Prolog
Zanim Mackensie Elliot skończyła osiem lat, brała ślub trzynaście razy.
Poślubiła każdą z trzech przyjaciółek, zarówno w roli panny młodej jak i pana młodego, brata przyjaciółki (chociaż zapierał się rękami i nogami),
dwa psy, trzy koty i królika.
Brała też udział w niezliczonych innych ślubach jako druhna, drużba,
świadek czy nawet osoba udzielająca ślubu. Każde z tych małżeństw trwało
co najwyżej do popołudnia i w zasadzie kończyło się bezkonfliktowo.
Przemijający charakter małżeństwa nie był dla Mac niczym dziwnym, bo jej
rodzice mieli już na koncie po dwa związki... jak dotąd.
Może nie tyle podobała jej się sama zabawa w Dzień Ślubu, co możliwość
wcielania się w rolę księdza, pastora czy urzędnika stanu cywilnego. A po bar micwie bratanka drugiej żony ojca, również rabina.
Oczywiście wielkim plusem była musująca lemoniada i babeczki albo pyszne
ciasteczka, które zawsze pojawiały się na ślubnych przyjęciach.
Natomiast Parker uwielbiała zabawę w Dzień Ślubu. Zawsze zawierano je w Brown Estate, posiadłości z rozległym ogrodem, z urokliwymi zagajnikami
i ze srebrzystym stawem. W mroźne zimy Connecticut ceremonie ślubne
mogły się odbywać przed którymś z płonących kominków w dużym domu.
Śluby były skromne albo wystawne. Zdarzały się też królewskie zaślubiny,
romantyczne ucieczki zakochanych, ceremonie w cyrku albo na pokładzie
pirackich statków. Wszystkie pomysły traktowano poważnie i poddawano
głosowaniu, a żaden temat ani strój nie wydawał się zbyt szalony.
Mimo wszystko po trzynastu ślubach na koncie Mac zaczęła trochę nużyć ta
zabawa.
Do czasu, gdy nastąpił tamten przełomowy moment.
Na ósme urodziny Mackensie jej uroczy i przeważnie nieobecny ojciec
przysłał aparat fotograficzny firmy Nikon. Ona nigdy nie przejawiała
zainteresowania fotografią i z początku odłożyła to cacko do innych
dziwnych prezentów, które ojciec jej dawał albo przysyłał od czasu
rozwodu. Matka Mac powiedziała o aparacie swojej matce, a babcia,
krytykując lekkomyślnego, bezużytecznego Geoffrey'a Elliota, bąknęła, że
aparat fotograficzny to nieodpowiedni prezent dla małej dziewczynki i bardziej pasowałaby lalka Barbie.
Mac dla zasady zazwyczaj nie zgadzała się z babcią, toteż
zainteresowanie dziewczynki aparatem natychmiast wzrosło. Aby jeszcze
bardziej zirytować babcię, która spędzała lato u nich, zamiast siedzieć
w swojej emeryckiej społeczności w Scottsdale, gdzie zdaniem Mac było
jej miejsce, zaczęła wszędzie chodzić z Nikonem. Bawiła się nim,
eksperymentowała. Robiła zdjęcia swojego pokoju, swoich stóp,
przyjaciółek. Zdjęcia wychodziły albo nieostre, albo ciemne, albo
rozmyte i blade. Przy braku sukcesów, a także z powodu zbliżającego się
rozwodu matki z ojczymem zainteresowanie Mac Nikonem zaczęło słabnąć.
Nawet po latach nie umiała powiedzieć, co ją skłoniło, aby pewnego
pięknego letniego popołudnia zabrać aparat do Parker na Dzień Ślubu.
Wszystkie szczegóły tradycyjnego ślubu w ogrodzie zostały starannie
zaplanowane. Emmaline jako panna młoda i Laurel w roli pana młodego mają
złożyć przysięgę małżeńską pod różaną pergolą. Emma będzie miała welon i tren uszyte ze starego obrusa przez mamę Parker, a Harold, leciwy,
poczciwy golden retriever poprowadzi pannę młodą do pana młodego ścieżką
ogrodową. Szpaler gości wzdłuż ścieżki składał się z Barbie, Kenów,
laleczek Cabbage Patch Kids i z najróżniejszych pluszaków.
-?To bardzo prywatna ceremonia -?instruowała Parker, upinając welon
Emmie. -?Ze skromnym przyjęciem na patio. A gdzie jest drużba?
Laurel, ze świeżo otartymi kolanami, przepchnęła się pomiędzy trzema
krzewami hortensji.
-?Uciekł i wspiął się na drzewo za wiewiórką. Nie mogę go stamtąd
ściągnąć.
Parker przewróciła oczami.
-?Ja po niego pójdę. Ty nie powinnaś widzieć panny młodej przed ślubem.
To przynosi pecha. Mac, upnij welon Emmie i zrób dla niej bukiet. A ja z Laurel ściągniemy Pana Fisha z drzewa.
-?Wolałabym pójść popływać -?oznajmiła Mac, z roztargnieniem pociągając
za welon Emmy.
-?Możemy popływać po ślubie.
-?Pewnie tak. Nie masz już dość tych wszystkich ślubów?
-?E tam, mnie to nie przeszkadza. A tutaj tak pięknie pachnie. I wszystko jest takie ładne.
Mac podała Emmie bukiecik z mleczy i dzikich fiołków, które wolno im
było zrywać.
-?Ładnie wyglądasz.
Szczera prawda. Ciemne, lśniące włosy Emmy opadały faliście pod białą
koronką. Jej ciemnobrązowe oczy błyszczały, gdy wąchała bukiecik
chwastów. Emma była śniada, miała taką złotawą opaleniznę i Mac z niechęcią pomyślała o swojej białej jak mleko cerze.
To klątwa rudzielców, mawiała jej matka, bo sama odziedziczyła
marchewkowe włosy po ojcu. Mac była bardzo wysoka jak na ośmiolatkę,
chuda jak patyk, no i nosiła ten znienawidzony aparat ortodontyczny.
Pomyślała, że Emmaline wygląda przy niej jak cygańska księżniczka.
Parker i Laurel wróciły, chichocząc z kocim drużbą w objęciach.
-?Niech wszyscy zajmą swoje miejsca. -?Parker podała kota Laurel. -?Mac,
musisz się przebrać! Emmo...
-?Nie chcę być druhną. -?Mac popatrzyła na bufiastą sukienkę Kopciuszka
przerzuconą przez oparcie ławki. -?Ten materiał drapie i jest za gorąco.
Dlaczego Pan Fish nie może być druhną, a ja drużbą?
-?Bo tak zostało ustalone. Wszyscy się denerwują przed ślubem. -?Parker
odrzuciła do tyłu długie brązowe kucyki, wzięła sukienkę i sprawdziła
czy nie ma na niej rozdarć i plam. Zadowolona, podała ją Mac. -?W porządku. To będzie piękna ceremonia, ślub z miłości, a potem "żyli
długo i szczęśliwie".
-?Moja mama mówi, że "żyli długo i szczęśliwie" to jedna wielka bzdura.
Po stwierdzeniu Mac na chwilę zapadła cisza. W powietrzu zawisło
niewypowiedziane słowo; "rozwód".
-?Nie sądzę, że tak musi być. -?Parker ze współczuciem w oczach
wyciągnęła rękę i pogładziła Mac po nagim ramieniu.
-?Nie chcę włożyć tej sukienki. Nie chcę być druhną. Ja...
-?Dobrze. W porządku. Możemy mieć udawaną druhnę. W takim razie spróbuj
porobić zdjęcia.
Mac spojrzała na aparat wiszący na szyi. Zupełnie o nim zapomniała.
-?Nigdy porządnie nie wychodzą.
-?Może tym razem się uda. Będzie zabawa. A ty zostaniesz oficjalną
ślubną fotografką.
-?Pstryknij mi fotkę z Panem Fishem -?zażądała Laurel, przytulając twarz
do kociego pyszczka. -?No, dalej, Mac!
Mac bez większego entuzjazmu uniosła aparat i nacisnęła spust migawki.
-?Powinnyśmy wcześniej o tym pomyśleć! -?zawołała Parker. -?Możesz
zrobić oficjalne portrety panny młodej i pana młodego, a potem kilka
zdjęć z ceremonii. -?Pochłonięta nowym pomysłem, rzuciła sukienkę
Kopciuszka na krzew hortensji. -?Będzie fajnie. Będzie zabawnie. Musisz
iść ścieżką razem z panną młodą i z Haroldem. Spróbuj zrobić kilka
ciekawych ujęć. Ja poczekam, później puszczę muzykę. Chodźmy!
Będą babeczki i lemoniada, przypomniała sobie Mac, oraz pływanie i zabawa. Nie szkodzi, że zdjęcia wyjdą głupie, nieważne, że babcia miała
rację i ona jest za mała na aparat fotograficzny.
Nie ma znaczenia, że jej matka znowu się rozwodzi i że ojczym, który w sumie był całkiem w porządku, już się wyprowadził. Nieważne, że "żyli
długo i szczęśliwie" to jedna wielka bzdura, bo przecież to wszystko
jest tylko na niby.
Zaczęła robić zdjęcia Emmie i karnemu Haroldowi, choć już widziała ten
moment, gdy odbierze wywołany film i jak zawsze zobaczy rozmazane
sylwetki i odciski swojego kciuka.
Kiedy Parker puściła muzykę, zrobiło jej się przykro, że nie włożyła
drapiącej sukienki i nie została druhną Emmy tylko dlatego, że mama i babcia popsuły jej humor.
Stanęła z boku i skoncentrowała się na zrobieniu ładnego zdjęcia Harolda
prowadzącego Emmę ścieżką. W obiektywie wszystko wygląda inaczej,
pomyślała. Mogła się skupić na twarzy przyjaciółki, na welonie
układającym się na jej włosach. I na słońcu tak ślicznie prześwitującym
przez koronkę.
Zrobiła jeszcze kilka zdjęć, gdy Parker, jako wielebny Whistledown,
zaczęła przemowę od "najmilsi, zebraliśmy się", Emma i Laurel wzięły się
za ręce, a Harold zaczął pochrapywać, zwinięty w kłębek u ich stóp.
Widziała, jakie jasne są włosy Laurel, jak słońce rozświetla pasma
wystające spod jej wysokiego czarnego kapelusza pana młodego. Jak drgają
wąsy Pana Fisha, kiedy ziewa.
To wszystko działo się w Mac i wokół niej. Trzy przyjaciółki stały razem
pod łukiem pergoli obrośniętym białymi różami; uroczy tercet
podrastających dziewczynek. Mac instynktownie odrobinę się przesunęła i przechyliła aparat. Nie wiedziała jeszcze, że tworzy kompozycję; po
prostu w obiektywie wszystko ładniej wyglądało.
Modry motyl przefrunął w jej polu widzenia i przysiadł na żółtym jak
masło mleczu w bukieciku Emmy. Zaskoczenie i zachwyt niemal równocześnie
pojawiły się na twarzach trójki pod białymi różami.
Mac nacisnęła spust migawki.
Wiedziała, naprawdę wiedziała, że to zdjęcie nie będzie rozmazane,
ciemne czy nieostre. Kciuk nie zasłoni obiektywu. Uświadomiła sobie, jak
to zdjęcie będzie wyglądać i że babcia nie miała racji.
Być może "żyli długo i szczęśliwie" to jedna wielka bzdura, ale ona już
wiedziała, że chce robić więcej zdjęć szczęśliwych chwil. Zatrzymać je
na zawsze.
Rozdział pierwszy
Pierwszego stycznia Mac przetoczyła się na kanapie, żeby pacnąć budzik,
i wylądowała twarzą w dół na podłodze studia.
-?Cholera. Szczęśliwego Nowego Roku.
Oszołomiona i zdezorientowana, dopiero po chwili przypomniała sobie, że
nie dotarła na górę do łóżka, a ten alarm to zegar w komputerze
ustawiony na dwunastą w południe. Dźwignęła się z podłogi i chwiejnie
podreptała do kuchni w stronę ekspresu do kawy.
Dlaczego ludzie musieli się pobierać w Sylwestra? Dlaczego urządzali
formalny rytuał w święto przeznaczone na alkoholiczny maraton i często
przygodny seks? I jeszcze angażowali w to rodzinę i przyjaciół, nie
wspominając już o fotografach ślubnych.
Oczywiście, kiedy o drugiej nad ranem przyjęcie wreszcie się skończyło,
mogła pójść spać jak normalny człowiek, zamiast przez trzy godziny
przeglądać zdjęcia ze ślubu Hinesów-Mayersów.
Kurde, musiała przyznać, że niektóre wyszły naprawdę dobre. A kilka
znakomitych.
A może były do chrzanu i oceniła je w euforycznym zamroczeniu.
Nie, naprawdę były udane.
Wsypała trzy łyżeczki cukru do czarnej kawy i piła ją przy oknie,
zapatrzona na przykryte śniegiem trawniki i ogród Brown Estate.
Świetnie sobie poradziły z tym ślubem, pomyślała. Może Bob Hines i Vicky
Mayers wezmą z nich przykład i równie dobrze poradzą sobie w małżeństwie.
Tak czy owak wspomnienia z tego dnia nie znikną. Ważne i błahe momenty
zostały uwiecznione. Dopracuje te zdjęcia, wyostrzy je i wydrukuje.
Dzięki nim Bob i Vicky będą mogli wracać wspomnieniem do tego dnia za
tydzień czy za sześćdziesiąt lat.
Ta myśl była równie pobudzająca jak słodka czarna kawa w mroźny, zimowy
dzień.
Otworzyła szafkę, wyjęła pudełko z ciastkami Pop-Tarts i żując jedno na
stojąco, przejrzała rozpiskę zadań na dziś.
Ślub Clay-McFearson (Rod i Alison) o osiemnastej. A więc panna młoda z druhnami zjawia się przed piętnastą, pan młody i jego grupa przed
szesnastą. O czternastej przedślubna narada w głównym domu.
Dość czasu, żeby wziąć prysznic, ubrać się, przejrzeć notatki i dokładnie sprawdzić sprzęt. Według ostatniej prognozy dzień miał być
słoneczny, a temperatura około zera. Powinna wyjść seria pięknych ujęć z przygotowań w naturalnym świetle, może nawet uda jej się namówić Alison,
jeżeli dziewczyna lubi wyzwania, na portret panny młodej na balkonie ze
śnieżną scenerią w tle.
Matka panny młodej, Dorothy, (mów mi Dottie), jak zapamiętała, należała
do osób aroganckich i wymagających, ale poradzi sobie z nią. Jeżeli nie,
to naśle na nią Parker. Ona radzi sobie ze wszystkim i wszystkimi.
Dzięki talentowi i determinacji Parker agencja Przysięgi w ciągu
zaledwie pięciu lat stała się jedną z najlepszych organizujących śluby i przyjęcia w całym stanie. Gdy przyjaciółka otrząsnęła się po tragedii,
jaką była śmierć rodziców, i wykrzesała w sobie energię do działania,
zmieniła wspaniałą wiktoriańską rezydencję i oszałamiające tereny Brown
Estate w kwitnący biznes.
Ona też miała swój udział w tym sukcesie, pomyślała Mac, przełykając
ostatni kęs ciastka.
Przeszła przez studio i kierując się na schody do sypialni i łazienki,
przystanęła przed jedną ze swoich ulubionych fotografii. Rozpromieniona
panna młoda z twarzą uniesioną ku górze, z rozpostartymi ramionami i otwartymi dłońmi, stała w deszczu wirujących różowych płatków róż. To
okładka z "Today's Bride". Po prostu jestem dobra, uznała.
W grubych skarpetach, we flanelowych spodniach i dresowej bluzie wspięła
się na piętro, żeby przemienić się ze zmęczonej, uzależnionej od ciastek
Pop-Tart's dziewczyny w elegancką, profesjonalną fotografkę ślubów.
Zignorowała pomiętą pościel, bo po co ją składać, skoro wieczorem i tak
ją rozgrzebie, oraz ogólny bałagan w sypialni. Gorący prysznic w połączeniu z dawką kofeiny i cukru rozwiał resztki porannego odrętwienia
i wreszcie mogła skupić się na dzisiejszej pracy.
Miała pannę młodą otwartą na kreatywne pomysły, jej pasywno-agresywną
matkę, osobę w swoim mniemaniu wszechwiedzącą i nieomylną, oraz
zakochanego po uszy pana młodego, który świata nie widział poza swoją
wybranką. Oboje młodzi okazali się wyjątkowo fotogeniczni.
Ten ostatni fakt sprawiał, że praca, która zawsze stanowiła wyzwanie, w ich przypadku będzie też przyjemnością. Jak dokonać tego, aby klienci
dostawali fotograficzną opowieść o swoim dniu, która jednocześnie byłaby
spektakularna i niepowtarzalnie ich własna?
Gdy pod prysznicem myła krótkie, nieco niesforne, rude włosy,
zastanawiała się nad kolorystyką oprawy panny młodej, przeglądając swoje
mentalne kartoteki. Srebro i złoto. Elegancko i efektownie.
Obejrzała już kwiaty i tort -?dzisiaj ostatnie szlify. Widziała upominki
dla gości, obrusy, stroje druhen i drużbów, nakrycia głowy. Miała kopię
repertuaru zespołu z zaznaczonym pierwszym tańcem; matki z synem i ojca
z córką.
Tak więc przez kilka najbliższych godzin jej świat będzie się kręcił
wokół Alison i Roda.
Wybrała strój i biżuterię, zrobiła staranny makijaż. Dbała o te sprawy
niemal tak samo jak o swój sprzęt. Obładowana wyszła na dwór, żeby
pokonać nieduży odcinek drogi dzielący domek przy basenie od głównego
domu.
Śnieg skrzył się niczym diamenty pokruszone na futrze gronostaja,
powietrze było zimne i przejrzyste jak lód. Koniecznie musi za dnia i wieczorem zrobić kilka zdjęć na zewnątrz. Zimowy ślub, biały ślub,
ziemia przykryta śniegiem, oblodzone gałęzie drzew, śnieżne czapy
zsuwające się z ogołoconych witek wierzb nad stawem. I fantazyjny
wiktoriański dom z licznymi krzywiznami dachu, z łukowymi i okrągłymi
oknami, miękko niebieski na tle twardej powłoki szarego nieba. Tarasy i szeroki portyk witały tę porę roku girlandami ze światełek i z zielonych
gałązek.
Przyglądała się domowi za każdym razem, gdy chodziła po odśnieżonych
ścieżkach. Uwielbiała jego linie i kąty, subtelne akcenty z jasnej żółci
i kremowej bieli na tle delikatnego błękitu.
To miejsce było dla niej takim samym domem jak ten, w którym dorastała.
A często nawet lepszym, przyznała, bo w jej własnym rządziły kapryśne
humory matki. Rodzice Parker byli ciepli, gościnni, kochający i... jak
teraz przyszło jej na myśl, przewidywalni. To tutaj znalazła bezpieczną
przystań w swoim burzliwym dzieciństwie.
Kiedy oboje zginęli przed niemal siedmiu laty, przeżyła ich śmierć tak
samo jak przyjaciółka.
Teraz Brown Estate było jej domem. Jej firmą. Jej życiem. Jej miejscem
na ziemi pod każdym względem. Czy można chcieć czegoś więcej, jeżeli
robi się to, co się kocha, i to z przyjaciółkami od serca?
Weszła do środka przez tylne wejście, zostawiła okrycie w przedpokoju i poszła zajrzeć do królestwa Laurel.
Przyjaciółka i partnerka w interesach stała na stołku, starannie dodając
srebrne kalie do pięciu pięter weselnego tortu. Każdy z kwiatów
rozkwitał u podstawy złotego liścia akantu, co dawało lśniący, elegancki
efekt.
-?Prawdziwe arcydzieło, McBane.
Laurel ręką pewną jak u chirurga dokładała kolejną kalię. Jasne włosy
miała zwinięte w luźny kok, który bardzo pasował do jej pociągłej,
trójkątnej twarzy. Pracując, mrużyła w skupieniu chabrowe oczy.
-?Jestem zadowolona, że zdecydowali się na kompozycję z kalii na
szczycie, zamiast figurek pani i pana młodego. To właśnie nadaje
charakter temu projektowi. Poczekaj, aż przeniesiemy tort do sali
balowej i uzupełnimy dekorację.
Mac sięgnęła po aparat.
-?Cyknę fotkę na naszą stronę internetową. Mogę?
-?Jasne. Pospałaś trochę?
-?Położyłam się dopiero około piątej, ale wylegiwałam się do południa. A ty?
-?Padłam o wpół do trzeciej. Jednak o siódmej już byłam na nogach, żeby
dokończyć tort pana młodego, desery i takie tam różności. Cholernie się
cieszę, że do następnego ślubu mamy dwa tygodnie. -?Obejrzała się przez
ramię. -?Tylko nie zdradź Parker, że to powiedziałam.
-?Ona pewnie już wstała.
-?Dwa razy zdążyła tu zajrzeć. Prawdopodobnie wszystko już dwukrotnie
obleciała. Chyba słyszałam, jak weszła Emma. Mogą teraz siedzieć w biurze.
-?Pójdę tam. Dołączysz do nas?
-?Za dziesięć minut. Przyjdę na czas.
-?W świecie Parker na czas oznacza spóźnienie -?zażartowała Mac z dobrodusznym uśmiechem. -?Postaram się czymś ją zająć.
-?Po prostu jej powiedz, że pewnym rzeczom pośpiech szkodzi. A matka
panny młodej zbierze tyle komplementów za ten tort, że wreszcie
przestanie szukać dziur w całym.
-?Oby.
Mac przeszła korytarzem do holu wejściowego i zlustrowała Salę
Kominkową, w której miała się odbyć ceremonia ślubna. Emmaline i jej
elfy zdążyły pozdejmować dekoracje po ostatnim weselu i na nowo ją
przystrajały. Każda panna młoda miała swoją wizję, a dzisiejsza
zażyczyła sobie mnóstwa złotych i srebrnych szarf oraz girland, zamiast
liliowo-kremowego wystroju sylwestrowej nocy.
Bierwiona ułożone w kominku czekały, żeby je rozpalić, zanim zaczną
zjeżdżać się goście. Srebrzyste kokardy zdobiły rzędy krzeseł w białych
pokrowcach. Emma już ustawiła na gzymsie kominka złote świece w srebrnych lichtarzach. W holu w wysokim szklanym wazonie pysznił się
ogromny bukiet białych kalii, ulubionych kwiatów panny młodej.
Mac przyjrzała się oświetleniu i dekoracjom, odnotowała w myślach swoje
uwagi, po czym wspięła się po schodach na drugie piętro.
Tak jak się spodziewała, znalazła Parker w salce konferencyjnej
sąsiadującej z biurem. Siedziała obłożona laptopem, tabletem BlackBerry,
teczkami, telefonem komórkowym i zestawami słuchawkowymi. Gęste, brązowe
włosy miała zebrane w długi, prosty kucyk. To uczesanie współgrało ze
spodnium w stonowanej gołębiej szarości, które idealnie wtopi się w tło,
podbijając kreację panny młodej.
Parker nie umykały żadne szczegóły.
Nie odrywając wzroku od laptopa, zakręciła palcem w powietrzu. Mac,
znając ten gest, podeszła do kawiarki i nalała dla nich kawy. Postawiła
kubki na stole, położyła swoją teczkę i otworzyła notebook.
Parker wyprostowała się, uśmiechnęła się do Mac i podniosła kubek.
-?To będzie udany ślub.
-?Na pewno.
-?Drogi czyste, dobra pogoda. Panna młoda już wstała, zjadła śniadanie i była na masażu. Pan młody zaliczył trening na siłowni i popływał.
Catering działa zgodnie z planem. Wszyscy weselnicy potwierdzili
obecność. -?Spojrzała na zegarek. -?Gdzie Emma i Laurel?
-?Laurel kończy ozdabiać tort. Jest niesamowity. Na Emmę nie natrafiłam,
ale widziałam, że zaczęła dekorować sale na wieczór. Ładnie to wygląda.
Zamierzam zrobić kilka zdjęć na zewnątrz. Przed ceremonią i po.
-?Nie trzymaj za długo panny młodej na dworze. Nie chcemy jej
pociągającej czerwonym nosem.
-?A ty postaraj się trzymać matkę panny młodej z daleka ode mnie.
-?Zanotowano.
Emma szybkim krokiem weszła do salki z dietetyczną colą w jednej ręce i teczką w drugiej.
-?Tink nie przyszła, bo ma kaca, więc brakuje mi jednej osoby. Uwińmy
się z tym, dobrze? -?rzuciła, siadając przy stole. Jej czarne kręcone
włosy opadały na ramiona dresowej bluzy.
-?Apartament Panny Młodej i Sala Kominkowa są już gotowe. Hol i klatka
schodowa na ukończeniu. Bukieciki, kotyliony i poszetki sprawdzone.
Zaczęliśmy prace w Wielkiej Sali i w Sali Balowej. Muszę tam zaraz
wracać.
-?Dziewczynka sypiąca kwiatki?
-?Dostanie pomander z białych róż ze srebrnymi i złotymi wstążkami.
Wianek z róż i gipsówki czeka na fryzjerkę. Jest uroczy. Mac, potrzebuję
kilku zdjęć tych kompozycji. Jeśli nie dasz rady wcisnąć je w plan, sama
je cyknę.
-?Zajmę się tym.
-?Dzięki. Teraz... matka panny młodej.
-?Biorę ją na siebie -?zdecydowała Parker.
-?Potrzebuję... -?Emma urwała, bo do salki weszła Laurel.
-?Nie jestem spóźniona -?zaznaczyła.
-?Tink nie przyszła -?powiadomiła ją Parker. -?Emmie brakuje rąk do
pracy.
-?Mogę pomóc. Muszę jeszcze ustawić centralną dekorację na torcie i dokończyć desery, ale teraz mam czas.
-?Przejrzyjmy harmonogram.
-?Zaczekaj. -?Emma uniosła puszkę z dietetyczną colą. -?Najpierw toast.
Szczęśliwego Nowego Roku dla nas, czterech niesamowitych superlasek.
Najlepszych przyjaciółek pod słońcem.
-?I do tego bystrych i nie do zdarcia. -?Laurel uniosła butelkę z wodą.
-?Za przyjaciółki i wspólniczki.
-?Za nas -?dodała Mac. -?Za przyjaźń i mózg w czterech częściach oraz za
absolutną zajebistość całości, którą tworzymy w Przysięgach.
-?I za dwa tysiące dziewiąty rok. -?Parker podniosła filiżankę z kawą. -
My, wspaniałe, niesamowite, piękne, mądre i twarde dziewczyny przeżyjemy
swój najlepszy rok.
-?No jasne. -?Mac stuknęła się z nimi kubkiem. -?Za śluby -?wtedy, teraz
i zawsze.
-?Wtedy, teraz i zawsze -?powtórzyła po niej Parker. -?A teraz...
harmonogram?
-?Towarzyszę pannie młodej -?zaczęła Mac -?od jej przyjazdu, potem biorę
pod skrzydła pana młodego. Ujęcia reporterskie podczas przygotowań, w razie potrzeby pozowane. Oficjalne portrety wewnątrz i na zewnątrz.
Teraz obfotografuję tort i dekoracje, przygotuję sprzęt. Rodzinne i grupowe zdjęcia przed ceremonią. Po uroczystości potrzebuję tylko
czterdziestu pięciu minut na zdjęcia rodziny, wszystkich gości razem,
panny młodej i pana młodego.
-?Aranżacje kwiatowe w apartamentach państwa młodych skończone do
piętnastej. Kwiaty w holu, w salonie, na schodach, w Wielkiej Sali i w Sali Balowej do siedemnastej. -?Parker zerknęła na Emmę.
-?Będą gotowe.
-?Wpół do szóstej przyjeżdża operator wideo. Goście zaczną się zjeżdżać
między siedemnastą a siedemnastą trzydzieści. Kwartet smyczkowy zaczyna
grać o siedemnastej czterdzieści. Zespół muzyczny czeka w Sali Balowej
od osiemnastej trzydzieści. Matka pana młodego w towarzystwie syna,
wejdzie za dziesięć szósta. Zaraz po nich pojawia się matka panny młodej
w asyście zięcia. Pan młody i drużbowie zajmują miejsca o osiemnastej. -
Parker czyta rozpiskę. -?Ojciec panny młodej, ona sama i orszak
ustawiają się o osiemnastej. Zejście po schodach i przejście przez salę.
Czas trwania ceremonii dwadzieścia trzy minuty. Przerwa i chwila dla
rodziny. Goście są wprowadzani do Wielkiej Sali dwadzieścia pięć minut
po osiemnastej.
-?Bar otwarty -?uzupełniła Laurel. -?Muzyka, tace z przekąskami.
-?Od osiemnastej dwadzieścia pięć do dziewiętnastej czas na zdjęcia.
Kwadrans po dziewiętnastej mowy, prezentacja członków rodzin, orszaku
ślubnego i nowożeńców.
-?Kolacja, toasty -?dorzuciła Emma. -?Mamy to, Parks.
-?Chcę, żebyśmy przeszli do Sali Balowej najpóźniej kwadrans po
dwudziestej -?kontynuowała Parker. -?Pannie młodej zależy, aby babcia
była obecna przy pierwszym tańcu i żeby jej tata zatańczył ze swoją
mamą, po tańcu ojca z córką i matki z synem. Babcia ma dziewięćdziesiąt
lat i może szybko się znużyć. Jeżeli uda nam się zorganizować krojenie
tortu o dwudziestej pierwszej trzydzieści, starsza pani powinna jeszcze
też to zobaczyć.
-?Urocza staruszka -?zauważyła Mac. -?Na próbie zrobiłam jej kilka
ładnych zdjęć z Alison. Dziś również postaram się je razem
sfotografować. Osobiście uważam, że starsza pani zostanie do końca.
-?Mam taką nadzieję. Tort i desery będą podawane w trakcie dalszych
tańców.
Rzucenie bukietu kwadrans po dwudziestej drugiej.
-?Rzut bukietem ustawiony -?zameldowała Emma.
-?Rzucenie podwiązki, tańce trwają dalej. Ostatni taniec o dwudziestej
drugiej pięćdziesiąt, puszczanie baniek, odjazd nowożeńców. Dwudziesta
trzecia, koniec imprezy. -?Parker ponownie spojrzała na zegarek. -?To
mniej więcej tyle. Emma i Laurel muszą się przebrać. Wszystkie
pamiętajcie o zestawach słuchawkowych. -?Telefon Parker zawibrował.
Spojrzała na wyświetlacz. -?Matka panny młodej. Znowu. Czwarty telefon
od rana.
-?Miłej zabawy -?rzuciła Mac i czym prędzej się zmyła.
Zaglądała po kolei do wszystkich pomieszczeń, trzymając się z daleka od
Emmy i jej elfów, które niczym rój pszczół rozprzestrzeniły się po całym
domu z kwiatami, wstążkami i draperiami. Zrobiła zdjęcia tortu Laurel i kompozycji Emmy. W myślach układała kolejne, wieczorne ujęcia.
To był taki jej prywatny rytuał i bardzo uważała, żeby przypadkiem nie
zmienił się w rutynę. Wiedziała, że jeżeli fotografowanie stanie się
automatyczne, zacznie tracić ciekawe ujęcia i okazje, ugrzęźnie w sztampie, zamiast szukać świeżych pomysłów. Ilekroć czuła, że traci
ostrość spojrzenia, przywoływała w myślach obraz tamtego modrego motyla
na żółtym kwiatku mlecza.
W pomieszczeniach unosił się zapach róż i lilii, wszędzie rozbrzmiewały
głosy i stukot pospiesznych kroków. Światło wpadające przez wysokie okna
kładło na podłodze jasne smugi i mieniło się na złotych i srebrnych
wstążkach.
-?Słuchawki, Mac! -?Parker zbiegła głównymi schodami. -?Nadjeżdża młoda.
Pognała witać pannę młodą, a Mac wbiegła na górę. Nie zważając na ziąb,
wyszła na frontowy taras, skąd miała najlepszy widok na sunącą podjazdem
białą limuzynę. Kiedy auto miękko zahamowało, Mac zajęła pozycję,
ustawiła aparat i czekała.
Pierwsza wyłoniła się druhna honorowa, a za nią matka panny młodej.
-?Przesuńcie się odrobinę -?mruknęła pod nosem Mac.
Wreszcie wysiadła Alison. Była w dżinsach, w znoszonej zamszowej kurtce
i w śniegowcach. Szyję miała owiniętą jaskrawoczerwonym szalikiem. Mac
ustawiła zoom, wyregulowała ostrość.
-?Hej, Alison! -?zawołała.
Dziewczyna spojrzała w górę. Wyraz zaskoczenia na jej twarzy zastąpiło
rozbawienie i ku zadowoleniu Mac, uniosła ramiona i śmiejąc się,
odrzuciła głowę do tyłu.
Oto zaczyna się nasza wspólna podróż, pomyślała Mac, uwieczniając ten
moment.
Dziesięć minut później w Apartamencie Panny Młodej, dawnej sypialni
Parker, zapanowało radosne zamieszanie. Dwie fryzjerki, demonstrując
swój kunszt, uwijały się z różnymi przyrządami, kręcąc, prostując i upinając włosy, a wizażystki z zestawami pędzli i paletami zajęły się
makijażem pań.
Kobiece klimaty, myślała Mac, poruszając się dyskretnie po apartamencie,
te zapachy, czynności, odgłosy.
Oczywiście najwięcej uwagi skupiała na sobie panna młoda i jak oceniła
Mac, Alison wcale się nie denerwowała. Była wyluzowana, promienna i trajkotała jak katarynka.
Natomiast matka panny młodej zachowywała się zupełnie na odwrót.
-?Masz takie piękne włosy. Nie uważasz, że powinnaś zostawić je
rozpuszczone? Przynajmniej częściowo. Może...
-?Upięte lepiej pasują do welonu. Spokojnie, mamo.
-?Tu jest za gorąco. Tak, zdecydowanie za duszno. A Mandy powinna
położyć się na drzemkę. Bo potem będzie grymasić.
-?Wytrzyma. -?Alison spojrzała w stronę dziewczynki sypiącej kwiatki.
-?Naprawdę uważam...
-?Drogie panie! -?Parker wtoczyła stolik na kółkach z szampanem i tacą
serów i owoców. -?Panowie są w drodze. Alison, fryzura wygląda idealnie.
Jest boska. -?Nalała szampana do kieliszka i podała go pannie młodej.
-?Uważam, że nie powinnaś pić przed ceremonią. Prawie nic nie jadłaś i...
-?Ach, pani McFearson, jak dobrze, że pani już jest gotowa. Cudownie
pani wygląda. Chciałabym panią porwać na chwilę, zajrzyjmy razem do Sali
Kominkowej. Chcemy się upewnić, że wszystko wygląda idealnie. -?Parker
wsunęła kieliszek w dłoń matki panny młodej i taktownie wyprowadziła ją
z apartamentu.
-?Uff. -?Alison westchnęła i parsknęła śmiechem.
Następną godzinę Mac kursowała między apartamentami państwa młodych.
Między perfumami i tiulami, spinkami do mankietów, muszkami i pasami do
smokingów. Potem wróciła do królestwa panny młodej i omijając druhny,
które się ubierały, wzajemnie sobie pomagając, zobaczyła Alison stojącą
samotnie przed swoją suknią ślubną.
Mac dyskretnie uchwyciła w kadrze całe piękno tej chwili; zachwyt,
radość i ledwo dostrzegalny cień smutku. Gdy nacisnęła spust migawki,
Alison akurat wyciągnęła rękę, aby musnąć palcami połyskliwy gorset
sukni.
Mac wiedziała, że to jedyny taki moment, gdy na twarzy kobiety odbijają
się wszystkie emocje.
Moment przeminął i Alison obejrzała się na Mac.
-?Nie przypuszczałam, że coś takiego będę czuła. Jestem taka szczęśliwa.
Kocham Roda, chcę za niego wyjść. Ale gdzieś tutaj czuję lekki ucisk. -
Dotknęła palcami miejsca tuż nad sercem. To coś innego niż nerwy.
-?Odrobina smutku. Kończy się jeden etap w twoim życiu. Masz prawo
pożegnać go ze smutkiem. Wiem, czego ci potrzeba. Zaraz wrócę.
Chwilę później Mac przyprowadziła babcię Alison i taktownie się
wycofała.
Młodość i starość, pomyślała. Początek i koniec. Powiązania i ciągłość.
No i miłość.
Zrobiła zdjęcie, gdy kobiety się objęły, ale wiedziała, że nie to było
najważniejsze. Uchwyciła lśnienie łez i nadal nie była zadowolona.
Poczuła satysfakcję, dopiero gdy Alison z drżącym uśmiechem przycisnęła
czoło do czoła babci i po jej policzku stoczyła się pojedyncza łza.
Suknia wisząca za ich plecami mieniła się i połyskiwała niczym tło
stworzone specjalnie dla tej chwili.
Idealnie. Modry motyl...
Zrobiła niepozowane zdjęcia ubierającej się panny młodej, a potem
oficjalny portret w korzystnym świetle dziennym. Alison mimo
przenikliwego zimna odważnie pozowała na tarasie.
Zignorowała głos Parker w słuchawce i pobiegła do Apartamentu Pana
Młodego, żeby zrobić identyczną sesję zdjęciową Rodowi.
Minęła się z Parker na korytarzu, gdy pędziła z powrotem do panny
młodej.
-?Pan młody i świadkowie muszą jak najszybciej znaleźć się na dole. Mamy
dwie minuty opóźnienia.
-?O mój Boże! -?jęknęła Mac z udawanym przerażeniem, znikając w Apartamencie Panny Młodej.
-?Goście już zajęli miejsca -?odezwał się głos Parker w jej słuchawce.
Pan młody i drużbowie gotowi. Emmo, zbierz druhny.
-?Się robi.
Mac zbiegła po schodach i czekała u ich podnóża, gdy Emma ustawiała
druhny.
-?Druhny gotowe. Puść muzykę na wejście panny młodej.
-?Włączam muzykę -?zameldowała Parker. -?Niech ruszają.
Dziewczynka od kwiatków spokojnie wytrzyma bez drzemki, stwierdziła Mac,
gdy mała wystrojona w sukienkę księżniczki niemal tanecznym krokiem
schodziła po schodach. Na znak Laurel przystanęła niczym dobrze ułożony
psiak, po czym z godnością ruszyła przez hol do Sali Kominkowej i dalej
szerokim przejściem między rzędami krzeseł.
Za nią szły druhny w srebrzyście połyskujących sukniach, a pochód
zamykała druhna honorowa ubrana na złoto.
Gdy na szczycie schodów ukazała się panna młoda z ojcem trzymającym ją
pod rękę, Mac przykucnęła z gotowym aparatem. Gdy muzyka głośniej
rozbrzmiała, ojciec uniósł dłoń Alison do ust, a potem pocałował ją w policzek.
Mac, naciskając spust migawki, poczuła, jak oczy zachodzą jej łzami. A gdzie był jej ojciec? Na Jamajce, w Szwajcarii czy może w Kairze?
Czym prędzej odsunęła tę budzącą żal myśl i skupiła się na pracy. W blasku świec ustawionych przez Emmę uwieczniała radość i łzy. Utrwalała
wspomnienia. Sama postronna i niewidzialna.
Rozdział drugi
Pracowała w nocy, bo dzień miała zapchany umówionymi spotkaniami. Poza
tym lubiła pracować po nocach; sama w swojej przestrzeni i w swoim
tempie. Poranki były na kawę, pierwszy mocny zastrzyk kofeiny, a dni
często wypełniały spotkania z klientami, sesje zdjęciowe i zebrania.
W nocy sama w studio mogła w pełni się skupić na zdjęciach. Zdecydować,
które wybrać, jak je poprawić, jak osiągnąć perfekcję. Używała niemal
wyłącznie aparatów cyfrowych, ale gdy tworzyła odbitki, myślała w sposób
typowy dla pracy w ciemni fotograficznej. Nakładała warstwy, podbijała
światło, pogłębiała cienie, usuwała skazy i prześwietlenia, tworząc
podstawę idealnego zdjęcia. Następnie dopracowywała poszczególne
fragmenty, zmieniając gęstość, dodając kontrast. Krok po kroku
kształtowała obraz, wyostrzała go lub łagodziła w zależności od nastroju
chwili zatrzymanej w obiektywie. Sama musiała poczuć to coś, co, jak
miała nadzieję, poczuje również jej klient.
Jak niemal każdego ranka, w ciepłej flanelowej piżamie, w grubych
skarpetach, ze zmierzwionymi rudymi włosami usiadła przy komputerze z kubkiem kawy, żeby przejrzeć miniaturki zdjęć i sprawdzić, czy ta
poranna Mac współgra z tamtą z nocy. Napawała się ciszą. Na weselach
otaczali ją ludzie, panował gwar, grały w niej emocje. Blokowała je albo
wykorzystywała do uchwycenia odpowiedniego kąta, właściwego tonu,
najlepszego momentu.
Tutaj była sama ze swoimi zdjęciami i mogła je doskonalić. Popijając
kawę, schrupała jabłko w ramach zadośćuczynienia za ciastko z wczorajszego poranka i przejrzała setki zdjęć z poprzedniego dnia, w tym
dziesiątki tych dopracowanych podczas nocnej sesji.
Poranna Mac pogratulowała tamtej nocnej dobrze wykonanej roboty. Jeszcze
musiała to i owo dopieścić, a gdy już wyselekcjonuje najlepsze z najlepszych ujęć, umówi się z nowożeńcami na pokaz slajdów. Niech sami
dokonają wyboru.
Ale to zadanie na inny dzień. Na wszelki wypadek, żeby przypadkiem coś
jej nie umknęło, sprawdziła w kalendarzu rozpiskę na dziś. Potem poszła
na górę, wzięła prysznic i ubrała się na pierwsze spotkanie.
Na sesję w studiu wystarczyłyby dżinsy i sweter, ale później musiałaby
się przebrać na zaplanowane na południe spotkanie konsultacyjne w Dużym
Domu. Według zasad ustalonych w Przysięgach na spotkania konsultacyjne z klientami wszystkie przychodziły w strojach biznesowych.
Przekopała szafę w poszukiwaniu czarnych spodni i czarnej koszuli.
Wystarczy, że po sesji zdjęciowej nałoży marynarkę, żeby spełnić wymogi
dress codu. Pogrzebała w szkatułce z biżuterią i w końcu znalazła coś,
co pasowało do jej nastroju. Zrobiła lekki makijaż i uznała, że jest
gotowa do pracy.
Według Mac odpowiednia aranżacja studia wymagała większej uwagi niż
osoba fotografa.
Elizabeth i Charles, powtórzyła w myślach, rozpoczynając przygotowania.
Sesja zaręczynowa. Pamiętała, że podczas konsultacji mieli bardzo
konkretne wymagania. Miało być oficjalnie, prosto, bez udziwnień.
Zastanawiała się, dlaczego nie poprosili któregoś z przyjaciół ze
zwykłym aparatem o zrobienie takich zdjęć. I kto wie, czy nie zadałaby
tego pytania, pomyślała teraz z kpiącym uśmiechem, gdyby Parker,
czytając w myślach przyjaciółki, nie zamknęła jej ust ostrzegawczym
spojrzeniem.
-?Klient nasz pan -?mruknęła pod nosem, aranżując tło. -?Chcą nudno?
Bardzo proszę, mówisz i masz.
Przyciągnęła lampy, ustawiła dyfuzor; niech te nudne, przynajmniej będą
ładne. Wyciągnęła statyw, bo przeczucie jej mówiło, że akurat tym
klientom spodoba się widok profesjonalnego sprzętu. Akurat gdy wybrała
obiektyw, sprawdziła oświetlenie i udrapowała tkaninę na stołku, klienci
zapukali do drzwi.
-?Dziękuje za punktualność -?powiedziała, zamykając za nimi drzwi i odcinając podmuch lodowatego wiatru. -?Fatalna pogoda. Pozwólcie
państwo, że powieszę wasze okrycia.
Wyglądają idealnie, oceniła ich w myślach. Barbie i Ken w wersji dla
wyższych sfer. Ona, chłodna blondynka bez jednego luźnego pasemka
włosów, on przystojny, nienagannie ubrany i odprasowany. Mac korciło,
żeby jej choć odrobinę potargać włosy, a jemu lekko przekrzywić krawat.
Może wtedy staliby się bardziej ludzcy.
-?Napiją się państwo kawy?
-?Och nie, dziękujemy. -?Elizabeth obdarzyła Mac uprzejmym uśmiechem. -
Chcemy jak najszybciej się z tym uporać. Czeka nas mnóstwo spraw do
załatwienia. -?Kiedy Mac odwieszała ich płaszcze, Elizabeth rozejrzała
się po studiu. -?Wcześniej był to domek przy basenie?
-?Zgadza się.
-?Ciekawe... Spodziewałam się czegoś bardziej okazałego. Ale cóż... -
Podeszła do ściany, żeby przyjrzeć się wiszącym tam fotografiom
oprawionym w ramy. -?W listopadzie kuzynka Charlesa miała tutaj ślub.
Było naprawdę cudownie, nie może się pań nachwalić. Prawda, Charlesie?
-?Tak. Dlatego zdecydowaliśmy się na tę agencję.
-?W najbliższych miesiącach będę ściśle współpracować z Przysięgami. Czy
jest tu jakieś miejsce, gdzie mogłabym się odświeżyć, zanim zaczniemy? -
chciała wiedzieć Elizabeth.
-?Naturalnie. -?Mac zaprowadziła ją do toalety dla gości przy studiu,
zastanawiając się, jak właściwie ta kobieta chce się odświeżyć.
-?A zatem -?zwróciła się do Charlesa, poluzowując w myślach idealny
windsorski węzeł jego krawata. -?Co dzisiaj państwo załatwiacie?
-?Mamy spotkanie z pozostałymi partnerkami z Przysiąg i chcemy dopełnić
niezbędne formalności. Potem Elizabeth jedzie na spotkanie z dwoma
projektantkami, które poleciła pani wspólniczka, żeby omówić fason
sukni.
-?Ekscytujące. -?Chłopie, pomyślała, wydajesz się tak podekscytowany jak
przed kontrolną wizytą u dentysty.
-?Mnóstwo różnych kwestii wymaga rozwiązania. Ale zakładam, że agencja
jest z tym oswojona.
-?Każdy ślub jest dla nas tym pierwszym -?odparła Mac. -?Czy zechciałby
pan stanąć za tamtym stołkiem, żebym mogła sprawdzić światło i ostrość,
zanim wróci pani Elizabeth?
Posłusznie obszedł stołek i stanął wyprostowany jak struna.
-?Proszę się odprężyć -?poprosiła. -?To wszystko odbędzie się szybciej i łatwiej, niż pan myśli. Jaką muzykę pan lubi?
-?Muzykę?
-?Tak. Włączymy coś. -?Podeszła do odtwarzacza kompaktów, wybrała CD. -
Ballady Natalie Cole. Romantyczna klasyka. Pasuje?
-?Tak. Może być.
Mac zauważyła, że zerknął na zegarek, kiedy wróciła do statywu, udając,
że ustawia aparat. -?Zdecydowaliście państwo, gdzie spędzicie miesiąc
miodowy?
-?Nastawiamy się na Paryż.
-?Znacie francuski?
Pierwszy raz swobodnie się uśmiechnął.
-?Ani słowa.
-?No to przed państwem wielka przygoda -?zauważyła, akurat gdy Elizabeth
wyłoniła się z toalety, wyglądając tak samo nieskazitelnie, jak
przedtem.
Miała na sobie idealnie skrojony kostium, najpewniej od Armaniego.
Odcień indygo pasował do jej typu urody i jak Mac podejrzewała, celowo
wybrała dla Charlesa grafitowy garnitur, bo te kolory ładnie ze sobą
współgrały.
-?Myślę, że zaczniemy od pani. Proszę usiąść, a pan stanie z tyłu.
Dobrze, odrobinę w lewo, a teraz pani odchyli się lekko w stronę okna i oprze się o pana. Proszę poczuć się swobodnie. Niech pan położy dłoń na
lewym ramieniu narzeczonej, a pani nakryje ją swoją dłonią. W ten sposób
wyeksponujemy piękny pierścionek zaręczynowy.
Zrobiła kilka zdjęć, żeby pomóc im się rozluźnić i przełamać początkowe
sztywne uśmiechy.
-?Proszę przechylić głowę -?zwróciła się do Charlesa. -?I przenieść
ciężar ciała na cofniętą nogę. Ramiona nieco wyżej.
Facet jest nieśmiały, oceniła go Mac. Onieśmiela go i aparat, i ludzie.
A ona z kolei, wydaje się potwornie skrępowana. Przeraża ją myśl, że
mogłaby nie wypaść idealnie.
Mac próbowała pomóc im choć trochę się rozluźnić, pytając, jak się
poznali, gdzie się zaręczyli. Już raz zadała im te pytania, gdy umawiali
się na sesję fotograficzną, i teraz usłyszała dokładnie te same
odpowiedzi.
Nie potrafiła się przebić przez ich pancerze. Właściwe mogła przestać
się wysilać i dać im dokładnie to, czego, jak im się wydawało, chcieli.
Ale to wcale nie było tym, czego naprawdę potrzebowali.
Cofnęła się od statywu, a wtedy oni jakby znormalnieli. Elizabeth
zadarła głowę i uśmiechnęła się do Charlesa, on puścił do niej oko.
No proszę, pomyślała Mac, jednak pod tą sztywną powłoką kryją się
normalni ludzie.
-?Mam już kilka naprawdę udanych oficjalnych zdjęć. Wiem, że właśnie na
takich państwu zależy, ale zastanawiam się, czy zgodzilibyście się
zrobić coś dla mnie?
-?Naprawdę mamy napięty grafik -?odezwał się Charles.
-?To nie zajmie nawet pięciu minut. Elizabeth, proszę wstać. -?Mac
odsunęła stołek na bok i zdjęła aparat ze statywu. -?A teraz... może się
obejmiecie?
-?Ja nie... -?zaczął Charles.
-?Przytulanie się jest legalne w Connecticut, nawet bez ślubu -
przerwała mu Mac z uśmiechem. -?Taki mały eksperyment -?dodała. -?Za
dwie minuty będziecie państwo wolni. -?Wzięła światłomierz, sprawdziła
ustawienie, wprowadziła drobną korektę.
-?Niech pani oprze policzek na piersi narzeczonego, lekko zwracając
twarz w moją stronę -?tłumaczyła. -?Właśnie tak. A pan pochyli głowę ku
narzeczonej, ale podbródek skieruje do mnie. Proszę wziąć głęboki
oddech... i go wypuścić. Po prostu się zrelaksować. Trzyma pan w ramionach
osobę, którą pan kocha, prawda? Sprawia to panu radość. A teraz, proszę,
oczy na mnie, tylko na mnie... i proszę pomyśleć, co pan czuł, kiedy
pierwszy raz się pocałowaliście.
-?Mamy to! -?zawołała ucieszona.
Ich uśmiechy były krótkie, spontaniczne. Jej ciepły, a jego zachwycony i nawet nieco szelmowski.
-?Jeszcze jedno takie samo ujęcie -?oznajmiła i zrobiła trzy, zanim z powrotem się usztywnili. -?Gotowe. -?Wersje do akceptacji pokażę przed...
-?Może teraz zerkniemy na zdjęcia, to aparat cyfrowy, prawda? -
zasugerowała Elizabeth tonem nieznoszącym sprzeciwu. -?Tak żeby mieć
ogólne wyobrażenie.
-?Bardzo proszę. -?Mac podeszła z aparatem do komputera. -?Zdjęcia są
surowe, ale można je z grubsza ocenić.
-?Tak. -?Elizabeth ze ściągniętymi brwiami wpatrywała się w ekran, gdy
Mac rozpoczęła powolny pokaz slajdów. -?Owszem, ładne.
Mac zatrzymała jedno z oficjalnych ujęć.
-?A to?
-?Właśnie o coś takiego mi chodziło. Oboje dobrze wyglądamy, sposób
ujęcia mi odpowiada. -?Chyba przy tym zostaniemy.
-?Zaznaczę je. Dla pewności możemy przejrzeć resztę. -?Mac puściła
slajdy.
-?Tak, są naprawdę dobre. Bardzo dobre. Myślę, że to, które wybrałam
jest... -?zamilkła, bo na ekranie pojawiło się zdjęcie, na którym stoją
objęci. -?Och, śliczne. Naprawdę ładnie wyszliśmy, prawda?
-?Mojej matce spodoba się tamto pierwsze, które wybrałaś. -?Stojący za
Elizabeth Charles pogładził ją po ramionach.
-?Na pewno. Damy je oprawić, zanim dostanie je na pamiątkę. Ale... -
Przeniosła spojrzenie na Mac. -?Miała pani rację, a ja się myliłam.
Właśnie to ostatnie ujęcie chcę na nasz portret zaręczynowy. I proszę mi
przypomnieć, że to powiedziałam, we wrześniu, jeśli znowu będę próbowała
ingerować w pani pracę.
-?Przypomnę. I przyznam, że ja też się myliłam. Myślę, że będzie nam się
razem przyjemnie pracowało.
Elizabeth zajęło chwilę, zanim się roześmiała.
Mac skierowała ich do Parker, uznając, że teraz przyjaciółka ma u niej
dług. Przekazała jej klientów, którzy, przynajmniej na razie, byli
bardziej otwarci na pomysły i sugestie niż jeszcze przed godziną.
Usiadła przy biurku i zajęła się kompletowaniem pakietów dla klientów.
Jeden zawierał próbki do oceny, a drugi finalne zdjęcia starannie
zaprezentowane w albumach. Dla państwa młodych, dla matki panny młodej,
dla matki pana młodego i plik dodatkowych zdjęć dla rodziny i gości z wesela.
Kiedy popakowała pakiety do pudełek, stwierdziła, że ma akurat tyle
czasu, żeby dojeść resztkę wczorajszej sałatki makaronowej, zanim
przejdzie z paczkami do wysyłki do Dużego Domu. Stanęła z miseczką nad
zlewem. Zaczarowana lodowa kraina, pomyślała, patrząc przez okno na
biały, nieruchomy krajobraz. Sięgnęła po szklankę z dietetyczną colą i przechyliła ją do ust. W tej samej chwili rozpędzony kardynał odbił się
od szyby. Drgnęła zaskoczona stuknięciem kłębka karmazynowej czerwieni w okno i oblała colą przód koszuli. Z sercem bijącym w gardle odprowadziła
wzrokiem spłoszonego ptaka i spojrzała na koszulę.
-?Cholera.
Zdjęła ją i rzuciła na pokrywę pralko-suszarki w pomieszczeniu
gospodarczym za kuchnią. W staniku i w czarnych spodniach starła colę z blatu. Zirytowana podniosła dzwoniącą komórkę. Wyświetliła się Parker.
-?Co tam? -?warknęła rozdrażniona.
-?Patty Baker przyszła po swoje albumy.
-?Dwadzieścia minut przed czasem. Przyjdę punktualnie. Zajmij ją czymś -
poradziła, kierując się do studia. -?I nie zawracaj mi głowy. -
Rozłączyła się.
Odwróciła się i zamarła na widok mężczyzny stojącego w studiu.
Intruz zrobił wielkie oczy i oblał się rumieńcem.
-?O Boże -?wykrztusił i odwrócił się gwałtownie, przez co wpadł na
framugę z hukiem podobnym do strzału z pistoletu.
-?Jezu! Nic się panu nie stało? -?Mac rzuciła telefon i podbiegła do
mężczyzny, gdy ten zataczając się, próbował utrzymać równowagę.
-?Nie. Wszystko w porządku. Przepraszam.
-?Pan krwawi. Rany, naprawdę nieźle rąbnął pan głową. Może lepiej niech
pan usiądzie.
-?Może. -?Skierował w dół zamglone, lekko nieprzytomne oczy i zsunął się
po ścianie na podłogę.
Mac przykucnęła przy nim. Odgarnęła mu z czoła ciemnobrązowe włosy i odsłoniła krwawiące otarcie, które już zmieniało się w imponujący guz.
-?Nie tak źle. Skóra nie jest rozcięta. Obędzie się bez szwów. Solidnie
się pan uderzył. Ten odgłos był jak walnięcie młotkiem. Może trzeba
przyłożyć lód, a potem...
-?Proszę wybaczyć. Nie wiem, czy pani się orientuje... tylko się
zastanawiam, czy pani nie powinna... -?Skupiona na udzielaniu pierwszej
pomocy, automatycznie podążyła za jego spojrzeniem. Dopiero teraz
zauważyła, że jej piersi zakryte skąpym biustonoszem znajdowały się
niebezpiecznie blisko jego twarzy.
-?Ups! Nie pomyślałam. Proszę tutaj siedzieć i się nie ruszać. -?Zerwała
się i wybiegła ze studia.
On wcale nie był pewien, czy w ogóle jest w stanie się ruszyć.
Oszołomiony i zdezorientowany, siedział na podłodze oparty plecami o ścianę, ale mimo mroczków przed oczami, stwierdził, że widział bardzo
apetyczny biust. Jakimś cudem to akurat mu nie umknęło.
Nie miał pojęcia, co w tej sytuacji powinien powiedzieć czy zrobić,
uznał więc, że po prostu będzie siedzieć tak, jak mu kazała.
Kiedy wróciła z workiem lodu, miała na sobie koszulę. Zapewne krótkie
ukłucie rozczarowania nie było tym, co powinien poczuć. Znów przed nim
przykucnęła. Dopiero teraz, pozbawiony widoku powabnych piersi, zauważył
jej długie nogi.
-?To powinno pomóc. -?Podała mu worek z lodem i przycisnęła jego dłoń do
pulsującego czoła. Kucała na piętach jak łapacz za bazą. Jej oczy miały
odcień zieleni magicznego morza.
-?Kim pan jest? -?zapytała.
-?Co?
-?Hmm. -?Ile pan widzi palców? -?podniosła dwa.
-?Dwanaście.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi. W jej policzkach pojawiły się dołeczki, a jego serce wykonało mały taniec.
-?Nieprawda. Spróbujmy inaczej. Co ty, człowieku, robisz w moim studiu
albo raczej co robiłeś, zanim doznałeś wstrząśnienia mózgu na widok
mojego biustu.
-?Aha. Mam umówione spotkanie. A właściwe Sherry je ma. Sherry Maguire.
Jej uśmiech jakby trochę przybladł, a dołeczki zniknęły.
-?Okej, nie to miejsce. Chodzi o Główny Dom. Jestem Mackensie Elliot,
fotografka agencji.
-?Wiem. Znaczy wiem, kim jesteś. Sherry swoim zwyczajem okazała się mało
konkretna, gdy podawała mi miejsce.
-?I porę. Jest umówiona na czternastą.
-?Powiedziała, że chyba na trzynastą trzydzieści, co w jej przypadku
oznacza czternastą. Powinienem kierować się "czasem Sherry" albo
zadzwonić, żeby sprawdzić termin. Jeszcze raz przepraszam.
-?Nic się nie stało. -?Przechyliła głowę. Jego budzące sympatię oczy już
patrzyły bystro.
-?Skąd mnie znasz?
-?Och, chodziłem do szkoły z Delaneyem, Delaneyem Brownem, no i z Parker. Ona była parę klas niżej. I ty zdaje się też.
Przyjrzała mu się uważnie. Według utartych standardów jego gęstym,
potarganym, brązowym włosom przydałoby się porządne podcięcie i uczesanie. Objęła spojrzeniem pogodne niebieskie oczy obramowane długimi
rzęsami, prosty nos i ładnie wykrojone usta w raczej pociągłej twarzy.
Mac miała dobrą pamięć do twarzy. W takim razie dlaczego go nie
kojarzyła?
-?Chyba znałam większość kumpli Dela.
-?Och, nie obracaliśmy się w tych samych kręgach. Raz mu pomagałem,
kiedy przerabialiśmy Henryka Piątego.
W końcu zaskoczyła. -?Carter -?powiedziała, celując w niego palcem. -
Carter Maguire. Chyba nie żenisz się z siostrą?
-?No co ty! Przyszedłem w zastępstwie Nicka. Sherry nie chciała sama
uczestniczyć w rozmowie, a Nicka coś zatrzymało. Ja... Kurczę, sam nie
wiem, co tu robię.
-?Jesteś po prostu dobrym bratem. -?Poklepała go po kolanie. -?Myślisz,
że dasz radę wstać?
-?Tak.
Podniosła się i wyciągnęła do niego rękę. Kiedy ich dłonie się zetknęły,
serce znowu mu przyspieszyło. A gdy się dźwignął do pionu, pulsowanie w głowie dołączyło do serca w tym samym rytmie.
-?Au! -?syknął.
-?Boli? Chcesz aspirynę?
-?Och, jeśli mogę prosić.
-?Zaraz przyniosę. A ty do tego czasu posiedź na czymś innym niż
podłoga.
Kiedy poszła do kuchni, chciał podejść do krzesła, ale zatrzymał się na
widok fotografii na ścianach. Między innymi były tam zdjęcia z magazynów
branżowych, a więc założył, że to wszystko jej prace. Piękne panny
młode, wyrafinowane panny młode, seksowne, roześmiane. Niektóre w kolorze, inne w nastrojowej czerni i bieli, a także kilka z wykorzystaniem dziwnego, a jednocześnie fascynującego efektu
komputerowego, gdy na czarno-białe zdjęcie nakłada się jakiś akcent o intensywnej barwie.
Obejrzał się, gdy wróciła, i nieoczekiwanie przez głowę przebiegła mu
myśl, że jej włosy są właśnie takim intensywnym akcentem.
-?Fotografujesz coś poza ślubami?
-?Tak. -?Podała mu trzy tabletki i szklankę wody. -?Jednak to panny
młode są głównym atutem i źródłem kasy w ślubnym biznesie.
-?Te zdjęcia są fenomenalne. Kreatywne i niepowtarzalne. Ale najlepsze
ze wszystkich jest to. -?Przeszedł kawałek wzdłuż ściany i wskazał
oprawione w ramy zdjęcie trzech dziewczynek i modrego motyla na żółtym
mleczu.
-?Dlaczego tak sądzisz?
-?Bo jest w nim coś magicznego.
Przyglądała mu się przez chwilę, która jemu zdawała się trwać wieczność.
-?Masz rację, Carterze Maguire. No cóż, pójdę po płaszcz, przejdziemy do
Głównego Domu i skupimy się na konsultacji.
Wyjęła mu z ręki woreczek z na wpół roztopionym lodem. -?Dostaniesz
świeży w Głównym Domu.
Fajny jest, pomyślała, idąc po płaszcz i szalik. Bardzo fajny. Jakoś go
nie zauważyła w liceum. Może wtedy nie był fajny i dopiero później
przepoczwarzył się w naprawdę przystojnego faceta. W pierwszej chwili,
gdy go zobaczyła, przeszło jej przez myśl, że to przyszły pan młody i poczuła ukłucie rozczarowania.
A tymczasem to brat panny młodej, a to inna para kaloszy.
Oczywiście, gdyby była zainteresowana.
Włożyła płaszcz, owinęła szyję szalikiem i przypominając sobie tamten
zjadliwy podmuch wiatru, naciągnęła czapkę na głowę. Gdy zeszła na dół,
Carter jak grzeczny chłopczyk wstawiał szklankę po wodzie do zlewu.
Podniosła przepastną płócienną torbę z albumami.
-?Proszę -?powiedziała, podając ją Carterowi. -?Poniesiesz? Sporo waży.
-?Jasne, oczywiście.
-?Ja wezmę tę. -?Wzięła drugą, mniejszą torbę. -?Jedna panna młoda
przyjdzie po albumy, a druga ma się zjawić po próbki. Kierunek, Główny
Dom. Tak jak na konsultacje.
-?Słuchaj, chcę cię przeprosić, że tak po prostu wszedłem. Pukałem, ale
nikt nie odpowiadał. Słyszałem muzykę, więc otworzyłem drzwi... a potem...
-?Resztę znamy.
-?Tak.
-?Aha, nie wyłączysz odtwarzacza?
-?Racja. Przestałam słyszeć muzykę. -?Podniosła pilota, wyłączyła CD i rzuciła pilota na stolik. Kiedy skierowali się do wyjścia, Carter ją
wyprzedził i otworzył przed nią drzwi.
-?Nadal mieszkasz w Greenwich? -?zaczęła, zanim smagnięcie lodowatego
powietrza zaparło jej dech.
-?Hmm, raczej znowu. Przez jakiś czas mieszkałem w New Haven.
-?Yale?
-?Tak. Robiłem studia podyplomowe i prowadziłem zajęcia ze studentami.
-?Na Yale?
-?Tak.
Przyjrzała mu się spod zmrużonych powiek, kiedy ruszyli ścieżką.
-?Poważnie?
-?No tak. Ludzie pracują na Yale. Wielce rekomendowana uczelnia dla
studentów.
-?Czyli jesteś profesorem.
-?Tak jakby, a teraz uczę w Winterfield Academy.
-?Wróciłeś, żeby uczyć w liceum, w swojej dawnej szkole? To słodkie.
-?Tęskniłem za domem. No i ciekawie się pracuje z nastolatkami.
Pomyślała, że pewnie trudniej niż ze studentami, ale może i ciekawiej.
-?Czego uczysz?
-?Literatury i kreatywnego pisania.
-?Henryk Piąty.
-?No właśnie. Pani Brown zaprosiła mnie tutaj kilka razy, kiedy
pomagałem Delowi. Było mi bardzo przykro, gdy usłyszałem o wypadku. To
była niesamowita kobieta.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki