Rozdział 5
Amari
Wychodzimy z budynku szkoły i idziemy w kierunku parkingu, gdzie Alex czeka na nas z wyjątkowym zapałem.
- Mamy jeszcze do zrobienia kilka zakupów przed ogniskiem, zanim wpadniemy do domu po jakieś rzeczy - zapowiada, po czym wskakuje do auta.
Rozmawiamy i śmiejemy się, zapominając o dzisiejszych wydarzeniach w szkole.
Po załatwieniu wszystkich spraw i poinformowaniu ojca o wyjściu, po niecałej godzinie jazdy docieramy na miejsce. Jest tutaj wiele innych aut, co wskazuje na to, że sporo ludzi już przybyło.
Z trudem znajdujemy miejsce parkingowe.
Alex wyłącza silnik i patrzy na nas z entuzjazmem.
- To będzie świetna impreza, dziewczyny! - krzyczy uradowana. - A teraz wysiadka i w drogę - pospiesza nas i wyskakuje z auta jako pierwsza.
- Świetnie - mamroczę, starając się zachować radość w głosie, chociaż w moim wnętrzu budzą się niepokojące przeczucia. Wysiadam i próbuję zamaskować swoje niezadowolenie uśmiechem.
I choć bardzo staram się podzielać entuzjazm dziewczyn, nie mogę się pozbyć dziwnego uczucia lęku. Patrzę w stronę gęstego lasu, który nas otacza, i na samą myśl, że musimy przejść przez niego, aby dostać się nad jezioro, ponieważ autem nie da rady wjechać w wąskie leśne dróżki, czuję strach.
- Jesteśmy tu po to, aby się wyluzować, odpuść, Amari - mówi Em z troską.
- Masz rację i zamierzam dobrze się bawić - zapewniam ją, ale siebie niekoniecznie.
Alex zaczyna wyciągać zakupy z bagażnika, więc podchodzimy do niej, aby jej pomóc.
Łapię za największą torbę, ale gdy ją szarpię, stwierdzam, że jest zbyt ciężka jak na krótki wypad do lasu.
- Tę torbę też bierzemy? - pytam stojącą za mną Alex.
- Oczywiście, no chyba że chcesz spać pod gołym niebem - odpowiada z przymrużeniem oka.
Odsuwa mnie na bok z zamiarem wyciągnięcia wspomnianej torby.
- Nie mówiłaś, że zostajemy tutaj na noc - wytykam jej, krzyżując ręce na piersi i obserwując, jak próbuje dźwignąć torbę.
Prostuje się i rzuca mi lekceważące spojrzenie.
- Taa, najwidoczniej, ale teraz już wiesz, więc może pomożesz - sugeruje, unosząc jedną brew w wyraźnym geście oczekiwania na moją reakcję.
- Em. Wiedziałaś? - pytam i już przewiduję odpowiedź, kiedy widzę jej skruszoną minę. - Dobra nie odpowiadaj. - A ciebie... - mówię, wskazując palcem na Alex - ...kiedyś uduszę gołymi rękoma.
- Spoko, ale dopiero po tej nocy, bo mam zamiar dzisiaj zaszaleć - wyznaje z miną niewiniątka.
Po zabraniu wszystkich rzeczy ruszamy w kierunku gęstych drzew, gotowe na wieczór pełen przygód i dobrej zabawy. No oprócz mnie. Ja wcale nie czuję się tutaj dobrze.
- Kto właściwie organizuje to ognisko? - pyta wyraźnie zaciekawiona i spragniona wiedzy Emma.
Alex zerka na nią tajemniczo, z uśmiechem malującym się na ustach.
- Dowiesz się na miejscu - odpowiada, dodając do atmosfery trochę niepewności i ekscytacji.
Emma nie jest zadowolona z odpowiedzi, więc drąży dalej.
- Będą chłopaki z drużyny?
- Możliwe. - Alex nie ustępuje.
- Jesteś okropna - burczy, co wywołuje salwę śmiechu.
- Liczysz na obecność kogoś szczególnego? - Dołączam do rozmowy.
- Pewnie, że tak - potwierdza dumnie. - Brat Liama to niezłe ciacho... - mruczy, na co aż przystaję. - A może ty liczysz na spotkanie z przystojnym panem Blackiem, co? - dodaje zaczepnie.
- Brat?
Dziewczyny widząc, że się zatrzymałam również przystają.
- A myślisz, że kto był dzisiaj z Liamem w szkole... - pyta Alex z niedowierzaniem, wyczekując odpowiedzi.
Wzdycham, bo nagle zdaję sobie sprawę z tego, jak mało wiem na temat mieszkańców tego miasteczka, mimo że mieszkam tu już od przeszło siedmiu miesięcy. Moim głównym zajęciem jest nauka i spędzanie czasu z książką. Nie chodzę na imprezy, jak większość nastolatek, a jedynymi osobami, z którymi rozmawiam, jest trójka przyjaciół. Nie jest mi łatwo nawiązać relacje, ponieważ panicznie się tego boję. Boję się, że gdy szczerze kogoś polubię, pokocham, to ta osoba odejdzie, zostawiając mnie z wyrwą w sercu, jak to było w przypadku mojej matki, która odeszła, gdy miałam zaledwie trzy latka. I chociaż ojciec powiedział mi, że matka zginęła w wypadku, nie przyniosło mi to ukojenia. Może zabrzmi to dziwnie, ale wyczułam w jego słowach kłamstwo. A może tak to odebrałam, bo nadal pragnęłam mieć matkę przy sobie i wszystkie jego tłumaczenia były po prostu nie do przyjęcia... Teraz wiem, że nie mogę wiecznie ukrywać się za ścianą bólu i żalu, gdyż czas płynie, a ja mam jedną jedyną szansę w życiu na odkrycie czegoś więcej... radości.
- Dobra już dobra. Nie gapcie się tak na mnie. - Unoszę ręce w geście kapitulacji. - Czas to zmienić - mówię i uśmiecham się sztucznie, co nie umyka uwadze dziewczyn, bo robią dziwne miny, ale odpuszczają.
Nagle, z oddali, dociera do nas dźwięk muzyki mieszający się z zapachem ogniska. Ścieżka, którą podążamy, zaczyna się wyraźnie rozświetlać promieniami zachodzącego słońca, tworząc magiczną atmosferę.
- Zdaje się, że zaczęli wcześniej - mówi Alex, przyspieszając kroku.
Moją uwagę przykuwa jednak coś innego. Stoję w miejscu wpatrzona w jeden punkt w lesie. Jest to wielkie drzewo, wręcz monstrualne, które wyróżnia się na tle innych drzew. Wyrasta ku niebu jak stary stróż tajemnic lasu. Zadzieram głowę... korona jego gałęzi zdaje się obejmować niebo. Mam nieodpartą pokusę, by podejść do tego drzewa i przytulić się do niego. Nagle podrywa się wiatr, muskając delikatnie moje rozpuszczone rude pukle. Uczucie jest przyjemne, jakby jakaś niewidzialna ręka głaskała mnie po głowie, dodając wsparcia. Nie mam ochoty tego przerywać. Dopiero gdy słyszę głośne wołanie Emmy, powracam do rzeczywistości.
Kurde, co to było? Odpłynęłam, serio?
- Głucha jesteś? - Emma domaga się uwagi. - Idziesz, czy będziesz tak stać, aż zapadnie zmrok i zjedzą cię wilki - żartuje i zaczyna naśladować ich wycie...- Awooo! Awooo!
- Boże, ale ty jesteś głupia - mówię z przekąsem, zrównując się z dziewczynami.
- Swój do swego ciągnie - wtrąca Alex i rzuca się do ucieczki, gdy zaczynam ją gonić.
Po krótkim biegu docieramy na miejsce. Ludzi jest pełno, są rozproszeni wokół ogniska płonącego w centrum polany. Zaraz obok jest też jezioro, które daje nieco ochłody w ten upalny wieczór. Szum rozmów i śmiechów wypełnia powietrze, a zapach palonego drewna i rozbłyski ognia dodają atmosferze ciepła.
Wtapiamy się w tłum rozbawionych i roztańczonych uczniów, atmosfera imprezy jest niesamowita, niestety nie trwa to długo. Część z nich zauważa moje przybycie. Gapią się na mnie, jakby wyrosły mi co najmniej dwie głowy.
- Wiewióra w końcu w swoim naturalnym środowisku. - George się zaśmiewa, popijając piwo z puszki, a jemu podobni dołączają do niego.
- Może orzeszka? - dorzuca Jefferson, drugi z chłopaków, chwytając się za krocze, czym wywołuje kolejną salwę śmiechu.
Choć czuję, jak rumieńce wstydliwie wdzierają się na moje policzki, zachowuję zimną krew i wzruszam ramionami, udając obojętność na te złośliwości. Jednak Emmie i Alex nie umknęła postawa mojego ciała; lekkie opuszczenie ramion, jakbym skuliła się pod naporem tych słów, sprawia, że dziewczyny stają obok mnie, demonstrując swoje poparcie.
- Oh, Jefferson... - interweniuje Emma i rusza w jego kierunku. Staje przed nim i kontynuuje: - Najpierw trzeba je posiadać, żeby mieć czym częstować - artykułuje z kwaśną miną, jakby właśnie przeżuwała plaster cytryny, czym i ona wywołuje śmiech wśród jego grupki.
Ta konfrontacja przerywa naturalną harmonię imprezy, a uwaga innych uczestników kieruje się w naszą stronę. Niektórzy cichną, inni wymieniają spojrzenia z zainteresowaniem i obserwują rozwijającą się sytuację.
- To ci pojechała, Jefferson - naśmiewają się jego kumple, co tylko bardziej go wkurza.
- Uważaj, Em - ostrzega i przysuwa swoją twarz do jej... - Tutaj w lesie wszystko może się zdarzyć - dodaje z groźbą i wraca do swoich.
Wiedziałyśmy, że Jefferson nie odpuści tak łatwo.
- Kretyn - mamrocze pod nosem. - Chodźmy znaleźć sobie miejsce z dala od tych dupków - proponuje z uśmiechem.
Wyprzedza nas o kilka kroków, aby rozejrzeć się po zgromadzonych.
- Patrzcie, to Ethan i jego ekipa! - woła z entuzjazmem, wskazując palcem w ich stronę.
Obie spoglądamy w tamtym kierunku i rozpoznajemy kilka znajomych twarzy. Przyjaciel nas zauważa i macha do nas.
W panice rozglądam się za obecnością Jasona, bo skoro jest tutaj grupka chłopaków z jego drużyny, obawiam się, że i on może tu być.
- Spokojnie, nie ma go tutaj. - Przejrzała moje myśli Alex. - No więc, co teraz? - pyta, kładąc dłoń na moim ramieniu. - Idziemy?
Alex wie, że nie przepadam za przebywaniem w gronie nieznanych mi osób, bo mimo że widuję ich w szkole, są dla mnie zupełnie obcy i bardzo niemili.
Spoglądam na nią z wdzięcznością, bo naprawdę doceniam jej troskę.
- Przyszłam tutaj się bawić, więc chodźmy. - Ruszam w kierunku grupy chłopaków i nie daję Alex szans na dalszą rozmowę.
Jestem miło zaskoczona, że serdecznie nas witają i zapraszają do swojego grona, wyznaczając wolne miejsca, bez żadnych uszczypliwości w moją stronę.
Wybieram miejsce obok Ethana, który wita mnie z szerokim uśmiechem, lecz moja radość momentalnie znika, gdy zauważam u niego taką samą ranę pod okiem, jaką ma Jason.
Gdy już uzupełnił kufle dziewczyn piwem, siada u mego boku i wręcza mi butelkę z lemoniadą. Doceniam to, że pamięta, iż nie piję alkoholu.
- Kto ci to zrobił? - pytam z przejęciem, wpatrując się w niego z troską i przebijającym się poczuciem winy.
- Daj spokój, mała - zbywa pytanie i zarzuca rękę na moje ramię. - Ryj nie szklanka.
- To moja wina. Stanąłeś w mojej obronie, więc nie mów mi, że mam dać temu spokój - wyduszam ze złością. - To był Black, prawda? - Wpatruję się w niego, wyczekując potwierdzenia, które nie nadchodzi.
Nie mogę kontynuować przesłuchania, bo nagle zostajemy uciszeni przez jakiś donośny głos.
- Cisza, cisza! - rozlega się w tłumie.
Wszyscy odwracamy się w stronę źródła dźwięku.
- Teraz zabierze głos jeden z gospodarzy tegoż wydarzenia - informuje jakiś chłopak.
- No, w końcu dowiem się, kto nas tu sprowadził! - krzyczy podekscytowana Emma, rzucając Alex dumne spojrzenie.
- Dobra, chłopaki i dziewczyny, czas na krótkie słowo ode mnie - przemawia mężczyzna, wychodząc na środek pola, czym zwraca uwagę wszystkich obecnych.
Gdy Emma dostrzega, że tym gospodarzem okazuje się być Fenrir, jej pisk, bez wątpienia, słyszą ludzie po drugiej stronie półkuli ziemskiej.
Emma w pośpiechu podrywa się na nogi.
- No co? - Wzrusza ramionami niczym niewiniątko. - Wracam za chwilę - oznajmia i odchodzi.
Razem z Alex wstajemy i również podążamy w stronę zgromadzenia, zaciekawione słowami organizatora. I aby powstrzymać Emmę, w razie gdyby chciała rzucić się na obiekt swoich westchnień.
Zatrzymujemy się koło Emmy, która rozpływa się na widok tego młodego, przystojnego mężczyzny.
Fenrir uśmiecha się serdecznie, witając wszystkich zgromadzonych.
- Dziękuję, że przyszliście i że wyraziliście chęć wzięcia udziału w tegorocznej zabawie "Łowcy". - Jego głos jest pełen entuzjazmu i energii, przez co każde jego słowo wzbudza jeszcze większe zainteresowanie wśród uczestników, nawet we mnie.
- O czym on mówi? - zwracam się z pytaniem do Alex, która stoi po mojej prawej stronie, próbując przebić się przez radosne okrzyki uczestników.
- Szczerze, to nie wiem. - Wzrusza ramionami. - Mój sąsiad wspomniał coś o zabawie, ale nie dopytywałam, bo po co - tłumaczy. - Zabawa to zabawa - dodaje, kończąc temat.
Nie jest to odpowiedź, jakiej się spodziewałam, no ale cóż mogę poradzić... Zaraz i tak się dowiem.
Fenrir kontynuuje:
- Zatem przejdźmy do konkretów. Na początek zasady: warunek pierwszy... Do godziny dziewiętnastej trzydzieści, osoby chcące wziąć udział w zabawie muszą wrzucić karteczkę ze swoim imieniem i nazwiskiem do jednej ze skrzyń, które znajdują się w czarnym namiocie. - Wskazuje na namiot rozłożony blisko linii lasu. - Dla mężczyzn i kobiet są osobne - precyzuje.
- Dlaczego osobne? - pyta jakiś chłopak.
- Zaraz się dowiesz - odpowiada i kontynuuje. - Warunek drugi: po upływie tego czasu, zbieramy się tutaj ponownie i losujemy pary, Łowcę i Sarenkę.
- A nie możemy sami wybrać? - wtrąca z nadzieją Emma.
Fenrir kieruje na nią swój przenikliwy wzrok. Przygląda się jej uważnie, bez skrępowania, a ona niemal mdleje z ekscytacji. I gdy już myślę, że zgodzi się na sugestię Emmy, przemawia:
- Nie - udziela krótkiej odpowiedzi, posyłając jej czarujący uśmiech.
- Kutas! - mamrocze do siebie pod nosem, czym wywołuje w nas chichot.
- Nawet nie wiesz, jak wielki. - Zaskakuje nas tym dwuznacznym wtrąceniem, gdyż nie było możliwe, aby usłyszał jej szept z takiej odległości i w dodatku w takim gwarze, a jednak.
Fenrir mruga do niej i wydaje mi się, że wywołał w niej zawstydzenie, co w przypadku Emmy jest raczej niemożliwe do osiągnięcia.
Alex chciała skomentować to zajście, ale Emma zareagowała od razu.
- Ani się waż - ostrzega przyjaciółkę.
- Nawet nie wiesz, co chcę powiedzieć - oburza się Alex, dając Emmie kuksańce w ramię, jeden za drugim.
- No dobra, mów - poddaje się w końcu, pocierając obolałe ramię. Wie, że Alex nie przestanie, dopóki nie będzie mogła tego z siebie wyrzucić.
- No w końcu - mówi zadowolona i przysuwa się bliżej. - Załatwię ci parę z nim - szepcze jej na ucho, bardzo zadowolona z siebie.
Emma patrzy na nią z powątpiewaniem, ale gdy dostrzega jej poważną minę, wierzy, że ta wariatka zrobi wszystko, aby jej plan się powiódł. Alex nie jest osobą, która rzuca słowa na wiatr. Jest szalona, złośliwa, irytująca, owszem, ale to, co jest urzekające w jej osobowości, to oddanie, szczerość oraz pewność, że możemy na siebie liczyć, w każdej sytuacji. Przytulają się, po czym zgarniają też i mnie w swoje ramiona. Czujemy się ze sobą wspaniale. Jak jeden obraz, tyle że złożony w trzech elementów.
Gdy mimochodem zerkam w stronę Fenrira odnoszę wrażenie, że on również to usłyszał - minę ma, jakby był niezadowolony z tego pomysłu.
Hmm... naprawdę dziwne.
- Warunek trzeci - wymienia dalej, czym na powrót przykuwa uwagę zebranych. - Po odczytaniu par, wszyscy bez wyjątku, muszą zostawić fant. To ułatwi nam potem zorientowanie się, kto wrócił, a kogo trzeba będzie szukać, jeśli ktoś na przykład zabłądzi. Warunek czwarty: równo o godzinie dwudziestej Sarenki wbiegają do lasu i kryją się przed Łowcą, mają piętnaście minut przewagi. Warunek piąty, ostatni: po schwytaniu swojej Sarenki, Łowca zabiera fanty, swój i swojej Sarenki, ale... - robi dramatyczną pauzę, zerkając na zgromadzonych - fant oddaje Sarence, dopiero po spełnieniu warunku: albo noc z nim w namiocie, albo wykonanie dowolnego zadania.
Wśród zgromadzonych reakcje są różne, od pisków radości po oburzenie.
Zdębiałam, moje przyjaciółki natomiast skaczą z radości.
- Wygrywa ten Łowca, który schwyta swoją Sarenkę z pary, i jako pierwszy dotrze z nią do obozowiska. A w przypadku Sarenki, wygrywa ta, która nie da się schwytać.
- Ile trwa zabawa? - dopytuje Alex.
- Dopóki wszystkie Sarenki nie zostaną złapane - odpowiada natychmiast.
- No dobrze, ale skąd ta rzekoma "Sarenka" będzie to wiedzieć? - Emma nie odpuszcza. - Ile czasu ma się ukrywać? Musi być zakres - sugeruje odważnie, zadzierając głowę.
Nie spodziewała się, że Fenrir ruszy z miejsca i do niej podejdzie, a wszyscy skierują na nich swój wzrok, w oczekiwaniu na to, co wydarzy się dalej. Podchodzi bardzo blisko i pochyla się ku niej, jakby chciał ją przytulić...
O cholera! - krzyczę w myślach. Z bliska jest jeszcze przystojniejszy: wysoki - sama mam metr siedemdziesiąt osiem centymetrów, a on góruje nade mną i nad innymi, co najmniej o głowę - cera muśnięta słońcem, czarne długie włosy i te oczy, które skrywają niejedną tajemnicę.
- Myślisz, że jesteś na tyle sprytna, aby nie dać się złapać? - szepcze jej na ucho, czym wywołuje w niej przyjemne dreszcze.
Emma nie jest z tych nieśmiałych dziewcząt, chowających głowę w piasek, gdy zapada niezręczna sytuacja czy problem do rozwiązania, wręcz przeciwnie... Jest pewną siebie, prowokującą, uroczą, młodą kobietą, która nie boi się wyzwań, a w tej chwili, właśnie jej postawa temu przeczy. Oczywiste jest, że Fenrir rzucił jej wyzwanie, a ona wygląda na zadowoloną z obrotu spraw.
Adrenalina napędza ją do życia, a on jest dla niej zagadką i problemem w jednym, bo nieustannie o nim mówi, co nie zdarzyło się jeszcze nigdy. Sama powiedziała, po tym jak wyszłyśmy ze stołówki, że zamierza odkryć, co w nim jest takiego, że przyciąga ją niczym magnes.
Nie pozostaje mu dłużna i aby pokazać swoją odwagę, przysuwa się do niego tak blisko, że piersiami ociera się o jego tors. Fenrir w odpowiedzi na jej sztuczki, skuteczne sztuczki, zasyczał w kontakcie z naporem jej ciała.
- Sprawdź mnie - rzuca wyzwanie, patrząc mu prosto w oczy, które błyszczą odrobiną buntu i podniecenia.
Unosi brew w lekkim zaciekawieniu, zerkając na nią spod przymrużonych powiek.
- Sprawdzę cię, ale uważaj, czego sobie życzysz - mruczy, jego głos płynie jak dźwięk deszczu na liściach, delikatny, ale pełen mocy.
- Ty również uważaj - odpiera z uśmiechem i cofa się o krok.
Fenrir zerka na nią z zaciekawieniem i idzie w stronę namiotu. Wszystkie spojrzenia są skupione teraz na niej.
- Co to, do cholery, było?! - krzyczy podekscytowana Alex, oglądając starcie tych dwojga. - To było takie...
- ...romantyczne - dokańczam za nią, równie podekscytowana.
Emma uśmiecha się szeroko.
- Hmm... nie - zaprzecza od razu Alex. - To było jak spotkanie dwóch napalonych na siebie zwierzaków - wyjaśnia, za co dostaje po głowie od Emmy.
Wszystkie zanosimy się śmiechem, czym znowu zwracamy na siebie uwagę innych.
- Pieprzyć to! - krzyczy Emma pełna werwy i entuzjazmu. - Niech się gapią, a my idziemy wrzucić karteczki, czas ucieka! - oznajmia i rusza w stronę namiotu, gdzie znajdują się wspomniane skrzynki.
Jej humor udziela się również nam i bez wahania podążamy za nią.
Lecz w pewnej chwili dopadają mnie wątpliwości.
- Ja chyba nie będę brać w tym udziału - informuję, gdy jesteśmy już w połowie drogi.
Ich miny zdradzają, że nie są zadowolone z mojej decyzji.
- Chyba żartujesz - oburza się Emma. - Sama powiedziałaś, że chcesz się zabawić, a teraz co?
- Nie pisałam się na jakieś głupie polowanie - wyjaśniam, trzymając się swojego stanowiska. - Miało być ognisko i tańce.
- W porządku, Amari. - Z pomocą przychodzi mi Alex, unosząc dłoń w geście pokojowego rozwiązania. - Skoro nie chcesz, nikt nie będzie cię do tego zmuszać. - Patrzy wymownie na Emmę i daje jej do zrozumienia, żeby odpuściła.
- Okej, okej - unosi ręce w geście kapitulacji, ale widać po jej minie, że nie jest zadowolona.
Postanawiam wrócić do Ethana.