Rozdział 1
Świt wstawał tego dnia powolutku, jakby i on miał w poniedziałek
trudności, by się zebrać do bardziej energicznego działania. Łagodnymi
ruchami malował na niebie dzieło sztuki, ale nie miał zbyt wielu widzów.
Niewielkie osiedle położone na obrzeżach Krakowa wciąż spało. Ulice były
jeszcze puste.
Nie każdy jednak śnił o miłych rzeczach otulony ciepłą kołdrą. Babcia
Kalina stała już przy oknie, na swoim zwykłym miejscu. Obudziło ją
bardzo wcześnie pełne napięcia oczekiwanie. Jakby nadchodzący dzień miał
przynieść coś wyjątkowego.
Tylko czy to będzie dobre? - zastanawiała się, zaciskając poły ciepłego
błękitnego szlafroka. Żyła już dość długo, by wiedzieć, że nie wszystkie
niespodzianki, jakie niesie los, są fajne. Odsunęła szeroko firanki.
Słońce powoli wyłaniało się znad horyzontu, a jednocześnie na
pokolorowanym na czerwono niebie wciąż srebrzył się księżyc. Okrągły i pękaty.
Jak dobrze wyrośnięta bułeczka - pomyślała Kalina i postanowiła
natychmiast postawić zaczyn na ciasto drożdżowe.
Uwielbiała każdy etap tej pracy. Wsypywanie mąki tworzącej miękki
kopczyk, ugniatanie palcami pachnącej plastycznej masy, a potem
czekanie, aż wyrośnie. A najbardziej ten moment, gdy z piekarnika
zaczynało roznosić się ciepło, a wraz z nim aromat świeżego ciasta.
Jej mama mówiła, że ten zapach zwabia do domu miłość. Długo trwało, nim
potwierdziły się te słowa. Ale warto było czekać. Piękna willa pod
kasztanem w ostatnich miesiącach ożyła i rozkwitała jak ogród, który ją
otaczał. A teraz jeszcze na jej piętro miała się wprowadzić ukochana
wnuczka Kaliny, Bianka, z mężem. Po prostu pełnia szczęścia.
Kalina z radością zaczerpnęła świeżego rześkiego powietrza i znów
spojrzała na bułeczkę na niebie. A potem poszła do kuchni. Jej
energiczna krzątanina za chwilę miała obudzić dom.
* * *
W sąsiednim domu też nie wszyscy spali. Michał zaciskał wprawdzie mocno
powieki, ale nic z tego nie wynikało. Tęsknił za żoną. Nie lubił, gdy
wyjeżdżała do Warszawy, choć starał się tego nie okazywać. Jego rozum
akceptował fakt, że Bianka musi odwiedzać matkę. Serce jednak miało
gdzieś wszelkie rozsądne argumenty. Dłonie same wyciągały się na pustą
połowę łóżka. Szukały drobnego ciała Bianki, które generowało tyle
ciepła.
Uzależnił się od niej. Kochał ją tak mocno, że aż sam bał się tego
uczucia. Całe życie był typem samotnika. Skupił wszystkie siły na opiece
nad siostrą i bratem, nie wierzył w miłość. To sprawiło, że kiedy
przyszło uderzenie, był kompletnie nieprzygotowany. Łupnęło więc w niego
z wielką siłą.
Przewrócił się na łóżku. Zawinął w kołdrę i przez chwilę szukał wygodnej
pozycji. Ale szybko musiał się pogodzić, że z dala od Bianki taka już
nie istniała. Zerwał się gwałtownie i stanął przy oknie. Objął się
ramionami. Nie mógł opanować swoich emocji. Świtało, ale księżyc wciąż
mocno świecił tuż nad dachem domu babci Kaliny. Okrągły i jasny wyglądał
jak policzek Bianki albo inna krągłość jej ponętnego ciała. Michał
zasunął mocno zasłonę.
- Do chrzanu z takim księżycem! - zdenerwował się. - Co tu robisz o tej
porze?! - zawołał do niego. - Jest rano! Przestań kusić ludzi i jeszcze
takie aluzje wysyłać.
Nic nie mogło ugasić jego tęsknoty. Wszystko kojarzyło mu się z Bianką.
Spojrzał na łóżko i jeszcze mocniej się poirytował. Ono też wysyłało w jego stronę jednoznaczne komunikaty.
- Wszyscy tylko o jednym! - Wkurzył się.
Spojrzał na zegarek. Wskazówki pokazywały, że jest tuż przed piątą.
Jakaś nierealna godzina. O tej porze każdy szanujący się informatyk śpi,
odsypiając jak należy zarwaną przed komputerem noc. Michał całe dorosłe
życie spędził właśnie w ten sposób. W nocy pracował, rano odsypiał, a potem znów pracował. Ta rutyna całkowicie go pochłonęła.
Ale już nie należał do tego świata. Od wielu tygodni nie tworzył
programów komputerowych nocami w towarzystwie migających na niebie
ciemnych gwiazd. Teraz w mroku szukał tylko jasnych oczu Bianki.
Nie był jednak w pełni szczęśliwy, choć miał ku temu milion powodów.
Bał się. Ciągle się bał.
Nie chciał tego uczucia. Wiedział doskonale, że strach zabija miłość.
Tłumił go, chował, gasił, rozpędzał racjonalnymi argumentami, ale nie
potrafił pokonać całkowicie. W głębi serca cały czas był przekonany, że
nie zasługuje na taką wspaniałą kobietę. Nie do końca rozumiał, co się
naprawdę wydarzyło kilka miesięcy temu. To było tak szybkie, że wciąż
pozostawał w szoku.
Gwizdnęło, błysło, zagrzmiało, dotychczasowe życie rozsypało się w proch
i nagle Michał znalazł się przed ołtarzem. W jego samotni pojawiła się
istota nieznana. Kobieta. Absolutnie fascynująca i równie zagadkowa.
A był już na prostej drodze do zostania tak zwanym nowoczesnym mnichem.
Mężczyzną młodym, ustawionym zawodowo, ale z nikim niezwiązanym.
Zachowującym celibat komputerowców, dozgonną wierność wobec ekranu
laptopa. Jak wielu facetów, którzy nocami nie odrywają wzroku od
migających literek i obrazków. Z czasem zupełnie już niezdolnych do
okazywania, a nawet odczuwania prawdziwych emocji. Do miłości.
Bianka wyciągnęła go z tego punktu w ostatniej chwili.
Michał bowiem przez lata coraz mocniej pogrążał się w wirtualnym
świecie. Awans w pracy oznaczał dla niego jeszcze więcej czasu przed
komputerem, kolejne wyzwania, rosnącą odpowiedzialność. Z pewnością nie
znalazłby w swoim napiętym planie dnia czasu na miłość. Nawet by nie
wiedział, gdzie jej szukać. W internecie był tylko seks, a on nie chciał
się przyznawać, że zależy mu na czymś więcej. Podejrzewał, że
nowoczesne, wyzwolone kobiety by go wyśmiały. Uznały za jakiś
przestarzały romantyczny relikt. Może nawet wykorzystały i oszukały jak
Antka?
Nie miał zamiaru godzić się na to. Odsunął się w swój świat. A prócz
pracy miał jeszcze jedną doskonałą wymówkę. Musiał przecież zajmować się
rodzeństwem, po śmierci rodziców w wypadku samochodowym. Choć Magda i Bartek już od lat teoretycznie byli dorośli, wiedział, że nie może ich
zostawić zupełnie samych. Brat miał kłopoty ze sobą, nigdy na dobre nie
poradził sobie z traumą z dzieciństwa, nie dorósł. A Magda też z trudem
układała sobie życie. Potrzebowali go. Tak sobie to tłumaczył.
Ale w gruncie rzeczy to on potrzebował ich.
Dzięki temu nie musiał zajmować się własnym życiem. Zastanawiać, jak
mijają mu lata. Brać odpowiedzialności za siebie. Wszystko miał
poukładane niczym dobre klocki. Jak poprawnie napisany program
komputerowy. Żył niejako na śpiąco. Zabiegany między kolejnymi
obowiązkami, zajęty bieżącymi zmartwieniami i domowymi sprawami. Ilość
drobiazgów, jakie musiał ogarnąć każdego dnia, żeby dom prawidłowo
funkcjonował, mogłaby przytłoczyć niejednego specjalistę od organizacji
czasu. A on dawał radę. Był jak tradycyjna matka Polka tylko w męskim
wydaniu. Godził pracę z opieką nad dziećmi. A że one mu w tym czasie
dorosły, to pech.
Bianka pojawiła się w jego życiu znienacka. Weszła w jego świat i wszystko zburzyła. Niewiarygodne, jaką siłę miała ta delikatna, wiotka
dziewczyna o łagodnych oczach i miłym uśmiechu. Tornado może się przy
tym schować. Błyskawicznie pokazała mu, jak mogłoby być, gdyby odważył
się żyć pełną piersią.
Czym jest prawdziwe szczęście.
Był jak w transie. Nie wiedział, skąd wziął odwagę, by poprosić Biankę o rękę. Samo się właściwie stało. Nie mógł pojąć, czemu zawdzięczał fakt,
że się zgodziła. Spodziewał się raczej innej odpowiedzi. Wszystko działo
się tak szybko. Jedno tylko było pewne. Za nic nie chciał jej stracić.
Znał statystyki. Większość związków w jego świecie się rozpadała. Ceną
za to było cierpienie dzieci i samotność tak wielu osób. Znał też opinie
fachowców. Miłość romantyczna zawsze prędzej czy później się wypala. Czy
jest dla niej jakaś alternatywa? Co potem? Tego obawiał się już teraz,
choć ogień w jego związku na razie buchał aż pod niebo z księżycem w kształcie krągłej kobiecej piersi.
Nie był głupi. Wiedział, że zauroczenie nie chroni przed klęską.
Podobnie jak dobre chęci. Ani nawet miłość.
Usiadł przed komputerem i zaczął przekopywać sieć. W internecie jest
ponoć wszystko. Broń, przepis na bombę i na tęczowy tort, a także na
ułożenie kostki brukowej. Uznał, że musi się tu znajdować także recepta
na miłość.
W domu wszyscy jeszcze spali.
* * *
Michał się pomylił. Nie był jedynym, który czuwał o tej wczesnej porze.
W pokoju obok jego siostra Madzia także wpatrywała się w okno. Nie mogła
zasnąć. Czuła, że znajduje się na życiowym zakręcie. To była jedna z ostatnich nocy, jakie mieli spędzić jeszcze wszyscy razem. We trójkę.
Rodzeństwo połączone bardzo mocną więzią. Nawet przez ścianę docierały
do niej emocje Michała. Wiedziała, że brat ogromnie tęskni za Bianką.
Cały czas o niej myśli.
Cieszyła się jego szczęściem, a jednocześnie była przerażona zmianą. Tym
bardziej że nastąpiła ona gwałtownie. Magda sądziła, że jako pierwsza
wyprowadzi się z domu. Jeszcze nie tak dawno była szczęśliwie zaręczona,
a potem wszystko runęło, uderzając o ziemię mocniej niż krach na
giełdzie.
Zniosła to wszystko, bo choć nie miała rodziców, to jednak dom stanowił
dla niej bardzo silne oparcie. Różnie się układały jej związki, zwykle
nie najlepiej, ale zawsze mogła liczyć na najstarszego brata Michała.
Była jego ukochaną siostrzyczką. Zawsze o niej myślał.
Aż do dnia, gdy poznał swoją żonę. Wtedy wszystko się zmieniło.
W głębi serca Madzia była pełna strachu z powodu planowanej wyprowadzki
Michała. Jakby z ich domu ktoś chciał wyciągnąć całe piętro, a właściwie
to fundamenty, i oczekiwał, że nic się nie stanie.
Kto będzie teraz trzymał wszystko w kupie? Ona? Kto się zaopiekuje
dorosłym, ale wciąż bardzo dziecinnym Bartkiem? Młodszy brat na
szczęście miał na razie stałą pracę, ale nikt nie był w stanie
przewidzieć, jak długo to potrwa.
Magda coraz słabiej pamiętała swoich rodziców. Nie wiedziała, jak się
buduje domowe życie. Umiała kochać braci, ale czy była w stanie zastąpić
Michała w roli głowy rodziny? Odpowiedź była oczywista. Nie. Tego nikt
nie mógł uczynić. Nikomu też nie wolno było wymagać od niego, że bez
reszty będzie się poświęcał dorosłemu rodzeństwu. Miał prawo się
wyprowadzić i zacząć własne życie. Nawet powinien był wreszcie to
uczynić.
Madzia wstała dzisiaj bardzo wcześnie, bo niepokój nie pozwalał jej
spać. Wcale nie była pewna, czy chce, by ten dzień się zaczął. Stała
przy oknie, a w szybie odbijała się jej mocno nastroszona fryzura.
Zawsze rano zmagała się ze swoimi włosami i jak na razie żadne odżywki
ani wyczytane w internecie sposoby nie działały.
Na niebie wisiał księżyc, okrągły jak pieniążek. Od razu tak jej się
skojarzył. Srebrny i błyszczący. Liczyła takie przez cały dzień w banku,
w którym pracowała. Swoich nie miała zbyt wiele. Za mało, by
samodzielnie utrzymać duży dom rodzinny.
Zawstydziła się tych myśli. Zamiast kibicować szczęściu brata, ona się
zamartwiała finansami. Czy tylko dlatego, że była bankowcem? Nikt inny w domu o tym nie myślał. Chłopcy zgodnie pomagali w remoncie piętra u sąsiadów, babcia Kalina cieszyła się i rozkwitała wśród gwaru młodych
głosów, a także licznych obowiązków. Antek jak wszyscy mężczyźni
wpatrzony był w Biankę. Cóż, nie należało być zazdrosnym. W końcu to
jego siostra. A jednak zwykłemu szaremu człowiekowi czasem niełatwo jest
co dzień chodzić obok tak wielkiego szczęścia i nie poczuć choćby
odrobiny goryczy.
Dla niej bowiem życie jak do tej pory miało same puste losy. Wcześnie
straciła rodziców. A kiedy po raz pierwszy prawdziwie się zakochała,
nawet zaręczyła, została porzucona bez żadnych środków znieczulających.
Pozostawiona sama sobie, bo ktoś się pomylił. I nawet nie mogła czuć z tego powodu złości ani żalu. Bo przecież ona też popełniła błąd. Nie
zauważyła miłości, która przyszła do niej w przebraniu wnuka sąsiadki.
Zwyczajnego kolegi. Teraz tego żałowała, a było już za późno. Antek nie
wracał do tamtych czasów. Żył teraźniejszością. Skupiony na nowej pracy
i pilnowaniu, by siostra była bezpieczna i szczęśliwa. Na dobre zapuścił
korzenie w willi pod kasztanem.
Madzia została sama. Dla niej życie nie miało miłych zwrotów akcji.
Nawet odrobina ambrozji czy nektaru nie skapnęła dla niej z królewskiego
stołu. Chodziła do pracy, sprzątała dom, starała się zachować pogodę
ducha. Ale często było jej zwyczajnie smutno. Patrzyła w okno. Księżyc
wyglądał teraz jak twarz uśmiechniętego człowieka. Przyjaciela.
Potrzebowała go bardzo w tej chwili.
* * *
W pokoju obok Bartek spał jak zabity. Jego nie interesowały żadne
księżyce, do czegokolwiek miałyby być podobne. Może nawet nie spojrzałby
w niebo, gdyby się teraz przebudził. Żadna siła nie mogła go zmusić, by
wstał o tak dziwnej porze. I tak już z najwyższym trudem znosił fakt, że
od trzech miesięcy pracuje w tej samej firmie. Zaczynało mu się nudzić.
Coś go od środka roznosiło i ciągnęło w kierunku zmiany. Nie wiedział,
dlaczego nigdy nie może usiedzieć w miejscu, co każe mu niszczyć każde
dobro w jego życiu.
Oczywiście nikomu by nie powiedział o tych wszystkich pokusach. Obawiał
się, że spokojny zwykle Michał tym razem po prostu by go udusił. Tyle
lat się nim opiekował, szukał mu pracy, nadstawiał karku, świecił za
niego oczami. Miał prawo odpocząć od wiecznych kłopotów z młodszym
bratem. Bartek wiedział, że jest mu to winien.
Starał się, choć siła, z którą walczył, była potężna.
A do tego teraz nie zamierzał narażać się na żadne niebezpieczeństwo.
Miał plany. Chciał zaimponować całemu światu. Sam przed sobą nigdy by
się nie przyznał, że w sumie to głównie Biance. O tym surowo zakazanym
owocu, czyli żonie własnego brata, nawet nie myślał. Tak mu się
przynajmniej wydawało. W gruncie rzeczy ona wciąż mu towarzyszyła. To
dla niej pragnął osiągać rzeczy wielkie. Czegoś dokonać. Jak legendarni
bohaterowie.
Smoków w okolicy jednak teraz jak na lekarstwo, nawet w Krakowie, więc
prawdziwemu mężczyźnie niełatwo się wykazać. Ale jak się dobrze szuka,
to i okazja się trafi. Michał się wyprowadzał. Bartek uznał więc, że
nadszedł jego czas, by stać się głową rodziny. Miał piękne marzenia.
Bardzo nowoczesne. Żadne tam tradycyjne role. To za mało na tak
ambitnego człowieka. Zamierzał wszystko pogodzić. Pracę, obowiązki
domowe, a nawet wskrzesić ogród, zaniedbany od lat. Chciał posadzić
potężne drzewa, zrobić coś spektakularnego. Słusznie czuł, że dla
współczesnej kobiety taki właśnie facet jest ideałem. Otwarty,
energiczny, spełniający się na wielu polach, a przy tym czarujący i szarmancki.
Taki właśnie chciał być.
Ale na razie musiał się zadowolić zwykłym zorganizowaniem kolacji.
Wiedział, że dziś wieczorem wraca Bianka. Chciał ją olśnić.
Oczywiście nie był sam w tym pragnieniu. Babcia Kalina zapewne też
będzie pichcić od rana. Dostanie natchnienia i potrawy same zaczną
wyskakiwać z jej piekarnika. Konkurencja praktycznie nie do pokonania.
Bartek jednak lubił trudne wyzwania. Poza tym miał punkt przewagi.
Istniała spora szansa, że dziewczyna najpierw przyjdzie tutaj.
Do męża niestety - pomyślał z żalem, szybko jednak przeszedł dalej nad
tą konkluzją. - Do naszego wspólnego domu - poprawił się. - Jeszcze ten
jeden raz.
A wtedy on posadzi ją za stołem i oczaruje.
Bezinteresownie oczywiście. Nigdy bowiem nie próbowałby startować do
żony brata. Nigdy. Kochał Michała ponad wszystko na świecie. Nie miał
złych zamiarów.
Chciał tylko zobaczyć uśmiech Bianki. Choćby z daleka. Może wyczytać
podziw w jej oczach? Chociaż przez moment. Przewrócił się w łóżku na
drugi bok i szczelniej otulił kołdrą. Śnił o pięknym stole, wykwintnych
potrawach, nawet jakimś kwartecie smyczkowym w kącie, świecach i ogólnej
atmosferze wspaniałości.
Zapomniał już, że wczoraj był jego dyżur sprzątania w kuchni. W związku
z tym pomieszczenie przedstawiało pożałowania godny widok. W zlewie
czekał na Bartka stos garów, wszędzie panował nieład, a podłoga się
kleiła. Dziewczyn nie było w domu tylko dwa dni, a na każdym kroku stało
się to widoczne. Ogród majowy zielenił się wprawdzie bujnie, ale
całkowicie chaotycznie. W nawale obowiązków starczało tylko tyle czasu,
by przed domem skosić trawę. Nic więcej.
A Bartek chciał zachwycić Biankę powodzią kwiatów. Kobiety mają
romantyczne dusze. Wiedział o tym. Może nie był tak zorganizowany
życiowo, jak starszy brat, ale odznaczał się dobrze rozwiniętą intuicją.
Takie rzeczy robią na dziewczynach wrażenie. A iluż jest facetów, którzy
potrafią z dzikiego zaniedbanego gąszczu stworzyć ogród marzeń?
Przygotować kolację jak z bajki? Być macho i przyjacielem jednocześnie?
Wiedział, że niewielu. Miał w sobie wrodzonego ducha rywalizacji. Tyle
tylko, że często zdarzało mu się stawać do niewłaściwych zawodów.
O tym jednak teraz nie myślał.
Zerwał się nagle z łóżka. Najwyraźniej istniała na świecie siła zdolna
go wyciągnąć z pościeli o tak dzikiej porze. Była to drobna blondynka o łagodnym uśmiechu i oczach w kolorze najprawdziwszych niezapominajek.
Posadzę ich dużo - pomyślał i szybko pobiegł do łazienki. Kilka chwil
później podskakiwał, wkładając pospiesznie spodnie. Zarzucił na plecy
jakąś przypadkową bluzę i pobiegł do garażu po kosiarkę. Czas
uporządkować chaszcze i wyciąć bujnie rosnącą trawę. Ten dom się
obudził, znów tętniło w nim życie. To powinno być widać także na
zewnątrz.
Dość marazmu i smutku! - postanowił i odpalił starą maszynę pamiętającą
jeszcze czasy rodziców.
Po chwili na małym krakowskim osiedlu nikt już nie spał. Ryk silnika
słyszalny był jak okolica długa i szeroka. Księżyc pospiesznie się
schował, słońce też wzeszło na niebo od razu wyżej, jakby popędzane tymi
energicznymi działaniami. Zaczynał się nowy dzień.
*** - Czyś ty zwariował?! - Madzia wyskoczyła z domu, jak stała. W piżamie i z rozwianymi włosami. Starała się przekrzyczeć ryk kosiarki. - Ludzie
jeszcze śpią! - Złapała brata za ramię, próbując go zatrzymać. Kosił jak
w transie.
- Ależ co ty mówisz? - oburzył się Bartek i rozejrzał wokół. - Wszędzie
okna pootwierane. - Pokazał jej. - Już wstali.
Rzeczywiście sąsiedzi wyglądali na podwórka, sprawdzając, skąd dobiega
ten ogłuszający hałas.
Madzia była rozzłoszczona, ale się roześmiała.
- Jesteś niemożliwy - powiedziała. - Spójrz na zegarek. Piętnaście po
piątej. To zły czas na koszenie. Lepiej chwasty powyrywaj, jeśli już
koniecznie chcesz pracować o takiej dziwnej porze w ogrodzie, albo
krzewy przytnij.
Bartek wyłączył swój piekielny sprzęt i na okolicę spłynęła upragniona
cisza.
- Masz rację - powiedział.
Zrobiło mu się głupio, że tak się rzucił na tę robotę bez zastanowienia.
Był zbyt spontaniczny. Jak dziecko. Nieraz słyszał diagnozy licznych
psychologów. Że rozwija się wolniej i wciąż pozostaje pod wpływem
traumy. Nie taki obraz siebie chciał pokazać Biance.
Niech spadają! - pomyślał. - Wszyscy specjaliści razem wzięci. Dorosłem.
- Nie martw się - powiedział do siostry. - Wszystko mam pod kontrolą.
Teraz ja zajmę się domem. Michał się wyprowadza i zostajemy we dwoje.
Madzia poczuła się nieco raźniej. Tu w ogrodzie w świetle pierwszych
słonecznych promieni, wśród majowych zapachów łatwiej było o optymizm.
Może dlatego na świecie przynajmniej raz do roku musi być wiosna, żeby
ludzie dawali radę przechodzić obronną ręką przez liczne życiowe
kryzysy. By mogli się naocznie przekonać, że z suchych gałęzi znów mogą
wyrosnąć zielone liście, a z kłopotów - spokój i szczęście.
- Za chwilę jadę do pracy - powiedziała. - Dziś zaczynam wcześnie. Ale
jak wrócę, to ci pomogę. Chcesz tu zaprowadzić porządek?
- Tak - powiedział Bartek. Sprawiał wrażenie nieco rozkojarzonego. W jego myślach ogród już był bajeczny, a otoczone kwiatami aleje
zachwycały.
- To będzie ogromna praca. - Siostra sprowadziła go na ziemię.
Bartek miał wrażenie, jakby w jego głowie nagle wyłączono dźwięk. Chóry
anielskie przestały mu śpiewać, wzrok się na moment wyostrzył i chłopak
zobaczył wszystko takie, jak jest. Stary prostokątny dom z lat
siedemdziesiątych, którego elewacja pilnie domagała się odświeżenia.
Duży, ale bardzo zaniedbany ogród, mocno kontrastujący z wypielęgnowanymi posesjami wokół. I ich dwoje, średnio radzących sobie w życiu.
Otrząsnął się. Po czym znów pogrążył w swoim świecie. Tam było
zdecydowanie lepiej.
Magda patrzyła na niego intensywnie. Doskonale znała uczucie, które
malowało się na twarzy brata. Błyszczało w jego oczach i mieniło się na
policzkach. Tak, wiedziała, jak bardzo może ono oderwać człowieka od
realnego świata i do jakich dziwnych zachowań skłonić.
Miłość może góry przenosić, ale też zrujnować człowiekowi życie.
Bartek się zakochał.
Co do tego nie było wątpliwości. Mocno, mocniej niż zwykle. To była
bardzo dobra wiadomość. Ale niestety Madzia nie miała złudzeń. Już od
pewnego czasu miała podejrzenia, że dziwne rozanielenie Bartka w obecności Bianki ma głębszą przyczynę.
Nie! - pomyślała z rozpaczą. - Tylko nie to! Czy na świecie za mało jest
dziewczyn, żeby kochający się i wspierający bracia musieli się zakochać
w jednej? Dlaczego znowu my? - zadała pytanie odwiecznie dręczące ludzi,
którzy stają przed poważnymi problemami. - Mało już się wydarzyło?
Nikt jej nie odpowiedział. Bartek poszedł do szopy, wyciągnął sporych
rozmiarów sekator i zgodnie z radą siostry zabrał się do przycinania
krzewów. Madzia rozejrzała się wokół. Roboty tu było na całe tygodnie.
Ale jeśli brat chciał się zająć czymś konkretnym, nie należało mu
przeszkadzać. Ruch pomaga, gdy się chce odpędzić niechciane emocje.
Może mu przejdzie - pomyślała z nadzieją. - Przecież nie zrobiłby czegoś
takiego Michałowi.
Ruszyła z powrotem w stronę domu. Tuż przy wejściu zatrzymała się i zerknęła w stronę sąsiadów. Ich ogród znajdował się teraz w fazie
rozkwitu. Rwał oczy. Dorodny kasztan przed gankiem kwitł, a zapach niósł
się daleko po okolicy. Babcia Kalina miała już swoje lata, a jednak
dawała ze wszystkim radę. W cięższych pracach pomagali jej chłopcy, ale
Magda nie miała złudzeń. Piękno posesji zależało od tysięcy drobnych
czynności, które starsza pani wykonywała każdego dnia. Przycięć,
podlewania, nasadzeń, schylania się, plewienia.
Ładnie - pomyślała z zachwytem i nie powstrzymała się, by nie rzucić
okiem w stronę okna byłego już pokoju Antka. Wiedziała, że chłopak teraz
przeniósł się na dół do obszernego gabinetu, który kiedyś dawno temu
należał do jego dziadka. Opuścił tym samym sypialnię ojca i oddał piętro
siostrze i jej mężowi. Wietrzyło się tam całymi dniami i nocami po
remoncie i malowaniu pokoi. Teraz też okiennice powiewały. Dziś ponoć
wszystko miało już być gotowe. Wieczorem wróci Bianka, a rano chłopcy
zaczną skręcać zamówione wcześniej meble, które w nieporęcznych pudłach
leżały od tygodnia w salonie babci Kaliny.
Młodzi razem je wybierali i ten pierwszy test decyzyjności zdali
wyśmienicie. Nie kłócili się, szybko dochodzili do wspólnych wniosków.
Michał miał zmysł praktyczny, a Bianka kobiece oko. Nie było
wątpliwości, że już wkrótce zrobią z piętra starej willi przytulne i miłe mieszkanie.
Madzia westchnęła i wróciła do swojego domu. W jej kuchni nawet
częściowo nie było tak przyjemnie, jak u babci. Niczym nie pachniało, a jeśli już, to jakąś zeschłą kawą sprzed trzech dni. Dziewczyna postała
chwilę nad tą katastrofą, po czym spojrzała na zegarek. Nie zostało
wiele czasu do wyjścia. Opóźnienie o dziesięć choćby minut w jej
przypadku miało wielką wagę, ponieważ wtedy ryzykowało się wpadnięciem w największe korki. Fajnie mieszka się na obrzeżach Krakowa, ale wszyscy
tutaj o jednej porze wyjeżdżają do pracy i o tej samej wracają. Jeśli
nie chce się spędzać życia w samochodzie, trzeba być sprytnym.
Madzia wróciła do swojego pokoju i się przebrała. Uczesała niesforne
włosy i pomalowała oczy, po czym musnęła policzki pudrem i delikatnie
pomalowała usta. Długo przyglądała się swojemu odbiciu. Babcia Kalina
zawsze mawiała, że Madzia jest taką miłą dziewczyną. Może i miała trochę
racji. Lecz nie dało się ukryć, że jednocześnie niestety tak bardzo
zwyczajną. Zwykłe szare włosy, zwykłe policzki, oczy i figura, której
sporo brakowało tu i ówdzie do ideału.
Przy urzekającej Biance Magda była jak przejrzyste powietrze,
niezauważalna. Zero barw i siły rażenia. Oczywiście pewnie powinna była
teraz z tego powodu poczuć maksymalny przypływ motywacji. Wyciągnąć
właściwe wnioski. Ruszyć do boju. Zjeść na śniadanie liść sałaty i popić
szklanką źródlanej wody. Wysprzątać kuchnię, pół godziny poćwiczyć,
zaplanować życie, znaleźć partnera, odkochać się w Antku, być bardziej
asertywna w pracy, rozwijać się. Na samą myśl o tej długiej liście zadań
od razu poczuła się zmęczona. Nie wiedziała, skąd te wszystkie kobiety
sukcesu biorą siłę.
Zeszła na dół z zamiarem zrobienia sobie śniadania. Ale puste
pomieszczenie nie zachęcało, by parzyć herbatę, kroić chrupiące bułki -
których nawet nie było - i smarować pachnącym masłem. Nie trwało to
długo, zanim Madzia doszła do wniosku, że właściwie już od dwóch dni nie
odwiedzała babci. Ta myśl jakoś dziwnie nachodziła ją najczęściej w porze posiłków lub wtedy, gdy było jej szczególnie smutno i ciężko.
Wizyta u babci była jak plasterek na duszę. Ostatnio z niego nie
korzystała. Bała się spotkać z Antkiem. Nie ma nic gorszego niż
dziewczyna wpatrzona maślanymi oczami w chłopaka, który jej nie chce.
Okropieństwo. Musiała poczekać, aż na dobre jej przejdzie. Do tego czasu
ograniczała kontakty z sąsiadami. Ale dzisiaj bardzo potrzebowała
wsparcia.
Szybko włożyła wiosenny płaszcz, złapała w biegu torebkę i ruszyła do
Milewskich. Już na schodach poczuła zapach czegoś pysznego. Ani się
obejrzała, jak jej nastrój zdecydowanie się poprawił. Jakby wróciła do
swojego domu. Weszła do środka.
- Dzień dobry! - zawołała, licząc, że zaraz zobaczy babcię w jednej z jej charakterystycznych kolorowych sukienek i przede wszystkim z serdecznym uśmiechem na twarzy. Musiała gdzieś być w pobliżu. Świadczył
o tym zapach pieczonego ciasta, ogólne wrażenie ciepła, a także bukiet
bzu ustawiony na środku kuchennego stołu. Wyglądał, jakby dopiero co
został zerwany. Jeszcze się mieniły kropelki rosy na fioletowych
płatkach.
Magda usiadła. Czekała.
Nagle drgnęła. Do kuchni wszedł Antek. Natychmiast przeszył ją dreszcz.
Jak ostra strzała, która przeszła przez brzuch i na moment pozbawiła ją
tchu. Nie spodziewała się go o tej porze. Nie przygotowała się.
- Cześć - powiedział.
Te zwykłe słowa zrobiły na niej duże wrażenie. Zła była sama na siebie z tego powodu. Należało kiedyś się tak przejmować, angażować, reagować, a nie kiedy na wszystko było już za późno.
Antek był spokojny. Nie kłamał, gdy mówił, że teraz myśli już tylko o pracy. Podał jej kubek z kawą i nawet mu dłoń nie drgnęła.
- Wyglądasz, jakbyś pilnie potrzebowała - powiedział i się uśmiechnął.
Pod oczami rysowały mu się szare cienie, a na twarzy miał kilkudniowy
zarost.
- Skąd się tu wziąłeś o świcie? Nie odsypiasz nocnej pracy? - zapytała,
starając się, by nie wyczuł w jej głosie zbyt wiele czułości i tęsknoty.
- Jakoś nie mogę - odparł. - A poza tym ktoś dzisiaj zorganizował
wszystkim sąsiadom dość skuteczną pobudkę - dodał i stanął niedaleko.
Oparł się o kuchenny blat, wyciągnął na środek podłogi swoje długie
nogi. - To już moja druga kawa - stwierdził.
- Przepraszam cię za Bartka. Innych też muszę. Nie wiem, co go napadło.
- W tym miejscu się zmieszała, bo jednak miała swoje przypuszczenia. Za
nic by ich jednak nie wyjawiła Antkowi. Kochał swoją siostrę i pewnie by
się wściekł, że Bartek żywi wobec niej jakieś głupie uczucia i może
będzie się mieszał do jej małżeństwa.
- Nie przejmuj się - pocieszył ją chłopak. - Ludzie go lubią. Ja też.
Nie sposób długo się na niego gniewać.
- Wiem, ale tak nie powinno być. Musi dorosnąć.
Napiła się kawy i od razu zrobiło jej się nieco lepiej. W domu miała
dokładnie taką samą paczkę, zakupioną w tym samym osiedlowym sklepie,
woda pochodziła z miejskiej sieci i nawet kubki były podobne, a jednak
smak i moc zupełnie inne.
- Musi albo i nie. - Antek pokręcił głową. - Czy wszyscy powinni
koniecznie być tacy sami? Skrojeni według tej samej miary?
Najważniejsze, żeby był szczęśliwy. Pominąwszy dzisiejszy niewielki
incydent, krzywdy nikomu nie robi.
Co najwyżej sobie - pomyślała Magda, a Antek spojrzał jej w oczy.
- Jesteście niezwykli z tą waszą więzią - powiedział. - Zazdrościłem
wam, kiedy tu pierwszy raz przyjechałem. Teraz na szczęście sam mam
siostrę. - Rozpromienił się, jak każdy facet mówiący na temat Bianki.
I ona ci wystarcza - pomyślała Madzia ze smutkiem.
Nawet nie musiała pytać. Odpowiedź była wyraźnie wypisana na jego
twarzy. Dziewczyna starała się zachować spokój, lubić sympatyczną i ciepłą Biankę, ale ona po troszkę zabierała jej wszystko. Michała i jeszcze na dodatek Bartka, całą uwagę Antka i troskę babci. Świat się
kurczył wokół Magdy, aż nie mogła zaczerpnąć tchu. Policzyła do
dziesięciu, oddychała, pokonując blokadę, i piła kawę łyk za łykiem.
A jednak nie wytrzymała. Komentarz jakby sam wydostał się z jej ust:
- Siostra to nie wszystko - wyrwało się jej.
- Pewnie tak. - Antek kiwnął głową. - Ale ja się cieszę, że ją mam. No i pracę oczywiście. Do tego jest jeszcze babcia. W kategorii najważniejsza
kobieta mojego życia raczej nie do pokonania.
Magda w pierwszym momencie poczuła ogromną przykrość, że nie ma szansy,
by się znaleźć
na tej krótkiej liście. Musiała pilnie czymś zająć myśli, żeby uczucia
nie stały się zbyt mocno widoczne. Zaciekawiło ją, dlaczego nie wymienił
mamy.
Nie zdążyła go jednak zapytać. Wypił kawę i odstawił kubek do zmywarki.
Wystraszyła się, że zaraz wyjdzie z kuchni. Chciała jeszcze chociaż
chwilę z nim pobyć. Trudne są dylematy zakochanych bez wzajemności. Źle
być blisko i równie ciężko daleko.
- Co robisz dzisiaj? - Starała się, by jej głos brzmiał rzeczowo, jak u dobrej koleżanki.
- Kończę ostatnie szlify na piętrze - odparł szybko. - Sprzątam.
Malowanie już wczoraj z Bartkiem załatwiliśmy na amen. Długo się
wygłupiał, ale jak się już zabrał do roboty, to szedł niczym burza.
- Wiem coś o tym. - Uśmiechnęła się. - Też lubię z nim pracować.
- Od jutra mogą młodzi skręcać meble i wić gniazdko. - Antek jakoś tak
nagle odwrócił głowę.
Ciekawa była, czy czuje to samo co ona, ale nie miała odwagi zapytać.
Radość ze szczęścia brata mieszała się w niej z tęsknotą za własną
miłością, dobrym życiem. Czy Antek był podobnie rozdarty? Tym razem
trudno jej było cokolwiek wyczytać z jego twarzy.
- Jeszcze masz urlop? - powiedziała zamiast tego, o co naprawdę chciała
zapytać.
- Tak, do jutra. I wracam do roboty. Tak ma być. Człowiek powinien być
zajęty - dodał stanowczo.
- A gdzie babcia?
- Poszła do ogrodu. Jakieś kwiatki przesadzać. Mówiła, że nie potrzebuje
pomocy, ale spoglądam co pewien czas przez okno. Sprawdzam, co robi.
Wiesz, jak z nią jest, trzeba jej na każdym kroku pilnować, żeby nie
pracowała ponad siły.
Madzia się uśmiechnęła. Dlaczego dopiero teraz tak mocno zaczęło jej
imponować, jak ładnie Antek opiekuje się Kaliną? Czemu wcześniej nie
dostrzegła, że kierują nim czyste intencje? Wstyd jej było, że
podejrzewała go o interesowność. Skąd jednak miała wiedzieć? Nie znała
go przecież.
- Chciałabym przez całe życie zachować taką ilość energii, jaką ona ma
teraz - powiedziała.
- Ja też - zgodził się Antek. - Od kilku dni odnawiamy te pokoje na
górze i już nie czuję rąk ani pleców. Ale się nie odzywam, bo jak widzę,
ile babcia robi, to nie mam odwagi nawet pisnąć. - Postawił na stole
talerz z bułeczkami. - Czekały na ciebie - dodał. - Specjalnie dzisiaj
upieczone bladym świtem. Jedz.
- Pewnie dla Bianki - wyrwało jej się i zaczerwieniła się od razu. Jak
zwykle musiała coś palnąć.
- Dla ciebie też - powiedział z naciskiem Antek.
Zawsze miała wrażenie, że on ją doskonale rozumie. Czyta jej w myślach
jak nikt. I wcale nie potępia. Zrobiło jej się wstyd, że jest zazdrosna.
I to o kogo? O miłą, fajną dziewczynę, która zakochała się szczerze w jej bracie. Uczyniła go prawdziwie szczęśliwym człowiekiem.
- Posmaruj masłem - poradził jej. - Tu masz serek. Stoję tak i gadam, a ty pewnie głodna jesteś. - Spojrzał na zegarek. - Za dziesięć minut
musisz wyjść - dodał, bo sam dojeżdżał codziennie do centrum i już się
dobrze orientował w korkowych zasadach.
- Dziękuję ci - powiedziała i poczęstowała się bułką.
Starała się zachowywać naturalnie. Nie dać po sobie poznać, że targają
nią mocne emocje. Antek usiadł naprzeciwko i też zajął się jedzeniem. Z pewnością to śniadanie nie było dla niego trudne. Nie zmagał się z żadnymi ukrytymi uczuciami. Magda umiałaby je rozpoznać. W końcu
mieszkała z dwoma mężczyznami. Jeden z nich zakochiwał się w kółko,
drugi tylko raz, ale za to z siłą pioruna. Wiedziała, jak to jest, kiedy
facet ma zajęte serce.
Po Antku nie było widać nawet śladu takich przeżyć. Jadł, spoglądał w okno, uśmiechał się. Wszystko to ze spokojem.
Pospiesznie przełknęła śniadanie. Musiała już zbierać się do pracy. Wstała
z westchnieniem. Mimo wszystko dom babci Kaliny spełnił swoją funkcję.
Rozdział 2
- No i wykipiało! - Bartek wypowiedział te słowa z nieskrywaną
satysfakcją.
Popołudnie nie zaczęło się dobrze, ale on z tego również umiał wyciągnąć
optymistyczne wnioski. Skoro bowiem nawet babci Kalinie czasem coś nie
wychodziło, to oznaczało, że dla niego - zwykłego śmiertelnika - też
jest nadzieja. Może kiedyś w końcu zdoła przyrządzić jajko na miękko,
które nie będzie twarde? Na razie klęska goniła klęskę, ale się nie
poddawał. Spojrzał na Kalinę. Podziwiał ją od zawsze.
- Sio mi stąd! - fuknęła babcia, nieświadoma jego wzniosłych uczuć, i przegoniła go z okolic piekarnika z powrotem na krzesło.
To niewiarygodne, ile osób ostatnio przesiadywało w jej kuchni. Niczym w całkiem dobrze funkcjonującej restauracji. Dziś na przykład w porze
obiadowej za stołem znalazł się Bartek, który wpadł, rzekomo przypadkiem
przechodząc. Pod bardzo naciąganym pretekstem skonsultowania z Bianką
notatek ze studiów wpadł także Konstanty, syn przyjaciółki Kaliny i dawny niewierny narzeczony Magdy. Kobieta najchętniej pogoniłaby go
ścierką i to mokrą, ale nie mogła, bo zbyt mocno lubiła jego matkę.
Antek, jej ukochany i jedyny wnuk, pogwizdywał przy pracy na piętrze.
Sprzątał pokoje przed przeprowadzką siostry i właściwie to głównie dla
niego Kalina gotowała gar zupy z młodą kalarepką przyprawionej od serca
całą garścią świeżego koperku z ogrodu. To dla Antka w piekarniku
pachniała pieczeń, a pod bieluteńką ściereczką studziło się truskawkowe
ciasto.
- Może niepotrzebnie otworzyłam okno? - wyszeptała. Istniała obawa, że
zapachy za chwilę zwabią pół okolicy.
- Zamknąć? - zapytał czujnie Konstanty, który ze wszystkich sił starał
się być pożyteczny.
Oczy mu biegały na wszystkie strony i wyglądał na tak wygłodzonego,
jakby od tygodnia niczego nie miał w ustach. A jeszcze dzisiaj rano jego
matka wspominała, jak świetnie Kostek sobie radzi. Nie bierze nawet
złotówki od ojca i sam się utrzymuje na studiach.
Kalina westchnęła, ale zaraz potem się uśmiechnęła. Przypomniały jej się
te wszystkie długie lata, kiedy siedziała w pustej kuchni i patrzyła w okno, bezskutecznie próbując dostrzec bliskich na pustej ścieżce.
Gotowała dla nikogo i piekła, by postawić na stole ciasto, którego nie
miał kto zjeść. Dobrze, że były dzieci sąsiadów. Teraz jej sytuacja
zmieniła się diametralnie. Z jednej skrajności popadła w drugą. Obecnie
dniem i nocą przez jej dom przewijała się gromada rozgadanych,
zakochanych, pełnych energii i życia młodych ludzi, którzy w zdecydowanej większości przypadków byli głodni.
Uśmiechnęła się do chłopaków.
Trzeba się cieszyć - pomyślała i szerzej otworzyła okno.
Niech się zapachy roznoszą. Bianka wróci pewnie zmęczona. Niech ją dom
powita miłym aromatem już od furtki. Zapewne i Michał przybędzie za nią
jak zwykle. Od dnia ślubu trzymał się młodej żony jak przyklejony.
Oby jak najdłużej - pomyślała z nadzieją. Pokochała wnuczkę bardzo
gorącym uczuciem. Z całego serca życzyła jej, by odnalazła spokój i szczęście po niełatwym dzieciństwie. Magda zapewne wieczorem dopełni
gromady i znów będzie wesoło.
Mając to na uwadze, Kalina dostawiła kolejne nakrycie. Rozprostowała
plecy i pomasowała bolący krzyż. Los się nie spisał, dając jej tyle
ludzi do kochania tak późno. Siły już były nie te, co dawniej. Ale nie
zamierzała pozwolić życiu, by dyktowało jej warunki. W głębi serca wciąż
czuła się młoda. I ciało dostosowywało się do tego poziomu, choć nie
zawsze łatwo.
- Pani uśmiech jest najpiękniejszy na świecie - zwrócił się do niej
Konstanty, który pilnie pracował na swój talerz zupy. - Gdybym był
młodszy, tobym panią poprosił o rękę.
- Nie miałbyś szans - odparła Kalina bez chwili zastanowienia. - Za
moich czasów kawaler najpierw musiał się ustatkować, a dopiero potem
mógł myśleć o zakładaniu rodziny - dodała surowo. - A tobie jeszcze
daleko do tego.
Konstanty spuścił głowę i nikt w tej chwili nie rozpoznałby w nim
pewnego siebie bawidamka, który lubił z życia czerpać garściami i balować za pieniądze rodziców. Byłego kierownika działu kredytów w jednym z największych banków. Obecnie wyrwał się na wolność spod
ciężkiego pantofla ojca, ale budowanie samodzielności szło mu opornie.
Ciężka praca nie należała do jego najmocniejszych stron. Podobnie jak
systematyczność i konsekwencja.
- Obiad! - Kalina głośnością swojego zawołania mogłaby śmiało konkurować
z najnowszym sprzętem używanym na koncertach rockowych.
- Idę! - krzyknął z góry Antek równie donośnie.
- Ciebie też zapraszam - powiedziała cierpko do Konstantego. - Ale jeśli
tu wpadnie za chwilę Magda, ani się waż powiedzieć coś fajnego,
dowcipnego lub miłego. Ta dziewczyna nie jest dla ciebie. -
Powiedziawszy to, wzięła do ręki talerz i zatrzymała się z chochlą w dłoni. - Zrozumiano? - zapytała surowo.
- Oczywiście. - Chłopak przełknął ślinę.
Miał ochotę się roześmiać, ale bał się, że naprawdę może nie dostać
zupy, postanowił więc zachować powagę, zjeść i dopiero potem pomyśleć,
jak się wyłgać z tej obietnicy.
Kalina nalała mu solidną porcję. Zapachniało wiosną, świeżym koperkiem,
śmietanką i pysznością. Wiatr za oknem dodał do tej kompozycji jeszcze
zapach kwiatów kasztanowca. Drzewo zakwitło tego roku szczególnie
pięknie. Kalina wierzyła, że to na dobrą wróżbę.
Chłopcy zaczęli niecierpliwie jeść. Antek gwizdał już w łazience, z czego można było wywnioskować, że za chwilę pojawi się przy stole.
Kalina spojrzała na furtkę. Tuż obok dorodnego krzewu bzu, zasadzonego
jeszcze dłonią jej teściowej, kołysały się jasnofioletowe łubiny. Ale
Bianka wciąż nie nadchodziła. Miała teraz dziewczyna niełatwo. W pracy
szef dawał jej w kość, a do tego Bianka ostatnio często jeździła do
matki. Patrycja, która zdążyła już przeprowadzić się do Krakowa,
wcześniej wynająć mieszkanie i znaleźć pracę, musiała w trybie pilnym
wracać do Warszawy. Najemcy okazali się oszustami, najpierw długo
zwlekali z zapłatą czynszu, a potem uciekli z mieszkania, zdążywszy w ciągu miesiąca solidnie nabrudzić. Na razie mama Bianki była zmuszona
zaprowadzić tam jako taki porządek, ale bez przeprowadzenia remontu
ciężko będzie jej znaleźć uczciwego najemcę. Na szczęście miała wsparcie
córki i jej rodziny.
Kalina znów się uśmiechnęła na myśl o wnuczce. Odwróciła się w stronę
kuchni. Z tej radości, że za chwilę zobaczy Biankę, aż dołożyła
Konstantemu dodatkową porcję pieczeni.
A potem jeszcze raz spojrzała za okno.
Serce jej podskoczyło, bo od razu zauważyła jasne włosy i szczupłą
sylwetkę. Coś się jednak nie zgadzało. W postawie zmierzającej w stronę
furtki kobiety nie było miękkości ani wdzięku wnuczki. Włosy nie
układały się łagodnie wokół twarzy, lecz spięte w gładki kok wyraźnie
odsłaniały policzki. Kalina wytężyła stare oczy, ale na nic to się nie
zdało, nie mogła rozpoznać gościa. Już sądziła, że ktoś przypadkowo
przechodzi, gdy kobieta stanowczo nacisnęła klamkę i weszła do ogrodu
jak do siebie. A potem śmiało przemierzyła ścieżkę, by znaleźć się na
schodach. Ledwo Kalina zdołała zebrać myśli, zadźwięczał dzwonek.
- Ja otworzę. - Antek pojawił się w korytarzu z ręcznikiem w dłoniach.
Wytarł się pospiesznie, po czym rzucił go na komodę.
Kalina odruchowo westchnęła na te barbarzyńskie męskie obyczaje, ale nie
skomentowała.
- Cześć. - Usłyszała jego mocno zaskoczony głos.
Podeszła bliżej i w tym momencie od razu rozpoznała stojącą w progu
kobietę. Zrobiło jej się nagle gorąco, a zaraz potem zimno.
- Dlaczego trzymasz mamę w drzwiach? - zapytała Antka nieco drżącym z emocji głosem. - Zaproś ją do środka.
Nie widziała swojej synowej od lat. Od momentu, gdy jej ukochany jedynak
opuścił swoją żonę i małe dziecko, by uwikłać się w skandaliczny romans.
Wielkie to było cierpienie dla całej rodziny. Kalina na wiele lat
straciła kontakt z wnukami. Skłócone matki odebrały jej prawo kontaktu
zarówno z chłopcem, jak i z dziewczynką. Obie miały żal. Zapewne obie w pewien sposób słuszny. Po wielu latach sprawy wyglądały tak, jakby miały
się znów poukładać. Czy jednak na pewno? Wizyta Iwony była jak mroźny
powiew w wiosenny dzień. Jedna chwila, która może zniweczyć starania
wielu miesięcy.
- Wejdź, proszę - powiedziała, zapraszając ją serdecznym gestem.
Ale najwyraźniej nie na każdego w jednakowy sposób działały jej
promienny uśmiech i miła twarz. Zapachy płynące z piekarnika też chyba
nie kusiły w najmniejszym nawet stopniu tej bardzo szczupłej, prawie
zasuszonej kobiety o surowym spojrzeniu.
- Ja tylko na chwilę - powiedziała chłodno. - Nie chcę przeszkadzać, bo
widzę, że masz gości, ale to sprawa niecierpiąca zwłoki.
Zszokowany lekko Antek wciąż stał w przedpokoju i nie miał pojęcia, jak
zareagować. Z zaskoczeniem patrzył na rozzłoszczoną twarz matki. Nie
spodziewał jej się tutaj zobaczyć. Dom babci Kaliny i mieszkanie mamy to
były dwa różne światy. Nie przenikały się wzajemnie. Dwie najważniejsze
kobiety jego życia starannie się unikały. Nawet nie wspominały o sobie w rozmowach. Jedna drugiej nigdy jawnie nie krytykowała. Nie mówiła, o co
konkretnie ma żal. Jakby obie jednocześnie postanowiły udawać, że nie
wiedzą o swoim istnieniu.
Ale mama nigdy nie pozwoliła Antkowi odwiedzić babci. Nawet w święta.
Sprawiła, że dorastając, właściwie zapomniał, że ją ma. Walka rodziców
za pomocą manipulacji uczuciami dziecka zawsze jest okrutna. Pozostawia
trwały ślad. Kochał swoją mamę. To ona go wychowała, ale nie potrafił
jej lubić.
Teraz też nie mógł zachować się swobodnie. W jej towarzystwie zawsze
czuł się spięty.
W ciepłej kuchni powiało nagłym chłodem.
Konstanty przełknął kawałek pieczeni i poczuł znajomy stres. Dobrze go
rozpoznawał z własnych układów rodzinnych. Oto pojawiła się osoba o bardzo silnej potrzebie narzucenia swojej woli innym. Wyczuwał takich
ludzi i niestety odruchowo miał ochotę kiwać głową w ich obecności,
uśmiechać się, zgadzać i udawać, że mu to odpowiada. Z trudem uczył się
innych odruchów. Odmawiać, mówić, co naprawdę myśli, szukać w sobie, nie
w innych odpowiedzi na ważne pytania.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki