Wilkory zagłady. Gniewna więź. Tom 2 - Sable Sorensen

Kup ebooka

76.99 zł
63.90 zł (76,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Meryn

Meryn, oddychaj.

Mrok owija się wokół mnie, porusza się całkowicie niezrozumiale. Smugi na moment się rozstępują, odsłaniając obrazy, które rozrywają mnie na strzępy.

Rozbryzg lepkiej, szkarłatnej krwi.

Oddychaj.

Na szarej kamiennej posadzce ciągną się jaskrawoczerwone plamy.

Oddychaj.

Są na twarzy mojej młodszej siostrzyczki Saeli, która warczy - na jej ustach oraz... kłach.

Nabierz tchu, Meryn.

Bardzo boli mnie w piersi, cienie ponownie się rozciągają, spowijając pomieszczenie nieprzeniknionym mrokiem. Kiedy to się dzieje, w talii chwytają mnie silne, niosące ukojenie ręce.

Ale nie mogę, nie mogę, nie mogę...

- Meryn, nabierz powietrza!

Gwałtownie sapię, wciągając dech. Uświadamiam sobie, że warkot w mojej głowie nie należy do mnie samej, a do Anassy - wilkorki, z którą nawiązałam więź. Duża wilczyca o srebrzystobiałej sierści szturcha mnie nosem w bok, gdy tlen wypełnia mi płuca i rozchodzi się po ciele.

Cienie znów się rozstępują. To dziwna, nowa moc, nad którą panuję jedynie w pewnym stopniu. Najwyraźniej odpowiada na moje emocje.

Na mój szok. I wściekłość.

Ostatnie cztery miesiące poświęciłam na trening, aby zostać członkinią Wilczego Stada, licząc na to, że uda mi się dotrzeć na front i odnaleźć Saelę. Uprowadzono ją z naszego domu, wykradziono nocą, aby nakarmić nią Syfonów żyjących w sąsiednim kraju - Astreonie.

A przynajmniej tak sądziłam.

Saela drży w konwulsjach na podłodze przede mną, z jej podbródka kapie krew. Wzdrygam się na widok jej nowych kłów. Po wszystkim, co przeszłam, aby ją odnaleźć, by ją ocalić... moja siostrzyczka została przemieniona w jedną z nich. Syfonkę. A jej niekontrolowane pragnienie krwi stanowi tego niezbity dowód.

Helene, członkini watahy Daemosów, stoi w kącie gabinetu Starka. Spogląda wytrzeszczonymi oczami, trzymając się za umazaną krwią szyję - ale jest bezpieczna. Wilkor poprzez więź uzdrowił już ranę, którą zadała jej Saela. Wyliże się, jednak moja siostra, cały mój świat...

Rzucam się ku niej, desperacko pragnąc się do niej dostać, pomóc jej, powstrzymać ją, w jakiś sposób odmienić...

Jednak jestem zbyt mocno przytrzymywana.

- Puszczaj, Stark! - warczę. W odpowiedzi na moją irytację w naszą stronę napływają cienie.

Zanim mam szansę się uwolnić, wielki czarny wilkor Starka, Cratos, rzuca się w stronę Saeli, warcząc gniewnie.

Żołądek mi się kurczy, bezskutecznie szamoczę się w silnych objęciach.

- Nie!

Cratos ją zabije. Moją słodką, piękną siostrzyczkę. Rozerwie jej gardło, bo w tym momencie stanowi zagrożenie.

Łzy gorącymi strumieniami płyną mi po policzkach.

- Zatrzymaj go - błagam równocześnie Starka i Anassę. - Cratosie, stój!

Wilk skacze na moją siostrę, a ja wrzeszczę. Pomieszczenie znów spowija mrok.

Anassa po raz kolejny szturcha mnie nosem w bok, tym razem robi to mocniej.

- Meryn, on jej nie zabija. Unieruchamia ją dla bezpieczeństwa zarówno twojego, jak i innych. Nabierz powietrza.

Spełniam polecenie. Cienie ponownie ustępują.

Cratos przytrzymuje Saelę, dwiema wielkimi łapami naciska na jej plecy, przygniatając do podłogi. Mimo to moja siostra tak się rzuca, że niemal go z siebie strąca.

Napinając mięśnie pleców, prawie uwalnia się spod wilkora, który jest przynajmniej trzykrotnie większy od niej.

Szczęka mi opada, czuję, że krew odpływa mi z twarzy. Tyle siły w zaledwie jedenastoletnim ciele.

Saela nigdy nie była atletyczna. Była raczej molem książkowym. To ja byłam tą aktywną fizycznie. Siostra dobrze radziła sobie na treningach samoobrony, a mimo to zawsze walczyła za pomocą słów, a nie mięśni.

Wyostrza spojrzenie piwnych oczu i ponownie kilkakrotnie podryguje, przez co kołysze stojącym na niej Cratosem. Anassa patrzy na mnie złotymi ślepiami, przy czym wyczuwam, o czym myśli, nawet jeśli tego nie wyraża.

Sam Cratos jej nie utrzyma. Wilczyca zbliża się do partnera, kładzie łapę na plecach mojej siostry.

Przepełnia mnie strach. Nie tylko boję się o Saelę... ale również jej samej.

Uczyliśmy się o Syfonach, badaliśmy te stworzenia, niemniej nadal wiem o nich tak niewiele. Czy po przemianie zachowują choćby ułamek tego, kim byli wcześniej? W jakim stopniu pozostają ludźmi, gdy wyrastają im kły?

Pragnę podbiec do siostry i ją utulić, jak robiłam to jeszcze chwilę temu. Uśmiechała się, była bezpieczna.

Była.

A teraz czy w ogóle jeszcze tu jest? A może pozostanie... taka? Już na zawsze?

Saela krzyczy. Wydaje z siebie przerażający wrzask, który niesie się po całym gabinecie. Cierpi.

Uderzam Starka łokciem w bok i się uwalniam. Ale tylko na chwilę; chwyta mnie za nadgarstek i ciągnie do siebie tak mocno, że niemal wyrywa mi rękę z barku.

- Świeżo przemienieni Syfoni są najbardziej niebezpieczni - syczy mi do ucha. Trzyma mnie przy piersi, a jego ramiona są niczym żelazne okowy. Ich dotyk pali, co mi się nie podoba. Nienawidzę, że się temu poddaję. - Widziałem to na froncie. Wielokrotnie. To gra, którą uwielbiają mieszkańcy Astreony. Posłuchaj mnie, proszę.

Zamieram, z panicznego strachu wyrwana wyraźną desperacją w jego głosie. Powiedział "proszę".

- Przemieniają naszych żołnierzy i posyłają na nasze siły. Syfonów, którzy niedawno przeszli transformację, ogarnia tak wielkie pragnienie krwi, że wykrwawiają wszystkich w zasięgu wzroku. Ona cię w tej chwili nie rozpoznaje i może zabić - wyjaśnia cicho Stark.

"Ona może cię zabić". Saela, dziewczynka, która płakała, gdy za mocno splatałam jej warkocze. Która zamykała drzwi i wtulała głowę w moje uda, gdy matkę ogarniał szał. Która pewnego dnia złapała w domu mysz i zamiast ją zabić albo wynieść na podwórko, z pudełka po zapałkach zbudowała jej łóżeczko i nazwała ją Felix.

Jak to może się dziać? Ale wiem, że Stark ma rację. Mówi szokującą, przerażającą prawdę. Uroczej Saeli w tym momencie tu nie ma.

W mojej głowie trwa gonitwa myśli, gdy staram się wykoncypować, co teraz począć, a także zignorować natarczywe, mściwe wnioski na temat tego, dlaczego w ogóle znalazłyśmy się w tej sytuacji. Przez mężczyznę - nie, potwora - który zrobił to mojej siostrze.

Mojego narzeczonego.

Ogarnia mnie wściekłość, gniew pali w żyłach - a wraz z tym cienie pędzą bezlitosną falą ku sufitowi.

Ponownie nabieram powietrza do płuc, a mrok osuwa się po ścianach.

Zapewne chciałby, abym stała się zbyt rozproszona i słaba, i żebym nie poradziła sobie z tym kryzysem.

Nie może dłużej sterować moim zachowaniem. Dla Saeli muszę się opanować i odzyskać spokój. Jest najważniejsza.

- Nie możemy jej tak trzymać z Cratosem w nieskończoność - mówi Anassa, wczuwając się w mój tok rozumowania.

- Dobra - rzucam, miarkując myśli. - Powinniśmy ją związać. - Staję prosto obok Starka, który chyba wie, że nie zamierzam ponownie doskoczyć do siostry, bo nie trzyma mnie już tak mocno. - A potem musimy przenieść ją w jakieś bezpieczne miejsce. Gdzie nie zrobi krzywdy sobie i innym, a my będziemy mogli zastanowić się nad jej przyszłością. - Mrugam, by móc skupić wzrok, drżącą dłonią ocieram twarz. W mojej głowie pojawia się rozwiązanie problemu, ale stanowczo mi się nie podoba. - Nie wierzę, że to powiem, ale uważam, że musimy ją przenieść z powrotem do lochów.

Sama ta sugestia pozostawia gorzki posmak w moich ustach. Muszę umieścić siostrę w tym ciemnym miejscu jak z koszmaru. Ale czy mamy inne wyjście?

Odwracam się, aby spojrzeć na Helene i Grigore'a. Kobieta odzyskała rumieniec, ale towarzysz wciąż stoi przy niej, z troską trzymając dłoń na jej ramieniu.

- Zachowacie to w tajemnicy. Nie powiecie absolutnie nikomu o tym, co tu widzieliście.

Stark, słysząc mój lodowaty ton, w końcu mnie puszcza, a brak jego ramion wokół mnie wydaje się szokujący. Przemierza gabinet w kilku długich krokach. Otępiałym wzrokiem obserwuję, jak gwałtownie otwiera skrzynię i w niej grzebie. Szybko do mnie wraca, ale nie zatrzymuje się, tylko zmierza do Saeli.

Głaszcze swojego wilkora po żebrach, a następnie klęka, chwyta moją siostrę za nogi, łączy je i ciasno związuje. Dociera do mnie, że to srebrny łańcuch, który jest na tyle wytrzymały, by ją pohamować. Z kawałka jakiegoś materiału tworzy knebel w jej ustach.

Chwyta ją za ciemne włosy, aby wcisnąć tkaninę pomiędzy jej kły, na widok czego ogarnia mnie furia. Zaciskam pięści, pragnę mu przyłożyć. Anassa się spina i wydaje z gardła niski warkot. Cratos jednak pochyla łeb i podsuwa nos do jej pyska, jakby starał się pomóc jej powściągnąć emocje.

Nawet jeśli jestem wkurzona, odczuwam również wdzięczność, ponieważ z Saelą właśnie tak należy postąpić, a tylko bogini wie, że sama nigdy nie byłabym w stanie tego dokonać.

Nadal nie umiem dopuścić do siebie, że to dzieje się naprawdę. Że zamierzam zamknąć siostrzyczkę w celi, jakby była moim wrogiem.

Bo w istocie się nim stała. Zabiłaby mnie. Saela pozbawiłaby mnie życia, gdyby nie krępował jej łańcuch.

Stark kiwa głową Grigore'owi, po czym podnoszą ją we dwóch. Mała szarpie się, ocieka krwią, lecz łańcuch nie puszcza. Odwracam wzrok, bo emocje chwytają mnie za gardło.

Nie potrafię na to patrzeć, więc robię jedyne, co jestem w stanie - stawiam krok za krokiem i prowadzę wszystkich do lochów. Kieruję się do tych głównych, a nie ukrytych, w których były przetrzymywane Saela oraz inne dzieciaki.

Odnoszę wrażenie, że zaledwie przed kilkoma godzinami Venna sprowadziła mnie do podziemi zamku, gdzie zastałyśmy moją siostrę w niewoli. Parę godzin przed tym planowałyśmy, jak ją uwolnić. Nawet nie śmiałabym myśleć, że znów ją uwiężę.

Przemykamy szybko i cicho, aby nikt nas nie zauważył. Otoczenie zdaje się w okrutny sposób oddawać to, co dzieje się w mojej głowie, gdy coraz bardziej pogrążamy się w mroku zaniedbanych tuneli.

Podziemne przejścia, które prowadzą do lochów, są wilgotne i ponure, kamień na ścianach popękał, tu i ówdzie cieknie woda. Coraz rzadziej rozmieszczono kinkiety. Ostatecznie docieramy do rzędu stosunkowo suchych, przyzwoicie oświetlonych cel.

W pierwszej dostrzegam okrutne piki i haki na ścianach, ale szybko ją mijamy. Stark i Grigore zatrzymują się dopiero przy trzecich drzwiach i zaglądają do środka. Stoję za nimi, moje oczy powoli przywykają do coraz większej ciemności.

Stark zerka na mnie, oczekując decyzji, więc niemal niezauważalnie kiwam głową, aby zatwierdzić uwięzienie siostry. Ponowne.

- Helene - chrypię. Kobieta patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. - Poszukaj przywódcy Aldricha i sprowadź go do nas.

Mam na myśli najstarszego członka Wilczego Stada w zamku, który ma tu największe doświadczenie. Zarządzał naszymi Próbami Więzi. Z pewnością będzie wiedział, jak nam pomóc. Jak naprawić tę sytuację. Musi coś poradzić.

Poniewczasie dociera do mnie, że gdybym chciała, mogłabym skontaktować się z nim w myślach. Anassa mówiła, że w tej chwili możemy komunikować się ze wszystkimi wilczymi jeźdźcami - a Aldrich i tak należy do watahy Strategosów, jestem jego alfą. Nie ufam sobie jednak w tym momencie na tyle, by dokładnie się porozumieć.

Helene pochyla z szacunkiem głowę, po czym odwraca się na pięcie i wychodzi z lochów. Obserwuję, jak idzie, ale nie jestem pewna, czy szybkości dodaje jej mój rozkaz, strach przed moją siostrą czy ponure otoczenie.

Grigore odzywa się do Starka. Ten kiwa głową, napina mięśnie, po czym puszcza Saelę. Siostra uderza skrępowanymi rękami w pierś Starka, ale ten się tylko krzywi i obraca ją tak, aby nigdzie nie znalazła punktu podparcia.

Grigore otwiera drzwi celi, które głośno skrzypią, a Stark wchodzi do środka i kładzie dziewczynę na posłaniu. Wychodzi, nie zdejmując łańcucha, bo mogłoby to sprowadzić na nas śmiertelne zagrożenie.

Wynurza się z celi, wciąż uważnie obserwując moją siostrę. Kiedy staje na korytarzu, Grigore zatrzaskuje wrota i odpina klucz z pęku, który wisi na ścianie naprzeciwko nas.

Zgrzyt przesuwanych zapadek w zamku odbija się echem w moich uszach.

Saela się podnosi i chwiejnym krokiem zbliża do kraty. Grigore odskakuje, gdy moja siostra rzuca się niewielkim ciałem na pręty. Metal grzechocze i zgrzyta.

Dziewczynka wielokrotnie uderza w drzwi celi, a kiedy to słyszę, serce mi się kraje. Chciałabym przytulić ją jak wtedy, gdy była w więzieniu króla.

Ale jeśli wyciągnę do niej ręce, wyrwie mi je i wyssie krew z moich żył.

- Przestań - błagam słabo, zbliżając się o pół kroku. - Poranisz się.

Saela spogląda dzikim, rozbieganym wzrokiem. Nie patrzy mi w oczy, nawet nie wie, że się do niej odezwałam.

W tym stworzeniu nie ma mojej ukochanej siostrzyczki.

Czuję za plecami ciepło Anassy, więc się w nią wtulam. Otacza mnie żar jej ciała. Wilczyca utrzymuje mnie w pionie, gdy moje nogi stają się jak z waty.

Do czasu przyjścia Aldricha ogarnia mnie odrealnienie.

Starszy mężczyzna omiata wzrokiem całą scenę, przy czym na chwilę opada mu szczęka, nim ma szansę odzyskać panowanie nad sobą. Musimy stanowić niezły widok.

A już zwłaszcza ja - nadal mam na sobie tę przeklętą, niedorzeczną suknię oraz koronę na głowie.

Aldrich otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale podchodzę z wyciągniętą ręką, nie dopuszczając go do głosu. Anassa pomaga zebrać resztki sił, które mi jeszcze pozostały.

- Jak mam to zrobić? - pytam ją w duchu. W jakiś sposób podzieliła się wcześniej wspomnieniami z Helene i Grigore'em, chociaż wiem, że w przypadku Aldricha sama muszę się wykazać.

- Odnajdź w swoim umyśle rzekę, która łączy się z innymi członkami Wilczego Stada, i poszukaj go pośród watahy Strategosów. Nawiąż połączenie jedynie z Aldrichem. Skup się na nim, a następnie wypchnij wspomnienia w jego stronę, jakbyś umieściła łódź na prądzie wodnym.

Wypełniam instrukcję, jednocześnie ponownie wyciągając rękę, aby położyć ją na jego przedramieniu. Patrzy mi z troską w oczy, więc muszę odwrócić wzrok, aby się nie rozpaść. Dotyk nieco wzmacnia nasze mentalne połączenie. Skupiam się, a potem wyrzucam wspomnienia w jego kierunku.

Natychmiast boli mnie głowa, z wysiłku pot perli mi się na czole.

Ale to działa. Daję mu wiedzę na temat mojego królewskiego rodowodu, przekazuję to, co zostało nam uczynione. Pokazuję, w jaki sposób Alistair Brightbane skradł tron moim protoplastkom, a także jak przez wieki wykorzystywał swój ród, by sprawować władzę. Informuję go również o tym, że klątwa krwi Syfonów zdołała skryć prawdę. Jak Stark pomógł mi poznać fakty, po czym Killian stąd uciekł.

Pod przywódcą Aldrichem uginają się kolana. Ręce mu się trzęsą, gdy bez słowa wyciąga je do mnie, bierze moją dłoń i kładzie ją sobie na czole.

Z trudem przełykam ślinę.

- Wstań, proszę. Proszę. - Błaganie wylewa się ze mnie, brzmiąc dość żałośnie. - Przywódco Aldrichu... w tej celi znajduje się moja siostra. Musimy jej pomóc.

Na jego twarzy maluje się zrozumienie. Mężczyzna krzywi się z mieszaniną współczucia i obrzydzenia. Muszę odwrócić wzrok.

- Z pewnością coś da się zrobić. - Nawet ja słyszę desperację w moich słowach. - W jakiś sposób to naprawić, odwrócić proces przemiany.

Stałam się członkinią Wilczego Stada, królową, która miała ocalić siostrę przed Kradziejami albo, jak się okazało, Killianem i jego ojcem. Zrobię dla niej wszystko.

Wszystkie moje starania nie mogą tak po prostu pójść na marne.

Aldrich nie odpowiada od razu. Zamiast tego przenosi spojrzenie na Starka i na chwilę się na nim zatrzymuje. Nie jestem aż tak zrozpaczona, aby nie potrafić rozszyfrować, co to oznacza.

Zdaję sobie sprawę z tego, o czym obaj muszą myśleć - nie wierzą, że zdołamy odwrócić przemianę.

- Proszę - naciskam ponownie. - Powiedz, co mam zrobić.

Aldrich kolejny raz przełyka ślinę. Łączy dłonie przed sobą, a w jego oczach gości troska.

- Zasadniczo Saeli pomoże ludzka krew. Tyle, ile to możliwe. Obecnie trawi ją pragnienie nie do ugaszenia, więc jeśli wkrótce się nie napije, to umrze.

- Dobra - odpowiadam przez zaciśnięte zęby. - To będzie piła ze mnie.

Stark cmoka z irytacją.

- Nie ma mowy. Saeli nie można ufać, że w tym stanie do cna cię nie osuszy.

Ponownie mieszają się we mnie nienawiść oraz dezorientująca wdzięczność.

- Być może - zaczyna ostrożnie Aldrich - wystarczy jakieś duże zwierzę.

Kiwam głową, chwytając się tego jak tonący brzytwy.

- Możemy zapolować z Cratosem. Przyniesiemy jej łosia - podsuwa Anassa.

Drżę, gdy ogarnia mnie ulga.

- Spróbujmy - odpowiadam.

Wilki odwracają się i wybiegają z lochów. Znikają za rogiem.

Co dalej? W mojej głowie rozwijają się ciągi logiczne, z których próbuję ułożyć plan. Jakie kroki mam powziąć, by wykaraskać się z tego bagna?

Jestem członkinią Strategosów, więc mój umysł powinien z łatwością tkać kanwę strategii. Mimo wszystko to moc naszej watahy. W tym momencie jednak jestem zbyt zdezorientowana, aby w ogóle dotrzeć do tej części swojej istoty.

A jednak wiem, jak ważną kwestią będzie odzyskanie kontroli nad narracją.

Patrzę przywódcy Aldrichowi w twarz.

- Czy ktoś już wie, że Killiana z nami nie ma?

Kręci głową.

- Kiedy zabiłaś króla Cyrila, wszyscy arystokraci wycofali się do swoich prowincji, ale wciąż są tu członkowie Wilczego Stada. Czekają na rozkazy, aby wyruszyć na front. Może je wydać jedynie nowy władca. Spodziewali się, że rankiem usłyszą je od młodego Valtiere'a.

"Rankiem". Och, bogini. Świt nastanie już niebawem.

Do tej pory moje ciało napędzała wyłącznie adrenalina, więc ten nagły powrót do obecnego miejsca i czasu zarzuca na moje ramiona ciężki koc zmęczenia. Pocieram oczy, usilnie starając się utrzymać powieki w górze.

- Po... - zaczynam, ale urywam, próbując sobie przypomnieć, co właściwie chciałam powiedzieć. - Porozmawiam zatem z nimi rano. Powinieneś odpocząć.

Nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, że stoję krzywo, dopóki nie zahaczam stopą o kamień, gdy daremnie próbuję odzyskać równowagę. Wpadam na pierś Starka, który szorstkimi, wytatuowanymi dłońmi chwyta mnie za ręce.

Dotyk ten chwilowo mnie pobudza, więc odpycham go i mrugam gwałtownie.

- Idź spać - poleca oschle.

- Nie ma mowy. - Jestem zbyt zmęczona, by chociaż spiorunować go wzrokiem. - Nie zostawię jej tutaj.

Stark prycha i przeczesuje włosy palcami. Omija mnie, mamrocząc pod nosem coś, co brzmi jak "Co za uparta kobieta", a Aldrich i Helene podążają tuż za nim.

Saela nieco się uspokoiła. Nadal rzuca się na kraty, ale wyraźnie osłabła, więc skronią ledwie dotyka żelaznych prętów. Nie patrzy w określony punkt, najprawdopodobniej niczego nie widzi.

Jakiś czas później z użalania się nad naszym losem wyrywają mnie głośne trzaski. Stark ciągnie po podłodze lochu prowizoryczne posłanie. Ustawia je, strzepuje kurz, a potem klepie, jakby starał się mnie przekonać, że będzie wygodne.

Opadam na nie zbyt zmęczona, żeby szukać kwestii, w której mogłabym się z nim spierać. Usilnie jednak nie chcę spać, by móc czuwać nad Saelą, więc układam się na boku, a Stark siada nieopodal i opiera się plecami o kamienną ścianę.

Nie jestem jednak w stanie zachować przytomności. Powieki za bardzo mi ciążą i bez względu na moje starania bez przerwy opadają.

Pochłania mnie znajome, spiralne uczucie zasypiania. Otwieram oczy, by pozostać na jawie.

Ale nie przebywam już w lochach.

Znajduję się w ciemności, w jakimś miejscu, w którym widać niekończącą się szarość i cienie. Nie ma podłogi, sufitu ani ścian. Mrok unosi się wokół moich stóp niczym mgła.

To zbyt realne, aby mogło być snem, więc dech utyka mi w gardle, gdy rodzi się panika.

Odwracam się i rozglądam, ale nie ma tu nic prócz bezkresnej przestrzeni.

- W końcu dotarłaś, moje dziecię - mówi głęboki, dudniący, upiorny męski głos. Ten sam, który od dawna do mnie przemawiał. Który nakazał mi zdobycie korony. Do kogo należy?

I skąd się bierze? Żołądek mi się kurczy, coś tu jest bardzo nie w porządku.

Odwracam się, szukając źródła dźwięku, ale nadal nic tu nie ma. Cienie podrywają się niczym dym. Spadają jak stalaktyty. Zaczynam się trząść.

Gdzie ja jestem? Otwieram usta, by o to zapytać, ale nie wydostają się z nich żadne dźwięki.

- Jesteś tutaj, ale otworzyłaś wrota, których nie zamkniesz... więc on również tu gości - odpowiada głos.

Odnoszę wrażenie, że irytuje się moim zachowaniem - kimkolwiek jest. Drżę ze strachu.

Cienie wirują gwałtownie, zamykając się wokół mnie. Mroczny lej zaciska się coraz mocniej, aż dociera do mojej szyi i mnie dusi.

Krzyczę przez sen, budzę się zdyszana, wbijając paznokcie w posłanie. Nie wiem, jak długo pozostawałam nieprzytomna, ale Anassa i Cratos musieli wrócić i ponownie wyjść, bo w celi siostry leży martwy łoś.

A kamienną posadzkę znaczy makabryczna kałuża krwi.

Saela śpi zwinięta na podłodze w kłębek, twarz i ręce po łokcie ma umazane posoką.

Siadam, tłumiąc szloch. Stark nadal śpi oparty o ścianę, z głową na kamieniu. Nie sądzę, by było mu wygodnie.

Podchodzę, klękam przy nim. Gęste ciemne rzęsy drgają we śnie. Wyciągam rękę, żeby go dotknąć. Aby go obudzić, jak sobie wmawiam.

Ale nim mam szansę to zrobić, głowę przeszywa mi silny ból. Krzywię się i natychmiast unoszę rękę. To tak okropne odczucie, jakby ktoś powoli, centymetr po centymetrze, wbijał mi igłę w skroń.

A gdy jest już dostatecznie głęboko, zaczynam słyszeć.

To on.

- Dzień dobry członkom Wilczego Stada - mówi Killian.

Wszędzie rozpoznałabym ten głos. Niegdyś szeptał do mnie, płynąc ponad miękką poduszką. W tym momencie jest zniekształcony, a mimo to melodyjny i piękny.

Chociaż nie jest wilczym jeźdźcem, jakoś udało mu się dołączyć do naszego cichego sposobu komunikacji. Porozumiewa się ze mną telepatycznie. Co, do cholery?

Stark natychmiast otwiera oczy. Nerwowość znacząca jego twarz podpowiada mi, że również to usłyszał.

Killian ponownie odzywa się w naszych głowach:

- W waszych szeregach kryje się uzurpatorka.

2

Meryn

Niemal niemożliwe jest porozumiewanie się ze wszystkimi członkami Wilczego Stada naraz. Z tego, co mi wiadomo, tylko dwie osoby mają taką moc - alfa suwerena Siegrid Therion oraz... najwyraźniej ja. Kiedy jednak Killian kontynuuje wywód, nabieram sporej pewności, że jego słowa docierają do wszystkich wilczych jeźdźców w Nocturnie.

Spoglądam na bransoletkę zaręczynową, którą zapiął na moim nadgarstku - cienie wciąż pełgają w dużym rubinie. Nie zmienia się to, odkąd sięgnął do mojej magii, gdy byliśmy w jego komnatach. Wyczuwam, że to nieprawidłowość.

Część mojej mocy została mi odebrana, uwięziona w jakimś spaczonym zaklęciu, które zostało wplecione w tę biżuterię. Cokolwiek robi, udaje mu się to, gdyż wykorzystuje moją moc - kradnie mi magię.

- Bezimienna Bogini w nagrodę za wierność Wilczemu Stadu i królestwu obdarzyła mnie zdolnością komunikacji poprzez wilcze więzi - zapewnia gładko Killian.

Parskam śmiechem - nie jestem w stanie się powstrzymać.

Co za wyssana z palca bzdura. Jest tak cholernie przewidywalny. Okłamie każdego, tak jak oszukiwał mnie.

Czuję, że czerwienię się ze złości, drapię bransoletkę, którą mam na ręce. Ozdoba znów się zaciska, aż krzywię się z bólu. W tym samym momencie przed oczami stają mi obrazy.

Z zaskoczeniem odkrywam, że Killian dzieli się wspomnieniami, dokładnie tak, jak nauczyła mnie to robić Anassa. Widzę siebie z błyszczącymi srebrnymi włosami i twarzą umazaną krwią po bitwie, która została stoczona na zakończenie szkolenia. Wilczyca stoi za mną, gdy biorę Wilczą Klingę - królewski oręż z głowicą wyrzeźbioną w kształcie wilczego łba, który zapewnia właścicielowi władzę nad wszystkimi wilkorami. Przybierając na twarz groźny grymas, bezlitośnie opuszczam miecz, celując w szyję króla.

Czułam w tamtej chwili adrenalinę i dumę, choć teraz wrażenia zostają przyćmione przez Killiana - a przynajmniej przez to, co próbuje wmówić, że naprawdę przeszedł.

Dociera do nas jego przerażenie, ból oraz złamane serce.

Wizja zmienia się wraz z kolejnym wspomnieniem. Znajdujemy się w pokoju Killiana. Trzymam go, siedząc na nim okrakiem, gdy wije się pode mną, przestraszny i zdezorientowany. Patrzę z szaleństwem w szeroko otwartych piwnych oczach, ponownie unosząc miecz ze zwieńczeniem rękojeści w kształcie wilka. Przyciskam ostrze do jego szyi.

Killian pokazuje wspomnienie palącego bólu, gdy metal rozcina mu delikatną skórę. Serce wali mu jak młotem ze strachu, gdy spogląda w górę na potworną kobietę, której błędnie zaufał.

Kobietę, która wcale nie była taka, jaka się wydawała, która w końcu objawiła swoje prawdziwe, obrzydliwe oblicze. Odwrócił moje postrzeganie jego osoby, stawiając się w mojej roli.

W obydwu wspomnieniach wyszłam na bezwzględną zbrodniarkę. Też bym się znienawidziła, gdybym nie znała kontekstu całej sytuacji.

Obrazy urywają się, mrugam i wracam do lochów. Widzę, że Stark patrzy na mnie z morderczym wyrazem twarzy, zaciskając pięści, jakby szykował się do ataku.

- Meryn Cooper wygnała mnie ze Sturmfrostu i przejęła tron - ciągnie Killian.

Krew wrze mi w żyłach. Zna prawdę równie dobrze jak ja - nie jestem Cooper, ale królową Sturmfrostu, i odbiorę swoje dziedzictwo, które jego ród skradł mojemu.

- Jest niebezpieczna i niestabilna, to wróg Nocturny. Tej kobiecie z urojeniami nie można ufać.

Wymyka mi się zduszony jęk. Chciałabym wierzyć, że nikt go nie posłucha, ale sama niegdyś mu zaufałam. I nie jestem w stanie uciec przed częściową prawdą zawartą w tych wspomnieniach.

Wszystko to zrobiłam i prezentowałam się cholernie przerażająco.

Ale to pieprzony Syfon.

- Obejmuję twierdzę na zachodzie i zamierzam zgromadzić siły, aby odzyskać przysługujący mi tron. Proszę, aby każdy, kto wierzy w prawdę i sprawiedliwość, dołączył do mnie. Tylko wspólnie przywrócimy Nocturnie należną jej chwałę.

Zaraz po tych słowach mentalne połączenie zostaje gwałtownie zerwane, zamyka się kanał komunikacyjny.

- Prawdę i sprawiedliwość?! - krzyczę, a mój głos odbija się echem w niemal pustych lochach. Rozprostowuję palce i widzę, że paznokcie odcisnęły na mojej skórze półksiężyce, gdy wbiły się niemal do krwi.

Mój umysł jest ściśle powiązany z potokiem emocji członków Wilczego Stada. Ich reakcje napływają do mnie z całej Nocturny. Odbieram mnóstwo szoku, niedowierzania i dezorientacji.

Kurwa.

Ponownie spoglądam na Starka.

- Muszę przemówić do nich w tej chwili. Natychmiast.

- Tak - odpowiada prosto z mostu.

- Ale... - Spoglądam po sobie. Nadal noszę tę głupią suknię, w którą ubrał mnie Killian. Tę samą miałam we wspomnieniach, jakie właśnie wszystkim zaprezentował.

To strój niestabilnej emocjonalnie kobiety z urojeniami. Nie zamierzam ciągnąć jego kłamstwa.

- Wyglądasz... - zaczyna Stark, ale milknie, zaciskając wargi w wąską linię. W jego ciemnych oczach zauważam kotłujące się nieczytelne emocje, gdy mi się przygląda.

Unoszę głowę.

- Jak?

- Dostatecznie schludnie - odpowiada oschle. Musiał przejrzeć powód mojego wahania. - Zwlekając, dasz miejsce na wątpliwości.

Z trudem przełykam ślinę i kiwam głową, a następnie zmuszam się do głębokiego wdechu, po czym opróżniam płuca. Muszę jedynie pamiętać, że prawda jest po mojej stronie, a nie po stronie Killiana. Również mogę się podzielić ważnymi wspomnieniami.

- Anasso - odzywam się w myślach do wilczycy. - Możesz porozumieć się ze wszystkimi wilkorami w zamku i dopilnować, aby ich jeźdźcy przybyli na arenę? Powiadom ich, że mam dla nich odpowiedzi.

Zapewne sama mogłabym to zrobić, ale nie mam pojęcia, jak dotrzeć do osób, które przebywają akurat w Sturmfroście - a jeśli sięgnę za daleko, czy Killian mnie usłyszy?

Wybrzmiewa chwila ciszy, po czym Anassa odpowiada:

- Zrobione.

Zatrzymuję spojrzenie na zakrwawionej, śpiącej Saeli. Wygląda na maleńką i bezbronną, nawet jeśli prawda o jej aktualnym stanie maluje się szkarłatem w całej celi. Pozostawienie jej tu samej nawet na moment cholernie boli. To złe.

Stark jakby po raz drugi czyta mi w myślach.

- Helene i Grigore przypilnują jej pod twoją nieobecność. Nic jej się nie stanie. Przyrzekam - mówi rzeczowo, aczkolwiek łagodnie.

Mogę odpowiedzieć jedynie sztywnym skinieniem głowy.

Cierpię, zostawiając tu siostrę, ale jeśli nie odejdę, Killian skazi również całą resztę mojego świata.

***

Na arenie panuje cisza, aż słyszę serce kołaczące mi w piersi. Przysięgam, jego odgłos przy każdym uderzeniu wstrząsa ścianami.

Stark stoi po mojej lewej, zupełnie niewzruszony, jakby wpatrzone w nas setki par oczu nie były niczym szczególnym. Anassa i Cratos znajdują się po obu naszych stronach, obserwują zgromadzonych poniżej.

Członkowie Wilczego Stada wchodzą, a ja muszę pomrugać, aby odciąć się od wspomnień z ostatecznej eliminacji, którą zarządził król Cyril. Rozkaz padł z tego samego podwyższenia, na którym stoję w tej chwili. Krew tryskała z ran po ugryzieniach, kadeci atakowali się nawzajem. Wściekli, czerwoni od krwi, wprowadzeni w błąd.

Żołądek mi się kurczy.

- Pragnę zakończyć wszelkie nieuzasadnione zabijanie - rzucam w myślach częściowo do siebie, ale również do Anassy.

Odpowiada kojącym warkotem w mojej głowie.

Stoją przede mną w głównej mierze świeżo upieczeni kadeci, chociaż pomiędzy nimi dostrzegam również członków Wilczego Stada, którzy przyjechali na uroczystość ukończenia szkolenia. Doświadczeni żołnierze ustawieni są w szyku, a młodzi wojownicy gromadzą się w grupkach najczęściej w obrębie swoich watah.

Kątem oka wychwytuję ciemnorude włosy Jonaha, który trzyma się ze swoimi podłymi kumplami. Znajdują się dość blisko siebie i coś szepczą. Każdy trzyma dłoń na rękojeści miecza albo sztyletu.

Chłopak unosi głowę, patrzy z groźnym błyskiem w oku, który wywołuje u mnie spore obawy. Mamy ze sobą na pieńku już od wspinaczki, podczas której zaatakował Izabel i nie przepuścił żadnej okazji, aby skrzywdzić i mnie.

Anassa również zwraca uwagę na tę grupę, jej ciało wibruje od niskiego warkotu, jednak nikt stamtąd nie rusza ku nam.

Na obrzeżach areny znajduje się również zdenerwowana służba. Stark rozkazał zgromadzenie wszystkich członków zamkowego personelu - aby przyszłym wydarzeniom zapewnić tylu świadków, ilu tylko można - ale niektórzy nadal przechodzą przez drzwi.

Trudno tak tu stać. Czuję się jak oszustka. Mogłabym inaczej?

Zaledwie kilka miesięcy temu uważałam się za zupełnie zwyczajną osobę. Nadal pod wieloma względami nią jestem. Noszę suknię, którą ubrudziłam w lochach, moje srebrzystobiałe włosy się splątały, a oczy są zapewne przekrwione ze zmęczenia i niekończącego się płaczu.

Po części jestem pospolitą ludzką istotą, jak również członkinią Wilczego Stada oraz królową, niemniej pozostaję w całkowitej rozsypce.

Ale nadal trwam. Muszę tu być. Muszę stać się kimś więcej, niż jestem w tym momencie.

- Musisz, więc to zrobisz - zapewnia Anassa, przypominając to, co powiedziała w chwili, w której niespodziewanie zostałam alfą watahy Strategosów.

- Muszę, więc to zrobię - oświadczam zgodnie.

Stark zbliża się, aby podać mi tubę. Wyciągam po nią lekko drżącą dłoń.

Przez pół godziny od wyjścia z lochów wilczyca uczyła mnie, jak skomunikować się ze wszystkimi członkami Wilczego Stada. Musiałam wysłać złożony przekaz - dołączając wspomnienia - do tysięcy umysłów w całej Nocturnie. Przygotowałam się na wyczerpujące zadanie, ale jestem przekonana, że sobie poradzę.

Ponieważ jeśli Killian dotarł do wszystkich za pomocą mojej magii, mnie również się uda.

Gorycz okazuje się niesłychanie silnym paliwem.

Kilkakrotnie powoli nabieram powietrza do płuc, następnie zamykam oczy i rozszerzam świadomość. Moje myśli płyną najpierw znajomymi strumieniami. Do Anassy. Mojej watahy. Mojego ludu. Starka, co jest trochę dezorientujące.

Ścieżki, których już używałam, pozostają otwarte, niezakłócone. Poza nimi wyczuwam jednak znacznie więcej umysłów, jakbym spoglądała na nie przez wiszącą nisko nad wodą mgłę. Jeszcze mocniej zaciskam powieki i napieram. Napotykam chwilowy opór, ale udaje mi się przebić.

Docieram do umysłów wilczych jeźdźców, którzy stoją nieopodal, a potem wydostaję się poza arenę. Jeżeli docieram również do Killiana... nie jestem go w stanie wyczuć.

Komunikacja okazuje się niemal zbyt łatwa. Mam w sobie morze magii, a każdy umysł jest jak rzeka płynąca ze źródła. Wystarczy, że skupię się na swojej mocy i podążę za jej naturalnym prądem.

Dość łatwo nawiązać połączenie - jednak podtrzymanie go okazuje się wymagające, zwłaszcza gdy zaczyna zawracać i mnie topi. Wywołuje zawroty głowy i podobnie jak wtedy, gdy wysłałam wspomnienia do Aldricha, moje czoło rosi pot.

Docieram do umysłów w oddali, nawet zmęczonych, wściekłych, zniecierpliwionych weteranów na froncie. Lekko się chwieję, gdy próbuję utrzymać wszystkie te kanały.

W tym samym momencie czuję na plecach czyjąś rękę - podtrzymuje mnie, pionizuje.

To Stark.

Przełykam ślinę i staję na szerzej rozstawionych nogach, aby znów nie ulec grawitacji. Otwieram oczy, unoszę tubę do ust, a umysł Anassy spotyka się z moim. Słowa zbierają się w mojej świadomości, a wilczyca wypycha je na zewnątrz niczym łódki w kierunku każdego członka Wilczego Stada.

Właśnie taką przywódczynią chcę być. Bezpośrednią. Szczerą.

- Pragnę odnieść się do tego, co usłyszeliście wcześniej od Killiana. Wszyscy musicie poznać prawdę. Tak, zabiłam króla Cyrila - wyznaję, mówiąc tak głośno, aby usłyszeli mnie również służący, a jednocześnie powtarzam słowa w myślach, przekazując je wszystkim jeźdźcom.

Ci, którzy nie przybyli na uroczystość zakończenia szkolenia, natychmiast reagują szokiem i dezorientacją. Od razu wychwytuję ich emocje.

- Zabiłam go, ale miałam ku temu ważny powód. Nie był tym, za kogo go mieliśmy. Właściwie nie był nawet człowiekiem. Nie zrobiłam tego pod wpływem szaleństwa, ale wiedziona sumieniem.

Zbieram sceny, które dowiodą mojej niewinności. W przeciwieństwie do Killiana nie muszę ich zmieniać ani wypaczać, aby poprzeć swój punkt widzenia. Prawda obroni się sama

Pokazuję im wszystko.

Przerażone, zaniedbane dzieci za kratami. Zapłakaną Saelę, która wyciąga do mnie ręce pomiędzy prętami celi. Ujawniam prawdziwą naturę Killiana i jego ojca jako Syfonów, naczyń dla Alistaira Brightbane'a. To, jak błyszczały kły księcia, gdy złowieszczo się uśmiechał. Wspomnienie magii cieni, która wiła się wokół nas, pełzła ku mnie, a potem wróciła do niego, gdy wykorzystał moją moc, by uciec.

Wywieram tym wszystkim natychmiastowy efekt. Na całej arenie rozchodzi się echo sapnięć i okrzyków zdziwienia. Starsi wilczy jeźdźcy wychodzą z szyku, aby zebrać się w niewielkich grupach lub dołączyć do swoich wilkorów. Wycofują się wraz z nimi na obrzeża areny, aby zastanowić się nad tym wszystkim, wspólnie przeanalizować sytuację.

Ich emocje są jak wybuchy w mojej głowie, bo nadal nie odcięłam mentalnego połączenia. Pojawiają się gniew, niedowierzanie, przerażenie, smutek.

Służący, którzy nie wiedzą, co pokazałam wojownikom, rozglądają się z niepokojem po całym tym chaosie. Natychmiast się do nich zwracam, bo obiecałam im odpowiedzi:

- Nazywam się Meryn Sturmfrost. Jestem potomkinią królowych, prawowitych władczyń Nocturny. Mój ród został pozbawiony tronu przez Syfona Alistaira Brightbane'a.

Przywołuję kolejne wspomnienia - historię korony, która w tej chwili spoczywa na mojej głowie. Księgę z biblioteki Starka opisującą królewski ród. Dzienniki matki z tajemniczymi rysunkami.

- Alistair Brightbane opanowywał królów w kolejnych pokoleniach. Utrzymywał się na tronie za pomocą magii krwi, wymazując pamięć o prawdziwym rodzie monarchiń. Cyril i jego syn Killian to zarówno potomkowie Alistaira, jak i naczynia, w których zamieszkał, a oni mu służyli.

Po tych słowach na arenie na powrót zapada cisza, choć w mojej głowie pozostaje hałas. Członkowie Wilczego Stada odczuwają... konsternację. Nawet jeśli usłyszeli moją wypowiedź, zobaczyli obrazy, nadal nie mogą w to wszystko uwierzyć.

Komunikacja telepatyczna nieco migocze i przerywa, bo umysły niektórych buntują się przeciwko mojej inwazji. Stawiają bariery, a niektórzy instynktownie mnie odcinają, jak sama robiłam to niegdyś wobec Anassy.

Gwałtownie wciągam powietrze i znów napieram. Udaje mi się utrzymać połączenie, chociaż miejscami słabnie i pozostaje jedynie niczym wątła nić. Wilczy jeźdźcy z całego królestwa walczą ze mną, nie chcąc przyjąć do siebie brzydkiej prawdy.

Czy mogę ich za to winić? Uwierzyłabym w cokolwiek z tego, gdybym nie widziała na własne oczy? Zerkam na Anassę, która poprzez więź zapewnia mi otuchę.

- Nie martw się. Wspieram twoje twierdzenia u wilkorów - wyznaje.

Zaciskam zęby i usilnie skupiam się na rzece w moim umyśle. Znów z wysiłku łupie mnie w skroniach.

Czerpiąc siłę z poparcia Anassy, decyduję się na zmianę podejścia. Muszę zrobić coś, dzięki czemu może pojmą, że nie jestem wariatką, jak przedstawił mnie Killian.

- Możemy stworzyć lepszą Nocturnę - odzywam się głośno, wysyłając ten sam przekaz osobom, które w tej chwili słyszą mnie w swoich umysłach. - Nie musimy godzić się na śmierć podczas Prób Więzi. Możemy zapewnić dostateczną ilość pożywienia, aby każdy mógł wyżywić rodzinę. Chcę... chcę wszystko naprawić. - Nie przygotowałam przemowy, więc wychodzi nieskładnie. Nikt nigdy nie uważał mnie za dobrą mówczynię. - Pragnę być sprawiedliwą królową, której będziecie służyć z dumą. Będę... wsłuchiwać się w wasze potrzeby. I zrobię wszystko, aby postępować dla dobra was wszystkich. - Każde słowo wychodzi z moich ust bardziej niezręcznie niż poprzednie, odbijając się echem w nerwowej ciszy areny. - Dajcie mi szansę, a dowiodę swojej lojalności wobec Nocturny. Pozwólcie mi spróbować stać się przywódczynią, na jaką zasługuje to królestwo.

Zmęczona i bez dalszych pomysłów zrywam połączenie z wilczymi jeźdźcami, co jest dla mnie jak pęknięcie postrzępionej liny. To jednocześnie drenuje moją energię i nią wstrząsa. Pozostali wycofują się poza moją niezręcznie użytą moc, a ja krzywię się, czekając na ich odpowiedź.

Cisza. Chwilę później jeźdźcy, jak również służący zaczynają szeptać między sobą.

- Wyjaśnijmy sobie coś - odzywa się surowy głos Siegrid Therion, alfy suwereny gdzieś ze świata, docierając do wszystkich członków Wilczego Stada w ten sam sposób, z którego ja skorzystałam przed momentem. - Wraz z moim rodem przysięgaliśmy chronić koronę, a teraz uznajemy Meryn Sturmfrost za prawowitą następczynię tronu. Jako alfa suwerena oczekuję od wszystkich prawdziwych członków Wilczego Stada takiej samej lojalności.

Wypuszczam wstrzymywane w płucach powietrze.

Siegrid przebywa na froncie, ale jej słowa niosą się poprzez więź do wszystkich wilczych jeźdźców. Jako alfa suwerena wraz ze swoim wilkorem w teorii może rozkazać wszystkim sobie podległym, aby podporządkowali się jej woli.

Czysto hipotetycznie zakładam, że zdołałabym przymusić ich do tego samego. Król Cyril z pewnością mógłby się o to pokusić, wykorzystując w tym celu Wilczą Klingę.

Jednak Siegrid, namawiając do uczynienia tego z własnej woli, daje naszemu ludowi coś, czego od tak dawna nie miał. Coś, co również pragnę mu zapewnić - wolność podejmowania decyzji.

I mogę jedynie liczyć, że to wystarczy.

Przez dłuższą niezręczną chwilę nikt na arenie nie podejmuje działania. Dźwięk mojego oddechu wydaje się zbyt głośny i żałosny, gdy rozglądam się, nie wiedząc, co może się wydarzyć.

Jako pierwszy naprzód wychodzi przywódca Aldrich. Odsuwa się od grupy starszych wilczych jeźdźców i idzie powoli z wysoko uniesioną głową, nim ją przede mną pochyla. Wychodząc spomiędzy zgromadzonych, opada na kolano. Jego wilczyca kroczy za nim, pochyla łeb i przymyka ślepia.

- Przysięgam ci wierność, królowo Meryn - deklaruje Aldrich.

Łzy napływają mi do oczu, gdy to słyszę, więc muszę gwałtownie pomrugać, by je rozgonić. Dźwięk wyznania, w którym głośno nazwał mnie królową... Zapisuję tę chwilę w pamięci, wiedząc, że nigdy jej nie zapomnę.

Następnie wysuwają się do przodu moje przyjaciółki Izabel i Venna, ich wilkory podążają tuż za nimi. Mocno przygryzam dolną wargę, aby nie powróciło wzruszenie. Obie oddają salut, a następnie klękają obok Aldricha, ich wilki pochylają z szacunkiem łby. Dołączają Tomison i Neva wraz ze swoimi wilczymi towarzyszami.

Początkowo na ten widok ogarnia mnie jakieś dziwaczne odczucie. Ci ludzie uczyli mnie walczyć. Piłam z nimi. Przetrwaliśmy, trzymając się razem. A teraz biją mi pokłony.

Ich wiara we mnie rozgrzewa mi pierś, jednocześnie przynosi ból i ukojenie.

Na arenie nadal panuje silna nerwowość, niektórzy czekają na to, co zrobią pozostali. Anassa ponownie zaczyna warczeć, wyczuwam, że skupia na czymś umysł, jakby walczyła - zakładam, że połączyła się z wilkorami.

Chwilę później na czoło tłumu wysuwają się kadeci Strategosów, idą pojedynczo lub w parach. Srebrzystobiałe wilkory korzą się przede mną, jeźdźcy obok nich skłaniają głowy lub klękają.

Wsparcie całej watahy rozgrzewa mnie od środka. Nawet Anassa nieco podnosi się na łapach, gdy obserwujemy członków naszej watahy, którzy uznają prawdę, jaką sama niedawno przyjęłam.

Jestem prawowitą władczynią Wilczego Stada oraz całej Nocturny.

Niedługo później występują również wszyscy instruktorzy, kilkoro Kryptosów, za nimi garstka Daemosów i Phylaksów.

Zwracam jednak uwagę, że wcale nie jest to większość. Starsi wilczy jeźdźcy nadal pozostają z tyłu w grupach, rozmawiając cicho pomiędzy sobą i porozumiewając się z wilkorami poprzez więź.

Służący gromadzą się w pobliżu wyjść, nieufnie przyglądają się całej scenie lub wręcz wymykają się po cichu z areny. Nie mogę jednak winić ich za to, że nie zamierzają się zbliżać do całego zgromadzenia wilkorów i ich jeźdźców, bez względu na to, gdzie spoczywa ich lojalność.

Waha się również sporo kadetów. Z wieloma się widywałam, nawet walczyłam ramię w ramię na tej arenie, ale nigdy nie zamieniłam słowa, nie odbyłam bezpośredniej interakcji.

Pieprzony Killian. Za dużo czasu spędziłam z tym kłamliwym gnojem, a za mało poświęciłam na poznanie innych kadetów. W tej chwili to się na mnie mści, bo muszę włożyć dodatkowy wysiłek, aby ich do siebie przekonać.

- Dopiero teraz stwierdzasz, że warto mieć ich po swojej stronie? - wtrąca łagodnie Anassa, a do mnie dociera, że posłałam ku niej te myśli.

- Masz rację - odpowiadam z ciężkim westchnieniem. - Chociaż na swoją obronę powiem, że z pewnością bardziej przyłożyłabym się do zapewnienia sobie wsparcia, gdybym nieco więcej wiedziała na temat tego, co się stanie.

Anassa jedynie prycha i nie zaszczyca mnie odpowiedzią.

- Powstańcie, proszę! - wołam, widząc, że niektórzy z członków Wilczego Stada wciąż składają pokłon. - Zdaję sobie sprawę z szoku, jaki wywołuje prawda na temat rodu Valtiere'ów. To wszystko niemałe zaskoczenie. Prawdę mówiąc, nadal staram się pojąć, co to dokładnie oznacza. Mam nadzieję, że będę mogła liczyć na waszą pomoc, aby zmiana władzy przebiegła w spokoju.

Kątem oka wychwytuję nagły ruch po prawej. Obracam się i widzę, że spomiędzy popleczników Kryptosów wyłania się Jonah na swoim wilkorze.

- Powinnaś mnie dosiąść - napomina Anassa, ale kręcę głową.

- Nie zamierzam eskalować napięcia - upieram się. - Nie musimy dziś walczyć.

Dostrzegam, że przez chwilę nerwowo porusza ogonem.

- Jesteś tylko zrodzoną w slumsach kłamczuchą - warczy Jonah.

Otwieram usta, aby się bronić, ale Jonah kieruje się w stronę tłumu - prześladowca i jego publika.

- Naprawdę zamierzacie pozwolić, aby królobójczyni przywłaszczyła sobie tron Nocturny? A co z naszą uświęconą misją Wilczego Stada, polegającą na ochronie korony i kraju? - Jonah kieruje wilkora, aby chodził w tę i we w tę, by przyciągnąć uwagę wszystkich, czym wyraźnie się rozkoszuje. - Twierdzi, że książę jest Syfonem, jak również, że był nim jego ojciec, król Cyril. Jeżeli to prawda, dlaczego nie ustawali w wysiłkach, aby wyeliminować zagrożenie ze strony Syfonów na południu? Od wieków toczymy wojnę z Astreoną przy pełnym zaangażowaniu królów! - Odwraca się do mnie twarzą, na której maluje się brzydki, zacięty wyraz. - Nie. Bardziej logiczne jest, że ta zdzira pragnie zostać królową, aby wieść żywot w luksusie, zamiast walczyć o swój kraj. Książę Killian nie chciał jej po tym, gdy oszalała i zabiła króla. To nienawistna dziwka, która zrobi wszystko, aby skraść to, co zgodnie z prawem należy się księciu. Królowi Killianowi.

Wypuszczam powietrze, widząc, że zgromadzeni mu ulegają - wierzą mu lub chcą to robić. Wtrąca się w sytuację, która w ogóle go nie dotyczy, stwarzając wygodny dla siebie dyskurs, ale w jakim celu?

Tylko dlatego, że jest mściwym narcyzem.

Rozglądam się sfrustrowana, szukając czegoś, czegokolwiek, dzięki czemu sprawię, że zgromadzeni uwierzą w prawdę.

Ile znaczyć będą w tym momencie moje słowa lub czyny, jeśli wszyscy wezmą mnie za kłamczuchę i zdrajczynię? Jeśli podporządkują się mężczyznom od stuleci sprawującym tu władzę i nie zechcą słuchać kobiety z pospólstwa?

Jonah wprawnym ruchem wyciąga z pochwy miecz, czemu towarzyszy metaliczny syk, i unosi go wysoko nad głowę.

Moją krew burzy paniczny strach, gdy otwiera usta i podburza mój lud przeciwko mnie.

- Prawdziwi Nocturianie za mną! Śmierć uzurpatorce!

3

Meryn

Mnóstwo rzeczy dzieje się w jednej chwili.

Instynktownie chwytam sierść Anassy i wskakuję na jej grzbiet. Otaczają mnie przyjaciele. Izabel i Tomison, a także reszta Strategosów automatycznie tworzą formację obronną wokół podwyższenia.

Venna się wyłamuje, krąży w ciasnym łuku. Jej wilkorka Skaia wybija się z tylnych łap i wskakuje na scenę tuż obok mnie.

- Alfo! - krzyczy Venna do Starka, gwałtownie wskazując na coś za moimi plecami.

Oboje natychmiast się odwracamy.

Zupełnie nieoczekiwanie dostrzegamy starszą Kryptoskę i jej szarego wilkora, który warcząc, rzuca się do przodu. Natychmiast wyciągam Wilczą Klingę i przygotowuję się na atak.

Do zwarcia jednak nie dochodzi, napastnicy pędzą nisko. Wilk pochyla łeb, uderza w przednie łapy Anassy i nas przewraca.

Zeskakuję, zanim upadamy, aby nie zmiażdżyło mnie wielkie cielsko. Ląduję z hukiem na deskach. Powietrze ulatuje z moich płuc, świat wiruje mi przed oczami i wypuszczam z ręki miecz. Ochraniam twarz rękami, dwukrotnie się przetaczając.

Nagle podłoże znika. Spadam z podwyższenia i uderzam twarzą w ziemię. Jęczę, podnosząc się, po czym opadam na plecy. W głowie mi się kręci. Sięgam do cieni, które pojawiają się w odpowiedzi na mój gniew, ale są tylko odległym szeptem. Upadek znacząco mnie osłabił.

Niebo ciemnieje, więc mrugam, starając się zachować przytomność. Pojawia się przede mną morze warczącej czerni, personifikacja przemocy - Cratos i Stark. Wilkor wskakuje bezpośrednio przede mnie, wraz z jeźdźcem ochraniają mnie od przodu. Anassa nadal znajduje się na podwyższeniu, pochylając się obronnie, jedną z łap trzyma zaborczo na rękojeści Wilczej Klingi.

Oszołomiona unoszę rękę do głowy. Dociera do mnie, że podczas upadku straciłam również koronę Sturmfrostu...

- Tam! - Do mojego umysłu wdziera się pomruk Anassy.

Kryptoska i jej wilkor pojawiają się kilka kroków na prawo przed Starkiem. Kobieta używa mocy watahy, aby stać się niewidoczna, gdy pędzą na nas.

Zdumiewająco nad tym panuje - nie potrafię pojąć, jakim cudem udaje jej się pozostać całkowicie niewidoczna w tak jasnym pomieszczeniu. Jak to robi? Czy to tylko dlatego, że jest starsza?

A może coś... wzmocniło jej magię?

Sięgam po miecz, po czym przyjmuję pozycję do walki.

Kryptoska ponownie jednak robi coś nieoczekiwanego. Zamiast zaszarżować, objeżdża mnie szerokim łukiem. Wyciąga krótką lancę i wbija ją w coś błyszczącego na ziemi. A potem ucieka.

Moja korona, uświadamiam sobie, przy czym mocno kurczy mi się żołądek. Kurwa. Czuję, jak w moich żyłach szumi ciemność, ale to znów tylko szept.

Krzyżuję spojrzenie ze Starkiem - kiwam głową, odpowiadając na pytanie połyskujące w jego oczach.

- Odzyskaj ją.

- Moja pani - rzuca. Rusza na Cratosie tak szybko, że ledwie rejestruję to wzrokiem.

Anassa zeskakuje z podwyższenia, więc wspinam się na jej grzbiet i dołączam do pozostałych Strategosów, by ocenić sytuację. Nadal jestem słaba po upadku, boję się nawet spróbować sięgnąć umysłem do tych spoza watahy.

- Jonah rozstawił kilka grup przy obwodzie areny - mówi Nevah. - Patrz tam, tam i tam. - Wskazuje sztyletem, jednocześnie przesyła obrazy. - Pilnują wyjść.

Kilkunastu członków watahy łączy się, skupiając na problemie, podrzuca nowe informacje i pomysły.

- Tamta grupa zmierza prosto na nas! - krzyczy mentalnie Izabel, więc wszyscy spoglądamy na wilki zbliżające się do Jonaha. To głównie kadeci, którzy podążali za nim podczas szkolenia. Co niepokojące, jest pośród nich również kilku starszych wilczych jeźdźców.

- I ci z lewej! - dodaje Nevah, prowadząc kilka osób z tej strony podwyższenia. Wszyscy wykorzystujemy drewnianą konstrukcję, by chronić tyły.

- Formacja! - rozkazuję, przełączając się na tryb walki. Jest nas tu trochę więcej, niż zgromadził przy sobie Jonah, ale tylko niewiele.

Co tu się dzieje, do cholery? Jak to w ogóle możliwe, że walka jest niemal wyrównana?

Zauważam, że wielu członków Wilczego Stada wciąż cofa się na arenie. Zapewne czekają na rozstrzygnięcie tej walki, nim otwarcie wybiorą, po której ze stron się opowiedzieć.

Krzywię się.

W powietrzu wyczuwam znajome napięcie, obrzydliwy szum energii, która pojawia się tuż przed rozlewem krwi. Z grzbietu Anassy widzę, że służba również to wychwytuje. Tutejszy personel przygląda się poszczególnym frakcjom wilczych jeźdźców. Ludzie doskonale zdają sobie sprawę z tego, co tu się zaraz wydarzy.

Szybko czmychają w głąb zamku, aby znaleźć się jak najdalej od narastającego rozgardiaszu. I dobrze. Nie potrzeba nam więcej świadków całego tego szaleństwa.

Strategosi i inni lojalni zbliżają się do mnie. Szukam wzrokiem Starka i Cratosa. Niemal udaje im się dogonić Kryptoskę, której wilkor wciąż wyprzedza ich o długi sus i usilnie próbuje dotrzeć do wyjścia strzeżonego przez zwolenników Jonaha.

Stark zmierza wprost na zwartych w szeregu wrogów.

- Nie przejmuj się nimi - warczy na mnie Anassa. - Robią to, odkąd byłaś szczeniakiem. Gotuj broń!

Uderza w nas pierwsza grupa napastników uzbrojonych w długie włócznie, które musieli przynieść, przewidując, że dojdzie do walki. Gnoje. Nieco rozbijamy szyk, aby ich ostro zakończona broń nie poraniła naszych wilkorów.

Anassa walczy, zamyka zębiska na jednej z włóczni, rozrywając ją na drzazgi, gdy potrząsa pyskiem. Jeździec mądrze puszcza oręż, ale dobywa miecza.

To błąd.

Biorę na niego zamach Wilczą Klingą. Metal ściera się z metalem, a ja zgrzytam zębami, gdy nacieram naprzód, centymetr po centymetrze zmuszając przeciwnika do odwrotu.

W tym samym momencie Anassa zaciska hardo szczęki, a kiedy odsuwa łeb, z paszczy zwisa jej kawałek futra. W miejscu lewego ucha wilkora napastnika zieje spora dziura.

Krew tryska na nas i skapuje na ziemię, w otwartej ranie pulsuje żyła. Odbieram promieniującą z Anassy dziką satysfakcję.

Jeździec przestaje tak wprawnie operować mieczem, gdy uderza w niego cierpienie jego wilka. Rozbijam jego obronę, zadaję długą ranę na boku. Mężczyzna krzyczy w agonii i spada. Równie szybko naciera na mnie kolejny jeździec.

U mojego boku pojawia się Izabel, więc we dwie ruszamy na wroga. Nasze miecze połyskują jasno, gdy wywijamy nimi, próbując trafić przeciwnika.

To Daemos, którego znam z Prób Więzi - jest ode mnie młodszy. Unosi ręce, aby porazić nas mocą watahy. Izabel i jej wilczyca Asteio skręcają w bok, robiąc unik przed silnym ciosem.

Magia z pełną mocą uderza we mnie i Anassę - jest jak kamienny mur i razi bardziej, niż powinno to być możliwe.

Co najdziwniejsze, wydaje się odbijać również w drugą stronę, jakby moc wywierała podobny wpływ na władającego nią jeźdźca. Młody Daemos spada z wilkora i rozkłada się na ziemi.

- Co to było? - pytam Anassę, zaciskając mięśnie, aby pozostać na jej grzbiecie. Nigdy nie widziałam, aby moc zadziałała w ten sposób.

Nie mamy jednak czasu na dysputy.

Szybko okrąża nas kolejny Daemos. Niemal udaje mu się dźgnąć sztyletem Izabel. Następnie skacze... i ląduje na jej wilkorze tuż za nią.

Wypatruję okazji. Anassa się obraca, aż znajdujemy się tuż obok Izabel i Asteio - oraz napastnika. Pochylam się, ale jest za blisko, więc uderzając w niego orężem, zraniłabym też Iz. Trzyma ją za szyję, więc dziewczyna nie może dosięgnąć go mieczem.

Kalkulując chłodno, wyjmuje nóż, który ma w pochwie przy udzie, nawet jeśli usilnie próbuje nabrać tchu. Wbija go w nogę oponenta, który wrzeszczy i przechyla się na bok. Masa ciała ciągnie go ku ziemi.

Docieram do niego i siekę bez litości. Z jego szyi tryska fontanna krwi, a wilkor przestaje walczyć. Upadają, gdy życie uchodzi z nich obu. Anassa warczy, zadowolona z moich poczynań, ale mnie wcale nie cieszy widok śmierci tego pięknego stworzenia. To wielka strata.

Asteio, warcząc, pochyla się i rozrywa podgardle wilka Daemosa, jej srebrzystobiały pysk ocieka szkarłatem.

Zdyszana obracam się, wypatrując kolejnego ataku, ale Nevah i Tomison, jak również pozostali Strategosi, wzięli większość napastników na siebie.

- Dzięki - sapie Izabel, pocierając posiniaczoną szyję, nim ponownie wskakuje na wilczycę.

- Sama byś go załatwiła za kilka chwil - odpowiadam ze sztywnym uśmiechem, starając się ukryć przerażenie, jakie dopadło mnie na widok osaczonej Iz.

Nie musząc przez moment walczyć, zauważam, że bitwa w głównej mierze przeniosła się na obrzeża areny. Żołądek mi się kurczy. Wszystko poszło nie tak. Miał to być moment zjednoczenia, a oto rozszarpujemy się nawzajem.

Opuszczam spojrzenie na Wilczą Klingę, którą wciąż dzierżę w dłoni. Król Cyril dzięki niej nas kontrolował. Panował nad naszymi wilkorami. Widziałam, jak to robił, jednym gestem wyzwalając przemoc.

Zastanawiam się więc...

- Tak - zachęca stojąca obok Anassa.

- Osłaniaj mnie przez chwilę - rozkazuję Izabel, po czym nawet nie czekam na jej odpowiedź.

Niezbyt przyjemnie łącząc przeszłość i teraźniejszość, unoszę Wilczą Klingę nad głowę, jak robił to nieżyjący już król podczas Prób Więzi. Nie chciałam się do tego uciekać - czyż dosłownie przed chwilą nie myślałam, że nasi pobratymcy zasługują na wolność wyboru oraz możliwość podejmowania autonomicznych decyzji?

Ale nie możemy zwracać się przeciwko sobie w ten sposób.

- Uspokójcie się! Przestańcie walczyć! - krzyczę, co odbija się echem poprzez mentalną więź Wilczego Stada. Moc powraca i zostaje wzmocniona, aż pulsuje mi w uszach.

Wszystko na arenie zamiera, dźwięk milknie. Wyczuwam ciężar umysłów stu wilkorów, nad którymi dominuje starożytna magia.

Dzięki bogini, miecz działa. Wilkory przestają słuchać jeźdźców, zaklęte moim wezwaniem.

Przejdziemy przez to - razem, jako członkowie Wilczego Stada.

Zaraz jednak bransoleta na moim nadgarstku zaczyna się nagrzewać i dochodzi do tego, że pali mi skórę. Na powierzchni krwistoczerwonego rubinu wirują cienie.

Nagle wiem. Po prostu wiem.

Jakąkolwiek magią miecza zmuszano wcześniej wilkory do uległości - jakakolwiek magia nas łączy - została zmieniona. Skażona. Zinfiltrowana. Wyczuwam to niczym chorobę czającą się na obrzeżach mojego umysłu. Zawartość żołądka podchodzi mi do gardła.

Moja moc już nie należy do mnie - odebrał mi jej część. I dokonał tego za pomocą podstępnej magii krwi.

Syfon, który niegdyś rządził, nadal zatapia niegodziwe kły w tym królestwie.

Ale to mu nie wystarczy.

W chwili, w której ta myśl przelatuje mi przez głowę, żar bransolety rozlewa się przez nadgarstek, palce...

I dociera do miecza.

Czerwone smużki pełzną wzdłuż Wilczej Klingi.

Przy wtórze głośnego brzęku ostrze pęka na tysiąc błyszczących metalicznie kawałeczków.

O nie.

Wpatruję się w nie zszokowana.

Miecz... pradawny niezwyciężony oręż, który miał pomóc połączyć ludzi z wilkorami, który dawał nad nimi kontrolę... Po prostu przestaje istnieć.

- Ruszaj się, Meryn - nagli Anassa, podczas gdy odnoszę wrażenie, że czas wokół mnie zwolnił, a poszczególne obrazy łączą się i zderzają ze sobą.

Zbliżają się Daemosi.

Odłamki Wilczej Klingi leżą rozsypane wokół mnie na ziemi, matowe i całkowicie bezużyteczne.

Asteio się podnosi, aby ostrymi pazurami rozorać twarz zbliżającego się pieszo przeciwnika. Kiedy mężczyzna upada, jego oblicze przypomina krwawą miazgę.

Nadal zaciskam palce na rękojeści Wilczej Klingi, ale to bez sensu, bo został mi w tej chwili tylko poszarpany żelazny kikut przy jelcu.

Z gardła wyrywa mi się zbolały ryk. To wszystko jego wina.

Wskakuję na grzbiet Anassy, oczyszczając umysł, gdy chowam rękojeść do pochwy. Wyraźnie wspominam przypływ mocy, którą dała mi korona. Jeśli chcę mieć jakąkolwiek szansę, by wygrać, muszę ją odzyskać.

- Dalej - mówię do Anassy, której nawet nie muszę prosić, bo sama biegnie już w stronę Starka i tej zdziry od Kryptosów.

Alfa Daemosów i jego wilkor znajdują się po przeciwnej stronie areny, otoczeni innymi wilkami. Widzę, że walczy samotnie z nimi wszystkimi. Porusza się tak szybko, że trudno za nim nadążyć. Paruje ciosy, jednocześnie zadaje własne, w jakiś sposób sprawia, że pięciu jeźdźców musi walczyć o życie.

Ich zmagania blokują drogę do wyjścia umykającej Kryptosce. Dostrzegam, jak pojawia się i znika, starając się zlać z cieniami, mocno trzyma swoją zdobycz - moją koronę. Symbol mojego prawa do władzy.

Rozpala się we mnie gniew i ponownie sięgam po magię cieni, która wcześniej z taką łatwością płynęła w moich żyłach. Ale moc jest śliska, nieuchwytna i mi się wymyka.

Krzyczę z frustracji. Niemal udaje nam się dotrzeć do Starka, gdy Anassa przerywa bieg i gwałtownie się zatrzymuje.

- Co...? - zaczynam, ale w tej samej chwili dostrzegam, że Jonah i jego poplecznicy zastępują mi drogę.

- Niech cię bogini, Jonah - mamroczę, wyciągając dwa noże do rzucania, i ostrożnie celuję.

Ten, którym mierzyłam w szyję chłopaka, trafia w ścianę magii Daemosów. Sztylet bezradnie ląduje na ziemi, a ja wraz z Anassą walczymy z brutalną mocą. Próbuję ją odeprzeć, odsunąć na bok, ale nie jestem w stanie nic wskórać.

Cmokam z irytacji. Co tu się właściwie dzieje? Stark próbował użyć magii Daemosów przeciwko Killianowi, ale ten ją odbił. Wyjaśnił, że stało się tak, ponieważ ta moc stanowi część mojej.

Zatem jakim cudem Jonah może mnie nią zaatakować? I dlaczego jego magia jest aż tak silna? Czy przez to, że nie noszę korony, moja własna energia wydaje się... słabsza?

Złość we mnie narasta, ale nadal nie jestem w stanie korzystać z cieni. W tej chwili są całkowicie nieprzydatne.

Rzucam drugim nożem, który z obrzydliwym dźwiękiem trafia w klatkę piersiową kobiety po lewej od Jonaha. Upada wraz ze swoim wilkorem i przy wtórze przenikliwych agonalnych krzyków zostaje stratowana przez kolejne zbliżające się łapy.

Czuję bijącą od Anassy brutalną dumę, ale w ogóle się na niej nie skupiam, bo dla mnie to wielka szkoda.

Jonah zwalnia, zerka przez ramię na zabitą towarzyszkę, po czym znów zbliża się do mnie z błyskiem w oczach.

- Nie mogę się doczekać, aż skręcę ci w końcu ten chuderlawy kark - warczy.

Parskam śmiechem, wyjmując kolejny sztylet.

- To chodź i spróbuj. - Ignoruję drżenie mięśni, gdy próbuje dopaść mnie zmęczenie. Jonahowi towarzyszy trzech wilczych jeźdźców, którzy rozchodzą się, aby mnie otoczyć.

- Musimy położyć temu kres - posyłam ponurą myśl Anassie, na co wyje w odpowiedzi.

- Trzymaj się, Meryn - rzuca Izabel z nutą desperacji. W mojej głowie pojawia się obraz pozycji, w jakiej znajduje się dziewczyna, nadal walcząc z inną grupą. Nawet jeśli będę miała szczęście, dołączy do mnie dopiero za kilka minut.

Do ataku przystępuje mężczyzna po prawej od Jonaha, jego wilk kłapie paszczą, celując w bok Anassy, gdy jeździec tnie mieczem. Ledwie udaje mi się zablokować jego cios, gdy moja wilkorka obraca się, odsuwając nas od nich, ratując moje zmęczone ręce, które niechybnie by się poddały.

Rzuca się w bok, a ja pochylam się do jej grzbietu, by się na nim utrzymać. Przelatuje nade mną strzała, i to na tyle blisko, że jej drzewce muska moje włosy.

Anassa skacze w lewo i skręca, dając mi chwilę na odzyskanie sił, nim ponownie zaatakujemy. Sięgam w głąb siebie, starając się przywołać nową magię cieni, ale nic nie znajduję, ani odrobiny.

Głośny trzask ściąga całą naszą uwagę do walki, którą toczy Stark.

Chociaż... jego tam wcale nie ma. Albo nie jestem w stanie go dostrzec. Ogarnia mnie nagła fala paniki.

W miejscu, w którym znajdował się jeszcze przed chwilą, wzbijają się kłęby kurzu. Piach przelatuje przez arenę i obsypuje nas, przez co zalewam się łzami i dzwoni mi w uszach. Mrużę oczy, starając się dojrzeć cokolwiek przez tumany pyłu. Bądź tam, proszę, błagam...

Kiedy piach nieco opada, gwałtownie wciągam powietrze. Stark w jakiś sposób wykorzystał moc Daemosów, aby zniszczyć całe wejście, zawalić je na pozostałych przy życiu przeciwników. W tej chwili niemal nie widać ich pod gruzami.

Wiedziałam, że jest potężny, ale coś takiego...?

Słyszę, że walki na arenie na chwilę cichną, gdy wszyscy gapią się na to, co się stało.

Zazwyczaj jasnobrązowa twarz Starka pobladła z wysiłku związanego z użyciem tak wielkiej mocy. Nadal ściga Kryptoskę; w pełni ją widać, bo przerażona, przestała panować nad magią.

W okamgnieniu zadaje jej śmiertelny cios, bezwładne ciało pada na ziemię z mokrym łoskotem. Stark pędzi na Cratosie, chwyta wilczą koronę, którą denatka nadal ściska w dłoni.

- Meryn! - woła, więc unoszę sztylet, by mu się pokazać. - Łap!

Rzuca mi artefakt, który wiruje w powietrzu, opal w jego środkowej części błyszczy, gdy zmierza ku mnie łukiem.

Anassa skacze, rozciągając tylne łapy. Przez chwilę przechodzi mnie dezorientujące poczucie déja vu, przenoszące z powrotem do Próby Głosu i naszego pierwszego skoku wiary.

Zaszłyśmy razem tak daleko.

Wyciągam wolną rękę, chwytam lecącą koronę i bez chwili wahania wkładam ją na głowę. Natychmiast przepływa przeze mnie jej energia, przynosząc ze sobą ciemność. Migocze obraz przed moimi oczami. Wszystko wokół traci kolor, plamy krwi przybierają czarną barwę.

Wokół mnie budzą się cienie.

Światło na arenie przygasa, jakby nad naszymi głowami zbierała się burza. Każdy cień w tym sporym pomieszczeniu rozciąga się i wygina ku mnie. Rusza w moją stronę w nietypowy sposób, aż wpełza na mnie, wije się na moich rękach niczym bluszcz.

- Uważaj - ostrzega Anassa. - Ta moc... nie potrafisz jej kontrolować. Nie wiesz, gdzie się zaczyna. Ani kończy.

Głębia mojego mroku jest bezgraniczna. Czuję to.

A raczej mogłaby taka być, gdybym zdobyła się na odwagę, aby ją przyjąć. W tej chwili jednak...

Teraz dokładnie wiem, gdzie się kończy. Istnieje miejsce, w którym moja magia zostaje stłumiona i osłabiona przez wpływ Killiana. A nawet pomijając go, okazuje się, że mam dostęp do większej mocy, niż mogłabym przypuszczać.

Wyciągam pokrytą cieniem rękę i przez chwilę wpatruję się w nią z fascynacją. Czuję pulsowanie w piersi, jakby magia nakłaniała mnie, abym zdecydowała się na jej użycie i ją uwolniła.

- Uważaj! - krzyczy ktoś. Unoszę głowę na czas, aby dostrzec, że pędzi ku mnie trzech towarzyszy Jonaha.

- Użyj mocy, Meryn! - woła Stark.

Ogarnia mnie wściekłość i po raz pierwszy, odkąd straciłam koronę, cienie odpowiadają na moje żądanie.

Instynktownie wyrzucam rękę, aby się osłonić.

Stać, myślę.

Stać, rozkazuję.

Z moich dłoni wystrzeliwuje energia - wielka fala cieni, która przechodzi przez dwóch jeźdźców przede mną, a potem skręca i zatacza szeroką pętlę, docierając do innych sojuszników Jonaha. Początkowo przypomina mi to magię Daemosów, gdy powietrze gęstnieje, ale na znacznie większą skalę, przy czym mrok jest widoczny.

Rozkoszuję się siłą, gdy gwałtownie wypływa ze mnie ciemność.

Zatrzymać ich, ponownie nakazuję cieniom. Poruszają się zgodnie z moim poleceniem, ale jakby z własnej woli - działają pod moim wpływem, niemniej wydaje się, że robią to bez mojego udziału.

Obejmują wilkory i ich jeźdźców, ciała zaczynają się wyginać i podrywać nad ziemią.

Po arenie niosą się krzyki, wyrywając mnie z samozadowolenia.

Nie. To przecież nie ja. Muszę to powstrzymać...

Czuję nagły ucisk w piersi, gdy cienie coraz mocniej zamykają się wokół przeciwników. Obejmują ich szyje. Wpełzają do ust. Tłumią błagania o litość.

Stop. Stop. Stop!

Chwilę później rozlega się echo głośnego trzasku. Jeźdźcy i ich wilkory padają nieżywi na arenę. I nie chodzi tylko o atakujące mnie trio, ale również o wielu ich sprzymierzeńców.

Nie żyje przynajmniej kilkunastu.

Cienie się cofają, a mnie coraz bardziej dopada rzeczywistość, wywracając mi żołądek na lewą stronę. Zaraz się porzygam.

Ręce, które zaciskam na sierści Anassy, trzęsą się z przerażenia - grozy tego, co właśnie uczyniłam.

Wszystko na arenie nieruchomieje. Walki ustają, gdy wszyscy wpatrują się w szoku w zmasakrowane truchła wilkorów i ich jeźdźców. Uważnie obserwuję zwłoki, jakbym czekała, aż wstaną. Poskręcane kończyny sprawiają, że leżące na ziemi areny ciała wydają się kruche i bezbronne.

Mrok wciąż oplata smugami moje ręce. Czuję jego chłód na skórze, jakby przypominał mi, do czego jestem zdolna.

Zabiłam wszystkich tych członków Wilczego Stada. Pojedynczym ruchem nadgarstka.

Może i nie byli gotowi, aby zaakceptować mnie jako swoją królową, ale wciąż stanowili mój lud.

- Widzicie, czym ona jest?! - Ciszę mąci Jonah.

Gwałtownie się wzdrygam. Zabiłam tak wielu, a jego akurat nie? Anassa warczy pode mną.

Jonah wskazuje na mnie palcem, dysząc.

- Właśnie przed tym ostrzegał nas Killian. Przed niekontrolowanym złem, które zniszczy nas wszystkich.

Młody mężczyzna gwałtownie obraca wilka i zmierza do wyjścia z areny. Jego poplecznicy podążają tuż za nim.

Kilka osób, które do tej pory były lojalne wobec mnie, rusza za nimi, ale na samą myśl o dalszym rozlewie krwi kręci mi się w głowie. Poprzez więź nakazuję, by pozwolono im odejść.

Nie w taki sposób chciałam pozyskać zwolenników, aby jeźdźcy zaufali mi jako przywódczyni. Nie przez użycie przemocy i zastraszenie.

Cienie wycofują się we mnie, wracają na swoje miejsce. Ogarnia mnie zimny szok, studząc furię, która wyprodukowała mroczną magię.

Anassa koi mnie swoją energią. Cichy pomruk powoli sunie przez moje ciało i osiada na nerwach, które są napięte jak postronki. Wiem, że wszyscy mnie obserwują - ale nie mogę im pokazać, jak się rozpadam.

Zbliża się do mnie Stark na Cratosie. Wilkor popycha Anassę nosem, po czym staje prosto, prezentując groźną postawę.

- Phylaksi, pomóżcie usunąć ciała wilków - rozkazuje Stark.

Spoglądam na zwłoki ludzi, których zabiłam.

Rozpoznaję młodą kobietę, która leży nieopodal. Zazwyczaj blond włosy w miedzianym odcieniu splatała w warkocz i robiła z niego kok.

- Meryn - naciska Anassa. - Musisz podążyć za Starkiem. Jeźdźcy czekają na twoje rozkazy.

- No tak.

Z trudem przełykam ślinę.

- Przyrzekam, że Jonah i ci, którzy go popierają, odpowiedzą za zdradę - mówię donośnie do wszystkich zgromadzonych, a w moim głosie słychać siłę, jakiej wcale nie czuję.

Obok kobiety leży mężczyzna z szokująco niebieskimi oczami, którymi wpatruje się niewidzącym wzrokiem.

- Co jeszcze? - Mam pustkę w głowie.

- Mieli otrzymać pierwsze rozkazy jako członkowie Wilczego Stada - przypomina wilkorka.

Kaszlę, bo gardło wyschło mi na wiór.

- Tymczasem nadal wiążą nas obowiązki wobec królestwa. W kwestii wyruszenia na front otrzymacie rozkazy jutro, gdy... gdy już skonsultuję wszystko z dowódcami wojskowymi.

Beznamiętnie patrzę, jak jeźdźcy pochylają głowy, po czym kieruję Anassę do wyjścia. Oczywiście wszyscy mnie słuchają, kłaniają się, ale poprzez więź wyczuwam ich strach.

Obawiają się mnie. Niszczycielskiej mocy, która wylała się z moich żył.

Wyjeżdżam na wilczycy, odprowadzana przez wszystkich wzrokiem. Trzymam głowę wysoko, ale kiedy tylko znikam moim ludziom z pola widzenia, obraz rozmazuje mi się przed oczami. Uwalniam łzy. Nawet nie wiem, dokąd się udajemy, i szczerze mówiąc, wcale mnie to nie obchodzi - po prostu muszę uciec gdzieś daleko.

Z dala od tych, których zawiodłam i przestraszyłam.

Z dala od tych, którym odebrałam życie.

- Nie powinnaś być sama - ostrzega wilkorka. - Nie gdy wrogowie pragną twojej korony i z pewnością nie w stanie, w jakim teraz jesteś.

Wzdrygam się, zauważając, że sprowadziła mnie pod drzwi gabinetu Starka. Zsuwam się z jej grzbietu i wchodzę do pomieszczenia. To miejsce równie dobre, by się rozpaść, jak każde inne.

Dopiero kiedy jesteśmy w środku i zamykają się za nami drzwi, pozwalam sobie na załamanie.

Opadam na kolana i dłonie, mocno uderzając o zimną posadzkę. Korona zsuwa mi się z głowy i dzwoni na kamiennej podłodze. Przygniata mnie pełny ciężar tego, co właśnie się wydarzyło - co zrobiłam.

Zabiłam kilkanaście osób, nawet ich nie dotykając. Za pomocą nietypowej mocy, której nawet nie rozumiem.

Czy staję się tym, o co oskarżył mnie Killian? Niebezpieczną, niestabilną i niegodną zaufania?

Nie potrafię pohamować łez. Płyną ciurkiem. A im dłużej to trwa, tym bardziej się nasila.

Każdy urwany, bolesny wdech, który udaje mi się nabrać, wychodzi z mojego gardła jako szloch, ale brzmi jak krzyk. Jestem niejasno świadoma, że moje płuca opuszcza więcej powietrza, niż udaje mi się nabrać. Uduszę się.

Anassa próbuje mi pomóc. Natarczywa troska szturcha krawędzie mojego umysłu. Wilczyca ponownie stara się mnie ukoić. Kiedy przyciska do mnie nos, kusi mnie, by się w nią wtulić i pozwolić ukołysać jej cichemu warkotowi.

Ponownie jednak uderza we mnie dzisiejsza groza. Jestem zbyt niegodziwa, aby mnie pocieszać. Na nic takiego nie zasługuję.

Przemiana Saeli, zdrada Killiana, życia, które odebrałam... Wszystkie te wydarzenia oznaczają moją porażkę. To ból, którego mogłabym uniknąć, gdybym tylko się postarała.

Spirala wciąga mnie w mrok, więc odpycham Anassę. Mocno.

Warczy, przy czym coraz bardziej się niepokoi. Staram się ignorować jej emocje. Nie potrzebuję ich.

Spirala nakręca się we mnie, aż wyrzucam pięść, a moje knykcie spotykają się z kamienną posadzką. Zmysły natychmiast ogarnia ból, zagłuszając paniczny strach.

Przynosząc od niego ulgę.

Uderzam więc ponownie, celowo mocniej. Rozrywam skórę.

Walę ręką, aż pozostawiam na podłodze krwawy ślad.

Ból oczyszcza ścieżki w moim mózgu, uwalnia od napływających z zewnątrz myśli. Zakotwicza mnie, przywraca do samej siebie, do ciała i tej chwili - do pewnej bystrości umysłu.

Czuję się okropnie, ale lepiej, niż kiedy poddałam się spirali we własnej głowie.

Uderzam pięścią w posadzkę raz po raz, aż pozostajemy tylko ja i ból.

Pochłania mnie do tego stopnia, że nawet nie słyszę, kiedy drzwi otwierają się z hukiem.

4

Stark

Co za pieprzona katastrofa.

Po wyjściu Meryn na arenie zapada cisza. Zdezorientowani jeźdźcy spoglądają na miejsce, w którym zniknęła. Pozwalam im przez chwilę na ten szok.

A potem mam dość patrzenia na ich pełne ignorancji i zmieszania twarze. Nie dotarły do nich rozkazy?

- Słyszeliście swoją królową! - warczę donośnie, a mój głos niesie się przez tłum z miejsca, w którym nadal siedzę na Cratosie. - Phylaksi, zebrać poległe wilkory. Daemosi, pomóżcie sługom z ciałami ludzi. Wszyscy świeżo upieczeni absolwenci wyruszają jutro na front, więc Strategosi i Kryptosi odejść i się przygotować. Jeśli nie ukończyliście niedawno Prób Więzi... - Rozglądam się po zgromadzonych, wybieram kilku starszych jeźdźców, którzy przybyli na ceremonię, i nawiązuję z nimi kontakt wzrokowy. - Wypieprzać stąd. Instruktorzy do mnie.

Jeźdźcy wskakują na wilki i ruszają. Staje przede mną trzech instruktorów, którzy nadzorowali przebieg Prób razem ze mną i Aldrichem: gamma Phylaksów Elinor Gardiner, gamma Kryptosów Samson Whyte oraz gamma Strategosów Daegan Prak.

Samson dociera pierwszy na swoim smukłym, tarantowatym, szarym wilku. Daegan i Elinor są tuż za nim.

- Całkiem niezłe zakończenie tegorocznych Prób. - Samson unosi jasne brwi, nadal zbity z tropu. Kryptos na wskroś. Nigdy nie przepadałem za tym przebiegłym gnojkiem.

- Musicie trzymać watahy w ryzach - polecam całej trójce cichym, niskim głosem. - Wszystko, co pokazała, było prawdziwe.

- Wierzę - odpowiada natychmiast Daegan. - O alfie Meryn można wiele powiedzieć, ale nie to, że jest kłamczuchą.

- Królowej Meryn - poprawiam go oschle.

Starsza Elinor rozgląda się po arenie, zaciskając usta.

- Alfo, wierzę zarówno tobie, jak i królowej Meryn, ale... - Urywa, wzdycha, a potem spogląda na mnie z niepokojem. - Nie chcę być niegrzeczna, ale jak według ciebie mamy utrzymać watahy w ryzach?

- Martwi się. Jest tylko gammą, a nawet ty czy ja nie byliśmy w stanie zapanować nad Daemosami - wtrąca Cratos. Obnaża zęby, na co Elinor nieco się cofa, lecz wiem, że wilkor nie jest na nią zły.

Wścieka się na członków watahy, którzy śmieli wystąpić przeciwko nam. W przeszłości nawet jeśli nie dogadywałem się z jeźdźcem, Cratos potrafił podporządkować sobie wilka. Właśnie w tym tkwi nasza moc pary alf.

A przynajmniej na tym powinna polegać.

- Co to było, Cratosie? - pytam, gdy wściekłość rozsadza mi żyły. - Kiedy ich dorwiemy, a z pewnością tak się stanie, pozwolę ci powoli pożreć tych jeźdźców.

Wilkor kręci dużym łbem.

- No nie wiem. Nikt nie powinien móc oprzeć się swojemu alfie. Może stało się tak, bo Syfoni skazili naszą więź albo miało to coś wspólnego z Wilczą Klingą...

Wystraszyłem się, gdy potężna broń pękła na kawałki niczym szkło. Ale nawet zanim zostałem alfą, żaden wilkor nie sprzeciwił się Cratosowi. Wszystkie wykonywały jego rozkazy. Był zbyt potężny - zawsze największy i najbardziej zajadły. To, że niektóre wilki zdołały mu się przeciwstawić, wydaje się szczególnie niepokojące.

- Postarajcie się - mówię do Elinor. - Powiadom mnie, jeśli ktoś nie będzie chciał się podporządkować, wtedy odpowie przede mną.

Cratos warczy przeciągle, przez co cofają się wilkory trzech instruktorów. Przerażeni świeżo upieczeni wilczy jeźdźcy rzucają nam wystraszone spojrzenia.

I dobrze. Najwyraźniej przez ostatnie cztery miesiące nie zaznali dostatecznie dużo strachu.

Kiedy trójka przede mną odwraca się, aby nadzorować watahy, Cratos nie rusza się z miejsca, a tylko strzyże uszami.

- Z Meryn nie jest dobrze - informuje mnie. - Anassa zabrała ją do twojego gabinetu.

Cholera.

- Pokaż.

Prosiłem go, aby odkąd Anassa nawiązała więź z Meryn, utrzymywał barierę w swoim umyśle. Wcześniej nie przeszkadzało mi to, że ma partnerkę. Docierały do mnie jego tęsknota i pożądanie, ale te uczucia należały do niego.

A potem Anassa przyjęła Meryn.

Wcześniej potrafiłem z daleka docenić błysk w jej piwnych oczach. Podziwiać ładnie zaokrąglone biodra, pamiętając przy tym, że cholernie jej nienawidzę. Pomagało to stłumić bolesne przyciąganie, gdy przypominałem sobie, że moje życie zostało z nią powiązane, nawet jeśli zachowuje się jak idiotka.

Pierwszy dzień stanowił tortury.

Cratos nie wzniósł murów. Stanęliśmy na szczycie, a kiedy zobaczyłem, że Meryn znajduje się tuż obok Anassy, a jej włosy przybrały tę lśniącą srebrnobiałą barwę, ogarnęło mnie czysto zwierzęce uczucie.

Zapragnąłem przerzucić sobie dziewczynę przez ramię i znieść z góry.

Nie - chciałem znaleźć najbliższą jaskinię, zębami zedrzeć z niej ubranie i nauczyć ją, jak ciepła skóra chroni od mrozu.

Cratos musiał zawrócić, żebym rzucił się w zaspę i stłumił pulsujące, niezasadne pożądanie, które zajęło każdą moją myśl. Bolało, a cierpienie zdawało się nie mieć końca.

Miała kochanka. Nienawidziła mnie. I ja ją również - jej chaotyczny brak dyscypliny i panowania nad sobą doprowadzał i nadal doprowadza mnie do szału. Cratos w końcu się nade mną ulitował i postawił mur, odcinając się od Anassy.

Nadal go podtrzymuje, a mimo to najsilniejsze emocje Meryn niekiedy się przebijają. Radzę sobie, zamykając własny umysł.

Jednak mam świadomość, że to... uczucie... znajduje się tam, oddzielone ode mnie jedynie cienką barierą.

Pomogło, że do tej pory przeważnie chciałem ją zabić. Teraz jednak czuję jej złamane serce, i to na tyle mocno, że niemal przygniata mnie do Cratosa, gdy kurczy mi się żołądek i ściska w piersi.

A zaraz potem pojawia się fizyczny ból. Cierpienie przeplatane krótkimi okresami ulgi.

Pojmuję, co ona wyprawia. Ale nie będzie tego robić pod moim przeklętym nosem.

- Idź - nakazuję.

Cratosowi nie trzeba powtarzać. Wybiega z areny, nie zważając na krzątających się tu ludzi, i niemal tratuje kilku jeźdźców. Chwilę później zatrzymujemy się przed moim gabinetem. Natychmiast zsuwam się z masywnego grzbietu wilkora i gwałtownie otwieram drzwi. Trzask drewna o ścianę nie zagłusza dźwięku, jaki wydaje pięść Meryn w zetknięciu z kamienną posadzką.

Złota korona - której tak usilnie poszukiwaliśmy - leży zapomniana tuż obok dziewczyny, która wciąż ma na sobie tę głupią suknię.

Rozwaliła dłoń, krew kapie jej z nadgarstka, gdy ponownie unosi rękę.

Z powodu bezradności ogarnia mnie frustracja, jak w tamtej gospodzie w Linsfall, gdy zobaczyłem blizny krzyżujące się na jej udach.

Blizny po ranach, które sama sobie zadała.

- Przestań. Natychmiast - warczę. Odczuwam głęboko zakorzeniony przymus ochrony, który bierze się albo z lat treningu, albo z tej cholernej więzi partnerskiej naszych wilkorów.

Spogląda na mnie załzawionymi oczami.

- Bo co? - rzuca gniewnie. - Zmusisz mnie?

Potrzebuję całej swojej silnej woli, by ponownie nie zacząć się na nią wydzierać. Jest niesamowicie irytująca.

Przywykłem do pełnienia roli dowódcy. Mówię innym, co mają robić, więc wykonują moje rozkazy. Natomiast nawet jeśli ta uparta, zajadła kobieta przewyższa mnie rangą, nie zamierzam pozwalać, aby przeszkodziło mi to w zrobieniu tego, co słuszne.

- Tak - mówię, wchodząc do pomieszczenia.

Gdy zbliżam się do Meryn, tak mocno otacza mnie jej słodka woń, że niemal się potykam. W głowie mi się kręci i orientuję się, że mury między nami pozostają opuszczone.

Muszę nad sobą zapanować, aby nie rzucić się na podłogę obok niej, nie przyszpilić jej pod sobą i nie zlizać krwi z jej ran.

- Cratos - syczę w myślach, zamykając oczy, aby odciąć się od kolejnej fali pożądania i troski. - Dobijasz mnie.

- Przepraszam bardzo - odpowiada z nutą rozbawienia. Zastanawiam się, na ile szczerze się kaja, chociaż wznosi mury i znów mogę oddychać.

Otwieram oczy i posyłam Meryn kolejne gniewne spojrzenie.

- Mam za zadanie chronić cię przed niebezpieczeństwem, nawet jeśli sama je stwarzasz.

- Odwal się! - wrzeszczy, ponownie uderzając pięścią w kamień. Coś głośno chrupie.

Ja pierdolę!

Stawiam dwa kroki i schylam się do niej. Ponownie bierze zamach, ale łapię ją za nadgarstek. Jest maleńki w mojej dłoni, ale w ręce Meryn drzemie siła, gdy próbuje mi się wyrwać.

- Przestań! - ponownie rozkazuję, podnosząc ją z posadzki. Walczy ze mną, zaciskając usta w hardym grymasie. Jest tak skupiona na zadawaniu sobie bólu, że chyba nie zdołam do niej dotrzeć.

Zaciskam mocniej palce. Skoro tak bardzo pragnie się skrzywdzić, w porządku.

- Chcesz w coś uderzyć? Zranić kogoś? - Wrę z wściekłości. Przyciągam ją do siebie, aż się zatacza. Biorę ją za tę nierozbitą rękę i kładę sobie na piersi. - Uderz mnie. Skrzywdź mnie. Zniosę to.

Opada jej szczęka i przestaje walczyć. Zdaje się, że wyrwałem ją z jej własnego umysłu i przywróciłem do ciała. Rozluźnia się przy mnie, gdy więżę jej zaskakująco miękką dłoń pod swoją większą.

Żar pali mnie tuż nad sercem. Czy Meryn czuje, jak mocno bije w mojej piersi?

Rozluźniam palce, ale jej nie puszczam, obawiając się, że znów się załamie. Meryn oddycha drżąco, gdy burza emocji powoli przechodzi.

Spoglądam na jej zakrwawioną, zranioną rękę i widzę, że się goi. Najwyraźniej Anassa używa swojej magii, by ją uleczyć. Pospiesznie spoglądam w rozumne, żółtozłote oczy wilczycy.

- Nie rób tego więcej - proszę przez ściśnięte gniewem gardło - jeśli znów będzie się ranić. Nie powinna zakładać, że twoja magia wszystko naprawi.

Meryn się krzywi i w końcu wychodzi z moich objęć. Zauważam rumieniec na jej policzkach.

- Jestem tu, w razie gdybyś chciał mi coś powiedzieć - rzuca, mrużąc piwne oczy. - Nie musisz instruować Anassy, jakbym była berbeciem, którego nie można spuścić z oka.

- To nie zachowuj się jak takowy. Skończyłaś już użalać się nad sobą? - warczę, na co jeszcze bardziej piorunuje mnie wzrokiem. I dobrze. Robi to, co musi. Ponownie się wkurza. Wraca jej ogień. - Królestwo czeka, aż zaczniesz nim władać.

- Skończyłam - odpowiada, ocierając zakrwawioną dłoń o suknię.

Przez chwilę uważnie się w nią wpatruję, aby mieć pewność, że nie ściemnia.

Staje wyprostowana i zaciska usta, wydaje się nieco skrępowana.

- Co mamy zrobić? - pyta nieco łagodniejszym tonem. Wciąż kotłują się w niej emocje, ale wie, że nie musi wyładowywać ich na mnie.

Wzdycham i przeczesuję włosy palcami. Co za złożone pytanie. Od czego w ogóle mam zacząć?

- Musimy przygotować twoją koronację.

Mruga, jakby się pogubiła.

- Nie możesz tak po prostu oznajmić, że jesteś królową - informuję z niewielkim zniecierpliwieniem. - Musisz zostać koronowana.

Meryn parska zgorzkniałym śmiechem.

- A kto niby ma mnie koronować? Wyjęłam koronę z przeklętego rynsztoka. - Wskazuje przedmiot, który leży na podłodze do góry nogami. - Król, po którym przejmuję władzę, już nie żyje.

Pochylam się, zgarniam koronę i odkładam ją ostrożnie na leżący na stole stos książek.

Na to przynajmniej mam odpowiedź. Siegrid odezwała się do mnie w nocy, gdy wyczuła w więziach, że dzieje się coś niedobrego.

- Ceremonii będzie przewodniczyła Matka Duchowna Bezimiennej Bogini.

Meryn prycha.

- Wydawało mi się, że uważasz Bezimienną Boginię za "bajeczki dla gminu" - mówi, przypominając mi to, co powiedziałem w Linsfall, gdy odwiedziliśmy znany posąg bogini.

Ma rację, tak właśnie uważam. Gdyby naprawdę istniała jakaś dobra bogini, czy nasz świat byłby aż tak popieprzony? Nie, jedynymi bogami są ci, którzy czerpią radość z oglądania, jak ich ludzkie zabawki zabijają się nawzajem.

Nie mogę jednak nikogo winić za nadzieję na coś lepszego.

Wzruszam ramionami.

- Nieważne, co myślę. Chodzi o legitymizację twojej władzy przed poddanymi, a na przestrzeni dziejów to właśnie przewodnicząca zakonu nadzorowała każdą koronację. Alfa suwerena przyjedzie z frontu na ceremonię i zajmie się eskortą Matki Duchownej do zamku.

Meryn marszczy brwi.

- Przepraszam, ale alfa suwerena? Znaczy twoja matka?

Czuję, że drga mi mięsień na policzku.

- Tak.

Cratos śmieje się w mojej głowie, ale nie zważam na to.

- Aby wszystkiemu stało się zadość, będziemy musieli zaprosić arystokrację - ciągnę. - Nie będzie łatwo przekonać ich do przyjazdu. Możemy nie uzyskać poparcia wszystkich prowincji, więc musisz być na to gotowa.

Na szczęście Siegrid przywiezie z frontu Noemi, która powinna pomóc. Ciepło rozchodzi się w mojej piersi na tę myśl. Minęło kilka miesięcy, odkąd się widzieliśmy, odkąd ją tuliłem.

Meryn sztywno kiwa głową.

- A po tym, co wydarzyło się dziś na arenie, mam obawiać się jeźdźców? Tych od... Jonaha?

Ten gnój. Powinienem był wyeliminować go już podczas Prób Więzi, gdy miałem ku temu sposobność. Niezbyt dobrze, jeśli instruktor zabije kadeta, ale skoro jeździec nie nadaje się do watahy, to ktoś powinien zareagować. Nigdy nie wybaczę sobie, że tego nie zrobiłem.

Kiedy go dopadnę, nie będę się spieszył. Cratos pożre jego wnętrzności, gdy popielce wykolą mu oczy. Fiuta natomiast zostawimy szczurom.

- Nie mam pewności - odpowiadam szczerze. - To, co stało się na arenie...

- Z Wilczą Klingą. - Meryn siada na podłodze, chwytając się za głowę. - Miałam ją przez cały dzień, nim pękła. Teraz nikt nie uwierzy, że jestem prawowitą królową. - Unosi brudną, zakrwawioną twarz, aby na mnie spojrzeć, przy czym cierpię, gdy widzę, w jak wielkiej znajduje się rozsypce. Pospiesznie wyjaśnia, co się stało, gdy miecz się rozpadł, to, w jaki sposób odczuwała, że jej moc została skażona i zdławiona. - To ta bransoletka - wyznaje cicho. - Jakąkolwiek zaklęto w niej magię krwi Syfonów... wszystko niszczy. Czy bez Wilczej Klingi ktokolwiek będzie wykonywał moje rozkazy?

Wzruszam ramionami.

- Mamy świadomość, że ostrze istniało za czasów panowania królowych Sturmfrostu, ale nie wiemy, jak go używać. Niezależnie od tego ludzie podążą za tobą, ponieważ zaakceptują cię jako należną władczynię.

Krzywi się ze sceptycyzmem, ale nie mogę jej za to winić.

- Zapanujemy nad sytuacją, gdy tylko zjawi się alfa suwerena - kontynuuję. - Nikt nie zaprzeczy twojej mocy ani też nie śmie wystąpić przeciwko Siegrid. Jest bardzo szanowana pośród członków Wilczego Stada i wzbudza postrach.

- Dobrze. - Meryn patrzy na zniszczoną suknię, którą wciąż ma na sobie. - Ech, muszę się umyć i znaleźć coś do przebrania.

Wzdycham i ujmuję jej rękę, by ją podnieść.

- Znam kogoś, kto nam w tym pomoże.

***

Cratos i Anassa odchodzą, aby uporać się z wilkami, a ja prowadzę Meryn krętymi korytarzami przez zamek. W końcu docieramy do wielkich drewnianych wrót. Pukam.

- Proszę! - woła podstarzały, aczkolwiek dystyngowany głos.

Wchodzimy do gabinetu, którego ornamentowane okna dają widok na pokryty śniegiem ogród. Pomieszczenie jest bogato, ale nie przesadnie zdobione, pośrodku stoi piękne rzeźbione biurko, za którym siedzi starsza kobieta o siwych włosach upiętych w ciasny kok i patrzy przenikliwie.

- Najjaśniejsza pani - wita się, głęboko skłaniając głowę.

- Oto ochmistrzyni zamku, Alienor Bernard - przedstawiam ją, wskazując Meryn, aby usiadła w jednym z kobaltowoniebieskich foteli przed biurkiem.

Nikt tak naprawdę nie wie, ile lat ma ochmistrzyni, ale przewodzi na tyle długo, że musi być po osiemdziesiątce. Z wyglądu jednak nie dałbym jej więcej niż sześćdziesiąt lat. Kojarzę ją od swoich najmłodszych lat.

Nigdy nie była przyjazna, ale cechuje ją dobroć.

Nieco zdezorientowana Meryn unosi wzrok.

- Ochmistrzyni zamku...?

Alienor przechyla głowę.

- Tak. Zarządzam personelem i infrastrukturą.

Krzywię się, moszcząc się obok Meryn, i wskazuję kobiecie, by również usiadła.

- Trochę ubogi ten opis. Alienor odpowiada za wszystko, co dzieje się w zamku, począwszy od nadzorowania służby, a skończywszy na naprawach, aby utrzymywać królewskie i szlacheckie pomieszczenia.

- A w tym momencie służę twojej woli, pani - dodaje gładko. Być może przez dekady robiła za prawą rękę Valtiere'a, ale jest dostatecznie bystra, by wiedzieć, jak zachować stanowisko oraz głowę.

Natychmiast przedstawiam Alienor potrzeby Meryn - komnaty, stroje, służbę.

- Czy zastanawiałaś się już nad Kapitułą, pani? - pyta kobieta.

Meryn kręci głową.

- Przepraszam, ale chyba nie wiem, co to znaczy.

Alienor obrzuca mnie przelotnym spojrzeniem; liczę na to, że umknie ono uwadze mojej towarzyszki. W tej milisekundzie zdołała mi jednak przekazać niewątpliwą prawdę - ta kobieta ma być królową, a nic nie wie o swojej nowej roli. Nie zna nawet podstaw.

Jedno to powołanie do korony albo dosiadanie najpotężniejszej wilczycy od wieków lub też przyjście na świat w królewskim rodzie. Ale czym innym jest faktyczne rządzenie królestwem.

Wszystkich nas czeka sporo pracy, ale Meryn szczególnie. Naprawdę żywię wielką nadzieję, że tym razem będzie chciała się uczyć.

- Kapituła Stanu to królewscy doradcy - odpowiada natychmiast ochmistrzyni, przy czym w jej głosie nie pobrzmiewa ocena. - W Kapitule króla Cyrila zasiadałam ja, radca Sturmfrostu, alfa suwerena Siegrid Therion oraz kilku krewnych monarchy.

Meryn marszczy brwi.

- A po co byli mu krewni?

- Doradzali w relacjach z gminem, z członkami Wilczego Stada, jak również nadzorowali planowanie wszystkich ważnych wydarzeń i ceremonii w zamku.

- Dobrze - przyznaje Meryn. Nietypowo milczy i wydaje się, a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, że słucha właśnie rad Anassy. - Zatrzymam w Kapitule panią oraz alfę suwerenę. Radca Sturmfrostu... cóż, jego chyba też powinnam zostawić na stanowisku. Proszę pozbyć się jednak krewnych Valtiere'a. Zastąpię ich własnymi doradcami.

Ochmistrzyni Alienor składa ręce przed sobą na biurku.

- A na którą metodę się decydujesz, pani? Ścięcie? Uwięzienie? Rozszarpanie przez wilkory?

Meryn wyraźnie blednie.

- Na boginię, nie. Chodziło mi tylko o to, aby pozbyć się ich stąd. Odesłać do prowincji, z której przyjechali. Wiem, jak wyglądały rządy Cyrila, ochmistrzyni, ale zamierzam władać zgoła odmiennie.

Na twarzy Alienor maluje się niewielki uśmiech.

- Rozumiem.

- A skoro już przy tym jesteśmy - ciągnie Meryn. Rozmowa sprawia, że w końcu nieco się ożywia. - Chodzi o służących. Daj im, proszę, znać, że każdy, kto zechce odejść, może śmiało to zrobić. Niech nie pracują dla kogoś, kogo nie zamierzają wspierać, kogo mogą się obawiać. Każdy, kto zechce zrezygnować, otrzyma odprawę w postaci miesięcznego wynagrodzenia i solidne referencje. W Sturmfroście żyje wielu, którzy ochoczo ich zastąpią. Bez sensu zmuszać do pracy tych, którzy jej nie chcą.

Wyznanie Meryn rozluźnia coś w mojej piersi. Po tym, co stało się dziś na arenie, nieco się martwiłem, że stworzymy sobie nową tyrankę. Wydaje się jednak, że Meryn pragnie być regentką zupełnie innego pokroju.

Jeśli mam trwać u czyjegoś boku i być jego bronią, muszę wiedzieć, że nie zostanę skierowany w niewłaściwą stronę.

Wracam myślami do tego, jak Meryn pozwoliła Jonahowi i jego poplecznikom odejść, podczas gdy inny władca - z pewnością Cyril, a nawet alfa suwerena - domagaliby się ich natychmiastowej egzekucji. Wspominam jej przerażenie, gdy zobaczyła, ile osób zabiła. Groza okazała się nie do zniesienia, przez co postanowiła okaleczyć samą siebie.

To władczyni, która naprawdę cierpi wraz ze swoim ludem...

Serce mi się kraje, gdy spoglądam na nią i dostrzegam zapał w jej piwnych oczach oraz rumieniec na wydatnych kościach policzkowych. Jeśli będzie miała u boku ludzi, którzy ją wesprą, jeśli nie ulegnie zepsuciu przez władzę, którą będzie dzierżyć... co to może oznaczać dla Nocturny?

- Natychmiast ich powiadomię - odpowiada ochmistrzyni, zapisując to sobie. - Spośród chętnych do pracy wybierzemy kobietę, która zostanie twoją główną asystentką. Przygotuje wraz z innymi twoje pokoje.

Meryn blednie.

- Pomieszczenia króla Cyrila?

Alienor unosi siwe brwi.

- Oczywiście. To tradycyjne komnaty królewskie.

- Nie - sprzeciwia się stanowczo. - Zostanę po królewskiej stronie zamku, jeśli tego wymaga etykieta, ale nie będę mieszkać w jego pokojach. Nie teraz. I nie w najbliższym czasie.

- To może w pomieszczeniach alfy suwereny? - proponuję, a Alienor kiwa głową. Obracam się do Meryn i wyjaśniam: - Alfa suwerena posiada swoje pokoje po tej samej stronie zamku, aby mogła być blisko rodu królewskiego.

- Może oprowadzisz najjaśniejszą panią, alfo? - podsuwa Alienor. - Poślę kogoś, kto niebawem przyniesie odzienie i przyszykuje kąpiel.

Kiedy wstajemy, ochmistrzyni zaciska usta w zamyśleniu. Otwiera je chwilę później, jakby chciała coś dodać, ale milczy i tylko kręci głową.

- Co? - pytam. - Nie ma czasu na ceregiele, ochmistrzyni.

Krótko kiwa mi głową i zwraca się do Meryn:

- Najjaśniejsza pani, mam nadzieję, że zostanie to odebrane jako uprzejmość, którą zresztą jest. Wydaje mi się, że w twojej wiedzy o królewskich obowiązkach i procedurach mogą występować... pewne luki.

Meryn wybucha śmiechem i nie jest w stanie się uspokoić. Pochyla się, a łzy płyną jej po policzkach, gdy z ust wylewa się rechot.

Ochmistrzyni obrzuca mnie zmartwionym spojrzeniem. Chwytam więc Meryn za rękę, skóra mrowi mnie w miejscu kontaktu.

- Weź się w garść - mamroczę. - Najjaśniejsza pani.

Meryn staje prosto i ociera twarz.

- Wybacz mi, ochmistrzyni, ale to był najgrzeczniejszy sposób, w jaki powiedziano mi kiedykolwiek, że jestem niczego nieświadomą kretynką, a przez ostatnie miesiące często to słyszałam.

Alienor czerwienieje.

- Naprawdę nie chciałam urazić...

Biedaczka. Nie miałem pojęcia, że można ją tak speszyć, jednak wydaje się, że Meryn Sturmfrost może podejść dosłownie każdego.

Moja towarzyszka przerywa jej gestem.

- Nie uraziłaś. To prawda, że luki w mojej wiedzy są tak przepastne, że równie dobrze można określić je mianem kanionów. Ochoczo przyjmę wszelkie wskazówki, które mi dasz. A jeśli poza tym mogłabym coś na ten temat poczytać, możesz polecić mi jakieś lektury.

Alienor z niewielkim uśmiechem podchodzi do regału, który rozciąga się na jednej ze ścian, po czym wyjmuje z półek kilka tomów w skórzanych oprawach. Podaje cały stos Meryn i odprowadza nas na korytarz, następnie zamyka za nami drzwi.

Bez wątpienia cieszy się, że przeżyła to spotkanie, zachowując głowę.

W milczeniu prowadzę Meryn do komnat alfy suwereny, a następnie się jej kłaniam i odwracam, by odejść.

- Stój - rzuca za mną zduszonym szeptem.

Zamieram, ale się nie obracam.

- Dziękuję - mówi. - Za wszystko.

Zaciskam pięści. Nieznacznie prostuję plecy, unoszę głowę i spoglądam na nią.

Łzy śmiechu wyżłobiły ślady w jej brudnych policzkach, ale widzę, że stoi dumnie wyprostowana. Mocno przyciska książki do piersi, które nieco miażdży i wypycha z dekoltu sukni. Jednocześnie prezentuje się majestatycznie i jest w opłakanym stanie.

Ogarnia mnie nagłe, natarczywe ciepło.

Ponownie potrafię sobie wyobrazić władczynię, jaką mogłaby się stać. Nie boi się postępować słusznie dla swojego ludu. Jest pewna siebie i uczciwa. Domaga się sprawiedliwości, lecz nigdy poprzez okrucieństwo. Może prezentować taką właśnie postawę, a nawet się czegoś nauczyć.

Do mojej głowy wpada niechciana myśl: ona musi zasiąść na tronie. Zasługuje, by ją wielbić.

Równie szybko pojawia się świadomość, że powinienem się od niej zdystansować, nawet jeśli muszę ją uważnie obserwować, by móc chronić. Wiem, co wydarzyło się dziś na arenie. Dostrzegła własną moc, słusznie się jej wystraszyła i postanowiła się odciąć.

Aż do momentu, w którym zachęciłem ją, aby sięgnęła po ten swój mrok.

Mam krew na rękach tak samo jak i ona.

- Wcześniej mówiłem poważnie - przypominam z warkotem, którym, jak mam nadzieję, maskuję bolesną potrzebę. - Następnym razem, gdy sytuacja cię przerośnie, przyjdź do mnie. Poszukamy innego sposobu rozładowania twojego bólu.

Odwracam się na pięcie i odchodzę pospiesznie korytarzem, usilnie próbując nie wyobrażać sobie, jak moglibyśmy tego dokonać.