Rozdział 2. Zmiana adresu to zmiana przeznaczenia
Z trudem powstrzymywała cisnące się na usta przekleństwa. Zarówno laptop, jak i telefon komórkowy pokazywały całkowity brak zasięgu! A tego maila powinna wysłać jeszcze dzisiaj!
Liliana zerknęła na zegarek. Zbliżała się osiemnasta. Kuszewo i Czaplinek dzieliło może osiem kilometrów, ale irytujące było, że często musiała jeździć do miasteczka, aby wysłać wiadomość, bo na wsi - ba! w osadzie raczej - internet działał, jak chciał. Bardzo często nie chciał, i to akurat w momentach, kiedy był jej potrzebny. Nie dało się wtedy przeprowadzić rozmowy telefonicznej, nie wspominając o wysłaniu ważnych maili czy dokumentów do firmy. Kobieta nie mogła sobie pozwolić, by zostawiać babcię na dłużej i pracować w Czaplinku. Dobrze, że chociaż miała gdzie tam przysiąść i w spokoju popracować. W restauracji w samym centrum miasteczka zaszywała się przy ulubionym stoliku odgrodzonym przepierzeniem. Odcięta od reszty klientów wykonywała swoje obowiązki, nie narażając się na przeszkadzanie czy ciekawskie spojrzenia.
Włożyła komputer do torby, chwyciła dwie teczki i kalendarz. Za późno na biznesowe rozmowy, ale z terminarzem nie rozstawała się nigdy. Obiecała to zresztą pracodawcy. To był warunek: mimo rocznego płatnego urlopu ma nadal działać na rzecz firmy. Naturalnie nie w takim zakresie, jak do tej pory, ale jeżeli chciała mieć gdzie wracać, musiała poświęcić każdego dnia trzy, cztery godziny na pracę. Nie zarabiała tyle, co w ostatnich latach, ale nie miała wyjścia.
Wieczór, kiedy zadzwonili do niej rodzice, utkwił jej w pamięci.
- Lila, babcia upadła i skręciła nogę. Trzeba będzie się nią zająć przez jakiś czas.
- Ale jak to skręciła? Dlaczego ja o niczym nie wiem? Przecież miałam być powiadamiana od razu!
- Cały dzień nie odbierałaś telefonów.
Liliana szybko sprawdziła listę połączeń. Rzeczywiście, osiem razy próbowano się z nią skontaktować z jakiegoś numeru. Nie mogła odebrać, bo miała jedno zebranie za drugim. Dopiero teraz ściągała szpilki z obolałych stóp i rozpinała zamek spódnicy. Marzyła o długim prysznicu zmywającym zmęczenie całego dnia, ale widać spokój nie był jej pisany.
- Co z babcią? - Spojrzała na zegarek. Dochodziła dwudziesta pierwsza. W Moskwie była prawie dwudziesta trzecia.
- Upadła. Rozmawiałam z lekarzem. Nie jest to coś poważnego, ale w przypadku dziewięćdziesięciolatki leczenie będzie trochę trwało. Na pewno kilka dni spędzi w szpitalu, gdzie zrobią jej komplet badań i założą usztywnienie. A potem potrzebna będzie rehabilitacja i stała pomoc.
Lilianie ciężko było we wszystko uwierzyć. Babcia - niezwykle żywotna - nigdy nie wymagała żadnej opieki ani wsparcia. Wręcz wzbraniała się przed tym! Całe życie przemieszkała na wsi. Dziesięć lat temu, gdy rodzice obejmowali posady w placówce dyplomatycznej w Moskwie, proponowali, by przeniosła się do miasta i zajęła ich mieszkanie. Uparta staruszka twierdziła jednak, że da sobie radę. Całe życie dawała!
- Starych drzew się nie przesadza - zwykła mawiać.
I rzeczywiście przez kilka lat był spokój. Aż do feralnego dnia sprzed miesiąca. Drugiego stycznia Liliana miała akurat mnóstwo spotkań i kilka ciężkich tygodni za sobą. Podsumowywała budżet i robiła plany na następne miesiące. Boże Narodzenie i sylwestra praktycznie spędziła w pracy. Rodzice nie mogli zjechać z placówki, bo święta w Rosji wypadają dwa tygodnie później, a babcia była niezwykle wyrozumiała dla wnuczki, która nie pojawiła się w Wigilię u niej w domu. Po raz kolejny od ośmiu lat - bo tyle czasu pracowała dla tej korporacji - ominęły ją święta. O ile rodzice od początku rozumieli, w czym rzecz, choć tego nie pochwalali, to przez kilka lat ciężko było przekonać staruszkę, że obecnie żyje się inaczej niż kiedyś.
- Nie rozumiem, za czym tak gonicie - mówiła do słuchawki. - Szukacie szczęścia, stając się niewolnikami pieniędzy. A przecież w życiu powinna być równowaga. Jest czas i na pracę, i na odpoczynek, na swoje pasje oraz na siedzenie na trawie i obserwowanie zachodu słońca!
Młoda kobieta początkowo próbowała przetłumaczyć babci, że nie może sobie pozwolić na jakąkolwiek beztroskę, bo cały świat kręci się wokół pieniędzy. Opowiadała, że zarządza prężnym działem i ma bardzo odpowiedzialną funkcję, a praca przynosi jej dużo zadowolenia, daje spełnienie, ale staruszki nie dało się przekonać.
- Masz trzydzieści trzy lata i jesteś sama jak palec. Twoi rodzice przynajmniej pracują razem. A ty? Nie znajdujesz czasu nawet na to, by wyjść do ludzi i znaleźć sobie kogoś.
W takich momentach Liliana szybko żegnała się z babcią.
Pamiętała, kiedy dostała pracę w korporacji, jakby to było dzisiaj. Przechodziła tam wtedy z małej agencji, w której więcej czasu spędzało się na plotkach, aniżeli na konkretnej robocie. Liczba osób zatrudnionych w biurze nie przekraczała dwudziestu i każdy dużo wiedział o współpracownikach. Operowała na małych budżetach. Struktura firmy była dość płaska, a możliwości awansu... cóż, minimalne. Gdy w dwa tysiące dziewiątym roku nastąpił wielki kryzys, źle zaczęło się dziać także i u nich. To wtedy ktoś z działu kadrowego międzynarodowej korpo zaproponował jej złożenie u nich aplikacji.
Rozmowy trwały ponad dwa miesiące. Odbyła trzy spotkania z różnymi osobami i została wybrana do grona szczęśliwców. Tak wtedy o sobie myślała. Pierwsze trzy miesiące nowej pracy były koszmarem. Agencja reklamowa funkcjonowała zupełnie inaczej niż jej poprzedni pracodawca. Liliana nie mogła przyzwyczaić się, że na wszystko jest procedura i system, a akceptacja jednego dokumentu wymaga kilku podpisów. Gdzie w tym wszystkim znaleźć czas na płynną, normalną pracę? Terminy goniły, klient znowu wstał lewą nogą, a kolega z biurka obok przechodził rozwód i wyładowywał na wszystkich swoje nerwy. Lecz mijały miesiące, a młoda kobieta powoli stawała się małym trybikiem w ogromnej maszynie. Praca zaczęła ją wciągać. Potrafiła siedzieć w biurze po dwanaście, czasami nawet czternaście godzin! Ogromnym wyzwaniem były nowe projekty, a ich realizacja i pochwała otrzymana od szefa dostarczały jej wielkiej satysfakcji. Zostawanie po godzinach nie było żadnym problemem. Nie miała do czego wracać. W ładnie urządzonym mieszkaniu nikt na nią nie czekał; ani mężczyzna, ani zwierzak. Nawet paprotki pozbyła się jakiś czas temu. Owszem, Lila chciała założyć rodzinę, mieć męża, dzieci, ale za jakiś czas. Nim się spostrzegła, mijał ósmy rok pracy w tym kołowrotku. Była niezastąpiona w awaryjnych sytuacjach.
- Analiza dla klienta? Na kiedy? Czwartek do południa? Nie ma sprawy! Mam całą dobę na to! - rzucała do słuchawki i biegła do swojego zespołu. - Dacie radę! Liczę na wasze zaangażowanie! Ta sprawa ma najwyższy priorytet! - motywowała podwładnych.
Te komunikaty tak weszły jej w nawyk, że powtarzała je nawet wtedy, kiedy nie musiała. Wiedziała, że szef będzie oceniał ją po wynikach.
Przez tyle lat pracy zauważyła, że na niezbyt silnych psychicznie osobach stres związany z obowiązkami odciska piętno. Aby nie wypaść z obiegu, sięgali po dopalacze i energetyki. Niektórzy garściami łykali tabletki na pamięć i koncentrację, natomiast alkohol traktowali jako podstawowe lekarstwo na stres. Bywali i tacy, którzy eksperymentowali z narkotykami. Liliana cieszyła się w duchu, że trzyma się z daleka od używek. Jej jedynym nałogiem była kawa, często pita w nadmiernych ilościach.
Kobieta doskonale widziała, co się dzieje w środowisku koleżanek i kolegów. Jak grzyby po deszczu powstawały gabinety i poradnie terapeutyczne specjalizujące się w pracy z ofiarami korporacji. Zakładane były - jakżeby inaczej - z inicjatywy tych, którzy odeszli z takiego systemu pracy. Dołączały do nich firmy specjalizujące się w warsztatach dla osób, które chciały odejść z molocha i rozpocząć własny biznes. Wypalenie zawodowe robiło swoje. Byli tacy, którzy rzucali pracę w korporacji, a potem - zniechęceni niepowodzeniami na rynku - wracali, ale na gorszych warunkach. Gdy pojęli, że harówka na własny rachunek jest nieporównanie cięższa, bardziej wymagająca i przynosi niepewny dochód, znowu przywdziewali białe kołnierzyki. A korpomarnotrawni to naprawdę cenni pracownicy! Znają już firmę od podszewki i nie muszą długo wdrażać się w obowiązki. Agencja, w której pracowała Liliana, robiła wszystko, aby przyciągnąć dawnych wyrobników i przy okazji wrócić na listę firm, w których Polacy chcieliby pracować. Kuszono pracowników, jak tylko się dało. Organizowano warsztaty z inspirującymi osobowościami i celebrytami, które miały zachęcić do większej odwagi i kreatywności. Refundowano część kosztów zakupu ekologicznego samochodu. Gdy ktoś chorował, dział kadr wyszukiwał wszelkie możliwe zasiłki, terapie i rehabilitacje. Istniała jeszcze jedna opcja: roczny płatny urlop.
Szef najpierw parsknął śmiechem, gdy usłyszał o tym pomyśle od Liliany. Jak to? Chce nagle pójść na dwunastomiesięczne wolne?! Jak ona to sobie wyobraża? I jakie przedstawi ku temu powody? Przecież nie ma rodziny, dzieci, zobowiązań! Babcia choruje?! Cóż, z tym trzeba się pogodzić. Dziewięćdziesięcioletnia staruszka nie będzie przecież wiecznie żyła. Można zatrudnić opiekunkę. Poświęcać się dla jakiejś staruszki?
Jeszcze tydzień wcześniej Liliana była tego samego zdania. Kochała babcię, ale przecież nie mogła dla niej zrezygnować z dotychczasowego życia. Miała swoje plany, marzenia i cele! Jednak gdy przyjechała w odwiedziny do szpitala, wyrywając się na dwa dni z korporacji i sporo godzin spędzając w drodze, i zobaczyła wychudzoną bliską osobę leżącą w wykrochmalonej pościeli, wiedziała, że nie może jej tak zostawić. Musi jej pomóc. Przynajmniej na początku. To wtedy narodził się pomysł dwunastomiesięcznego płatnego urlopu. Po ośmiu latach pracy kwalifikowała się do tego. Wiadomo, że pensja byłaby obniżona do minimum, że kobieta w praktyce musiałaby być do dyspozycji szefa oraz wykonywać zadania mimo urlopu. To wszystko da się zrobić, pomyślała. Obiecała, że gdy tylko stan staruszki się poprawi, wróci do pracy najszybciej, jak się da, nie czekając, aż upłynie cały przysługujący wymiar wolnego. Zresztą w ostatnim momencie zdecydowała się na pół roku poza firmą.
Nawet nie wiedziała, kiedy i jak upłynął styczeń. Gdy babcia była jeszcze w szpitalu, Liliana zabrała się za organizację ich wspólnego życia. Od lekarza wiedziała, że niezbędna będzie fizjoterapia. Podpytała pielęgniarki o najlepszego specjalistę w tej dziedzinie. Najczęściej wymieniana była prywatna praktyka z Czaplinka. Lilianę interesowały także wszelkie medykamenty, maści i inne specyfiki, które mogą pomóc chorej w szybkim powrocie do sprawności. Skrupulatnie notowała wszystko w swoim terminarzu.
Kalendarz był jej nieodłącznym atrybutem. Kilka lat temu znalazła taki, który odpowiadał jej potrzebom. Gruby, w którym każdy dzień zajmował jedną stronę, jednocześnie poręczny i dający schować się do torebki. Na początku było miejsce na wypisanie celów strategicznych w danym roku, począwszy od kariery, poprzez cele finansowe, umiejętności, pomysły i pasje, a na rodzinie i przyjaciołach skończywszy. Tę ostatnią rubrykę pomijała. Nie była jej do niczego potrzebna. Rodzina, mąż, dzieci to kompletna abstrakcja. Najważniejsze pozostawało spełnianie się jeszcze przez jakieś dziesięć lat w korporacji. Czterdzieści trzy lata - jak wynikało z wszelkich statystyk - tyle wynosił wiek najstarszego pracownika tego systemu, naturalnie nie licząc prezesów i członków zarządu, bo ci zazwyczaj byli wiekowi.
Liliana miała do tej pory naprawdę świetne zarobki. Liczyła, że jeżeli przez najbliższe lata odłoży na koncie odpowiednią sumę, to jakoś dociągnie do emerytury, także w przypadku podjęcia później innego zajęcia. Niestety sytuacja losowa sprawiła, że obecny rok nie będzie satysfakcjonujący finansowo. Ba, pewnie naruszy także oszczędności, chociaż rodzice, gdy usłyszeli jej zgodę na pomoc babci, obiecali, że pokryją wszelkie koszty. Ale co z tego? Terminarz na najbliższy rok zaczęła zapisywać jeszcze w grudniu. Skrupulatnie wypełniła rubryki z celami strategicznymi i finansowymi. Co teraz? Przecież nie odhaczy wykonania żadnego z nich! Żadnego!
Gdy babcia wróciła do domu, było tylko gorzej. Cały czas należało coś przy niej robić. Staruszka chciała pokazać, że zwichnięcie to nic wielkiego, zdarza się każdemu i szybko się z niego wychodzi. Próbowała wstawać i poruszać się o kulach, starając się nie angażować wnuczki, ale z ust dobywał się syk bólu. Liliana w ostatniej chwili doskakiwała do niej i ratowała przed kolejnym upadkiem.
- Babciu! Nie możesz wstawać sama! Proszę, wołaj mnie, gdy chcesz pójść do toalety albo potrzebujesz czegoś.
- I tak ogromnie mnie wspierasz samą obecnością, kochanie.
Uparta gospodyni jeszcze kilkakrotnie chciała pokazać, że da sobie radę, ale na próżno. Duch silny, ciało niekoniecznie. Gdy podczas pewnej próby zachwiała się niebezpiecznie i kulą potrąciła stojącą na podłodze lampę, Liliana zabroniła jej jakiegokolwiek wstawania bez powiadomienia o tym.
Wnuczka bacznie obserwowała ręce fizjoterapeutki podczas pierwszej domowej wizyty. Nawyk kontrolowania wyniosła z pracy. Pańskie oko konia tuczy. Dokładnie też patrzyła na zegarek, czy przypadkiem rehabilitantka nie skróci czasu zabiegu kosztem zdrowia babci. Nie zrobiła tego. Sesję przedłużyła nawet o pięć minut. Liliana była przekonana, że to dzięki jej obecności. Gdyby zostawiła staruszkę samą, pracownica przychodni wykorzystałaby sposobność i nie przeprowadziła fizjoterapii, jak należy.
- Następna wizyta za trzy dni - zakomunikowała specjalistka i podała młodej kobiecie skoroszyt, w którym wnuczka miała podpisać wykonanie ćwiczeń i masażu.
- Do zobaczenia w takim razie.
- Nie będziemy się widzieć. Pracujemy rotacyjnie. Przyjedzie ktoś inny.
Lilianie się to nie spodobało. Rehabilitant powinien być przypisany do pacjenta od początku do końca! Po chwili pomyślała, że w sumie może to i dobrze... Ta fizjoterapeutka wydała się jej jakaś dziwna. Nie odzywała się wcale, zaciskała usta, jakby nie w smak jej było, że ktoś patrzy na ręce. Jednak jeśli chce się coś uzyskać, to tak trzeba, powtórzyła w myślach wnuczka.
Jeszcze tego samego wieczoru, gdy tylko pomogła babci położyć się do łóżka, zasiadła nad terminarzem. Tym razem poświęciła czas rubryce "Rodzina". Na samej górze zapisała: "Babcia", a pod spodem odnotowała:
15 stycznia - 28 lutego - intensywna fizjoterapia
1 marca - 31 marca - wizyty u psychologa motywującego babcię oraz dalsza fizjoterapia; próby samodzielnego chodzenia kilka razy w tygodniu; kuracja witaminowa i wapniowa wzmacniająca kości
Kwiecień - załatwić prywatne miejsce w sanatorium, wykonać wcześniej wszelkie niezbędne badania
Maj - babcia cały miesiąc w sanatorium
Czerwiec - wracam do pracy
Ostatnie zdanie podkreśliła na czerwono.
Przez pierwsze dni pobytu u babci była zajęta różnymi formalnymi sprawami. Kupiła jej też przeciwodleżynowy materac, by szybciej wracała do zdrowia. W pobliskiej miejscowości znalazła kobietę do pomocy w sprzątaniu, a przy okazji w dopilnowaniu babci wtedy, gdy sama musiała wyjeżdżać do Czaplinka. A musiała każdego dnia... Bywało, że i dwa razy dziennie tam była, choć starała się tego unikać, gdyż wtedy musiała zostawiać staruszkę wieczorem samą na dobrą godzinę.
Przypominając sobie drugi tydzień pobytu u babci i kompletny brak zasięgu przez kilka dni, do tej pory ogarniała ją złość. Na początku nic nie zauważyła. Była pewna, że brak sygnałów dźwiękowych oznajmiających nadejście maila, esemesa czy rozmowy oznacza, że w pracy dają jej wytchnienie. Nic z tych rzeczy! Kiedy sama chciała gdzieś zadzwonić, okazało się, że sieć do Kuszewa nie dochodzi! Kobieta biegała jak oszalała po okolicznych polach, aby złapać zasięg. Jakieś pięćset metrów od domu udało jej się chwycić dwie kreski oraz bardzo słaby internet. Wtedy komórka oszalała! Wiadomości, maile i informacje o nieudanych połączeniach przychodzących wchodziły z olbrzymią prędkością. Do wykonania było sporo zadań, w dodatku na wczoraj. Pracowała cały wieczór, aby nadrobić zaległości z kilku dni. Zasypiała w poczuciu dobrze wykonanego obowiązku, a następnego ranka, gdy tylko w domu pojawiła się pani pomagająca w sprzątaniu, pojechała do Czaplinka i odnalazła tę uroczą restaurację w centrum miasta. Nikt jej nie przeszkadzał przez trzy godziny, więc spokojnie rozesłała zaległe analizy i raporty. Żeby nigdy więcej nie dopuścić do takich zaniedbań, przyjeżdżała tutaj co najmniej raz dziennie. Naturalnie, nie miała nawet jednej piątej z obowiązków, które normalnie wykonywała w biurze, ale pewne sprawy i klienci byli przypisani tylko jej i chciała nad wszystkim czuwać.
Kiedy już uregulowała rytm dnia, zaczęły jej dokuczać... wieczory. Przyzwyczajona, że długo siedzi w biurowcu, a gdy wraca do siebie, ogląda serwis informacyjny nadawany na żywo i ponownie włącza laptop, w Kuszewie nie mogła sobie znaleźć zajęcia. Internet nie działał. W telewizji także nic ciekawego nie leciało. Babcia miała tylko trzy kanały, a nawet na nie zerkała bardzo rzadko. Oglądała wiadomości, a potem wyłączała telewizor. Słuchała radia. Chciał nie chciał, Liliana musiała robić to samo. Pierwsze dni były nie do zniesienia. Staruszka uwielbiała kanał, na którym toczyły się dyskusje, a muzykę puszczano od czasu do czasu. Zwariować można! Z czasem jednak, nieoczekiwanie, wnuczka zaczęła wsłuchiwać się w prezentowaną treść. Zaciekawiły ją audycje historyczne, polityczne, prezentacje ciekawych ludzi i regionów, których nie znała. Nie wszystko ją interesowało, dlatego czasami kręciła się nerwowo po domu. Bo ileż można gotować dla siebie i babci? Nigdy nie była specjalistką od kucharzenia. Zazwyczaj przygotowywała proste potrawy, ale babci to nie przeszkadzało.
- Co moja mama tu robiła? - spytała któregoś razu skrótowo, firmowym tonem.
- W twoim wieku? Ciebie bawiła - odpowiedziała staruszka.
- Nie o to mi chodzi - żachnęła się wnuczka. - Zastanawiam się, jak wyście tu funkcjonowali przed laty. Przecież kiedyś było wam zdecydowanie trudniej niż dzisiaj. Maleńka miejscowość, zimą pewnie jest kompletnie zasypana śniegiem i odcięta od świata.
- Trudniej, moja droga... Wybacz, pewnie cię zanudzę, ale muszę cofnąć się pamięcią i coś ci opowiedzieć. To, co ty nazywasz trudnym, nigdy takim nie było. Zaparz miętę i przysiądź przy mnie.
Normalnie Liliana nie miałaby cierpliwości do słuchania. Jednak co robić wieczorem, kiedy nie można popracować, a w telewizji same nudy? Postawiła dzbanek na stoliku, nalała zielonkawego napoju do filiżanek - bo staruszka piła tylko tak podaną herbatę - i zaczęła słuchać.
- Nie wiem, czy cokolwiek słyszałaś o naszej rodzinie. Wrócę do czasów wojny. W marcu tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku moi rodzice zostali wywiezieni z rodzinnych ziem na roboty przymusowe do Niemiec. Wraz z nimi byłam ja. Zapakowano też siostrę matki, Urszulę, która miała ze sobą roczne dziecko, a z drugim była w ciąży. Pamiętam, jak suszyliśmy pieluszki tego starszego, przykładając je do siebie. To była wiosna. Podróż okazała się strasznym przeżyciem. Jechaliśmy w bydlęcych wagonach. Słabsi nie byli w stanie tego przetrwać. Raz na jakiś czas się zatrzymywaliśmy. Na postojach z wagonów wynoszono zwłoki.
Liliana się wzdrygnęła. Nigdy nie słyszała tej opowieści.
- Wywieziono nas aż do Turyngii. Tam w maju ciocia Urszula urodziła. Dziecko ważyło niespełna dwa kilogramy. Odbierająca poród akuszerka żartowała, że gdyby nie nalot, maluch pewnie poczekałby trochę i dorósł kilka deko. Przetrwaliśmy u bauerów aż do końca wojny. Gdy w maju czterdziestego piątego ogłoszono wolność, rodzice podjęli decyzję o powrocie do Polski.
- A to nie było oczywiste? - zdziwiła się wnuczka.
- Dla jednych było, dla innych nie. Tych drugich kusił świat. Wielu znajomych wybrało Zachód, szczególnie Belgię, Anglię i Kanadę. Wszystko dlatego, że miejscowość Wangenheim, w której byliśmy, wyzwolili Amerykanie, zatem można było skorzystać z sytuacji. Moja rodzina zdecydowała jednak jechać na Ziemie Odzyskane, bo na Wołyń absolutnie nie mogliśmy wracać. Pociągi wiozły nas w nieznane. Tak trafiliśmy do Czaplinka, a stamtąd samochodami wojskowymi i furmankami do Czarnego Wielkiego, wsi parę kilometrów dalej. Ciocia Urszula z rodziną pojechała na Śląsk. Bardzo rzadko się odwiedzaliśmy, z czasem kontakt ustał zupełnie. Wiem, że zmarła wcześniej niż moja mama. Natomiast gdy ja wyszłam za mąż za twojego dziadka, wybudowaliśmy się na Winnym Wzgórzu, to znaczy w Kuszewie. Dookoła nas nie było wtedy nikogo. Sąsiad od sąsiada oddalony był znacznie. Ta miejscowość zawsze liczyła niewielu mieszkańców, ale dzięki temu wszyscy czuliśmy się tutaj jak rodzina. Jak wiesz, całe życie pracowałam jako księgowa w urzędzie w Czaplinku. Dziadek zmarł jeszcze przed twoim urodzeniem. - Kobieta westchnęła. - Nawet w maleńkiej wsi życie toczy się tak samo jak gdziekolwiek indziej. Twoja matka miała dwie starsze przyjaciółki, które mieszkały tuż przy wjeździe. Odwiedzały się i robiły to wszystko, co inne nastolatki.
Liliana uniosła brew. Babcia chyba nie ma pojęcia o współczesnym świecie, pomyślała.
- Owszem, wtedy nie było takiej dostępności wszystkiego jak teraz - ciągnęła staruszka, jakby czytając w jej myślach. - Ba, niczego nie było. Ale człowiek miał niewiele i był szczęśliwy. A teraz ma wszystko, tylko szczęścia mu brak.
Młoda kobieta już miała coś odpowiedzieć, gdy nieoczekiwanie rozległ się dźwięk jej komórki.
- Czyżby zasięg wrócił? - mruknęła pod nosem i zajęła się sprawdzaniem aparatu. Wiadomości mailowe wchodziły jak oszalałe. Po południu pojawił się pewien problem z jej dobrym klientem i wymagał natychmiastowego rozwiązania.
- Babciu, wytrzymasz półtorej godziny sama? Więcej czasu mi to nie zajmie. - Liliana krzątała się, pakując sprzęt do torby i mówiąc do staruszki. - Jak nie załatwię tego dzisiaj, to będę musiała jutro. A przed południem mamy przecież wyznaczoną wizytę u ortopedy. Chociaż może spróbuję wzmocnić sygnał i uda mi się to zrobić z komórki...
Po pięciu minutach nieudanych prób poddała się. Powstrzymała cisnące się na usta przekleństwa i - choć to w zasadzie była pora kolacji - ruszyła spod domu z piskiem opon. Babcia patrzyła za nią przez okno, siedząc samotnie przy kuchennym stole.