WSZYSTKO POSZŁO zgodnie z planem.
Na początku - tak jak sobie założyli.
Przyjechali jako pierwsi, zaparkowali jeepa i czarnego mercedesa jeden
przy drugim na otwartej leśnej polanie, używanej do przeładunku
ciężarówek i do zawracania. Samochody przodem zwrócone w kierunku
wąskiej ścieżki, którą tu dotarli. Opuszczone szyby, absolutna cisza.
Przerywana jedynie nocnym śpiewem ptaków, zanim odgłos silnika
zaanonsował przybycie Finów.
Pojawiło się volvo XC90, również czarne. Wadim widział, jak Artiom i Michaił wyjmują broń i wychodzą z samochodu, dokładnie wtedy, kiedy on i Luba wysiadali z jeepa. Lubił Lubę, wydawało mu się, że ona jego też
lubi. Kilka razy nawet byli na piwie, a kiedy padło pytanie, z kim chce
jechać, wybrała jego. Przez moment rozważał, czy nie powiedzieć jej,
żeby została w samochodzie, dla własnego bezpieczeństwa, w razie gdyby
coś poszło nie tak. Ale jeśli to zrobi, to co potem?
Uciekną razem? I będą żyć długo i szczęśliwie przez resztę swoich dni?
Niemożliwe, jeśli się domyśli, o co chodzi, nie zrobi nic wbrew
Zagornemu. Aż tak go nie lubi, tego jest pewien. Więc nic nie
powiedział.
Volvo zatrzymało się kilka metrów przed nimi i z samochodu wysiadło
czterech uzbrojonych Finów. Rozejrzeli się podejrzliwie i ustawili w rozproszeniu.
Spokój.
Cisza przed burzą.
Przywódca gangu, rosły mężczyzna z wygoloną głową i tatuażem wokół oka,
skinął do najmniejszego i najszczuplejszego z całej czwórki. Ten wyjął
pistolet i otworzył bagażnik. Wadim cofnął się kilka kroków w kierunku
jeepa.
Do tego momentu - ich wspólny plan.
Potem już tylko jego.
Kula wystrzelona z broni z tłumikiem trafiła tuż pod oko zwalistego
Fina, który stał najbliżej samochodu. Eksplozja kości, krwi i mózgu.
Kiedy chwilę potem pocisk przebił mu tył głowy, pozostali musieli
działać instynktownie.
Wszyscy zaczęli strzelać jednocześnie.
Wszyscy oprócz Wadima, który schował się za jeepem.
Mężczyzna z tatuażem na twarzy głośno zaryczał i w klatkę piersiową
Michaiła wpakował cztery czy pięć śmiertelnych pocisków. Artiom
odpowiedział ogniem. Wytatuowany został trafiony dwiema kulami, zachwiał
się na moment, ale odzyskał równowagę i wycelował broń w Artioma, który
nie zdążył się schronić za mercedesem. Kilka kul trafiło go w nogę, od
biodra aż po stopę. Krzycząc z bólu, upadł na suchy żwir. Mężczyzna z tatuażem krwawił, ryczał i strzelał na oślep, próbował się dostać do
volva, zdeterminowany, żeby ujść z życiem. Sekundę później, wydając
gardłowy dźwięk, upadł na kolana, rzucił broń i obiema rękoma przycisnął
to, co zostało z jego szyi.
W oddali rozległo się jeszcze kilka strzałów.
Artiomowi udało się usiąść, krew tryskała mu z uda w tempie jego
bijącego serca. Próbował zatamować krwotok. Kiedy ponownie rozległa się
seria strzałów, zesztywniał, jego wzrok, wcześniej desperacki, stał się
pusty, wargi wydały kilka bezgłośnych słów i z bezładnie zwieszoną głową
upadł na ziemię.
Trzeci Fin rzucił się do rowu, stamtąd miał dobry widok na zaparkowane
samochody. Celną serią strzałów z karabinu maszynowego trafił Artioma w pośladki. Wadim zorientował się, że on też musi być na celowniku, więc
rzucił się w stronę jeepa i schował za kołem. Przy samochodzie zobaczył
najmniejszego Fina, leżącego na ziemi bez oznak życia.
Luby nie było widać.
Z rowu znów rozległa się seria strzałów, kule waliły w błotnik,
przebijając oponę. Jedna przeszła na wylot i trafiła Wadima tuż nad
pośladkiem. Ból przeszył mu ciało. Zagryzł wargi, żeby nie krzyknąć,
oparł czoło na kolanach i zwinął się w kłębek. Spokojnie oddychając,
czekał, aż strzelanina dobiegnie końca.
I znów cicho. Jak makiem zasiał.
Żadnego ruchu, żadnych głosów ani krzyków, żadnego śpiewu ptaków. Jakby
całe to miejsce wstrzymało oddech.
Ostrożnie wychylił się zza jeepa.
Wciąż cicho. Wciąż bez ruchu.
Powoli wystawił głowę. Słońce schowało się w koronach drzew, krajobraz
skąpany był w miękkim, ciepłym świetle, jakie tylko może dać słońce
północy.
Ostrożnie i powoli wstał z kolan. Kula tkwiła w mięśniach, ale
prawdopodobnie nie uszkodziła żadnych ważnych organów. Dłonią przycisnął
ranę, z której wciąż lała się krew, ale nie tak, żeby nie mógł jej
zatamować.
- Luba?!
Siedziała oparta o tylny zderzak samochodu Finów, miała płytki, urywany
oddech. Przód jej szarego podkoszulka pod kurtką przesiąknięty był
krwią, w prawej ręce wciąż trzymała pistolet. Wadim popatrzył na jej
rany. Krew leciała w równym tempie, więc tętnice były nieuszkodzone.
Żadnej piany z ust, a zatem płuca prawdopodobnie też nietknięte. Wyjdzie
z tego.
- Kto strzelał? - zapytała i zakrwawioną dłonią chwyciła go za kurtkę. -
Kto, do cholery, zaczął strzelać?
- Ktoś z naszych.
- Co? Co znaczy ktoś z naszych? Kto?
- Chodź.
Ostrożnie wyjął jej z dłoni pistolet, schował w kieszeni i pomógł wstać.
Z bólu aż wykrzywiła twarz. Wadim chwycił ją w pasie i wyszli zza
samochodów. Kiedy znaleźli się niedaleko miejsca, gdzie leżał
wytatuowany Fin, Wadim zatrzymał się, ostrożnie odsunął Lubę na bok i zrobił dwa kroki w bok.
- Wybacz...
Luba, na początku zupełnie zdezorientowana, po chwili uświadomiła sobie,
co chce zrobić. Kiedy kula z broni z tłumikiem trafiła ją w skroń,
upadła.
Wadim, przyciskając dłonią ranę na pośladku, wyprostował się i westchnął
głęboko.
Mimo wszystko poszło zgodnie z planem.
NA PARKINGU było SPORO
WOLNYCH miejsc, więc Hannah zaparkowała najbliżej sklepu Stadium,
wysiadła z samochodu, rozejrzała się i wpuściła koszulę w spodnie. Kiedy
wychodziła z komisariatu, dopadł ją nagły atak gorąca i mimo że trwał
tylko kilka chwil, to wciąż paliła ją twarz i pot spływał jej po
plecach.
Pogoda w tym bynajmniej nie pomagała.
Trzynaście dni z palącym słońcem i temperaturą ponad dwadzieścia stopni,
raczej rzadkość w czerwcu, sprawiło, że w centrum handlowym przy E4,
gdzie znajdowały się dziesiątki butików liczących na siłę przyciągania
sąsiedniej Ikei, było spokojniej niż zwykle. Dzisiaj nic nadzwyczajnego,
pomyślała, jeszcze raz rzucając okiem na samochód, i weszła do sklepu
sportowego.
W środku było chłodniej niż na zewnątrz. Pojedynczy klienci krążyli
między stalowymi okrągłymi wieszakami, informującymi, że wszystko, co na
nich wisi, jest teraz czterdzieści-siedemdziesiąt procent tańsze. Hannah
pozdrowiła ręką kobietę stojącą za kasą. Nie znała jej, ale wiedziała,
kim jest. Tarja Burell, żona Haralda, młodszego brata Carin z recepcji.
Kobieta odpowiedziała jej uśmiechem i pokazała głową na butik. Hannah
natychmiast zobaczyła, po co tu przyszła.
Od razu go poznała. To Jonathan, nazywany Jonte, przez moment próbowała
sobie przypomnieć nazwisko, co oznaczało, że nie należał do częstych
gości aresztu. Zbliżyła się do sterty pustych kartonów leżących pod
ścianą. Mężczyzna chwiejnym krokiem podszedł do pary trzydziestolatków,
która zrobiłaby najlepiej, gdyby szybko się oddaliła, ale najwyraźniej
nie chcieli dać mu tej satysfakcji, więc udawali, że go nie widzą.
- Możemy chwilę porozmawiać?
Jonte odwrócił się do Hannah. I jeśli jego blada twarz i drżące ruchy
jeszcze jej nie przekonały, że to silna abstynencja, to jego rozszerzone
źrenice na pewno nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Prawdopodobnie
heroina. Albo subutex. W ostatnich latach dostęp do narkotyków i ich
zużycie bardzo wzrosły.
- Czego chcesz? - wydusił z siebie obrażonym tonem i pociągnął nosem.
- Chcę z tobą pogadać, wyjdźmy na zewnątrz.
- Nic nie zrobiłem.
- To zależy, jak na to spojrzeć. Wychodź.
Położyła mu rękę na ramieniu. Odepchnął ją tak mocno, że o mało nie
stracił równowagi; żeby nie upaść, musiał cofnąć się o krok.
- Odpieprz się. Chcę tylko trochę pieniędzy - powiedział ze wzruszeniem
ramion. - Żebranie. To chyba jeszcze nie... to chyba jeszcze nie
zabronione.
- Okej, a jeśli nic nie dostaniesz, co wtedy?
- O co ci chodzi?
Poczuła na sobie jego mglisty wzrok. Próbował zgadnąć, o co jej chodzi.
- Przestraszyłeś ich.
- Przecież... przecież nic nie zrobiłem...
- Nie, ale nie możesz krążyć i straszyć ludzi, wychodź.
Hannah znów położyła mu rękę na ramieniu, jego reakcja była taka sama
jak poprzednio, mocne zamachnięcie ręką, które wydawało się zupełnym
zaskoczeniem dla reszty ciała.
- Weź ze mnie te swoje tłuste paluchy.
- Oczywiście - powiedziała Hannah i puściła jego ramię. - A wyjdziesz na
zewnątrz?
- Tak, ale nie dotykaj mnie.
Odsunęła się na bok i pokazała ręką, że ma iść przed nią. Na chwiejnych
nogach powoli skierował się do wyjścia. Kiedy mijali regał z markowymi
slipami, wyciągnął rękę, chwycił kilka opakowań i nieporadnie próbował
schować pod cienką kurtkę.
- To żart? - zapytała Hannah zmęczonym głosem. - Chyba nie myślisz, że
na zewnątrz zostawiłam psa przewodnika?
- Co? - zapytał Jonte, zupełnie nie rozumiejąc, o co jej chodzi.
Westchnęła, zabrała mu slipy i odłożyła na półkę. Nagły kuksaniec w plecy zasygnalizował, że już wystarczy. Mężczyzna zrozumiał i bez
specjalnego protestu ruszył w kierunku drzwi.
Kiedy wyszli na palące słońce, zatrzymał się i ręką przysłonił wrażliwe
na światło oczy. Delikatnym popchnięciem skierowała go do radiowozu. W pół drogi zatrzymał się, przyłożył rękę do brzucha i pochylił się do
przodu. Na jego czole pojawiły się duże krople potu.
- Źle się czuję.
- Bo pakujesz w siebie całą masę świństwa.
Jonte nie odpowiedział, ale Hannah wydawało się, że skinął głową.
Kazała mu usiąść na tylnym siedzeniu i ruszyli. Spojrzała na swoje
dłonie spoczywające na kierownicy. To prawda, pierścionek zaręczynowy
teraz siedzi trochę ciaśniej niż wtedy, kiedy go po raz pierwszy
założyła, nie ma też nadziei, że jeszcze się zmieści w swoją suknię
ślubną, zresztą i tak nie zamierza tego robić, a jej palce wcale nie są
grube. Ona też nie jest gruba. Wprawdzie w ostatnich latach przybyło jej
trochę w talii, ale kilka tygodni temu znalazła w internecie kalkulator,
na którym po podaniu wagi i wzrostu można obliczyć swoje BMI. Wyniosło
27. Przez chwilę naszła ją ochota, żeby dogryźć temu na tylnym
siedzeniu, że jej BMI jest takie samo jak jego IQ. Jednak rzut oka w lusterko uświadomił jej, że mówiłaby do słupa; pasażer siedział ze
zwieszoną głową, jakby zasnął.
Jechali w ciszy. Po chwili byli już po drugiej stronie E4, w drodze do
centrum, które też świeciło pustkami. Klienci Ikei raczej rzadko
przejeżdżali na drugą stronę E4, która w pewnym sensie była granicą
między Szwecją a Finlandią.
Hannah skręciła w lewo przy dwupiętrowym budynku, w którym mieściła się
redakcja "Dziennika Haparandy", lokalnej gazety wychodzącej obecnie dwa
razy w tygodniu, i podjechała pod nijaki długi budynek z żółtej cegły,
który policja dzieliła z urzędem skarbowym i kasą chorych.
Zaparkowała w garażu, na jednym z dwóch wolnych miejsc. Po wyjściu z samochodu otworzyła tylne drzwi i potrząsnęła śpiącym pasażerem. Z trudem udało mu się wysiąść i ruszył prosto w kierunku drzwi
prowadzących do aresztu. Nagle zatrzymał się, ręką oparł o maskę
samochodu i wydał z siebie jęk. Hannah podeszła na tyle blisko, żeby
zobaczyć jego puste spojrzenie, i wtedy się odwrócił. Kaskada wymiocin
bez żadnego ostrzeżenia trafiła ją w brodę, poczuła ciepło przechodzące
przez bluzkę. W nozdrza uderzył ją smród.
- Cholera jasna!
Udało jej się odskoczyć na bok i już następna porcja wylądowała na
podłodze tuż przy jej nogach, część znalazła się na jej butach, część na
nogawce spodni.
Młody człowiek wyprostował się, wziął głęboki wdech i uśmiechnął się z ulgą. Hannah starała się nabierać powietrza małymi, krótkimi wdechami.
Pchnęła drzwi do pomieszczenia, gdzie odbywała się rejestracja
przyszłych aresztantów, nim trafią do jednej z czterech cel, w tej
chwili pustych. Kobieta, którą w zeszłym tygodniu aresztowali za
posiadanie narkotyków, została przeniesiona do Lulei, w weekend
wystawili dwa mandaty, jeden za jazdę niezarejestrowanym samochodem,
drugi za przyczepę bez ważnego przeglądu, a w niedzielę rano asystowali
personelowi ambulansu wiozącego pijaną kobietę ze złamanym nadgarstkiem
oraz znaleźli potrąconego renifera w przydrożnym rowie. Nic - ani nikt -
nie zasługiwało na areszt.
Morgan Berg szedł korytarzem z kubkiem kawy w ręku. Kiedy zobaczył, kto
idzie naprzeciwko, zatrzymał się i zrobił krok do tyłu.
- Wpisz go - powiedziała Hannah i pchnęła Jontego na ławkę przy okienku
rejestracyjnym. Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i za pomocą
wejściówki otworzyła drzwi. Krótki korytarz, pod jedną ścianą rząd
niebieskich metalowych szafek, gdzieniegdzie kilka krzeseł, pod sufitem
rury i przewody. Na pierwszy rzut oka to przejście podziemne, a w rzeczywistości szatnia męska, przez którą trzeba przejść, żeby dostać
się do szatni damskiej.
Hannah podeszła do swojej szafki i zaczęła się rozbierać. Nie miała
pewności, czy to tylko smród, czy faktycznie wymiocinami dostała w twarz. Z trudem powstrzymała torsje. Zawsze miała z tym problem. Kiedy
dzieci były małe i zdarzały im się biegunki i wymioty, to Thomas musiał
się nimi zajmować. Z obrzydzeniem rozpięła guziki, ściągnęła bluzkę i rzuciła ją na podłogę. Zdjęła buty i skarpety. Stała w samym staniku i spodniach, kiedy zadzwonił telefon. Kusiło ją, żeby nie odebrać, ale
spojrzała na ekran.
Z Uppsali.
Stamtąd, gdzie studiuje Gabriel.
To nie jego numer, ale może kolegi, może syn zgubił telefon, coś się
mogło stać. Zaczęła rozmowę krótkim:
- Hannah.
- Czy to Hannah... Wester? - zapytał głos po drugiej stronie. Najwyraźniej
ktoś próbował sobie przypomnieć jej nazwisko.
- Tak, z kim rozmawiam?
- Nazywam się Benny Svensén i dzwonię z UVW. - Głos zamilkł na chwilę,
jakby jego właściciel zastanawiał się, czy wytłumaczyć jej, co oznacza
ten skrót, ale musiał się rozmyślić. - Chcę porozmawiać o tych wilkach,
bo to pani nadzoruje śledztwo, prawda?
Zgadzało się.
Prowadziła dochodzenie w sprawie nielegalnych polowań na wilki. W środę
zadzwonił niemiecki podróżnik i zdenerwowanym głosem i łamaną
angielszczyzną powiedział, że znalazł martwego wilka. Słowo po słowie
udało im się ustalić miejsce zdarzenia. Kiedy tam pojechali, okazało
się, że chodziło nie tylko o jednego martwego wilka, ale o dwa. Jedna
suka i jeden szczeniak. Wilki nie miały żadnych zewnętrznych obrażeń,
choć to raczej nieprawdopodobne, że oba zmarły śmiercią naturalną w odległości kilometra od siebie. Niezależnie od wszystkiego musieli
sporządzić protokół, a ciała odesłać do Państwowej Służby
Weterynaryjnej, skąd właśnie zadzwonił Benny Svensén.
- Tak - potwierdziła Hannah i musiała zdusić impuls, żeby nie splunąć. -
Jeśli chodzi o tę sukę i szczeniaka, które w zeszłą środę zostały
znalezione pod Kattilasaari.
- Tak, nie mamy tu innych wilków.
- Skąd mam to wiedzieć?
- Oczywiście, ale...
- Okej, o co chodzi? - Pożałowała, że odebrała telefon, marzyła teraz
tylko o tym, żeby się rozebrać i wejść pod prysznic. Poza tym domyślała
się, czego chce. Wilki zostały otrute. Chodziło o śledztwo w sprawie
nielegalnego polowania, które najprawdopodobniej zostałoby natychmiast
umorzone, jeśli prowadziłaby je prokuratura w Lulei. Nieopłacalne, mała
szkodliwość społeczna i niska wykrywalność. Wilki były rzadkimi gośćmi w tych okolicach, to nie ich rewir, ale zdarzało się, że przybywały tu z innych części Szwecji, z Rosji, z Finlandii, a nawet z Norwegii. Jeśli
zostały zauważone, natychmiast tajemniczo "znikały".
- Powodem śmierci było otrucie - usłyszała od Benny'ego i wyobraziła
sobie, jak cytuje protokół z obdukcji.
- Świetnie, to już wiemy - powiedziała, ściągając jednocześnie spodnie.
- Nie bardzo mogę teraz rozmawiać, więc przyślijcie mi protokół. -
Nietrudno było się zorientować, że chciała skończyć rozmowę.
Najwyraźniej Benny Svensén się nie zorientował.
- Jeszcze jedno.
- Co takiego? - wydusiła przez zaciśnięte zęby, nie ukrywając
zniecierpliwienia. Po chwili stanęła jak wryta, zapomniała na moment, że
jest na wpół naga i zarzygana, i nie była pewna, czy dobrze usłyszała.
To niemożliwe. Na pewno się przesłyszała.
- ZJADŁ CZŁOWIEKA? -
powtórzył Gordon Backman Niska, patrząc Hannah prosto w oczy. Ton głosu
zdradzał, że nie bardzo w to wierzy, z drugiej strony zaczął się
zastanawiać nad konsekwencjami, gdyby się okazało, że to prawda.
- Oba, tak twierdzi Państwowa Służba Weterynaryjna - powiedziała Hannah.
Gordon westchnął głośno i wstał ze swojego ergonomicznego fotela,
podszedł do okna i spojrzał na parking po drugiej stronie Strandvägen.
Jako trzydziestosześciolatek był najmłodszym komisarzem policji, jakiego
dotychczas miała Haparanda, a jego błękitna koszula modelu slim fit
świadczyła o tym, że również najbardziej wysportowanym. Wystarczyło też
spojrzeć na półkę nad biurkiem obstawioną dyplomami z triathlonu i innych zawodów. Hannah i Morgan stali w milczeniu i czekali, aż Gordon
włoży pod górną wargę porcję tytoniu.
Czasami czuła ten smak, kiedy jego język był w jej ustach. Nie lubiła
tego.
- Zabiły i zjadły człowieka - powiedział Gordon z pewnym niepokojem w głosie, świadczącym o tym, że już domyślał się konsekwencji.
Sensacja. Tytuły w prasie.
Dotyczyło to wszystkich drapieżników, w szczególności wilków. Debatowano
nad tym w całej Szwecji. Z każdym rokiem dyskusje stawały się coraz
bardziej burzliwe. Hejt w sieci i oskarżenia z obu stron to chleb
powszedni. Również zniszczenia i przemoc. Dla tych, którzy nienawidzili
wilków, była to woda na młyn, mogli wreszcie pokazać palcem zabite psy
myśliwskie i opowiadać o atakach na ludzi, gdzieś w górach Kazachstanu,
a teraz o wilku, który zabił człowieka w Szwecji. Byli coraz głośniejsi
i zyskiwali coraz większy posłuch, oponenci też im nie ustępowali, rosły
polaryzacja i sprzeciw dotyczący wszystkiego, co w jakikolwiek sposób
łączyło się z polowaniem. A w rewirze Gordona Backmana Niski polowało
wiele osób.
- Zjadły człowieka - odpowiedziała Hannah. - Ale nie wiemy, czy zabiły.
- W takim razie jak to zrobiły? - zapytał Gordon i spojrzał na nich.
- Równie dobrze mógł umrzeć z zupełnie innych powodów - odparła Hannah i wzruszyła ramionami. - Może to wędkarz albo spacerowicz, który dostał
zawału?
To oczywiście możliwe, ale słyszała samą siebie, jak dziwnie to
zabrzmiało, a Gordon spojrzeniem jeszcze to potwierdził.
- Raczej nieprzekonujące, co?
- Podobnie jak to, że zabiły człowieka - dodał Morgan spokojnym,
głębokim głosem. - Oprócz jednego przypadku w Kolm?rden od dwustu lat
wilki nie zabiły ani jednego człowieka jak Szwecja długa i szeroka.
Ani Hannah, ani Gordon nie wiedzieli, skąd Morgan miał takie informacje.
Panowała opinia, że wie wszystko o wszystkim. Trzy razy wygrał dziesięć
tysięcy koron w piątkowym programie Kto to wie. W 2003 roku wziął
udział w Milionerach i przeszedł przez wszystkie pytania. Wygrał trzy
miliony koron, wykorzystując zaledwie jedno koło ratunkowe. Wszyscy w całej Haparandzie to wiedzieli, ale nikt o tym nie mówił, łącznie z nim
samym.
- Mamy szczęście, to był zaczipowany szwedzki wilk z południa -
powiedziała Hannah. Gordon spojrzał na nią błagalnym wzrokiem, żeby
rozwinęła temat. - Części ludzkiego mięsa znajdowały się w ich żołądkach
najwyżej półtorej doby, jak stwierdzili w Państwowej Inspekcji
Sanitarnej, możliwe, że krócej. Jeśli je zachowali, to może uda nam się
znaleźć resztę ciała.
- Jak daleko może zawędrować wilk w ciągu trzydziestu sześciu godzin?
- Między dwadzieścia a czterdzieści pięć kilometrów na dobę -
odpowiedział Morgan.
- Suka była ranna - wtrąciła Hannah. - Nie mogła iść za szybko.
- Ranna suka z młodym - dodał Morgan. - To zmienia postać rzeczy. Rzuca
się na to, co złapie. Raczej powolne rzeczy...
- Jak dokładny jest ich GPS, czy czegokolwiek tam używają? - westchnął
Gordon, doskonale wiedząc, o co chodziło Morganowi.
- Nie mam pojęcia - odparł na wszelki wypadek Morgan. - Mogę do nich
zadzwonić.
- Znajdź osobę, która się tym zajmuje, i poproś, żeby przysłali
szczegółową mapę.
Morgan złapał się za swoją ogromną brodę, jakby chciał jeszcze coś
dodać, ale skinął tylko głową i wyszedł.
Gordon podszedł do mapy swojego rewiru, wiszącej na ścianie za biurkiem,
obok białej tablicy z chwilowo zapisanym planem urlopowym. Nie bez
powodu zajmował największy gabinet w całym komisariacie. Jeśli Hannah w swoim zrobiłaby dwa kroki w przód, wpadłaby na ścianę.
- Gdzie znaleźliśmy te wilki?
Hannah podeszła do mapy i pokazała miejsce około trzydziestu kilometrów
na północny zachód od Haparandy, centymetr od Kattilasaari. Gordon
stanął za nią. Na tyle blisko, że aż poczuła ciepło jego ciała.
- Wymiotowałaś?
Odwróciła się i powąchała kołnierzyk świeżo włożonej koszuli.
- A co, wciąż śmierdzę?
- Nie, tylko obiło mi się o uszy.
- To przez tego Jontego... jakiegoś tam.
- Lundina.
- No właśnie, Lundina. - Stanęła twarzą do mapy. - Tu je znaleźliśmy.
- Trzydzieści sześć godzin, powiedzmy, że trzydzieści kilometrów na
dobę, to promień o długości czterdziestu pięciu kilometrów. - Gordon
spojrzał na skalę, wziął z biurka linijkę i ołówek, zatoczył okrąg i zaczął mu się przyglądać. - To cholernie duża część lasu. Będziemy
potrzebować więcej ludzi.
- Poczekajmy, czego Morgan się dowie. Jeśli ślady nie będą dokładne,
niczego nie znajdziemy.
- Czy to był mężczyzna, coś wiemy?
Hannah przypomniała sobie rozmowę z Bennym Svensénem. Powiedział tylko
"jakaś osoba", nic o płci.
- Sorry, ale nic więcej.
- Nikt nie zgłaszał zaginięcia?
Hannah potrząsnęła głową. Gordon znów westchnął, spojrzał jeszcze raz na
mapę i usiadł za biurkiem.
- Okej, w takim razie poczekamy na Morgana i potem zdecydujemy.
Spotkanie najwyraźniej dobiegło końca. Hannah zamierzała już wyjść, ale
zatrzymała się w drzwiach.
- Wiem, że wiesz, ale niech to zostanie między tobą, mną i Morganem,
dopóki nie będziemy pewni.
Ciemne oczy Gordona zasygnalizowały, że to poważna sprawa; raczej rzadko
to u niego widziała. Zazwyczaj wszystko traktował z lekkim uśmiechem,
nie tracąc przy tym nic z autorytetu ani powagi ich pracy. Hannah
skinęła głową i wyszła. Doszła do wniosku, że to był okropny dzień.
DZIESIĘĆ OSÓB.
Gordon próbował sobie przypomnieć, czy w sali konferencyjnej na drugim
piętrze kiedykolwiek było aż tak tłoczno. Wszyscy zajęli miejsca wokół
długiego jasnego stołu. Morgan stał oparty o ścianę, zapełnioną od
podłogi aż po sufit starymi książkami. Brązowe i czarne, zaczytane i nadgryzione zębem czasu, sprawiały wrażenie starego archiwum, a nie
nowoczesnej sali konferencyjnej. Książki dominowały. Na drugiej ścianie
wisiał ogromny emblemat policyjny, wciśnięty między rzędy pożółkłych
zdjęć byłych szefów, do których wszyscy zebrani odwróceni byli plecami,
ze wzrokiem utkwionym w Gordona, stojącego na drugim końcu sali przed
białym ekranem. Rytmicznie szumiący projektor wyświetlał mapę.
Przebiegała przez nią cienka niebieska linia, rozciągająca się zygzakiem
przez całą północną Szwecję i urywająca się tuż pod Haparandą.
- Na co patrzymy? - zapytał Roger Hammar, najwyższy i najszczuplejszy,
nazywany Trombitą z powodu chudej sylwetki i głębokiego basu. Wszystkim
poniżej czterdziestki raczej nic to nie mówiło. Gordon spojrzał na
cztery osoby, które nie były pracownikami komisariatu, i skinął głową.
Jens, młody, energiczny pracownik urzędu gminy w Lulei, poproszony przez
Gordona o przysłanie mapy, miał lepszy pomysł, mianowicie wolał
przyjechać i osobiście wszystko wyjaśnić. Morgan cierpliwym tonem
próbował go przekonywać, że potrafią czytać mapę, ale Jens nalegał.
Morgan pomyślał, że pewnie w tej Lulei muszą się strasznie nudzić.
- W zeszłym tygodniu znaleźliście dwa martwe wilki, tak? - powiedział
Jens i nie wstając z miejsca, laserowym długopisem pokazał mapę.
Gordon usłyszał głośne westchnienie Hannah stojącej koło okna razem z P-O, Perem-Olofem. Był od niej dziesięć lat młodszy, ale ze swoimi
białymi jak kreda, rzadkimi włosami i szczupłą twarzą pokrytą
zmarszczkami wyglądał, jakby lada dzień miał przejść na emeryturę.
Gordon zauważył, że Hannah wywróciła oczami, kiedy czerwony punkcik
zatrzymał się na Kattilasaari, i był pewien, że pomyślała to samo co on.
Czy to naprawdę takie trudne po prostu wstać, podejść do mapy i pokazać
palcem? A nie używać do tego długopisu laserowego?
- Jak pewnie wiecie, jeden wilk był zaczipowany, a więc wiemy, gdzie
szedł. - Czerwona kropka zaczęła się przesuwać po niebieskiej linii. -
Przywędrował z południa ze swoją watahą, szedł na wschód od Storuman,
przez Arvidsjaur i Arjeplog, potem do Jokkmokk i skręcił na południowy
wschód, pewnie poszedłby dalej, aż do Finlandii, ale zdechł. - Czerwona
kropka wróciła na Kattilasaari. - Od czwartej trzydzieści trzy brak
jakichkolwiek ruchów i pewnie chcielibyście wiedzieć, gdzie był półtorej
doby wcześniej. - Długopis laserowy znalazł się w punkcie Vitvattnet. -
Tutaj. Przeszedł czterdzieści jeden kilometrów w ciągu trzydziestu
sześciu godzin. - Jens wyłączył laser, najwyraźniej zadowolony ze swojej
prezentacji. W sali panowała wyjątkowa cisza do momentu, kiedy głos
zabrał Roger.
- Okej, ale dlaczego to oglądamy? Dlaczego śledzimy drogę martwego
wilka?
Uzasadnione pytanie, ponieważ Gordon nie chciał wyjawić powodu
spotkania, przekonany, że im mniej będą wiedzieć, tym lepiej.
Ale nadszedł czas.
Sześciu policjantów i czworo cywilów.
Zadzwonił do Kalix i poprosił o posiłki, ale kiedy okazało się, że nie
mogą mu pomóc, poprosił Adriana, swojego brata, mając pewność, że będzie
milczał, a Morgan poprosił o pomoc sąsiadów, parę sześćdziesięciolatków,
których dobrze znał. No i Jens z urzędu gminy. Kiedy Morgan oznajmił, że
Jensowi zależało, aby osobiście się tu pojawić, Gordon domyślił się, że
chciał pokazać, jaki jest ważny. I jeszcze ten jego idiotyczny długopis
laserowy.
- Nic z tego, co tu zostało powiedziane, nie powinno się znaleźć na
Twitterze - powiedział Gordon i spojrzał na Jensa. - Dopóki się nie
dowiemy, co się naprawdę wydarzyło, nic nie może wyjść poza ten pokój -
dodał z powagą w głosie. - Wilki miały w żołądkach ludzkie szczątki.
- A konkretnie? - zapytał Jens.
Gordon odwrócił się do niego ze wzrokiem mówiącym, co to za cholerne
pytanie.
- A jakie to ma znaczenie? - zapytał retorycznie i popatrzył na salę. -
Musimy znaleźć resztę.
DOPIERO PO DZIESIĘCIU MINUTACH MINĄŁ ICH jakiś
samochód. Szybkościomierz pokazywał prędkość osiemdziesiąt kilometrów na
godzinę. Pusta droga ciągnęła się wzdłuż łąk. Jak tylko znikł śnieg,
wiosna natychmiast wybuchła soczystą zielenią. Rów pokrył się kwiatami.
Dla Hannah były to tylko małe, bezimienne barwne kleksy, białe,
fioletowe, niebieskie. Thomas na pewno wiedział, jak się nazywają,
Gordon też. Nigdy o to nie pytała.
Za szybą rozciągał się rzadki las. Ciemne, złowrogie świerki i świeżo
rozwinięta zieleń drzew. Od czasu do czasu wyręby, falujące pole i łąka,
za którą na horyzoncie wyłaniały się góry. Pustka nad koronami drzew
sprawiała, że bardziej przypominały miękką zieloną falę przepływającą
przez krajobraz niż coś masywnego pnącego się ku górze.
Las, las, las. Wszędzie tylko las.
Widok za szybą dawał poczucie ciszy i spokoju. Łatwo było sobie
wyobrazić śpiew ptaków wymieszany z szumem drzew.
Kiedy tylko wyjechali z Haparandy, Jens zaczął opowiadać o swojej pracy:
jak się w niej znalazł, jak nudno się zapowiadała, a jaka potem okazała
się ciekawa. Oczywiście nie była tak ekscytująca jak ta tutaj, ale mimo
wszystko. Ciekawe, jak to wpłynie na przyszłe decyzje dotyczące polowań,
jeśli okaże się, że wilk rzeczywiście zabił człowieka. On sam nigdy nie
widział zwłok, pewnie podobnie jak większość osób w jego wieku.
Hannah po raz pierwszy zobaczyła martwego człowieka, kiedy miała
czternaście lat, ale się nie odezwała.
Wszyscy zamilkli.
Grzecznościowe pytania i jednowyrazowe odpowiedzi już dawno się
skończyły, przez ostatni kwadrans trwał głównie monolog z tylnego
siedzenia. Najwyraźniej Jens zdał sobie z tego sprawę dopiero na kilka
minut przed przybyciem do celu.
- Moja dziewczyna twierdzi, że jestem gadułą - powiedział
przepraszającym tonem.
- Twoja dziewczyna ma rację - skonstatowała Hannah.
Jens pokiwał głową na tę mało subtelną uwagę i zamilkł. Hannah
zauważyła, że Gordon posłał jej delikatny uśmiech. Jens w samochodzie
był wyzwaniem, ale jak się potem okazało, mieli z niego więcej korzyści,
niż przypuszczali. Dopilnował, żeby wszystkim załadowano mapy w telefonach, zadbał również o połączenie z satelitą, którego używa się do
śledzenia wilków i który pozwala też naprowadzić na właściwą drogę w razie zboczenia z kursu. Ani Hannah, ani Gordon nie bardzo rozumieli, na
czym to polega, ale najważniejsze, że działało.
Morgan przywiózł do Kattilasaari sąsiadów: będą szli tą samą drogą,
którą szły wilki, na północny zachód. Trombita, P-O, Ludvig i brat
Gordona pójdą drogą 398, przez Rutajärvi i Lappträsket. Tam się
rozdzielą. Dwóch skieruje się na południowy wschód, a po mniej więcej
dziesięciu kilometrach mają nadzieję spotkać Morgana i jego sąsiadów.
Pozostała dwójka podąży na północny zachód, żeby po przejściu takiego
samego odcinka dołączyć do Gordona, Hannah i Jensa. Założenie było
takie, żeby każda grupa sprawdziła teren o powierzchni dziesięciu
kilometrów kwadratowych, i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, po
dwóch-trzech godzinach powinni znaleźć ciało.
Do Vitvattnet przyjechali z południa, zaparkowali przed czerwonym
budynkiem dworca. Podobnie jak wiele innych małych miejscowości w Szwecji, ta mieścina rozkwitła, kiedy położono tu tory kolejowe, i podobnie jak inne małe miejscowości wyludniła się i skurczyła, gdy tory
zniknęły. Dawniej były tu też poczta, dom misyjny, kawiarnia, sklep,
stacja benzynowa, a nawet szkoła. Dzisiaj został tylko mały sklepik i dwie pompy do tankowania.
Hannah wysiadła z samochodu. Była tu już kolejny raz i dokładnie tak
samo jak poprzednio nie spotkała żywej duszy. Praca, nauka, biznes,
rozrywka, wszystko to działo się gdzie indziej. Gordon podał Hannah
spray na komary. Na otwartym terenie nie było ani jednego, ale w lesie,
między drzewami, mogło być inaczej.
Jens wyjął iPad, przeszli przez budynek dworca i skierowali się do lasu
po drugiej stronie ulicy.
- Jesteśmy na ich trasie - powiedział i zatrzymał się po kilkuset
metrach. Na ekranie, na cienkiej niebieskiej linii pojawił się mały
punkcik. - Pójdziemy tam. - Pokazał na południowy wschód.
Rozpoczęli wędrówkę.
Jens szedł ze wzrokiem wlepionym w ekran, a po jego obu stronach Hannah
i Gordon skanowali ziemię porośniętą korzeniami, miękkim mchem i krzakami jagód. Hannah pomyślała o Thomasie. Dlaczego nie zadzwoniła po
niego, kiedy potrzebowali ludzi? Lubił takie rzeczy, polowanie, łowienie
ryb, po prostu naturę. Kiedy dzieci były małe, od czasu do czasu z udawanym entuzjazmem jeździła z nimi na wycieczki. Nie chciała, żeby jej
niechęć do natury przeniosła się na dzieci. Udawała, że lubi siedzieć w towarzystwie komarów - zawsze gryzły ją, nigdy Thomasa - spać w namiocie
czy na zamarzniętym jeziorze i pić zimną kawę z plastikowego kubka.
Ale to było dawno temu.
Szli w milczeniu, patrząc pod nogi, jedynie Jens od czasu do czasu
korygował drogę. Korony drzew zupełnie przesłaniały promienie słońca,
mimo to było ciepło w tym prawie że bezszelestnym lesie. Hannah odpięła
dwa górne guziki koszuli. Uważnie badała ziemię pod stopami. Przecięli
drogę prowadzącą do Bodträsk i przeszli na drugą stronę. Hannah odgoniła
kilka natarczywych much, które brzęczały jej nad głową. Świeżość
odczuwana po prysznicu w komisariacie znikła bezpowrotnie. Spocona i zdyszana, szła z pozostałą dwójką. Z Jensem wlepionym w ekran iPada. I Gordonem - spokojnym i opanowanym.
Po czterech kilometrach, kiedy szelest kroków poderwał wrony do lotu,
Hannah już wiedziała, że znaleźli to, czego szukali.
- Zostań tutaj - powiedziała do Jensa, a ona z Gordonem ruszyli dalej.
Zakopane to niewłaściwe słowo, ciało było jedynie przykryte gałęziami,
mchem i liśćmi. Na wierzchu leżało kilka małych kamieni, pewnie dla
aranżacji miejsca. Ciało ułożone było na plecach, jedna ręka wystawała
spod gałęzi. Dłoń, oprócz kciuka, nie miała palców, obok niej leżała
zakrwawiona inna część ciała. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to
sprawka wilków. Na ramionach, na szyi i na tułowiu znajdowały się
mniejsze uszkodzenia, prawdopodobnie od ptasich dziobów. Wokół ciała
krążyły tłuste muchy. Kiedy podeszli bliżej, w nozdrza uderzył ich
ciepły ciężki zapach. Mimo iż nie powinni niczego ruszać, bo osoba,
którą znaleźli, bez wątpienia była martwa, więc miejsce powinno być jak
najmniej zanieczyszczone przed przyjazdem techników, Gordon zdjął
ostrożnie gałęzie przykrywające twarz.
- Mężczyzna.
- Jeśli to nie były wilki o jakichś specjalnych właściwościach, to na
pewno go nie zabiły - powiedziała Hannah i wskazała głową ciało. - To mi
wygląda na morderstwo.
- Diabli wiedzą, czy to nie lepiej - odparł Gordon i cofnął się kilka
kroków. - Musimy ściągnąć więcej ludzi. Znasz nasze położenie, prawda?
Gordon odwrócił się do Jensa, który wciąż stał tam, gdzie mu kazali.
Skinął głową, blady i milczący.
- Podaj mi współrzędne - poprosił Gordon, wyjmując telefon.
Hannah rozejrzała się dookoła. Sto metrów wcześniej przecięli mniejszą
ścieżkę. Nie powinna więc być długa. Zaczęła odmierzać odległość
krokami.
Po minucie znalazła ścieżkę, na której oprócz pobocza zobaczyła jedynie
ślady opon. Wytarła pot z czoła i sprawdziła, skąd przyszła. Jeśli ten
facet nie został zamordowany tam, gdzie go znaleźli, i jeśli ciało
przywieziono tu i zakopano, to samochód musiał zatrzymać się mniej
więcej w miejscu, w którym teraz stała. Nie wiedząc, czego tak naprawdę
szuka, powoli szła do przodu.
Śladów krwi? Jakiejś zgubionej rzeczy? Może śladów opon?
Jeśli chodzi o to ostatnie, to nie robiła sobie wielkich nadziei. Po
tygodniach suszy droga była sucha i twarda. Po kilku metrach doszła do
rowu, zatrzymała się i spojrzała w dół.
Odpryski. W różnych kolorach.
Przezroczyste, białe, czerwone, żółte.
Podniosła je i obejrzała. Była pewna, że pochodzą z samochodu. Z reflektora, światła hamulcowego oraz z migacza. Czyli uszkodzenia przodu
i tyłu samochodu.
A więc musiały być dwa.
Hannah weszła do rowu. Jej kolana zaprotestowały, kiedy próbowała
przykucnąć przy dużym wystającym kamieniu, zabarwionym z jednej strony
na niebiesko. To lakier. Nie wiadomo, jak długo tam był, ale
bezpośrednie sąsiedztwo potłuczonego szkła i innych odłamków wskazywało
na to, że stało się to jednocześnie.
Hannah wyprostowała się i rozejrzała, jakby ta pusta droga mogła jej
powiedzieć, co tu się stało. Z głębi lasu dochodziły fragmenty rozmowy
Gordona z dowództwem w Lulei. Zdarzało się, że czasami wyciągała zbyt
pochopne wnioski, była tego świadoma, ale teraz była prawie pewna swoich
przypuszczeń.
Nikt nie przywiózł ciała.
Zderzyły się dwa samochody, ktoś zginął i ktoś z drugiego samochodu
postanowił pozbyć się zwłok. Zostawił je w lesie, przykrył, żeby nie
były widoczne z drogi, i odjechał.
Brakowało obu samochodów.
W takim razie w jednym musiały być co najmniej dwie osoby. A może wcale
nie. Równie dobrze ktoś mógł najpierw odstawić swój samochód, wrócić i odjechać samochodem ofiary. Trochę to naciągane, ale prawdopodobne; na
tym bezludziu można jeździć tam i z powrotem i nie spotkać żywej duszy.
Pewne było jedynie to, że nie żyje człowiek i że ktoś zrobił wszystko,
żeby ciało nie zostało znalezione. I tak by pewnie było, gdyby komuś
innemu nie przyszło do głowy otruć dwa wilki kilkanaście kilometrów
dalej.
KATIA CZEKAŁA.
Była w tym dobra.
Robiła to przez większą część swojego dzieciństwa. Miała wpojone, że
cierpliwość to klucz do sukcesu. Wiedziała, że dla zabicia czasu ludzie
często próbują nie myśleć o niczym, wyrzucić z głowy niepotrzebne myśli,
wejść głęboko w siebie.
Ale nie ona. Za szybko ją to nudziło.
Kręciła się więc po tym obcym mieszkaniu. Dwa pokoje i kuchnia na
siódmym piętrze z jedenastu, na przedmieściach Sankt Petersburga. Teraz
siedziała w sypialni na wąskim łóżku, przykrytym dzierganą narzutą i dwiema poduszkami, dokładnie przejrzała szafkę nocną, której zawartość
powiedziała jej, że właścicielka mieszkania jest głęboko wierząca, używa
okularów do czytania i nie prowadzi życia seksualnego.
Na komodzie pod oknem zdjęcie mężczyzny, którego Katia od razu poznała.
Stanislav Kuzniecow.
Przy małym lusterku kosmetyki do makijażu. Bezwiednie zaczęła układać
pudełeczka od najmniejszego do największego - okrągłe razem, kwadratowe
razem, a szminki według kolorów, od najjaśniejszego do najciemniejszego
- patrząc jednocześnie przez okno na inne jedenastopiętrowe bloki
otaczające podwórko, na którym rosło kilka rachitycznych drzew i stał
zniszczony plac zabaw, gdzie rodzice wyprowadzali swoje dzieci.
W dwóch szufladach bielizna, skarpety, koszule, chustki do nosa, szale,
apaszki. W ciągu kilku minut poukładała je w małe stosiki i otworzyła
szafę.
Suknie, bluzki, spódnice.
Niewiele tego. Szybko przesunęła wieszaki na prawą stronę i podzieliła
ubrania: osobno bluzki, osobno spódnice, osobno suknie. Jeszcze rzut oka
na obraz bez wyrazu, wiszący na ciemnozielonej ścianie, i przeszła do
salonu.
Trzyczęściowa sofa, prawdopodobnie z lat dziewięćdziesiątych, i poplamiony stolik kawowy. Na podłodze wypłowiały zielony dywan.
Wysiedziany fotel, stojący przodem do telewizora wiszącego na ścianie,
otoczonego ciemnymi półkami pełnymi książek i albumów ze zdjęciami, oraz
fotografia w ramce, przedstawiająca bliską rodzinę lub dalszych
krewnych.
Katia wzięła album na chybił trafił i usiadła w fotelu. Zdjęcia z lat
dziewięćdziesiątych, jak się domyślała, ponieważ chłopiec, którym musiał
być Stanisław, miał jakieś sześć, siedem lat. On i jego młodsza siostra
byli na wszystkich zdjęciach, czasami z mężczyzną, zapewne ojcem, który
zginął w wypadku osiem lat wcześniej. Na jednym ze zdjęć stał
uśmiechnięty w drzwiach małego domku na wsi i patrzył w słońce,
zasłaniając oczy ręką.
Nieoczekiwanie pojawiła się fotografia mężczyzny, którego Katia przez
kilka lat w swojej głowie nazywała ojcem. On też stał w drzwiach, ale
definitywnie się nie uśmiechał i nie patrzył w słońce.
Natychmiast zamknęła album, odłożyła na półkę i podeszła do okna. Z ulicy Afonskiej dochodził cichy szum. Katia włożyła palec do doniczki na
parapecie i stwierdziła, że kwiat trzeba podlać. Poszła do łazienki po
wodę. Szare ściany i plastikowa jasna podłoga. Nad umywalką sześć
białych prostokątnych kafelków. Krótka, ale głęboka żeliwna wanna na
rzeźbionych metalowych nóżkach i zasłona w anielskie wzory.
Przez chwilę znów znalazła się w ogromnej sali.
Dwanaście wanien, jedna obok drugiej, wypełnionych wodą o temperaturze
czterech stopni.
Spojrzała w lustro na szafce nad umywalką. Czarne włosy obcięte na
pazia, dobrze zarysowane brwi i brązowe oczy, wystające kości
policzkowe, prosty nos, pełne wargi. Bez makijażu, jak zawsze, kiedy
praca tego nie wymagała. Wiedziała, że jest ładna, co ułatwiało wszelkie
kontakty. Szczególnie z mężczyznami, choć z czasem nauczyła się, że
wszyscy, niezależnie od płci, są bardziej otwarci wobec ludzi uznawanych
za ładnych.
Opuściła klapę sedesu i wyjęła zawartość szafki: plastry, pastę do
zębów, nici dentystyczne, spray do nosa, dezodorant, krem do twarzy,
nożyczki do paznokci, tarkę do stóp, spinki do włosów, kilka klipsów,
sól do kąpieli, chustki do nosa, lekarstwa, jedne na receptę, inne nie.
Wciąż nic nie wskazywało na to, że kobieta, której szafkę porządkowała,
prowadzi jakieś życie seksualne. Natomiast, sądząc po tubce z maścią,
prawdopodobnie męczy ją lub męczyła infekcja pochwy.
Pustą szafkę wytarła kilkoma kawałkami wilgotnego papieru toaletowego i na nowo zaczęła wkładać jej zawartość, dzieląc ją na cztery grupy:
lekarstwa, pielęgnacja ciała, pielęgnacja włosów i inne.
Zadowolona z siebie, stwierdziła, że czas coś zjeść. Z lodówki wyjęła
masło, ser, jajka i piwo. Podczas gotowania jajek zajrzała do
seledynowych szafek w poszukiwaniu chleba, talerzy i sztućców. Kiedy
znalazła to, czego szukała, wyłożyła na stół pod oknem. Z wiklinowego
koszyka wyjęła gazetę, którą prenumerował Kuzniecow, i położyła obok
talerza. Jajka wypłukała w zimnej wodzie, a garnek odstawiła na
podstawkę.
Zaczęła jeść, jednocześnie czytając. Przyszło jej do głowy, że
przyjemnie byłoby posłuchać muzyki, więc rozejrzała się za radiem.
Niestety, nic nie znalazła. Może nawet lepiej. Gdyby z mieszkania
dochodziła muzyka, mogliby coś podejrzewać, jeśliby wcześniej wrócili,
ale prawdopodobnie wrócą dopiero za kilka godzin.
Więc czekała.
Była w tym dobra.
RESZTA POPOŁUDNIA minęła błyskawicznie.
Hannah wróciła na miejsce, kiedy Gordon akurat skończył rozmowę.
- Co powiedzieli w Lulei?
- To grubsza sprawa, więc ją wzięli.
Nic dziwnego. Zakopane ciało kwalifikowało się jako morderstwo, dlatego
sprawa trafiła do Lulei.
- Kto konkretnie?
- Erixon.
Erixon przez X. Miał na imię Aleksander, więc nazywali go X. Hannah
znała go. Znała i lubiła. Prowadził już trochę spraw przez te wszystkie
lata. Ostatnią wiosną, kiedy wyłowili ciało w Kukkolaforsen.
Hannah powiedziała, co znalazła w rowie i że najprawdopodobniej doszło
do zderzenia dwóch samochodów; jeden z nich musiał być niebieski. Gordon
słuchał i kiwał głową, a potem poprosił, żeby przyprowadziła ich
samochód z Vitvattnet.
- Weź go - powiedział i głową wskazał na Jensa, stojącego kilka metrów
dalej na korzeniu powalonego drzewa.
- Muszę?
- Musisz.
- Chodźmy. - Kiwnęła na Jensa. Gordon zaczął dzwonić do pozostałych,
żeby przerwali poszukiwania i wracali.
Czterdzieści pięć minut później Hannah zaparkowała niedaleko miejsca
znaleziska. Jens czekał w samochodzie, a ona pomagała Gordonowi
zabezpieczyć teren. Technicy wciąż byli godzinę drogi stąd, może więcej
- los małej mieściny, gdzie pomoc jest sto pięćdziesiąt kilometrów dalej
- więc Gordon poprosił, żeby odwiozła Jensa i kupiła coś do jedzenia.
W drodze do samochodu poczuła, że znów palą ją policzki i szyja, a ciepło przenika przez każdy por ciała. Bez spoglądania w lustro
domyśliła się, że jest czerwona i zlana potem. Kiedy ruszyła, włączyła
klimatyzację i była bliska pootwierania wszystkich okien.
Drugi raz tego dnia.
Miała już tego dość. Czy to się nigdy nie skończy? Czuła się, jakby była
po wyczerpującym treningu, z tą różnicą, że nie miało to nic wspólnego z prawdziwym wysiłkiem. Poza potem i twarzą czerwoną jak pomidor.
- Czy mogę podkręcić ciepło? - zapytał Jens, kiedy ujechali kilka
kilometrów.
- Nie, nie możesz.
- Ale jest zimno.
- Kiedy ciało wariuje kilka razy dziennie, to chyba mogę zdecydować o temperaturze w samochodzie, nie?
Jens skinął głową. Zupełnie nie rozumiał, o co jej chodzi. Próbował z nią rozmawiać o ostatnich wydarzeniach, ale jej jednosylabowe
odburkiwanie go zniechęciło. Odezwał się, dopiero kiedy wysiadł z samochodu, po tym jak wjechali na parking przed komisariatem.
- Dacie znać, jak coś będzie wiadomo?
- Dlaczego?
- Jestem po prostu ciekawy, poza tym też mam w tym swój udział.
- Jasne - skłamała nonszalancko, żeby jak najszybciej zakończyć rozmowę.
- Morgan ma kontakt do ciebie, odezwiemy się, jak będziemy coś wiedzieć.
Jedź ostrożnie. - Pomachała mu, zadowolona, że widzi go ostatni raz, i pojechała do Coop. Właściwie to wolała Ice Maxi, ale Coop było bliżej.
Gordon chciał coś pożywnego. Wybrała sałatkę krewetkową. Wszystko, na co
ona miała ochotę, było do podgrzania w mikrofali, więc wzięła kurczaka
zawijanego w placek. Pełnoziarnista minibagietka dla Gordona, dwie
butelki coli i opakowanie nachos zakończyły zakupy.
Kiedy wróciła do lasu, przed ogrodzonym terenem stało kilka samochodów.
To technicy, Gordon opowiadał im o tym, co znaleźli, a lekarz
potwierdził zgon. Może nieco niestosownie do sytuacji usiadła z Gordonem
na kamieniu i zaczęli jeść, patrząc, jak inni pracują. Milczeli. Czuli
wewnętrzny spokój. Słońce wciąż stało wysoko na niebie, brzęczały owady,
od czasu do czasu dochodziły ich strzępy rozmów techników.
Kiedy zjedli, Hannah postanowiła wrócić do komisariatu i zająć się
formalnościami. Wystarczyło, że zostanie jedna osoba, Gordon może zabrać
się z technikami.
Dwie godziny później, kiedy zamykała teczkę z dokumentami, do drzwi
zapukał Gordon.
- Jeszcze pracujesz - skonstatował i usiadł na jedynym wolnym krześle.
- Właśnie zbieram się do wyjścia. Teraz wróciłeś?
- Tak, przeczesali pół lasu.
- Wiemy już, kto to?
Gordon pomachał głową i zdusił dłonią ziewanie.
- Żadnego dowodu tożsamości, kompletnie nic.
- Co robimy? Próbujemy ze zdjęciem?
- Umówiliśmy się jutro na telefon. X i ja.
Gordon wstał, wyglądał na zmęczonego. Hannah wylogowała się i wyszła
razem z nim.
- W każdym razie wstępna przyczyna zgonu to złamany kark.
- Ile tam leżał?
- Trudno powiedzieć. Tydzień temu był pożywieniem dla wilków, więc
trochę czasu minęło.
Szli korytarzem. Gabinet Gordona znajdował się przy schodach.
- A więc do jutra - powiedział i wskazał pokój, dając do zrozumienia, że
jeszcze chwilę popracuje. Hannah miała nadzieję, że zapyta, czy na niego
poczeka.
Trochę ją to zirytowało, bo to było do niej niepodobne.
- Do jutra - odpowiedziała i zniknęła na schodach.
Minutę później wyszła przez oszklone drzwi i wzięła głęboki wdech.
Widno jak w dzień, spokojnie jak w nocy.
Na E4 tylko pojedyncze samochody, więc mogła słyszeć śpiew ptaków znad
rzeki. Uświadomiła sobie, że przez cały dzień nie rozmawiała z Thomasem,
nie powiedziała mu, co się dzieje i dlaczego wróci później. Z drugiej
strony on też nie zadzwonił. Teraz pewnie już śpi.
Poszła Strandvägen i skręciła w Packhusgatan tuż przy bibliotece. Thomas
przychodził tu z dziećmi, kiedy były małe. Ona ostatni raz pożyczyła
książkę kilka lat temu. Skierowała się w Storgatan; nie należała do
najbardziej ruchliwych ulic na świecie, a o północy, w czerwcowy
poniedziałek, była już zupełnie pusta. Minęła duży, żółty drewniany
budynek, siedzibę Odd Fellow, rząd lokali handlowych. Przechodząc koło
cukierni, poczuła się głodna. Od kurczaka w placku i nachos minęło już
trochę czasu. Na następnym skrzyżowaniu przystanęła. Zazwyczaj do domu
wracała Köpmansgatan, mijając rynek, Hotel Miejski i wieżę ciśnień. Ale
wpadła na pewien pomysł.
Ucieczka z miejsca wypadku. Z udziałem dwóch samochodów.
Nie miała zbyt wielkich nadziei, że jeszcze tam będzie, ale nie
zaszkodzi sprawdzić. Rozejrzeć się. Część samochodów stoi na zewnątrz.
Poszła więc prosto, minęła dwa banki i H&M, potem szaroniebieskie
drewniane zabudowania targowe Hermansona, stojące tu od 1832 roku. Razem
z dwunastoma magazynami zajmowały cały kwartał. Te lokale handlowe
przechodzące w niczym niewyróżniające się trzypiętrowe budynki
mieszkalne równie dobrze mogły stać w jakimkolwiek innym miejscu
Szwecji. Przez nie miasto stawało się anonimowe, nawet jeśli stare
drewniane domy tu i ówdzie przypominały o dawnej świetności Storgatan.
Hannah skręciła w Fabriksgatan i weszła w podwórko za niewielkim
czerwonym budynkiem.
Ryzyko najwyraźniej się opłacało. W warsztacie paliło się światło.
Rzuciła okiem na zaparkowane samochody i otworzyła ciężkie, metalowe
drzwi obok szerokiego wjazdu. Wisząca tam tablica informowała, że w dni
powszednie warsztat czynny jest do dziewiętnastej.
Śmierdziało olejem i spalinami. Pierwsze takty Dla Elizy
sygnalizowały, że ktoś wszedł do środka, zagłuszały muzykę z lat
osiemdziesiątych płynącą z radia. W warsztacie stały cztery samochody.
Żaden z nich nie był granatowy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki