Prolog
Lato tego roku było morderczo upalne. W lipcu Nowy Jork zamienił się w łaźnię parową. Szczęściarze, którzy mogli sobie pozwolić na ucieczkę nad
ocean, chronili się w swoich domkach letniskowych, popijali chłodne
drinki i rozkoszowali się ożywczą bryzą, prowadząc interesy przez
telełącze. Inni, uzupełniwszy zapasy, zamykali się w klimatyzowanych
domach, niczym oblegane przez wroga plemiona.
Niestety, większość mieszkańców miasta musiała po prostu znosić upał.
Kiedy wilgotność powietrza osiągnęła rekordową wysokość i nic nie
zapowiadało rychłej poprawy sytuacji, nastroje zaczęły się stopniowo
pogarszać. Dezodoranty już dawno przestały się sprawdzać, a każde, nawet
najdrobniejsze nieporozumienie groziło wybuchem piekła. Ludzie z dnia na
dzień stawali się coraz bardziej agresywni, nawet ci łagodni i niekonfliktowi wdawali się w bijatyki.
Latem 2059 roku wszystkie oddziały pogotowia przeżywały prawdziwe
oblężenie. Ci, którzy w zwyczajnych warunkach pozwoliliby sobie co
najwyżej na przejście przez jezdnię w niedozwolonym miejscu, lądowali na
posterunkach policji, by w obecności swoich adwokatów tłumaczyć,
dlaczego próbowali udusić współpracownika czy wepchnąć nieznajomego
przechodnia pod koła pędzącej taksówki.
Zazwyczaj, kiedy emocje stygły, nie potrafili udzielić logicznej
odpowiedzi. Patrzyli przed siebie otępiałym wzrokiem, zdumieni i zakłopotani, jak gdyby właśnie wyszli z głębokiego transu.
Louie K. Cogburn dobrze wiedział, co i dlaczego robi, i miał dokładnie
określone plany na przyszłość. Zajmował się rozprowadzaniem nielegalnych
substancji odurzających, najczęściej handlował Zonerem i Jazzem. Aby
zwiększyć swoje niewielkie dochody, Louie mieszał Zonera z suszoną trawą
zebraną w parkach miejskich, a do Jazzu dosypywał proszek do pieczenia,
który kupował w hurtowych ilościach. Jego klientami były dziesięcio-
dwunastoletnie dzieciaki ze średniozamożnych domów, uczące się w okolicy
jego mieszkania na dolnym Manhattanie.
Dzięki temu oszczędzał na czasie i nie wydawał pieniędzy na dojazd.
Preferował klientelę z klasy średniej, bo każdy biedak miał dostawcę we
własnej rodzinie, a bogacze zbyt szybko wyczuwali trawę i proszek do
pieczenia. Logika, jaką posługiwał się Louie, pozwalała robić interesy
wyłącznie z jedną grupą wiekową. On sam często powtarzał, że wystarczy
wciągnąć w to dzieciaki odpowiednio wcześnie, by do końca życia
pozostały jego klientami.
Louie nie miał dotychczas okazji się przekonać, czy jego życiowe motto
się sprawdza, bo żaden z jego klientów nie ukończył jeszcze szkoły.
Mimo to Louie bardzo poważnie traktował swoją pracę. Co wieczór, kiedy
jego potencjalni klienci odrabiali zadania domowe, on także był zajęty.
Znał się na tym i sam prowadził własną małą księgę rachunkową. Jako
księgowy, nawet w niewielkiej firmie, zarabiałby dużo więcej niż na
handlu narkotykami, uważał jednak, że prawdziwy mężczyzna powinien
pracować na własne konto.
Ostatnio coraz częściej się wściekał. Wystarczyło, by jego komputer z trzeciej ręki się zawiesił, a Louie wpadał w szał. I ten ból głowy.
Upiorny, nieznośny ból głowy, jakiego nie były w stanie złagodzić nawet
środki, które sam sprzedawał.
Przez trzy dni w ogóle nie pracował. Ból głowy tak się nasilił, że
przesłonił mu cały świat. Louie zaszył się w swoim dusznym mieszkanku i włączył głośną muzykę, w nadziei, że w ten sposób zagłuszy potworny szum
w głowie.
Ktoś mu jeszcze za to zapłaci, to jedyne, czego był pewien. Ktoś za to
zapłaci.
Gospodarz domu, przeklęty nierób, ciągle nie naprawiał klimatyzacji,
myślał z rosnącą wściekłością Louie. Jego zaczerwienione, opuchnięte
oczy ani na chwilę nie przestawały obserwować przesuwających się po
ekranie rzędów cyfr. Siedział w samej bieliźnie przed otwartym na oścież
jedynym oknem w kawalerce. Nie było wiatru, powietrze ani drgnęło, za to
z ulicy dobiegał straszliwy zgiełk. Pokrzykiwania kierowców i przechodniów, ryk klaksonów, pisk opon, buczenie przepełnionych
autobusów powietrznych.
Podgłośnił wysłużony odtwarzacz tak, że trashrockowa muzyka zamieniła
się w ścianę hałasu. Odgrodził się od bólu.
Z nosa sączyła mu się strużka krwi, ale on wcale tego nie zauważył.
Louie K. przyłożył do czoła butelkę z letnim piwem. Żałował, że nie ma
miotacza. Gdyby miał ten pieprzony miotacz, wychyliłby się przez to
cholerne okno i wysadził w powietrze całą zasraną ulicę.
Jego najbardziej gwałtownym wyczynem, przynajmniej do tej pory, było
wyrzucenie młodocianego klienta z samochodu. Teraz, kiedy zlany potem
siedział nad rachunkami, myśl o śmierci i zniszczeniu nie opuszczała go
ani na chwilę, a w jego głowie rodziło się szaleństwo.
Twarz miał woskowobladą, ciemne, sklejone w wilgotne strąki włosy
opadały mu na zapadnięte policzki. Chude jak patyk ramiona połyskiwały
od potu.
W uszach nie przestawało mu dzwonić, a brzuch pęczniał tak, jakby wypił
ocean jakiegoś smaru. Czuł, że przyczyną jego fatalnego samopoczucia
jest upał. Choroba oznaczała straty finansowe. Powinien wziąć pieniądze
przeznaczone dla gospodarza. Powinien to zrobić.
Ręce drżały mu coraz silniej. Wbił wzrok w ekran. Nie mógł przestać się
weń wpatrywać.
Wyobraził sobie, jak podchodzi do okna, wspina się na parapet, wychodzi
na zewnątrz, staje na gzymsie i uderza pięściami w ścianę gorącego
powietrza i hałasu. W ręce trzyma miotacz. Krzycząc, sieje zniszczenie i śmierć. Krzyczy, wciąż krzyczy, aż w końcu spada.
Ląduje na nogach, a potem...
Z zamyślenia wyrwało go walenie w drzwi. Zacis-nął zęby i wrócił do
rzeczywistości.
-?Louie K., ty dupku! Wyłącz tę cholerną muzykę!
-?Idź do diabła -?mruknął pod nosem, sięgając po kij do baseballu, z którym zwykł przechadzać się po parku. W ten sposób dawał sygnały
potencjalnym klientom. -?Idź do diabła. Wszyscy idźcie do diabła.
-?Słyszysz mnie? Niech cię szlag!
-?Pewnie, że cię słyszę. -?Czuł, jak w mózg wbijają mu się wielkie
żelazne kolce, jak wwiercają się coraz głębiej i głębiej. Musi je
natychmiast wyjąć. Krzycząc, uderzył się z całej siły kijem. W oczach
stanęły mu łzy, ale nie przestawał się katować.
-?Suze dzwoni po gliny. Słyszysz, Louie? Jeśli w tej chwili nie
wyłączysz tego gówna, Suze wezwie gliny. -?Dla podkreślenia każdego
słowa sąsiad walił pięścią w drzwi.
Muzyka, łomotanie w drzwi, pokrzykiwania, kolce w mózgu, pot zalewający
oczy. Louie sięgnął po kij.
Otworzył drzwi i uderzył.
1
Porucznik Eve Dallas w zamyśleniu siedziała przy swoim biurku. Grała na
zwłokę i wstydziła się tego. Na samą myśl o włożeniu eleganckiej sukni
wieczorowej i udaniu się na służbową kolację, którą jej mąż wydawał dla
grupy nieznajomych, miała ochotę wrzucić dziwaczną toaletę do niszczarki
i zamienić ją w strzępy.
Dużo ciekawszym miejscem wydawała jej się centrala.
Tego popołudnia zamknęła dochodzenie, czekało ją więc sporo papierkowej
roboty. Czuła, że nie powinna tracić czasu. Świadkowie zgodnie
potwierdzili, że ten sam facet, który wszczął przepychanki z dwojgiem
turystów z Toledo, wcześniej potrącił samochodem sprzedawcę sojowych
parówek i zbiegł z miejsca wypadku.
Wszystko, czym zajmowała się w ciągu kilku ostatnich dni, miało mniejszy
lub większy związek z tym jednym problemem. To małżeńska awantura z tragicznym zakończeniem, to uliczna burda z kilkoma ofiarami
śmiertelnymi, nawet rozróba przed budką z lodami doprowadziła do
morderstwa.
Upał odbierał ludziom rozum. Zachowywali się głupio i podle, myślała, a to połączenie prowadziło do rozlewu krwi.
Perspektywa wystrojenia się w tę przeklętą suknię i zmarnowania kilku
godzin w jakiejś ekskluzywnej restauracji na rozmowach z ludźmi, których
nawet nie znała, sprawiała, że sama czuła się podle.
To wyłącznie jej wina, myślała z niechęcią. Nie trzeba było wychodzić za
faceta, który jest tak bogaty, że mógłby kupić cały kontynent.
Roarke lubił takie wieczory, co nigdy nie przestało wprawiać jej w zdumienie. W pięciogwiazdkowej restauracji -?pewnie i tak do niego
należała -?czuł się równie swobodnie jak we własnym domu, a kawior jadał
z taką samą naturalnością jak domowe burgery.
Te rzeczy nie powinny jej już dziwić, przecież byli małżeństwem od
prawie dwóch lat. Zrezygnowana, wstała od biurka.
-?Pani porucznik ciągle tutaj? -?W drzwiach gabinetu stała Peabody, jej
podwładna. -?Zdawało mi się, że miała pani iść na kolację do którejś z tych wytwornych restauracji w centrum.
-?Jeszcze zdążę. -?Zerknęła na zegarek i poczuła lekkie zawstydzenie. No
dobra, trochę się spóźni. Ale niedużo. -?Właśnie zakończyłam sprawę tego
kierowcy.
Peabody, która wbrew naturalnemu porządkowi rzeczy, znakomicie znosiła
nawet najgorsze upały, spojrzała na nią spokojnymi ciemnymi oczami.
-?Pani porucznik, chyba nie próbuje pani grać na zwłokę?
-?Przysięgałam, że będę służyć temu miastu i zapewnię opiekę i bezpieczeństwo jego mieszkańcom. Jeden z nich właśnie został
rozgnieciony na Piątej Alei niczym robak. Uważam, że zasłużył na to, bym
mu poświęciła dodatkowe trzydzieści minut mojego cennego czasu.
-?To prawdziwy koszmar, kiedy człowieka zmuszają do włożenia pięknej
sukni, obsypują brylantami, czy czym tam panią obsypali, każą pić
szampana i jeść homara. I to w towarzystwie najprzystojniejszego
mężczyzny na planecie, a pewnie i poza nią. Nie wiem, jak pani znosi
taki stres. Współczuję.
-?Zamknij się, Peabody.
-?Ja to co innego, mogę sobie przez cały wieczór siedzieć z McNabem w ciasnej pizzerii naprzeciwko posterunku. Podzielimy się porcją, a potem
rachunkiem. -?Peabody potrząsała głową. Kosmyk ciemnych włosów, który
wymknął się spod jej czapki, kołysał się rytmicznie. -?Nawet pani nie
wie, jak okropnie się czuję, wiedząc o tym.
-?Peabody, szukasz kłopotów?
-?Nie, pani porucznik. -?Peabody zrobiła najniewinniejszą minę, na jaką
było ją stać. -?Po prostu próbuję okazać współczucie w tych trudnych
chwilach.
-?Pocałuj mnie w dupę. -?Eve, rozdarta między wesołością a rozdrażnieniem, zaczęła się powoli zbierać do wyjścia, kiedy odezwał się
dzwonek łącza.
-?Mam powiedzieć, że pani wyszła?
-?Zdaje się, że kazałam ci się zamknąć. -?Eve podeszła do biurka i odebrała. -?Wydział zabójstw. Dallas.
-?Pani porucznik. -?Na ekranie pojawiła się znajoma twarz Troya
Truehearta. Eve jeszcze nigdy nie widziała go tak spiętego.
-?Trueheart.
-?Pani porucznik -?powtórzył, po czym głośno przełknął ślinę. -?Miałem
wypadek. W odpowiedzi na... o rany, zabiłem go.
-?Oficerze -?Eve, nie przerywając rozmowy, zlokalizowała go na ekranie.
-?Trueheart, jesteś na służbie?
-?Nie, pani porucznik. Tak jest, pani porucznik. Sam nie wiem.
-?Weź się w garść -?rzuciła ostro. Automatycznie podniósł głowę. -
Czekam na raport.
-?Tak jest. Po skończeniu służby wracałem pieszo do domu, kiedy
usłyszałem kobietę wzywającą przez okno pomocy. Zareagowałem
natychmiast. Na czwartym piętrze budynku mężczyzna uzbrojony w kij
baseballowy atakował jakąś kobietę. Na podłodze w przedpokoju leżał
mężczyzna, cywil. Był nieprzytomny albo nie żył, mocno krwawił. Wszedłem
do mieszkania i... próbowałem ich rozdzielić. Pani porucznik... ja chciałem
go powstrzymać, on by ją zabił. Kazałem mu się poddać, ale on zignorował
moje ostrzeżenie i rzucił się na mnie. Zdążyłem wyjąć broń, żeby go
ogłuszyć. Przysięgam, że chciałem go tylko obezwładnić, ale on nie żyje.
-?Trueheart, spójrz na mnie. Posłuchaj. Zabezpiecz budynek i powiadom
dyspozytora o zgonie. Powiedz, że złożyłeś mi raport, a ja jestem w drodze. Wezwę pogotowie. Rób wszystko zgodnie z regulaminem, Trueheart.
Zrozumiałeś?
-?Tak jest, pani porucznik. Powinienem był najpierw zgłosić to
dyspozytorowi. Powinienem...
-?Trzymaj się, Trueheart. Już jadę. Peabody -?dodała, kierując się ku
wyjściu.
-?Tak jest, pani porucznik. Jestem z panią.
* * *
Wzdłuż ulicy parkowało kilka radiowozów. Na chodnik wjechała karetka
pogotowia. Eve podeszła bliżej. W tej okolicy ludzie zwykle unikali
policji. Na widok mundurowych większość gapiów rozpłynęła się w powietrzu. Nieliczni, którzy zostali, musieli się cofnąć.
Dwaj policjanci pilnujący wejścia przyjrzeli jej się podejrzliwie, po
czym wymienili niepewne spojrzenia. Była wyższa rangą, mogła ich obu
zniszczyć.
Czuła ich chłód.
-?Gliny nie powinny zawracać tyłka innym glinom. Robimy, co do nas
należy -?mruknął jeden z nich.
Zatrzymała się i zmierzyła go wzrokiem.
Natychmiast zrozumiał, że szczupła, wysoka kobieta o brązowych oczach ma
nad nimi władzę. Jej spojrzenie było całkowicie pozbawione emocji.
Krótkie, lekko kręcone kasztanowe włosy okalały jej pociągłą twarz.
Wydatne wargi zacisnęły się w wąską linię. W brodzie miała maleńki
dołeczek.
Mężczyzna czuł, że kurczy się pod jej spojrzeniem.
-?Gliny nie powinny przeszkadzać innym glinom -?wycedziła zimno. -
Oficerze, ma pan jakiś problem? Niech pan zaczeka, aż zrobię swoje,
potem będzie pan pyskował.
Weszła do holu wielkości pudełka po butach i od razu skierowała się ku
jedynej windzie w budynku. Nacisnęła guzik. Fala gorąca, jaka w nią
uderzyła, nie miała związku z morderczym upałem.
-?Czasami mam wrażenie, że niektórzy mundurowi najchętniej przegryźliby
mi gardło, kiedy okazuje się, że jestem wyższa stopniem. Jak to jest?
-?To z nerwów, pani porucznik -?odparła Peabody, kiedy wchodziły do
windy. -?Mundurowi spoza centrali znają i lubią Truehearta. Ale testy
nie będą dla niego zbyt przyjemne.
-?Testy nigdy nie są przyjemne. Najlepsze, co możemy dla niego zrobić,
to działać szybko i nie łamać prawa. I tak już spieprzył sprawę,
zawiadamiając najpierw mnie, a nie dyspozytora.
-?Będą mu robić przykrości? To pani ubiegłej zimy zdjęła go z ulicy i wprowadziła do centrali. Wewnętrzni powinni zrozumieć, że...
-?Ci z WW nie są zbyt bystrzy. Miejmy nadzieję, że się w to nie
wmieszają. -?Wyszła z windy i uważnie się rozejrzała.
Na szczęście był na tyle rozsądny, by nie ruszać ciał. Zachował się jak
doświadczony gliniarz, pomyślała z ulgą. Na korytarzu w kałuży krwi
leżeli dwaj mężczyźni. Jeden z nich odwrócony był twarzą do ziemi. Drugi
leżał na plecach. Wpatrywał się w sufit, a w jego martwych oczach
dostrzegła zaskoczenie. Zza niedomkniętych drzwi mieszkania obok
dobiegało łkanie. Drzwi naprzeciwko także były otwarte. W ścianie
zauważyła kilka świeżych dziur i wgnieceń. Leżące na podłodze odpryski
pochłonęła kałuża krwi. Na złamanym drągu, który kiedyś był kijem
baseballowym, dostrzegła ślady krwi i strzępy mózgu.
W progu stał wyprostowany i blady jak duch Trueheart. W jego oczach
ciągle tliło się zdumienie pomieszane z szokiem.
-?Pani porucznik.
-?Trueheart, weź się w garść. Peabody, nagrywaj. -?Eve przykucnęła i zaczęła oglądać ciała. Zakrwawiony mężczyzna był duży i umięśniony.
Barczysty typ, taki co to kiedy go zdenerwować, rozwaliłby pięścią
ścianę. Tył jego głowy przypominał rozgniecione cegłą jajko.
Drugi miał na sobie jedynie grafitowe szorty. Na chudym, kościstym ciele
nie widać było żadnych ran ani sińców, jedynie z uszu i nozdrzy sączyły
się cienkie strużki krwi. Żyłki w oczach zupełnie mu popękały, a białka
nabrały czerwonego koloru.
-?Oficerze Trueheart, czy zidentyfikowano już ciała?
-?Pani porucznik, eee... pierwsza ofiara to Ralph Wooster, zamieszkały w apartamencie 42E. Ten, którego ja... -?urwał. Eve uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
-?A druga ofiara?
Trueheart zwilżył językiem usta.
-?Druga ofiara to Louis K. Cogburn z mieszkania 43F.
-?Kto tak rozpacza w 42E?
-?Suzanne Cohen, współlokatorka Ralpha Woostera. To ona wzywała pomocy
przez okno. Kiedy dotarłem na miejsce, Louis Cogburn groził jej drągiem
czy też kijem baseballowym. W tym czasie...
Zamilkł, kiedy Eve uniosła palec.
-?Po wstępnych oględzinach ciał stwierdziłam, że ofiara to mężczyzna
rasy mieszanej, lat około trzydziestu pięciu, waga jakieś sto
dwadzieścia kilogramów, wzrost około metra osiemdziesięciu centymetrów.
Widoczne obrażenia głowy, twarzy i ciała. Najprawdopodobniej rany zadano
drewnianym kijem, na którym widać ślady krwi i tkankę mózgową. Druga
ofiara to mężczyzna po trzydziestce, rasy kaukaskiej, waga sześćdziesiąt
kilogramów, metr siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu.
Zidentyfikowany jako napastnik. Przyczyna śmierci na razie nieznana.
Krwawienie z nosa i uszu, brak widocznych obrażeń.
Wyprostowała się.
-?Peabody, niech nikt nie dotyka ciał. Sama dokończę badanie, ale
najpierw muszę porozmawiać z tą Cohen. Oficerze Trueheart, czy podczas
zajścia używał pan broni?
-?Tak jest, pani porucznik, ja...
-?Proszę oddać broń oficer Peabody, która ją zabezpieczy.
Dwaj mundurowi stojący na końcu korytarza mruknęli coś pod nosem, ale
nie zwróciła na nich uwagi. Patrzyła Trueheartowi w oczy.
-?Nie masz obowiązku składania broni, bo nie ma tu twojego adwokata.
Poproś, niech ci kogoś przydzielą. Proszę, żebyś oddał broń Peabody,
wtedy nie będzie żadnych wątpliwości co do przebiegu dochodzenia.
Wiedziała, że jej całkowicie zaufał.
-?Tak jest, pani porucznik.
Kiedy sięgnął po paralizator, położyła dłoń na jego ramieniu.
-?Od kiedy jesteś taki nerwowy, Trueheart?
-?Prawe ramię trochę mnie boli.
-?Doznałeś obrażeń podczas zajścia?
-?Strasznie machał tym kijem, więc zanim...
-?Osobnik, który wywołał awanturę, zaatakował cię i zranił podczas
wykonywania obowiązków służbowych? -?Chciała nim potrząsnąć. -?Dlaczego,
u diabła, nic nie powiedziałeś?
-?Wszystko stało się tak szybko. Popchnął mnie, zamachnął się i...
-?Zdejmij koszulę.
-?Pani porucznik?
-?Ściągaj koszulę, Trueheart. Peabody, rejestruj.
Zarumienił się. Dobry Boże, niewinny jak dziecko, pomyślała Eve.
Trueheart, unikając jej wzroku, rozpiął koszulę. Peabody wstrzymała
oddech, ale czy to na widok jego niezaprzeczalnie pięknej klatki
piersiowej, czy raczej opuchlizny i ogromnego sińca ciągnącego się od
prawego ramienia aż po łokieć, Eve nie była pewna.
-?Wygląda na to, że nieźle oberwał, i to kilka razy. Niech obejrzy to
lekarz. Oficerze Trueheart, kiedy następnym razem odniesie pan w czasie
służby obrażenia, proszę powiadomić przełożonych. Odsuńcie się.
W mieszkaniu 42E panował straszny bałagan. Choć najwyraźniej
utrzymywanie w domu porządku nie należało do ulubionych zajęć lokatorów,
Eve była przekonana, że warstwa potłuczonego szkła zalegająca na
podłodze i plamy krwi na ścianach przypominające abstrakcyjne malowidła
nie stanowiły wystroju wnętrza. Kobieta nie wyglądała lepiej. Na lewym
oku miała opatrunek, a nad nim otwartą ranę. Lewa cześć twarzy była
opuchnięta i sina.
-?Jest przytomna? -?zapytała jednego z lekarzy pogotowia Eve.
-?Rozumie, co się do niej mówi. Chciała wyjść, ale ją zatrzymaliśmy,
żeby mogła pani z nią zamienić słówko. Niech jej pani zbyt długo nie
męczy -?poradził. -?Musimy ją zabrać do szpitala. Ma uszkodzoną rogówkę,
strzaskaną kość policzkową i złamaną rękę. Facet nie żałował pałki.
-?Dajcie mi pięć minut. Panno Cohen. -?Eve podeszła bliżej i pochyliła
się nad kobietą. -?Jestem porucznik Dallas. Czy może mi pani powiedzieć,
co się stało?
-?On zupełnie oszalał. Myślę, że zabił Ralpha. Po prostu oszalał.
-?Louis Cogburn?
-?Tak, Louie K. -?Zamknęła zdrowe oko i westchnęła. -?Ralph się wkurzył,
bo Louie włączył muzykę tak głośno, że nie słyszeliśmy własnych myśli. I ten cholerny upał. Ralph chciał po prostu w spokoju wypić piwko. Bo
czemu nie? Louie K. przeważnie słucha muzyki bardzo głośno, ale tym
razem przesadził. Zdawało się, że nam bębenki w uszach pękną. I tak od
kilku dni.
Zdrowe oko drgnęło jej nerwowo.
-?Panno Cohen, a co na to Ralph? -?zachęcała Eve.
-?Ralph poszedł tam, zapukał w drzwi i kazał mu ściszyć. Nawet nie wiem,
kiedy Louie wyskoczył z tym swoim kijem. Wymachiwał nim, wrzeszczał,
wyglądał jak szaleniec. Polała się krew.
Otworzyła oko.
-?Wystraszyłam się, okropnie się wystraszyłam. Zatrzasnęłam drzwi i podbiegłam do okna, żeby zawołać pomoc. Słyszałam, jak wrzeszczy, jak
uderza, to był taki tępy odgłos. Słyszałam Ralpha. Wołałam o pomoc, a potem on przyszedł.
-?Kto?
-?Louie K. Ale nie wyglądał jak Louie. Był cały we krwi, miał coś
strasznego w oczach. Podszedł do mnie z kijem. Zaczęłam uciekać.
Chciałam uciec. Uderzał, wszystko rozbijał i krzyczał coś o jakichś
kolcach w głowie. Uderzył mnie, co było potem, nie wiem. Nie pamiętam.
Oberwałam po twarzy. Pamiętam tylko, jak lekarz założył mi opatrunek.
-?Czy widziała pani oficera, który zareagował na pani wołanie?
Rozmawiała z nim pani?
-?Nic nie widziałam. Tylko gwiazdy. Ralph nie żyje, prawda? -?Ze
zdrowego oka popłynęła jedna łza. -?Oni nie chcą mi powiedzieć, ale ja
wiem, że gdyby żył, Louie nigdy by tu nie przyszedł.
-?Niestety, tak. Bardzo mi przykro. Czy między Ralphem a Louiem
dochodziło do nieporozumień?
-?Chodzi pani o to, czy już się kiedyś pobili? Czasami zdarzało się im
pokłócić o muzykę, ale przeważnie byli zgodni. Lubili wypić razem kilka
piw, zapalić Zonera. Louie to spokojny facet. Nigdy nie było z nim
żadnych problemów.
-?Pani porucznik -?wtrącił się jeden z lekarzy. -?Musimy natychmiast
zawieźć ją do szpitala.
-?W porządku. Przyślijcie kogoś, niech obejrzy mojego oficera. Dostał
kilka razy po ramieniu. -?Eve odsunęła się, a po chwili wyszła z pokoju.
-?Trueheart, złożysz mi raport. Chcę znać szczegóły. Opiszesz wszystko
dokładnie i po kolei.
-?Tak jest, pani porucznik. Wyszedłem z posterunku o szóstej trzydzieści
i pieszo udałem się w kierunku południowo-wschodnim.
-?A dokąd szedłeś?
Znowu oblał się rumieńcem.
-?Wybierałem się do domu przyjaciółki, byłem umówiony na kolację.
-?Miałeś randkę?
-?Tak jest, pani porucznik. Kiedy mijałem ten budynek, usłyszałem
wołanie o pomoc. Podniosłem głowę i zobaczyłem w oknie kobietę. Była
bardzo zdenerwowana. Wszedłem do budynku i ruszyłem na czwarte piętro,
skąd dochodziły odgłosy awantury. Kilkoro mieszkańców wyglądało przez
uchylone drzwi na korytarz, ale nikt nie wyszedł. Poprosiłem, żeby ktoś
wezwał policję.
-?Szedłeś schodami czy podjechałeś windą? -?Szczegóły, jak najwięcej
szczegółów. Eve wiedziała, że powinna wyciągnąć z niego wszystko, co
pamiętał.
-?Schodami, pani porucznik. Uznałem, że tak będzie szybciej. Kiedy
dotarłem na to piętro, mężczyzna zidentyfikowany jako Ralph Wooster
leżał na podłodze w korytarzu między mieszkaniami 42E i 43F. Nie
sprawdziłem, czy ma jakieś obrażenia, bo w mieszkaniu 42E rozległy się
krzyki i brzęk rozbijanego szkła. Zareagowałem natychmiast. Widziałem,
jak osobnik zidentyfikowany jako Louis K. Cogburn atakuje kobietę kijem
baseballowym. Na broni...
Przerwał i głośno przełknął ślinę.
-?Na broni zauważyłem ślady, które wyglądały jak krew i szara tkanka. Na
podłodze leżała nieprzytomna kobieta. Cogburn stał nad nią, uniósł kij
nad głowę i szykował się do uderzenia. Wyjąłem paralizator,
powiedziałem, że jestem policjantem, i zażądałem, by napastnik się
poddał.
Trueheart przerwał i wytarł dłonią usta. W jego spojrzeniu Eve
dostrzegła bezradność i błaganie.
-?Pani porucznik, potem wszystko potoczyło się bardzo szybko.
-?Postaraj się to opowiedzieć.
Trueheart zamknął oczy. Mięśnie twarzy drgały mu przez chwilę, w końcu
podniósł głowę i popatrzył na Eve.
-?Odwrócił się od kobiety. Wykrzykiwał jakieś brednie, coś o kolcach w głowie, o tym, że wybije okno. Potem podniósł kij, zdawało się, że chce
znowu ją uderzyć. Podszedłem bliżej, chciałem go powstrzymać i wtedy
mnie zaatakował. Zrobiłem unik, próbowałem mu odebrać broń. Trafił mnie
kilka razy, chyba wtedy złamał kij. Straciłem równowagę, zatoczyłem się,
potknąłem się na czymś i upadłem na ścianę. Zobaczyłem, że do mnie
idzie. Krzyknąłem, żeby się zatrzymał.
Trueheart wziął głęboki wdech, powoli wypuścił powietrze, ale to nic nie
pomogło, głos ciągle mu drżał.
-?Przyjął pozycję, jak gdyby chciał jak najdalej wybić piłkę.
Odbezpieczyłem broń. Pani porucznik, wybrałem opcję ogłuszanie, widzi
pani, paralizator jest ustawiony na najniższe rażenie...
-?Co dalej?
-?Wrzeszczał. Jeszcze nigdy nie słyszałem takiego wrzasku. Darł się, a po chwili zaczął biec. Ruszyłem za nim, a wtedy on osunął się na
podłogę. Myślałem, że go ogłuszyłem, tylko go ogłuszyłem. Podszedłem do
niego, żeby go związać, i wtedy zauważyłem, że nie żyje. Sprawdziłem
puls. Naprawdę nie żył. Straciłem głowę. Pani porucznik, całkiem
straciłem głowę. Wiem, że to niezgodne z procedurą, że wezwałem panią,
zamiast powiadomić...
-?Nie przejmuj się tym. Oficerze, czy użył pan broni w obronie życia
własnego lub osób cywilnych?
-?Tak jest, pani porucznik. Dokładnie tak było.
-?Czy Louis K. Cogburn zignorował ostrzeżenia i mimo rozkazu nie rzucił
broni i się nie poddał?
-?Tak jest, pani porucznik.
Eve kiwnęła na jednego z mundurowych stojących na końcu korytarza.
-?Proszę odprowadzić oficera Truehearta na dół. Wezwałam dla niego
ambulans. Niech zaczeka na lekarza w którymś radiowozie. Zostanie pan z nim, dopóki nie skończę. Trueheart, zadzwoń po swojego adwokata.
-?Ale, pani porucznik...
-?Radzę ci wezwać adwokata -?powtórzyła. -?W uzupełnieniu raportu
stwierdzam, że po pobieżnych oględzinach miejsca przestępstwa i dowodów
oraz po przesłuchaniu Suzanne Cohen uznaję zeznanie oficera Truehearta
za zadowalające. Broń została użyta w obronie własnej, napastnik
zagrażał też życiu osób cywilnych. Na razie to wszystko, co mogę
powiedzieć. Dokładniejszy raport złożę po zakończeniu dochodzenia w tej
sprawie. Trueheart, idź już, odpocznij. Wezwij adwokata i pozwól
lekarzom się zbadać.
-?Tak jest, pani porucznik. Dziękuję, pani porucznik.
-?Chodźmy, Trueheart. -?Mundurowy poklepał go po plecach.
-?Oficerze? Czy któryś z miejscowych policjantów zna ofiary?
Mundurowy odwrócił się i spojrzał na Eve.
-?To teren Proctora. Możliwe, że ich znał.
-?Wezwać go -?powiedziała i weszła do mieszkania 43F.
-?Jest w szoku -?zauważyła cicho Peabody.
-?Będzie musiał sobie jakoś z tym poradzić. -?Eve bacznie rozglądała się
po pomieszczeniu.
Pokój był niechlujny i śmierdzący. Wszędzie walały się nadpsute resztki
jedzenia i brudne ubrania. W ciasnej kuchni zmieścił się jedynie wąski
blat, maleńki autokucharz i miniaturowa lodówka. Na blacie leżała
olbrzymia forma do pieczenia ciasta. Eve uniosła ze zdziwieniem brwi.
-?No wiesz? Jakoś sobie nie wyobrażam, żeby nasz Louie K. piekł ciasto.
-?Otworzyła szafkę i zaczęła przeglądać zawartość równo ustawionych i szczelnie zamkniętych słojów. -?Cóż, wygląda na to, że Louie produkował
nielegalne substancje. Zabawne, w kuchni porządek jak u ciotki Marty, a reszta mieszkania przypomina chlew.
Rozejrzała się.
-?Na meblach nie ma śladu kurzu. Co za ironia. Kto by pomyślał, że
facet, który sypiał w śmierdzącej pościeli, odkurzał mieszkanie.
Otworzyła szafkę.
-?Tu też miał porządek. Ubrania są czyste, ale widać, że kompletnie nie
miał gustu. Spójrz na to okno, Peabody.
-?Tak, pani porucznik.
-?Jest czyste nie tylko od wewnątrz, ale i z zewnątrz. Umyto je niedawno
temu. Po co myć okna, skoro po podłodze rozrzuca się... co to w ogóle
jest... jakąś niezidentyfikowaną żywność?
-?Może sprzątaczka ma wolny tydzień?
-?Tak, ktoś z pewnością miał wolny tydzień. Tyle trzeba, żeby zebrać
taką kolekcję brudnej bielizny. -?Odwróciła się w stronę drzwi, kiedy
nadszedł policjant w mundurze.
-?Oficer Proctor?
-?Tak jest, pani porucznik.
-?Znał pan tych dwóch?
-?Znałem Louiego K. -?Proctor potrząsał głową. -?Jasny gwint... o,
przepraszam, pani porucznik, niezły burdel. Ten dzieciak, Trueheart, tam
na dole, zaraz wyrzyga sobie bebechy.
-?Niech się pan nie martwi o Truehearta i jego bebechy. Pan niech się
zajmie Louiem K. Co pan o nim wie?
Twarz Proctora skamieniała.
-?To drobny handlarz nielegalnymi substancjami. Sprzedawał to swoje
gówno uczniom z pobliskiej szkoły. Na początek dawał im na próbę
odrobinę Zonera i małą działkę Jazzu, tak żeby ich zachęcić. Moim
zdaniem, był mało szkodliwy. Trochę siedział, ale zwykle bardzo uważał.
Poza tym jeszcze żaden nielegalny nie dorobił się na handlu z dzieciakami.
-?Był agresywny?
-?W życiu! To spokojny facet. Nie wdawał się w bójki, trzymał gębę na
kłódkę. Kiedy kazało mu się spadać, bez gadania spadał. Czasami patrzył
tak spod łba, jakby chciał się postawić, ale nigdy się nie odważył.
-?Niedawno odważył się rozwalić głowę Ralphowi Woosterowi, pobić kobietę
i zaatakować policjanta.
-?Pewnie testował własne produkty. To jedyne, co przychodzi mi do głowy.
Nawet na tym nigdy go nie przyłapaliśmy. Od czasu do czasu przypalał
Zonera, ale był zbyt skąpy, żeby sobie pozwolić na coś więcej. To mi
wygląda na Zeusa. -?Proctor wskazał głową korytarz. -?Takim drobnym
facetom całkiem po tym odbija. Nie słyszałem, żeby wcześniej tak
rozrabiał.
-?W porządku, dziękuję panu, Proctor.
-?Sprzedawał dzieciakom nielegalne substancje. Niewielka strata dla
ludzkości.
-?Nie nam to oceniać. -?Eve zakończyła rozmowę i odwróciła się do niego
plecami. Podeszła do biurka i zerknęła na monitor komputera.
Czystość Absolutna Osiągnięta.
-?Co to, u diabła, znaczy? -?mruknęła, marszcząc czoło. -?Peabody, czy
na mieście pojawiło się jakieś nowe gówno? Słyszałaś o narkotyku nazwie
Czystość?
-?Nie mam pojęcia.
-?Komputer, podaj definicję Czystości.
Błędna komenda.
Skrzywiła się. Wpisała swoje nazwisko, numer odznaki i hasło dostępu.
-?Podaj definicję Czystości.
Błędna komenda.
-?Hmmm. Peabody, zdobądź listę nielegalnych substancji, tych znanych i tych nowych. Komputer, zapisz bieżący dokument. Pokaż ostatnią operację.
Monitor przez chwilę migotał, po czym na ekranie pojawiła się tabela
zawierająca szczegółowy spis inwentarza, zyski, straty i zakodowane dane
klientów.
-?Z tego, co tu mamy, wynika, że Louie siedział przed komputerem i uzupełniał rachunki, kiedy coś go ugryzło. Wtedy wstał i rozwalił
sąsiadowi głowę.
-?Pani porucznik, jest strasznie gorąco. -?Peabody zerknęła przełożonej
przez ramię. -?Ludzie po prostu wariują.
-?Tak, możliwe, że i tym razem właśnie tak było. Czasami wariują. W jego
spisie nie ma żadnej wzmianki o Czystości.
-?Na liście nielegalnych substancji też niczego takiego nie widzę.
-?To co to, do cholery, ma być? I jak on to osiągnął? -?Eve zrobiła krok
w tył. -?Cóż, rzućmy okiem na Louiego K. Zobaczymy, co nam powie.
2
Powiedział mniej, niż się spodziewała.
Jedyne, co udało jej się stwierdzić za pomocą podręcznego zestawu, to
fakt, że Louie K. zmarł z przyczyn neurologicznych. Informacja nie była
zbyt ścisła.
Ciało przejął koroner, który niestety miał pierwszeństwo, a to
oznaczało, że przez wzgląd na upały i ogólne letnie zniechęcenie do
pracy będzie miała szczęście, jeśli przyślą jej wyniki przed pierwszymi
przymrozkami.
Będzie naciskać i wydzwaniać do głównego patologa.
Tymczasem postanowiła porozmawiać przez łącze z adwokatem, którego
Trueheartowi przydzielił wydział, i dowiedzieć się, czy chłopak poradził
sobie z biurokratycznymi wymogami. Trueheart był wciąż roztrzęsiony,
więc odesłała go do domu i poleciła, by przygotował się do
przesłuchania.
Wróciła do centrali, żeby sporządzić dokładny raport z wypadku, w wyniku
którego dwie osoby poniosły śmierć, a jedna doznała bardzo poważnych
obrażeń.
Choć jej żołądek domagał się posiłku, Eve dopełniła procedury i wysłała
raport wydziałowi wewnętrznemu. Kiedy dotarła do domu, było już dawno po
kolacji. W całym domu paliło się światło, miejska forteca Roarke'a jaśniała niczym latarnia morska w ciemną noc. Na aksamitnej trawie
kładły się ciemnozielone cienie ogromnych liściastych drzew, przecinając
kręte strumyki kwiatowych rabatek, które za dnia przyciągały wzrok
żywymi kolorami.
Dolny Manhattan, gdzie spędziła większą cześć wieczoru, należał do
zupełnie innego świata niż ten prywatny raj. Już prawie przywykła do
tego ciągłego przemieszczania się między światami. Ostatnio coraz
rzadziej wytrącało ją to z równowagi.
Zaparkowała samochód przed kamiennymi schodami i wbiegła na górę,
desperacko próbując umknąć fali gorąca. Wcale się tak bardzo nie
spieszyła.
Ledwo przekroczyła próg, odetchnęła czystym i chłodnym powietrzem, kiedy
w holu niczym nieprzyjemny duch pojawił się Summerset, kamerdyner
Roarke'a.
-?Tak, spóźniłam się na kolację -?powiedziała, zanim mężczyzna w ogóle
zdążył otworzyć usta. -?Wiem, okazałam się beznadziejną żoną, hańbą dla
ludzkości. Nie mam klasy, jestem nieuprzejma i nie szanuję żadnych
świętości. Powinnam zostać wygnana nago na ulicę i ukamienowana za moje
grzechy.
Summerset uniósł siwą brew.
-?Czy to wszystko?
-?Tak, a przy tym jaka oszczędność czasu. -?Ruszyła schodami w górę. -
Jest u siebie?
-?Właśnie wrócił.
Summerset skrzywił się, nieco zawiedziony faktem, że nie zdążył jej
skrytykować. Następnym razem będzie szybszy.
Upewniwszy się, że kamerdyner wrócił, skąd przyszedł, Eve podeszła do
jednego z domowych ekranów.
-?Gdzie Roarke?
Dobry wieczór, kochanie. Roarke jest w swoim gabinecie.
-?Liczby. -?Cóż, te kolacje biznesowe zawsze się tak kończą. Przez
ułamek sekundy miała ochotę iść do sypialni i wziąć szybki prysznic.
Poczucie winy było jednak silniejsze. Ruszyła w kierunku gabinetu
Roarke'a.
Przez otwarte drzwi usłyszała jego głos. Domyślała się, że omawiał
szczegóły dotyczące którejś z niedawno zawartych umów,
najprawdopodobniej tej, którą sfinalizował podczas dzisiejszej kolacji.
To, co mówił, zupełnie jej nie interesowało.
Jego głos brzmiał jak poezja, potrafił uwieść nawet kobietę, która nigdy
nie rozumiała serca poety. Kiedy sumował kolejne liczby i podawał suche
fakty, w jego głosie rozbrzmiewała irlandzka muzyka. Pasował do pięknej
celtyckiej twarzy, o wyrazistych rysach i silnie zarysowanych kościach.
Błękitne oczy i pełne usta z pewnością były dziełem hojnego Boga, który,
stwarzając go, musiał mieć wyjątkowo dobry dzień.
Podeszła bliżej i zatrzymała się w progu. Roarke stał przy oknie i dyktował notatkę. Zauważyła, że spiął swoje gęste ciemne włosy, które
zwykle opadały mu luźno na ramiona. Wciąż miał na sobie czarny
wieczorowy garnitur. Robił wrażenie eleganckiego człowieka interesu,
nieprzerwanie odnoszącego sukcesy, świetnie wykształconego i obytego
towarzysko. Eve wiedziała, że w środku ciągle jednak pozostał
niebezpiecznym Celtem. Tuż pod gładką powierzchnią zawsze obecna była ta
jego dzikość.
I zawsze ją pociągała.
Dostrzegła ją i teraz, kiedy odwrócił się, choć nie mógł wiedzieć, że
tam stała. Ich oczy się spotkały.
-?Podpisz Roarke i prześlij -?polecił. -?Skopiuj plik Hagerman-Ross.
Witam, pani porucznik.
-?Cześć. Przykro mi z powodu kolacji.
-?Nieprawda.
Wsunęła ręce do kieszeni. To śmieszne, ale przez cały czas miała ochotę
go objąć.
-?A jednak trochę mi przykro.
Rozpromienił się w uśmiechu.
-?Zapewniam, że byś się nie nudziła.
-?Pewnie masz rację. Gdybym kiedykolwiek się nudziła, zapadłabym w śpiączkę. Przykro mi, że cię zawiodłam.
-?Jeszcze nigdy mnie nie zawiodłaś. -?Podszedł do niej, delikatnie ją
objął i pocałował. -?Wiesz, atmosfera się ożywia, kiedy przepraszam
gości w imieniu żony, którą wezwały obowiązki służbowe. Morderstwo to
pasjonujący temat do rozmowy przy stole. Kto tym razem?
-?Dwóch facetów w centrum. Drobny dealer zatłukł sąsiada kijem
baseballowym, potem rzucił się na kobietę i gliniarza. Glina go uciszył.
Roarke uniósł brwi. To nie wszystko. W oczach żony dostrzegł niepokój,
którego nie tłumaczyła jej chłodna relacja.
-?Ale chyba nie to zatrzymało cię do tak późna w biurze.
-?Tym gliną jest Trueheart.
-?Ach, tak. -?Położył dłoń na jej ramieniu. -?Jak sobie z tym radzi?
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale potrząsnęła tylko głową i odsunęła się od Roarke'a.
-?Beznadziejnie. Bez-na-dziej-nie.
-?Aż tak źle?
-?Chłopak całkiem się załamał.
Roarke pogłaskał grubego kota drzemiącego na konsoli, po czym dyskretnie
zasugerował Galahadowi, żeby poszedł spać gdzieś indziej.
-?Niektórzy gliniarze przez całe życie mają spokój, Trueheart nie
odsłużył nawet roku, a już musiał zabić człowieka. Po czymś takim ludzie
się zmieniają.
-?Ty się zmieniłaś? Po tym, jak pierwszy raz zabiłaś człowieka podczas
służby -?dodał. Oboje dobrze wiedzieli, że zabiła kogoś, jeszcze zanim
wstąpiła do policji.
-?Ze mną było inaczej. -?Często zastanawiała się, czy sposób, w jaki
weszła w dorosłe życie, wpłynął na jej stosunek do śmierci.
To była osobista sprawa. Zimna zemsta.
-?Trueheart ma dopiero dwadzieścia dwa lata i jest... czysty. -?Ogarnęło
ją przygnębienie i współczucie. Nieświadomie przykucnęła, by podrapać
Galahada za uchem. -?Nie zmruży dziś oka. Ciągle będzie do tego wracał.
Będzie rozmyślał, dręczył się, gdybym zrobił to i tamto, zamiast... A jutro... -?Na chwilę ukryła twarz w dłoniach, po czym się wyprostowała. -
Nie mogę nic zrobić. Będzie wizja lokalna. Trueheart musi się poddać
testom, nic na to nie poradzę.
Wiedziała, co to oznacza. Całkowite obnażenie, pytania, monitory.
Technicy podłączą mu do głowy maszyny i pozbawią go prywatności. Wedrą
się do środka i splądrują mu duszę.
-?Martwisz się, że sobie nie poradzi?
Spojrzała na niego i wzięła kieliszek wina, który dla niej przygotował.
-?Jest twardszy, niż się wydaje, ale cholernie się boi. Przygniata go
poczucie winy, a to, plus rozterki, może negatywnie wpłynąć na wyniki
testów. No a poza tym czeka go dochodzenie wewnątrzwydziałowe.
-?A to dlaczego?
Usiadła i głaszcząc układającego się jej na kolanach kota, wyjaśniła
mężowi całą sprawę. Głośne opowiedzenie tej historii pomogło jej
poskładać myśli, zwłaszcza że słuchacz rozumiał, do czego zmierzała, i potrafił sobie wyobrazić całe zajście, jeszcze zanim wprowadziła go w szczegóły.
-?Nie można zabić człowieka za pomocą policyjnego paralizatora.
-?Tak -?westchnęła Eve. -?Właśnie. Musiałby być ustawiony na pełne
rażenie i przytknięty do gardła, w miejscu pulsu. A nawet wtedy jeden
wstrząs by nie wystarczył.
-?Co oznacza, że wersja Truehearta nie trzyma się kupy.
Wiedziała, że ci z WW też to zauważą. Eve jeszcze raz przeanalizowała
całą sytuację.
-?Działał pod przymusem. Jedna osoba cywilna nie żyła, drugiej groziło
poważne niebezpieczeństwo, on sam został ranny.
-?Czy tak zamierzasz grać z WW?
Cóż, Roarke zawsze potrafił ją rozgryźć.
-?Mniej więcej. -?Nie przestając drapać kota, sięgnęła po kieliszek z winem i upiła łyk. -?Potrzebne mi wyniki oględzin lekarskich. I tak nie
ma mowy, żeby ktoś mógł zarzucić Trueheartowi, że zabił z premedytacją.
Owszem, wpadł w panikę i za to oberwie. Zawieszą go na co najmniej
trzydzieści dni. Prawdopodobnie dostanie skierowanie na przymusową
terapię. Tu nie mogę mu pomóc. Niebezpieczeństwo polega na tym, że
zamiast powiadomić dyspozytora, Trueheart zadzwonił do mnie. Jeśli WW
zwietrzy w tym jakiś podstęp, chłopak będzie skończony.
Roarke usiadł i napił się wina.
-?Może powinnaś pogadać ze swoim dawnym kumplem Websterem?
Eve stukała palcem w oparcie krzesła, przypatrując się w zamyśleniu
mężowi. Na jego twarzy dostrzegała cień rozbawienia. A może to co
innego? Nigdy nie była pewna.
Tak naprawdę Don Webster nie był jej dawnym kumplem. Przez krótki czas,
i to wieki temu, był jej kochankiem. Z powodów, których tak do końca nie
rozumiała, Webster nigdy sobie nie wybaczył, że po jedynej nocy, jaką z nim spędziła, wdał się w te brutalne przepychanki z Roarkiem.
Nie chciała, żeby jeszcze raz doszło do czegoś podobnego.
-?Uważasz, że byłaby to dobra okazja, by znowu rozwalić mu nos?
Roarke wypił łyk wina i uśmiechnął się.
-?Myślę, że Webster i ja całkiem dobrze się rozumiemy. Nie mogę go winić
za to, że podoba mu się moja żona. Przecież mnie samemu też się podoba.
Webster wie, że jeśli jeszcze raz dotknie czegoś, co należy do mnie,
połamię mu wszystkie kości. Taki układ obu nam odpowiada.
-?Świetnie. Dandy -?wycedziła przez zęby. -?Przeszło mu. Tak powiedział
-?dodała. Roarke uśmiechnął się bez przekonania. -?Wiesz co, mam dziś
tyle na głowie, że może zrobimy to innym razem. Chciałabym zadzwonić do
komendanta i nie mogę. Muszę się trzymać regulaminu. Dzieciak się po tym
wszystkim rozchorował, a ja nie potrafiłam mu pomóc.
-?Nic mu nie będzie, mamuśka.
Zmrużyła oczy.
-?Uważaj -?powiedziała. -?To ja sprowadziłam go do wydziału zabójstw.
Kilka miesięcy temu przeze mnie wylądował w szpitalu.
-?Eve.
-?No dobrze. Ale to ja wyznaczyłam go do zadania, które zakończyło się
szpitalem. A teraz jest podejrzany o zabójstwo. Czuję się
odpowiedzialna.
-?Tak to widzisz? -?Położył dłoń na jej roztrzęsionych palcach. -?To
dzięki temu jesteś tym, kim jesteś. To dlatego najpierw zadzwonił do
ciebie. Bał się, przeżył szok. Odebranie życia drugiemu człowiekowi nie
powinno być i nie jest czymś powszednim. Czyż nie jest dobrym gliną
właśnie dlatego, że coś poczuł?
-?Tak, będę się tego trzymać, ale wciąż coś mi tu nie gra. Po prostu coś
jest nie tak -?powiedziała, wstając. Kot, obrażony, że go zignorowała,
wyprostował ogon i wyszedł. -?Na szyi nie ma żadnych śladów. -?Eve
krążyła po pokoju. -?Jeśli Trueheart chciał go ogłuszyć, na szyi ofiary
powinny zostać ślady. Gdzie są?
-?Może użył innej broni, takiej, która zabija?
Pokręciła głową.
-?Nie znam nikogo bardziej przeciwnego noszeniu czegoś takiego. Jeśli
jednak się mylę co do Truehearta, to gdzie ta broń? Nie miał jej przy
sobie. Nie było jej w mieszkaniu. Sprawdziliśmy nawet zsyp. Zadzwonił do
mnie kilka minut po zajściu. Nie miał czasu, żeby wszystko przemyśleć i zatrzeć ślady. Poza tym zastanów się, to nie miałoby sensu. -?Znów
usiadła na krześle. -?Ten Louie K. to jakiś mięczak. Tak powiedział
policjant, sąsiedzi, nawet ta kobieta, którą zaatakował. Żerował na
uczniach z okolicznych szkół. Owszem, ma kartotekę, ale nie ma w niej
ani jednej wzmianki o przemocy. Żadnych napaści, żadnych bójek. Nigdy
nie miał broni.
-?A kij baseballowy?
-?Uprawiał sport. Wyobraź go sobie, jak siedzi w samej bieliźnie i prowadzi księgowość. Jest skrupulatny i dokładny, ale mieszkanie ma
paskudne i brudne. W tym brudzie nie ma logiki. W szafkach panuje
porządek, okna są umyte, ale po podłodze walają się resztki jedzenia i śmierdzące ubrania, a w zlewie czeka stos naczyń. Zupełnie jakby był
chory i od tygodnia nie sprzątał.
Poprawiając włosy, przywołała w pamięci obraz małego dusznego
mieszkania. Wyobraziła sobie gospodarza. Zlany potem siedział przed
monitorem komputera, przy otwartym oknie.
-?Słuchał muzyki tak głośno, że sąsiadom pękały bębenki. Twierdzą, że
miał taki zwyczaj. Ralph z mieszkania naprzeciw wkurza się i wali w drzwi. To też nic nowego. Tylko że tym razem, zamiast ściszyć muzykę,
Louie K. chwyta kij baseballowy i rzuca się na sąsiada, z którym zwykle
lubił sobie popić. Tłucze go na śmierć... Rozwalił mu czaszkę -?dokończyła
po chwili. -?Jego twarz wyglądała jak galareta. Louie K. bił tak mocno,
że złamał solidny kij. Sąsiad był od niego większy i cięższy o przeszło
czterdzieści kilogramów, a jednak nie zadał mu widocznych ran.
Eve zaczęła wszystko rozumieć. W jej głowie pojawiły się obrazy.
Wiedziała, co zaszło. Choć jej przy tym nie było, poznała przebieg
wypadków.
-?Trudno się bić, kiedy mózg wychodzi ci uszami -?stwierdził Roarke.
-?Tak, to utrudnia sprawę. Louie K. słyszy krzyk, kopniakiem otwiera
drzwi mieszkania sąsiadów i atakuje kobietę. Wtedy pojawia się gliniarz
i Louie rzuca się na niego.
-?Upał odbiera ludziom rozum.
-?Możliwe. Na pewno wydobywa to, co w nich najgorsze. Frajer siedział w domu i liczył dochody. Uzupełniał rachunki, tak jak co wieczór o tej
porze. Dlatego coś mi tu nie gra. -?Marszcząc czoło, oparła się o biurko
Roarke'a. -?Słyszałeś o jakimś nielegalnym środku o nazwie Czystość?
-?Nie.
-?Nikt nie słyszał. Kiedy weszłam do jego mieszkania, komputer był
włączony, a na ekranie migotał napis "Czystość Absolutna Osiągnięta". Co
to, do diabła, jest ta Czystość Absolutna? I jak on ją osiągnął?
-?Jeśli to coś nowego, ten pokątny dealer byłby już milionerem -
zauważył Roarke.
-?No właśnie, ja też tak pomyślałam. Jego komputer tego nie
zidentyfikował, nawet kiedy podałam mój kod dostępu. Podesłałam to
elektronicznym. Nie mogę wprowadzić Feeneya -?rozmyślała na głos. -?To
rutynowe śledztwo. Nie wypada takim drobiazgiem zawracać głowy szefowi
wydziału przestępstw elektronicznych.
-?Mogłaś wprowadzić mnie.
-?Czyżby? I tak byłeś zajęty.
-?Owszem, byłem zajęty jedzeniem. Ty chyba nie? Jesteś głodna?
-?Teraz, kiedy o tym wspomniałeś... A ty co jadłeś?
-?Hmmm. Chłodnik śliwkowy, sałatkę z krabów i doskonałego turbota z rusztu.
-?Och! -?Eve poderwała się na nogi. -?Mnie wystarczy burger.
-?Tak myślałem.
* * *
Eve leżała w łóżku i wpatrywała się w sufit. Nie mogła zasnąć. Próbowała
w myślach zrekonstruować przebieg wypadków, analizowała dane,
zastanawiała się nad dowodami. Ciągle nie potrafiła powiedzieć, dlaczego
ta historia wzbudzała tyle wątpliwości. Co gorsza, nie była pewna, czy
na jej opinię nie wpływa fakt, że sprawa dotyczy młodego, obiecującego
policjanta.
Był spostrzegawczy, miał głowę na karku i wierzył w ideały tak jasne i błyszczące jak wypolerowane srebro. Czystość, przypomniała sobie. Gdyby
miała jednym słowem zdefiniować to pojęcie, powiedziałaby Trueheart.
Stracił dziś trochę tej czystości i cząstki nigdy nie zdoła odzyskać.
Eve wiedziała, że będzie cierpiał bardziej, niż sobie na to zasłużył.
Wcale nie zachowywała się jak mamuśka, pomyślała, odwracając głowę i wykrzywiając się w ciemności do Roarke'a.
Przysunął się do niej i musnął dłonią jej piersi.
-?Kochanie, skoro masz tyle energii...
-?O czym ty mówisz? Przecież śpię.
-?Nie sądzę. Myśli tak głośno kołaczą ci się po głowie, że obudziłabyś
umrzyka. Czuję, że potrzebujesz pomocnej dłoni, żeby rozładować tę
energię.
Kiedy ją do siebie przyciągnął, zmarszczyła czoło.
-?Nie wydaje mi się, żeby to była twoja dłoń, asie.
* * *
Trzydzieści sześć ulic dalej Troy Trueheart leżał w ciemności ze
wzrokiem utkwionym w suficie. Nikt nie dzielił z nim łóżka, nie było
nikogo, kto mógłby go pocieszyć i rozerwać. Przed oczami cały czas
pojawiała się twarz człowieka, którego zabił.
Wiedział, że powinien był wziąć środek uspokajający zalecony przez
policyjnego lekarza, ale na myśl o spaniu ogarniał go strach. We śnie na
pewno wszystko by wróciło. Widziałby to tak wyraźnie jak teraz, na
jawie.
Krwawe plamy na ścianie w wilgotnym korytarzu, pogruchotane kości i jeszcze coś gorszego. Nie potrafił uwolnić się od tego smrodu, czuł go
nawet tu, w swoim czystym i przytulnym mieszkanku. Gorące powietrze
przesiąknięte zapachem świeżej krwi. Przerażające wycie, przepełniony
bólem i strachem krzyk kobiety. I mężczyzny. Krzyk Louiego K. Cogburna,
przypominający wrzask oszalałego zwierzęcia podczas polowania.
Nawoływanie mieszkańców dobiegające zza zamkniętych drzwi. Hałas uliczny
wdzierający się przez okna.
I jego własne łomoczące w piersi serce.
Dlaczego nie wezwał posiłków? Kiedy usłyszał, że ta kobieta woła pomoc,
powinien był wezwać posiłki. Nie zrobił tego. Ruszył prosto do środka,
myśląc tylko o tym, by ją ratować. Wbiegając na górę po schodach, kazał,
by ktoś zadzwonił po policję. Tego był pewien. Nikt nie zadzwonił.
Dopiero teraz to sobie uświadomił. Nikt nie zawiadomił policji. Przecież
byliby na miejscu dużo wcześniej niż porucznik Dallas.
Jak ludzie mogą tak stać za zamkniętymi drzwiami i nic nie robić,
podczas gdy ich sąsiadka rozpaczliwie wzywa pomocy? Nigdy tego nie
zrozumie.
W korytarzu zauważył mężczyznę, nikt mu nie pomógł. Widział go, poczuł
skurcz żołądka, krew uderzyła mu do głowy, szum, który słyszał, był
odgłosem strachu. Tak, bał się, strasznie się bał, ale wszedł do tego
mieszkania, bo na tym polega jego praca. Musiał otworzyć drzwi, myślał,
musiał wejść w sam środek wrzasku, krwi, szaleństwa.
Co potem? Co potem?
Policja! Rzuć broń! Natychmiast rzuć broń!
W ręce trzymał pistolet. Wyjął go na schodach. Dokładnie to pamiętał.
Mężczyzna, Louie K. Cogburn, odwrócił się. W dłoni obracał zakrwawiony
kij baseballowy. Miał małe oczy, przypomniał sobie Trueheart. Małe oczy
i chuda twarz, czerwona od cudzej krwi. Ciemna gęsta krew. Jasna i świeża sączyła mu się z nosa. Teraz to sobie przypomniał. Ale czy to ma
jakieś znaczenie?
Zaatakował. Szaleniec w szortach poruszał się z szybkością błyskawicy.
Kij trafił w ramię tak niespodziewanie. Potworny ból i zawroty głowy.
Mało brakowało, a broń wypadłaby mu z ręki. Przerażenie i widok krwi
ściskają za gardło.
Mężczyzna, Louie K. Cogburn, odwraca się i rusza w stronę kobiety.
Skuliła się na podłodze, płacze. Bezbronna i oszołomiona. Kij unosi się
w górę. Zbliża się śmierć.
I wtedy napastnik zaczyna się trząść. Jego oczy, dobry Boże, jego
zaczerwienione oczy otwierają się szeroko, jak gdyby miały wyskoczyć z czaszki. Mężczyzna dostaje spazmów. Jego ciało w drgawkach wygląda jak
marionetka, którą ktoś pociąga za sznurki. Jakaś piekielna ręka. Trzeba
interweniować.
Mężczyzna wciąż się miota. Dopiero po dłuższej chwili upada. Kuli się w sobie i bezwładnie zwala się na podłogę. Leży na plecach, czerwone
niewidzące oczy wbite w sufit.
Nie żyje. Nie żyje, a ja nad nim stoję.
Zabiłem dziś człowieka.
Trueheart ukrył twarz w poduszce, zamknął oczy, próbując uwolnić się od
obrazów kłębiących się w jego głowie, i rozpłakał się.
* * *
Rankiem Eve zadzwoniła do głównego koronera Morrisa. Kiedy odezwała się
automatyczna sekretarka, zostawiła wiadomość, z trudem powstrzymując się
od warczenia. Jeśli będzie trzeba, przejdzie się do kostnicy, by
osobiście z nim pomówić.
Właściwie postanowiła zrobić to od razu. Przy okazji jeszcze raz obejrzy
ciało Cogburna.
Choć nie miała na to ochoty, zadzwoniła do Dona Webstera z wydziału
wewnętrznego. Tym razem nie bawiła się w ukrywanie rozdrażnienia, kiedy
odezwała się poczta głosowa.
-?Ciepła posadka, macie tam wygodne godziny urzędowania, nie to co my.
Prawdziwi gliniarze już dawno są na służbie. Webster, zadzwoń, kiedy
znudzisz się siedzeniem za biurkiem i wąchaniem spoconych kolegów.
Denerwowanie go pewnie nie było najmądrzejszym posunięciem, pomyślała,
odkładając słuchawkę. Ale z drugiej strony, gdyby próbowała być miła,
Webster od razu by się zorientował, że czegoś od niego chce.
-?Pani porucznik. -?W progu jej biura, z czapką w ręce, stał Trueheart.
-?Pani mnie wezwała.
-?Zgadza się, Trueheart. Wejdź i zamknij drzwi. -?Nie łamała żadnych
przepisów, wzywając go do siebie przed testem, ponieważ to ona
prowadziła jego sprawę. -?Usiądź.
Miał podkrążone oczy i był blady jak ściana, dokładnie tak, jak się
spodziewała. Usiadł, patrząc na nią w skupieniu. Eve zleciła
autokucharzowi przygotowanie dwóch filiżanek czarnej kawy, nawet nie
pytając Truehearta, czy ma ochotę.
-?Ciężka noc?
-?Tak, pani porucznik.
-?Dziś czeka cię jeszcze cięższy dzień. Testy to nie spacer po plaży.
-?Wiem, pani porucznik.
-?Musisz się dobrze przygotować. Oficerze, proszę patrzeć na mnie, kiedy
do pana mówię -?upomniała go ostro. Podniósł głowę, rozpaczliwie
próbując skupić wzrok na jej twarzy. -?Włożysz mundur, przypniesz
odznakę, broń schowasz do kabury i stawisz komisji czoło, rozumiesz?
Uważaj. Czy śmierć Louisa K. Cogburna była uzasadniona?
-?Ja nie...
-?Tak czy nie? Nie ma innej odpowiedzi. Żadnego wahania, żadnych
zastrzeżeń. Mów, Trueheart. Czy użycie broni było konieczne?
-?Tak, pani porucznik.
-?Gdyby dziś przytrafiła ci się podobna sytuacja, czy użyłbyś broni?
Wzdrygnął się, ale kiwnął głową.
-?Tak, pani porucznik.
-?I o to mi chodziło. -?Podała mu kawę. -?Tego się trzymaj, a reszta
jakoś pójdzie. Nie próbuj przekombinować odpowiedzi podczas testu. Nie
masz jeszcze wprawy. Mów prawdę, odpowiadaj uczciwie. Choćby nie wiem
jak wykręcili pytanie o uzasadnienie, pamiętaj, że użyłeś broni z konieczności, ratowałeś życie osoby cywilnej i swoje własne.
-?Tak jest, pani porucznik.
-?Boże, Trueheart, zgodny sukinsyn z ciebie. Jaka odległość dzieliła cię
od ofiary, kiedy użyłeś broni?
-?Myślę, że...
-?Nie myśl. Jak daleko?
-?Dwa metry. Może mniej.
-?Ile wstrząsów mu zaaplikowałeś?
-?Dwa.
-?Czy podczas zajścia twoja broń miała bezpośredni kontakt z ofiarą?
-?Kontakt? -?Przez chwilę Trueheart nie rozumiał, o co go zapytała. -?O,
nie, pani porucznik. Upadłem, a kiedy on się odsuwał, nacisnąłem spust
po raz pierwszy. Odwrócił się i ruszył w moim kierunku, a wtedy
wypaliłem drugi raz.
-?Co zrobiłeś z odłamkiem?
-?Z odłamkiem? -?Na jego twarzy pojawiło się zdumienie pomieszane z oburzeniem. -?Pani porucznik, nie miałem przy sobie żadnej zapasowej
broni. W ogóle jej nie posiadam. Byłem uzbrojony w zwykły paralizator,
tak jak to określają przepisy. Sama mi go pani przecież odebrała. Jestem
urażony...
-?Daruj sobie. -?Eve oparła się na krześle. -?Zdziwiłabym się, gdyby nie
zadali ci tego pytania podczas testu. Założę się, że WW cię o to zapyta.
I będą drążyć. Zachowaj swoje oburzenie dla nich. Nie pijesz kawy,
Trueheart?
-?A, tak, pani porucznik. -?Spojrzał ze znużeniem na filiżankę i bez
entuzjazmu pociągnął łyk. Jego oczy otworzyły się szeroko, jak gdyby
ktoś nagle kopnął go w tyłek. Mrugnął nerwowo, nie mogąc złapać
powietrza. -?To nie jest kawa.
-?Mylisz się. To właśnie jest kawa. Trochę smaczniejsza niż te zbożowe
pomyje, co? To na wzmocnienie. Dziś ci się przyda. Posłuchaj mnie, Troy.
Jesteś dobrym gliną, a będziesz jeszcze lepszy. Zabicie człowieka nie
powinno być łatwe. Gdybyśmy odebranie ludzkiego życia traktowali ot tak,
jak coś normalnego, stalibyśmy się tym, z czym walczymy.
-?Szkoda... szkoda, że nie było innego sposobu.
-?Nie było. Pamiętaj o tym. Jest ci przykro, czujesz się winny, i to
jest w porządku. Nie powinieneś nawet dopuszczać do siebie myśli, że to,
co zrobiłeś w tej sytuacji, nie było absolutnie konieczne. Jeśli komisja
zobaczy, że nie jesteś pewien, czy postąpiłeś słusznie, rozszarpią cię
na strzępy jak leopard gazelę.
-?Musiałem to zrobić. -?Trueheart ściskał w dłoniach filiżankę z kawą,
jak gdyby się bał, że mu ucieknie. -?Pani porucznik, całą noc o tym
myślałem i jestem zupełnie pewny, że nie mogłem postąpić inaczej.
Przeanalizowałem chyba ze sto różnych rozwiązań. On by zabił tę kobietę.
Mnie też by zabił, i każdego, kto by mu wszedł w drogę. Ale popełniłem
kilka błędów. Przede wszystkim zanim wszedłem do budynku, powinienem był
wezwać posiłki. Poza tym zamiast dzwonić do pani, trzeba było zawiadomić
dyspozytora w centrali.
-?Tak, to poważne błędy. -?Eve kiwnęła głową, zadowolona, że wszystko
tak dokładnie sobie przemyślał. -?Nie wpłynęły na przebieg akcji, bo i tak musiałbyś go zabić, tyle że mogą ci zaszkodzić w dalszej karierze.
Dlaczego nie wezwałeś posiłków?
-?Od razu wbiegłem do budynku. Odniosłem wrażenie, że kobiecie grozi
śmiertelne niebezpieczeństwo. Kiedy byłem w środku, kazałem sąsiadom
zadzwonić po policję. Cóż, powinienem był sam to zrobić. Gdyby nie udało
mi się powstrzymać napastnika, mielibyśmy jeszcze więcej ofiar
śmiertelnych.
-?Dobrze. Widzę, że wyciągnąłeś wnioski. A dlaczego zadzwoniłeś do mnie,
a nie do dyspozytora?
-?Bo ja... Pani porucznik, straciłem głowę. Kiedy dotarło do mnie, że obaj
nie żyją, że to ja zabiłem napastnika, nie wiedziałem...
-?Odniosłeś obrażenia, byłeś zdezorientowany -?podpowiedziała. -?Czułeś,
że możesz stracić przytomność. Pierwsze, co przyszło ci do głowy, to
zawiadomić o zabójstwie. Skontaktowałeś się z porucznik Dallas z wydziału zabójstw, z którą wcześniej pracowałeś. Zrozumiałeś, Trueheart?
-?Tak jest, pani porucznik.
-?Twoje życie było zagrożone, znalazłeś się w bardzo stresującej
sytuacji. Porucznik, którą powiadomiłeś o sprawie, rozkazała
zabezpieczyć miejsce przestępstwa i czekać na jej przybycie. I tak
zrobiłeś.
-?To niezupełnie tak wyglądało.
-?Nie, ale brzmi wiarygodnie. Trzymaj się tej wersji. Nie po to
ściągnęłam cię z ulicy, żeby teraz patrzeć, jak wszystko chrzanisz.
-?Dostanę trzydzieści dni zawieszenia.
-?Możliwe. Na pewno.
-?Jakoś to przeżyję, ale nie chcę stracić odznaki.
-?Nie stracisz jej. Oficerze Trueheart, proszę na testy. -?Wstała i wskazała drzwi. -?Pokaż im, co jesteś wart.
* * *
Eve jeszcze raz zadzwoniła z ponagleniem do Morrisa. Postanowiła zajrzeć
do wydziału przestępstw elektronicznych, a potem razem z Peabody udać
się do kostnicy.
Zawsze dziwnie się czuła, odwiedzając WPE. Jak oni w ogóle mogą tu
pracować, kiedy wszyscy tak ciągle biegają i krzyczą coś do zestawów
słuchawkowych lub zamknięci w ciasnych kabinach wykłócają się z komputerami. Prawie nikt nie wyglądał tu jak policjant. McNab,
ekscentryczny chudzielec ze skłonnością do modnych strojów i do oficer
Peabody, obdarzony był największą fantazją, ale pozostali w niczym mu
nie ustępowali. Pomieszczenie zdawało się pulsować kolorami, elektronicy
ubierali się wyjątkowo krzykliwie, aż bolały oczy.
Przemknęła przez ich biuro tak szybko, jak to było możliwie, i od razu
skierowała się do mrocznego i nudnego biura Feeneya. Drzwi były otwarte.
Feeney rzadko je zamykał, nawet kiedy tak jak teraz, sztorcował
podwładnego, który najwyraźniej coś przeskrobał.
-?Do diabła, Halloway, myślisz, że te jednostki służą do zabawy? Że to
rozrywka? Chcesz za pieniądze podatników grać sobie w Kosmicznego
Zdobywcę?
-?Nie, panie kapitanie. Ja nie...
-?Wydział to nie przedszkole.
-?Panie kapitanie, robiłem to podczas przerwy śniadaniowej, bo...
-?To ty masz czas na śniadanie? -?Na psiej twarzy Feeneya pojawiło się
zdumienie, ale czujne oko Eve dostrzegło też rozbawienie. -?Cóż, to
bardzo ciekawe, Halloway, ale teraz będziesz musiał o tym zapomnieć.
Obiecuję, że od tej chwili przerwy śniadaniowe pozostaną dla ciebie
mglistym wspomnieniem. Byłeś taki zajęty ratowaniem wirtualnego
wszechświata, że mogłeś nie zauważyć, ile mamy roboty. Za oknem kwitnie
przestępczość, więc zanim ruszymy kopać kosmitów po tyłkach, jako
zaprzysiężeni obrońcy prawa musimy wyjść na ulicę i ratować miasto. Za
trzydzieści minut chcę mieć na biurku raport w sprawie hakera z Dubrecku.
Halloway skurczył w swoim jasnozielonym garniturze.
-?Tak jest, panie komendancie.
-?Jak skończysz, pomożesz Silby'emu rozpracować włamanie do Stewarta. A kiedy się z tym uporasz, powiem ci, co dalej. Znikaj.
Spłoszony Halloway zniknął, ale zanim wszedł do swojej kabiny, spojrzał
z zakłopotaniem na Eve.
-?Dobrze robi na serce -?powiedział z westchnieniem Feeney. -?Nie ma to
jak z rana postraszyć jakiegoś dzieciaka. Co słychać?
-?Jaki miał wynik w Zdobywcy?
-?Pięćdziesiąt sześć punktów na poziomie komandosów. -?Feeney pociągnął
nosem. -?Do diabła, mało brakowało, a odebrałby mi rekord, a prowadzę od
trzech lat, czterech miesięcy i dwudziestu dwóch dni. Mały cwaniak.
Eve weszła do środka, usiadła na brzegu biurka i sięgnęła po kilka
migdałów w polewie, które trzymał w miseczce.
-?Słyszałeś o Truehearcie?
-?Nie. Byłem zajęty. A co z nim? -?zapytał z zainteresowaniem.
Zagryzając migdały, Eve opowiedziała mu ze szczegółami o sprawie.
-?No, nie będzie mu łatwo -?westchnął Feeney, przygładzając rozczochrane
rude włosy.
-?To cholernie wzmacnia charakter -?mruknęła. -?Feeney, chłopak niczego
nie ukrywa. Prędzej połknąłby żywego szczura, niż mnie okłamał, a ja
ciągle mam wrażenie, że coś tu nie gra. Przyniosłam dane z komputera i centrali komunikacyjnej Cogburna. Miałam nadzieję, że może mógłbyś mi
pomóc. Słuchaj, wiem, że masz własne problemy -?dodała, nie czekając, aż
Feeney coś powie. -?Po prostu nie chciałabym czegoś przeoczyć. Czuję, że
jest coś jeszcze. Wiem to. Zwłaszcza ta cała Czystość mi się nie podoba.
-?McNaba nie dostaniesz. -?Feeney nie wyglądał na zachwyconego. -?Już
nad czymś pracuje. Halloway. -?Nagle się rozpromienił. -?Zdaje się, że
on się nudzi. Trochę nadgodzin dobrze mu zrobi.
-?A ty dłużej będziesz się cieszył swoim zwycięstwem.
-?To chyba jasne. -?Twarz Feeneya szybko spochmumiała. -?Twój chłopak
dostanie od tych z WW niezły wycisk.
-?Wiem. Postaram się zająć kilku z nich. -?Eve wstała. -?Idę pomęczyć
Morrisa. Mam przeczucie, że Trueheart wdepnął w jakieś paskudztwo.