia się w myślach, żeby nie czuć smrodu. Rozważa różne warianty i próbuje sobie wyobrazić, co przyniesie przyszłość.
Przed upływem godziny ktoś go wzywa. Bonde wychodzi przed dom, żeby się spotkać z osobą, która na niego czeka piętro niżej pod niskim okapem. Na miejscu stwierdza, że jego ludzie przyprowadzili kobietę. Po wyglądzie trudno określić, ile ma lat, ale raczej jest już po czterdziestce albo nawet po pięćdziesiątce. Któryś ze sług go informuje, że kobieta jest Dunką. Podobno do zimy służyła na zamku Ringstadaholm, ale pan Nils odprawił wszystkich, których odziedziczył po poprzednim wójcie, i zastąpił ich swoimi ludźmi. Kobieta nie mogła znaleźć pracy i musiała się przenieść na północ. Jedno oko ma zaczerwienione, z obu ciekną łzy. Ciągle je ociera rękawem sukni, który zesztywniał od zaschniętych plam. Bonde rozumie motywy decyzji podjętej przez nowego wójta, bo każdy pan wolałby się pozbyć takich służących jak ona. Nie zapomina jednak, że takie sługi sporo wiedzą o dawnym życiu swoich byłych panów, a przynajmniej tak im się wydaje z powodu własnego zadufania. Jej wiedza o dzielnych czynach i niepowodzeniach Nilsa z Hammersty przekracza wiedzę arcybiskupa o Biblii, ale kobieta jest ociężała w myśleniu, nie potrafi odróżnić tego, co ważne, od tego, co nieistotne. Wystawia cierpliwość słuchacza na próbę - żeby wyłapać jakieś istotne wątki, Bonde musi jej słowa przecedzać jak przez sito. Na szczęście z biegiem lat posiadł tę umiejętność i docenia jej wartość. Wie z doświadczenia, że jeśli zachowa cierpliwość, tacy jak ona - ludzie małego formatu - zaczynają w końcu mówić to, co naprawdę jest ciekawe, ponieważ sam fakt, że ktoś ich wysłuchuje i ponad miarę chwali, wiele dla nich znaczy. Za swoje rewelacje nawet nie żądają zapłaty. Kobieta wie, że zostało jej niewiele lat na tym świecie, dlatego do końca swoich dni będzie zamęczać najbliższe otoczenie różnymi historyjkami i za każdym razem do nich doda coś nowego. Będzie się chwalić, że rozmawiała z samym marszałkiem, a może nawet zachęciła go do zmiany kierunku, w jakim zmierza kraj? Nie zapomni dodać, że marszałek przykładał do jej słów dużą wagę. Niewykluczone, że kobieta uzna to spotkanie za najważniejsze wydarzenie w całym swoim życiu.
Na początku Bonde wypytuje ją tylko o pana Nilsa. W odpowiedzi słyszy, że po śmierci pierwszej żony, która zmarła przed dziesięciu laty, pan Nils ożenił się ponownie. Z pierwszego małżeństwa ma dwóch synów i trzy córki, ale w drodze jest już kolejny potomek. Bonde próbuje wyciągnąć z kobiety jak najwięcej szczegółów. Pyta ją o dom rodzinny, chrzestnych, małżeństwa, posiadłości i tak dalej. Kobieta snuje swą opowieść, a on coraz bardziej traci cierpliwość. Najchętniej wysłałby ją do diabła, ale nagle rozmowa schodzi na najmłodszą córkę wójta.
- Ma męża? A może jest z kimś zaręczona?
Kobieta ścisza głos i lekko się pochyla w jego stronę, jakby chciała pokazać, że dopiero teraz zaczyna mu ufać. Cuchnie tak bardzo, że Bonde z trudem się powstrzymuje, żeby nie zwymiotować.
- Obiecali ją wyswatać z kimś od Engelbrekta, a kiedy ich związek został zatwierdzony, pan Nils był tak dumny i szczęśliwy, że zatarł ręce, chwycił ją w pasie i uniósł do góry.
Bonde czuje kłucie w brzuchu. W końcu szczęście się do niego uśmiecha. Szukał prawdziwej perełki i w końcu ją znalazł, ale zanim do tego doszło, musiał przesiać pokłady błota.
- Kim jest jej wybranek?
- Nazywa się Puke, jaśnie panie. Erik Puke.
Bonde macha kobiecie ręką na znak, że może odejść. Stara głęboko mu się kłania i cofa się w stronę drzwi. Nie przestając się kłaniać, przekracza tyłem próg i wychodzi z komnaty, ale Bonde w ogóle nie zwraca na nią uwagi. W głowie ma taki mętlik, że fakty dopiero po dłuższej chwili zaczynają mu się układać w całość. Bez Pukego cała ta jego hołota, która oblega zamek, stwarza niewielkie zagrożenie. M?ns Bengtsson osiągnie swój cel, chociaż będzie on całkiem inny niż ten, o którym on, Bonde, myślał. Wychodzi z komnaty w towarzystwie żółnierzy. Porusza się szybkim krokiem, na który mu pozwala jego udawana, zatroskana mina. Minęło południe, na ulicach unosi się zapach niesprzedanych ryb i smród spoconych ludzi, którzy przez wiele godzin pracowali w trudzie i znoju. Jednak w porównaniu z cuchnącym powietrzem, które wypełnia pokój z gnijącymi szczątkami Birgitty, uliczne opary nie wydają mu się takie straszne. Po powrocie do klasztoru wzywa swoich ludzi i wydaje im szereg poleceń.
- Gdzie jest Puke i co teraz robi?
- On i jego ludzie oblegają zamek. Pewnie są pijani, bo dokładnie liczymy beczki: te, które trafiają do nich z winem, i puste, które są od nich wywożone.
- Od kiedy Puke wie o śmierci Engelbrekta?
Bonde sam zna odpowiedź na to pytanie, ale je zadaje, jakby chciał się upewnić, czy się nie myli. Jego ludzie mówią jeden przez drugiego, jakby w gorliwości wobec swojego pana jeden drugiego chciał ubiec.
- Od siedmiu dni.
- Przekażcie mu, że M?ns Bengtsson ukrywa się w zamku Ringstadaholm, tylko nie mówcie, że wiecie o tym ode mnie. Wystawcie ludzi przy murach, niech na wszystko mają baczenie. Mają mi donieść, jeśli Puke opuści miasto i ruszy na południe.
Bonde przerywa. Chce jeszcze raz rozważyć w myślach swoje teorie, sprawdzić każde ogniwo łańcucha, który w tym momencie wykuwa. Po namyśle dochodzi do wniosku, że żadne z nich nie pęknie.
- Wyszukajcie tuzin albo nawet dwa tuziny ludzi, którzy znają niemiecki i duński. Takich, co mają własną broń i nie brakuje im chęci do walki. Zapłatę dostaną w srebrnej monecie. Nie wolno wam zdradzić, kto im płaci, a jeśli będą się dopytywać, powiedzcie, że pieniądze pochodzą od kogoś, kto popiera króla Eryka. Niech któryś z was napisze list, przemyci go na zamek i przekaże komuś z załogi. Napiszcie, że odsiecz jest w drodze. Niech się przygotują do walki. Za dwa dni o świcie mają czekać w gotowości na murach.
OGIER, KTÓREGO DOSIADAŁ ERIK PUKE, należy do kogoś innego. Jeździec wyczuwa między kolanami bicie jego potężnego serca, wyznaczające rytm naprężonych mięśni. Wbija pięty w jego boki, przynagla go do jeszcze szybszego galopu. Wiatr uderza go prosto w twarz, chłodzi go, wywiewa stęchliznę z odzieży i ściera z czoła tłusty osad pozostawiony przez długie dni spędzone w zamknięciu. Wiele dni, a każda mijająca godzina obracała się niczym koło z wyszczerbioną obręczą. Wspomnienia o śmierci Engelbrekta próbował zagłuszyć alkoholem, pochłaniając go haustami. Jego myśli biegły ku marzeniom o przyszłości, którą planował od dwóch lat: by ruszyć na południe i wstrząsnąć posadami państwa. Potem wracał obraz martwego Engelbrekta. Wszystko się wali i upada, jak szałas wsparty o spróchniałą gałąź. Alkohol na pocieszenie. I jeszcze więcej. Coraz więcej. Światło ustępowało mrokowi, czuwanie przechodziło w sen. Odrętwienie niosło ze sobą dar zapomnienia, podczas gdy każdy powrót do rzeczywistości odnawiał ból. Od chwili, gdy dostał wiadomość, trwał nieruchomy, niezdolny do czynu, skuty burzą emocji. Jego ludzie troszczyli się o niego, dawali mu wszystko, czego zapragnął, a nawet więcej; podczas gdy on spędzał czas na nieustannym pijaństwie, wnosili parujące misy, które odsuwał od siebie. Pewnego dnia, kiedy znowu był w stanie zamroczenia, dostał wiadomość, którą uznał za wartą rozważenia: doniesiono mu, gdzie się ukrywa zabójca Engelbrekta. Zerwał się na równe nogi, narzucił płaszcz i dosiadł pożyczonego konia. Jego ludzie ruszyli za nim, żeby mu towarzyszyć, lecz zostawił ich daleko w tyle. Uznał, że ich pomoc nie będzie mu potrzebna.
Bez słowa przejechał obok strażników strzegących Południowej Bramy. Każdy z nich wie, że wielcy panowie mają swoje zachcianki, a zresztą od razu go poznali. Kiedy podjechał bliżej, domyślili się po jego minie, że nie jest w najlepszym nastroju, więc nie tylko sami skwapliwie się odsunęli na boki, lecz także pogonili innych ludzi, żeby mu nie blokowali przejazdu. Most zwodzony zatrzeszczał pod stukotem świeżo podkutych kopyt. Wjechał w las, mijając po drodze przycupnięte przy kościołach wioski. Drogi pełne są ludzi, głównie biedaków, którzy nieustannie zmagają się z ziemią. Nic dziwnego, bo to ona daje im wszystko, czego potrzebują do życia, bez względu na to, czy w kraju panuje pokój, czy trwają w nim jakieś rozruchy. Najważniejsze jest dla nich jedno: żeby ich zostawiono w spokoju. Idą ze wzrokiem wpatrzonym w żyzną ziemię, bo nadeszła pora wiosennych zasiewów. Jesienią zbiorą z tych ziaren żyto, lecz na żniwa czekać będą z niepokojem. Ich roczny rytm wyznaczają katolickie święta. Według starego powiedzenia: "Eryk daje kłosy, Olaf daje chleb"6. Drogami ciągną furmanki załadowane workami z ziarnem, parobkowie i chłopi uginają się pod jarzmem na szeroko rozstawionych nogach. Trwa orka. Puke mija pielgrzymów wędrujących do Uppsali na uroczystości Świętego Eryka, który kiedyś, u zarania dziejów, był władcą Szwecji. Za jego rządów wszystkim było dobrze, w kraju panowały pokój i sprawiedliwość. Od pewnego czasu Eryk nie jest już przedstawiany z koroną na głowie, tylko z pszenicznym wiankiem. Co roku setki pielgrzymów podążają za kośćmi świętego w uroczystej procesji, gdy księża przenoszą miedziany relikwiarz z pogańskich grobów do katedry, a oni wielokrotnie okrążają świątynię. Klekotanie kości niesie błogosławieństwo ludowi i Kościołowi. Świeccy wysyłają tam swoich chłopów dla chleba i piwa, wierzący zaś po to, żeby ktoś taki jak on znów zasiadł na tronie i wraz z nim nastało królestwo Boże.
Po wielu godzinach spędzonych na drogach oczom Pukego ukazuje się zamek Täljehus. To jego zamek. Ostry zapach bijący od osmalonych i spalonych murów budowli nadal przypomina wędrowcom i rycerzom o niedawnych wydarzeniach. Zwycięstwo odniósł za cenę życia młodych ludzi, którzy zamarzli na śmierć albo polegli na przedzamczu. Stało się tak za sprawą pewnej przebiegłej kobiety. Później się okazało, że to zwycięstwo nikomu nie przyniosło żadnych korzyści. To, czego się dopuścił ród M?nsa Bengtssona, obróciło się przeciwko niemu - zarówno wtedy, jak i teraz. Puke przeklina ich wszystkich i jeszcze bardziej pogania rumaka. W pewnej chwili odwraca głowę, by nie widzieć osmalonych ruin swojego zamku, w których kiedyś zostawił grupę ludzi, żeby ogłosić swoją zwierzchność nad okolicą i przypomnieć, że to on wyszedł z tej walki zwycięsko. Serce konia nadal mocno bije. Zwierzę ma ciężki oddech, pysk i boki pokryte pianą. Kiedy na niego wsiadał, zauważył, że koń jest świeżo oporządzony i naprawdę piękny. Parobek wyczyścił mu sierść zgrzebłem i owczą skórą. Teraz koń jest bardzo wycieńczony, choć do Ringstadaholmu pozostał kawał drogi. Puke bierze do ręki skórzany rzemień i smaga nim koński zad, żeby zmusić zwierzę do szybszego biegu.
Słońce zachodzi, drogi pustoszeją. Przesądni ludzie boją się nocnych ciemności, więc pod wieczór kryją się wzdłuż traktów. Kulą się przy skąpym ogniu i wcześnie kładą się spać. Utrudzeni po całym dniu, zasypiają z bronią pod ręką. Są też tacy, którzy wędrują innymi drogami niż reszta - zwykłe łazęgi bez celu i przyszłości. Na noc zatrzymują się w przydrożnym rowie z nadzieją, że los ich oszczędzi i nie padną ofiarą okolicznych rabusiów, żądnych krwi drapieżników ani tych, którym ciemności nocy nie są straszne. Zachowują się tak, jakby szóstym zmysłem wyczuwali panujący w kraju niepokój - instynkt podpowiada im, że silna dłoń, która od pewnego czasu domagała się praw dla każdego z nich, nagle poluzowała uchwyt, przez co obowiązujący do niedawna kodeks zaczął się kruszyć. Są i tacy, którzy ulegają pokusie mniejszych grzechów - młodzi, których pożądanie ciągnie w krzaki i zagajniki. Nieroztropni, otumanieni wiosną, niesieni lekkomyślnym śmiechem.
Puke ma u boku miecz. Gdyby ktoś mu stanął teraz na drodze i okazał złe zamiary, to mógłby przelać krew i ostudzić emocje. Niestety nikt nie jest taki głupi, więc nie pozostaje mu nic innego, jak jechać dalej. Jest późna wiosna, noc nie jest już tak głęboka jak zimą, więc Puke popędza rumaka, byle dalej i szybciej. Po dotarciu do Norrköpingu stwierdza, że bramy miasta są zawarte, a ponieważ nie ma ochoty wykłócać się ze strażnikami o zgodę na przejazd przez miasto, postanawia je objechać, chociaż będzie musiał nadłożyć drogi. Rusza dalej i jedzie tak długo, aż drogę zagradza mu prawdziwy olbrzym. Jest barczysty i zgarbiony, ręce ma długie i rozcapierzone, jakby chciał go nimi chwycić: to słynny dąb Krokek wyznaczający granicę między prowincjami Östergötland i Södermanland. Za nim wznoszą się mury klasztoru franciszkanów i zabudowania wsi, która swoją nazwę wywodzi od tego drzewa. Dąb jest tak stary, że pierwsze pąki mógł wypuścić za czasów Gwiazdy Betlejemskiej świecącej nad kołyską Zbawiciela. Za drzewami i krzewami połyskują rozległe wody zatoki Br?viken rozjaśnionej blaskiem księżyca. Nocą tafla przypomina srebrne zwierciadło. Puke widzi po swojej lewej ręce pierwsze promienie poranka, co oznacza, że do celu ma niedaleko. Kiedy zsiada z konia pod murami zamku Ringstadaholm, nad horyzontem wstaje rozżarzone słońce. Czerwone jak krew, którą minionej doby przelał w swoim śnie na jawie M?ns Bengtsson.