DOMY DZIECKA
Jako dziecko przebywałem kolejno w kilku Domach Dziecka. Zaraz po wojnie nazywano je sierocińcami. Potem, gdy do Polski zawitała epoka socjalizmu i zlikwidowano własność prywatną, wszystko stało się państwowe. Przedsiębiorstwa zmieniły nazwy i powstały: Państwowe Gospodarstwa Rolne (PGR), Państwowy Ośrodek Maszynowy (POM), Państwowe Lasy, Państwowe Koleje, Państwowe Zakłady Spirytusowe i tak dalej. Więc musiał też być Państwowy Dom Dziecka - PDDz. Dzieci też stały się państwowe - co zresztą było prawdą.
Różne było pochodzenie sierot z domu dziecka: znajdy z okresu wojny, dzieci odebrane z niemieckich instytucji wychowawczych, dzieci z przeludnionych ubogich rodzin czy dzieci odebrane rodzicom przez sądy (to już po wojnie).
Pierwszy ślad w pamięci
Z mego wczesnego dzieciństwa zapamiętałem niewiele. Pierwsze, co mocno utkwiło w mojej pamięci, to wspaniały, bardzo wąski i niezmiernie wysoki witraż, okno zakończone szpiczastym gotyckim łukiem. W witrażu kolorowe szybki, niebieskie, czerwone i żółte, trójkąty i romby. Leżałem na wznak, na białym materacyku, głową w stronę okna. Byłem w radosnym nastroju. Dlaczego? Nie wiem. Może dostałem kawałek czekoladki lub cukierek. Gdy patrzyłem do góry i do tyłu, to widziałem ten witraż. Wpadające przez szybki promienie układały się w cudowne kolorowe smugi. Takich materacyków w tej sali było więcej. Ile - nie wiem. Nie pamiętam, czy były tam jakieś opiekunki, ale, na zdrowy rozum, musiały przecież być. Nie pamiętam, czy już wtedy umiałem mówić. A jeśli tak, to nie pamiętam, jakiego używaliśmy języka: polskiego czy niemieckiego. W pamięci zachowałem tylko obrazy.
Powstaje pytanie: czy dziecko wie, w jakim mówi języku? Oczywiście, że nie wie. Nie zna takiego pojęcia. I dalej: ile wtedy mogłem mieć latek - dwa, trzy lub cztery? Z moich żmudnych obliczeń wynika, że trzy latka. Kłopot w tym, że nie miałem się do czego odnieść, bo nie wiedziałem i nadal nie jestem pewien, w którym roku się urodziłem. Ale skłonny jestem przyjąć za mój rok urodzenia 1942.
1. Wielka Osina - pałacyk, w którym był sierociniec [zbiory własne]
Zapamiętałem też masywne drzwi i ogromną klamkę z brązu, zakończoną szpicem. Ale czy ta klamka była w tym samym pomieszczeniu co witraż? Nie wiem. Pewne oddzielne obrazy mogły się zlać w jeden. W ten szpic uderzyłem kiedyś w nocy czołem, idąc zrobić siusiu. Oczywiście mocno bolało.
Co to było - kościół czy klasztor, może kaplica? I w jakim to było mieście lub wsi? - nie wiedziałem.
2. Wielka Osina - zabudowania folwarczne [zbiory własne]
Wielka Osina
Pierwszą zapamiętałem miejscowość o nazwie Wielka Osina2. Mieszkaliśmy w domu, sypialnie były na półpiętrze. W dużym pokoju na podłodze leżały białe materacyki - chyba te same, które widziałem wcześniej w sali z wysokim i wąskim witrażem. Właśnie obudziliśmy się. Za parę chwil miało być śniadanie. Siedziałem na swoim białym materacyku. Na tle białej ściany rozgrywała się dziwna scena. Johan, owinięty w białe prześcieradło, odprawiał nabożeństwo. Wykrzykiwał seriami słowa łacińskie i polskie, podnosił i opuszczał ręce, błogosławił nas, żegnał się, składał ręce do modlitwy i deklamował różności z tego, co usłyszał i zapamiętał z kościoła. W pewnym momencie sięgnął do najbliższego nocnika, wyjął kawałek kupki i zgrabnie wykonał dwa wałeczki. Przykleił je do ściany powyżej swojej głowy. Miał krzyż. Dalej grał w swoim teatrzyku. Byłem rozbawiony. Uczucia wstydu i zgorszenia wtedy jeszcze nie znałem. Byłem zbyt mały, by wiedzieć, co jest dobre, a co złe.
Stamtąd zapamiętałem jeszcze kilka pojedynczych scenek: wybiegłem przed dom, było ciepło. Ubrany byłem w białą koszulkę bez rękawów i krótkie niebieskie spodenki-ogrodniczki na szelkach. Z tyłu na pupie była klapa zapinana na białe guziki. Bardzo zmyślne wdzianko dla dzieciaka. Przy załatwianiu się opiekunki nie miały kłopotu, dziewczyna odpinała dwa guziki i gotowe. Teraz, już w dojrzałych latach, gdy zapoznaję się z historiami dotyczącymi dzieci z okresu wojny, takie same ubranka widziałem na zdjęciach dzieci z ośrodków Lebensbornu. Ale o tym później.
Na podwórzu, na marmurowym stoliku leżał zakrwawiony, zmaltretowany królik. Trzech starszych ode mnie chłopaków, wydając okropne, dzikie okrzyki, okładało go z wściekłością widłami. Jego wnętrzności z krwią spływały po blacie. Uciekłem.
Na przedłużeniu budynku mieszkalnego znajdowała się długa, choć niezbyt wysoka, dwuskrzydłowa brama wjazdowa. Huśtaliśmy się na obu skrzydłach tej bramy, wydzierając się wniebogłosy: "Kowal kuje, podskakuje, a kowalka smaży jajka dla świętego Mikołajka". Po drugiej stronie ulicy był warsztat kowalski, przy palenisku uwijał się kowal.
Ten wierszyk to z pewnością spontaniczna, poetycka twórczość dzieci. Wierszyk ułożony dla kowala. Wspominam tu o tym dlatego, by podkreślić to, że śpiewaliśmy w języku polskim. A może któreś dziecko znało ten wierszyk wcześniej i nas nauczyło? Który to mógł być rok i ile mogłem mieć lat? Nie wiedziałem. Pewnie może nawet pięć latek. Jest dla mnie ważne, by ustalić chronologię zdarzeń i być może napisać w końcu poprawnie swój życiorys.
Ten dom przylegał do ulicy wybrukowanej wspaniałą kostką granitową. Potem dowiedziałem się, że za Niemców w każdą sobotę ulica była sprzątana, zamiatana do ostatniego ździebełka słomy. Gdy po trzydziestu latach wybrałem się z żoną do Wielkiej Osiny, piękną granitową ulicę pokrywała warstwa ziemi i brudu. Czytałem wspomnienia jakiejś Ślązaczki, nie pamiętam tytułu książki. Pisała o tym, jak to przed wojną, u niej, gdzie mieszkała, w każdą sobotę chodniki i ulice były zamiatane. Gdy po wojnie na Śląsk napłynęli Polacy z innych części kraju, ulic już nikt nie zamiatał. Ślązaczka była zbulwersowana i rozgoryczona.
To w tym poniemieckim majątku ziemskim ulokowany był nasz sierociniec. Budynek, w którym mieszkaliśmy, jeszcze do dzisiaj nazywany jest przez lokalnych mieszkańców "pałacykiem". Podobno zaraz po wojnie był bardzo ładny. Dzisiaj tego piękna nie można się już dopatrzyć. Pracownicy PGR-u dali sobie radę z tym pięknem. Budyneczek jest brudny i odrapany, w środku również brud i odrapane ściany. Zabudowania majątku pobudowane są na planie prostokąta. Krótszy bok od ulicy to budynek mieszkalny dawnych właścicieli, a potem nasz i brama wjazdowa. Podwórko bardzo długie, na jakieś pięćdziesiąt metrów, pozostałe trzy boki tego prostokąta to stajnie, chlewy, stodoły i inne budynki gospodarcze. Z tyłu, w lewym rogu tej zabudowy, był wyjazd na pola. Nawet wybrałem się tam kiedyś samotnie na spacer. Spotkałem ogromnego wieprza. Sięgał mi do piersi. Przezwyciężyłem strach i podszedłem do niego. Łypnął na mnie swoim świńskim okiem i chrząknął coś po swojemu. Miał bardzo brudną skórę i długą szczecinę. Nieprzyjemną. Przełamałem się i podrapałem go po łbie. Wiejską dróżką poszedłem między pola. Pasło się tam stado gęsi. Gdy się zbliżyłem, zasyczał na mnie wielki biały gąsior pilnujący stada swoich gęsich żon. A poza tym wkoło było cicho i pusto. Zerwałem kilka kwiatków i wróciłem.
Niemcza
Druga miejscowość, jaką zapamiętałem, to Niemcza. Mieszkaliśmy w maleńkim domku, przycupniętym obok ogromnego kościoła. Kościół zbudowany był z czerwonych cegieł. Niewątpliwie chodziliśmy do tego kościoła, bo zapamiętałem taką scenkę: pewnego razu któryś dzieciak zaczął wrzeszczeć na podwórku, że Ludwik Hoppe zesikał się w kościele na ławkę. Co za wstyd!
Znowu fakt godny odnotowania - mówiliśmy po polsku.
3. Niemcza - w tym domu był sierociniec w latach 1945-1947 [zbiory własne]
Pamiętam też pewien bardzo słoneczny i gorący dzień. Na głównej ulicy nagle pokazały się czołgi. Staliśmy pod ścianą naszego domu i patrzyliśmy na nie. Na czołgach wokół wieżyczek siedzieli żołnierze. Każdy żołnierz miał przewieszony przez ramię zrolowany koc, a na kolanach pepeszę. Ponieważ było bardzo ciepło, wręcz gorąco, ktoś podłączył do hydrantu gruby wąż strażacki i wrzeszcząc "lany poniedziałek!", polewał żołnierzy wodą. Czerwonoarmiści - bo to byli oni - śmiali się zadowoleni. Z wielkim grzechotem gąsienic przejechało kilka czołgów. Przypuszczalnie był to kwiecień 1946 roku3. Ale chciałem upewnić się, czy to nie było rok wcześniej. Zadzwoniłem do Urzędu Gminy miasta Niemcza. Dwie panie, zapytane o datę wjazdu żołnierzy radzieckich do Niemczy, nie wiedziały, kiedy to było. Obydwie panie twierdziły, że jako główne święto w Niemczy obchodzi się tam rok 1017, czyli obronę Niemczy przed najazdem cesarza niemieckiego Henryka II. Tak czy siak stwierdzam, że my, polskie sieroty wojenne, czyli ja, Ludwik Hoppe, Stefan Grunwald i inni, byliśmy prawdopodobnie pierwszymi polskimi mieszkańcami miasta Niemcza od czasu wybuchu II wojny światowej. Wikipedia podaje, że ostatnie oddziały wojska niemieckiego opuściły miasto 6 maja 1945 roku, a 9 maja Niemcza została zajęta przez wojska radzieckie.
I ostatnia, trzecia scenka zapamiętana z Niemczy. Pewnego dnia dzieciaki zaczęły wrzeszczeć: "Złapaliśmy szkopa, siedzi zamknięty w piwnicy!". Okazało się, że jakiś niemiecki chłopaczek wszedł na teren sierocińca, bodajże do ogródka, może był głodny i szukał czegoś do zjedzenia, i tam został złapany. Wniosek nieodparty - byliśmy grupką polskich dzieci, nielubiących Niemców. A skąd ten chłopaczek? Myślę, że była to zagubiona niemiecka sierotka. Był głodny, a myśmy zamknęli go w piwnicy. Nieładnie.
Niektóre z tych faktów potwierdza Ludwik Hoppe, który przysłał mi przez Internet kilka wspomnień z tamtego okresu. Zapamiętał on starego Niemca, który był kimś w rodzaju woźnego lub raczej dozorcy w majątku w Wielkiej Osinie. Na niesforne dzieci wrzeszczał po niemiecku.
Jeszcze do niedawna nie wiedziałem, czy najpierw była Wielka Osina, a potem Niemcza, czy też odwrotnie. Zawsze myślałem, że pierwsza była Wielka Osina i datowałem ją przed 1945 rokiem. Nawet w moim dowodzie osobistym zapisano, bo tak z uporem twierdziłem, miejsce urodzenia: Wielka Osina, ponieważ była to pierwsza miejscowość, jaką zapamiętałem z nazwy. Kiedy zacząłem poszukiwać swoich korzeni, kilkakrotnie przyjeżdżałem do Urzędu Gminy w Ziębicach, do której należy Wielka Osina, i bezlitośnie molestowałem burmistrza, pana Antoniego Herbowskiego, oraz panią Sylwię z Urzędu Stanu Cywilnego, prosząc o odnalezienie akt, to znaczy jakichkolwiek zapisów potwierdzających istnienie w Wielkiej Osinie tego sierocińca. Wszelkie poszukiwania i wiele wysiłku poszło na marne. Niczego nie znaleziono. Dopiero w 2010 roku ustaliłem, że było odwrotnie. Najpierw była Niemcza i był to rok 1945, być może 1946, a potem Wielka Osina - rok 1947. A więc w Ziębicach należało szukać akt z 1947 roku, a nie sprzed 1945. Gdybym o tym wiedział w 1960 roku, gdy po raz pierwszy wyrabiałem metrykę urodzenia, to jako miejsce urodzenia miałbym wpisaną Niemczę - tak byłoby lepiej, w końcu to bardzo historyczne, polskie miasto, choć ostatnio raczej zaniedbane.
Miszkowice
Z Wielkiej Osiny przewieziono nas, w kwietniu 1947 roku, ogromną ciężarówką do Miszkowic w Karkonoszach. Jest to mała wioska położona w połowie drogi pomiędzy Lubawką a Kowarami.
4. Miszkowice na ośmiopolowej karcie pocztowej - po lewej stronie: od dołu Kinderheim (dom sierot "Ojczyzna"), powyżej Dom Opieki Społecznej (dom starców), po prawej od góry dwa kościoły [http://fotopolska.eu/145469,foto.html]
Podczas II wojny światowej w powiecie kamiennogórskim było sześć niemieckich sierocińców i cztery domy starców. W Miszkowicach (Michelsdorf) był jeden sierociniec i jeden dom starców. Gdy skończyła się wojna i Niemcy podpisały bezwarunkową kapitulację 8 maja 1945 roku, ziemie Dolnego Śląska zalała fala ludzi poturbowanych przez los, głodnych, zmęczonych i bezdomnych. Byli to głównie Polacy, wyrzuceni ze swych domów i gospodarstw na dawnych polskich Kresach Wschodnich. Nazywano ich repatriantami. Oprócz nich na Dolnym Śląsku znaleźli się liczni więźniowie uwolnieni z lokalnych niemieckich obozów pracy, a także Polacy powracający z Niemiec z robót przymusowych. Dopiero za trzy miesiące miała się odbyć konferencja w Poczdamie, która miała określić przyszłe granice Polski. Na razie nic nie było wiadomo. Nowo utworzone komunistyczne władze Polski (PKWN4 z siedzibą w Lublinie, a potem Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej5) wykazały się przezornością i już 9 maja przybyła do Wrocławia grupa 13 osób z doktorem Bolesławem Drobnerem na czele, aby zorganizować życie w mieście i przejąć Breslau dla Polski. Mianowano także Pełnomocników Rządu RP na Dolny Śląsk, którzy organizując niezbędne urzędy, działali metodą faktów dokonanych. Zaczęto od zweryfikowania liczby sierot w Polsce, a także inwalidów wojennych, repatriantów, starców, ludzi chorych i słabych, i tak dalej. Zajęto się nie tylko Polakami, lecz także cudzoziemcami, w miarę możliwości starając się im pomóc. Przystąpiono do sprawdzenia istniejących sierocińców i przejmowania ich od personelu niemieckiego. Ponieważ sierot wojennych w całej Polsce było bardzo dużo, natomiast na terenie Dolnego Śląska znajdowało się wiele opuszczonych budynków, postanowiono, by znaczną liczbę dzieci sprowadzić z Polski centralnej i umieścić na terenie Dolnego Śląska. Już w czerwcu 1945 roku podjęto decyzję, aby w każdym powiecie na Dolnym Śląsku przygotować po 300 miejsc dla polskich sierot. Zostały powołane powiatowe i gminne Referaty Opieki Społecznej. Pracownicy opieki społecznej wyruszyli w teren, przeprowadzili wizytację istniejących kinderheimów, spisali protokoły ze stanu faktycznego, dokonali inwentaryzacji majątku kinderheimów i zabezpieczyli go, pozostawiając w każdym z nich Polaka (Polkę) do pilnowania dobytku przed kradzieżami i roztrwonieniem. Kinderheimy musiały działać nieprzerwanie, bo znajdowały się w nich dzieci i inne osoby, którym należało zapewnić ciągłą opiekę. Na razie przez kolejne miesiące dziećmi opiekował się dotychczasowy personel niemiecki.
Kinderheim w Miszkowicach o nazwie "Ojczyzna" prowadzony był przez niemieckie siostry zakonne. Posiadam kopię protokołu pokontrolnego sporządzonego przez pracownika Referatu Opieki Socjalnej z Kamiennej Góry. Sióstr zakonnych było dwanaście, w tym kierowniczka Elfrida Langner, cztery wychowawczynie, dwie kucharki, jedna praczka, jedna szwaczka, jedna pielęgniarka, jedna biuralistka, cztery ogrodniczki oraz ogrodnik i stolarz. Pod koniec sierpnia 1945 roku na stanowisko kierowniczki sierocińca przyjęto panią Eleonorę Zajączkowską. Pochodziła ze Lwowa, ukończyła seminarium nauczycielskie, znała rosyjski i niemiecki, podczas wojny straciła męża, miała pięcioro dzieci, pozostała bez mieszkania i środków do życia. Pani Zajączkowska rozpoczęła urzędowanie od polityki twardej ręki. Po pierwsze usunęła z sierocińca wszystkie dzieci posiadające rodziców lub opiekunów prawnych, po drugie usunęła z zakładu osoby prywatne, które korzystały bezpodstawnie ze świadczeń w sierocińcu. W kinderheimie mieszkało 39 dzieci niemieckich, dziewczynki od dwu do jedenastu lat. Już w sierpniu 1945 roku zatrudniono w sierocińcu pierwszych Polaków. Było to pięć osób dorosłych - kierowniczka, dwie kucharki i dwóch pracowników rolnych. Przyjęto też czworo dzieci, w tym troje dzieci kierowniczki Zajączkowskiej.
20 października 1945 roku starosta powiatowy wydał pisemne polecenie (dokument pisany ołówkiem), aby usunąć z sierocińców wszystkie dzieci niemieckie i przekazać je pod opiekę rodzinom niemieckim, które nadal mieszkały na terenie powiatu. W tym samym dniu przekazano niemieckie dziewczynki z kinderheimu w Miszkowicach Misji Wewnętrznej Kościoła Ewangelickiego w Wałbrzychu. Ze wszystkich kinderheimów na terenie powiatu usuwano dzieci posiadające dokumenty zaświadczające, że są dziećmi niemieckimi. Na miejscu pozostały dzieci bez dokumentów, bez swojej tożsamości, niewiadomego pochodzenia o imionach i nazwiskach niebrzmiących polsko. Być może były to dzieci ulokowane w kinderheimach przez Niemców celem ich zgermanizowania. Cytuję z protokołu sporządzonego 9 czerwca 1948 roku w jednym z sierocińców (Janowice Wielkie) przez komisję, w skład której wchodzili przedstawiciele inspektoratu szkolnego, sądu i Polskiego Związku Zachodniego6 (nie zmieniam składni):
[...] po przejrzeniu akt i zasięgnięciu opinii od kierownika zakładu i personelu, komisja stwierdziła, że dzieci znajdujące się w Zakładzie posiadające nazwiska i imiona o brzmieniu nie polskim nie posiadają żadnych dowodów wg których można byłoby ustalić przynależność państwową. [...] Dzieci te po zlikwidowaniu niemieckich zakładów opiekuńczych zostały przyjęte do [...] (tut. Zakładu) [...] bez żadnych akt, opierając się jedynie na informacjach podanych ustnie przez siostry zakonne Niemki. [...] Ponieważ dzieci te znajdują się już 3 lata w Zakładzie i do obecnej chwili nie ustalono rodziców, Komisja [...] jednomyślnie orzekła: pozostawienie je w Polsce i uznanie za polskie, nadając im nazwiska i imiona polskie, oraz zgłosić je do Urzędu Stanu Cywilnego celem sporządzenia aktu urodzenia. Komisja uzasadnia również, że są przesłanki, że dzieci te są pochodzenia polskiego, oddane do zakładów opiekuńczych niemieckich celem zgermanizowania. Przy repatriacji kierown. zakł. niem. zabrały dzieci posiadające akta pochodzenia niemieckiego. Dzieci bez dokumentów pozostały w Polsce i do tej pory nikt się o nie upomniał [...].
[Podpisy]7
Po zapadnięciu na Konferencji Poczdamskiej (17 lipca - 2 sierpnia 1945 roku) decyzji o przyłączeniu Dolnego Śląska do Polski z granicą na Odrze i Nysie Łużyckiej lokalne władze działały już w majestacie prawa. Urząd Pełnomocnika Rządu RP wydał decyzje o przydzieleniu w każdym powiecie czterech folwarków na cele opieki społecznej. W Miszkowicach na ten cel wyznaczono dwa duże poniemieckie gospodarstwa rolne z budynkami nadającymi się na lokalizację sierocińca i domu starców. Posiadały one łącznie 116 hektarów ziemi rolnej. Dom dziecka ulokowano w dawnym trzypiętrowym budynku domu opieki społecznej, z instalacją wodną, ze stajnią, oborą i kurnikiem. Dom dziecka posiadał 52 hektary ziemi oraz inwentarz żywy: konie robocze, buhaje, woły robocze, krowy, jałówki, cielęta oraz świnie, kury, indyki i gęsi.
5. Miszkowice - powstały ok. 1880 r. Dom Opieki Społecznej, po wojnie przekształcony w Państwowy Dom Dziecka [http://fotopolska.eu/91990,foto.html]
Kiedy 6 października 1945 roku usunięto dotychczasową niemiecką kierowniczkę sierocińca siostrę Elfridę Langner i nakazano jej opuszczenie budynku, to być może razem z nią odeszła reszta sióstr zakonnych i personel niemiecki. Grupka dzieci z Wielkiej Osiny, w której byłem ja, została przywieziona do Miszkowic w kwietniu 1947 roku. Od 1 września 1947 roku kierownikiem Domu Dziecka był pan Zygmunt Bieńkowski. Dla nas, dzieciaków, kierownik PDDz był autorytetem. Baliśmy się go. Dbał o nas, ale potrafił na wieczornym apelu rzucić kapciem w dziecko, które przeszkadzało. Pochodził z Wilna. Przypuszczam, że cała kadra wychowawczyń oraz personel pomocniczy w PDDz w Miszkowicach przybyli na te tereny z Kresów Wschodnich.
Zygmunt Bieńkowski ukończył Korpus Kadetów w Chełmnie w stopniu podporucznika. Po wybuchu II wojny światowej, we wrześniu 1939 roku, brał udział w bitwie nad Bzurą, a później, w Wilnie, został zaprzysiężony jako żołnierz Armii Krajowej. Po zakończeniu wojny zakopał gdzieś swoje dokumenty i zdjęcia z Wojska Polskiego i zgłosił się do nowych władz w Chełmie lubelskim jako bezrobotny nauczyciel. Przez jakiś czas prowadził wiejską czteroklasową szkołę w okolicy Lublina. Bieńkowski i jego żona cierpieli skrajną nędzę. Brakowało jedzenia, butów i ubrań. Pan nauczyciel po wsi i w szkole chodził boso. Gdy w niedzielę, jak zwykle, wybierał się do kościoła oddalonego od wsi o cztery i pół kilometra, to także szedł boso, buty zakładając niemal na progu kościoła. Podobnie było, gdy szedł raz na tydzień na zakupy do Chełma, oddalonego o 18 kilometrów. Chodzenie w niedzielę na mszę nie wyszło Zygmuntowi Bieńkowskiemu na dobre. Dowiedziały się o tym władze oświatowe i milicja. Sprawę jeszcze pogarszał fakt, że poranne lekcje z dziećmi Pan Zygmunt zaczynał zawsze od modlitwy. Zaczęły się przepytywania i rozmowy w Inspektoracie. Musiał podczas jednej z takich rozmów powiedzieć o jedno słowo za dużo. Zdaje się, że sprawa przynależności do AK zaczynała wychodzić na jaw. Nie było innej rady, jak tylko zabrać się z całą rodziną na polski "Dziki Zachód", czyli na Ziemie Odzyskane. Przez kolejne dwadzieścia trzy lata Zygmunt Bieńkowski czuł się "ściganym". Ujawnił się dopiero w 1968 roku - po przejściu na rentę inwalidzką. Przez te wszystkie lata kluczył, bojąc się przyznać do przeszłości oficera sanacyjnego8.
Na Dolnym Śląsku powierzono mu zadanie kierowania domem dziecka w dużym poniemieckim majątku ziemskim we wsi Miszkowice koło Lubawki. To tam właśnie przebywałem pięć lat. Dzieci było około setki. Były podzielone na dwudziestoosobowe grupy, oczywiście dziewczynki i chłopcy osobno. Każda grupa miała na stałe swoją wychowawczynię. Moją wychowawczynią była pani Gienia, jej nazwiska nie zapamiętałem, a może nawet nie znałem. Pełna empatii dla dzieci i zwierząt. Byłem jej pupilkiem. Pamiętam, że stale siedziałem na jej kolanach. Bardzo szybko, bo jeszcze w przedszkolu, nauczyłem się czytać i liczyć oraz troszkę grać jednym paluszkiem na pianinie. Niemiecki matematyk Gauss twierdził żartobliwie, że przyszedł na świat z umiejętnością liczenia. Mógłbym powiedzieć to samo o sobie - nie wiem, kiedy nauczyłem się liczyć. Siedziało to chyba we mnie od urodzenia. Nie cierpiałem plastyki, to znaczy rysunków, kolorowanek, wycinanek i tym podobnych. Pewnego razu pani Gienia rozdała dzieciom kolorowe wałeczki plasteliny. Wytłumaczyła, jak plastelinę rozmiękczyć, a następnie poprosiła dzieci, ażeby ulepiły sobie to, co chcą: zwierzątka, ludziki, domki, krasnale i tak dalej. Wziąłem kawałek plasteliny do ręki, rozwałkowałem ją, ale niczego nie umiałem i nie chciałem ulepić. Rozbeczałem się jak głupi. Pani Gienia dała mi spokój.
Był też teatrzyk, w którym występowałem razem z innymi dziećmi. W tym teatrzyku graliśmy postaci z bajek dla dzieci. Miałem wtedy z pięć lat. Jedną z moich ról była rola kaczorka, przez co po tym występie dostałem przezwisko "Kaczor". To przezwisko prześladowało mnie aż do opuszczenia Domu Dziecka. Odbierałem to jako niesprawiedliwą mściwość i złośliwość dzieci - bo one takie są. Zresztą wszystkie dzieci w PDDz miały jakieś przezwiska. Brało się to zapewne z tego, że nie używaliśmy swoich imion, było to bardzo niepraktyczne w tłumie stu dzieciaków, ponieważ na zawołanie na przykład "Jasiu" zgłosiłoby się z pewnością dwóch, a może i więcej Jasiów. Dzieciaki mówiły do siebie z reguły po nazwisku, a jeśli było ono zbyt długie lub zbyt skomplikowane do wymówienia, posługiwano się imieniem lub przezwiskiem. Były one krótkie, dwusylabowe. Wołało się więc Wolf, Ary, Kaczor, Focia, Kiziu, Welcz, Jarosz, Szade i tym podobne.
Na jednym z moich występów w teatrzyku doznałem ogromnej traumy. Po przedstawieniu włączono silne światło, zostałem oślepiony i ogłuszony burzą oklasków. Poczułem się, jakbym został porażony silnym prądem elektrycznym. To wszystko tak mnie przeraziło, że zacząłem histerycznie płakać. Byłem zdruzgotany, rozdygotany i ciężko przerażony. Z głośnym płaczem zbiegłem ze sceny. Zobaczyłem dziesiątki oczu wpatrzonych we mnie. Przypadłem do pani Gieni i wtuliłem się w nią. Wyniosła mnie ze świetlicy. Już nigdy więcej nie zagrałem w dziecięcym teatrzyku. Od tego czasu zacząłem się zacinać przy wymawianiu niektórych słów. Nie mogłem na przykład wymówić słów: "proszę pana". Zawsze wychodziło to jako: "pppproszę pppana". Zacząłem panicznie bać się wystąpień przed dużą grupą ludzi. Nie potrafiłem czegokolwiek wymówić publicznie. Ten stan prześladował mnie przez kolejne dwadzieścia lat. Gdy poszedłem na studia, zdałem sobie sprawę, że muszę te stany lękowe jakoś pokonać. I to pokonać własnymi siłami. Już na studiach wstąpiłem do ZMP. Z uporem chodziłem na wszystkie zebrania po to, abym został zmuszony do wymówienia czegokolwiek. Masochizm. I byłem bardzo zadowolony z siebie, gdy udało mi się publicznie wypowiedzieć choćby jedno najkrótsze słowo, na przykład "tak" albo "nie". Potem stopniowo nauczyłem się panować nad sobą, czyli mówić publicznie. Gdzieś wyczytałem, że jeśli ma się silne stany lękowe i tremę, najlepiej jest w tym tłumie wypatrzeć sobie jakąś osobę, wyobrazić, że to jest wróg lub przyjaciel (to miało zależeć od treści wymawianych zdań) i zacząć mówić do tej jednej osoby. W ten sposób udawało mi się zignorować tłum i mówić tak, jak się mówi do jednej osoby. A to już co innego niż przemawiać publicznie. W ten sposób, kontrolując swoje stany lękowe, powoli przestałem odczuwać tak silną panikę, chociaż ona stale we mnie siedzi.
W Domu Dziecka w Miszkowicach były jeszcze inne wychowawczynie. Pamiętam imiona dwu: pani Zosi i pani Rozy. Pani Zosia była bardzo młodą i szczupłą blondynką, chodziła w mundurze wojskowym i pięknych wojskowych oficerkach, zawsze wyglansowanych do połysku. Podobno pani Roza była niedobra dla dzieci, biła je - tak ją zapamiętał mój kolega. Była też sprzątaczka, pani Walercia. Mówiła językiem kresowiaków.
W przeciwieństwie do kierownika Bieńkowskiego, który był bardzo religijny, moja wychowawczyni, pani Gienia, była ateistką. Pamiętam pogadanki, jakie nam robiła. Sadzała nas w kole na podłodze, wyciągała mapy, stawiała też globus, pokazywała kolorowe obrazki i opowiadała o ziemi, powstaniu świata. Mówiła o bogach, powstaniu różnych religii, o różnych mitach, wierzeniach, przesądach i kulturach. Ponieważ byłem jej pupilkiem i kochałem ją na swój dziecięcy sposób, wszystko, co mówiła, brałem sobie głęboko do serca. Jeszcze przed komunią, nie zdając sobie z tego sprawy, stałem się ateistą. Dzieci z innych grup, wprost przeciwnie, zostały osobami wierzącymi.
6. Miszkowice - obecna szkoła podstawowa; dawny niemiecki Dom Opieki Społecznej, po 1945 r. schronienie dla sierot: Państwowy Dom Dziecka [https://dolny-slask.org.pl/654631,foto.html]
Główny budynek Domu Dziecka był trzypiętrowy, zbudowany na planie podłużnego prostokąta. Na tylnej czołowej ścianie, na zewnątrz budynku, z belek i desek były pobudowane ubikacje, w ten sposób, że odchody spadały wprost na ocembrowane gnojowisko znajdujące się na poziomie ziemi. Ubikacje na drugim piętrze były przesunięte o jeden moduł na zewnątrz w stosunku do tych z pierwszego piętra, a te na trzecim wysunięte były o kolejny moduł tak, że odchody z dowolnego piętra spadały wprost do gnojownika. Była to bardzo zmyślna konstrukcja, która bardzo mi się spodobała i mocno utkwiła w mojej główce. W piwnicach znajdowały się pracownie: stolarska, krawiecka, pralnia, magiel i inne. Tylko szewca nie mieliśmy, zepsute buty zanosiliśmy do szewca we wsi. Był nim stary Niemiec, który nie uciekł po 1945 roku. Zawsze wyrywałem się pierwszy, ażeby zanieść do niego buty, bo chciałem, żeby nauczył mnie liczyć po niemiecku.
Do głównego budynku domu dziecka wchodziło się po kilku kamiennych schodach. Przed budynkiem było obszerne podwórko, a nieco niżej piękny, ukwiecony w lecie ogród. Ten ogród to było królestwo i niewyczerpane źródło miłości naszych wychowawczyń. Spędzały tam wszystkie wolne chwile. Sadziły i przesadzały kwiaty, grabiły i wyrywały chwasty, siedziały tam i rozmawiały z roślinkami lub między sobą. Kwiaty bardzo lubiłem, ale wcześnie odkryłem w sobie silną niechęć do prac polowych i ogrodniczych. Nie znałem swoich rodziców, ale na poczekaniu ukułem szczeniackie wyobrażenie, że z pewnością nie byli rolnikami. A kim byli? Tego nie wiem do dzisiaj.
Poniżej ogrodu przepływał strumyk. Bardzo lubiłem siedzieć nad jego brzegiem, a gdy było trochę cieplej, kąpałem się w nim. Chłopcy wpychali ręce pod korzenie drzew porastających brzeg rzeczki i próbowali złapać pstrąga. Nieraz im się to nawet udawało. Pewnego razu zdobyłem białe, nieduże lakierowane drzwi. Zaciągnąłem te drzwi w górę rzeki, ułożyłem na wodzie, usiadłem na nich i płynąłem w dół rzeczki, bawiłem się tak przez pół dnia. Myślałem, że może zostanę marynarzem. Nie zostałem jednak marynarzem, a to dlatego, że pewnego razu, pasąc krowy na górze pod lasem, zobaczyłem w oddali, na głównej drodze, samochód ciężarowy. Byłem urzeczony tym widokiem. Wydawało mi się, że pędził z ogromną prędkością, koła miał bardzo duże, podwozie znajdowało się wysoko nad asfaltem. Przez kilka lat śniła mi się scenka, że idę środkiem asfaltowej drogi i nagle z tyłu niespodziewanie nadjeżdża taka ogromna ciężarówka. Kucam, pochylam się i kulę tak, że głowę mam poniżej kolan, a ciężarówka z wielkim łoskotem przejeżdża nade mną. Postanowiłem, że zostanę kierowcą takiej ciężarówki. Odtąd, gdy pytano mnie, kim chciałbym zostać, niezmiennie odpowiadałem: kierowcą ciężarówki.
Do Domu Dziecka często wówczas przychodziły dary z UNRRA9. W paczkach były konserwy i słodycze, kukurydza w puszkach, marmolada w drewnianych skrzyneczkach oraz mleko w proszku w ogromnych tekturowych beczkach. Najsmaczniejsze były konserwy. Pasztet albo gulasz. Zdarzało się, że wozem drabiniastym z wielką ilością dużych garów i koszy jechaliśmy do lasu na grzyby. Konie i woźnica pozostawały na leśnej dróżce, a stado dzieci i dorosłych zapuszczało się do lasu. Gdy byliśmy już w lesie, kucharka pokazywała mi miejsce, jakąś polankę pełną prawdziwków, wyrywała jednego z nich, pokazywała mi go i ostrzegała: "Krzysiu, zbieraj tylko takie grzyby. To są bardzo smaczne i zdrowe borowiki. Nie wolno ci zbierać innych grzybów, bo są trujące". Zbierałem na polance borowiki i zanosiłem je do wozu. Potem biegłem i szukałem "mojej" kucharki, scenka powtarzała się. Po trzech godzinach robiono przerwę, zbierano się koło wozu, kucharki otwierały konserwy i każdy dostawał kawał pasztetu lub gulaszu z pajdą chleba. To było pyszne jedzenie. Nigdy wcześniej nie jadłem tak smacznych rzeczy. A jak te pasztety pachniały!
Beczki z mlekiem w proszku składowano w magazynie PDDz, ale jedną z nich zostawiano otwartą na korytarzu w pobliżu kuchni. Stała tam przykryta tekturowym wiekiem. Kto chciał, wydłubywał bryłę tego mleka i zajadał na podwórku. Zajadałem te bryły mleka z taką żarłocznością, że często aż robiło mi się niedobrze. Aż się w końcu przejadłem. Dzisiaj mleka w proszku nie cierpię. Nieraz bywam w barze mlecznym i jeśli podadzą kawę białą robioną na mleku w proszku, wyczuwam ten smak natychmiast i nie piję. Nie cierpię też kukurydzy. Przez kilkanaście lat dostawaliśmy na obiad gotowaną kukurydzę, polaną najczęściej sokiem malinowym. To danie nazywaliśmy mamałygą. Podczas obiadu zwykle wywalałem takie jedzenie do szuflady w stole, przy którym akurat siedziałem. Wielu chłopców robiło to samo. Gdy potem miałem dyżur w jadalni, sprzątałem dyskretnie te szuflady, inni chłopcy też.
Pewnego razu dostaliśmy z UNRRA pięknego karego konia. Wydawał mi się taki ogromny, bałem się do niego zbliżać. Ale siadałem na skraju łąki i podziwiałem urodę tego zwierzęcia. Trzy konie stale pasały się na łące za naszymi budynkami.
Z boku i za głównym budynkiem domu dziecka znajdowały się ogromne obory dla krów i stajnie dla koni, stodoła oraz pomieszczenia na wozy i maszyny rolnicze. Mieliśmy kilka krów i na zmianę troje dzieci miało dyżur przy krowach, wyganiało je z obory na pastwisko pod lasem i tam pilnowało do obiadu. Bardzo lubiłem pasać krowy, szczególnie późną jesienią. Za łąką pod lasem rósł ogromny buk. Kładłem się na ziemi, zbierałem orzeszki buku i zajadałem się nimi. Jeszcze do dzisiaj czuję w ustach boski smak buczyny. Mimo że jedzenia nie brakowało w tym Domu Dziecka, to jednak zawsze czuliśmy się głodni. Kiedyś bardzo głodny wpadłem do jadalni i błagalnym oraz przymilnym tonem zacząłem prosić kucharkę, aby dała mi kromkę chleba. Podała mi dużą piętkę z wyrwanym miąższem wypełnioną po brzegi jeszcze gorącym smalcem ze skwarkami. Pochłonąłem ten chleb i smalec w przeciągu minuty. Po następnych kilku minutach zwymiotowałem ten przysmak na podwórku. Do dzisiaj nie jem skwarków i odrzuca mnie od nich. To już z pewnością obsesja, wszystkie moje wspomnienia z dzieciństwa kojarzą mi się z jedzeniem. Moje wspomnienia to na ogół obrazy i kolory, nigdy słowa, ale bardzo często melodia lub zapach. Od dzieciństwa prześladuje mnie pewien bardzo przyjemny smak i zapach, którego nie potrafię przypisać do żadnej potrawy. Nieraz gdy idę ulicą, w moje nozdrza wpada delikatniutki powiew tego zapachu. Wtedy rozglądam się wkoło, szukając jego źródła, i wącham jak pies myśliwski. Przypuszczam, że gdybym odkrył, z czym ten tajemniczy zapach jest związany, przypomniałbym sobie jakiś ciekawy moment z mego życia.
Czasami na łące pod lasem rozpalaliśmy ognisko, kładliśmy kawałek blachy na czterech kamieniach i na tej blasze przysmażaliśmy plasterki ziemniaków. Oczywiście każdy z nas miał jakiś scyzoryk, więc graliśmy "w noża". W tej grze były do wykonania różne "figury", jak na przykład: paluszek, kostka, widelec, nosek, bródka i inne. Ten, który przegrywał, ponosił surową karę. Chłopcy mieli przygotowany zaostrzony patyk grubości ołówka i długości palca wskazującego. Jeśli ktoś "skuł" figurę, to jego sąsiad, trzymając swój scyzoryk za czubek ostrza, trzonkiem wbijał kołek w ziemię. Pozostali gracze kolejno wykonywali jedno uderzenie w kołek. Przegrany musiał ten patyk wyciągnąć zębami z trawy i z ziemi. Było to nieraz bardzo trudne, szczególnie gdy kołek był wbity kilka milimetrów pod ziemią. Zębami gryzło się trawę i ziemię. Następnie przegrany uciekał po łące z patykiem w zębach, starając się po drodze tak go niepostrzeżenie wypluć i zgubić, ażeby koledzy tego kołka nie odnaleźli. Jeśli "wrogowie" odnaleźli kołek, wbijali go powtórnie w ziemię. Gra była znakomita.
Były też inne zabawy. Bardzo lubiłem robić fujarki z leszczyny. Bardzo dobrze mi to wychodziło. Potem próbowałem wygrywać na nich różne melodie. Mimo że byłem już bardzo wyrośniętym młodzieńcem, zauroczenie fujarkami trwało nadal. Nieraz nawet udawało mi się jakąś kupić w sklepie z zabawkami dla dzieci. Gdy byłem już na studiach w Krakowie, w domu towarowym przy Rynku udało mi się kupić okarynę. Był to prymitywny gliniany instrument o zakresie półtorej gamy. Mieszkałem w akademiku. Stały tam cztery ogromne budynki, mieszkało w nich kilka tysięcy studentów. Uwielbiałem wstawać raniutko o szóstej lub siódmej, otwierałem okno, siadałem na parapecie i budziłem brać studencką melodią Kiedy ranne wstają zorze. Nawet bardzo dobrze mi to wychodziło. Ale pomińmy te mało poważne sprawy i wróćmy do domu dziecka.
Oprócz krów były też konie, świnie i inne zwierzaki. Gęsiami opiekowała się nasza magazynierka. Gęsi tak bardzo były do niej przywiązane, że widziałem raz, jak jedna z nich szła tuż przy nodze magazynierki, gdy ta wybrała się na zakupy do wsi. Gęś towarzyszyła swojej pani aż do sklepu, szła z mocno wyciągniętą szyją, trochę zaniepokojona, ale chyba zadowolona. Ktoś mi wytłumaczył, że ptak - kura, gęś, kaczka bardzo przywiązuje się do osoby, którą pierwszą zobaczy swoimi dopiero co po wykluciu otwartymi oczkami. Magazynierka opiekowała się gęsiami od momentu ich wyklucia, więc była ona postrzegana przez gęsi jako ich matka.
Gospodarstwo przy Domu Dziecka było samowystarczalne i bogate. Nadwyżki mleka oddawaliśmy do miejscowej mleczarni. Zdarzało się, że jechałem razem z furmanem wozem konnym z kilkoma załadowanymi bańkami mleka. Pewnego razu w mleczarni zupełnie niechcący, stojąc za drzwiami w magazynie, podsłuchałem rozmowę dwóch mężczyzn. Jeden z nich opowiadał drugiemu, jak zgwałcił kiedyś młodą kobietę w pociągu. Szczegółowo opowiadał temu drugiemu, jak to zrobił, jaką zastosował technikę unieruchomienia dziewczyny i tak dalej. Stałem oniemiały, chyba podniecony i czerwony jak burak. Mleko w metalowych bańkach odwoziliśmy też do mleczarni małym wózkiem drewnianym. Zdejmowaliśmy przednią i tylną ściankę z wózka, bańkę stawialiśmy na środku, jeden z chłopców siadał z przodu, brał dyszel pomiędzy wyciągnięte stopy i kierował wózkiem, a drugi chłopiec pchał lub hamował wózek z tyłu.
Pewnego razu doszło do nieszczęścia. Na naszym mostku, przy wjeździe na dziedziniec, pokazał się wóz drabiniasty wyładowany sianem. Zawsze czekaliśmy na taki moment. Podbiegaliśmy do wozu, jechał bardzo powoli, bo było trochę pod górkę, i czepialiśmy się drabinek bocznych, głowę wciskając w pachnące siano, a stopy zapierając o dolny podłużny drąg. Gdy wóz przejechał łukowe sklepienie bramy wjazdowej, prowadzącej do gospodarczej części zabudowy, rozległ się wrzask: przejechał Johana. Woźnica zatrzymał się kilka metrów dalej. Podbiegłem na miejsce wypadku i zobaczyłem Johana. Główkę miał zmiażdżoną żelazną obręczą ciężkiego wozu, przed jego twarzą iskrzyła się w słońcu różowa galareta, jego mózg. Po kilku miesiącach, gdy nadeszła zima, dostałem wełnianą, zrobioną na drutach, bardzo ciepłą i kolorową czapkę po Johanie. Czapka miała nauszniki zawiązywane pod brodą kolorowymi wełnianymi sznureczkami. Ucieszyłem się bardzo, ale czułem się głupio. Do dzisiaj, gdy przypomni mi się ta sprawa, widzę ten różowy mózg na kocich łbach naszego podwórka. Rok temu byłem w Miszkowicach. Przy okazji chciałem koniecznie zobaczyć grób Johana i złożyć na nim kwiaty. Niestety, nikt nie opiekował się tym grobem, minęło ponad sześćdziesiąt lat, grób przekopano.
W piwnicy urządzona była łaźnia. Kąpiele, wymiana bielizny i odzieży odbywały się w soboty. W podłodze zrobiony był basen z czerwonych cegieł, głębokości może czterdziestu centymetrów. Po napełnieniu go ciepłą wodą, dwudziestu golasów pluskało się i kąpało w tym baseniku. Mieliśmy kilka kostek szarego mydła. Pamiętam, jak pewnego razu do łaźni weszła sprzątaczka Walercia, na taborecie postawiła miednicę z ciepłą wodą, zawołała mnie, zdjęła bluzkę i kazała mydłem myć jej plecy. Stałem obok niej, nagusieńki, tak jak mnie Pan Bóg stworzył, i myłem jej plecy. Nad miednicą wisiały jej ogromne piersi. Byłem mocno zawstydzony i zniesmaczony. Od tamtego czasu nie cierpię otyłych kobiet. Po kąpieli dostawaliśmy czystą bieliznę.
W niedziele dzieci szły dwójkami do kościoła. We wsi były dwa kościoły. Obok Domu Dziecka stał ogromny nieczynny kościół ewangelicki zamknięty na kłódkę, a nieco dalej kościół katolicki. Dzieciaki przez dziurę w parkanie i okno przedostawały się do wnętrza kościoła ewangelickiego i poszukiwały ciekawych rzeczy. Między ławkami leżało mnóstwo porozrzucanych, nieco zaśniedziałych niemieckich fenigów. Niektórzy chłopcy wyłamywali piszczałki z organów, bo ich końce wykonane były z ołowiu. Ten ołów roztapiali w puszce po konserwie na ognisku i próbowali z niego odlewać jakieś zabawki.
Uczenie się sprawiało mi dużą przyjemność. Od małego stale coś czytałem. Pamiętam, jak pewnego razu dorwałem się do "Trybuny Ludu" i zacząłem ją czytać. Nie rozumiałem niczego z tego tekstu, tylko pojedyncze słowa, mimo to czytałem zawzięcie. Zrobiło się późno, pani Gienia zaganiała dzieci do spania. Krzyczała też na mnie. Odkrzykiwałem, że nie pójdę spać, aż nie skończę czytać zaczętej pionowej kolumny. Wychowawczyni machnęła ręką i dała mi spokój. Poszedłem spać, gdy skończyłem. Byłem bardzo zadowolony z siebie, że przeczytałem całą kolumnę, wściekałem się tylko, że nic z tego czytania nie zrozumiałem. Nie pamiętam, kiedy nauczyłem się liczyć. Pamiętam, że w Miszkowicach przed snem liczyłem powoli od jednego do stu. Przeważnie szybko usypiałem. Ale gdy to się nie udawało, "za karę" (bo ja bardzo lubiłem sam sobie zadawać karę i nadal tak robię) liczyłem "w dół", od stu do jednego. Z czasem urozmaiciłem sobie to liczenie - liczyłem od pięciuset do tysiąca lub "w dół" od tysiąca, aż usnąłem.
Zawsze coś czytałem. Cokolwiek wpadło mi do ręki. Bajeczki i inne poważniejsze książeczki, a gdy już nie było niczego, to nawet gazety. Pod wpływem tych lektur moje wyobrażenie świata zmieniło się szybko. Po pewnym czasie, gdy pytano mnie, kim chciałbym zostać, odpowiadałem: "Dyrektorem, będę jeździł czarnym samochodem, a Piotruś będzie moim kierowcą". Mówiąc to, pytałem Piotrusia Krupskiego: "Będziesz moim kierowcą?". "No jasne" - odpowiadał chłopak. W dorosłym życiu dyrektorem nigdy nie zostałem, ale byłem kierownikiem bazy samochodowej, miałem samochód służbowy o nazwie UAZ wraz z osobistym kierowcą. Było to na Ukrainie, trzydzieści lat później.
Szkoła podstawowa
W tamtych czasach, gdy byłem w PDDz w Miszkowicach, wysyłano dzieci do szkoły podstawowej po ukończeniu siedmiu lat. Mnie wysłano o rok wcześniej, bo już umiałem czytać, pisać i liczyć. Pamiętam, że pisaliśmy na tabliczkach rysikiem. Była też tablica szkolna i kreda. Był jeden elementarz, z którego uczyła nas nauczycielka. Kładła książkę przed uczniem i kazała czytać wskazaną linijkę tekstu. Bardzo denerwował mnie kolega z ławki, który nie umiał jeszcze czytać. Zdanie "Ala ma kota" czytał mniej więcej tak: "a... el... a... em... a... ky... o... te... a". Nie umiał tych liter poskładać do kupy. To, że ja już umiałem czytać, na nauczycielce nie robiło żadnego wrażenia. A wręcz przeciwnie. Już po miesiącu nauczycielka, pani Babiarzowa, z krzykiem wyrzuciła mnie z klasy. A było to tak. Zawołała mnie do tablicy i kazała narysować jabłko. Wcześniej przez pół godziny tłumaczyła tym "bałwanom ze wsi", czyli moim szkolnym kolegom, jak się ten owoc rysuje. No wiadomo - kółeczko na kształt serduszka, u góry ogonek i z dołu wąsiki. Rysowałem to nieszczęsne jabłko w prawo. Pani Babiarzowa kazała mi rysować w lewo. Zacząłem się z nią kłócić, że będę rysował w prawo, bo i tak na jedno wyjdzie. Jabłko to jabłko. Ona swoje, a ja swoje. W końcu miała mnie dosyć i wyrzuciła z klasy. Z tego powodu o rok dłużej pasałem nasze krówki. Zresztą polubiłem je bardziej niż panią Babiarzową. W następnych latach jakoś omijałem w klasach tę wstrętną kobietę. W drugiej klasie otrzymałem nawet nagrodę za bardzo dobre wyniki w nauce. Dostałem książkę o psie Azorku i byłem z tego bardzo dumny. Z klasy trzeciej zapamiętałem tylko jedno zdarzenie. Była zima, przed szkołą leżał roztopiony śnieg, po którym biegaliśmy na bosaka, rżąc przy tym jak konie.
Gdy byłem w pierwszej klasie, zaczęto przygotowywać dzieci do komunii. Ksiądz na lekcji religii opowiadał życiorysy świętych i potem odpytywał. Mnie odpytywał z życiorysu świętego Józefa. Zdałem lekcję dobrze. W tych lekcjach religii widziałem tylko bujdy. Gruby, starannie ogolony ksiądz opowiadał historie, w które wcale nie wierzyłem. Ale lekcje musiałem zdać, więc zdałem dobrze. Bardzo martwiłem się tym, jak to będzie, gdy będę przyjmował komunię. Jak otworzyć usta? Czy wyciągnąć język? Przed lustrem ćwiczyłem wyciąganie języka i przyjmowanie komunii. Bóg się jednak nade mną ulitował i nie dopuścił do tego. W dniu, w którym sierotki miały pójść do komunii, od samego rana w Domu Dziecka panował ożywiony ruch. Dzieci starannie domywano, w szczególności za uszami, ubierano w ładne ubranka. Ubrałem się pierwszy. Miałem śliczny, nowiutki jasnobrązowy garniturek, białą koszulę, krawacik z czarnej tasiemki i błyszczące półbuciki. Wyszedłem na podwórze. Trochę się nudziłem. Pobiegłem za stodołę. Stała tam ogromna poniemiecka lokomobila parowa, używana jesienią do napędu młockarni. Wdrapałem się na nią. Było tam mnóstwo pokręteł, zegarów i błyszczących gałek mosiężnych. Wcieliłem się w rolę maszynisty. Zacząłem kręcić tymi korbkami i gałkami. Usłyszałem, że mnie wołają. Dzieci ustawiały się już w dwuszeregu. Na piersi zauważyłem kleks od smaru. Wiechciem trawy starałem się usunąć ten smar. Usunąłem, ale plamka pozostała. Kawałkiem znalezionego szkiełka zacząłem zdrapywać plamkę. Tak ją zawzięcie w pośpiechu usuwałem, że pokazała się biała podszewka. Któraś z wychowawczyń zauważyła tę dziurę w materiale. Zaczęła na mnie krzyczeć. W obronę wzięła mnie pani Gienia. Powiedziała, że w tym roku nie pójdę do komunii, pójdę za rok. Ale tak się już nie stało.
W następnym, 1951 roku spalił się Dom Dziecka. Ktoś w szkole narobił krzyku, że pali się dom dziecka. Wypadliśmy z klasy i pobiegliśmy zobaczyć pożar. Paliło się pięknie. Płonęła stodoła za głównym budynkiem. Ogień przeszedł na dach stajni po lewej stronie. W pośpiechu wyganiano zwierzęta z obór. Konie, krowy, świnie, kury i gęsi rozbiegły się po łące. Bardzo hałasowały. Uciekały przestraszone w kierunku lasu. Przykucnąłem pod drzewkiem na łące, po prawej stronie zabudowań, i obserwowałem cały rozgardiasz. Po chwili zajął się dach głównego budynku. Wysokie pomarańczowe jęzory ognia falowały w powietrzu, a powyżej fruwały delikatne zwęglone źdźbła słomy. Okropnie śmierdziały spalona słoma, siano i papa. W końcu przyjechała straż pożarna. Wodę ciągnęli z rzeczki i lali na dachy płonących budynków. Ugasili ogień na najwyższym piętrze budynku głównego. Dach stodoły zapadł się. Pokazały się sterty palącego się siana.
Dopiero niedawno, zbierając materiał do tej książki, dowiedziałem się, że pożar spowodowali bracia Wołyńce. Było ich trzech. W stodole na klepisku rozpalili ognisko, bo chcieli usmażyć sobie plasterki kartofli. Gdy pożar został ugaszony i zjawiła się milicja, postanowili winę zwalić na Jarka Bieńkowskiego, syna kierownika. Załadowali go na taczkę i zawieźli nad tamę. Powiedzieli mu, aby przyznał się przed ojcem, że to on rozpalił w stodole ognisko. Tłumaczyli mu, że jemu nic nie zrobią, bo jego ojciec jest kierownikiem domu dziecka. Straszyli go, że jak tego nie zrobi, to go złapią i zrzucą do rzeki z tej tamy i utopią. Zapłakany chłopiec poszedł do ojca i powiedział, że to on rozpalił ognisko.
Pieszyce
Po pożarze Domu Dziecka w Miszkowicach, 1 lipca 1952 roku przewieziono nas do Pieszyc koło Dzierżoniowa. Nowy Dom Dziecka zorganizowano w budynku, w którym w czasie wojny mieścił się Hitlerjugend, a zaraz po wojnie dom dziecka dla dzieci żydowskich. Tam skończyłem podstawówkę, a następnie wyrwałem się do Technikum Samochodowego w Strzelinie, zaś po maturze poszedłem na studia do Krakowa, które ukończyłem w 1969 roku.
Koledzy z PDDz odnaleźli mnie w Krakowie
Po kilkudziesięciu latach od tamtych wydarzeń, w 2009 roku, do mojej skrzynki pocztowej na komputerze nieoczekiwanie wpadł list mniej więcej takiej treści:
Cześć Krzysiek! Czy to jesteś Ty z domu dziecka w Pieszycach? Przeczytaliśmy twoją książkę Muzułmanie...10. Niechcący natrafiłem na nią w księgarni. Bardzo nam się spodobała, choć nie jesteśmy ateistami.
I tak dalej. A potem:
Napisz coś o sobie więcej, abyśmy wznowili kontakty.
Łukasiak Roman i Ludwik Hoppe
Rozpoczęła się seria e-maili, rozmów telefonicznych i w końcu spotkań z chłopakami. Zawsze mówię "chłopaki", choć wszyscy są już emerytami i dziadkami. Ale dla mnie to nadal chłopcy. Okazało się, że we Wrocławiu odnaleźli się Romek Łukasiak, Ludwik Hoppe, Henio Sikorski i Franciszek Wilk. Odwiedzają się i spotykają, co więcej - odwiedzają się bardzo często. Do tej drużyny należał niegdyś Ludwig Henkel. Zaproponowałem zorganizowanie spotkania w jakimś miłym pensjonacie w Rościszowie, bo przez telefon to nie rozmowa.
Pomyślałem o Rościszowie - bo miejscowość ta znajduje się zaledwie trzy kilometry od Pieszyc i jest stosunkowo niedaleko od Wrocławia, Świdnicy, Wielkiej Osiny i Miszkowic. Zależało mi na odwiedzeniu i złożeniu wizyty w Domu Dziecka w Pieszycach (obowiązkowo kwiaty i czekoladki), ewentualnie odwiedzeniu Miszkowic i Wielkiej Osiny. A ponadto tuż za Rościszowem jest Walim ze swoimi poniemieckimi sztolniami wykutymi przez jeńców wojennych. Sztolnie są udostępnione do zwiedzania.
Zarezerwowałem trzy dwuosobowe pokoje u pani Haliny L. w Rościszowie, z całodziennym wyżywieniem. Zaprosiłem wszystkich chłopaków, prosiłem, żeby przyjechali z żonami, a nawet dziećmi lub wnukami. Ceny bardzo niskie.
Pierwszy odmówił Heniu. Chora żona. Szkoda. Urodził się w 1943 roku w rodzinnym majątku koło Kielc. Ojciec posiadał ogromne gospodarstwo rolne. Był obszarnikiem i rotmistrzem w legionach Piłsudskiego. Podczas okupacji ścigało go Gestapo. Przez pięć lat ukrywał się skutecznie w lasach kieleckich. Po wojnie prześladowany był przez UB. Często musiał uciekać z domu i krył się w dawnych, sprawdzonych w czasie wojny miejscach. Podczas jednej z ucieczek został postrzelony przez funkcjonariuszy UB w plecy. Po dwu latach takiej zabawy z UB i Milicją Obywatelską rozdał, za potwierdzeniem na piśmie, okolicznym chłopom po kawałku swojej ziemi. Spieniężył, co mógł i wraz z żoną i małym Heniem uciekł na polski "Dziki Zachód", czyli na Dolny Śląsk. We Wrocławiu na Krzykach zajął pustą willę. Sąsiednią willę zajął hrabia Wojciech Dzieduszycki. Niestety ojciec Henia umarł w 1956 roku. Wkrótce po nim umarła matka. Heniu został oddany do domu dziecka. Przywieziono go do Pieszyc. Heniu uczył się przeciętnie. Po ukończeniu podstawówki i jakiejś zawodówki został przyjęty do szkoły podchorążych. Miłość do munduru przejął po ojcu i służył w Wojsku Polskim aż do wojskowej emerytury. Ma dwóch synów i kilkoro wnuków.
Z Ludwikiem Hoppe były poważniejsze kłopoty. Mnóstwo kompleksów i wewnętrznych obaw. Niskie wykształcenie, brak pieniędzy, na utrzymaniu córki, dziwna, niezrozumiała dla mnie obsesja - nienawiść do Niemców i wszystkiego, co jest lub było niemieckie. Nie chciał rozmawiać o swoim i naszym dzieciństwie. Potem Romek mówił, że Ludwik jest bardzo delikatnym człowiekiem, jest zablokowany na tle swojego pochodzenia, że potrafi popłakać się, gdy przypomni sobie jakieś wspomnienie z dzieciństwa, że jest typem człowieka, który oczekuje od innych pomocy. I dalej, że musiał mieć kulturalnych rodziców, bo z natury jest bardzo grzeczny i delikatny. Reaguje bardzo histerycznie, gdy sugeruje mu się, że może być Niemcem. Gdy Ludwik był mały, wykazywał dużą muzykalność; muzyka wzruszała go do łez. W wieku młodzieńczym pojechał do siedziby Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk" i być może zostałby nawet przyjęty, ale nie miał żadnego dokumentu potwierdzającego jego tożsamość. Czym jest dowód osobisty lub metryka urodzenia, jak każda sierota wojenna, nie wiedział. Całą winą za to niepowodzenie obwinia ówczesnego kierownika Domu Dziecka w Pieszycach, świętej pamięci Karola Niebylskiego, którego od czasu tej niefortunnej przygody szczerze znienawidził.
Nie chciał przyjechać do Rościszowa. Myślę, że bał się wspomnień. Próbowałem telefonicznie namówić go na udział w tym spotkaniu, ale histeryzował i wykręcał się. Musiał tak silnie przeżywać tę sytuację, że jego serce nie wytrzymało. Zamiast w Rościszowie wylądował w szpitalu we Wrocławiu - wszczepienie bypassu. Poczułem się winny.
Franciszek Wilk nie miał pieniędzy, a na zafundowanie mu pensjonatu nie zgadzał się. Jest żonaty i ma trójkę dzieci. Skromnie, ale jakoś sobie radzi.
Ludwig Henkel, urodzony w 1943 roku, już nie żył. Zmarł w wieku trzydziestu ośmiu lat. Był chory psychicznie. Prześladowały go jakieś koszmary związane z wojną. Po kapitulacji Niemiec wylądował w sierocińcu zorganizowanym w zamku w Płakowicach - obecnie Lwówek Śląski - gdzie przed wojną i w czasie wojny mieścił się szpital psychiatryczny, który po wojnie zamieniono na dom dziecka. Potem przywieziono tam sieroty z wojny koreańsko-koreańskiej (wybuchła w 1950 roku). W 1955 roku polskie dzieci przeniesiono z Płakowic do Państwowego Domu Dziecka w Szklarskiej Porębie (istnieje nadal). W 1957 roku Henkel znalazł się w Domu Dziecka w Pieszycach. Mało go znałem, bo widywałem go tylko podczas wakacji. Przez pięć lat mieszkałem w internacie przy technikum w Strzelinie.
W czerwcu 2009 roku przez cały tydzień siedzieliśmy w pensjonacie w trójkę: ja, moja żona Ola i Romek. Żona (Olunia) jak zwykle przeglądała książki (jest historykiem, profesorem, specjalistą od kolonializmu francuskiego), a my z Romkiem pogadywaliśmy sobie. Bardzo często do rozmów przyłączała się Olunia i mimo że z grubsza znała wiele z tych historii, była mocno zaaferowana nowymi dla niej rozwijanymi przez nas wątkami.
Właścicielka pensjonatu, pani Halina, gotowała i podawała do stołu, jej mąż i córka zajmowali się sklepem, który prowadzili obok. Od czasu do czasu pokazywała się dość wiekowa i osłabiona już mama gospodyni. Pochodziła z Dubna (dawne Kresy Wschodnie, województwo lwowskie) i niedługo po kapitulacji Niemiec wraz ze swoim mężem osiadła w Pieszycach. Jej mąż, oficer, przybył do Pieszyc wraz z armią generała Zygmunta Berlinga. Został pierwszym wójtem Pieszyc. Zajęli dziesięciohektarowe gospodarstwo w Dolnych Pieszycach, oparli się powszechnej kolektywizacji i pracowali na swoim przez całe życie. Babcia najchętniej rozmawiała z Romkiem, bo dość dobrze znał realia przedwojenne i wojenne Kresów Wschodnich. Twierdził, że ma w domu we Wrocławiu opasłą książkę, świeżo wydaną, na temat historii ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach na Kresach i że po powrocie do domu sprawdzi, czy jest tam Dubno, a jak będzie, to zrobi ksera odpowiednich stron i przyśle babci pocztą. Babcia była uszczęśliwiona. Sprawdziłem - nie ma w tej książce Dubna11.
Losy Romka
Urodziłem się w styczniu 1944 roku w rodzinie biednych chłopów, we wsi Rąbierz-Kolonia, gmina Dobre, powiat Mińsk Mazowiecki. Podczas nawały bolszewickiej w roku 1920 ojciec zgłosił się na ochotnika do wojsk Piłsudskiego, z czego był bardzo dumny, jego ideałem był "marsiałek". W 1926 roku ożenił się. Co dwa lata rodziło się kolejne dziecko. Byłem siódmym dzieckiem. Rodzice nie radzili sobie na gospodarce. Mieli też kłopoty z wychowaniem dzieci. Jeszcze przed wojną bezdzietny nasz wujek wziął na wychowanie dwójkę mego rodzeństwa - Kazika i Marysię. Podczas kampanii wrześniowej ojciec służył w 7-mym Pułku Ułanów Lubelskich. Dostał się do niewoli rosyjskiej. Rosjanie kazali Polakom pokazywać ręce - tych, którzy mieli spracowane dłonie, puszczali wolno, a "biełorućkich" zamknęli w obozie, a potem wywieźli do Katynia. Ojca puścili wolno. Podczas wojny ojciec wspomagał partyzantów. Pewnego razu mamusia zamiast chleba znalazła w jego kieszeniach granaty. W lecie 1944 roku, cofając się przed Rosjanami, Niemcy zabierali ludzi na roboty. Na czas łapanki mamusia oddała mnie naszej stryjecznej siostrze, zresztą młodej pannie, która miała Niemcom mówić, że jestem jej synem, półsierotą, i dzięki temu "uratowałem" dziewczynę, bo samotnych matek Niemcy nie brali na roboty. Najstarszy nasz brat Józek zagrzebał się w stercie gnoju, w ten sposób uratował się też przed wywózką. Niemcy zabrali ojca wraz z moim chrzestnym Stefanem Pólkowskim. Pracowali przy odgruzowywaniu stale bombardowanego Berlina. Sam od niego słyszałem o głodzie, jaki cierpieli w Berlinie. Pewnego razu jakaś młoda Niemka dała mu kawałek suchego chleba. W Berlinie ojciec został ciężko kontuzjowany, uratował go jakiś majster, który umieścił go w szpitalu i starał się o niego. Ojciec wrócił z niewoli w dwa miesiące po kapitulacji hitlerowskich Niemiec.
Po wojnie ojciec zapisał się do PPR. Czasy były ciężkie i niepewne. W dziupli starej gruszy rosnącej na naszym polu trzymał pistolet. Z Niemiec ojciec wrócił schorowany. We wsi nie było lekarza. Często ojciec uśmierzał ból w pobliskiej knajpie i nie tylko. W 1947 roku podczas ósmego porodu matka zmarła, dziecko też.
Po śmierci mamy nastąpił całkowity upadek naszej rodziny. Ojciec wysłał dwóch starszych braci do służby u bogatszych krewnych. Zostało nas w domu trzech najmłodszych. Opiekowała się nami babcia, miała 80 lat. Ojciec stale gdzieś przepadał. Chodziliśmy spać głodni. Takie gospodarzenie i opieka nad nami skończyła się kolejną tragedią. Spaliła nam się obora wraz ze stodołą.
Zawsze słyszałem, że pożar wywołał mój brat Wacek. Na strychu nad oborą rozpalił ognisko. Chciał upiec sobie parę ziemniaków. Oczywiście ojca nie było w tym czasie w domu, babci też nie. Potem ojciec sprawił straszne lanie Wackowi. Pamiętam, jak lał go pasem skórzanym, Wacek błagał i prosił, a on bił go i bił. Nareszcie odegrał się na kimś za swoje nieudane życie. Kochałem ojca i byłem z niego dumny, ale teraz, gdy jestem już starszym człowiekiem, oceniam go surowo.
Od tego czasu Wacek załamał się. Krewni opowiadali, że jak był mały, to był bardzo sprytny i zmyślny. Szok po pobiciu przez ojca i późniejsze trudne przeżycia wstrzymały jego rozwój. Ojciec oddał go na służbę do naszej krewnej w Mińsku Mazowieckim. Miał tam bardzo źle, pomagał w gospodarstwie i opiekował się innymi maluchami. Za błędy strasznie go karcono. Do szkoły chodził głodny, innym dzieciakom kradł drugie śniadania. Ludzie widzieli jego krzywdę i mówili o tym ciotce Antkowej. Nie miał odpowiedniego ubrania, pasąc krowy mókł na deszczu w polu. W końcu wycieńczony organizm nie wytrzymał i Wacek zachorował na zapalenie opon mózgowych. Po ciężkiej chorobie nie mógł już dobrze się uczyć. Zabrał go wujek Antek ze służby i umieścił w domu dziecka w Otwocku. Tam Wacek odżył, wychowawczynie bardzo go chwaliły za grzeczność i uczynność. Był najmłodszy z nas, ale potem był bardzo zdrowy. Pomimo że skończył tylko pięć klas, w Polsce Ludowej miał zawsze pracę i godnie przeżył życie.
W 1948 roku ojciec związał się z wdową Józefą Czerepińską z sąsiedniej wsi. Miała pięcioro dzieci. Jej mąż przed wybuchem wojny wyemigrował do Francji. Związał się z komunistami i francuskim ruchem oporu. Pracował w kopalni. Stracił tam zdrowie. Po powrocie do Polski w 1946 roku prosto z dworca zawieziono go do sanatorium w Otwocku, gdzie pod dwóch tygodniach zmarł. Nie dotarł do żony i dzieci, choć był już tak blisko.
Ojciec przeprowadził się z nami, dwójką najmłodszych braci, do wdowy. Nas, dzieci, nie wpuszczono od razu do domu, tylko najpierw wyszorowano w balii, a nasze ubrania spalono, by nie przywlec robactwa z Rąbierzy. Opieka Czerepińskiej była dla nas, a szczególnie dla mnie, prawdziwym ratunkiem. Byłem chory na krzywicę i byłem permanentnie przeziębiony, rękaw mojej marynareczki łuszczył się od szklistych zaschłych smarków, które nieustannie wycierałem z mokrego nosa. Nasza nowa mamusia nie robiła różnicy między nami a swoją piątką rodzonych dzieci. Była sprawiedliwa. Rodzina Czerepińskich komunizowała się. Syn służył w UB, starsze córki wyjechały do Warszawy i wyszły za mąż za repatriantów z Francji, przekonanych komunistów. Jednak mamusia była mądra. Młodsze dzieci pędziła do kościoła, a mnie, gdy już było wiadomo, że pójdę do Domu Dziecka, nauczyła porządnie pacierza i przyśpieszyła Pierwszą Komunię, którą przyjąłem, nie rozumiejąc nic z nauk katechetycznych.
Ojciec przy nowej żonie zmienił się. Nie stało się to od razu, lecz powoli i po kilku awanturach. Czerepińska była mądra, pracowita i oszczędna. Ojciec słuchał się nowej żony i przestał marzyć o gruszkach na wierzbie. Niestety, lata wojennej poniewierki i brak troski o swoje zdrowie odbiły się na nim. Zmarł w 1951 roku. Początkowo Czerepińska starała się gospodarzyć na naszych polach położonych w dwu wsiach. Lecz nie dała rady. Część ziemi oddała w dzierżawę, a mnie z bratem oddano w 1952 roku do domu dziecka w Siennicy koło Mińska Mazowieckiego.
Ten dom dziecka mieścił się w przedwojennym Seminarium Nauczycielskim w budynkach dawnego Zakonu Augustianów. W roku 1863 zakonnicy poparli czynnie powstanie styczniowe, za co car ukarał ich zakazem przyjmowania młodzieży do nowicjatu - zakon miał, w zamyśle cara, w sposób naturalny umrzeć. Potem w tych budynkach utworzono szkołę, kształcącą rosyjskich nauczycieli. Mieli oni rusyfikować krnąbrnych Polaków. Budynek domu dziecka był stosunkowo nowoczesny. Było to wspaniałe miejsce, w którym odżyły warszawskie sieroty wojenne i taka mizerota jak ja, wyciągnięta z niewyobrażalnej biedy wiejskiej. Dom dziecka samorzutnie zaczął mnie wychowywać nowocześnie. Po przyjeździe do Siennicy musiałem kilka razy dziennie modlić się za grzechy, które uczciwie wyznawałem na spowiedziach. Jednak mój brat Janek wybawił mnie od tej uciążliwości, mówiąc po prostu, że "Boga nie ma". Dzisiaj, gdy chodzę do kościoła, dziwię się, dlaczego tak szybko mu uwierzyłem. Nigdy nie byłem wrogiem religii i czułem, że dla prostych ludzi, z jakich ja pochodzę, wiara była i jest ważna. Wychowawcy w Siennicy nie radzili sobie z wychowankami. Kadra była zbyt młoda, bez doświadczenia, w pewnym momencie kierownikiem był dwudziestolatek. Wychowankowie byli łobuzowaci, niczego się nie bali, niszczyli sprzęty, bili i okradali w szkole wiejskie dzieci, kradli w sadach i gdzie popadło. Wieś miała ich dosyć i petycjami spowodowała rozwiązanie domu dziecka. Zawieziono mnie do Płakowic koło Lwówka Śląskiego.
W Płakowicach był Państwowy Ośrodek Wychowawczy, było to prawdziwe miasteczko. Było nas razem 600 dzieci po połowie Polaków i Koreańczyków. Koreańczycy byli dziećmi twardymi, upartymi i mściwymi, jednak ja zaprzyjaźniłem się z dwoma Kimami: Kim Jan Bu i Kim Jan Su. W roku 1957 Ambasada Koreańska zauważyła, że Polacy mają zły wpływ na dzieci koreańskie i zażądała rozdzielenia nas. Wywieziono mnie wtedy do Szklarskiej Poręby, a po trzech miesiącach do Pieszyc.
W Pieszycach zdziwiłem się bezpośrednimi stosunkami panującymi pomiędzy wychowawcami i wychowankami. Pomimo że zdawałem sobie sprawę, że są wśród nas sieroty pochodzenia niemieckiego, nie widziałem różnicy pomiędzy nami. Wychowawcy też nas nie rozróżniali.
W latach 1958-63 uczyłem się w Technikum Radiotechnicznym w Dzierżoniowie. Po maturze poszedłem na studia na Uniwersytet Warszawski, gdzie studiowałem na Wydziale Ekonomii Politycznej. Po drugim roku studiów wyjechałem do Moskwy, gdzie studiowałem mechanizację rachunkowości (teraz nazywają to informatyką). Była tam prawdziwa międzynarodówka młodzieży: Kazachowie, Uzbecy, Kubańczycy, Wietnamczycy, a nawet Murzyni. Na studiach dobrze uczyli się Polacy. Mimo to, spośród przedstawicieli demoludów tylko my, Polacy, nie baliśmy się krytykować systemu i życia w ZSRR.
W 1969 roku po skończeniu studiów podjąłem pracę we Wrocławskich Zakładach Elektronicznych ELWRO. Poznałem tam swoją żonę, matematyczkę, Krystynę. Byliśmy nietypowi - bo mieliśmy piątkę dzieci. Czułem się z tym dobrze.
Pod koniec pobytu w Rościszowie Romek zasugerował mi, że warto byłoby opisać dzieje sierot wojennych i powojennych, tych z Miszkowic i Pieszyc, a na domiar złego zaproponował mi, ażebym to ja je napisał. Rozsierdziłem się dość mocno. O czym tu pisać? Co ja jeszcze pamiętam? Większość zdarzeń uleciała z pamięci. Nie mam talentu Villona, znakomitego średniowiecznego poety, zresztą też sieroty, by wspominać "niegdysiejsze śniegi". Nie powiedziałem ani tak, ani nie.
Odwiedziny w PDDz w Pieszycach
Przed wyjazdem z Rościszowa odwiedziliśmy Państwowy Dom Dziecka w Pieszycach, ten sam, w którym przebywałem przez całe dziewięć lat. Uważam, że to tam ukształtowała się moja osobowość, to tam zrozumiałem, że poradzę sobie w życiu, jeśli zdobędę możliwie jak najwyższe wykształcenie, to tam miałem do dyspozycji dość dużą bibliotekę, z której korzystałem nieustannie. Gdy inni chłopcy kopali piłkę, ja siedziałem nad Villonem, Stendhalem, Maupassantem, Romain Rollandem, Balzakiem, Hugo, Wolterem lub Tołstojem, Dostojewskim i Szołochowem (tak mi się podobał Cichy Don, że czytałem go kilka razy), a nawet Makarenką i innymi pisarzami, a gdy przyszła matura i start na studia, siedziałem nad matematyką i fizyką.
7. Pieszyce - budynek Państwowego Domu Dziecka [zbiory Jana Trofimowicza]
Pamiętam, jak pewnego razu w Domu Dziecka w Pieszycach zachwyciłem się książką Wiktora Hugo Dzwonnik z Notre Dame. W sypialni spało nas ośmiu chłopaków. Powiedziałem im, że jak chcą, to opowiem im o tym dzwonniku. Przez kilka wieczorów z rzędu opowiadałem im o Esmeraldzie i Quasimodo. Mówiłem tak długo, aż usłyszałem pierwsze chrapanie. Wtedy przestawałem. Bardzo silne wrażenie wywierała na mnie literatura średniowieczna. Byłem zafascynowany Dziejami Tristana i Izoldy oraz Pieśnią o Rolandzie. Miałem ogromne kłopoty z wymawianiem francuskich słówek i nazwisk. Chleb, zapisywany po francusku jako du pain, wymawiałem "dupę", przy czym zarykiwałem się ze śmiechu. Był wychowawca, pan Tutak, do którego biegałem nieraz z pytaniami, jak się czyta takie lub inne nazwisko. Zawsze mi pomógł. Wtedy postanowiłem, że z uwagi na moje nazwisko Christian będę musiał kiedyś nauczyć się francuskiego. Słowa dotrzymałem. Znam francuski całkiem nieźle.
W Domu Dziecka były aż dwa pianina, nauczyłem się troszkę na nich grać. Jeden z braci Wołyńców grał na nim całkiem ładnie. Kiedy on się tego nauczył? - zastanawiałem się. Kiedyś wójt Pieszyc zapragnął założyć we wsi orkiestrę dętą. Ktoś powiedział, że w Pieszycach Środkowych w Domu Kultury są przesłuchania i zapisy do tej orkiestry. Pobiegłem tam. Niestety przybyłem ostatni. Z instrumentów muzycznych pozostała tylko ogromna miedziana trąba. Byłem zawiedziony. Wolałbym klarnet lub flet. Podniosłem tę trąbę. Przełożyłem przez głowę i zacząłem się mocno wysilać, aby wydobyć z niej jakikolwiek dźwięk. Niestety. Nic mi nie wychodziło. Po godzinie zniechęciłem się. Ale mój kolega Kamuda dostał trąbkę, tak zwany kornet. Po roku już dość dobrze na nim grał. Poznał nuty. Uczył mnie nut na pianinie. Gdzie on teraz jest i co robił przez całe dorosłe życie, tego nie wiem.
Pamiętam, jak w któreś wakacje pojechaliśmy całą grupą do PGR-u w Bobolicach pomagać przy żniwach. To jest gdzieś koło Ząbkowic Śląskich. Zawsze tak było, że w okresie żniw albo sami obchodziliśmy gospodarzy w Pieszycach z propozycją pomocy, odpłatnej, przy żniwach, albo kierownik Domu Dziecka organizował nam prace w jakimś pegeerze. Pamiętam nieszczęście, jakie mnie raz spotkało podczas młócki u gospodarza w Pieszycach Dolnych. Upał był nieznośny. Podawałem widłami bardzo ciężkie snopki zboża prosto na młockarnię. Byłem niesamowicie zmęczony, wręcz wykończony fizycznie, gdy gospodarz zarządził przerwę na obiad. Obsiedliśmy wkoło stół i zajadaliśmy schaboszczaka z ziemniakami i kapustą. Gospodarz nalał po pół szklanki wódki i powiedział: "Wypijcie chłopcy, to was wzmocni". Wypiłem. Po kilku minutach zwaliło mnie z nóg. Położyłem się obok ściany budynku i ciężko chory przeleżałem do końca dniówki. Do tego gospodarza już nie wróciłem.
Ale odbiegłem od tematu PGR-u w Bobolicach. Była tam świetlica wiejska. Poszliśmy tam w niedzielę po obiedzie. Kamuda wskoczył na scenę i zaczął grać popularne kawałki na swoim kornecie. Grał przepięknie. Ja chwyciłem szczotkę z witek brzozowych do zamiatania podwórza i wybijałem rytm o deski podłogi. Ktoś zaczął grać na grzebieniu. Był całkiem dobrym muzykantem. Spontanicznie powstała niezła kapela. Po jakimś czasie chłopcy i dziewczęta ze wsi zaczęli się schodzić do świetlicy. Rozpoczęły się tańce i wygłupy. Graliśmy tak do kolacji. Było pięknie. Potem kierownik Domu Dziecka w Pieszycach kupił instrumenty muzyczne i założył chór z zespołem muzycznym i zespołem tańca. Byłem w tym chórze. Kierownik był dyrygentem chóru i orkiestry. Nie pamiętam jego nazwiska. Był to bardzo wysoki i chudy brunet, przezywaliśmy go "Lach", utykał na jedną nogę. Dostaliśmy jakieś kolorowe stroje ludowe. Śpiewaliśmy popularne piosenki wojskowe, ludowe i harcerskie. Wiele z nich pamiętam do dzisiaj. Dominowały pieśni radzieckie, zresztą bardzo ładne. Nawet Ludwik Hoppe wspomina ten zespół z łezką w oku. Zdobyłem gruby zeszyt w kratkę i zapisywałem w nim słowa piosenek. Nie minęło dużo czasu, a już miałem ich pełny zeszyt. I znowu nie minęło wiele czasu, a ktoś mi go ukradł. Po jakimś czasie chór i zespół taneczny sam się rozwiązał, bo kierownika PDDz zamknięto w więzieniu. Podobno sprzedał prywatnie instrumenty muzyczne oraz ule z pszczołami z naszej pasieki.
Pasjonowała mnie literatura, muzyka i matematyka. W Domu Dziecka miałem warunki, ażeby te pasje rozwijać, była biblioteka i dwa pianina, co nie znaczy, że nie chodziłem na basen i nie kopałem piłki. Basen był tuż za płotem i torami kolejowymi. Ja na basen wchodziłem bez biletu, jednym susem pokonywałem dwumetrowy betonowy płot. Kładłem się na trawie i czytałem, czytałem i czytałem. Od czytania na ostrym słońcu przestałem dobrze rozróżniać kolory, czyli dopadł mnie częściowy daltonizm. Mimo to po kilku latach, gdy starałem się o prawo jazdy, z trudem, ale przeszedłem pomyślnie badania lekarskie. Pani okulistka w zupełnie zaciemnionym pomieszczeniu zapalała na przemian różne kolorowe żaróweczki i kazała mi mówić, jakie to są kolory. Nieustannie myliłem się. Ale tłumaczyłem pani doktor, że żaróweczki to ja widzę, ale nie znam dobrze nazw kolorów, bo kto miał mnie ich nauczyć, przecież ja jestem sierotą z domu dziecka i dlatego nie znam nazw. Pani doktor miała swoje metody - otworzyła książeczkę, na każdej stronie było mnóstwo kolorowych kółeczek, a wśród nich na środku strony kolorowe kółeczka tworzyły jakąś cyfrę. Niestety nie przeszedłem nawet pierwszej strony. Pani doktor uparła się, że mnie nie przepuści. Musiałem rozwinąć wszystkie swoje zdolności krasomówcze, ażeby przekonać panią doktor do wydania pozytywnej opinii z badań. Argumentowałem, że na słupku sygnalizatora zawsze na górze jest czerwone, czyli zatrzymać się, w środku żółte - uwaga, a na dole zielone i można jechać. Koń, pies i inne zwierzęta też nie widzą kolorów, a mimo to świetnie orientują się w mieście i w terenie. Jakoś ubłagałem lekarkę.
Gdy z Romkiem przyjechaliśmy w odwiedziny do Domu Dziecka, nie było pani dyrektor. Była na jakiejś naradzie. Wdaliśmy się w pogaduszki z panią Anią, sekretarką, młodziutką dziewczyną. Dość długo i zabawnie opowiadałem jej o Algierii, w której spędziłem cztery lata. Potem podarowaliśmy jej kawę i jakieś słodycze. Ja podarowałem jej swoją książkę z prośbą, by po jej przeczytaniu wstawiła ją do biblioteki. W dedykacji napisałem, że też byłem wychowankiem tego Domu Dziecka i dołożyłem jakąś płaską sentencję o konieczności zdobywania wykształcenia. Sekretarka powiedziała, że w Domu Dziecka nie ma żadnej biblioteki. Wściekłem się straszliwie. Jak to nie ma biblioteki? Gdzie się podziała? Kto ją zlikwidował? Ostatnio polskie biblioteki niszczyli hitlerowcy, było to ponad siedemdziesiąt lat temu, ale teraz? Zlikwidować bibliotekę. Komu taki barbarzyński pomysł wpadł do głowy?
Niegdyś w Krakowie prowadziłem swój własny sklep z narzędziami dla mechaników samochodowych. Z tego powodu przyjeżdżałem nieraz do Bielawy, by zakupić tam w fabryce spawarki transformatorowe, którymi handlowałem. Pewnego razu wpadłem przy okazji do Domu Dziecka w Pieszycach, aby przeczytać, co jest zawarte w mojej teczce osobowej. Każdy z wychowanków miał taką teczkę. Stały na regale w gabinecie kierownika Domu Dziecka. Rozmawiałem wtedy z dwojgiem bardzo młodych wychowawców. Poczęstowali mnie kawą i pozwolili zapalić w pokoju papierosa. Przez pół godziny robiłem wspominki. Polubiłem tych wychowawców. Potem przeszliśmy do aktualnej sytuacji w Domu Dziecka. Okazało się, że nie ma już tych teczek. Gdy zmarł kierownik Karol Niebylski, przez jakiś czas obowiązki kierownika pełnił wychowawca Stanisław Czyż. To wtedy teczki gdzieś wyparowały. Potem młodzi wychowawcy zaczęli narzekać na trudną sytuację finansową w Domu Dziecka. Młody wychowawca pokazał mi zrujnowaną łazienkę i zapewniał mnie, że gdyby miał pieniądze na flizy, klej i farby, to on by własnoręcznie zmodernizował tę łazienkę. Bardzo mi się to spodobało. Po powrocie do Krakowa na konto bankowe Domu Dziecka wysłałem kilka tysięcy złotych. Czyżby tę bibliotekę kazał zniszczyć Stanisław Czyż? A cóż to za barbarzyńca! Czy on w życiu przeczytał choć jedną książkę? I taki człowiek jest wychowawcą? Sekretarka tłumaczyła mi, że teczki osobowe i książki składowano na strychu, ale był pożar i wszystko się spaliło. "Bzdury plecie" - pomyślałem. Nie słyszałem o żadnym pożarze. Potem pokazała mi lokalną gazetę o nazwie "Tygodnik Dzierżoniowski", a w nim bardzo pochlebny artykuł o aktualnej pani dyrektor Domu Dziecka. Autorką artykułu była niejaka Anna A., redaktorka naczelna tego tygodnika. Były tam kolorowe zdjęcia z występów dzieci, które brały udział w jasełkach bożenarodzeniowych. Dalej byłem wściekły.
Co to za jasełka? Nie tak to dawniej wyglądało - powiedziałem. Jak można chować sieroty bez biblioteki, bez książek? Kogo oni wychowują? - pieniłem się. Co zrobiono z tego domu dziecka? Jakiś ośrodek infantylnej indoktrynacji religijnej? Ale to nie jest wina tej biednej sekretarki - pomyślałem i dałem spokój.
Pojechałem z Romkiem do Dzierżoniowa. Miałem zawieźć go na bus do Wrocławia. Bus odchodził za dwie godziny. Zaprosiłem Romka na lody na dzierżoniowski rynek. Jedząc te lody, zauważyłem na jednym z budynków tabliczkę, a na niej napis: "Tygodnik Dzierżoniowski". Przeprosiłem Romka i jak rozjuszony byk wpadłem do redakcji. Zderzyłem się z młodą brunetką. To była ona, pani redaktor naczelna, Anna A. Natarłem słownie na dziewczynę. Wyrzuciłem z siebie dziesiątki niezbyt grzecznych słów. Nic to jednak nie dało. Pani redaktor spokojnie tłumaczyła, że w Pieszycach jest biblioteka publiczna i że gdyby jakieś dziecko chciało poczytać sobie książkę, to może tam pójść. Sprzeciwiałem się stanowczo, że to nie jest to samo, co biblioteka na miejscu. Bo może się zdarzyć, że dziecko, idąc do biblioteki, spotka kolegę i tamten odciągnie go od tego pomysłu i zaproponuje coś innego. Albo będzie padał deszcz i dziecko nigdzie nie pójdzie. A mając książki pod ręką, po prostu weźmie książkę, usiądzie gdzieś w kącie i zacznie ją czytać, może się nawet wciągnie w to czytanie. Ja swoje, pani redaktor swoje. Rozstaliśmy się w gniewie. To znaczy ja byłem dalej wściekły.
Wróciłem do Krakowa. Na najbliższym spotkaniu w Stowarzyszeniu Racjonalistów, do którego należę, opowiedziałem, co się stało z biblioteką w Domu Dziecka w Pieszycach. Do Stowarzyszenia należą krakowscy ateiści oraz agnostycy. Spotykamy się towarzysko raz na jakiś czas. Gdy ateiści usłyszeli o indoktrynacji religijnej prowadzonej w tym domu dziecka, też przyjęli to z oburzeniem. Dużo mówili o rozdziale państwa od Kościoła. Zaproponowałem akcję zbierania książek dla domów dziecka. Nieważne, jak przeprowadziłem tę akcję, dość, że już po trzech miesiącach miałem zgromadzonych tysiąc książek. Były to dobre książki, mało używane lub nawet zupełnie nowe. Zrobiłem spis tych książek. Napisałem grzeczny list do pani dyrektor Domu Dziecka w Pieszycach i zaproponowałem odtworzenie tam biblioteki. Przesłałem też spis i obiecałem, że jeśli pani dyrektor zainteresuje się tym tematem, to książki osobiście przywiozę do Pieszyc. No i niech ktoś zgadnie, co się stało? Nie dostałem żadnej odpowiedzi. Książki ofiarowałem pewnemu rodzinnemu domowi dziecka w Krakowie. Tam przyjęto je radośnie. Ten rodzinny dom dziecka prowadzi bardzo wykształcone małżeństwo. Głowa rodziny to mężczyzna po studiach italianistycznych, który studiował też język arabski w Rzymie i przez kilka lat był konsulem polskim w Libii. Zostałem tam nawet zaproszony na ognisko. Przy kiełbasce z chlebem i musztardą opowiadałem dzieciakom, jak to pięknie jest być sierotą. Jak człowiek czuje się wtedy wolny, jak bardzo jest niezależny od otoczenia, jak sam może sobie wybierać w całym bogactwie świata. Że będzie mógł zostać, kim chce, sportowcem, muzykiem, naukowcem, pisarzem, podróżnikiem, lotnikiem i tak dalej. Wszystko będzie zależeć tylko od niego i od tego, jak mocno będzie realizował swoje marzenia. Przy okazji opowiedziałem też dzieciom, w jakich okolicznościach ja zostałem sierotą wojenną, a potem inżynierem, czyli opowiedziałem dzieciom połowę książki, która nie była jeszcze napisana, a którą właśnie piszę.
Po powrocie z Rościszowa do Krakowa usiadłem wygodnie w Bibliotece Jagiellońskiej i zacząłem spokojnie wertować różne książki. W domu błądziłem po Internecie. Stwierdziłem, że temat książki o tytule roboczym "sieroty wojenne" jest niezmiernie rozległy i ciekawy. Pewna pani z PCK powiedziała kiedyś Aremu, mojemu koledze z Domu Dziecka, że urodził się w burdelu. Co ta pani miała na myśli? Kto dzisiaj wie, czy były podczas okupacji domy publiczne, a jeśli tak, to gdzie i dla kogo? Jak one funkcjonowały? Czy w obozach jenieckich lub nawet w obozach koncentracyjnych rodziły się dzieci? Na pewno musiało tak być. Aresztowane kobiety przed przywiezieniem ich do obozu mogły już być w ciąży. Co się potem działo z tymi dziećmi? A może to ja urodziłem się w jakimś obozie pracy lub nawet w obozie zagłady? A może w niemieckim gospodarstwie rolnym, u jakiegoś bauera, gdzie moją matkę zatrudniono jako robotnicę przymusową? Dopuszczam wszystkie możliwości. Czy ktoś dzisiaj wie, czym były Polenlagry na Śląsku? Ile ich było i w jakich miejscowościach? A może ten witraż, który zapamiętałem, to był właśnie Polenlager? Jeśli tak, to gdzie i jak ja się w nim znalazłem? Same zagadki. Jak żyła przeciętna niemiecka rodzina w III Rzeszy, choćby matka Arego lub Szyla, innego kolegi? Jakie wtedy obowiązywały zasady moralne? Prawie wszyscy mężczyźni byli na froncie, to w jaki sposób kobiety zachodziły w ciążę? Gdzie i z kim? A temat polityki socjalnej i demograficznej Himmlera? A kto dzisiaj wie, co oznacza nazwa Lebensborn? Czym się ta organizacja zajmowała? Zajmowała się w swoich ośrodkach zapładnianiem kobiet niemieckich. Ale także kradzieżą dzieci w krajach okupowanych przez hitlerowskie Niemcy. Przykładowe historie zamieszczam w Aneksach (2, 3 i 4): życiorys Alojzego Twardeckiego, doktora Witaszka i jego córek oraz losy Jana Dopierały.
Wracam do poszukiwań swoich korzeni
Po roku 1943, gdy wojska amerykańskie, brytyjskie, francuskie i polskie przekroczyły Ren i od zachodu zdobywały Niemcy, niemieckie rodziny z zachodnich terenów III Rzeszy uciekały na tereny Dolnego Śląska. Wydawało im się, że tutaj będą bezpieczne. Tutaj też masowo przywożono dzieci ze zburzonych w nalotach dywanowych miast niemieckich. Jest oczywiste, że przy tak masowych ucieczkach rodzin z zachodu na wschód ówczesnych Niemiec znajdowano pogubione dzieci niemieckie. Lokowano je w kinderheimach lub waisenheimach12 na terenach Dolnego Śląska. Miał też miejsce przepływ ludności niemieckiej w odwrotnym kierunku, ze wschodu na zachód. W roku 1944 tysiące rodzin niemieckich w panice opuszczało Prusy Wschodnie w obawie przed nadciągającą ofensywą radziecką. Kierowały się na zachód, docierały do Szczecina, Poznania i Wrocławia. Bywało, że te uciekające w panice niemieckie rodziny gubiły swoje dzieci. Lądowały one w sierocińcach. Może mnie dotyczyć każdy z tych przypadków.
Temat "sierot wojennych" na Dolnym Śląsku bardzo mnie zainteresował. Pomyślałem, że o tym warto pisać. Oświadczyłem Romkowi i żonie, że zabieram się do poważnych studiów, poszukiwań i pisania. Romkowi powiedziałem, że zacznę pisać, jeśli on i inni koledzy z Domu Dziecka napiszą swoje życiorysy. Umieszczę je w tekście książki.
Zaraz po wojnie "pozbierano" w Polsce około 400 tysięcy sierot. Wiele z tych dzieci nie znało swego pochodzenia. Wiele (tak jak i ja) nie znało lub miało wątpliwości co do przypisanego im nazwiska. Te dzieci nie wiedziały, jakiej są narodowości. Teraz w Polsce jest około 100 tysięcy sierot. To i tak bardzo dużo. Ale to są tak zwane sieroty społeczne. Dzieci przeważnie odebrane sądownie rodzinie. Wtedy to były sieroty wojenne. Skąd one się wzięły? Jak trafiły do sierocińców?
Pamiętam, jak jedenaście lat po wojnie, gdzieś tak w 1956 i 1957 roku, w Domu Dziecka w Pieszycach zaczęli pojawiać się przedstawiciele PCK i DRK13 z wiadomościami o odnalezieniu się kolejnych rodziców moich kolegów.
Rodzice Pękalów
Znaleźli się rodzice braci Pękalów, Mikołaja i Zygmunta. Okazało się, że mieli oni nieco zmienione nazwiska - nie Pękala po polsku, ale Penkala po niemiecku, i nie Mikołaj, lecz Klaus, nie Zygmunt, lecz Zygfryd. Ich ojciec był stolarzem. Ojciec i matka żyli. Mieszkali w jakiejś wiosce w NRD. Klaus bardzo się ucieszył i chciał koniecznie pojechać do Niemiec, ale zanim to się stało, minął jeszcze rok lub dwa. Był to bardzo przystojny młodzieniec, dobrze zbudowany, wysportowany. Z trudem ukończył zawodówkę budowlaną we Wrocławiu i tam podjął pracę. Zatrudniono go też w operetce wrocławskiej, tańczył w zespole.
Odwrotnie było z Zygmuntem. Odmówił wyjazdu do Niemiec. Był już w drugiej klasie Technikum Samochodowego w Strzelinie. W tym technikum było nas czterech chłopców z Domu Dziecka z Pieszyc. Ja, Jasiu Trofimowicz, Zygmunt Pękala i Marian Szade. Zygmunt tłumaczył słusznie, że za trzy lata zrobi maturę, będzie miał dobry zawód i że nie będzie u Niemców uczył się ich języka od podstaw. I dodawał z przekąsem: "Na co mi jakiś stolarz z enerdówka, chce mnie po to ściągnąć do siebie, ażebym opiekował się nimi na starość. A co robił przez szesnaście lat, dlaczego pogubił swoje dzieci i co on robił podczas wojny, a może to jakiś esesman z Auschwitz? Nie chcę go znać". Popierałem jego zdanie.
Klaus wyjechał, a Zygmunt został. Po maturze nasze drogi się rozeszły. Miałem już trzydzieści lat, gdy Zygmunt odnalazł mnie w Krakowie. Ponieważ pracowałem na Politechnice Krakowskiej, przyjechał do mnie, by wypytać się o możliwość studiowania zaocznie na jakiejś wyższej uczelni w Polsce. Dowiedziałem się, że ożenił się z góralką i produkuje wypalane kasetki drewniane, talerze, ciupagi i inne podobne pamiątki turystyczne w Zakopanem. Po kolejnych kilku latach usłyszałem, że zrobił studia inżynierskie we Wrocławiu. Parę lat temu dotarły do mnie informacje, że został zastrzelony w jakimś hotelu w Berlinie. Co on tam robił? Został agentem? Nie wiem.
Klaus ożenił się w NRD z kobietą, która robiła karierę polityczną w komunistycznym NRD. Czyli że maczała swoje śliczne rączki w brudach reżimu komunistycznego, a może nawet pomagała Stasi14. Co oni robią dzisiaj po zburzeniu muru berlińskiego i obaleniu komunizmu w NRD - nie wiem.
Matka Arego
W 1957 roku znalazła się matka Arego Glunda. I nie Arego, lecz Ariberta. Ktoś powiedział Aremu, że urodził się w "burdelu". Ary nie znał tego słowa, mocno zaciekawiony przyszedł zapytać się mnie, co to jest burdel. Wyjaśniłem mu najlepiej, jak wówczas potrafiłem.
Ojciec Sauera i rozmowy o służbie wojskowej
Znalazł się ojciec mego serdecznego kolegi Dietera Sauera i, o zgrozo, okazało się, że ten ojciec jest pułkownikiem w nowo powstałej Bundeswehrze. Spałem wtedy z Sauerem w tej samej sypialni, łóżko w łóżko, i dużo na ten temat rozmawialiśmy. Ta szczeniacka rozmowa przebiegała mniej więcej tak: "To co, dopiero co Niemiaszki dostali w dupę, a już mają armię, jakąś Bundeswehrę? Ja bym za karę zlikwidował to państwo, a Niemców to bym rozsypał po całym świecie. Do każdego miasta i wioski, na całym świecie wysłałbym po paru Niemców, tak żeby nigdy nie byli już w kupie, i w końcu rozproszyliby się po świecie. Po wojnie podzielili ich na cztery części, jedną wzięli Ruscy, a resztę po jednej Amerykanie, Anglicy i Francuzi. A tu nagle mają swoje wojsko. Kto im na to pozwolił? Czyli mogą od nowa wywołać wojnę? A jak ją wywołają, to ty, Dieter, będziesz służył w tej Bundeswerze, a mnie capną do wojska polskiego. I co? Będziesz do mnie strzelał?". "No nie" - odpowiedział zdziwiony. "Ja też nie - dodałem. - Ale jak to zrobić? Bo jak ciebie lub mnie ubiorą w mundur i każą strzelać, to nie będziesz strzelał? Będziesz musiał, bo jak nie to sąd i kulka w łeb". "Do ciebie nie będę strzelał" - odpowiedział skruszony. Po trzech dniach wymyśliłem rozsądne rozwiązanie. Wieczorem, po ciszy nocnej, powiedziałem: "Dieter, jak ty albo ja będziemy w wojsku, ty w niemieckim, a ja w polskim, i będzie wojna polsko-niemiecka, to myślę, że ja już będę mógł uważać się za trupa i ty też. I nie ma na to rady. Jak ja nie będę strzelał do ciebie, to albo zastrzeli mnie mój dowódca na miejscu, albo będzie sąd polowy i też mnie zastrzelą. Wynik jest ten sam: trup. Ale jest wyjście. Jak każą mi się czołgać i strzelać, to najpierw zastrzelę swego dowódcę, czyli tego, który każe mi strzelać do ciebie, a ty zrobisz to samo w twoim wojsku. A potem zbuntuję chłopaków i poddamy się wszyscy. My poddamy się twojemu wojsku, wy poddacie się nam. I zastrzelimy wszystkich dowódców i tych, którzy wymyślili tę wojnę. I będzie porządek".
8. Michał Christian w wieku 8-10 lat [zbiory Jana Trofimowicza]
Te przemyślenia stały się moim credo do końca życia. Z czasem nieco zmodyfikowałem te zasady. Stwierdziłem, że ja nigdy nie wezmę udziału w żadnej wojnie poza granicami Polski, ale gdy jakiś wróg najedzie na Polskę, to będę się bronił i wtedy będę już strzelał. Ale tak w ogóle to stałem się zawziętym pacyfistą. Do tego doszły rozważania filozoficzne na temat: jak bym się zachował, gdybym był Polakiem i gdybym urodził się dwadzieścia lat wcześniej, to znaczy gdybym w 1939 roku miał już minimum osiemnaście lat, a najlepiej jeszcze więcej. Doszedłem do wniosku, że nie dałbym się upodlić Niemcom. Albo wstąpiłbym do partyzantki, a jak nie, to byłbym "wolnym strzelcem". Upatrywałbym sobie pojedynczych Niemców i likwidował ich. Wielu ludzi uważa, że powstanie warszawskie było niepotrzebne. Mylą się. Było potrzebne. Choćby nawet dla zachowania własnej godności. Problem polegał na tym, że nie przyłączyły się do niego inne miasta. Gdyby powstania wybuchły w kilku miastach naraz, plus zrywy partyzantów, cała Polska uległaby wielkiej dezorganizacji. A i straty niemieckie w ludziach mogłyby być tak samo duże jak na froncie wschodnim. Może to idealizm, ale taki już jestem.
9. Dieter Sauer, ur. 25 stycznia 1943 r., w wieku 8-10 lat [zbiory Jana Trofimowicza]
Sprawdzenie mego pacyfizmu w praktyce
Przez przypadek, po latach, zostałem zmuszony do sprawdzenia w praktyce moich dziecięcych przemyśleń. Dwa razy podczas studiów byliśmy zmuszani do wyjazdu na jeden miesiąc na poligon wojskowy.
Działo się to na poligonie artyleryjskim pod Grudziądzem. Były ćwiczenia terenowe. Pułkownik Kowalski poganiał wojsko studenckie: "Żołnierze, czołgać się, zdobywamy wzgórze koda 505!" - tak wykrzykiwał. Pół kilometra przed nami znajdował się niewielki pagórek. "Strzelać ogniem pojedynczym!" Markowałem czołganie. Rozmyślałem o Dieterze. Jeśli on jest za tym wzgórzem i jeśli jakiś Szwab też na niego wrzeszczy i każe mu strzelać, to co ja mam zrobić? Na razie nie robiłem nic. Bardzo się ociągałem, karabin plątał mi się gdzieś poniżej kolan. Mój pluton wysforował się ponad sto metrów do przodu, a ja w pojedynkę wlokłem się z tyłu. Pułkownik, który stał za mną, nie wytrzymał nerwowo. "Chrystian! - wrzasnął. - Chodź do mnie. Pogadamy! Dlaczego nie czołgasz się jak inni? Dlaczego udajesz, że się czołgasz?" Pułkownik Kowalski był bardzo przyzwoitym i kulturalnym człowiekiem, więc możliwie najłagodniej, jak tylko potrafiłem, wytłumaczyłem mu całą rzecz. Był zdumiony. Zamyślił się głęboko. Poczęstował mnie papierosem. Siedzieliśmy i kopciliśmy mazura, a pluton dowodzony przez kaprala już zdobywał wzgórze "koda 505". Zapytał mnie na koniec: "I ty byś strzelił do mnie?". "No tak" - odpowiedziałem. - "Strzeliłbym ze łzami w oczach, bo jest Pan bardzo przyzwoitym człowiekiem, ale musiałbym tak postąpić. Wojna to wojna". Nie było żadnych konsekwencji po tym zdarzeniu. Ale widocznie pułkownik musiał coś wpisać do mojej teczki, na przykład słówko "pacyfista" lub "defetysta". A takich ludzi wojsko z pewnością nie lubi. Po studiach wszystkich młodych inżynierów przez trzy kolejne lata brano do woja. Moi koledzy, asystenci z Politechniki, byli wykorzystywani do dawania kilku wykładów w pobliskiej jednostce wojsk chemicznych na temat budowy samochodów. Ja miałem święty spokój z wojskiem. Mnie nie wołano.
Relacja Jania
Nie wiem dlaczego, ale na Jana Trofimowicza zawsze mówiłem "Janio". Inni też tak mówili. I tak mówię do dzisiaj. Pisząc tę książkę, poprosiłem go o napisanie swego życiorysu. Gwoli jej wzbogacenia. Długo to trwało, ale w końcu napisał i przysłał. Oto on:
Urodziłem się 6 sierpnia 1941 roku w Klukowicach, powiat Siemiatycze, wojew. Białystok. Byłem pierwszym dzieckiem z drugiego małżeństwa taty. Po mnie rok po roku przyszli na świat Edek i Józek. Starsze rodzeństwo to Zofia, Leopold, Kazimiera i Henryk. Mieszkaniem była jedna izba z sienią. Izba to sypialnia i kuchnia jednocześnie z jednym oknem. Podłogą było klepisko z gliny, a dach był kryty słomą. Latem, gdy starszyzna sypiała na strychu, to w izbie było luźniej. Żyliśmy z gospodarstwa rolnego. Tato trzymał konia, krowę, świniaki i drób. Był też sad przydomowy. Chleb i ciasto wypiekało się w piecu domowym. Ale ziarno na chleb pozyskiwało się młóceniem cepami. Była to praca starszych braci. W tym czasie we wsi nie było prądu. Dopiero po wojnie w 1946 roku zaczęto stawiać słupy trakcji elektrycznej. Gdy oglądam film Chłopi wg W. Reymonta, to jakbym wkraczał wspomnieniami do Klukowic. Wiem jednocześnie, że tak wyglądała większość polskich wsi. W 1944 roku umarła mama Dominika i wtedy wszystko się zmieniło.
Starsze rodzeństwo zdało sobie sprawę, że tak dalej żyć się nie da. Heniek i Zosia wyjechali do Wrocławia w poszukiwaniu pracy i mieszkania. Polek i Kazia zostali, aby opiekować się nami młodszymi i pomagać ojcu. W 1947 roku opuściliśmy rodzinne strony i z Edkiem pojechaliśmy do siostry Zosi do Wrocławia. W tym czasie Józek pojechał do Brzegu do siostry Kazi. Polek został milicjantem w Milejczycach. W 1948 roku Edek i ja trafiliśmy do Domu Dziecka "Jutrzenka" w Bardzie Śląskim. Najmłodszy z braci trafił do Domu Dziecka w Skorogoszczy. Po dwu latach Józka przewieziono do Raciborza. Tam ukończył szkołę podstawową i potem zawodową. Służbę wojskową odbywał w "czerwonych beretach" w Krakowie. My z Edkiem trafiamy z Barda Śl. do Wrocławia-Złotniki. Tu chodziliśmy do szkoły. Przyjęcia do klas odbywały się według wieku i umiejętności czytania i pisania. Na wiosnę 1950 roku w domu dziecka wybuchła epidemia grzybicy skóry głowy. Władze postanowiły, aby dzieci zdrowe wywieźć, a chore zostawić. Edek został wywieziony do Lewina Kłodzkiego, a ja pozostałem do leczenia. Rozłąka trwała trzy lata. Po zakończeniu leczenia zostałem przeniesiony do Miszkowic, pow. Kamienna Góra. Z poprzednich domów dziecka nie zapamiętałem żadnego nazwiska wychowawcy. Z Miszkowic zapamiętałem wychowawcę Stanisława Marca i panią Gienię. Z tej placówki posiadam pamiątkę Pierwszej Komunii Świętej, którą przyjąłem 15 czerwca 1951 roku. W tym samym roku wybuchł pożar w domu dziecka. Zostaliśmy przewiezieni do Domu Dziecka w Pieszycach.
Z powodu częstej zmiany miejsca zamieszkania każdy z nas czuł się trochę zagubiony. Dopiero pobyt w Domu Dziecka w Pieszycach zastąpił mi i chyba większości wychowanków prawdziwy dom. Tu zawiązywały się nasze pierwsze przyjaźnie i pierwsze miłości. Dobre były relacje z miejscowymi rówieśnikami. Mieliśmy dużo zajęć ruchowych i sportowych. Na podwórku stale wisiała siatka do gry w siatkówkę. Było też miejsce na podwórku, aby pograć w piłkę nożną, ale brakowało piłek. Bramkami były stare poniemieckie jesiony i lipa. Dlatego często graliśmy w szmaciankę. Szmacianką była stara skarpeta wypchana papierem lub szmatami. Za ogrodzeniem naszego domu dziecka znajdował się basen i stadion piłkarski. Na basenie spędzaliśmy wiele słonecznych wolnych chwil, pięknych chwil. Był czas, kiedy przy wymianie wody w basenie i czyszczeniu niecki brali udział wychowankowie domu dziecka. Za to mieliśmy bezpłatne wejście na basen, ale musiało to być wejście grupowe z wychowawcą. Często najstarszy chłopiec udawał wychowawcę, a bileterzy przymykali na to oko. W Pieszycach były dwie drużyny piłkarskie: Włókniarz i Stal. Drużyny były w klasie B i często, prawie w każdą niedzielę, był jakiś mecz. Często oglądaliśmy mecz zza płotu, bo nie było na wstęp.
10. Bracia Janek i Edek Trofimowiczowie na kolonii w Olsztynie w 1955 r. [zbiory Jana Trofimowicza]
Najgorsza była zima. Brak ciepłej odzieży, kurtek, płaszczy, swetrów, czapek i butów. Braki te powodowały choroby i przeziębienia. Wieczorem w dziesięcioosobowej sali ciężko było zasnąć. Rano pod wieloma łóżkami widniały mokre kałuże. Wynik nocnego moczenia się. W Pieszycach były trzy szkoły. Wychowankowie domu dziecka chodzili do szkoły w centrum. Miałem szczęście być w klasie o silnym składzie osobowym pod względem fizycznym, intelektualnym i dobrej sprawności sportowej. Pamiętam Powiatowe Zawody Sportowe w Pieszycach, na placu zamkowym. Wygraliśmy wówczas większość konkurencji sportowych. Zajęliśmy I miejsce przed Dzierżoniowem i Bielawą. Po tych zawodach byliśmy bohaterami w szkole i w Pieszycach. Każdego dnia wieczorem odrabialiśmy lekcje pod opieką wychowawców. Przy tak zorganizowanym odrabianiu jeden pomagał drugiemu, a wyniki przychodziły same, i to dobre. W domu dziecka działał chór i zespół taneczno-muzyczny. Uświetnialiśmy wiele uroczystości okolicznościowych w okolicy. Braliśmy też udział w przeglądach zespołów artystycznych. W tak pozytywnej atmosferze skończyłem szkołę podstawową. I co dalej? Wśród wielu możliwości wybraliśmy Technikum Samochodowe w Strzelinie. Ukształtowana mentalność i psychika wychowanków domu dziecka podpowiadała na tym etapie życia wspólne przebijanie się przez nie. Byliśmy razem: sprawdzeni koledzy i przyjaciele niedoli. Mogliśmy na sobie polegać: Pękala Zygmunt, Christian Michał, Szade Marian i ja. Tutaj, jak i w innych miejscach, nasze wspomnienia będą wspólne i zbieżne. Dlatego ustępuję pola.
Po ukończeniu technikum w 1961 roku stanęliśmy przed życiowym pytaniem: co dalej? i gdzie? Decydować trzeba szybko, bo wojsko czeka. Po nieudanych egzaminach na Politechnikę w Krakowie możliwości pozostało niewiele. W sukurs przyszła wiadomość prasowa: w Gdańsku Oliwie otwierane jest Studium Nauczycielskie WF-u, ze studium wojskowym dla studentów. Złożyłem dokumenty i po rozmowie kwalifikacyjnej zostałem przyjęty. Przyznano mi też akademik. We wrześniu okazało się, że są tam ludzie różnych profesji, którzy kryli się przed wojskiem. Było też kilka postaci nietuzinkowych: Klenczon Krzysztof - wokalista i kompozytor w zespole Czerwone Gitary, Komar Władysław - mistrz olimpijski w pchnięciu kulą w Monachium w 1972 roku. Na uczelni dowiedziałem się, że nauczycielom zatrudnionym na wsi przysługuje bezpłatne mieszkanie. O tym mówił Kodeks Nauczyciela. Dlatego po ukończeniu Studium szukałem pracy w szkole z mieszkaniem. Znalazłem pracę z mieszkaniem w Sobowidzu, powiat Gdańsk. W 1965 roku ożeniłem się z koleżanką z pracy, Zofią. Od września 1968 roku przez 31 lat Zosia pełniła funkcję Dyrektora Szkoły Podstawowej w Ełganowie, gmina Trąbki Wielkie. Zamieszkaliśmy tam razem. Cała trójka braci żyje. Edek mieszka w Chojnowie, a Józek w Wałbrzychu. Jesteśmy wszyscy emerytami po 70-tce. Spotykamy się często i z łezką w oku wspominamy czasy z domu dziecka. Przepracowałem w zawodzie 33 lata. Pięć lat temu zmarła moja żona Zofia. Trójka naszych dzieci odwiedza mnie co tydzień w Ełganowie. Mieszkanie, w którym przez tyle lat mieszkaliśmy, kupiłem po zlikwidowanej szkole.
Michał, wybacz mi, że tak długo czekałeś na moje wspomnienia: wydawało mi się, że rozdział z domu dziecka w moim i Twoim życiu jest już zamknięty, ale po przemyśleniu tej sprawy stwierdziłem, że warto o tym napisać.
Na tym kończą się wspomnienia Jania.
Nauka altruizmu
Przepisując wspomnienia Jania, kaskadowo zaczęły mi się otwierać okienka w głowie. Muszę to trochę uporządkować i szybko przelać na papier.
Przypuszczam, że przezwisko Zygmunta Pękali, "Kiziu", pochodzi od dziecinnej wierszowanej wyliczanki: "Kiziu-miziu gdzieś ty był, za górami wino pił, przepił pole, przepił las, żeby tu nie było nas". Nie wiem, czy taki jest oryginał, ale ja taki wierszyk przechowuję w głowie od ponad sześćdziesięciu lat. Z Kiziem przechowuję też moje silne wspomnienie o tym, jak przymusowo nauczyłem się altruizmu. Było to w Domu Dziecka w Miszkowicach. Byłem małym szkrabem. Szedłem korytarzem i zajadałem pączka. Nagle rozległ się przeraźliwy, piskliwy wrzask: "Daj... daj!". Pod ścianą siedziało malutkie dziecko, w samych majteczkach, blady tłusty grubasek, rączki przeraźliwie białe, o kształcie serdelków. Główka okrągła jak arbuz, ale też biała, prawie łysa z kilkoma blond włoskami. To ta istotka wrzeszczała do mnie: "Daj... daj!". Wrzask był przeraźliwie głośny. Miałem zamiar to stworzenie zignorować. Ugryzłem pączek. Ale gdy mijałem nieboraka, wysoki dźwięk o sile syreny karetki ratunkowej omal nie zwalił mnie z nóg: "Daj... daj!". Wrzask był porażający i przerażający. Zbliżyłem się do bladego grubaska i wyciągnąłem w jego kierunku pączek. Otworzył tak szeroko paszczę, że przestraszyłem się, że odgryzie mi palce. Wsunąłem mu kawałek pączka do buzi. Ale on wrzeszczał dalej. Ze złości zapakowałem mu całego pączka do paszczęki i szybko popchnąłem głębiej palcem w gardziel. Momentalnie cofnąłem palec. Zrobiło się cicho. Bałem się, czy go nie udusiłem. Ale nie. Dzieciak gryzł i połykał pączka. Nastała błoga, kojąca cisza. "Jak niewiele potrzeba, aby odzyskać spokój" - pomyślałem. Poszedłem dalej. Już wiedziałem, jak w przyszłości postępować, gdy ktoś wrzaskiem lub siłą będzie nastawał na moje dobro. Dać mu tę rzecz i będzie święty spokój. Tak niewiele stracić, a tak dużo zyskać. To stało się moim credo na całe życie. Altruizm tak niewiele kosztuje, a jakie przyjemne uczucie...
Nauka odwagi
I drugie wspomnienie, też z Miszkowic, o tym, jak nauczyłem się być odważnym. Sypiałem w malutkim dwuosobowym pokoiku. Dwa łóżka metalowe, dwa taboreciki i duża szafa, jedno okno. Do pokoju wpadł znienacka jakiś chłopaczek, nie pamiętam już, jak się nazywał. Przystąpił do mnie z pięściami i wrzeszczał: "Chodź się bić, chodź się bić!", wykrzykiwał i wykonywał ruchy boksera. "Co mu jest?" - przeleciała mi przez głowę myśl. Zwariował czy co? Ale nie było czasu na myślenie. Ten wariat skakał wkoło mnie i mógł mnie boleśnie uderzyć. Nie wiem, czy jestem odważny, czy nie. Chyba wszystkiego po trochę. To zależy od sytuacji. Nigdy się nie boksowałem, ale nieraz już widziałem bójki między chłopakami. Były to zjawiska raczej obmierzłe dla mojej natury. Ale chłopczyk dalej tańczył wkoło mnie. Musiałem ostro zareagować. Znienacka przyjąłem postawę bokserską. Nie miałem pojęcia o boksowaniu, ale lekko ugiąłem nogi i wyciągnąłem na całą długość lewe ramię. Pięści zaciśnięte. Trzymałem go na dystans. Nie mógł nic zrobić. Nie mógł się do mnie zbliżyć. Wykonałem trzy taneczne kroki, chłopaczek odkrył twarz. Błyskawicznie prawą ręką wysłałem mu cios w szczękę. Potężny prawy sierpowy. Uderzenie było znakomite. Chłopczyk poleciał do tyłu, plecami wyrżnął w szafę, drzwi tego wiekowego mebla połamały się, chłopaczek wpadł do środka, a na niego te drzwi i ubrania. Zaczął rozpaczliwie wrzeszczeć i płakać. Scenka wydała mi się przekomiczna. Wpadła wychowawczyni. Pozbierała gamonia. Powiedziałem, że napadł na mnie. Na odchodne kopnąłem go w tyłek i wrzasnąłem, żeby więcej nie podskakiwał.
Podobne zdarzenia miałem w szkole podstawowej. Byłem już w piątej klasie i chodziłem do podstawówki w Dolnych Pieszycach. Obok naszego budynku PDDz, tuż za płotem i za szopą stały dość ładne budyneczki. Ślepa uliczka nosiła imię Bolesława Bieruta i była to kolonia żydowska. Do podstawówki w dolnych Pieszycach chodziły ze mną dwie dziewczynki żydowskie. Jedna z nich, mała brunetka, raczej brzydka, nie wiem dlaczego (może z uwagi na moje nazwisko, być może, że uważała mnie za Niemca), stale mnie zaczepiała, nawet wyciągała pięści i chciała się ze mną bić. Pewnego razu, gdy bardzo ostro przyskoczyła do mnie z pięściami, zamalowałem ją w gębę i skrzyczałem. Upadła na prawy bok, na piach podwórka, a potem mówiłem do niej. Ale już spokojniej. Zrobiło mi się jej żal. No bo czy można bić dziewczynę? Uspokoiła się.
Była też w klasie druga Żydówka, Wiśniewska. Imienia nie pamiętam. Była to przepiękna dziewczyna. Wysoka, szczupła, z burzą rudych, gęstych włosów. Twarz miała obsypaną pięknymi piegami. Uczyła się bardzo dobrze. Na zakończenie roku szkolnego nauczycielka kazała nam zsunąć ławki szkolne w jedno miejsce, powstał prostokątny stół. Nauczycielka powiedziała nam kilka miłych słów i poprosiła Wiśniewską, ażeby coś zaśpiewała. Ta nie wahała się długo. Zaśpiewała Jarzębinę, a potem piosenkę o Bajkale. Śpiewała solo, przecudnie. Ten obrazek pamiętam do dzisiaj, choć minęło już ponad pół wieku. To nie była zwykła dziewczyna. To było jakieś nadzwyczajne zjawisko! Po jakimś czasie ta cudna dziewczyna nie pokazała się w szkole. Wszyscy Żydzi z ulicy Bieruta wyjechali do swego nowego kraju - do Izraela. Szkoda.
I drugi raz, jakiś osiłek, kawał chłopaka, zaczął przystawiać się do mnie z pięściami, wykrzykując przy tym obraźliwe słowa. Stał kilka ładnych kroków dalej. Nie namyślając się długo, wziąłem szalony rozbieg i pędem wpadłem na niego. Przewrócił się na plecy. Usiadłem na nim, jego ręce unieruchomiłem moimi kolanami, wciskając je w żwir. Musiało go to boleć. Zdzieliłem go trzy razy w tłustą gębę. Zaczął płakać. Nieładny to był widok. Nagadałem mu coś i jeszcze raz na pożegnanie walnąłem go w pysk. Spotulniał. Spokojnie odszedłem. To zwycięstwo podbudowało mnie bardzo.
Była taka jedna zawadiacka sierota. Chyba nazywał się Jurek Popowicz, może Popowski. Bardzo zwinny, wysportowany i odważny chłopak. Szukał stale ze mną zwady. Coś mu nie pasowało albo robił to dla rozrywki. Wiedziałem, że w bezpośrednim starciu nie miałbym żadnych szans. Nie tchórzyłem, ale też nie prowokowałem go. Na szczęście po kilku miesiącach byłem już daleko od Pieszyc. Poszedłem z kolegami do Technikum Samochodowego w Strzelinie. Prawda jest taka, że w szkole każdemu chłopcu zagrażały jakieś nieszczęścia. Przeważnie bitki na pięści. W takim zbiorowisku trafiają się agresywni chłopcy. Malutkie nieporozumienie może łatwo przerodzić się w otwartą wojnę. Jakoś należało sobie radzić. Chyba dość szybko i skutecznie nauczyłem się bronić swego honoru i nienaruszalności.
Kradzież chleba
Cofnę się do czasu, gdy przywieziono nas z Miszkowic do Pieszyc w roku 1951. Zacząłem chodzić do trzeciej klasy. Szkoła podstawowa była w Pieszycach Górnych. Pamiętam kierownika szkoły, który uczył nas arytmetyki oraz śpiewu. Najlepsze były lekcje śpiewu. Pan kierownik przychodził na lekcje z maleńkimi skrzypcami, grał i śpiewał najczęściej piosenkę Wyganiała Kasia wołki, rano po rosie. Musieliśmy śpiewać razem z nim, więc śpiewaliśmy. Pani Kopeć, ładna wysmukła brunetka, uczyła nas polskiego i WF-u. Nie wiem, jak ona wyobrażała sobie naukę WF-u, stale chodząc na wysokich obcasach. Na ogół kazała nam chodzić na boisko obok szkoły i grać w piłkę nożną. Więc tak robiliśmy.
Mieliśmy dwie możliwości, aby dojść do szkoły w Pieszycach Górnych. Gdy było ciepło, wybieraliśmy drogę polną biegnącą prościutko z Domu Dziecka do Pieszyc Górnych. Droga przebiegała pomiędzy gospodarstwami rolnymi a polami uprawnymi. Odległość do szkoły wynosiła około jednego kilometra. Większość moich wspomnień z dzieciństwa obraca się nieodmiennie wokół jedzenia. Zaopatrzeniowcem w Domu Dziecka był pan Śledź. Zaprzęgał on naszego kasztanka do bryczki i jechał do centrum wioski na zakupy. Pewnego razu, gdy wychodziłem do szkoły, obok naszego budynku stała bryczka. Podszedłem do kasztanka i chciałem go pogłaskać. Konik wierzgnął tylnym kopytem, ale nie dosięgnął mnie, bo kopnął w orczyk. Przestraszyłem się, ale nie poddałem. Zaszedłem konika od przodu, złapałem za uzdę i pogłaskałem po pysku. Strzygł niespokojnie uszami. Dałem konikowi spokój i zacząłem obchodzić bryczkę wkoło. Zauważyłem w koszu kilkanaście bochenków chleba. Rozglądnąłem się wokół. Było pusto. Oczywiście gwizdnąłem jeden bochenek, wsadziłem za koszulę i poszedłem do szkoły. Spokojnie szedłem i zajadałem świeżutki chleb, skubiąc go pod koszulą. Rozmyślałem przy tym nad siódmym przykazaniem: "Nie kradnij". Zadałem sobie pytanie: czy to jest kradzież i grzech, gdy głodne dziecko ukradnie chleb? Z głębokiego rozmyślania wyrwały mnie trzy wściekłe kundle wiejskie. Rzucały się do moich nogawek. Po pierwsze wszedłem na ich terytorium, a po drugie poczuły zapach chleba. Sytuacja była bardzo groźna. O ucieczce nie było mowy. Pamiętałem i wyznawałem starą zasadę, że najlepszą obroną jest atak. Przyjąłem pozycję jak do biegu, nogi lekko ugięte, całe ciało gotowe do gwałtownego ruchu. Pod prawą nogę podleciał mi jeden z kundli. Pięknie mi się wystawił bokiem. Kopnąłem go wolejem z dużą siłą w brzuch. Kundel zrobił pełny obrót w powietrzu i z rozpaczliwym skomleniem zaczął uciekać. Za nim pognały jego czworonożne kumple. Poszedłem dalej. Znalazłem kawałek starej gazety, owinąłem w nią połówkę chleba i schowałem pod mostkiem polnym. W szkole na lekcjach ciągle rozmyślałem o tym chlebie. Czy jeszcze tam będzie, jak będę wracał ze szkoły, czy ktoś mi go nie ukradnie, czy nie wywąchają go kundle? Gdy wracałem ze szkoły, wyjąłem chleb spod mostku. Ale stało się nieszczęście - w chlebie było tysiące mrówek, musiałem ten chleb wyrzucić. Spełniło się przysłowie: "Kradzione nie tuczy".
Zachciało mi się jabłek
Zimą do szkoły szliśmy nieraz drugą, dłuższą drogą po zamarzniętym kanale płynącym wzdłuż wioski. Było to bardzo malownicze przejście. Co kilkadziesiąt metrów ze ścian bocznych kanału wystawały rury ściekowe, a z nich zwisały sople, niekiedy napotykaliśmy małe tamy, zupełnie oblodzone, ze zwisającymi kolorowymi soplami lodu. Różnymi sposobami wspinaliśmy się na nie i szliśmy dalej. Była to niezła gimnastyka. Pewnego razu, a był tęgi mróz, obok kanału, na jabłoni w opuszczonym sadzie, zauważyliśmy zmarznięte jabłka wiszące jeszcze na gałęziach. Zaczęliśmy rzucać w nie kamieniami i kawałkami cegłówek. Gdy podnosiłem ze śniegu strącone jabłko, w czubek głowy grzmotnęła mnie, rzucona przez kogoś, ćwiartka cegłówki. Zachwiałem się i złapałem za głowę. Czapki ani rękawiczek oczywiście nie miałem. Ręką namacałem krew. Przekląłem brzydko i poszedłem do kanału. Znalazłem dogodne miejsce, w którym lód lekko przeświecał i kamieniem wyrąbałem małą przeręblę. Głowę wymyłem lodowatą wodą. Gdy doszedłem do szkoły i wszedłem do klasy, pani Kopeć załamała ręce. "Coś ty Krzysiek narobił? - zaczęła zawodzić. - Całą głowę masz pokrytą lodowymi strąkami". "Myłem głowę w rzece, psze-pani" - odpowiedziałem. I usiadłem w swojej ławce jak gdyby nigdy nic. Woda ściekała mi po policzkach, piersiach, i jeszcze niżej. Nie było to przyjemne, ale wytrzymałem.
11. Pieszyce - grupka dzieci: w środku siedzi Michał Christian [zbiory Jana Trofimowicza]
Gangi kiboli
Co do drużyn piłkarskich w Pieszycach, o których wspomniał Janiu, to wydaje mi się, że nasza drużyna nazywała się Pogoń Pieszyce. Zapamiętałem, że gdy były mecze przeciw Włókniarzowi Bielawa, natychmiast powstawały młodzieżowe gangi: jeden pieszycki, aby pogonić chłopaków z Bielawy, i odwrotnie - był też gang bielawski, który zapuszczał się do Pieszyc i lał naszych. Na szczęście odległość od Pieszyc do Bielawy była na tyle duża, że po jednym rajdzie chłopcom odechciewało się dalej ganiać za "wrogiem". To wszystko było bardzo głupie.
Matematyka
Z tym technikum w Strzelinie to było trochę inaczej, niż pisze Janiu. W podstawówce dzieciaki nie lubiły się za bardzo uczyć. Pamiętam, że nawet Kiziu miał jakieś zaległości i trudności z matematyką. Pomagałem mu. Mnie nauka szła, sama z siebie, bardzo dobrze. W ogóle nie uczyłem się. Po prostu słuchałem tego, co tłumaczył nauczyciel, i zapamiętywałem to na zawsze. Tak przynajmniej było z matematyką. Dochodziła do tej nauki jeszcze jedna ważna rzecz. Bardzo lubiłem rozwiązywać zadania. Pamiętam, jak na "lekcjach własnych" (tak się nazywało popołudniowe odrabianie lekcji) prowokowałem wychowawcę, pana Grąza, do wyścigu, który z nas pierwszy rozwiąże jakieś zadanie. Mówiłem do wychowawcy: "Panie wychowawco, może zrobimy zawody, zadanie numer 35a?". I brałem się do roboty. Bywało, że wygrywałem. Gdy zadanie było bardzo trudne i nie mogłem go rozwiązać, nigdy nie odpuszczałem i nigdy nie prosiłem kogoś, ażeby mi pomógł. Bywało, że nierozwiązane zadanie siedziało w moim mózgu dzień albo nawet dwa, ciągle o nim myślałem, w kieszeni nosiłem stale kawałek ołówka i kartkę papieru. Bardzo często nagłe olśnienie przychodziło do głowy zupełnie znienacka. Takie chwile nazywałem "objawieniem". Wtedy zaszywałem się w jakimś kącie i szybko zapisywałem sposób rozwiązania. Byłem dumny z siebie i bardzo zadowolony. Bywało też, że matematyka urzekała mnie swoim pięknem, genialnością i elegancją. To tak jak słuchanie pięknego, niezwykłego utworu muzycznego. Dla mnie matematyka to rozum, intuicja i zdarzało się, że zachwyt.
Przypominam sobie opowieść o młodym dziesięcioletnim Gaussie. Do klasy wszedł nauczyciel, nie za bardzo chciało mu się prowadzić lekcji, może był troszkę "nieświeży", i powiedział do uczniów: "Proszę dodać wszystkie kolejne liczby od jednego do stu. Kto pierwszy poda prawidłowy wynik, dostanie piątkę i pójdzie na podwórko". Nauczyciel zabrał się do czytania gazety, a młody Gauss napisał: 1+2+3+4, i w tym miejscu to mu się znudziło, ale dopisał: 97+98+99+100 i doznał niespodziewanego olśnienia. Zauważył że 1+100 = 101, potem 2+99 też 101, potem 3+98 też 101. Zdumiewające! A ile jest takich par? - zastanowił się chłopiec i natychmiast odpowiedział: 50. A więc suma liczb od 1 do 100 wynosi 50 razy 101, czyli równa się 5050. Nie minęło dziesięć minut, jak Gauss podał nauczycielowi wynik. Gauss dostał zasłużoną ocenę "pięć", a pan nauczyciel napisał na ten temat uczony artykuł do specjalistycznej gazety. I tak narodziła się nowa, nieznana dotąd gałąź matematyki o nazwie: ciągi lub postęp arytmetyczny, zmora wielu współczesnych uczniów szkół średnich. Gauss został potem sławnym niemieckim matematykiem i astronomem15.
Pamiętam, jak w siódmej klasie szkoły podstawowej nasz nauczyciel matematyki, pan Makuch (mam nadzieję, że nie przekręciłem nazwiska), uczył nas, jak się wyciąga pierwiastki z dowolnych liczb "na piechotę". Nie było wtedy jeszcze kalkulatorów. Wszystkie, nawet najbardziej skomplikowane obliczenia robiło się tylko "na piechotę". A więc pan Makuch tłumaczył wyciąganie pierwiastków drugiego stopnia, pojąłem to błyskawicznie i zabrałem się do próby wyciągnięcia, też "na piechotę", pierwiastka trzeciego stopnia z dowolnej liczby. Byłem zbyt nieśmiały, ażeby w klasie zapytać o to nauczyciela. Ale na przerwie podszedłem do niego i zadałem to pytanie. Nawet powiedziałem, jak bym się do tego zabrał. Spojrzał na mnie dziwnie, na jego ustach pojawił się lekki uśmiech i odpowiedział: "Poczekaj troszkę, aż będzie przerabiany ten temat w wyższych klasach". Niestety powiedział nieprawdę. W żadnej klasie ani nawet na studiach tego tematu się nie omawia.
Karanie krnąbrnych dzieci
Tutaj muszę jeszcze wstawić uwagę o karaniu krnąbrnych dzieci. Lanie linijką było na porządku dziennym i ja takie karanie niesfornych smarkaczy uważam nadal za słuszne. Tylko raz dostałem w łapę linijką. Mocno piekło. Pan Makuch miał prostsze rozwiązanie. Pamiętam, jak kiedyś w klasie jeden z chłopców bardzo go rozsierdził. Pan Makuch wyciągnął go za kołnierz z ławki, obrócił twarzą do drzwi i dał potężnego kopa w zadek. Chłopiec zgarbiony potruchtał do drzwi i rozpędzony otworzył je głową. Po lekcji na podwórzu pan Makuch zawołał go na rozmowę. Myślę, że to zdarzenie podziałało pozytywnie na smarkacza i resztę klasy. Tutaj dodam, że pan Makuch nieodmiennie przychodził do szkoły w mundurze wojskowym i w pięknie wyglansowanych czarnych oficerkach. Było to już dziesięć lat po wojnie, ale nauczyciele nadal chodzili w mundurach. W sklepach nie było niczego, a i nauczyciele nie mieli pieniędzy.
Zapamiętałem jeszcze trzech nauczycieli. Był nauczyciel historii, pan Sikorski, z tytułem doktora. Niebywały nudziarz. Podczas lekcji siedział przy swoim stole, wzrok miał stale zatopiony w książce leżącej przed nim. Monotonnym głosem o czymś mówił, nie wiem o czym. Siedziałem w ostatnim rzędzie i czytałem swoją książkę. Pan nauczyciel absolutnie mi nie przeszkadzał. Koledzy z sąsiednich ławek grali grzebieniami w cymbergaja. Gdy się o coś kłócili, prosiłem ich, aby byli ciszej, bo mi przeszkadzają.
Była też polonistka. Bardzo ładna kobieta. Dużo mówiła z teatralnym zacięciem, ale mnie te tematy mało interesowały. Moje myśli błądziły gdzieś w innych rejonach.
Nauczycielem geografii i WF-u był młody człowiek, pan Wróblewski. Najlepsze były lekcje WF-u. Szliśmy całą klasą do pałacu. Był to absolutnie pusty budynek, to, co było do wyszabrowania po dawnych niemieckich właścicielach, już dawno zniknęło. W największej okazałej sali pan nauczyciel tworzył dwie drużyny piłkarskie po dziesięciu chłopaków. Przez półtorej godziny rozgrywaliśmy mecz, sędziował pan Wróblewski. Dziewczynki i pozostali chłopcy pałętali się po pałacu lub na zewnątrz. Gdy była ładna pogoda, graliśmy w szczypiorniaka na placyku obok pałacu. Pewnego razu podczas meczu byłem bramkarzem. Nagle zobaczyłem Popowskiego, jak kozłuje i biegnie z piłką do mojej bramki. Rozcapierzyłem ręce i nogi, broniąc bramki. Jurek wyskoczył w powietrze i z bliskiej odległości z całej siły wyrżnął mi piłką w twarz. W ogóle nie celował do bramki. Celował w moją twarz. I udało mu się. Otrzymałem potężny cios prosto w nos. Polała się z niego krew. Bardzo bolało. Rzuciłem okiem na Jurka. Stał nieopodal szczerze rozbawiony. Wyciągnąłem koszulę z portek i złapałem się za nos. Resztę lekcji przesiedziałem pod drzewem, tamując koszulą kapiącą krew. Jakoś przeszło. W szkole umyłem się w łazience. Po wielu, wielu latach spotkałem pana Wróblewskiego w Krakowie, niedaleko Uniwersytetu Jagiellońskiego. Porozmawiałem z nim. Robił w Krakowie doktorat.
Ten pałac w Pieszycach stał pusty przez kolejne czterdzieści lat. Podobno kiedyś przyjechał bus na niemieckich numerach rejestracyjnych. Kilku facetów wierciło dziury w ścianach i czegoś szukali. Czego szukali i czy znaleźli, tego nikt nie wie. Po pewnym czasie odjechali. Dopiero około 2000 roku małżeństwo Alicja i Marian z Las Vegas wykupiło ten pałac od państwa i zabrało się do jego remontu16. Aktualnie teren jest ogrodzony i strzeżony.
Kradzieże
W Domu Dziecka byli też starsi chłopcy, mogli mieć około osiemnastu lat, ja miałem dopiero czternaście. Ci starsi z niepojętych dla mnie powodów nie chodzili do żadnej szkoły ani do pracy. Mieszkali w sąsiednim budynku i chyba nic nie robili. Nie przychodzili do naszej jadalni. Nie wiem, co i gdzie jedli. Byłem raz w mieszkaniu takiego nicponia, zebrało się tam kilku z nas. Obsiedliśmy wkoło gorący piec kaflowy. Z otwartych drzwiczek biło gorąco. Było przyjemnie. Ten starszy chłopiec wyjął paczkę papierosów, dał mi jednego i powiedział: "Zapal!". Nie mogłem okazać się mięczakiem. Chciałem należeć już do świata dorosłych. Zapaliłem. Nie smakował mi ten papieros, trochę się krztusiłem, ale pomyślnie przeszedłem papierosowy chrzest. Palę do dzisiaj! Pewnego razu jeden z tych starszych chłopców wywołał mnie z sypialni i kazał mi stanąć na czatach. Było już ciemno. Powiedział: "Gdyby ktoś szedł, to zagwiżdż". Nie miałem możliwości, by się sprzeciwić. Stałem na tych czatach, a oni kradli materace. Wyrzucali je z pokoju na pierwszym piętrze przez okno. Nie jestem świętym, ale to mnie naprawdę wkurzyło. Jak można kraść swoje? Oczywiście zawołano ich na posterunek milicji. Mnie też zawołano. Posterunkowy przepytywał mnie w tej sprawie, ale twardo mówiłem, że nic nie wiem. W pewnym momencie zadzwonił telefon. Posterunkowy wrzasnął: "Już idę, panie komendancie!". I wyszedł. W bocznej ścianie pokoju były metalowe drzwi. Usłyszałem czyjś głos: "Krzysiek, Krzysiek, otwórz". Nacisnąłem klamkę i pchnąłem drzwi. Półtora metra poniżej podłogi, na której stałem, znajdowali się moi koledzy. To w żargonie policyjnym nazywa się chyba "dołek". "Masz papierosy?" - ktoś zapytał. Rzuciłem im paczkę mazurów i zapałki. Usłyszałem zdanie: "Idź w zaparte". Odpowiedziałem: "Dobrze" i zamknąłem drzwi. Po ponownym przesłuchaniu posterunkowy wypuścił mnie. Potem starałem się tych chłopaków unikać.
Pamiętam jeszcze jedną kradzież. Sypiałem w niedużym pokoiku na pierwszym piętrze, na końcu korytarza. Do pokoju wszedł jeden z tych starszych chłopców. Na jednej ze ścian bocznych znajdowały się metalowe drzwiczki, a za nimi winda opuszczana na linie pociąganej ręcznie. Ten starszy wlazł do windy, zwinął się w niej jak kot w fotelu i powiedział: "Spuśćcie mnie na dół, a jak zawołam, to mnie wyciągnijcie". I rzeczywiście. Po kilku minutach wyciągnęliśmy go. Za pazuchą miał mnóstwo jajek, chleb, margarynę i kawę zbożową. Szybko się domyśliłem, co było grane. Piętro niżej, na parterze, tuż pod naszym pokojem, był magazyn z artykułami spożywczymi. Ten starszy chłopiec, po spuszczeniu go windą, rozmontował od środka kółka rozsuwanych pionowo drzwiczek i wszedł do magazynu. Nakradł, ile mógł, zamontował z powrotem drzwiczki i znalazł się w naszym pokoju. Uznałem to za ordynarną kradzież, ale stało się. Co ja miałem do gadania? Obowiązywała solidarność.
Po dwu tygodniach wszystko się powtórzyło. Gdy ten chłopiec był już w naszym pokoju z wypchanymi kieszeniami, zapytał: "Kto jest głodny?". "Ja" - odpowiedziałem. "To zjeżdżaj na dół, nażryj się i wracaj". Zjechałem na dół. W ciemnościach namacałem otwartą, napoczętą beczkę ze śledziami. Złapałem jednego i zjadłem. Był przepyszny, tłusty i słony. Potem zjadłem drugiego. Gdy doszedłem do ósmego, miałem już dosyć śledzi. Odbijało mi się. Wracając, namacałem na półce paczkę herbatników. Wsadziłem je do kieszeni. Wyjechałem do góry. Potem następny chłopiec. Zjadłem te herbatniki i poszedłem po wodę. Przez całą noc męczyłem się okropnie. W ustach miałem smak soli. Obok łóżka miałem kubek z wodą, którą co chwilę popijałem. Potem, przez pół roku, w jadalni śledzi nie tknąłem. Oddawałem kolegom.
Wspomniałem już, że naszym zaopatrzeniowcem był niejaki pan Śledź. Bardzo lubiłem jeździć z nim bryczką na zakupy. Była to wspaniała rozrywka. Pan Śledź rozpoczynał zakupy od lampki wina i dużej "fusiatej" kawy. Podjeżdżał pod kawiarenkę w Pieszycach Środkowych, lejce zarzucał za sztachetę od płotu i wchodził do środka. Nie było go pół godziny. Ja siedziałem na koźle. Bywało, że zapraszał mnie do środka i fundował mi lampkę czerwonego wina. Ale nie smakowało mi i niewiele upijałem. Mimo to spostrzegłem, że nawet po dwu, trzech łykach wina jakoś tak uspokajałem się nerwowo. Zawsze byłem bardzo rozdygotany wewnętrznie.
Lucynka
Był taki okres w Domu Dziecka, że wieczorami w jadalni pani Helenka urządzała potańcówki. Był adapter i płyty winylowe. Pani Helenka pięknie tańczyła. Była bardzo ładną dziewczyną. Nieodmiennie towarzyszył jej pan Grąz. Adorował ją. Była też druga para: pani Dzidka, też piękna kobieta, i najstarszy z wychowanków, Rysiek Bednarek. Miał już chyba dwadzieścia lat i dalej gdzieś się uczył. Do jadalni schodzili się wychowankowie. Ale zawsze brakowało dziewcząt. Pani Helenka zachęcała nas, abyśmy poszli do "miasta" i przyprowadzili dziewczyny.
Pewnego razu zawitało do Pieszyc wesołe miasteczko: karuzele, budki do strzelania z wiatrówek, maszynki z watą cukrową, lody na patyku i inne cuda. Skorzystałem z okazji i poszedłem tam z chłopakami. Zawsze w towarzystwie dziewcząt byłem przeraźliwie nieśmiały, spięty i spanikowany. Czerwieniłem się i jąkałem. Ktoś zaproponował, aby wpaść do kawiarenki na lampkę wina "dla kurażu". I tak zrobiliśmy. Potem poszliśmy do tego "kolorowego jarmarku". Spotkaliśmy trzy dziewczyny. Ktoś bardzo ładnie i grzecznie coś do nich zagadał. Nie uciekły. To już był duży sukces. Wziąłem ładną i szczupłą brunetkę za rękę i zaprosiłem na lody. Zajadając lody na patyku, spacerowaliśmy pomiędzy budami. Grała muzyka. Głośniki ryczały. Trafiłem na strzelnicę. Byłem już bardzo odprężony i nie dygotałem wewnętrznie. Poprosiłem o wiatrówkę. Lucynka, bo tak miała na imię ta piękność, uśmiechała się do mnie. Byłem w siódmym niebie. Przymierzyłem się do sztucznej czerwonej róży. Strzał. Kwiatek mój. Wręczyłem go Lucynce i pocałowałem w policzek. "Panie, naładuj pan znowu". "Złoty pięćdziesiąt" - powiedział facet zza lady i podał mi flintę. "Lucynka, co ci ustrzelić? - zapytałem i sam odpowiedziałem - Może misia lub kotka". "Wolę kotka" - odpowiedziała. Złożyłem się. Strzał - kotek mój. Wręczyłem pluszaka Lucynce i znowu pocałowałem ją w policzek. Dziewczyna była przeszczęśliwa. "Co ci jeszcze ustrzelić?" - zapytałem Lucynkę. Facet za ladą wrzasnął do mnie: "Dla ciebie już koniec strzelania, daj innym postrzelać!". Bał się, że mu powystrzelam te wszystkie fanty. Chłopcy gdzieś przepadli. Z głośników nadal płynęły różne ładne piosenki, śpiewali Paul Anka, Nil Sedaka i Rena Rolska ("Złoty pierścionek, złoty pierścionek na szczęście. Z niebieskim oczkiem, niebieskim oczkiem na szczęście..."). Oczywiście kupiłem dwa pierścionki z drutu aluminiowego, z wytłoczonym wzorem węża, po dwa złote sztuka, i jeden z nich nasunąłem na palec Lucynce, mówiąc jej, że to są nasze zaręczyny. Lucynka pociągnęła mnie za rękę w stronę pobliskiego parkanu. Staliśmy oparci o płot do późna w nocy i całowaliśmy się. Potem spotykaliśmy się codziennie. Niewątpliwie byliśmy zakochani i bardzo szczęśliwi. Chodziliśmy na spacery na łąki i do lasu, leżeliśmy wśród kwiatów, całowaliśmy się i pieścili, ale na szczęście nigdy między nami nie doszło do tego najpoważniejszego. Gdyby to się stało, byłoby to końcem marzeń o Politechnice. Wakacje szybko minęły. Pojechałem do Krakowa. Przez kilka następnych miesięcy pisałem do Lucynki miłosne, rozpaczliwe, pełne uniesień poetyckich listy. Nie napisała do mnie żadnego. Myślę, że nie potrafiła. To była prosta, pieszycka dziewczyna, córka tkaczki. Lucynka też miała zamiar pracować po zawodówce w tkalni.
Potem pani Helenka wyszła za pana Grąza i mieli dwójkę dzieci - chłopaków, a pani Dzidka wyszła za Bednarka i mieli śliczną córeczkę.
Wychowawców Grązów odwiedziłem dwa razy. Mieszkają w małym poniemieckim domku z ogródkiem obok Domu Dziecka. Odwiedził ich też kiedyś Ary Glund. Przyjechał specjalnie z Berlina. Byli zachwyceni. Tylko Klaus Pękala ich zdenerwował. Przyjechał z tłumaczem, udawał że nie zna polskiego. Z kieszeni wyjął pomiętą paczkę kawy i rzucił im na stół. Byli wściekli. Rzeczywiście - cham.
Zabawa i rozdawanie nagród
Kiedyś, gdy byliśmy już w technikum, na wakacje i święta przyjeżdżaliśmy do Domu Dziecka. Pewnej soboty wychowawcy zorganizowali wspaniałą zabawę - rozdanie nagród za pomyślne przejście do następnej klasy i potańcówkę. Zorganizowano też sklepik ze słodyczami. Mnie wyznaczono na sprzedawcę. Przed zabawą zgromadzono dzieci w jadalni i kierownik z wychowawcami wręczali dzieciom bony papierowe na zakup słodyczy w sklepiku. Były bony po pięćdziesiąt groszy, po złotówce, po dwa i po trzy złote. Każde dziecko mogło otrzymać bony maksymalnie za pięć złotych. Pan kierownik kolejno odczytywał nazwiska dzieci i pytał właściwą wychowawczynię, na przykład: "Pani Helenko, jak pani ocenia zachowanie i oceny w szkole Krupskiego?". "Uczy się przeciętnie, ale jest grzeczny, do szkoły się nie spóźnia, nie wagaruje" - odpowiadała wychowawczyni. "A czy myje ręce przed jedzeniem?" - pytał kierownik. "Nieraz mu się nie chce" - padała odpowiedź. "No to pięćdziesiąt groszy mniej za niemycie rąk przed jedzeniem". Padało następne pytanie: "A Jarosz, pani Dzidko?". "Jest grzeczny, uczy się nieźle, ale w niedzielę ukradkiem biegnie do kościoła". "A to skandal, do kościoła? Niebywałe!" I pan kierownik rozpoczynał wykład o szkodliwości religii, otumanianiu ludzi, o przesądach średniowiecznych i o pazerności księży. Po tej przemowie nieodmiennie cytował powiedzenie Marksa: "Religia to opium dla mas". "Dwa złote mniej i, pani Dzidko, proszę go pilnować w niedzielę". Kierownik wydał Jaroszowi bony za trzy złote. Następna była Lodzia. "Pani Dzidko, jak z jej sprawowaniem?" Wychowawczyni odpowiadała: "Grzeczna i posłuszna, pracowita, ale sika do łóżka. Ale to nie jej wina, panie kierowniku - usprawiedliwiała Lodzię wychowawczyni - to jej minie". "To ile damy jej bonów?" "Proponuję cztery złote" - odpowiadała pani Dzidka. I tak to leciało do końca.
Ja już w tym czasie stałem za ladą w sklepiku. Ubrany byłem w biały fartuch. Wpada do sklepiku speszony chłopaczek, patrzy na wszelakie dobra ułożone równiutko na półkach, wyciąga łapkę, pokazuje orzechy i wrzeszczy: "Daj mi pięć orzechów!". "Powoli - odpowiadam. - W sklepie nie mówi się "Daj mi". Mówi się: "Poproszę"". "No to poproszę pięć orzechów". "Jeden orzech dziesięć groszy. To będzie razem pięćdziesiąt groszy". Maluch podał mi odpowiedni bon. "Następny" - mówię. Chłopcy z wytrzeszczonymi gałami hurmem pchają się na ladę. "Proszę ustawić się w kolejce. Nie pchać się. Słucham, co podać?" - zwracam się do następnego. "Poproszę jabłka". "Ile?" - pytam. "Siedem" - pada odpowiedź. "Jabłka są po 10 groszy, ale ja nie wydaję reszty. Albo weźmiesz pięć za 50 groszy, albo 10 za złotówkę". "Aha!" - i chłopiec wpada w namysł. "Niech będzie pięć". "Kolego, mówi się: "Poproszę pięć"". Kierownik stoi z boku i obserwuje pracę moją i wychowanków. Uśmiecha się, chyba po raz pierwszy w życiu. Pakuję jabłka do torebki papierowej i odbieram bon. I tak to trwało do dziewiątej. Potem myć się i cisza nocna. Chłopcy nadal jednak biegają ze swoimi torebkami i prowadzą handel wymienny. Jeden odzywa się do drugiego: "Daj mi jabłko, a ja ci dam cukierki". "A ile tych cukierków?" I zaczyna się liczenie: jeden cukierek to 2 grosze, jedno jabłko to 10 groszy, czyli będzie pięć cukierków. Ktoś inny próbuje zamienić dropsy na orzechy, jabłka na czekoladę i tak dalej. Korytarz zamienił się w giełdę tokijską. Słychać tylko wymawiane cyfry: dwa, dziesięć, pięć, złotówka, i nazwę towaru. W końcu zamknąłem sklepik. Rozliczenie z kierownikiem zrobię jutro. Oddałem mu klucze do sklepiku.
Obserwowałem na korytarzu Jurka K. Mały szkrab strasznie chytry, niesamowity skąpiec. Ściskając za pazuchą swoją torebkę, wybiegł z budynku w ciemną noc. Poznałem się na nim już wcześniej w jadalni. Ukradł z naszego koszyka na stole dwie kromki chleba i schował za pazuchę. Odebrałem mu ten chleb i zrobiłem mu mały wykładzik na temat, że nie okrada się swoich kolegów. Był to brunecik, którego przywieziono do nas pół roku wcześniej. Odebrano go rodzicom alkoholikom. Na drugi dzień stałem ze Stefanem Grunwaldem na schodkach. Za rogiem pokazał się Jurek K. Pobiegł w krzaki i czegoś szukał w liściach. Po chwili spokojnie wrócił do budynku. "Wiesz co, Stefan - odezwałem się - Jurek schował tam w krzakach swoje cukierki. Straszny chytrus. Wyciąga po kilka i ukradkiem zajada. Nauczymy go koleżeństwa. Stefan - powiedziałem - ja będę obserwował Jurka, a ty pobiegnij w te krzaki i zabierz całą torebkę. Potem przyjdź do mnie". Stefan przyniósł torebkę. Dalej obserwowałem Jurka. Po kilku minutach pobiegł w krzaki i wrócił zupełnie przygnębiony. "Co się stało, Jurek?" - zapytałem. "Ukradli mi cukierki" - powiedział. "To chyba dlatego, że nikomu nie chciałeś dać cukierka. Ale nie bój się. Zrobię śledztwo i znajdę twoje cukierki. Powiedz mi, kto cię ostatnio prosił o cukierka". Wymienił dwa nazwiska. "Poczekaj - powiedziałem. - Zaraz to załatwię". Pobiegłem na schody, stanąłem na półpiętrze i odczekałem kilka minut. Potem wróciłem na schodki, trzymając w rękach jego torebkę ze słodyczami. "Jurek, oddam ci tę torebkę, ale ile mi dasz za to cukierków?" Wyciągnął rękę po torebkę. "Dostaniesz torebkę, jak mi coś dasz. No co mi dasz?" "Może cukierka?" - zapytał. "Jednego? Ty myślisz, że ja będę biegał po schodach i kłócił się z jakimś gówniarzem za jednego cukierka?" "To co chcesz?" - wydusił z siebie Jurek. "Dla mnie jabłko i jeszcze coś dla Stefana. Stefan, co chcesz?" - zapytałem. "Niech będą dwa cukierki" - odpowiedział. Wyjąłem z torebki jabłko i dwa cukierki. "Jurek - powiedziałem - jeszcze dla Grzesia dwa cukierki, za to, że przyznał się i oddał torebkę. Obiecałem mu". I wyjąłem dwa cukierki. Torebkę oddałem Jurkowi, mówiąc: "Jest takie przysłowie: "Chytry traci podwójnie". Ty przez swoją chytrość straciłeś dużo więcej, bo straciłeś jabłko i cztery cukierki. Jak będziesz taki chytry i nie będziesz się dzielił z kolegami, to będziesz tutaj miał stale kłopoty. Musisz zrozumieć, że jak ty komuś coś dasz lub w czymś pomożesz, to on w zamian zrobi kiedyś to samo. To się nazywa koleżeńskość. To, co ty robisz, to jest egoizm, ja tego nie cierpię, inni też. Naucz się tego jak najszybciej" - powiedziałem i zakończyłem lekcję wychowawczą.
Sieroty greckie i macedońskie
Janio w swoich wspomnieniach napisał, że graliśmy szmacianką. Tak rzeczywiście było na początku, czyli w 1951 roku. Ale ja pamiętam czasy, gdy mieliśmy prawdziwą piłkę do siatkówki, narty i rowery. Uwielbiałem te trzy rzeczy. Szybko nauczyłem się jeździć na rowerze i moją ulubioną trasą była droga szutrowa, prowadząca prościutko od basenu w Pieszycach do Bielawy. Trzy kilometry wśród pól. To była wielka frajda. Zimą natomiast zakładałem narty, mieliśmy już wtedy buty o nazwie "pionierki", i jechałem do Pieszyc Górnych, tą samą wiejską drogą, którą chodziłem do podstawówki, lub jeździłem na przełaj różnymi polami. Wkoło teren był płaski i równy jak na lotnisku. Tę wielką równinę przecinał nasyp kolejowy. Ciuchcia jeździła od Pieszyc Górnych do Dzierżoniowa i do Bielawy. Potem zawracała i pokonywała tę samą trasę w przeciwnym kierunku. W lecie graliśmy w siatkówkę. Dom dziecka to jest dobry pomysł, nigdy nie było problemu ze skompletowaniem dwóch drużyn. Są osoby, które ukuły powiedzenie "dom dziecka to wstyd", jeszcze inne, mądrzejsze, wymyśliły słówko "bidul". Lecz wszystkie je przebiła pewna zakonnica w Pieszycach. Idąc ulicą, zawołała do drugiej: "Zobacz, idą te obrzygane sieroty!". Jaka ekspresja i poetyka w tym zdaniu! Siostrzyczka nie zauważyła, że za nią szły dwie inne sierotki i to usłyszały. Zawsze, gdy czytam lub słyszę niepochlebne słowa o domach dziecka, ogarnia mnie wściekłość. Jakim prawem te osoby rozprawiają o domach dziecka, skoro w nich nie przebywały? W moim dzieciństwie różnicę między dziećmi z domów dziecka a ich kolegami z domów rodzinnych najlepiej oddawał kawał, który krążył wśród nas: siedzi synek przy stole i pisze wypracowanie. Przez ramię zagląda na wypracowanie jego ojciec. "Ty baranie - wrzasnął - nie pisze się "gęś" tylko "gąś"" - i walnął go w łeb. - "Popraw to".
Pewnego razu, a musiał to być rok 1956, gdy graliśmy w siatkówkę na naszym podwórzu, pokazała się duża grupa osób. Była to w większości młodzież nieco starsza ode mnie. Chłopcy byli w wieku około 18 lat. Nie pamiętam, czy były wśród nich dzieci lub osoby starsze. Było lato, upał. Cała grupa rozsiadła się w cieniu pod starą lipą. Wśród naszych rozległ się szept: to Grecy, inni prostowali: to Macedończycy (Aneks 5). Wszyscy byli brunetami. Dni mijały, wielu z nich zaprzyjaźniło się z nami. Ja miałem przyjaciela, który ubóstwiał matematykę i geometrię, nie pamiętam już, jak się nazywał, ale przelatuje mi nieraz przez głowę Papandreu Kostas. Mówił już dobrze po polsku. Znał bardzo ciekawe sztuczki z geometrii: z twardego papieru wycinał kwadrat, z niego kilka trójkątów, mniejszy kwadrat i równoległobok, a następnie z tych figur układał sylwetki różnych zwierząt i ptaków. Zachwycił mnie tą sztuczką. Coś jak chiński tangram. Od tego Greka nauczyłem się liczyć po grecku: ena, dyja, tryja - resztę już zapomniałem, nauczyłem się też po grecku naszego wierszyka: "ślimak, ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na pierogi" - "sala re mala re balta wkiera wtasu...". Grecy nie palili się do gry w siatkówkę, ale bardzo chętnie chodzili z nami na basen. Wyprawiali sztuczki, których żaden z nas nie potrafił. Robili na murawie salta pojedyncze, a nawet podwójne, mostki i gwiazdy. Byli niezwykle wysportowani, ale tylko w gimnastyce. Pamiętam, że wtedy nauczyliśmy się od nich pięknej piosenki: "Asturio, ziemio mych młodych lat, Asturio ziemio jedyna. Do mojej ziemi chcę wrócić wnet i wrócę, jeśli nie zginę. Wrócę i wejdę na drzewo i zerwę kwiat pełen rosy i dam go mojej dziewczynie, aby go wpięła we włosy...".
Nauka jazdy
Gdy po pierwszej klasie w technikum przyjechaliśmy na wakacje, na podwórzu stał samochód ciężarowy marki Bedford. Była to używana ciężarówka, którą Dom Dziecka dostał z demobilu. Wcześniej mieliśmy konia, wóz i bryczkę. Lekkie zaopatrzenie do kuchni i inne towary przywoził zaopatrzeniowiec bryczką, a ciężkie ładunki, na przykład węgiel z wagonów, ciężkim chłopskim wozem. Teraz dostaliśmy ciężarówkę. Konik poszedł w odstawkę. Bedfordem jeździł Czesiek Bednarek, wychowanek PDDz przezywany przez nas "Kicha". Natychmiast wgramoliłem się do szoferki i mocno zaaferowany oglądałem wnętrze. Kierownica była z drewna i była bardzo gruba. Ktoś na niej wyrzeźbił napis: "Złam pysk chamie". Dziwne, ale dowcipne. Rwałem się do jazdy, ale Kicha wygonił mnie z szoferki. Bedford na noc parkowany był w pobliskiej stodole, wrota zamykano na potężną kłódkę. Pewnej nocy, było już grubo po północy, piątka nas sierot poszła do stodoły, podnieśliśmy prawe skrzydło wrót, zdjęliśmy je z zawiasów, obydwa skrzydła otworzyliśmy na oścież. Ciężarówkę po cichutku wypchaliśmy na ulicę i stoczyliśmy się nią w dół drogą miejską. Podczas jazdy odpaliliśmy silnik. Kolejno każdy z nas siadał za kierownicę i mając tylko blade pojęcie o jeździe, udaliśmy się w kierunku Bielawy. Gdy przyszła kolej na mnie, miałem potężnego pietra. Ciemna noc, jeździliśmy oczywiście bez świateł, siedziałem głęboko w fotelu kierowcy, maska silnika zasłaniała drogę, widząc co nieco, ruszyłem do przodu. Potężne, drewniane koło kierownicy mocno ściskałem w dłoniach. Wydawało mi się, że za bardzo jadę lewą stroną, odbiłem w prawo, zobaczyłem prawy rów, odbiłem w lewo i znowu zobaczyłem lewy rów. Tak zygzakując, udało mi się z jedynki przejść na drugi bieg. Na tej dwójce, mocno zygzakując, jechałem dalej. Bałem się zwiększyć prędkość ciężarówki i przejść na trójkę. Koledzy stojący na pace walili pięściami w dach kabiny i wrzeszczeli: "Jak jedziesz, baranie, przestań zygzakować, zwolnij, zatrzymaj się, dość tego, zmiana, następny!". W końcu zatrzymałem samochód i oddałem komuś kierownicę. Sam wdrapałem się na skrzynię i wrzeszczałem to samo, co oni przedtem na mnie. W końcu bedford zatrzymał się. Spod maski dochodził jakiś dziwny smród. Podnieśliśmy maskę, dymiła się cewka zapłonowa. Ktoś wyciągnął zza fotela szmatę, zamoczył ją w wodzie w rowie i owinął cewkę. Próba zastartowania silnika rozrusznikiem. Nic z tego. Po kilku próbach padł akumulator. Zrobiła się trzecia w nocy. Zostawiliśmy ciężarówkę na drodze i poszliśmy pieszo spać. Na drugi dzień miejscowa milicja rozpoczęła dochodzenie. Wszyscy twardo się wypierali. Taka była umowa. Po kilku dniach śledztwa zaprzestano.
Minął następny rok. Przyjechałem na wakacje. Maska bedforda była podniesiona, a przy ciężarówce kręcił się Kicha. "Co się stało?" - zapytałem. "Nie pali" - odpowiedział. Na szmacie obok samochodu leżał gaźnik i narzędzia. Zapytałem: "A rozrusznik kręci?". "Tak, kręci" - odpowiedział Kicha. "A czy w zbiorniku jest paliwo?" - zapytałem. Kicha złapał się za brodę i podniósł oczy do nieba. "No, powinno być" - odpowiedział. "Lepiej sprawdź" - rzuciłem. Kicha znalazł patyk i wsadził do zbiornika. "Chyba nie ma" - jęknął. "To nalej i poskładaj to auto. Powinno odpalić" - odrzekłem. Po kilku godzinach ciężarówka odjechała z podwórka.
I znowu minęło pół roku. Przyjechałem na święta w grudniu. Pewnego dnia zawołał mnie Kicha. "Krzysiek - powiedział - w ogrodnictwie stoi nasza nysa i chciałbym, abyś wyregulował w silniku luzy zaworowe". "Kicha - odpowiedziałem - ja tego nigdy nie robiłem". "Ale ty jesteś zdolny, to sobie poradzisz". "Masz instrukcję?" - zapytałem. Potwierdził. "Daj mi ją, to sobie najpierw poczytam". Odpowiedniego rozdziału nauczyłem się na pamięć i poszliśmy do ogrodnictwa, gdzie stała nysa. Był tęgi mróz, jakieś minus dwadzieścia trzy stopnie. Po drodze Kicha wyjaśnił mi, jakie w Domu Dziecka zaszły zmiany. Pierwsze, bedford poszedł w odstawkę, a w zamian dostaliśmy nysę. Ale już od kilku miesięcy stoi niesprawna. I drugie, Dom Dziecka przejął całe ogrodnictwo przy ulicy Staszica. "A po co?" - zapytałem. "Bo jest dużo starszych chłopaków, którzy nic nie robią. Pan Niebylski naczytał się Makarenki17, ma zamiar zrobić tutaj wzorowe ogrodnictwo i chce czerpać z niego dochody na potrzeby Domu Dziecka". "No to ciekawe, jak to mu pójdzie" - odpowiedziałem. W nysie były wymontowane: akumulator, chłodnica i wszystkie węże. Schowane były w budynku biurowym ogrodnictwa. Zabrałem się do roboty, regulowałem zawory. Kicha montował chłodnicę i węże. Marzłem straszliwie, ale robotę zrobiłem. Kicha też. Zalaliśmy układ chłodzenia. Przekręcił kilkakrotnie kluczykiem. Po kilku razach silnik odpalił. Chodził pięknie. Kicha zrobił rundę po placyku. Poszedłem do Domu Dziecka. Łapała mnie gorączka. Po obiedzie wlazłem do łóżka. Przyszedł Kicha i powiedział: "Nysa chodzi jak żyleta, ruszam od razu z dwójki. Dobrze ustawiłeś zawory". Byłem dumny. Ktoś przyprowadził pielęgniarkę. Zmierzyła temperaturę: 38,5. Zawołała lekarza. Zbadał mnie i powiedział: "Zapalenie płuc". Trudno, grunt, że nysa chodzi jak żyleta.
Wzorowe ogrodnictwo
I znowu minęło pół roku i zrobiły się wakacje. Poszedłem do ogrodnictwa zobaczyć, czy metody pedagogiczne Makarenki przyjęły się w naszym Domu Dziecka. Najpierw wstąpiłem do naszego sklepiku warzywnego przy ogrodnictwie. Na ladzie stało kilka skrzynek z pomidorami, ogórkami, marchewką, szczypiorkiem i koperkiem. Za ladą nie było nikogo. Wszedłem do szklarni. Kicha z kimś drugim wymieniał szyby w inspektach. Za szklarnią cicho i pusto. Wróciłem do szklarzy. Kicha wręczył mi młotek i poprosił, ażebym wbijał gwoździki w obrzeża ram i abym potem kitował krawędzie szyb. Chętnie zabrałem się do roboty. O rękawiczkach roboczych nikt tutaj nie słyszał. Przy trzecim gwoździku bardzo nieszczęśliwie rozharatałem sobie palec na szybie. Apteczki nie było. Usiadłem z boku i ssałem skaleczony palec. Minęło pół godziny. Kicha podszedł do mnie, wręczył mi jedenaście zł i powiedział: "Skocz po ćwiartkę". Skoczyłem. Gdy wróciłem, Kicha w garnku robił mizerię, mieszał plasterki ogórków, cebuli i pomidorów. Posolił i pokropił octem. "Zjesz trochę?" - zapytał. "Chętnie" - odpowiedziałem. Znalazłem obok potłuczoną aluminiową miskę i łyżkę. Umyłem pod kranem. Nabrałem solidne dwie łyżki i wziąłem się do jedzenia tej mizerii. Kicha nalał wódkę do musztardówki i zapytał: "Napijesz się?". Odmówiłem. Kicha pociągnął do dna i nalał temu drugiemu. Ten też chlapnął. Przepaliliśmy mazurami. Odezwał się Kicha: "Już południe, trzeba się zdrzemnąć", i poszedł w kierunku biura. Ten drugi za nim. Powlokłem się do Domu Dziecka. Z pewnością eksperyment pedagogiczny wzorowany na Makarence nie udał się kierownikowi Niebylskiemu. Nasz kierownik nie dorównywał Makarence. Zabrakło komunistycznego etosu pracy.
Minęło czterdzieści lat. Komunizm w Polsce obalono, powrócono do kapitalizmu. Ogrodnictwo przy ulicy Staszica w Pieszycach zniknęło z powierzchni ziemi. Na polach, gdzie dawniej rosły pomidory i ogórki, stoi potężny hipermarket jakiejś zagranicznej firmy. W tym hipermarkecie nie sprzedaje się pomidorów z Pieszyc, lecz dowozi aż z Hiszpanii, a nawet z Maroka. Kierownik Niebylski już dawno umarł, a wraz z nim ostatnie próby socjalistycznego wychowania sierot.
Wstydliwe znalezisko w spodniach kierownika
Wrócę jeszcze do Domu Dziecka w Pieszycach i do technikum w Strzelinie. Gdy czwórka z nas podjęła decyzję, że pójdziemy do Technikum Samochodowego w Strzelinie, przede mną pojawiła się poważna przeszkoda. Nie miałem w co się ubrać. Byłem bardzo zmartwiony. Pobiegłem do kierownika Niebylskiego i zacząłem lamentować, że nie mogę jechać do technikum ubrany tak jak zwykle. "Panie kierowniku, przecież nie pojadę w tych łachmanach" - argumentowałem, pokazując kierownikowi moje ubranie. "Ja się wstydzę. Przydałyby się jakieś przyzwoite spodnie, koszula i marynarka" - mówiłem. "Dobrze - odpowiedział kierownik - coś wymyślę".
Po godzinie zawołał mnie i dał mi eleganckie czarne spodnie od swego garnituru oraz pasek do spodni. W magazynku z używaną odzieżą wygrzebaliśmy względnie przyzwoitą koszulę i wiatróweczkę. "Idź, przymierz" - powiedział kierownik. Pobiegłem do sypialni i przebrałem się. Spodnie były o trzy numery za szerokie w pasie. Ścisnąłem się paskiem, spodnie poukładałem w fałdki. Pobiegłem do gabinetu kierownika, nie było go. Wybiegłem uradowany na podwórko. Kręciło się tam kilku chłopaków. Zaprezentowałem im mój ubiór. Mimowolnie palcem namacałem małą kieszonkę po prawej stronie spodni, tuż pod paskiem. Dawniej takie kieszonki nazywano "kondoniarkami". Wsadziłem do niej palec. Jakaś gumka, pomyślałem. Wyjąłem ją i ze zdumieniem zauważyłem, że jest to prezerwatywa. Nadmuchałem ją, przewiązałem wylot jakimś sznurkiem i mocno rozbawieni zaczęliśmy tym "kondonem" (wtedy tak wymawialiśmy to słowo) grać w siatkówkę. Po chwili kondom pękł z hukiem. Pan kierownik stał wściekły na schodkach przed budynkiem.
Technikum Samochodowe w Strzelinie
Dzieci z domu dziecka, te, które się słabo uczyły w podstawówce, były wysyłane do zawodówek, a te, które się względnie dobrze uczyły, na ogół szły do ogólniaków. Rodzaj szkoły wybierały dzieci. Tylko Zygmunt Szyl poszedł do technikum radiowego w Dzierżoniowie. Miał smykałkę do radia. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem i usłyszałem głos z radyjka, które wykonał własnoręcznie Szyl. Było to radyjko krzemowe. Na bakelitowej płytce polutowane były różne dziwne rzeczy, których nazw nie znałem. W pewnym miejscu była ampułka z kryształem krzemu. Z ampułki wystawało coś na kształt zapałki. Na jej drugim końcu był drucik. Należało tak tym drucikiem dotykać kryształu, by z głośniczka radyjka popłynął głos. Dał mi to urządzenie i rzeczywiście udało mi się usłyszeć muzykę z tego radyjka. Pokazywałem palcem na różne drobiazgi, które znajdowały się na bakelitowej płytce, pytając: co to? Opornik - odpowiadał, albo trymerek, albo kondensator, albo cewka. Byłem pełen podziwu dla zdolności Zygmunta. Potem, po ukończeniu technikum radiowego, Zygmunt pracował w Diorze18 w Dzierżoniowie. Zamieszkał i ożenił się w Bielawie. W chwilach wolnych od pracy robił fuchy, czyli naprawiał prywatnie radia mieszkańcom Bielawy. Do matki, do Berlina, nie chciał jechać, mimo że ustawicznie go namawiała. W końcu zaczął tam jeździć, ale tylko na urlopy. Opanował język niemiecki. Berlińczycy bardzo szybko zorientowali się, jaki z Zygmunta zdolny fachowiec. W kolejnych latach, gdy wyjeżdżał do Berlina, zabierał ze sobą walizeczkę z narzędziami i częściami do radia i telewizorów. Robił fuchy. Zarabiał własne pieniądze i nie chciał ich od matki. Zresztą nie dogadywał się z matką. Ona próbowała nim rządzić i wymagać posłuszeństwa. On jej nie słuchał. Mówiła: "Przecież jestem twoją matką", a on na to: "No i nic z tego nie wynika, ty mnie tylko urodziłaś, ale wychował Dom Dziecka". W końcu matka zaczęła chorować. Starość. Wtedy Zygmunt wraz z żoną przeniósł się do Berlina. Rząd niemiecki natychmiast zaopiekował się nim. Na początek dostał zapomogę finansową i dość szybko pracę. Został strażnikiem w muzeum i pilnował mumii Nefretete. Ma trzy córki, które ukończyły studia w Berlinie.
12. Pieszyce - grupka wychowanków na boisku, od lewej siedzą: Michał Christian (drugi), Zygmunt Szyl (trzeci), Stanisław Życki (czwarty); od lewej stoją: Jan Trofimowicz (pierwszy), wychowawca Karol Niebylski (czwarty), wychowawca Tutak (szósty), Roman Łukasiak (ósmy) [zbiory Jana Trofimowicza]
Gdy w siódmej klasie musiałem podjąć decyzję, co dalej będę robił, od razu wymyśliłem: tylko technikum. A jak już technikum, to tylko samochodowe. To były moje reminiscencje z ujrzenia pierwszego w swym życiu samochodu w Miszkowicach, gdy pod lasem pasłem krówki. Nie chciałem iść do ogólniaka, bo wymyśliłem, że muszę mieć konkretny zawód, ażeby móc zarabiać na siebie. Uważałem, że zrobienie ogólniaka nie jest jeszcze zdobyciem zawodu. Tak narodził się w mojej głowie pomysł na Technikum Samochodowe w Strzelinie. Po egzaminach wstępnych zostaliśmy przyjęci, dostaliśmy też internat z całodniowym wyżywieniem.
Pisząc słowo "wyżywienie", przypomniała mi się śmieszna historyjka z internatu. Jedliśmy kolację. Siedziało nas czterech przy stole. Dostawaliśmy na kolację koszyk chleba, po cienkim plasterku kiełbasy, dzbanek kawy zbożowej zabielonej sztucznym mlekiem i słoik musztardy. Zawsze byłem bardzo głodny. Musiałem się bardzo pilnować, ażeby nie połknąć tego kawałeczka kiełbasy. Smarowałem kromkę chleba musztardą, na niej kładłem plasterek kiełbasy. Kromkę wkładałem do ust, odgryzałem kęs chleba, przesuwając zębami ten plasterek. Mój nos znajdował się nad kiełbasą, a nozdrza owiewał jej przyjemny zapach. Po zjedzeniu pierwszej kromki brałem drugą, smarowałem musztardą, przesuwałem zębami plasterek kiełbasy, aż do końca tej kromki. Potem brałem trzecią kromkę i wszystko się powtarzało. Po siódmej kromce brałem ten plasterek w palce, oglądałem go pod światło, oceniając jego grubość i zapach, a na koniec powolutku, z wielkim namaszczeniem zjadałem go, delektując się smakiem kiełbasy.
Wybór studiów
Po maturze Janiu chciał pójść na WAT (Wojskowa Akademia Techniczna). Ja byłem wtedy zagorzałym pacyfistą i wrogiem wszelkiej broni, militariów, mundurów, majorów i pułkowników, rozkazów wojskowych, zbiórek, marszów, strzelania, apeli i tak dalej. Przez godzinę tłumaczyłem Janiowi, jakim złem jest wojsko i broń. Musiałem wtedy mieć dobry dzień i nastrój, bo mówiłem spokojnie, tak jakbym był jego belfrem lub wychowawcą. Mówiłem: "To wojsko spowodowało, że ciągle jesteśmy głodni i przeziębieni, że nie mamy ubrań ani butów, że gramy szmacianką, bo nie mamy piłki. Wojny robią wojskowi, bo to jest ich zawód. Gdyby nie robili wojen, to wojsko nie byłoby potrzebne. Więc wymyślają wojny i wrogów państwa, ażeby udowodnić, że jednak są potrzebni. A jak jest wojna, to giną rodzice, a dzieci dostają się do domu dziecka. Twój przypadek jest inny, ty miałeś rodziców, ale popatrz na te dzieci na podwórku i zapytaj je, gdzie są ich rodzice. Z pewnością rozbeczą się i zaczną mówić o bombach, granatach i strzelaninie, o walących się i palących domach, o tłumach uciekających ludzi, o tratowaniu dzieci przez rozszalały spanikowany tłum, o gubieniu się dzieci na stacjach kolejowych, o porzucaniu dzieci przez rodziców. Jeśli potrafiłyby opowiedzieć o tym, co przeżyły, to powtarzałyby się słowa: głód, zimno, strach i płacz. I ty chcesz iść do WAT, ażeby produkować te bomby, granaty i karabiny? To ty chcesz przyłączyć się do tych, którzy zabijają ludzi? To ty chcesz, ażeby było jeszcze więcej sierot?". W końcu odezwałem się racjonalnie. "A jaka jest różnica między WAT a, na przykład, Politechniką? Będziesz robił to samo co po Wacie, ale nie będziesz mordercą. Chodź ze mną na Politechnikę do Krakowa. Razem będzie nam raźniej". Dał się przekonać. Do nas dołączyło jeszcze dwóch kolegów.
O nauczycielach matematyki i nie tylko
Wracam jeszcze do technikum, bo działo się tam wiele rzeczy. Ze wszystkich przedmiotów w technikum najważniejsza dla mnie była oczywiście matematyka. W pierwszej klasie wykładał starszy, siwy, okrąglutki na ciele i twarzy staruszek. Był niezwykle nudny. Najpierw powiedział, jaki problem będziemy omawiać, na tablicy narysował rysunek, podał podstawowe twierdzenia i zależności, i na tym mógłby w zasadzie zakończyć lekcję. Wszystko było jasne. Ale nie. Od tego momentu zaczynał monotonnie przemierzać klasę, od tablicy do przeciwległej ściany, i mówił..., mówił... i mówił. Wkoło to samo i na ten sam temat. Robił, co mógł, aby całkowicie zniechęcić uczniów do matematyki. Na pewno mu się to udawało. Gdy monotonnie, choć głośno, mówił, mocno gestykulował, machał rękami, wykonywał w powietrzu różne figury. W kącikach jego ust zbierała się biała ślina, której nie wycierał, w kąciku jego prawego oka też zbierała się jakaś biała śmietanka. Było to obrzydliwe. Zawsze miałem go dosyć. Wyciągałem pod ławką jakąś książkę i czytałem.
W klasie drugiej uczył nas matematyki i jednocześnie rosyjskiego wysoki postawny mężczyzna, repatriant ze Związku Radzieckiego o nazwisku Koncesjusz. Zaciągał jak kresowianin. Nie potrafił poprawnie wymówić mego nazwiska. Zawsze mówił na mnie "Kriszczen". Ale uczył bardzo dobrze. Prosto i zrozumiale. Gdy wykładał, zawsze mówił wprost do mnie. Szukał w moich oczach i mimice potwierdzenia dla tego, co mówi. Dwa razy poczułem się bardzo mile połechtany. Gdy pewnego razu nie przyszedłem na lekcję, bo byłem chory, z rozpaczą zapytał uczniów: "A gdzie Kriszczen?". Odpowiedzieli: "Chory". A on na to: "To jak nie ma Kriszczena, to ja nie mogę prowadzić lekcji, bo wy i tak nic z tego nie zrozumiecie". Życzliwi koledzy po powrocie do internatu zaraz mi o tym powiedzieli. Innym razem pan nauczyciel tłumaczył twierdzenie Talesa: dwie proste równoległe przecięte trzecią prostą i wynikające stąd zależności między kątami i nazwy tych kątów. Po wykładzie wywołał jednego chłopaka do tablicy i zadał pytanie: "Pokaż kąty wierzchołkowe". Chłopiec nie wiedział. Nauczyciel, pan Koncesjusz, wpadł w rozpacz i wykrzyknął: "Kriszczen! Wytłumacz tym bałwanom, o co chodzi z tymi kątami, może użyjesz takich słów, które dotrą do tych zakutych łbów!". Rozbawiony podszedłem do tablicy i trochę błaznując, zrobiłem pełny wykład. Przy tym co dwa, trzy zdania zadawałem kolejnym chłopakom pytania kontrolne. Pojęli i umieli. Nauczyciel był bardzo zadowolony.
Gorzej było w ostatniej klasie, maturalnej. Nauczycielem był młody brunet, pan Obtułowicz. Był on jednocześnie wychowawcą w klasie i w internacie. Szybko doszło do wojny. Wcześniej studiował matematykę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, ale nie zrobił dyplomu. Zakochał się w ślicznej dziewczynie i musiał szukać pracy z mieszkaniem. Tak trafił do nas, do technikum w Strzelinie. Dostał mieszkanie w internacie. W internacie bardzo szybko zaczęło dochodzić do konfliktów z trzema sierotkami, to jest z jednej strony ja, Pękala i Szade, a z drugiej pan Obtułowicz. Miał on zwyczaj siadać wieczorami z kolegami w swoim pokoju i grać w brydża. Jestem przekonany, że przy flaszce "żytniej". My z kolei, trzy żywe srebra, rozrabialiśmy, ile wlezie. Kiziu ukradł z budki telefonicznej słuchawkę. Wykręcił wkład, podłączył do niego bardzo długi drucik, do drugiego końca przywiązał kamień i przerzucił przez kabel linii telefonicznej. Podłączoną słuchawkę schował w swoim łóżku. Podsłuchiwał rozmowy wychodzące i przychodzące do internatu i zdawał nam relacje. Tylko Janiu był zawsze grzeczny i spokojny. Taką miał naturę. Sprawa podsłuchów telefonicznych wydała się po kilku miesiącach, granda była straszna, łącznie z wzywaniem do internatu kierownika Domu Dziecka, ale jakoś rozeszła się po kościach.
Nie wiem, jak do tego doszło, dość że Szade wyleciał karnie ze szkoły. Wydaje mi się, że rozbił jakiś samochód w warsztacie, który istniał przy szkole. Zawsze rwał się do jazdy samochodami. Ja zresztą też. Był to nadzwyczaj inteligentny i miły chłopak. No, może troszkę tak jak i ja nadpobudliwy. Natychmiast życzliwi nauczyciele pomogli przenieść go do Technikum Samochodowego w Legnicy. W tym momencie nasze drogi z Marianem rozeszły się na zawsze.
Muszę jeszcze napisać kilka zdań na temat naszego polonisty z technikum, pana Kuźmińskiego. To on wpoił mi kilka ciekawych pojęć. Nasza znajomość zaczęła się dla mnie bardzo niefortunnie. Przyjechało nas czterech do Strzelina na egzaminy wstępne. Nie pamiętam w ogóle egzaminu z matematyki. Widocznie poszedł jak z płatka i dlatego nic z tego wydarzenia nie pamiętam. Ale na wspomnienie o egzaminie ustnym z polskiego do dzisiaj oblewam się rumieńcem. Staliśmy na korytarzu przed klasą. Kandydatów do odpytania wzywano pojedynczo. Wywołano moje nazwisko. Wszedłem. W pustej klasie, przy stoliku obok tablicy szkolnej siedział polonista. Blondyn, długie włosy podcięte amatorsko na karku, chyba przez jego żonę. Garniturek, biała koszula, krawat i brązowe półbuty. Spojrzał na mnie i zapytał: "Czytasz książki?". "Tak, proszę pana" - odpowiedziałem. "A co ostatnio czytałeś?" - zapytał. Byłem oczywiście wychowany w duchu komunistycznym, strasznie chciałem zdać do tego technikum. Wiedziałem, że padnie takie pytanie. Już wcześniej starannie przygotowałem sobie odpowiedź. "Młoda Gwardia, Fadiejew" - wystrzeliłem odpowiedź. Polonista strasznie się skrzywił. Zadrżałem. Pudło. Klapa. Leżę. "Jego takie rzeczy nie biorą, a wręcz przeciwnie, on nie przepada za komunizmem" - pomyślałem. Jaki ja jestem głupi, przyszło mi do głowy. Ale szczęście powróciło do mnie. "A co jeszcze czytałeś?" - zapytał. "Wszystko, proszę pana" - odpowiedziałem. Wypaliłem: "Czerwone i czarne, Stendhal". "A dlaczego?" - zapytał. "Sorel i Matylda" - powiedziałem. Zdumiał się niepomiernie. Jego twarz pojaśniała. "Zdałem" - ucieszyłem się i wstąpił we mnie nowy duch. "A co jeszcze?" "Balzak, Wolter, Szołochow, Tristan i Izolda, Maupassant i inni". "Zdałeś" - powiedział. Powiedziałem dziękuję i wyszedłem.
Po wakacjach po jednej z lekcji języka polskiego polonista powiedział: "Grzesiu Sierant i Chrystian, przyjdźcie podczas dużej przerwy do mego gabinetu. Wiecie, gdzie on jest". Polonista miał gabinet w bibliotece szkolnej. Poszliśmy. Polonista zapytał: "Czy chcecie prowadzić ze mną bibliotekę?". Ucieszyłem się bardzo. To musiało zresztą być widać z mojej twarzy. Ja i biblioteka. Niesamowite. Od tego dnia codziennie podczas dużej przerwy siedzieliśmy z Grzesiem w bibliotece i wypożyczaliśmy książki. Czytelników prawie w ogóle nie było. Ale było dwóch niestrudzonych muszkieterów, to znaczy ja i Grześ. Nawet potem zastanawiałem się, czy nie pójść po maturze na bibliotekoznawstwo. Ale odrzuciłem ten pomysł. Zbyt spokojna praca i mało wydajna finansowo. Oczywiście pan polonista wiedział, że jestem z domu dziecka i że stale jestem głodny. Rosłem bardzo szybko. Po pewnym czasie pan polonista zaczął częstować mnie swoimi kanapkami, mówiąc, że nie chce mu się jeść, a żona stale upycha mu te kanapki do teczki.
Podczas lekcji z polskiego polonista używał bardzo dużo obcych słówek: egoizm, credo, ateizm, altruizm, geneza, fobia, dewiza, motto, a nawet zwroty: pro publico bono i wiele, wiele innych. Założyłem alfabetyczny brulion na wyrazy obce. Ich liczba przybywała w niewiarygodnym tempie. Słówka wypisywałem z książek, które akurat czytałem - często w przypisach było wyjaśnienie lub zapisywałem podczas wykładu słówka użyte przez polonistę, dopytując się o dokładne znaczenie. Po roku, gdy na wykładzie polonista użył jakiegoś obcego słowa, nie tłumaczył już uczniom, co ono oznacza, tylko pytał o to mnie. Wtedy recytowałem z głowy to, co w niej przechowywałem, lub przepraszałem, gdy nie wiedziałem, i otwierałem mój słownik. Zdarzało się, że koledzy pytali się bezczelnie o nieznane a dwuznaczne słówka, jak na przykład: kopulacja, masturbacja i tym podobne. Profesor pytał mnie wówczas, czy mam takie słówko w swoim zeszycie. Czerwony jak burak odpowiadałem, że nie mam. W tych nieszczęsnych chwilach wracało do mnie jąkanie się. Byłem wściekły. Takie pytania na ogół zadawał niejaki Fabirkiewicz z Warszawy. Był on od nas starszy o jakieś trzy lata. Był bardzo oczytany i dużo wiedział. Po maturze chciał zostać dziennikarzem. Ale dlaczego jako szkołę średnią wybrał nasze technikum w Strzelinie? Tego nie wiedziałem i nigdy się nie dowiedziałem. Ale to znowu nie była taka niezwykła sprawa.
Chłopcy pochodzili z całej Polski. W mojej klasie był chłopiec aż z Białegostoku, nazywał się Zamojski, i drugi, aż z Ustki, mój serdeczny kumpel Zdzisiu Lewandowski. Był to w moim pojęciu światowy chłopiec - syn marynarza, ubierał się w ładne tweedowe lub sztruksowe ubrania pochodzenia zagranicznego, kołnierzyk koszuli wyłożony na marynarkę, coś a la Juliusz Słowacki, lub pod krawatem. Gdy dostawał pocztą paczkę od ojca, powiązana była ona krawatami. Miał tych krawatów w szafie w internacie ponad trzydzieści. W różnych sytuacjach dawał mi, niby od niechcenia, lekcje dobrych manier. Na przykład jak podawać komuś ogień zapałką. Przede wszystkim wyjąć z ust swego papierosa. Jak się witać, jak siadać do stołu, jak układać sztućce na talerzu po zakończeniu jedzenia i tym podobne. Co on robił w naszej szkole, wśród setki prymitywnych chłopców? - nie miałem pojęcia. Ale jedno, co było w nim niezwykłe, to że gdy dostawał paczkę z Ustki, kładł ją na stole, wołał chłopaków z sali, odwiązywał krawaty z paczki. Spod ostatniego arkusza papieru ukazywała się drewniana skrzyneczka. Otwierał ją, a tam szproty lub śledzie wędzone. Brał jednego szprota do ust i zapraszał chłopaków. "Bierzcie, zajadajcie - mówił. - Czego nie damy rady zjeść dzisiaj, zjemy jutro po obiedzie. Zapraszam was". Taki to był miły chłopiec! Chciałem za wszelką cenę stać się kulturalnym człowiekiem, dobrze wiedziałem, jakie mam braki w wychowaniu. Nadrabiałem swoją niewiedzę w szybkim tempie: czytałem Mity greckie Jana Parandowskiego i Sekrety Polihymnii Waldorffa. Książki te opanowałem prawie na pamięć, mitologii greckiej nauczyłem się dobrze, a z Waldorffa miałem taką korzyść, że po pewnym czasie nauczyłem się odróżniać słuchem niemalże wszystkie instrumenty muzyczne. Opanował mnie wtedy taki głód wiedzy, że rzuciłem się nawet do czytania Biblii, ale szybko zrezygnowałem, bo stwierdziłem, że to wszystko jest nieprawdziwe i do niczego mi niepotrzebne. Zainteresowałem się też innymi religiami i czytałem wszystko, co mi wpadło w ręce.
Bardzo często byłem w klasie wyznaczany przez profesora jako lektor. Pokonałem już moje dziecinne jąkanie się i uważałem, że mam całkiem ładny głos i niezłą dykcję. Ale jak było naprawdę? Myślę, że znośnie. Był jeszcze drugi etatowy lektor w klasie, Julek Wiązowski. Zapamiętałem go dlatego, że był on doskonałym biegaczem na czterysta metrów. Nawet zapamiętałem jego czas - 56 sekund. Profesor od WF-u, pan magister Walendziak, twierdził, że jest to rewelacyjny wynik. Julek wygrywał wszystkie biegi w zawodach, jakie organizowała lub w jakich brała udział nasza szkoła.
Bóle głowy
W tym czasie odczuwałem niesamowicie silne bóle zatok czołowych. Ból ten odzywał się w okresie jesieni i wczesnej wiosny i był skutkiem niewłaściwego ubierania się już od małego dziecka. Skutek braku czapki. W zimie chodziłem w tenisówkach lub trampkach, nie wiedziałem, co to jest czapka lub płaszcz, chodziłem w jakiejś znoszonej cienkiej kapocie, oczywiście w cieniutkiej koszulinie, bez rajtuz i bez rękawiczek. Bardzo często podczas lekcji ból zatok dosłownie rozsadzał mi głowę. Dwa razy poszedłem do lekarza. W Dzierżoniowie wiekowy lekarz poradził mi, ażebym robił gorący napar z mięty, nakrywał głowę ręcznikiem i abym te opary jak najmocniej wdychał. Rzeczywiście pomagało, chwaliłem mądrość tego lekarza, ale pomagało na bardzo krótko, na dwa, trzy dni. Drugi raz poszedłem do przychodni w Strzelinie. Tym razem elegancki młody lekarz przepisał zastrzyki z penicyliny i wręczył mi receptę. Powiedziałem do lekarza, że nic z tego nie będzie, bo nie mam pieniędzy, ażeby te zastrzyki wykupić. Zapytał dlaczego. Powiedziałem, że jestem sierotą z domu dziecka. Dał mi 50 złotych i powiedział, że mu oddam kiedyś, jak będę je miał. Ale stało się nieszczęście. Przy ulicy, którą akurat przechodziłem, był bar mleczny. Z otwartych drzwi zawiał intensywny zapach jedzenia. Jak zwykle byłem strasznie głodny. Zawahałem się, ale nie mogłem zwalczyć pokusy. "Tylko pierogi, może reszta wystarczy na te zastrzyki" - pocieszałem się. Wziąłem półtorej porcji ruskich i duży kefir. Wmłóciłem te pierogi błyskiem jak mocno wygłodniały pies. Potem wstydziłem się, aby z resztą pieniędzy i receptą wejść do apteki, bo co by się stało, gdyby ich zabrakło? Jaki ciężki wstyd. Ten dzień upłynął mi na rozmyślaniach o tych pieniądzach od lekarza. Obiecałem sobie, że jak tylko zdobędę jakoś te 50 złotych, to oddam je lekarzowi. Do apteki nigdy nie dotarłem, pieniędzy lekarzowi nigdy nie oddałem, w szkole nadal ból rozsadzał mi czaszkę, a do tego stale odczuwałem dojmujący wstyd.
Wyznawałem zasadę, że prawdziwy mężczyzna nie płacze i nie żali się. Siedziałem w ławce, głowę opierałem na pulpicie, oplatałem ją rękami i chociaż zbierało mi się na płacz, siedziałem cichutko. Słuchałem wykładu, od czasu do czasu rzucałem okiem na tablicę. Pan Obtułowicz przerabiał wtedy dość trudne zagadnienia, równania prostej, potem dwu i trzech prostych. Wykresy paraboli, wzory Vi?te'a, deltę, nawet równania i wykresy elipsy i tak dalej. Pan nauczyciel nigdy nie zapytał, co mi jest. Pewnie myślał, że śpię. A potem ten zły człowiek mścił się na mnie. Znienacka, gdy z bólu cichutko jęknąłem, wyrywał mnie do tablicy, zadawał pytanie i nie czekając, aż pozbieram myśli, jeździł po mnie jak "chłop na łysej kobyle". Wynikiem tego nierównego starcia była "pała" wpisana do dziennika. Ale miałem momenty satysfakcji. Gdy pan nauczyciel robił klasówkę, zawsze rozwiązywałem wszystkie zadania szybko i elegancko. Zawsze dostawałem "czwórkę" w skali pięciopunktowej. Oczywiście na koniec półrocza z trudem wychodziła "trójka". Chociaż muszę przyznać, że matematyki uczył on dobrze. Klarownie i jasno. Często podczas wykładów zapędzał się w takie rejony matematyki, które znacznie wykraczały poza program szkolny. Podobało mi się to.
Kiedyś byliśmy z klasą na rajdzie. Wycieczka piesza w rejony Beskidu. W drodze powrotnej, w pociągu z Krakowa do Wrocławia, siedziałem w przedziale akurat naprzeciw Obtułowicza. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy. Chyba o jedzeniu i pieniądzach. W drodze powrotnej zabrakło pieniędzy i od kilku godzin byliśmy bardzo głodni. W pewnym momencie nauczyciel powiedział do mnie: "Chrystian, nie potrafię cię rozgryźć, albo jesteś tumanem, albo geniuszem". "Geniuszem to przesada - odpowiedziałem - ale lubię i umiem matematykę. Pan nie potrafi odróżnić ucznia, który wykuł lekcje, jest cichy i grzeczny, słowem lizus, od takiego ucznia, który sam z siebie umie i lubi matematykę". "No, no, no" - odpowiedział i zamyślił się.
Później udało mi się zemścić na panu nauczycielu. Miesiąc przed maturą pan Obtułowicz zrobił lekcję wychowawczą. Zapytał: "No, chłopcy, co będziecie robić po maturze, może ktoś pójdzie na studia?". Natychmiast podniosłem rękę. "Ty, gamoniu, na studia? No coś podobnego, to będzie straszliwa kompromitacja dla naszej szkoły" - powiedział. "No to gdzie masz zamiar iść na studia, Chrystian?" - zapytał. "Na Politechnikę do Krakowa". "Ale dlaczego aż do Krakowa, jeśli już, gamoniu, to masz bliżej politechniki we Wrocławiu i Łodzi". "Panie profesorze - odpowiedziałem - niech się pan o mnie nie martwi. Do Krakowa, bo Boy-Żeleński19. Zna pan to nazwisko. Znakomity tłumacz książek z języka francuskiego. I kawiarnia Jama Michalika, Zielony Balonik, Brama Floriańska, ulica Floriańska, Rynek, Sukiennice i Wawel. Słówka oraz Pijane dziecko we mgle. Pan też studiował w Krakowie, to pan wie, o czym mówię" - i usiadłem. "No, no, no" - odpowiedział. "Kto jeszcze pójdzie na studia?" - zapytał. Podniosło się kilka rąk. "A wy, po kolei, gdzie i na jakie studia? Trofimowicz, słucham". "Ja z Krzyśkiem do Krakowa". "A ty, Pękala?" "Też z Krzyśkiem" - odpowiedział Zygmunt. Przyszła matura. Pan Obtułowicz starał się na egzaminie ustnym poniżyć mnie, a może i nawet oblać. Zadawał pytania z równań elipsy i prostej, punkty przecięcia, wykresy. Ustny był na szczęście komisyjny i to mi pomogło. Nie mógł już wyżywać się na mnie i głupio dogadywać. Ustny zdawałem znakomicie, z uśmiechem na ustach. Wyglądało na to, że to ja jestem wykładowcą, a komisja uczniami. Przynajmniej tak się czułem. Tak dobrze napisałem pisemny i dobrze zdałem ustny, że chcąc czy nie, pan nauczyciel musiał dać mi czwórkę na świadectwie maturalnym.
Było jeszcze parę tygodni do egzaminów wstępnych w Krakowie. Zawziąłem się strasznie, aby zdać na Politechnikę. Choćby na złość Obtułowiczowi. A ponadto to miał być mój drugi poważny skok w moje przyszłe życie. Pierwszy wykonałem pięć lat wcześniej, gdy zdawałem do technikum. I udało się. Teraz też musi. Tylko pokonać samego siebie. Swój strach, lenistwo i niewiarę. A zresztą, im trudniej, tym lepiej. Pojechałem do Wrocławia. W Rynku przy ratuszu, na ścianie południowej, w piwnicy był antykwariat. Wyjaśniłem właścicielowi, po co do niego przyjechałem. Chciałbym kupić książki do matematyki i do fizyki, dla studentów politechniki. Zakładałem, że w Krakowie na egzaminach wstępnych będą odpytywać kandydatów na studia asystenci lub doktorzy tych przedmiotów i że będą pytać tego, czego tam sami nauczają. Kupiłem książki i dzień w dzień ćwiczyłem matematykę. Głównie zadania. Z fizyki byłem dość słaby, ale nie traciłem ducha.
Egzaminy wstępne na studia
Do Krakowa pojechało nas czterech. Siedziałem w dużej sali, ściśnięty między innymi chłopakami, było ciasno, po dziesięciu w jednej długiej ławie, łokieć przy łokciu. Pięciu kandydatów na jedno miejsce. Podyktowano zadania pisemne. Chyba pięć, ale dokładnie nie pamiętam. Trzy godziny czasu. Do mnie przyssał się jakiś grubas. Zabrałem się do rozwiązywania. Szło mi jak z płatka. Uważałem, że zadania są zbyt łatwe. Grubas przepisywał ode mnie. Obiecał, że jak zda, to postawi mi pierogi w barze. Co chwilę grubas jęczał: "Krzysiek, wszyscy wkoło mają inne rozwiązania, co robić?". "Nie patrz się na innych, przepisuj równo ode mnie, a zdasz". Arkusze oddałem przed terminem. Wyszedłem przed budynek na papieroska, bo już wolno mi było palić. Gdy upłynął termin, pojawili się przed budynkiem moi koledzy. Byli zdruzgotani. Żaden z nich nawet nie nadgryzł porządnie jednego zadania. "Jakie trudne" - jęczeli. Potem ogłoszono, że ci z kandydatów, którzy czują się na siłach, mogą podejść do dodatkowych konkursowych trzech zadań. Pobiegłem do odpowiedniej sali. Pierwsze z tych zadań było dość fikuśne. Minęło ponad pięćdziesiąt lat, a ja je nadal pamiętam. Przeczytałem dwa razy to zadanie i wyczułem intencje jego autora. Zastosował on niezwykły chwyt, który mogli wyczuć tylko naprawdę najlepsi. I nie chodziło tu o jakieś wykute formułki czy wzory. Tutaj liczyła się wyłącznie intuicja i niemal poetyckie natchnienie. Nie będę nudził czytelnika i nie opowiem, o co chodziło. Rozwiązałem to zadanie dość szybko i z dużą satysfakcją. Dwa następne z tych trzech zadań były w zasadzie sztampowe. Kula w stożku, i trzecie też jakaś szkolna sztampa. Rozwiązałem je równie szybko. Arkusze oddałem przed czasem. Wiedziałem, że zdałem. Moi koledzy poszli na dworzec kolejowy i odjechali. Czułem się trochę winny, że wciągnąłem Jania w tę hecę z egzaminami na Politechnikę. Bo tutaj nie zdał, a gdyby poszedł na swój WAT, to może byłoby inaczej, może by zdał. I dzisiaj, po ponad pięćdziesięciu latach, myślę, że byłby co najmniej emerytowanym pułkownikiem. Miał wszystkie cechy dobrego żołnierza i oficera.
Zakwaterowano mnie w akademiku Politechniki na ulicy Bydgoskiej. Wcześniej grubas postawił mi pierogi. Kupiłem sobie torebkę kawy zbożowej, połówkę chleba i słoik dżemu. To miało być moje jedzenie na półtora dnia, do końca egzaminów wstępnych i jeszcze na powrót.
Na ustnym z matematyki dowartościowałem się maksymalnie. Pani docent (wyleciało mi z głowy nazwisko, jakoś na "s") spojrzała na moje arkusze i klasnęła w ręce ucieszona. "Pan Chrystian? Zdał pan na piątkę, ale ja dołożyłam panu jeszcze nad tą piątką gwiazdkę. Napisał pan znakomicie. Jest pan niesamowity. Niesamowita intuicja". I zaczęła prawić mi komplementy. Na odchodne rzuciła mi zadanie, pozornie trudne. Ale dla mnie było ono znowu zbyt łatwe. Nie rozwiązywałem przy pani docent tego zadania, lecz z dużym wdziękiem zacząłem mówić, jak się powinno je rozwiązywać, jakie są ograniczenia i jak będzie wyglądał wykres tej funkcji. Pani docent nadal była mną zachwycona. Podziękowała mi i z ustnego też postawiła piątkę z gwiazdką. Poszedłem na ustny z fizyki. Gdy egzaminujący pan zobaczył mój arkusz z matematyki, też zaczął prawić mi komplementy. Ale mimo to czułem tremę. Po takim sukcesie z matematyki nie mogłem teraz skompromitować się z fizyki. Egzaminujący kazał mi wylosować kartkę z pytaniami. Pytania dotyczyły połączeń akumulatorów: równoległego i szeregowego. Po odebraniu pytań zdający siadali w bocznych ławkach i rozwiązywali zadania. Byłem słaby z fizyki. Ale za pazuchą miałem bryk kupiony w antykwariacie. Poszedłem na całość. Z bryka ściągnąłem odpowiednie wzory. Wykonałem obliczenia. Z arkuszami podszedłem do komisji. Pan, do którego podszedłem, rzucił okiem na mój arkusz, o nic mnie nie pytał i od razu postawił mi piątkę. Potem miał być egzamin z języka rosyjskiego. Ale na salę przyszło bardzo mało osób. Większość poszła zdawać inne języki lub siedziała już w pociągach i jechała do domów. Gdy pani rusycystka zobaczyła, że jest tak mało osób, powiedziała: "Jest was bardzo mało, pewnie pomyślnie zdaliście matematykę i fizykę, pewnie jesteście wszyscy bardzo zmęczeni. Jesteście wszyscy przyjęci bez egzaminu z rosyjskiego. Nawet jak nie umiecie rosyjskiego, to ja was nauczę". I odfajkowała nazwiska na liście kandydatów, od czasu do czasu zadając komuś jakieś pytanie, ale zwykle nie na temat.
W ten sposób zdałem egzaminy wstępne i dostałem się na Politechnikę w Krakowie. Grubasa od pierogów już więcej nie spotkałem. Pociąg odjeżdżał za kilka godzin. Poszedłem na ulicę Floriańską, stanąłem przed kawiarnią Michalika, cichutko podziękowałem Boyowi-Żeleńskiemu za mój cudowny sukces. Jego energia musiała się w tym miejscu nadal unosić, może Mistrz usłyszał to moje podziękowanie. Byłem najszczęśliwszym człowiekiem na kuli ziemskiej. Żal mi było Jania i Kizia, ale trudno. Postanowiłem, że nie pojadę prosto do Dzierżoniowa i do Domu Dziecka, lecz że nadłożę drogi i wpadnę do Strzelina, do pana Obtułowicza i opowiem mu o egzaminach wstępnych. I tak zrobiłem. Zadzwoniłem do drzwi. Pan nauczyciel zaprosił mnie do środka, zaproponował herbatę. Zapytał, czy jestem głodny. Potwierdziłem. Zrobił herbatę i z szuflady kredensu w kuchni wyjął puszkę dyżurnych szprotów w oleju. Podał mi je na talerzyku i dołożył chleba. Pochłaniając żarłocznie te szproty, opowiedziałem mu, jak wyglądały egzaminy wstępne. Ale nie marudziłem zbyt długo. Uważałem, że zemsta się dopełniła. Po wyczerpaniu tematu, bardzo zadowolony z siebie, poszedłem na dworzec, aby poszukać pociągu do Dzierżoniowa. Znalazłem pociąg przez Kamieniec Ząbkowicki. W Kamieńcu musiałem przesiedzieć całą noc w poczekalni, oczekując na mój pociąg. Zmęczyło mnie to bardzo. Ale było warto. Pełna satysfakcja za rok poniżania.
Historie wojenne Zygmunta Szyla
Podczas rozmów z Romkiem w Rościszowie dowiedziałem się, jakie były losy Zygmunta Szyla. Sprawa ta była dla mnie mocno bulwersująca, ponieważ losy Szyla przedstawiano w trzech różnych wersjach. Wersje zmieniały się wraz z upływem czasu, inne były w wyjaśnieniach początkowych Szyla, a już zupełnie inne, gdy mieszkał ze swoją matką w Berlinie. Dostrzegałem wyraźne konfabulacje w tym, co opowiadała Zygmuntowi jego matka.
Początkowo Szyl, zanim nie wyjechał do matki, nie wiedział nic o swoim urodzeniu - data, miejscowość, rodzice i tak dalej. Metrykę wyrabiał sądownie w Kamiennej Górze. Rozprawę prowadziła młoda i trochę wesołkowata sędzina. Na pytanie o datę urodzenia odpowiedział, że nie wie, ale chyba rok 1942. Sędzina dopytywała się o dzień i miesiąc. Uczciwie odpowiadał: nie wiem. Sędzina zapytała, którego dzisiaj mamy. Szyl odpowiedział: 15 października. "Czy taki dzień i miesiąc panu odpowiada?" Odpowiedział, że tak. Zapisano: urodzony 15 października 1942 roku.
Faktycznie Zygmunt urodził się rok wcześniej, bo w 1941 roku, we Wrocławiu. Ojciec walczył w formacjach Paulusa pod Stalingradem i tam zginął. Taka była wersja jego matki. Opowiadała mu historie o zgubieniu swego dziecka, ale z latami ta historia zmieniała się i tak powstały aż trzy różne wersje tego jednego wydarzenia.
Pierwsza wersja Szyla
Po zamienieniu Wrocławia w 1944 roku w Festung Breslau (Twierdza Wrocław) wraz z dziesiątkiem innych niemieckich dzieci wysłano Zygmunta na tak zwane "kolonie letnie" w Karkonoszach. Władze wojskowe doszły do wniosku, że aby móc bronić Twierdzy, należy pozbyć się zbędnego balastu ludności, przede wszystkim dzieci. Słusznie argumentowały, że w górach uchroni się je przed nalotami lotniczymi i łatwiej tam będzie o wyżywienie dla nich. Tysiące dzieci z Wrocławia wraz z opiekunami wywieziono w Karkonosze, oddając im do dyspozycji najładniejsze hotele i pensjonaty w Karpaczu, Szklarskiej Porębie, Kowarach i innych uzdrowiskach. Wakacje minęły, a dzieci nadal przebywały w tych pensjonatach. Przyszedł styczeń 1945 roku. Nakazano wszystkim osobom cywilnym, by opuściły Wrocław. Dopóki jeszcze odchodziły pociągi, ludzie jakoś wyjeżdżali. A potem już uciekali pieszo. Z miasta wyszło tysiące ludzi. Wychodzili przez kilka dni i nocy. Nieśli swoje skromne bagaże. Padał śnieg, było zimno, ludzie ciągnęli sanki, pchali załadowane wózki dziecięce, matki prowadziły małe dzieci za rączkę, inne niosły oseski opatulone w wełniane chusty. Ludzie wyruszali z miasta o różnych porach, w nocy i w dzień. Szli po śniegu. Kobiety i osoby starsze nie miały szans, by dojść do Goerlitz. Jeżeli ktoś siadał na skraju drogi, to zasypiał i zamarzał. Wzdłuż trasy przemarszu widziano setki trupów. Nikt się nimi nie zajmował. Był to upiorny niemiecki "marsz śmierci".
Przyszedł marzec i kwiecień. Starsze dzieciaki uciekały z pensjonatów w Karkonoszach i próbowały dojść do Wrocławia. Nawet jeśli te starsze i silniejsze dotarły do Wrocławia, nie miały już tam czego szukać. Ich domy były zburzone, a rodzice nie wiadomo gdzie się podziali. Pewnie zginęli w tych domach. Małe dzieci pozostały w Karkonoszach. Po zakończeniu wojny pozbierano je i oddano do polskich domów dziecka. I tak szczęśliwie się to zakończyło dla nich i dla Szyla.
Druga wersja Szyla
Na temat swego rozstania z matką Zygmunt mówi, że w lutym 1945 roku skompletowano kilka wagonów z dziećmi z zamiarem przewiezienia ich z Wrocławia, przez Goerlitz, w głąb III Rzeszy.
Nieco wcześniej wojska marszałka Iwana Koniewa okrążyły od strony północnej Wrocław, przedostały się na zachód od miasta i odcięły połączenie kolejowe na trasie Wrocław-Goerlitz. Wobec tego pociąg z dziećmi skierowano na południe, z zamiarem przebicia się przez Karkonosze w okolicach Lubawki do niemieckiego protektoratu Czech (Sudetenland), a stamtąd do III Rzeszy. Niestety pociąg ukończył bieg w Kamiennej Górze i tam rozładowano wagony. W mieście panowała niewyobrażalna panika. Ludzie z przerażeniem mówili o gwałtach dokonywanych przez żołnierzy radzieckich. Dzieci umieszczono w klasztorze w Kamiennej Górze. Podobno wszystkie siostry zakonne popełniły samobójstwo, przy życiu pozostała tylko stara przeorysza. Po kilku dniach byli tam już żołnierze radzieccy, a wraz z nimi polscy. To był koniec wojny. Około setki "pozbieranych" z okolicy dzieci niemieckich umieszczono niedaleko w majątku ziemskim w Miszkowicach. Zorganizowano tam dom dziecka z polskim personelem. Potem po dwu latach dowieziono polskie dzieci (w tym mnie) i dzieci niemieckie wymieszano z polskimi. Każde dziecko zostało opisane - dokonywał tego nowo obsadzony wójt Miszkowic, w towarzystwie pracownicy socjalnej gminy i kierownika Domu Dziecka. Każdemu dziecku założono kartę osobową. Przy okazji nieco uproszczono pisownię nazwisk, imiona spolszczono, daty urodzenia określono "na oko". Po roku lub dwóch te wymieszane dzieci prawie w niczym nie różniły się od siebie. Wszystkie mówiły już po polsku. W wieku siedmiu lat wysłano je do miejscowej szkoły podstawowej, a po kolejnym roku do miejscowego kościółka do komunii.
Kiedyś opowiadałem o tych dzieciach pewnej starszej, prostej kobiecie. Zadała mi wtedy pytanie: "A czy te dzieci były wcześniej ochrzczone?". Ot mentalność polskiej katoliczki, tylko o to się martwi. Nawet nie zapytała, czy matka takiego dziecka przeżyła. Nie wiem, czy były ochrzczone. Ważne, że dziecko przeżyło. Ale myślę, że tak, że były ochrzczone. Bo nawet jeśli pochodziły one z rodzin protestanckich, to były ochrzczone. Chyba że nie było na to warunków, była przecież wojna. Ale dla ludzi wierzących zawsze pozostawała możliwość "chrztu z wody". Tak zwykle czyniły akuszerki odbierające poród. A czy matka Szyla była osobą wierzącą? Wątpię. A jeśli Szyl urodził się na przykład w ośrodku Lebensbornu20, to z pewnością nie był ochrzczony według obrządku katolickiego, lecz na nową modłę nazistowską. Naziści nie wyznawali żadnej religii. Hitler odszedł od katolicyzmu, a Himmler stał się neopoganinem i uprawiał starogermański poganizm - wiarę w herosów, walkirie, germańskie heroiny i germańskich bożków. Uprawiał też okultyzm. Obaj z Hitlerem uwielbiali Wagnera, który wskrzesił te idee w operach.
Trzecia wersja Szyla
W styczniu 1945 roku armia Iwana Koniewa wyzwoliła Kraków. Zima była bardzo mroźna. Armia Koniewa śpieszyła się do Berlina. Na północy nacierający w kierunku Poznania marszałek Georgij Żukow myślał podobnie. Obie armie współzawodniczyły ze sobą, która z nich pierwsza zdobędzie Berlin. Obie chciały być w Berlinie przed 1 Maja, Świętem Pracy. Losy hitlerowskich Niemiec były już przesądzone. Od strony zachodu do Berlina spieszyły się armie alianckie. Walki na Górnym Śląsku i potem na Dolnym były wyjątkowo zażarte. Niektóre miasta na Śląsku zdobywano i oddawano wrogowi kilkakrotnie. Podobno Strzelin wojska radzieckie zdobywały i oddawały Niemcom pięciokrotnie. Gdy chodziłem tam do technikum, rynek strzeliński jeszcze leżał w gruzach, a wkoło piętrzyły się ruiny.
Początkowo Wrocław nie był bezpośrednio zagrożony. Ale jego dni były już policzone. Z początkiem 1945 roku ze wschodu zaczęły nadlatywać bombowce radzieckie. Wrocław bronił się. Jednym z pułków artylerii przeciwlotniczej dowodził pułkownik Sauer21. Czy to aby nie ojciec mego kolegi Dietera? Wszystko jest możliwe. Sauerów z pewnością jest dużo, ale żeby przy tym jeszcze pułkownik i to we Wrocławiu? Mój kolega Dieter Sauer urodził się we Wrocławiu w styczniu 1943 roku. Ten pułkownik mógł być jego ojcem.
W lutym 1945 roku władze Festung Breslau wydały rozkaz, by ludność cywilna, a w szczególności matki z dziećmi, opuściła miasto. Niemcy są narodem pragmatycznym i zdyscyplinowanym. Sporządzono listy ludzi, którzy mieli być ewakuowani. Dzielnicami, ulicami i według numerów budynków przydzielono ludzi do odpowiednio ponumerowanych wagonów kolejowych. Skład stał na Dworcu Świebodzkim. Dzieci miały mieć schowane pod koszulkami na piersiach tekturki ze swoimi danymi: imię i nazwisko, imię matki, adres zamieszkania. Matka Szyla z dzieciakiem zjawiła się na dworcu. A tam tłumy ludzi dziko szturmujących nieswoje wagony. Była to ludność, która kilka dni lub tygodni wcześniej uciekła z Prus Wschodnich, z okolic Królewca, Tylży, Malborka, Elbląga i Olsztyna. Koczowali na Dworcu Świebodzkim i łapali każdą okazję, by dostać się do jakiegokolwiek pociągu, nawet towarowego, odjeżdżającego na zachód. Gdzieś w pobliżu dworca wybuchły bomby. Ludzie przerażeni w panice rzucili się do wagonów. Przewrócili i poturbowali matkę Zygmunta. Ktoś z NSV odebrał podeptanej kobiecie wrzeszczące dziecko, a jeszcze ktoś inny zawlókł ją do przepełnionego pociągu. W ten sposób matka rozstała się z synem. Tę wersję poznałem najwcześniej.
Myślę, że po wojnie wszyscy Niemcy i Niemki mieli potwornego kaca moralnego. Niektórzy pozapominali, co powiedzieli pięć lat po wojnie, a co z kolei po dziesięciu i może nawet dwudziestu latach.. Jakąś jednak w miarę przyzwoitą wersję musieli przekazać swoim dzieciom, a te z kolei wnukom. I tak to już pozostało w pamięci tych ludzi. Nikt z nich nie chce grzebać się w swoich niecnych uczynkach.
Moja zmyślona metryka urodzenia
Jak już jestem przy Szylu, to opowiem, w jaki sposób ja wyrabiałem metrykę urodzenia i dowód osobisty. Pod koniec trzeciej klasy technikum wielu chłopców z mojej klasy otrzymało wezwanie do stawienia się przed komisją poborową do wojska. Poszedłem. Jakiś oficer spisujący delikwentów zwrócił się do mnie: "Dowód osobisty". Ja na to, że nie mam. Oficer wrzasnął: "Co to za gamoń! Jak to nie masz? Zapomniałeś przynieść?". "Nie, proszę pana, nie mam, bo nigdy nie miałem. Jestem z domu dziecka i nikt z nas nie ma dowodu osobistego". "Dobrze - odpowiedział - to daj metrykę urodzenia". Tutaj ja rozdziawiłem buzię - metryka, a co to jest? Tego słowa nie znałem. "Nie mam" - powiedziałem. Nakrzyczał na mnie, że jeszcze w tym roku mam sobie załatwić dowód osobisty, bo na drugi rok będę znowu wzywany, a jak nie, to areszt. Odszedłem zamyślony. Dowód, metryka. Jak się do tego zabrać? Poszedłem do opiekuna klasy. Wyjaśniłem, jaki mam kłopot. Powiedział: "Poczekaj dwa, trzy dni, popytam się". Po trzech dniach powiedział mi, żebym napisał swój życiorys, to metrykę załatwimy sądownie.
"Panie wychowawco! - zawołałem zrozpaczony. - Jak ja mam napisać swój życiorys? Przecież ja nic nie wiem o sobie!" "Napisz, co chcesz, ma być twój życiorys" - odpowiedział.
Akurat zrobiły się wakacje. Pojechałem do Pieszyc. Dwa miesiące szybko zleciały. W końcu zdesperowany usiadłem przy stole i zawołałem Stefana Grunwalda, bo akurat kręcił się w pobliżu. "Stefan, siadaj - powiedziałem. - Sprawa poważna. Mam napisać swój życiorys, a ja przecież nic nie wiem. Siadaj i pomóż mi coś wymyślić". Do stolika dosiadło się jeszcze dwóch wesołków. Po pierwsze: gdzie się urodziłem? Odpowiedziałem sam: "Napiszę Wielka Osina na pamiątkę, że tam byłem. A więc Wielka Osina, powiat Kamienna Góra". Nie wiedziałem wtedy, że Wielka Osina znajduje się koło Ziębic, w powiecie ząbkowickim, a nie w powiecie Kamienna Góra. Drugie: ojciec, imię? Popatrzyłem na Stefana i ryknąłem śmiechem: "Oczywiście Stefan, na pamiątkę, że to ty pomagasz mi napisać ten życiorys". Zawód ojca: ponieważ byłem w technikum samochodowym, to oczywiście kierowca. Matka? Nazwisko panieńskie i imię. Tutaj błysnąłem talentem poetyckim: Wielka Osina, ojciec Stefan, matka Janina. Ażeby nie zapomnieć nigdy nazwiska panieńskiego matki, napisałem Janina Jankowska - bardzo ładnie się kojarzy. Zawód matki - tutaj zabrakło mi już pomysłu, a ponadto nie chciałem zbyt dużo namotać nieprawdziwych danych, bo, nie daj Boże, aby kiedyś, później, te wszystkie zmyślenia poplątały mi się. Rok urodzenia: niech będzie tak jak na świadectwach z podstawówki - 1942, ale dzień i miesiąc? Na kolejnych świadectwach miałem Michał Krzysztof i datę 27 sierpnia. Więc wpiszemy taką samą. Tylko przerobię troszkę to szwabskie nazwisko Chrystian. Zamienimy "ygrek" na "i" - będzie takie eleganckie, francuskie nazwisko Christian. Po kilku miesiącach poszedłem z opiekunem klasy do sądu w Strzelinie. Sędzia z ogromnym złotym łańcuchem na piersi i zawieszonym na nim orłem kazał mi przysiąc, że będę mówił prawdę i tylko prawdę. Potem wyrecytowałem jednym tchem pilnie wyuczony wierszyk. Michał Christian, urodzony dnia 27 sierpnia 1942 roku, Wielka Osina, ojciec Stefan, matka Janina z Jankowskich, ojciec kierowca, matka gospodyni domowa. Po kolejnych trzech miesiącach z USC w Kamiennej Górze przysłano mi kilka egzemplarzy moich nowiutkich metryk urodzenia. Do dzisiaj męczy mnie kłopotliwe uczucie niesmaku, że musiałem oszukiwać w sądzie. Ale nie miałem wyjścia. Nie była to moja wina, pocieszam się do dzisiaj.
Historia Arego Glunda
Jego matka nigdy nie przyznała się do tego, w jakich okolicznościach zaszła w ciążę. Nie wspomniała nawet o Lebensbornie. Wymyśliła bajeczkę o tym, jak to pod Opolem wraz z mężem wzorowo prowadzili sklep i gospodarstwo rolne, jak to jej biednego męża zabrano do Wehrmachtu i siłą wysłano pod Stalingrad, gdzie zginął, walcząc dzielnie przeciwko bolszewikom i Azjatom. Ot, upiększanie zdarzeń. On we wszystko uwierzył, w końcu było mu zupełnie obojętne, jaka była prawda. Taką wersję wydarzeń opowiadał Ary naszym wychowawcom, Helenie i Januszowi Grązom, podczas jednej z wizyt, jaką im złożył w Pieszycach. Specjalnie przyjechał do nich w odwiedziny z Berlina. Porządny facet.
I do czego ta prawda miałaby mu służyć? Jego umysł nie był zbyt lotny. Był dobrze zbudowanym brunetem, wysokim chłopcem, bardzo przystojnym według oceny pani Heleny Grąz - był jej pupilkiem, chyba pokochała go jak własnego syna. Nie mnie jest oceniać urodę mężczyzn. Na moje oko nie spełniał w stu procentach kryteriów rasowych, nie był tak do końca całkiem nordyckim typem. Ale Hitler też nim nie był i wszystko było w porządku.
Gdy już powziąłem decyzję, że napiszę książkę o sierotach wojennych, podjąłem wiele działań mających na celu wyjaśnienie losów moich kolegów. Chciałem ich odnaleźć i uczciwie z nimi porozmawiać. Pytań mam bardzo dużo. Oprócz tego, jak toczyły się ich losy, chciałem się dowiedzieć, co oni dzisiaj o tym wszystkim myślą, jak oceniają rolę swoich rodziców w tej wojnie i co w ogóle o niej sądzą, ale najbardziej ciekawiło mnie, co o tamtych czasach myślą sami Niemcy, uczestnicy tej wojny oraz ich dzieci. Spodziewałbym się kłamstw, zmyśleń, gdzieniegdzie gloryfikacji Wielkiej Rzeszy, wybielania swojej roli, a nawet mówienia, że to oni byli ofiarami wojny, zamiast przyznania, że byli agresorami, mordercami i złoczyńcami. Być może padłyby stwierdzenia, że to oni wycierpieli najbardziej. Być może, że wszystko zrzuciliby na Hitlera i jego pomocników, zupełnie zapominając o swojej roli.
Zwróciłem się między innymi do Polskiego Czerwonego Krzyża w Warszawie z prośbą o pomoc w odszukania Arego, Sauera, Szyla, Penkali i Stefana Grunwalda. Bardzo życzliwie, energicznie i skutecznie zadziałała pani Katarzyna Papińska. Odnalazła adresy Szyla (Berlin), Arego (okolice Hamburga), Grunwalda (Szklarska Poręba) i Sauera.
Dowiedziałem się z PCK, że do roku 1992 Sauer był zameldowany w Polsce. Mocno mnie to zdziwiło, bo skoro wyjechał, to skąd się tu wziął? Nie chciałem i nie wypadało mi dopytywać się o szczegóły u pani Katarzyny. Mógł wrócić, mógł odzyskać swój przedwojenny dom (ja bym Niemcom niczego nie oddawał). Może był przedstawicielem handlowym jakiejś firmy niemieckiej, a może agentem wywiadu? Możliwości jest kilka, ale już się nie dowiem, jaka jest prawda. Już nie porozmawiamy sobie. Spóźniłem się z tą książką i z tymi pytaniami. Sauer zmarł w Monachium w styczniu 2008 roku. Miał tylko 65 lat.
Na razie brakuje mi adresu Klausa Penkali. Ale obawiam się, że nawet jak się odnajdzie, to rozmowa z nim nie będzie miała sensu. Bo jeżeli jego żona była aktywną działaczką reżimową w byłym NRD, to co on będzie mi mógł szczerze powiedzieć? Będzie kłamał i kręcił. Ale może warto go wysłuchać? Nie mogę wykluczać, że był on aktywnym pracownikiem Stasi.
Podczas tych poszukiwań pani Katarzyna Papińska z PCK poinformowała mnie, że badaniami losów dzieci z Festung Breslau zajęła się także pani Daina Kolbuszewska z Poznania. Pani Katarzyna zapytała mnie, czy zechcę skontaktować się z panią Dainą. Ucieszyłem się bardzo. Nawiązaliśmy ze sobą kontakt e-mailowy i telefoniczny.
Okazało się, że pani Daina jest w posiadaniu jednej kartki z długiej listy dzieci (w wieku od pół roku do trzech lat) wysłanych pociągiem z Wrocławia do Niemiec w styczniu 1945 roku. Na tej liście znajduje się nazwisko Aribert Glund. Lista zawierała nazwiska 117 dzieci wywiezionych z Wrocławia. Wcześniej te dzieciaki mieszkały w klasztorze pod wezwaniem świętej Jadwigi, patronki Ślązaków, przy obecnej ulicy Krzyckiej (niem. Trentinstrasse 35). Podczas jazdy pociąg został zbombardowany. Zginęło ponad osiemdziesięcioro dzieci, uratowało się tylko trzydzieścioro. Uratowane wagony odholowano, pojechały na południe od Wrocławia. Na liście dzieci wiezionych tym pociągiem jego kierownik odnotował przy nazwisku Arego Glunda: "pozostawiony w Wartha" (obecne Bardo Śląskie).
W tym miejscu należy się zastanowić, czy ten witraż, o którym stale wspominam, nie znajdował się przypadkiem w tym klasztorze i czy ja też nie jechałem tym pociągiem. Chociaż raczej nie, bo różne fakty temu przeczą - w kwietniu 1945 roku byłem w Niemczy, a po drugie mówiłem po polsku. Czy Szyl też nie jechał tym pociągiem? Czy Ary przypadkiem nie był chory i z konieczności zostawiono go w Wartha, a pociąg pojechał dalej do Kamiennej Góry? Potem, po wojnie, wszystkie te pogubione dzieci znalazły się w Miszkowicach.
13. Pieszyce - Ary z wychowawczynią Heleną Grąz [zbiory własne]
Zadzwoniłem do Romka do Wrocławia z prośbą, ażeby odszukał klasztor przy ulicy Krzyckiej. Niestety nie ma po nim śladu. Został zbombardowany i zniknął z powierzchni ziemi tak jak i 85% innych budynków z przedwojennego Wrocławia. Napisałem także list do DRK w Monachium z prośbą o udostępnienie mi całej listy tych dzieci. Niestety odmówiono mi i pouczono, że w tych sprawach obowiązuje droga służbowa i odesłano do PCK w Warszawie, czyli z powrotem do pani Katarzyny Papińskiej. "Ordnung muss sein" - akceptuję takie postawienie sprawy, a nawet więcej, bardzo mi się to podoba. Wcześniej, co kilka lat pisaliśmy do siebie z Arym krótkie liściki. O tym pociągu nigdy nie wspomniał, bo ani on, ani jego matka nie mogli znać tych faktów. Bardzo żałował, że w Polsce nie przykładał się zbyt pilnie do nauki. Zazdrościł mi zapału do czytania książek i uczenia się. Wiedział, że jestem inżynierem, że znam dwa języki obce, że dobrze zarabiam i tak dalej. Ary z trudem ukończył w Pieszycach podstawówkę, potem oddano go do szkoły drzewnej w Bielawie i zanim ją skończył, wyjechał do Berlina. Tam z trudem musiał uczyć się od podstaw niemieckiego, o dalszej nauce w szkole, przy jego niechęci do wiedzy, nie było mowy. Przez lata pracował w jakimś atelier fotograficznym w Berlinie, potem po śmierci matki przeniesiono go do Monachium (pracował przy produkcji kaset wideo). Ja wyjechałem do Algierii i wtedy urwał się nasz kontakt listowy. Nigdy nie ożenił się i w jednym ze swoich listów napisał mi naiwnie, że żony to on nie potrzebuje, od tego są w Berlinie burdele. Byłem zaszokowany. Zostawmy tę sprawę psychologom. W końcu wylądował w okolicach Kiel na północ od Hamburga. Marzył, że na stare lata kupi sobie turystyczny caravan bus i zaszyje się w lesie.
Ale czy kupił? Już się nie dowiem, bo zmarł w sierpniu 2007 roku. Miał tylko 65 lat. Nie odważyłem się napisać lub powiedzieć o tym fakcie naszym dawnym wychowawcom, państwu Helenie i Januszowi Grązom - oni kochali go jak syna.
Po przestudiowaniu kilku książek stwierdziłem, że pani z PCK niegdyś specjalnie złośliwie powiedziała Aremu, że urodził się w burdelu. Może ta pani pomyliła burdel z Lebensbornem. Albo nic nie wiedziała o Lebensbornie. Ale skąd przyszedł tej pani do głowy burdel? Myślę, że gdy matka Arego pisała podanie do DRK o odszukanie swego syna, napisała zgodnie z prawdą, że urodziła swego syna Arego w ośrodku Lebensborn. Była zapewne przekonana, że płodzenie dzieci w ośrodku Lebensborn przez nieznanego wcześniej oficera SS jest sprawą normalną, akceptowaną przez społeczeństwo, bo tak to było w III Rzeszy w czasach, gdy ona była jeszcze panną.
Zbadajmy więc, jak to mogło być.
Niemcy po I wojnie światowej
W 1919 roku - po klęsce Niemiec - w Wersalu zebrała się międzynarodowa konferencja, która narzuciła im twarde warunki. Niemcy zostały obciążone ogromną kontrybucją 132 miliardów w złocie płatnych przez 50 lat. Poniosły duże straty terytorialne - 1/7 dotychczasowego obszaru i około 10% ludności. Siły wojskowe Niemiec zostały ograniczone. Armia lądowa nie mogła liczyć więcej niż 100 tysięcy żołnierzy i miała służyć jedynie do utrzymania porządku wewnętrznego oraz pilnowania granic. Ograniczono siły morskie i pozbawiono kraj całkowicie lotnictwa wojskowego. Zniesiono w Niemczech powszechną i obowiązkową służbę wojskową.
Wielu wpływowych Niemców otwarcie mówiło o konieczności rewizji traktatu wersalskiego. W ten sposób powstało w Niemczech podłoże do narodzin faszyzmu. Znalazł się człowiek, który mówił głośno o tym, co ludzie myśleli. Tym człowiekiem był Hitler.
Ludność niemiecka była rozgoryczona i rozczarowana zaistniałą sytuacją. W latach 20., w latach kryzysu gospodarczego, w społeczeństwie panowała bieda i głód, frustracja i zwątpienie. Miliony ludzi pozostawało bez pracy. Dla kobiet bez wykształcenia, z niższych warstw społecznych, prostytucja stała się jedynym sposobem na przeżycie. W tym okresie, w tak zwanej Republice Weimarskiej, prostytucja była legalna. Przed dojściem do władzy Hitler obiecał każdemu Niemcowi pracę, godne zarobki, mieszkanie czteropokojowe z łazienką i wyjazdy na urlopy własnym samochodem - samochodem dla ludu, czyli "volkswagenem". Dokładał jeszcze każdej rodzinie ludowy odbiornik radiowy - "volksempfänger". Podnosił Niemców "czystych rasowo" do rangi nadludzi. Obiecał odnowę i czystość moralną.
Swoje zasady polityczne i moralne oraz sposób ich urzeczywistnienia wyjaśnił w książce Mein Kampf22. Niemcy uwielbiali Hitlera. Nazizm stał się zjawiskiem społecznym. Stał się ideologią narodową. Stał się religią, a Hitler jego najwyższym kapłanem. Po przejęciu władzy Hitler wraz z kolegami: Himmlerem, Heydrichem, Goebbelsem, Göringiem, Bormanem i innymi na mocy podjętych przez NSDAP uchwał zaprowadzili nowe porządki w społeczeństwie niemieckim. Wprowadzono szereg ustaw, w tym niesławne ustawy przeciw Żydom. W ramach odnowy moralnej narodu zakazano prostytucji.
Domy publiczne w III Rzeszy
Zająłem się tym tematem dlatego, by odpowiedzieć na pytanie, czy mój kolega Ary, a być może jeszcze wiele innych zgubionych podczas wojny sierot, o których nic nie wiem, mogli zostać poczęci w jakimś burdelu. A ponieważ przy okazji poszukuję też swoich korzeni, nie mogę, ot tak sobie, dla czystej osobistej pruderii, odrzucić tezy, że ten przypadek może i mnie dotyczyć. Wszystko jest możliwe.
Od jesieni 1933 roku prostytutki były wyłapywane i umieszczane w schroniskach dla bezdomnych, a później w obozach pracy. Prostytucja znikła z ulic niemieckich miast.
Niemieccy urzędnicy pisali swoje surowe ustawy, a trywialne życie dyktowało swoje warunki. Potrzeby seksualne człowieka są równie silne jak potrzeba zaspokojenia głodu czy pragnienia. Gdy po wybuchu II wojny światowej wojska niemieckie rozlały się po całej Europie, gdy w niemieckich fabrykach pracowało osiem milionów robotników obcokrajowców, siłą rzeczy dochodziło do zbliżeń seksualnych. Najwyżsi dostojnicy III Rzeszy nie mogli znieść myśli, że Niemka mogłaby z własnej potrzeby w fabryce oddać się fizycznie robotnikowi nie-Niemcowi. Ci sami dostojnicy zrozumieli też proste zjawisko, że gdyby przymusowi robotnicy zatrudnieni w setkach niemieckich fabryk mogli rozładować gnębiącą ich potrzebę seksualną, nie oglądaliby się za robotnicami czy urzędniczkami niemieckimi. W 1941 roku Martin Bormann zaczyna nalegać na tworzenie burdeli w obozach pracy.
Pomysł podchwycił Heinrich Himmler. Dość szybko w przymusowych obozach pracy powstały domy publiczne. W czystej jak kryształ idei porządnego niemieckiego społeczeństwa powstało rozdwojenie moralne. Prostytucja była oficjalnie zakazana, ale domy publiczne rozwijały się. Himler miał na myśli kilka korzyści: po pierwsze, ukrócenie związków miłosnych pomiędzy robotnikami obcokrajowcami a dziewczętami niemieckimi, po drugie, sposób na podniesienie wydajności pracy. Dobra praca więźniów byłaby nagradzana najpierw przez danie kilku papierosów, przy większej wydajności poprzez wynagradzanie więźnia niewielką premią pieniężną, a za najbardziej wydajną pracę i dobre, przykładne zachowanie więzień mógłby dostawać bilet wstępu do domu publicznego23.
Nieco inaczej rozwijała się idea i organizacja domów publicznych nastawionych na obsługę żołnierzy niemieckich. W pierwszych dwóch latach wojny żołnierze poszukiwali dziewcząt na zewnątrz koszar i znajdowali je. Nastroje młodych żołnierzy niemieckich znakomicie oddaje melancholijna piosenka śpiewana podczas wojny przez Marlenę Dietrich Lili Marleen24. Taka sytuacja stwarzała niemieckim dowódcom polowym dużo kłopotów z dwu powodów: fraternizacji żołnierzy z miejscową ludnością, co było sprzeczne z podstawową ideą nazizmu - wyższości rasy niemieckiej nad ludnością podbitych krajów, oraz szerzenia się chorób wenerycznych. Mnóstwo żołnierzy cierpiało na syfilis i tryper, a to osłabiało zdolność bojową niemieckiego wojska. Zdarzało się, że żołnierze niemieccy dokonywali gwałtów, pojedynczych i zbiorowych, na ludności cywilnej podczas akcji pacyfikacyjnych na froncie wschodnim. A to prowadziło do rozprężenia w armii i było sprzeczne ze stale powtarzanym hasłem "czystości rasy" i wyższości Niemców - nadludzi nad narodami pobitymi - podludźmi. Żołnierze popadali w rozdwojenie moralne: najpierw z potrzeby gwałcili dziewczyny polskie lub rosyjskie, a potem, ażeby wymazać z sumienia ten grzech i uczucie wstydu i powrócić do normalnego dla nich stanu psychicznego, czyli nienawiści do podludzi, mordowali te niewinne kobiety.
We Francji, Norwegii i innych okupowanych państwach zachodnich istniały domy publiczne i nie było z tym najmniejszych kłopotów. W tych państwach podczas okupacji żołnierze czuli się jak na wczasach, byli "panami", byli dobrze odżywieni i ubrani, mieli pieniądze. Nie dość, że na miejscu korzystali z usług prostytutek i burdeli, to na dodatek oficjalnie podrywali lokalne piękności25. Oczywiście taka fraternizacja nie podobała się dowódcom niemieckim. W każdym większym mieście, w którym stacjonowała niemiecka jednostka, zaczęto organizować domy publiczne, które miały obsługiwać wyłącznie żołnierzy armii niemieckiej. W państwach zachodnich, na przykład we Francji, już od lat istniała rozległa sieć prywatnych burdeli. Te, które wytypowano do obsługi żołnierzy niemieckich, zostały poddane regulaminowi i dyscyplinie okupanta. Domy, w których zorganizowano burdele, miały znajdować się w bocznych uliczkach. Miały nie rzucać się w oczy lokalnej ludności. Nie było żadnych napisów ani latarni. Okna miały być zasłonięte firankami. Niemiecka skromność i porządek.
Z niemiecką dokładnością opracowano regulaminy funkcjonowania tych instytucji i zasady korzystania z nich. Nadzór nad takim domem publicznym sprawował komendant jednostki wojskowej stacjonującej w danym mieście, który miał też obowiązek regularnego składania raportu odpowiednim władzom w Berlinie.
Domy publiczne miały posiadać centralne ogrzewanie, a gdyby takiego nie było, do każdego pokoju należało wstawić piec węglowy. Klatki schodowe, korytarze i pokoje musiały być czyste. W pokojach musiały być umywalki i bidety z zimną i ciepłą wodą, a pościel i bielizna dziewczyn czyściutkie, stale zmieniane. Dziewczyny zaopatrywano ze specjalnego składu medycznego w Berlinie w mydło, wodę kolońską, kremy i inne pachnidła, w ręczniki, środki dezynfekcyjne i prezerwatywy. W burdelach obowiązywała całkowita prohibicja, z wyjątkiem Francji, gdzie pozwalano na wypicie lampki wina lub butelki piwa. Dom publiczny nadzorował lekarz wojskowy, dziewczyny były okresowo badane. Miały założone kartoteki z dokładnymi ich danymi personalnymi i opisem przebiegu "służby". Każda z nich dostawała pseudonim, którego nie wolno było jej zmieniać. Wyznaczano dzienne normy liczby obsługiwanych mężczyzn - czterech do pięciu klientów dziennie. Żołnierze musieli obowiązkowo stosować prezerwatywy, które były dostępne w kantynach wojskowych i u burdelmamy. Dziewczyny też zawsze miały pod ręką prezerwatywy. Każda z nich dostawała kartonik z wydrukowanym swoim pseudonimem. Po obsłużeniu żołnierza wpisywała datę spotkania i wręczała kartonik żołnierzowi. W razie zachorowania przez żołnierza na chorobę weneryczną lekarz wojskowy nie miał kłopotu z ustaleniem sprawczyni, chyba że była to dziewczyna spoza burdelu. W jednostce wojskowej żołnierze też byli okresowo badani pod kątem chorób wenerycznych.
Początkowo, gdy armia niemiecka trzymała się dobrze, w domach publicznych pracowały dziewczyny niemieckie, wyciągane z różnych aresztów i obozów resocjalizacyjnych. Mogły zarobić duże pieniądze, ale opłacały "czynsz" i jedzenie. Nadwyżkę zarobionych pieniędzy mogły wysłać swoim rodzinom. Poczta działała perfekcyjnie. Prostytutkom nie wolno było swobodnie chodzić po mieście. Miały wyznaczone ulice i miejsca, gdzie mogły pójść do fryzjerki, kosmetyczki lub na zakupy. Do miasta wychodziły pod nadzorem. Miały obiecaną wolność po odsłużeniu pół roku pracy w domu publicznym. Kandydatek do tej pracy nie brakowało. Mimo surowych nakazów używania przez klientów prezerwatyw, zdarzało się, że dziewczyny zachodziły w ciążę. W takich przypadkach mogły pozostać przez okres trzech miesięcy po urodzeniu dziecka w domu publicznym, a potem musiały wynosić się gdziekolwiek.
Gdyby taka sytuacja dotyczyła matki Arego, to pozostałoby jej tylko jedno wyjście: dziecko oddać do sierocińca, do sióstr zakonnych, a samej podjąć jakąkolwiek pracę zarobkową, choćby i w kolejnym burdelu. I rzeczywiście, Ary przebywał u sióstr zakonnych Jadwiżanek przy Trentinstrasse. To może potwierdzać przypuszczenie, że naprawdę urodził się w burdelu.
W Związku Radzieckim w okresie stalinowskim prostytucja była zakazana, a to komplikowało zakładanie od podstaw takich zakładów. Po klęsce pod Stalingradem (styczeń 1943 roku) maszyneria organizacyjna Niemców zaczęła zgrzytać i rozkładać się. Zasady moralne Niemców uległy naturalnemu osłabieniu. Do burdeli w Rosji i w krajach bałkańskich zatrudniano lokalne dziewczyny, nie patrząc na ich pochodzenie rasowe, ani nawet na ich podobieństwo do aryjskiej rasy niemieckich dziewcząt. Zdarzało się, że przymykano oko i zatrudniano nawet dziewczyny pochodzenia żydowskiego, o ile były zgrabne i ładne. Ale i wojsko nie było już tak całkiem "czyste rasowo". Istniały niemieckie wojska składające się z miejscowych mężczyzn: Rosjan, Ukraińców, Bośniaków. Ci też mieli prawo do korzystania z przywilejów żołnierzy niemieckich.
W tym czasie większość domów publicznych działała na zasadzie samofinansowania się. Żołnierze płacili (mieli duże nadwyżki finansowe z żołdu i z grabieży), dziewczyny zarabiały przyzwoite pieniądze, duże pieniądze inkasowała też właścicielka przybytku, jeśli był to zakład prywatny - a tak zwykle było we Francji.
Puffy w obozach koncentracyjnych
Zupełnie inaczej wyglądała sprawa burdeli w obozach koncentracyjnych. Powód ich zakładania był taki sam jak w przypadku domów publicznych zakładanych w obozach pracy przy niemieckich fabrykach dla przymusowych robotników - zwiększenie wydajności pracy. Takie puffy istniały zarówno w Auschwitz (barak numer 24), jak i w austriackim KL Mauthausen (osobny budyneczek) i innych. Świadkiem zakładania tego ostatniego i jego funkcjonowania był polski jeniec, warszawski andrus z Czerniakowa, Stanisław Grzesiuk, który barwnie przedstawił swe trudne przeżycia w książce Pięć lat kacetu26.
Znany w Polsce niemiecki pisarz Hans Hellmut Kirst w książce Noc długich noży opisał budowę doświadczalnego obozu koncentracyjnego w Dachau (1935 rok)27. Projekty architektoniczne przewidywały budowę wszystkich niezbędnych budynków na terenie tego prototypowego obozu. W jednym z budynków zaplanowano w miarę porządnie urządzony i wyposażony "dom schadzek" - czyli burdel dla wartowników i niemieckiej obsługi obozu. Personelem tego "domu schadzek" miały być Niemki.
Czym innym jednak były w obozach koncentracyjnych domy publiczne dla strażników i oficerów SS, a czym innym puffy dla więźniów. Personel puffu stanowiły "ochotniczki" z żeńskich obozów koncentracyjnych, głównie z Ravensbrück. Kobiety miały w puffie dużo lepsze warunki niż pozostałe więźniarki, były lepiej odżywiane, miały do dyspozycji pokoik, gdzie mogły się myć, pracowały tylko kilka godzin dziennie, zamiast pasiaków nosiły normalne ubrania dostarczane im z tak zwanej kanady - czyli z sortowni i magazynów, w których gromadzono zrabowane na rampie rzeczy - mogły się malować, obiecano im też, że po odsłużeniu w puffie pewnego okresu dostaną lepszą pracę, na przykład zostaną funkcyjnymi (kancelistkami).
Maria Rudzka-Kantorowicz w swoich wspomnieniach Przeżyłam piekło w Auschwitz-Birkenau tak opisuje przebieg "naboru ochotniczek" do puffu w baraku żeńskim, w którym przebywała ze swą młodszą siostrą:
Kapo stanęła na środku bloku i głośno zapytała, która chce iść do Auschwitz, na męski lagier. Tam jest lekka robota, cywilne ubranie i dobre jedzenie. Ze ściśniętych gardeł posypały się pytania, czy tam trzeba znać język niemiecki, co będzie się tam robić itd. Kapo odpowiedziała, że komando nazywa się Puff i chętne mają się zgłosić do blokowej. Jeśli nie będzie wystarczającej ilości ochotniczek, to ona na wieczornym apelu dobierze resztę. Blokowa poinformowała nas potem, że Puff to dom publiczny, trzeba tam obsługiwać 20 mężczyzn dziennie. Nie esesmanów, tylko heftlingów, tych, co długo siedzą w lagrze i są na funkcjach. Oniemiałam z przerażenia. Należałyśmy z siostrą do nielicznej grupy bardzo młodych więźniarek. Obawiałam się, że jeśli będą uzupełniać, to wybór padnie na nas. Na nasze szczęście zgłosiło się tyle ochotniczek, ile wynosiło zapotrzebowanie28.
Dodam jeszcze, że pierwszeństwo do korzystania z puffu mieli funkcyjni, a dopiero potem więźniowie, w nagrodę za dobrą pracę lub inny dobry uczynek spełniony dla esesmanów. Wiadomo, że puffy były oblegane przez więźniów. Bywali też więźniowie śmiertelnie zakochani w wybranych dziewczynach. Wystawali pod oknami puffu, przynosili czekolady29. W razie braku ochotniczek do puffu, kobiety-kapo lub lekarz obozowy wyznaczali do tej pracy podczas apelu dowolne więźniarki. Biedne - nie miały innego wyboru. Podczas zakładania puffu w Mauthausen przywieziono dziewczyny z Ravensbrück.
Miałem zastanowić się, czy mój kolega z Domu Dziecka Ary mógł urodzić się w burdelu - nie w puffie, ale w burdelu dla żołnierzy. Oczywiście, że mógł. Ten niemiecki burdel dla żołnierzy według wszelkiego prawdopodobieństwa i mojej wiedzy znajdował się w pięknym Wrocławiu.
Lebensborn e.V. (Źródło Życia)
Współcześni Niemcy denerwują się ogromnie, gdy ktoś wykazuje zbyt duże zainteresowanie sprawami Lebensbornu. Wielu współczesnych wręcz zaprzecza tezie, że istniały ośrodki Lebensbornu, w których niemieckie dziewczyny mogły z własnej woli zostać zapłodnione przez jakiegoś oficera SS, który specjalnie przyjechał do tego ośrodka na urlop. Byli jednak autorzy, którzy o tym pisali. W literaturze mi dostępnej spotkałem opisy dwu ośrodków Lebensbornu - pierwszy: u Bohumila Hrabala w żartobliwej książce Obsługiwałem angielskiego króla, drugi: w książce H.H. Kirsta Noc długich noży. W publikacjach naukowych temu tematowi poświęcił pracę polski prawnik i publicysta Roman Hrabar: Lebensborn, czyli źródło życia - zajmował się on tematem kradzieży dzieci polskich. Współczesna autorka Dorothee Szmitz-Köster w książce W imię rasy30 zawarła wiele informacji dotyczących Lebensbornu, choć próbuje wybielić tę instytucję - będącą jednak ważnym trybikiem w maszynerii III Rzeszy. W Niemczech nie lubi się ludzi, którzy w księgarniach pytają o książkę Georga Lilienthala Lebensborn31, a już całkiem do białej gorączki doprowadza księgarza klient z ulicy, który pyta o kasetę wideo z filmem Rubelos, Kinder aus dem Lebensborn. Gdy zabrałem się do pisania tej książki, poprosiłem mego kolegę, który od trzydziestu lat pracuje jako inżynier konstruktor w Niemczech, aby mi te dwie pozycje zakupił. Bardzo niechętnie sprzedano mu Lilienthala, a po pytaniu o kasetę zamiast kasety dostał od księgarza ostrą reprymendę. Myślę, że współcześni Niemcy wstydzą się tego, co robili ich rodzice i dziadkowie.
14. Lebensborn - dzieci w świetlicy [http://www.messynessychic.com/2017/04/06/what-history-didnt-tell-us-about-the-nazi-super-baby-breeding-program/]
Lebensborn e.V. powstał w grudniu 1934 roku w Berlinie z inicjatywy Heinricha Himmlera. Zarejestrowany został przez nieznanych z nazwiska dziesięciu wyższych oficerów SS jako Stowarzyszenie - stąd litery e.V. za jej nazwą. Rejestracja Lebensbornu jako stowarzyszenia dawała mu swobodę finansową i prawną w nabywaniu nieruchomości. Początkowymi zadaniami Lebensbornu były: pomoc niemieckim wielodzietnym rodzinom; pomoc młodym kobietom, które były w ciąży - zapewnienie im lokum, wyżywienia i opieki na czas połogu; dbanie o dzieci urodzone w domach Lebensbornu; dbanie o matki dzieci. Oficerowie SS mieli zapewne na myśli młode zamężne matki, jednak później Lebensborn przyjmował też panny w ciąży. Wydaje się, że ta początkowa inicjatywa "Rycerzy Czarnego Zakonu", jak nieraz nazywano SS, miała podstawy bardzo szlachetne. Podczas I wojny światowej poległo dwa miliony Niemców, tysiące wdów samotnie wychowywało swoje dzieci. To tym wdowom i ich dzieciom chcieli pomóc założyciele Lebensbornu. Mogę sobie wyobrazić taką sytuację, że wśród członków założycieli znajdowali się też ludzie, którzy byli sierotami lub półsierotami wojennymi z czasów I wojny światowej.
Rozpoczęta w 1935 roku działalność Lebensbornu wyprzedzała o cztery lata wprowadzenie w życie wielkiej idei Hitlera "Drang nach Osten" i "Lebensraum", czyli marszu na wschód i zdobywania przestrzeni życiowej dla Niemców. Po I wojnie światowej nastąpiło w Niemczech - w innych państwach też - duże rozluźnienie dawniej bardzo surowych, wręcz purytańskich norm obyczajowych. Berlin był stolicą rozrywki, tańczono i bawiono się. Dziewczyny zaczęły chodzić na studia, palić papierosy i pić wino. Stąd wiele przypadkowych ciąż i bardzo duża liczba aborcji. Przyrost naturalny w Niemczech był mały. Tacy ludzie jak Hitler, a szczególnie Himmler, doskonale rozumieli, że aby powiodła się polityka Lebensraumu, nie potrzeba już wyprawiać się za morze, by podbijać i kolonizować kraje afrykańskie, azjatyckie czy inne. Uważali, że wystarczy podbić sąsiednie tereny. Ale żeby te nowe ziemie skolonizować i sprawnie nimi zarządzać, trzeba mieć wystarczającą liczbę obywateli. Przed II wojną światową Niemcy liczyły około 80 milionów ludzi. Oceniano, że poza granicami Niemiec zamieszkiwało drugie 80 milionów. Postanowiono ściągnąć ich do Rzeszy i osadzić na nowo zdobytych terenach wschodnich.
W celu przyspieszenia wzrostu demograficznego ludności Niemiec Himmler za zgodą i w porozumieniu z Hitlerem podejmował różne działania (Aneks 6). W czasie trwania wojny stopniowo, rok po roku, wprowadzano nowe rozwiązania. Jeszcze przed wojną zakazano aborcji. Ponieważ same zakazy prawne nie skutkowały i aborcja podziemna dalej kwitła, w końcu wydano nowe przepisy karne - za dokonanie aborcji groziła kara śmierci. Pomogło. Ale stworzono też możliwości, by kobiety z niechcianą ciążą mogły w dobrych warunkach urodzić dzieci. Do tego służyły ośrodki Lebensbornu.
W czasie działań wojennych ginęło wielu młodych Niemców, postanowiono więc zadbać o podniesienie stanu liczebnego Niemiec. Od roku 1942, gdy na froncie wschodnim Niemcy zaczęli ponosić ciężkie straty w żołnierzach, przywódcy niemieccy zorientowali się, że brakuje im ludzi do zasiedlenia zdobytych ziem. Tak jak wcześniej kierowali się hasłem Lebensraumu - "przestrzeni życiowej", tak teraz stanęli przed problemem "przestrzeni bez narodu" (Raum ohne Volk). Rozpoczęto więc na terenach podbitych państw kraść dzieci - chłopców. Miały mieć wygląd nordycki i odpowiedni stopień inteligencji, nie więcej niż sześć lat. Zakładano, że takie dzieci nie będą pamiętały swoich rodziców, swego prawdziwego nazwiska ani domu rodzinnego, że nie będą nawet pamiętały ojczystego języka. A oto zawartość pisma wysłanego z Urzędu do spraw Rasowo-Politycznych NSDAP, jakie w listopadzie 1939 roku otrzymał Himmler:
[...] znaczna część narodu polskiego będzie musiała zostać wysiedlona [...]. Musi się próbować wyłączyć z wysiedlenia rasowo wartościowe dzieci i wychować je w starej Rzeszy w odpowiednich zakładach wychowawczych [...]. Warunkiem całkowitego zniemczenia jest zaprzestanie utrzymywania jakichkolwiek stosunków z ich polskimi krewnymi. Dzieci otrzymają niemieckie nazwiska [...]32.
Kradzieżami zajmowały się różne organizacje nazistowskie: policja prewencyjna Schupo33, Niemiecka Opieka Społeczna NSV i inne. Lebensborn miał się zająć ich germanizacją i wychowaniem - do dziesiątego roku życia. Skradzione lub siłą odebrane rodzicom polskim dzieci poddawano tak zwanej selekcji rasowej, polegającej na komisyjnym, lekarskim zbadaniu nordyckich cech tych dzieci. Dzieci, które przeszły pozytywnie test rasowy, wywożone były do Niemiec. Dzieci uznane za upośledzone fizycznie lub psychicznie (na przykład kalekie, niewidome lub głuche) skazane były na śmierć - wysyłane były do obozów śmierci lub do "zakładów medycznych", gdzie służyły jako króliki doświadczalne dla celów pseudonaukowych. Tam były też uśmiercane zastrzykami morfiny ze skopolaminą lub fenolem. W Polsce były takie dwa zakłady: jeden w Lublińcu, a drugi w Cieszynie.
W Polsce hitlerowcy ukradli około 200 tysięcy dzieci. Skradzione dzieci podlegały najpierw rejestracji w Głównym Urzędzie Rasy i Osadnictwa RuSHA w Łodzi. Następnie poddawano je tam badaniom rasowym i zdrowotnym i - jeśli wszystko według kryteriów lekarzy niemieckich było w porządku - umieszczano je w zakładzie przejściowym w Bruczkowie koło Gostynina34. Stamtąd wysyłano je do Niemiec (lub do Oberweis w Austrii) poprzez inne zakłady, na przykład przez zakład w Brochowie (dzielnica Wrocławia)35 lub Puszczykowie (na południe od Poznania) albo przez dom dziecka, tak zwany Gaukinderheim, w Kaliszu. Potem przekazywano te dzieci do adopcji bezdzietnym rodzinom członków SS. Dzieci starsze, od sześciu do dwunastu lat, przekazywano do innej hitlerowskiej organizacji - Niemieckie Szkoły Ojczyźniane (DH)36. Po wojnie z tych ukradzionych 200 tysięcy dzieci odnaleziono w Niemczech tylko 30 tysięcy. Odnajdywały się one nie tylko w Niemczech, ale też w Austrii, a nawet w Hiszpanii. Ponieważ wszelka dokumentacja Lebensbornu jak i NSV została zniszczona, a imiona i nazwiska oraz inne dane dzieci zmienione, szanse na odnalezienie przez polskie rodziny swych dzieci były znikome. To może także dotyczyć mnie.
Cytuję za R. Hrabarem:
W pierwszych miesiącach po zakończeniu działań wojennych akta centrali "Lebensborn" zostały przez amerykańskie władze okupacyjne zatopione w rzece Inn w Bawarii37.
Wszystkie zakłady Lebensbornu posiadały własne biura meldunkowe. Skradzionym dzieciom zmieniano nazwiska. Nadawano nazwiska odpowiadające podobieństwu fonetycznemu lub znaczeniowemu (na przykład Twardecki - Hartmann, Alina Antczak - Hilde Anzinger). Polskie imiona całkowicie zniemczano. Zmieniano daty i miejsce urodzenia. O rodzicach nic nie wspominano w nowej metryce urodzenia. Potem te dzieci miały przejąć i ukształtować w duchu nazistowskim inne organizacje, w tym oczywiście Hitlerjugend. Po odchowaniu tych dzieci oddawano je do adopcji sprawdzonym rodzinom niemieckim.
Być może, że to właśnie ja jestem jednym z dwustu tysięcy skradzionych w Polsce dzieci. Nie zdążono dowieźć mnie do Rzeszy, pociąg albo autobus dojechał do Niemczy - droga na zachód do Goerlitz i na południe do Czech została odcięta przez wojska Koniewa, za kilka dni skończyła się wojna, a z nią Hitler i Himmler, Lebensraum i Lebensborn.
Warunkiem przyjęcia ciężarnej kobiety przez Lebensborn była jej "czystość rasowa". Jeśli chodzi o udział procentowy matek zamężnych i niezamężnych, to proporcje układały się mniej więcej pół na pół. Lebensborn był bardzo popularny, bo w latach wojny, gdy żywność racjonowano na kartki, Niemki miały tam znakomite warunki zamieszkania, wyżywienia, sanitarne oraz fachową obsługę medyczną. Organizacja była finansowo samowystarczalna, budynki kupowano bądź zabierano siłą, a utrzymywano je ze składek wszystkich esesmanów. Na terenie Rzeszy naboru dziewcząt dokonywano w niemieckiej organizacji dziewczęcej BDM, pod chwytliwym hasłem "podarować dziecko wodzowi" (dem Führer ein Kind schengen). Podobno ochotniczek nie brakowało, wiele z nich uważało, że w sensie symbolicznym są narzeczonymi samego Führera. Te, które nie dostąpiły zaszczytu przyjęcia do Lebensbornu, pisały rozpaczliwe listy miłosne do Hitlera (Aneks 7).
Pierwszy ośrodek Lebensbornu, tak zwany kinderheim w Monachium, powstał w grudniu 1935 roku. Potem powstawały następne. W Niemczech i za granicą - w Norwegii, Austrii, we Francji, Belgii i Luksemburgu. Na dawnych terenach niemieckich - a dzisiaj w Polsce - powstał taki ośrodek w Połczynie Zdroju (Bad Polzin). Istnieją niepotwierdzone przypuszczenia, że ośrodek Lebensbornu znajdował się także we wsi Mokrzeszów w pobliżu Świdnicy. Mieścił się w pałacu (zamku) wybudowanym w II połowie XIX wieku przez Zakon Kawalerów Maltańskich jako zespół szpitalno-sanatoryjno-wypoczynkowy. Był to tak zwany Dom Matek. Dzisiaj ten pałac jest opuszczony, ogród zarośnięty chwastami. Do dzisiaj historycy się spierają, czy był tam ośrodek Lebensbornu. Gdyby udało się zaglądnąć w PCK lub DRK do podania matki Arego z około 1950 roku o odszukanie dziecka, to, jeśli była ona w ośrodku Lebensborn, z pewnością by o tym z dumą napisała. Myślę, że jeśli nawet był tam taki ośrodek, to działał on krótko, bo tylko do końca roku 1942. Potem, gdy Niemcy zbierali cięgi na froncie wschodnim, takie ośrodki z pewnością zamieniali na szpitale, bo priorytetem stały się miejsca dla rannych żołnierzy z frontu wschodniego.
Ośrodki Lebensbornu były urządzane w pięknych okolicach, w miejscach ustronnych, w starannie pielęgnowanych parkach, dużych i ładnych domach, przypominały luksusowe pensjonaty z dyskretną obsługą. Podawano dobre jedzenie, po kolacji serwowano ciastka i wino lub koniak, na stołach pojawiały się kwiaty i zapalone świece, pianista grał modne szlagiery, goście bawili się lub szli na spacer do parku, "zakochane" pary udawały się do swoich pokoi.
Miałem ocenić stopień prawdopodobieństwa, czy Ary został poczęty w jakimś pięknym ośrodku Lebensbornu. Prawdopodobieństwo takiego zdarzenia jest bardzo wysokie. Co symptomatyczne, Ary miał na drugie imię Adolf. Pierwsze imię to Aribert. Matka Arego pochodziła z Opola lub okolic, a ośrodek Lebensbornu mógł znajdować się w Mokrzeszowie, w okolicy Świdnicy, niecałe 200 kilometrów od Opola, zaś pociągi w III Rzeszy kursowały znakomicie. Mógł urodzić się i w jednej, i w drugiej instytucji, to znaczy w burdelu lub ośrodku Lebensbornu. Myślę, że kobieta z PCK pomyliła ośrodek Lebensbornu z domem publicznym.
Dzieci urodzone przez kobiety wysłane na roboty przymusowe do Rzeszy
Inną drogą zdobywania przez III Rzeszę dzieci była obserwacja ciężarnych kobiet przywiezionych na roboty przymusowe do Niemiec. Jeśli uznano kobietę za "wartościową rasowo", umieszczano ją w domu położniczym Lebensbornu. Matce proponowano przyjęcie obywatelstwa niemieckiego. Jeśli zaś była panną, przekonywano ją, że jeśli poślubi Niemca, otrzyma dziecko z powrotem. W międzyczasie sprawdzano pochodzenie ojca tego dziecka. Jeśli i te dane upewniały Niemców o wartości rasowej przyszłego dziecka, dawano kobiecie możliwość spokojnego jego urodzenia. W zakładzie trzymano kobietę z oseskiem przez dwa miesiące i jeśli nie wyrażała zgody na zostanie Niemką, dziecko zabierano, a matkę wysyłano z powrotem do gospodarstw rolnych lub fabryk. Mecenas Hrabar twierdzi, że dzieci, których matkami były robotnice przymusowe, urodziło się dziesiątki tysięcy.
Dzieci urodzone w obozach pracy lub obozach koncentracyjnych
I tam rodziły się dzieci. W straszliwych warunkach. Temu tematowi poświęcę osobny rozdział o dzieciach i kobietach w Auschwitz.
Matki, których nie uznano za "wartościowe rasowo", rodziły dzieci zarówno w obozach pracy, jak i w obozach koncentracyjnych. Tam zagłodzone matki, a szczególnie dzieci, szybko umierały. Część dzieci jednak przeżywała. Zdarzało się, że w obozach urządzano "żłobki", nie zapewniając żadnej opieki zdrowotnej. Są informacje, że nawet w Auschwitz, w jednym z baraków, urządzono taki "żłobek". Więźniowie wymalowali to pomieszczenie, a na ścianach namalowali miłe, kolorowe zwierzątka i różne roślinki. Smutno mi, ale i to może mnie dotyczyć.
2 Wieś na Dolnym Śląsku, trzy kilometry od Ziębic.
3 Lany poniedziałek w 1946 r. wypadł 22 kwietnia. Rosjanie wyzwolili Niemczę w maju 1945 r. Może to był jakiś oddział stacjonujący na Dolnym Śląsku.
4 Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego - tymczasowy organ władzy wykonawczej działający od lipca do końca grudnia 1944 r. na obszarze wyzwalanym spod okupacji niemieckiej. Powołany w Moskwie, zdominowany przez komunistów i pod polityczną kontrolą J. Stalina.
5 Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej - powstał w wyniku podwójnej operacji politycznej: najpierw w wyniku jednostronnego przekształcenia przez Stalina PKWN w Rząd Tymczasowy Rzeczypospolitej Polskiej (31 grudnia 1944 r.), później Rząd Tymczasowy uległ przekształceniu w Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej (28 czerwca 1945 r.).
6 Polski Związek Zachodni - organizacja patriotyczna powstała jeszcze w 1934 r. Po zawieszeniu działalności podczas wojny Związek został reaktywowany pod koniec 1944 r. w Lublinie, a od 1945 r. jego siedziba mieściła się w Poznaniu. Bardzo aktywnie wspierał działalność władz na Dolnym Śląsku.
7 Dziękuję panu mgr. Ivo Łaborewiczowi, kierownikowi Oddziału Archiwum Państwowego w Jeleniej Górze, za przekazanie mi kopii maszynopisów i pism odręcznych dotyczących spraw socjalnych w Miszkowicach z pierwszych miesięcy po zakończeniu wojny (Akta zespołu Starostwa Powiatowego w Kamiennej Górze, sygnatura 287).
8 Na podstawie jego maszynopisów pt.: AK Wilno (10 stron); Kronika szkolna (10 stron) oraz na podstawie opracowania jego córki, pani Krystyny Bieńkowskiej z Kamiennej Góry.
9 Administracja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy - udzielała pomocy ludności krajów najbardziej dotkniętych przez II wojnę światową, wysyłała pomoc charytatywną m.in. do Polski.
10 M. Christian, Muzułmanie, islam i ja. Wspomnienia kooperanta z Algierii, Kraków 2007.
11 W. Siemaszko, E. Siemaszko, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej, t. I i II, Warszawa 2000.
12 Kinder to po niemiecku dziecko (raczej nie sierota), Kinderheim to dom dziecka. Waisen po niemiecku to sierota (bez rodziców), a więc Waisenheim to sierociniec.
13 DRK (Deutsches Rotes Kreuz) - Niemiecki Czerwony Krzyż.
14 Stasi (Staatssicherheitsdienst) - Państwowa Służba Bezpieczeństwa - odpowiednik naszego polskiego UB.
15 Karol Fryderyk Gauss (1777-1855), niemiecki matematyk i astronom. Syn ubogiego pomocnika murarskiego. O jego talencie matematycznym dowiedział się książę Brunszwiku i postanowił łożyć na jego wykształcenie. Młodziutki Gauss miał stały dostęp do dobrze zaopatrzonej biblioteki w pałacu księcia. Tam poznał dzieła współczesnych mu astronomów i matematyków. Potem, po studiach, objął katedrę matematyki na Uniwersytecie w Getyndze. W swoich czasach nazywany "księciem matematyki". Niemcy wydały banknot dziesięciomarkowy z jego podobizną.
16 https://pl.wikipedia.org/wiki/Pieszyce [17.07.2017].
17 Anton Siemionowicz Makarenko (1888-1939), radziecki pedagog, kierownik domu dziecka w ZSRR, wprowadził nowatorskie rozwiązania w pracy pedagogicznej z młodzieżą. Pisarz, autor Poematu pedagogicznego.
18 Diora - Dzierżoniowskie Zakłady Radiowe.
19 Tadeusz Żeleński, pseudonim Boy, ur. 1874 r. w Warszawie, rozstrzelany przez Niemców we Lwowie w 1942 r. Wybitny tłumacz literatury francuskiej.
20 Na temat tych ośrodków patrz rozdział: "Lebensborn e.V. (Źródło Życia)".
21 H. Hartung, Gdy niebo zstąpiło pod ziemię, Wrocław 2008.
22 Mein Kampf (Moja walka) napisał Adolf Hitler podczas pobytu w więzieniu. Hitler był skazany na pięć lat po nieudanym puczu monachijskim (zamach stanu w listopadzie 1923 r. na legalny rząd Republiki Weimarskiej). Pierwsze wydanie niemieckie ukazało się w 1925 r. W tej książce Hitler zawarł podstawy swojej ideologii, a więc tezy o aryjskiej "rasie panów", antysemityzm, antysłowiańskość, zasady czystości rasowej, w tym tezy o eugenice, konieczność zdobywania przestrzeni życiowej przez Niemców i konieczność budowania "Wielkich Niemiec". Opowiadał się przeciw rządom demokratycznym, a za rządami "wodzowskimi". Zakazane jest wydawanie i rozpowszechnianie tej książki w Polsce, Austrii, Francji, Meksyku, Rosji, Hiszpanii. Dozwolone jest jej wydawanie - lecz z pewnymi ograniczeniami - w niektórych krajach europejskich: Finlandii, Grecji, Portugalii, Turcji, we Włoszech, Bułgarii, Danii, Szwecji. Mein Kampf wydawany był w Libii Kadafiego i rozpowszechniany wśród innych krajów arabskich.
23 F. Piper, Eksploatacja pracy więźniów w Auschwitz, 1940-1945, t. II, Oświęcim-Brzezinka 1995, s. 108.
24 Po raz pierwszy piosenkę tę nadało radio z okupowanego przez Niemców Belgradu w roku 1941. Śpiewała ją niemiecka szansonistka Lale Anderson. Słuchali jej i nucili żołnierze Afrika Korps. Melodia bardzo im się spodobała. Prosili listownie tylko o tę piosenkę. Doszło do tego, że była puszczana w eter nawet 30 razy dziennie. Jednocześnie tej samej piosenki słuchali żołnierze po drugiej stronie afrykańskiego frontu, z brytyjskiej 8 Armii walczącej z Rommlem. Słuchali jej też żołnierze francuscy, włoscy i oczywiście niemieccy na innych frontach. Rychło w Anglii przetłumaczono tekst piosenki na język angielski. Nagrano płytę, którą sprzedawano w setkach tysięcy egzemplarzy. Melodia była grana przez wszystkie alianckie orkiestry wojskowe i radiostacje USA. Gdy w maju 1945 r. gen. Dwight Eisenhower wkraczał do Paryża, alianckie radiostacje nadawały tę piosenkę. Generał Eisenhower uwielbiał ją. Podczas przyfrontowych koncertów organizowanych przez Amerykanów piosenkę w języku angielskim wykonywała uwielbiana przez nich Marlena Dietrich. Przed wybuchem II wojny światowej Marlena Dietrich uciekła z hitlerowskich Niemiec.
25 L.-G. Buchheim, Okręt, Warszawa 1987.
26 S. Grzesiuk, Pięć lat kacetu, Warszawa 1989, s. 12.
27 H.H. Kirst, Noc długich noży, Warszawa 1992.
28 Za: J. Kałucki, Komando Puff w Auschwitz, "Rzeczpospolita", z dn. 22.01.2010, http://www.rp.pl/artykul/423629.html?p=1 [dostęp: 18.07.2017]. Ten sam opis: K. Żywulska, Przeżyłam Oświęcim, Warszawa 2008, s. 57.
29 S. Grzesiuk, Pięć lat kacetu, dz. cyt., s. 12.
30 D. Szmitz-Köster, W imię rasy, Warszawa 2000.
31 G. Lilienthal, Der Lebensborn e.V., Frankfurt am Main 2003.
32 R. Hrabar, Hitlerowski rabunek dzieci polskich, Katowice 1960.
33 Schupo (Schutzpolizei) - niemiecka policja porządkowa.
34 Zakład germanizacyjny w Bruczkowie działał od 1940 do listopada 1942 r.
35 N. Davies, Europa walczy 1939-1945, Kraków 2008, s. 413.
37 R. Hrabar, Hitlerowski rabunek dzieci polskich, dz. cyt., s. 37.