PrologDom na Martha's Vineyard
Kiedy mój ojciec w końcu umarł, pozostawił bilety z meczów Redskinsów mojemu bratu, dom przy Shepard Street mojej siostrze, a dom na wyspie Martha's Vineyard mnie. Najcenniejsze z masy spadkowej były oczywiście bilety z meczów futbolowych, ale w końcu Addison był zawsze ulubieńcem ojca i zagorzałym kibicem. Jako jedyne z dzieci niemal dzielił z nim tę obsesję, no i tylko z nim ojciec rozmawiał w okresie, gdy po raz ostatni spisywał testament. Addison to klejnot w koronie, jeśli wybaczycie mi to określenie, między Mariah a mną panują natomiast dość chłodne stosunki od chwili, gdy - jak to ona określa - przeszedłem na stronę wroga. To skłoniło ojca do zapisania nam domów odległych od siebie o ponad sześćset kilometrów.
Ucieszyłem się, że dostałem dom na Vineyard. Jest to schludny wiktoriański domek na terenie Ocean Park w mieście Oak Bluffs, z mnóstwem gotyckich drewnianych ozdóbek wzdłuż zapadającej się werandy i z pięknym porannym widokiem na białą muszlę koncertową wynurzającą się z morza zielonej trawy na tle rozległego morza jasnoniebieskiej wody. Moi rodzice lubili opowiadać, jak to kupili go za bezcen w latach sześćdziesiątych, kiedy wyspa oraz kolonia przedstawicieli czarnej klasy średniej były jeszcze eleganckie i mało znane. Ostatnio Martha's Vineyard stoczyła się na dno, przynajmniej zdaniem mojego ojca. Często powtarzał, że jest teraz zatłoczona i hałaśliwa, a poza tym wpuszczają tu wszystkich, przez co rozumiał Afroamerykanów, którym się powodziło gorzej niż nam. Narzekał, że powstaje za dużo nowych domów, psujących piękno dróg i lasów koło najlepszych plaż. Pojawiły się nawet budynki wielorodzinne, szczególnie w pobliżu Edgartown, czego nie mógł pojąć, gdyż uważał południową część wyspy za teren Kennedych - miejsce, gdzie zjeżdżają się na wakacje biali bogacze i ich rozpuszczone dzieci. Ojciec zaś pielęgnował w sobie na poły gniewne, a na poły zazdrosne przekonanie, że biali ludzie pozwalają członkom ciemniejszej nacji - jak zwykł nazywać swoją rasę - roić się i tłoczyć, ale zawsze zachowują otwartą przestrzeń dla siebie samych.
Pośród całego tego zgiełku dom na Vineyard jest jednak małym cudem. Kochałem go już jako dziecko, a dzisiaj kocham jeszcze bardziej. Każdy pokój, każdy ciemny drewniany schodek i każde okno ma do przekazania jakąś zapamiętaną tajemnicę. W dzieciństwie złamałem kostkę i nadgarstek, spadając ze skośnego dachu nad główną sypialnią. Teraz, po ponad trzydziestu latach, zupełnie nie pamiętam, dlaczego tak mi zależało, żeby tam się wdrapać. Dwa lata później, wędrując w ciemnościach po domu w poszukiwaniu wody, usłyszałem dziwny jęk, który skłonił mnie do przykucnięcia na podeście schodów. Stamtąd wypatrywałem przez balustradę, co mogło go spowodować, i w ten sposób na tydzień przed dziesiątymi urodzinami zdołałem rzucić okiem na najważniejszą tajemnicę świata dorosłych. Dostrzegłem swojego o cztery lata starszego brata, Addisona, zmagającego się z piętnastoletnią kuzynką Sally, ciemnoskórą pięknością, na wytartej burgundowej kanapie stojącej naprzeciw telewizora, w cieniu schodów. Żadne z nich nie było kompletnie ubrane, nie potrafiłem jednak określić, których części garderoby im brakuje. W pierwszym odruchu chciałem uciec. Tymczasem zamarłem w dziwnie ekscytującym letargu i obserwowałem, jak się przetaczają, przeplatając ręce i nogi w pozornie przypadkowych pozach. Najwyraźniej "robili to", jak mawialiśmy w tych prostszych czasach, celowo nie wdając się w szczegóły.
Mój okres nastoletni, monotonny i nudny podobnie jak wiek dojrzały, nie zaowocował takimi przygodami, a już zdecydowanie nie na Vineyard. Chyba najbardziej poruszające dla mnie zdarzenie nastąpiło pod koniec ostatniego lata, które spędziliśmy na wyspie z całą rodziną. Miałem trzynaście lat, a Mariah, wówczas dość pulchna piętnastolatka, wściekła się na mnie za jakąś kąśliwą uwagę na temat jej tuszy. Wzięła pudełko zapałek, po czym ukradła moją ukochaną kartę baseballową firmy Topps z Williem Maysem i wspięła się na strych po ściąganej drabince, składającej się z ośmiu chybotliwych listewek. Kiedy ją w końcu dogoniłem, spaliła kartę na moich oczach, a ja łkałem, klęcząc bezradnie w dusznym upale zakurzonego strychu. Już wówczas byliśmy uwikłani w trwający całe życie układ niechęci. Tego samego lata moja siostra Abigail, wciąż uznawana za dziecko, choć była tylko o rok z okładem młodsza ode mnie, została gwiazdą naszej lokalnej gazety, "Vineyard Gazette", kiedy w parny sierpniowy wieczór wygrała chyba z osiem nagród podczas okręgowego jarmarku, trafiając strzałkami w balony i piłeczkami baseballowymi w butelki po mleku. W ten sposób ugruntowała swoją pozycję jedynego w rodzinie potencjalnego sportowca. Poza nią żadne z rodzeństwa nawet nie próbowało zdobywać laurów w tej dziedzinie, gdyż rodzice zawsze przedkładali tęgi umysł nad tężyznę fizyczną.
Cztery lata później nie słychać już było chłopięcego śmiechu Abby - ani w Ocean Park, ani nigdzie indziej. Jej radość życia i wesołość, które wnosiła do naszego domu, ulotniły się w jednej tragicznej chwili, gdy na śliskim od deszczu asfalcie niedoświadczona nastolatka bezskutecznie próbowała uniknąć zderzenia z roztańczonym sportowym samochodem. Według świadków był to jakiś luksusowy model, ale nikt go dokładnie nie potrafił opisać. Nigdy go zatem nie znaleziono, gdyż kierowca, który zabił moją siostrę o kilka przecznic od Washington Cathedral w pierwszą wiosnę prezydentury Jimmy'ego Cartera, odjechał na długo przed przybyciem policji. Tego, że Abby miała prawo kierować autem tylko pod opieką osoby dorosłej, nigdy nie podano do wiadomości publicznej. Nie wspomniano też o tym, że w jej pożyczonym samochodzie znaleziono marihuanę. Ani policja, ani nawet prasa nie miały na to ochoty, gdyż mój ojciec był kim był i miał takie, a nie inne powiązania, a ponadto w tamtym okresie szarganie reputacji wielkich nie było jeszcze naszym sportem narodowym. Dzięki temu Abby mogła umrzeć tak niewinna, jak udawaliśmy, że żyła.
W owym czasie Addison kończył już studia, a Mariah miała rozpocząć drugi rok, w związku z czym mnie przypadła niewdzięczna rola jedynego dziecka, jak nazywała to mama. Tamtego lata w Oak Bluffs, kiedy mój milczący ojciec dojeżdżał do sądu federalnego w Waszyngtonie, a matka błąkała się bez celu po pokojach, postawiłem sobie za zadanie wyszukiwanie w domu wspomnień po Abby. Pod stosem książek leżących na czarnym metalowym wózku pod telewizorem znalazłem jej ulubioną grę "Życie", a w głębi oszklonej szafki nad zlewem - biały fajansowy kubek z legendarnym napisem CZARNE JEST PIĘKNE, kupiony na złość ojcu. W rogu dusznego strychu leżała z kolei wygrana na jarmarku pluszowa panda nosząca imię George, na cześć męczeńskiego czarnego bojownika George'a Jacksona, gubiąca już obrzydliwe różowe paprochy. Teraz, gdy osiągnąłem niebezpieczny wiek średni, muszę przyznać, że wszystkie te wspomnienia z czasem bardzo wyblakły.
Ach, ten dom na Vineyard! Addison dwukrotnie zawierał w nim małżeństwo, jedno mniej więcej udane, a ja też dwukrotnie stłukłem witrażową szybę w podwójnych drzwiach frontowych, raz mniej więcej rozmyślnie. W czasach mojego dzieciństwa mieszkaliśmy tu każdego lata, gdyż do tego właśnie służy letni dom. Każdej zimy ojciec narzekał na koszty jego utrzymania i groził, że go sprzeda, gdyż to właśnie się robi, kiedy szczęście jest wątpliwą inwestycją. A kiedy rak, który ścigał moją matkę przez sześć lat, w końcu zwyciężył, umarła w tym domu, w najmniejszej sypialni z najpiękniejszym widokiem na cieśninę Nantucket, gdyż tak właśnie się postępuje, jeśli można sobie wybrać swój koniec.
Ojciec zmarł przy swoim biurku. Z początku tylko moja siostra i kilka pijanych w trupa osób dzwoniących do nocnych programów radiowych twierdziło, że został zamordowany.
Rozdział 1Najświeższe wieści telefoniczne
(I)
- To najszczęśliwszy dzień w moim życiu - słyszę w słuchawce podekscytowany głos mojej poślubionej przed niemal dziewięcioma laty żony. Jak się wkrótce okaże, będzie to jednocześnie jeden z najsmutniejszych dni w moim życiu.
- Rozumiem - mówię, wyrażając tonem urazę.
- Och, Misza, dorośnij wreszcie. Nie porównuję go z dniem naszego ślubu. - Pauza. - Ani z urodzeniem dziecka - dodaje w charakterze przypisu.
- Wiem, rozumiem.
Znowu pauza. Nie znoszę pauz podczas rozmowy telefonicznej, ale właściwie to w ogóle nie znoszę telefonu i jeszcze wielu innych rzeczy. Na drugim końcu linii słychać w tle męski śmiech. U mnie jest prawie jedenasta rano, ale w San Francisco dobiega dopiero ósma wieczorem. Nie ma jednak powodu do podejrzliwości - może dzwoni z restauracji, centrum handlowego lub sali konferencyjnej. A może nie.
- Myślałam, że się ucieszysz - odzywa się w końcu Kimmer.
- Naprawdę się cieszę - zapewniam ją, o wiele za późno. - Tylko że...
- Och, Misza, przestań - najwyraźniej straciła cierpliwość. - Nie jestem twoim ojcem. Wiem, w co się pakuję. Mnie nie przydarzy się to, co jemu. Naszemu synowi też nie przydarzy się to, co tobie. Zgoda, kochanie?
"Mnie nic się nie przydarzyło" - chcę skłamać, ale się powstrzymuję. Wolę się nacieszyć tak rzadką przyjemnością usłyszenia "kochanie". Skoro Kimmer jest w końcu tak szczęśliwa, lepiej nie wywoływać zadrażnień. Nie chcę jej tłumaczyć, że moją radość nieco przyćmiewa obawa, jak na te wieści zareaguje mój ojciec. Mówię zatem tylko:
- Po prostu martwię się o ciebie, nic więcej.
- Potrafię o siebie zadbać - zapewnia mnie, a jest to stwierdzenie tak zgodne z prawdą, że aż przerażające. Podziwiam zdolność mojej żony do ukrywania dobrych wieści, przynajmniej przed własnym mężem. Już wczoraj się dowiedziała, że lata delikatnych zabiegów oraz odpowiednich posunięć politycznych w końcu zaowocowały i znalazła się w czołówce kandydatów na wolne miejsce w federalnym sądzie apelacyjnym. Staram się nie myśleć, z iloma osobami zdążyła się podzielić swoją radością, zanim w końcu zadzwoniła do domu.
- Tęsknię za tobą - mówię.
- Miło to słyszeć, ale niestety, wygląda na to, że muszę tu zostać do jutra.
- Przecież miałaś wrócić dzisiaj.
- No, miałam, ale... po prostu nie mogę.
- Rozumiem.
- Oj, Misza, przecież nie zostaję tu dlatego, że chcę. To moja praca. Nic na to nie poradzę. - Przez kilka sekund obydwoje zastanawiamy się nad tym stwierdzeniem. - Wrócę do domu najszybciej, jak to możliwe, wiesz przecież.
- Wiem, kochanie, wiem. - Stoję za biurkiem i spoglądam przez okno na dziedziniec, gdzie studenci leżą na trawie z nosami w skryptach lub grają w siatkówkę, korzystając z resztek październikowego słońca. Mój gabinet jest jasny i przestronny, lecz nieco zabałaganiony, a to ostatnie określenie można też w zasadzie odnieść do mojego życia. - Wiem - powtarzam po raz trzeci, gdyż nasze małżeństwo przechodzi obecnie etap, w którym czasem trudno podtrzymać rozmowę.
Po odpowiednio długiej chwili milczenia Kimmer powraca do kwestii technicznych.
- Wiesz co? Lada moment FBI zacznie rozmowy z moimi kolegami, no i z mężem. Kiedy to usłyszałam od Ruthie, mówię: "Mam nadzieję, że nie zdradzi im wszystkich moich grzechów". - Krótki śmiech, zarazem ostrożny i pewny siebie. Moja żona wie, że może na mnie liczyć. Teraz nagle zaczyna przejawiać skromność. - Wiem, że biorą też pod uwagę innych, a niektórzy z nich mają duże osiągnięcia. Ale Ruthie twierdzi, że mam naprawdę spore szanse. - Ruthie to Ruth Silverman, nasza koleżanka ze studiów prawniczych, dawna przyjaciółka Kimmer, a obecnie zastępczyni doradcy Białego Domu.
- Bo masz, jeśli będą decydować względy merytoryczne - odpowiadam lojalnie.
- Brzmi, jakbyś myślał, że nie dostanę tego stanowiska.
- Myślę, że powinnaś je dostać. - Naprawdę tak sądzę. Kimmer to drugi w kolejności najinteligentniejszy znany mi prawnik. Jest partnerem w największej kancelarii w Elm Harbor, które moja żona uważa za małe miasteczko, ja zaś za miasto średniej wielkości. Tylko dwie inne kobiety zaszły tak wysoko, ale nikt inny, kto nie jest biały.
- Może faktycznie ktoś już je sobie załatwił - przyznaje.
- Mam nadzieję, że nie. Chcę, żebyś dostała to, czego pragniesz i na co zasługujesz. - Waham się przez chwilę, po czym ryzykuję: - Kocham cię, Kimmer. Zawsze będę cię kochał.
Moja żona nie odwzajemnia się podobnym wyznaniem, rozpoczyna natomiast nowy wątek.
- Jest chyba czterech czy pięciu finalistów. Ruthie mówi, że są wśród nich profesorowie prawa, a dwaj lub trzej to twoi koledzy. - Uśmiecham się niewesoło. Ruthie jest zbyt sprytna, by wymieniać nazwiska, lecz obydwoje z Kimmer wiemy, że "dwaj lub trzej koledzy" sprowadzają się do Marca Hadleya. Niektórzy uważają go za najbardziej błyskotliwego wśród wykładowców, mimo że przez ćwierć wieku nauczania prawa wydał zaledwie jedną książkę, i to dwadzieścia lat temu. Marc i ja byliśmy w dość bliskich stosunkach, a nie mogę tego powiedzieć o zbyt wielu ludziach, szczególnie z uniwersytetu. Niespodziewana śmierć sędziego Juliusa Krantza cztery miesiące temu zburzyła jednak naszą wątłą przyjaźń, gdyż zapoczątkowała zakulisowy wyścig, który doprowadził nas do tego momentu.
- Mało prawdopodobne, żeby prezydent wybrał kolejnego profesora prawa - stwierdzam, żeby coś powiedzieć. Marc zabiega o stanowisko sędziego znacznie dłużej niż moja żona, a poza tym to dzięki niemu Ruthie, niegdyś ulubiona studentka, osiągnęła obecną pozycję.
- Najlepsi sędziowie wywodzą się spośród osób, które zajmowały się praktyką prawną. - Słowa Kimmer zabrzmiały, jakby cytowała oficjalne zasady konkursu.
- Zgadzam się z tobą.
- Miejmy nadzieję, że prezydent się zgadza.
- Racja. - Wyciągam przed siebie zdrętwiałą rękę. Jestem tak obolały, że nie mogę wygodnie usiąść. Po śniadaniu zawiozłem Bentleya do jego przepłacanego przedszkola, a potem spotkałem się z Robem Saltpeterem, kolegą z pracy, z którym od czasu do czasu grywam w koszykówkę. Jak zwykle nie graliśmy na boisku uniwersyteckim, by nie kompromitować się przed studentami, lecz w YMCA, gdzie większość graczy jest w co najmniej średnim wieku, tak jak my.
- Ruthie mówi, że decyzję podejmą w ciągu sześciu do ośmiu tygodni - dodaje moja żona. Te słowa wzmagają moje podejrzenie, że świętuje o wiele za wcześnie. Jednocześnie zdumiewa mnie uczucie, z jakim wymawia imię Ruthie, jeśli zważyć, że zaledwie dwa tygodnie temu mówiła o niej "Ta mała selekcjonerka sędziów". - Dowiemy się akurat na Boże Narodzenie.
- Naprawdę uważam, że to wspaniałe wieści, kochanie. Może kiedy wrócisz do domu, moglibyśmy...
- Och, Misza, kochanie, muszę lecieć. Jerry mnie woła. Przepraszam, porozmawiamy później.
- Dobrze. Kocham cię - powtarzam. Deklaracja moich uczuć pada jednak w próżnię.
(II)
"Jerry mnie woła". Na spotkanie? Do telefonu? Z powrotem do łóżka? Torturuję się tymi przypuszczeniami aż do chwili wyjścia na zajęcia, które mam poprowadzić o jedenastej. Jak zapewne już się domyśliliście, jestem profesorem prawa. Mam około czterdziestki i w zamierzchłej przeszłości prowadziłem nawet praktykę prawniczą. Obecnie zarabiam na życie, pisząc uczone artykuły, zbyt zawiłe, aby mogły mieć jakieś znaczenie, oraz kilka razy w tygodniu wtłaczając w głowy studentów prawo deliktowe (w semestrze jesiennym) i prawo administracyjne (w semestrze wiosennym). Nasi studenci są zbyt inteligentni, by zadowolić się oceną dobrą, a zarazem zbyt zaabsorbowani sobą, by trwonić cenną energię na szczegóły niezbędne do uzyskania oceny bardzo dobrej. Większości z nich zależy tylko na zaliczeniach, a nie wiedzy, którą oferujemy. Kolejne pokolenia studentów w coraz większym stopniu traktują nas jak szkołę zawodową, w miarę jak przestają dostrzegać związek pomiędzy zdobyciem upragnionego dyplomu a zrozumieniem prawa. Dla profesora prawa nie są to zbyt krzepiące myśli, ale większość z nas co pewien czas się z nimi boryka, a dziś najwyraźniej nadeszła moja kolej.
Zajęcia z prawa deliktowego przebiegły jak zwykle - cóż nowego można powiedzieć na temat systemu ubezpieczeń gwarantujących odszkodowanie niezależnie od winy? - i udało mi się kilka niezbyt oryginalnych, lecz dowcipnych sformułowań, dzięki czemu moich pięćdziesięcioro troje studentów przez większość czasu się śmiało. O wpół do pierwszej wraz z dwoma kolegami powlokłem się na lunch. Ethan Brinkley jest jeszcze na tyle młody, że podnieca go fakt otrzymania stałego etatu profesorskiego, natomiast Theo Mountain uczył prawa konstytucyjnego mojego ojca i mnie, a dzięki przepisom o zakazie dyskryminacji ze względu na wiek oraz niezmordowanej kondycji fizycznej może uczyć jeszcze moje wnuki. Siedząc z nimi w rozpadającym się boksie w "Poście" (tylko niewtajemniczeni nazywają to miejsce "U Posta"), ponurym barze o dwie przecznice od uczelni, słucham, jak Ethan relacjonuje komiczne wypowiedzi Tisha Kirschbauma z przyjęcia, które odbyło się w ostatni weekend u Petera Van Dyke'a. Po raz kolejny uderza mnie myśl, że w naszej szkole prawniczej istnieje białe kółko towarzyskie, wirujące wokół mnie tak szybko, iż tylko chwilami dostrzegam jego zarys. Dopóki Ethan tego nie zakomunikował, nie wiedziałem, że u Petera Van Dyke'a odbyło się ostatnio przyjęcie i nie miałem okazji nie przyjąć na nie zaproszenia. Peter mieszka dwie przecznice ode mnie, ale znajduje się o niebo wyżej w hierarchii naszej szkoły. Natomiast Ethan teoretycznie stoi o wiele niżej ode mnie, nawet jednak w tak liberalnej instytucji kolor skóry tworzy własną hierarchię.
Ethan nie przestaje mówić. Theo, którego gęsta biała broda jest już pobrudzona musztardą, zaśmiewa się z jego opowieści. Ja natomiast, starając się włączyć do rozmowy, zastanawiam się, czy powiedzieć im o Kimmer, żeby przez jedną wspaniałą chwilę zobaczyć, jak pyszałkowatość ulatnia się z ich białych twarzy. Chcę o tym komuś powiedzieć. Po chwili uświadamiam sobie jednak, że jeśli rozpowszechnię tę wiadomość, a następnie to Marc zdobędzie nominację - a spodziewam się, że zdobędzie, choć niezasłużenie - cała ich buta powróci z jeszcze większym nasileniem.
Poza tym Marc na pewno i tak wie. Ruthie nie podałaby Kimmer nazwiska Marca, ale założę się, że jego powiadomiła o niej. Tak się przynajmniej przekonuję, idąc samotnie Town Street w drodze powrotnej na uczelnię. Lunch dobiegł końca. Theo, który ma już wnuczkę w college'u, podczas gdy dzieci większości z nas chodzą jeszcze do szkoły podstawowej, udał się na spotkanie. Ethan, ekspert od terroryzmu i prawa wojennego, wyruszył do siłowni, gdyż stara się utrzymywać w dobrej formie fizycznej na wypadek, gdyby zaprosiła go telewizja CNN lub MSNBC. Ja nie mam nic specjalnego do roboty, wracam więc na uniwersytet. Mijają mnie studenci o najrozmaitszych kolorach skóry i stylach ubioru, przy czym wszyscy poruszają się w ten sam dziwny zuchwały sposób: głowy spuszczone, ramiona zwieszone, łokcie przy bokach, stopy ledwie unoszą nad ziemię, a mimo wszystko wyczuwa się w nim energię, która w każdej chwili może się wyzwolić. Marc zapewne i tak wie. Nie potrafię się uwolnić od tej myśli. Mijam granitową chwałę Wydziału Nauk Przyrodniczych, pochłaniającą chyba wszystkie wolne środki uniwersytetu. Przechodzę obok grupki ciemnoskórych żebraków, każdemu z nich dając dolara. Kimmer nazywa ten zwyczaj "spłacaniem poczucia winy". Przez chwilę się zastanawiam, ilu z nich to oszuści, ale to jest "niegodna myśl", jak mawiał mój ojciec. "Jesteś lepszy niż takie poglądy" - tłumaczył w tych rzadkich momentach, kiedy wpadał w gniew i kazał nam kontrolować swoje myśli.
Marc prawdopodobnie wie, powtarzam sobie, wspinając się po szerokich schodach głównego wejścia do budynku prawa. Mogę się założyć, że Ruthie Silverman wszystko mu powiedziała. Theo też ją uczył, a Kimmer i ja byliśmy z nią w jednej grupie podczas studiów, ale to Marcowi Hadleyowi jest najbardziej oddana, podobnie jak wielu naszych studentów.
- Na tym polega problem ze studentami - mruczę pod nosem. Mówię sam do siebie przez całe życie, choć moja żona uznaje ten nawyk za objaw niepoczytalności. - Oni nigdy nie przestają być wdzięczni.
Niemniej jednak rozwaga zwycięża i postanawiam nikomu nie zdradzać wieści od Kimmer. Prawdę mówiąc, większość spraw zachowuję dla siebie. Moje życie, choć czasami bolesne, jest na ogół spokojne, i takim je lubię. Tego słonecznego jesiennego popołudnia przez myśl by mi nie przeszło, że wkrótce zapanują w nim przemoc i strach.
(III)
Przemierzając wysoko sklepiony hol, wpadam na jedną z moich ulubionych studentek, Crystę Smallwood, która przejawia ogromne zamiłowanie do danych liczbowych. Crysta jest ciemna, przysadzista i obdarzona licznymi zdolnościami intelektualnymi. Przed przyjściem do nas studiowała język francuski w Pomonie i nigdy nie wymagano od niej umiejętności operowania liczbami. Po przybyciu do Elm Harbor niemal oszalała ze szczęścia, gdy odkryła statystykę. Zeszłej jesieni uczęszczała na moje zajęcia z prawa deliktowego i dzieliła większość czasu pomiędzy dwie swoje pasje - naszą poradnię prawną, gdzie pomagała matkom na zasiłku uniknąć eksmisji, oraz zestawienia statystyczne, za pomocą których zamierzała udowodnić, że biała rasa zmierza ku autodestrukcji. Trzeba przyznać, że była to perspektywa, która ją cieszyła.
- Halo, profesorze Garland? - słyszę jej głos z wyraźnym akcentem z Zachodniego Wybrzeża.
- Dzień dobry, panno Smallwood - odpowiadam oficjalnie, gdyż przekonałem się już na własnej skórze, że lepiej zbytnio nie spoufalać się ze studentami. Dalej idę w kierunku schodów.
- Wie pan co? - Odcina mi drogę, nie zważając na to, że mogę gdzieś się spieszyć. Crysta nosi bardzo krótkie afro, jedno z ostatnich w tej szkole. Pamiętam jeszcze czasy, gdy większość czarnych kobiet w jej wieku miała taką fryzurę, lecz nacjonalizm okazał się bardziej modą niż ideologią. Oczy ma nieco zbyt szeroko rozstawione, sprawiające niekiedy wrażenie, jakby zezowała. Porusza się bardzo szybko, jak na kobietę o takiej wadze, i trudno przed nią umknąć. - Ponownie przyjrzałam się tym liczbom. Dotyczącym białych kobiet.
- Rozumiem.
Złapany, wpatruję się w sufit ozdobiony stiukami przedstawiającymi symbole religijne, girlandy gałązek cisu oraz symbole kojarzące się ze sprawiedliwością. Wszystko to przemalowywano już tyle razy, że figury straciły swoje wyraźne krawędzie.
- No, i wie pan co? Ich współczynnik płodności, tych białych kobiet, jest tak niski, że około 2050 roku nie będą już się rodziły białe niemowlęta.
- O... jest pani pewna tych liczb? - pytam, gdyż Crysta, choć tak bystra, jest również szalona. Jako jej nauczyciel, przekonałem się, że entuzjazm czyni ją nieuważną i z wielką pewnością siebie podaje dane, których wcale nie przemyślała.
- Może w 2075 roku? - rzuca przyjaznym tonem, sugerując, że jest skłonna do negocjacji.
- Wydaje się to trochę naciągane, panno Smallwood.
- To z powodu aborcji. - Udało mi się ruszyć z miejsca, ale Crysta bez trudu dotrzymuje mi kroku. - Bo zabijają swoje dzieci. To główny powód.
- Naprawdę uważam, że powinna pani zastanowić się nad innym tematem pracy. - Robię zwód i wymijam ją, starając się dotrzeć do marmurowych schodów wiodących do gabinetów wykładowców.
- To nie tylko aborcja - goni mnie jej głos, a jeden z moich kolegów, drobny i nerwowy Joe Janowski, wychyla się przez poręcz, żeby sprawdzić, kto tak krzyczy - to również mieszane małżeństwa, bo białe kobiety...
Jestem już za podwójnymi drzwiami prowadzącymi do naszego korytarza i dalsze spekulacje Crysty do mnie nie docierają.
Kiedyś byłem taki jak ona, przypominam sobie, wchodząc do gabinetu. Z taką samą pewnością rozprawiałem o tematach, o których nie miałem zielonego pojęcia. Byłem intelektualnie młodszy, a równocześnie intelektualnie śmielszy. To pewnie dzięki temu dostałem pierwszą pracę.
Dzięki temu, a również dzięki tej szczęśliwej okoliczności, że byłem synem swojego ojca, gdyż jego wpływy na uczelni tylko nieznacznie osłabły po szoku, którym było jego przesłuchanie w Senacie. Nawet teraz, choć od upadku Sędziego minęło już ponad dziesięć lat, studenci zatrzymują mnie, aby się upewnić, że mój ojciec to rzeczywiście ten, o którym słyszeli. Koledzy natomiast wypytują mnie, jak to jest dzień po dniu ze stoickim spokojem przysłuchiwać się, jak członkowie komisji metodycznie go niszczą.
- Jakbym oglądał kogoś w zugzwangu1- odpowiadam zawsze, lecz oni nie są prawdziwymi szachistami i nie rozumieją tego. Ponieważ jednak są profesorami, udają, że zrozumieli.
Aby się oderwać od tych niewesołych myśli, zaczynam przeglądać korespondencję. Przypomnienie z rektoratu na temat opłat za parking. Zaproszenie na konferencję dotyczącą reformy prawa deliktowego. Odbędzie się w Kalifornii za trzy miesiące, ale musiałbym sam opłacić podróż. Pocztówka od gościa z Idaho, mojego przeciwnika w korespondencyjnym turnieju szachowym - udało mu się znaleźć pewne posunięcie, a ja liczyłem, że je przegapi. Przypomnienie od Bena Montoi, prodziekana, że dziś wieczorem będzie przemawiał jakiś znany prawnik. Umiarkowanie groźny list z biblioteki uniwersyteckiej, dotyczący książki najwyraźniej przeze mnie zagubionej. Ze środka stosu wyciągam nowy numer "Harvard Law Review" i przeglądam spis treści, po czym szybko odrzucam pismo: zawiera kolejny uczony artykuł wyjaśniający, dlaczego mój niesławny ojciec jest zdrajcą swojej rasy. Do tego właśnie poziomu zeszła ciemniejsza nacja - mimo że nie potrafimy wpłynąć na żadne zdarzenie w białej Ameryce, trwonimy cenny czas i energię intelektualną na obrzucanie się oszczerstwami, tak jakby poprawie kwestii rasowej najlepiej służyło skopanie tyłka innym czarnym.
No dobrze, wykonałem już swoją pracę na dzisiaj.
Nagle dzwoni telefon.
Wpatruję się w niego, nie pierwszy raz rozmyślając, jakie to paskudne, nachalne, niecywilizowane urządzenie - irytuje, przeszkadza, wdziera się do umysłu. Nie wiem, dlaczego Alexander Graham Bell uchodzi za takiego wspaniałego wynalazcę. Jego dzieło zniszczyło wszelką prywatność. Telefon nie ma sumienia - dzwoni, kiedy śpimy, kąpiemy się, modlimy, kłócimy, czytamy i uprawiamy miłość. Również wówczas, gdy rozpaczliwie pragniemy być sami. Postanawiam nie odbierać. Dość już się wycierpiałem, i to nie tylko dlatego, że moja nieprzewidywalna żona tak nagle zakończyła rozmowę. Był to jeden z tych dziwnych czwartków, kiedy telefon nieustannie gniewnie domagał się uwagi. Zadzwoniła zdenerwowana redaktorka czasopisma prawniczego, żądając wstępnej wersji artykułu, z którym się spóźniałem. Potem niezadowolony student chciał się umówić na spotkanie, a American Express próbowało wyjaśnić sprawę płatności za zeszły miesiąc. Dziekan naszej szkoły prawniczej, Lynda Wyatt - która chce, by wykładowcy, studenci i absolwenci zwracali się do niej "dziekanie Lyndo" - zadzwoniła tuż przed lunchem, informując mnie, że znalazłem się w kolejnym z tworzonych przez nią ad hoc komitetów. "Proszę cię o to, bo cię uwielbiam" - nalegała matczynym głosem, ale wiem doskonale, że mówi tak do wszystkich, których nie lubi.
Telefon nie przestaje dzwonić. Czekam, aż się włączy automatyczna sekretarka, ale ta, jak większość niskobudżetowego uniwersyteckiego sprzętu, działa najlepiej wówczas, gdy jest niepotrzebna. Mam zamiar go zignorować, lecz przychodzi mi na myśl, że może to Kimmer chce naprawić niemiłe wrażenie po naszej rozmowie. Albo dalej się kłócić. Podnoszę słuchawkę, przygotowany na obie możliwości, tymczasem zamiast głosu żony słyszę Mallory'ego Corcorana, partnera i ostatniego przyjaciela ojca, znanego z umiejętności załatwiania w Waszyngtonie różnych spraw. Dzwoni, by powiedzieć, że Sędzia nie żyje.
Rozdział 2Wizyta na wybrzeżu
(I)
Przyjeżdżam do Waszyngtonu w piątek po południu, nazajutrz po śmierci ojca. Zostawiam bagaże w domu Milesa i Very Madisonów, moich nieśmiałych i przyzwoitych teściów, a następnie udaję się na Shepard Street i tu stwierdzam, że Mariah, jak to ona, załatwiła już większość tego, co było do zrobienia. Bez porozumiewania się wiedzieliśmy, że rodzina nie może liczyć na nieodpowiedzialnego Addisona, który musiał jeszcze pozmieniać swoje plany podróży.
Dawno temu Mariah była pulchnym, nieporządnym dzieckiem cierpiącym na ogromny kompleks niższości z powodu młodszej siostry o jaśniejszym odcieniu skóry. Obsesyjne przejmowanie się pigmentacją jest nadal przekleństwem naszej rasy, szczególnie w rodzinach takich jak moja. Z wiekiem Mariah stała się majestatyczną, niemal królewską pięknością, nie cieszyła się jednak specjalnym zainteresowaniem mężczyzn ze Złotego Wybrzeża (jak nazywamy wąski pas zamieszkiwany przez wyższą warstwę klasy średniej ciemniejszej nacji). Teraz może przybiera trochę na ciele, ale tego można się było spodziewać po urodzeniu pięciorga dzieci, twierdzi moja żona, z zawodu prawnik, z zamiłowania guru sprawności fizycznej. Sama Kimmer urodziła tylko jedno dziecko, na poły planowane. Daliśmy mu na imię Bentley - to panieńskie nazwisko jego babki ze strony matki.
Dorosła Mariah jest fantastycznie zorganizowana - jako jedyna odziedziczyła po ojcu tę cechę - i niezmordowana. Kiedy jednak tylko przekraczam próg brzydkiego, chaotycznie zbudowanego domu przy Shepard Street, w którym oboje mieszkaliśmy jako nastolatki, natychmiast zrzuca na mnie resztę pracy. Nie robi tego bynajmniej ze smutku, złośliwości czy wyczerpania. Kieruje nią to samo przekonanie, które kazało jej rzucić pracę dziennikarki, a robić karierę w wychowywaniu dzieci. Mariah przejawia szczególne, dobrowolne podporządkowanie wobec mężczyzn, odziedziczone po naszej matce, która wymagała od swoich dwóch córek nie tyle odgrywania określonej roli, co prezentowania pewnej postawy - że są zadania nieodpowiednie dla ich płci. Kimmer nie znosi u mojej siostry tej cechy i nie może jej wybaczyć, że marnuje umysł, który zapewnił jej członkostwo w Phi Beta Kappa na Uniwersytecie Stanforda. Powiedziała jej to nawet w oczy podczas przyjęcia bożonarodzeniowego odbywającego się dwa lata temu w tym właśnie domu. Mariah odparła spokojnie i z uśmiechem, że dzieci zasługują na najlepsze lata jej życia. Kimmer, która po urodzeniu Bentleya właściwie nie przerwała kariery zawodowej, uznała te słowa za osobisty atak i tym zdaniem podzieliła się głośno. W ten sposób zdobyliśmy z siostrą jeszcze jeden powód, żeby się do siebie nie odzywać.
Wszystkie te nieporozumienia nie zmieniają jednak faktu, że kocham i szanuję swoją siostrę. Kiedy byliśmy młodsi, wszyscy uznawali Mariah za najzdolniejsze z czwórki dzieci moich rodziców, i to ona najusilniej i z największym zapałem starała się zrobić rzecz niewykonalną - zyskać ich aprobatę. Ojca cieszyły jej sukcesy w liceum i na studiach. Mamie sprawiła radość, zawierając tylko jedno, i to szczęśliwe, małżeństwo. Na szczęście poprzedni nieodpowiedni narzeczony uciekł z jej najlepszą przyjaciółką. Po wyjściu za mąż rodziła wnuki z regularnością, która cieszyła oboje rodziców. Jej mężem jest biały i nudny bankier inwestycyjny, dziesięć lat od niej starszy. Mariah powiedziała rodzinie, że poznała go na randce w ciemno, ale Kimmer złośliwie utrzymuje, że to musiały być ogłoszenia matrymonialne. Prawdę mówiąc, Mariah zawsze miała pociąg do białych mężczyzn, już od czasów liceum w Sidwell Friends, gdy pod czujnym okiem naszego groźnego ojca zaczęła się umawiać na randki.
Teraz w domu przy Shepard Street Mariah wita gości w holu, poważna i oficjalna w granatowej sukni z pojedynczym sznurem pereł - prawdziwa szykowna pani domu, jak powiedziałaby moja matka. Gdzieś w tle sączą się dźwięki świadczące o okropnym guście muzycznym ojca: Puccini z librettem w języku angielskim. Hol jest mały i ciemny, a na dodatek zastawiony przypadkowo dobranymi meblami z ciężkiego drewna. Po lewej stronie znajduje się wejście do salonu, po prawej do jadalni, a w głębi korytarz prowadzący do pokoju rodzinnego i kuchni. Przy drzwiach do jadalni zaczynają się szerokie, proste schody wiodące na piętro, a wzdłuż korytarza na górze ciągnie się galeryjka, gdzie nieraz kucałem, żeby obserwować przyjęcia i partyjki pokera moich rodziców. Tam również kazał mi się ukryć Addison, kiedy chciał mi udowodnić, że Święty Mikołaj nie istnieje. Za galeryjką znajduje się ogromny gabinet, w którym umarł mój ojciec. Ku swemu zdumieniu dostrzegam tam kilka osób opierających się o poręcz, zupełnie jakby do nich należała. W ogóle w domu jest znacznie więcej ludzi, niż się spodziewałem. Cały parter wypełniają ciemne garnitury. Większość białych Amerykanów zapewne nawet nie przypuszcza, że jest aż tylu dobrze sytuowanych Afroamerykanów niezajmujących się sportem lub rozrywką. Zastanawiam się przez chwilę, ilu gości cieszy się ze śmierci naszego ojca znacznie bardziej, niż wskazuje na to wyraz ich twarzy.
Podchodzę do Mariah, lecz ona, zamiast mnie uścisnąć, cmoka powietrze koło moich policzków i mruczy: "Tak się cieszę, że tu jesteś", zupełnie jakbym był jednym z ojcowskich partnerów z firmy lub znajomych, z którymi grał w pokera. Potem kładzie mi ręce na ramionach i spogląda w przestrzeń za moimi plecami. Choć w jej oczach widać zmęczenie, spojrzenie ma jasne i nieco złośliwe:
- A gdzie Kimberly? (Mariah nie zgadza się mówić "Kimmer", gdyż trąci jej to manierą godną uczennicy prywatnego liceum; przecież moja żona skończyła Szkołę Panny Porter i taka maniera jak najbardziej jej przysługuje).
- W drodze z San Francisco - wyjaśniam. - Wyjechała na kilka dni w sprawach służbowych. - Potem zbyt szybko dodaję, że Bentley został u sąsiadów. Wczoraj odebrałem go wcześniej z przedszkola, ale potem doszedłem do wniosku, że będę miał do załatwienia zbyt wiele spraw, żeby się nim zajmować. Kimmer odbierze go wieczorem i jutro przyjadą pociągiem. Kiedy przedstawiam te wszystkie szczegóły ze świadomością, że zbyt wiele mówię, czuję w sobie ogromną pustkę, której - mam nadzieję - nie widać na mojej twarzy, ponieważ brakuje mi żony pod wieloma względami, których nie jestem jeszcze gotów omawiać z rodziną.
Nie muszę jednak się troszczyć o skrywanie emocji, ponieważ Mariah musi się uporać z mnóstwem własnych i bynajmniej nie kryje bólu ani zagubienia. Zapomniała już, że pytała o moją żonę.
- Nie rozumiem tego - mówi cicho, potrząsając głową i wbijając mi palce w ramię. Tymczasem jestem przekonany, że rozumie doskonale. Przecież nie dalej jak w zeszłym roku Sędzia znalazł się w szpitalu, gdyż okazało się, że przeprowadzona dwa lata temu operacja założenia bajpasów nie dała oczekiwanych rezultatów. Śmierć ojca nie była więc całkowitym zaskoczeniem.
- To mogło nastąpić w każdej chwili - mruczę.
- Ale dlaczego akurat teraz?
Trudno cokolwiek na to odpowiedzieć. Co najwyżej można wspomnieć, że taka była wola Boża, ale tego w naszej rodzinie nikt nie robi. Kiwam głową i poklepuję ją po ręce, ale że czuje się tym urażona, przestaję. Mariah przymyka oczy, starając się zebrać siły, po czym otwiera je i znów jest Garlandówną. Wzdycha, odrzuca do tyłu głowę, jakby nadal miała długie włosy, które nosiła jako nastolatka, po czym mówi tonem zupełnie nieprzepraszającym:
- Przepraszam, że nie ma dla was miejsca w domu, ale na dole śpią dzieciaki, a na poddaszu połowa kuzynów. - Wzrusza ramionami, jakby chciała dać do zrozumienia, że nie miała wyboru, ale wyczuwam jej prawdziwe intencje. Po prostu spokojnie znaczy swoje terytorium i rzuca mi wyzwanie, żebym to zakwestionował.
Nie mam zamiaru.
- W porządku - mówię z uśmiechem, który zawsze wytrącał ją z równowagi.
Ku mojemu zaskoczeniu na twarzy siostry nie widać jednak triumfu. Po tym zwycięstwie wydaje się jeszcze bardziej nieszczęśliwa i po raz pierwszy nie wie, co powiedzieć. Nie pamiętam, żebym kiedyś widział Mariah mniej pewną siebie. No, ale w końcu ona najbardziej kochała Sędziego, choć czasami też nie mogła go znieść.
- Hej, mała - mówię miękkim głosem. Zwracaliśmy się tak do siebie, kiedy mieliśmy naście lat i próbowaliśmy się polubić. - Hej, daj spokój, wszystko będzie dobrze.
Mariah niezdecydowanie przytakuje ruchem głowy, ale moje słowa nie uspokajają jej. Zresztą nic w tym dziwnego, skoro mi nie ufa. Ssie dolną wargę, na co nigdy by sobie nie pozwoliła w obecności swoich dzieci. W końcu wspina się na palce i szepce piskliwym głosem, łaskocząc mi oddechem ucho:
- Muszę z tobą o czymś porozmawiać, Tal. To ważne. Coś... coś jest nie w porządku.
Pochylam się ku niej zdumiony, a ona rozgląda się po całym holu, jakby obawiała się, że ktoś nas podsłucha. Podążając za jej spojrzeniem, wodzę wzrokiem po mało znanych dalekich krewnych oraz tak zwanych przyjaciołach, których nie widzieliśmy od czasu żenującej walki o zatwierdzenie nominacji ojca. W końcu zatrzymuję wzrok na jej mężu, Howardzie Dentonie. Wygląda na człowieka, któremu dobrze się powodzi, i doskonale pasuje do tego miejsca, mimo że jest biały. Howard jest zapalonym kulturystą i choć przekroczył pięćdziesiątkę, chlubi się szerokimi ramionami i wąskimi biodrami. Mój szwagier uwielbia Mariah, ale kocha też pieniądze. Teraz, choć od czasu do czasu rzuca pełne czci spojrzenie na moją siostrę, pochłonięty jest ożywioną rozmową z gromadką młodych kobiet i mężczyzn, których nie rozpoznaję. Z ich tłumionej energii, ubiorów firmy Brooks Brothers oraz z tego, że jeden z nich wciska Howardowi wizytówkę, mogę się jednak domyślać, że nawet tu i teraz załatwiane są interesy.
To samo przytrafiało się mojemu ojcu, nawet po jego upadku. Wchodził do pokoju i nagle każdy czegoś od niego chciał. Otaczała go ta szczególna aura, zawierająca subtelne przesłanie, że jest on osobą, wokół której i poprzez którą załatwiane są różne sprawy - osobą, którą warto znać. I oto akurat Howard, z rzednącymi brązowymi włosami, w szytym na miarę garniturze i z siedmio-, a może już ośmiocyfrowym dochodem, miałby posiadać tę samą moc. Teraz zatem moja kolej, by poczuć się urażonym, i to nie w imieniu rodziny, lecz raczej własnej rasy. Przed oczyma widzę nagle jasnoczerwone plamy. Zdarza mi się to od czasu do czasu, gdy szczególnie odczuwam łączność z ciemniejszą nacją i jej uciskiem. Pokój wokół mnie znika. Poprzez czerwoną zasłonę dostrzegam niewyraźnie te ambitne czarne dzieciaki w ambitnych garniturach, młodych ludzi niewiele starszych od moich studentów, jak zabiegają o łaski mojego szwagra, gdyż jest on dyrektorem zarządzającym u Goldmana Sachsa. W tym momencie doskonale rozumiem pasję, z którą w latach sześćdziesiątych wielu czarnych nacjonalistów przeciwstawiało się polityce dyskryminacji pozytywnej. Przestrzegali, że w ten sposób nasza społeczność straci najlepszych potencjalnych liderów, którzy wysłani na dobre uczelnie zmienią się w... no cóż, lojalnych pracowników wielkich firm i w garniturach Brooks Brothers będą walczyć o łaski białych kapitalistów. Ówcześni bojownicy przewidywali, że nasi przywódcy zostaną podstępnie nakłonieni do zdobywania nowych celów. Wspaniałe tytuły naukowe i jeszcze wspanialsze pieniądze dla nielicznych zamiast sprawiedliwości dla wielu. Nacjonaliści mieli rację. Ja należę do tych nielicznych. Moja żona też do nich należy. Moja siostra. Moi studenci. Te dzieciaki wciskające swoje wizytówki mojemu szwagrowi. A świat jest w kolorze takiej jasnej, wściekłej czerwieni. Mam nogi jak z kamienia i kamienną twarz. Stoję całkiem nieruchomo, pozwalając czerwieni spływać po mnie. Pławię się w niej, jak człowiek, który niemal umarł z pragnienia, mógłby się pławić w potokach wody. Absorbuję ją wszystkimi porami i czuję, jak nabrzmiewają nią wszystkie komórki mego ciała. Wyczuwam w powietrzu niemal elektryczne napięcie, zwiastun nadchodzącej burzy, i wspominam, przeklinając w tej naładowanej wściekłością chwili, każde jabłko, które kiedykolwiek wypolerowałem dla kogoś białego, kto mógł mnie wesprzeć w marszu do przodu...
"Nie myśl o tym, mały", szepce moje sumienie. Tylko że to nie sumienie, ale Mariah, która dotyka mojego ramienia i mówi zaskakująco cierpliwym tonem:
- On już taki jest. - Spoglądam w dół i widzę, że moje dłonie zacisnęły się w pięści. Wiem, że to nie trwało długo, może sekundę lub dwie. Te chwile, gdy czerwień przesłania mi widok, zawsze trwają krótko i często mam wrażenie, że mógłbym je przemienić w wieczność - pozostać zamknięty pomiędzy tą sekundą a następną i żyć w świecie wspaniałej czerwonej furii. Teraz też mam takie poczucie. Potem spoglądam w górę i widzę ból - nie, niedostatek - w brązowych oczach swojej siostry. Czego Howard jej nie zapewnia? Nie po raz pierwszy się zastanawiam, co ona w nim widzi (prócz pieniędzy)? Moja żona twierdzi, że wybierając partnera, Mariah przed czymś uciekała, ale przecież wszystkie dzieci naszych rodziców uciekały jak najdalej i najszybciej przed tym samym czymś, lub raczej kimś, a ani Addison, ani ja nie poślubiliśmy osoby tak bezbarwnej jak Howard.
A jednak małżeństwo mojej siostry jest szczęśliwe.
Mariah wymawia cicho moje imię, dotyka mej twarzy i choć przez chwilę nie jest moim przeciwnikiem. Czerwień znika i znów widzę pokój. Mam ochotę ją uścisnąć, czego nie robiłem od dziesięciu lat, i nawet wierzę, że mi na to pozwoli. Ale odpowiedni moment mija.
- Porozmawiamy później - mówi, odpychając mnie delikatnie, lecz stanowczo. - Idź się przywitać z Sally - dodaje i odwraca się do kolejnego gościa. - Płacze w kuchni.
Głupio kiwam głową. Nadal nie wiem, skąd się u mnie biorą takie nastroje. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy miałem poprzedni atak. Ruszam w kierunku ponurego korytarza, a Mariah już dziękuje za przybycie następnemu gościowi, którego cmoka w oba policzki. Po drodze witam się z Howardem, lecz jest tak zajęty zbieraniem wizytówek, że tylko uśmiecha się i kiwa mi ręką. Przez chwilę widzę wokół jego głowy błysk czerwieni, która zaraz znika. Mam wrażenie, że każdy skrawek podłogi wypełniony jest niezliczonymi kuzynami, jak ich nazywał ojciec. Prawdę mówiąc, zyskali sobie to miano tylko dlatego, że Sędzia nie zadał sobie trudu, żeby ich naprawdę poznać. Wśród kuzynów prym wiedzie wiecznie młoda Alma. Rodzice chcieli, żebyśmy ją nazywali ciotką Almą, chociaż sama zainteresowana kazała nam w sekrecie mówić do siebie "po prostu Alma". Nieraz pod jej nieobecność traktowaliśmy to polecenie dosłownie, wołając na przykład: "Mariah, czy jest już Po Prostu Alma?", a nawet "Mamo, tato, dzwoni Po Prostu Alma!". Alma, kuzynka w drugiej linii albo cioteczna babka mojego ojca, przyznaje się do osiemdziesięciu jeden lat, choć prawdopodobnie żyje znacznie dłużej. Chuda jak patyk, hałaśliwa, wesoła i rubaszna, nigdy nie siedzi spokojnie, poruszając się z wdziękiem, jakby w głowie rozbrzmiewały jej jazzowe rytmy, które podtrzymywały na duchu ciemniejszą nację od czasów jej niewolniczych początków. Jako dziecko zawsze starałem się ją odszukać podczas rodzinnych spotkań, gdyż miała zwyczaj wyciągać z kieszeni jakieś drobne i wciskać je nam. Teraz również jej szukam, bo po śmierci mamy odgrywa w naszej rodzinie rolę siły grawitacji przyciągającej nas do siebie, jakby potrafiła zakrzywić przestrzeń.
- Talcott! - woła na mój widok Alma, opierając się na kunsztownie rzeźbionej lasce i posyłając mi zalotny uśmiech. - Chodźże no tu!
Całuję ją delikatnie, a ona obdarza mnie szybkim uściskiem. Wyraźnie wyczuwam jej kruche kości i nie mogę się nadziwić, że wichry dziejów nie zdołały jej zdmuchnąć. Jej oddech przepojony jest zapachem papierosów. Wiem, że to Koole, które pali od dnia legendarnego protestu, w którym brała udział jako uczennica szkoły średniej w Filadelfii jakieś siedemdziesiąt lat temu. Alma przez ponad pół wieku była żoną kaznodziei, odgrywającego poważną rolę w życiu politycznym Pensylwanii i wychwalanego przez samego wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych.
- Miło cię widzieć, Almo.
- I w tym właśnie problem! Jedyne, co przystojni faceci chcą ze mną robić, to mnie widzieć! - Chichocze i całkiem mocno klepie mnie po ramieniu. Mimo wątłej postury urodziła sześcioro dzieci, które nadal żyją. Pięcioro z nich skończyło studia, z czego czworo trwa nadal w swych pierwszych związkach małżeńskich, z czego troje jest zatrudnionych przez miasto Filadelfia, z czego dwoje jest lekarzami, z czego jedno homoseksualistą - najwyraźniej mamy tu do czynienia z jakąś prawidłowością liczbową. W każdym razie dzieci Almy wraz z jej wnukami i prawnukami stanowią największy podzbiór niezliczonych kuzynów. Alma mieszka w ciasnym mieszkaniu w jednej z najgorszych dzielnic Filadelfii, rzadko jednak tam przebywa, gdyż przez większość czasu odwiedza swoich potomków.
- Almo, chyba nie dałbym ci rady.
Jeszcze raz ją ściskam i chcę odejść, ale wówczas Alma łapie mnie za rękę. Jej oczy częściowo przesłania zaćma, ale spojrzenie ma nadal ostre i żywe.
- Wiesz, że twój ojciec bardzo cię kochał, prawda?
- Tak - odpowiadam, choć w wypadku Sędziego miłość nie była kwestią wiedzy, tylko domysłów.
- Talcotcie, on miał względem ciebie plany.
- Plany?
- Związane z rodziną. Jesteś teraz głową rodziny.
- Sądziłbym, że będzie nią Addison - mówię sztywno. Czuję się urażony, a nie jestem pewien dlaczego.
Alma potrząsa małą głową.
- Nie, nie. Nie Addison. Ty. Twój tata chciał, żeby tak było.
Zaciskam usta, zastanawiając się, czy ona mówi poważnie. Z jednej strony mi to pochlebia, z drugiej denerwuje. Pomysł, że miałbym zostać głową rodziny Garlandów, cokolwiek to znaczy, jest dziwnie pociągający. Zapewne przejawia się w ten sposób atawistyczna męska chęć dominacji.
- W porządku, Almo.
Alma mocniej ściska moje ramię na znak, że nie ma zamiaru umilknąć.
- On miał w stosunku do ciebie plany. Chciał, żebyś to ty... - Mruga i odchyla się ode mnie. - No, mniejsza o to. Sam cię powiadomi.
- Kto mnie powiadomi?
Alma decyduje się jednak odpowiedzieć na inne pytanie.
- Masz szansę doprowadzić wszystko do porządku, Talcotcie. Potrafisz to naprawić.
- Co naprawić?
- Rodzinę.
Kręcę głową.
- Almo, nie mam pojęcia, o czym mówisz.
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Pamiętasz te dobre czasy w Oak Bluffs? Wy jako dzieciaki, wasz tata, mama, ja, wujek Derek. Wtedy, kiedy Abigail była jeszcze z nami. - Alma kończy zdanie nagłym łkaniem.
Biorę ją za rękę.
- Żaden człowiek nie potrafi tego naprawić.
- Słusznie. Ale twój tatuś powie ci, co masz robić, kiedy nadejdzie pora.
- Mój tata? Masz na myśli Sędziego?
- A masz innego tatę? - To jednak prawda, co mówią o Almie: że z wiekiem trochę pomieszało jej się w głowie.
W końcu udaje mi się od niej uwolnić i przypominam sobie, że miałem poszukać Sally. Kolejna niezrównoważona niewiasta w rodzinie Garlandów. Zastanawiam się, czy to mężczyźni Garlandów stanowią przyczynę neurotycznych zachowań kobiet, czy to po prostu zbieg okoliczności. Przepycham się przez tłum. Dlaczego oni wszyscy znaleźli się tutaj teraz, czyżby czekali na stypę? A może Mariah jej nie planuje? Para nieznajomych wyciąga do mnie ręce. Ktoś inny szepce, że musimy dziękować Bogu za to, co mamy, i że Sędzia nie cierpiał. Mam ochotę odwrócić się i spytać: "Byłeś tam?", ale zamiast tego przytakuję ruchem głowy i idę dalej, tak jak zrobiłby ojciec. Widzę kolejną białą twarz i słyszę, że pochodnia została przekazana i teraz wszystko zależy od dzieci, ale mówiący nie określa, co rozumie przez "wszystko". Już pod samymi drzwiami do kuchni serdecznym uściskiem dłoni obdarza mnie starszy pastor baptystów, zajmujący wysokie stanowisko w radzie jednej z organizacji praw człowieka. Jestem przekonany, że zeznawał przeciw zatwierdzeniu nominacji mego ojca do Sądu Najwyższego, a teraz ma czelność udawać, że wraz z nami go opłakuje. Pastor nie ma zamiaru puścić mojej dłoni. Czuję, jak jego starcze palce przesuwają się po mojej skórze, i w końcu uświadamiam sobie, że usiłuje przekazać mi tajne powitanie jakiegoś bractwa. Zapewne nie ma pojęcia, że jednym z niewielu aktów buntu przeciw sposobowi życia moich rodziców - od którego wybawiła mnie Kimmer, również buntowniczka - było odrzucanie wszelkich sygnałów ze strony takich grup. Nie mam najmniejszej ochoty go o tym informować. Pragnę tylko uwolnić się wreszcie od jego obłudnej obecności i czuję, że za chwilę znów otoczy mnie zasłona czerwieni. On jednak nie pozwala mi odejść. Opowiada, jak był dawniej zżyty z ojcem, jak mu przykro, że tak się to wszystko ułożyło. Już mam mu odpowiedzieć w sposób niegodny chrześcijanina, kiedy nagle przetacza się obok nas huragan małych ciał, niemal powalając nas na podłogę. To piątka dzieci Dentonów, w wieku od czterech do dwunastu lat, pędzi na oślep, by rujnować inną część domu. Noszą imiona Malcolm, Marshall, Martin i Martina (bliźniaki) oraz Marcus, a Mariah usilnie się stara znaleźć imię dla szóstego, które ma się pojawić pod koniec lutego lub na początku marca. Nie jest to łatwe, skoro pragnie zarówno uczcić naszą historię, jak i zachować dotychczasową zasadę, by zaczynało się na "M". Ta ostatnia ciąża i tak jest skandalem, przynajmniej w czterech ścianach mojego domu. W ubiegłym roku czterdziestodwuletnia Mariah zwierzyła się mojej zdumionej żonie, że pragnie urodzić jeszcze jedno dziecko. W rozmowie ze mną Kimmer zdecydowanie potępiła ten pomysł jako nieodpowiedzialne marnotrawstwo i folgowanie własnym zachciankom. Kimmer, podobnie jak mój ojciec, najbardziej ceni tych, którzy najmniej się od niej różnią.
(II)
Pochodzę ze starej rodziny, co w wypadku naszej rasy związane jest nie tyle ze statusem społecznym, co prawnym. Nasi przodkowie cieszyli się wolnością i zarabiali na życie, kiedy większość przedstawicieli ciemniejszej nacji była jeszcze w kajdanach. Oczywiście nie wszyscy nasi przodkowie byli wolni, ale o tamtych się nie mówi. Udało nam się zatrzeć ten fragment historycznej pamięci równie skutecznie, jak reszta Ameryki zatarła znacznie poważniejszą zbrodnię. Ponadto, jako dobrzy Amerykanie, nie tylko wybaczamy zbrodnię niewolnictwa, ale nawet upamiętniamy zbrodniarzy. Mój starszy brat otrzymał imię po Waldzie Addisonie, uznawanym często za naszego patriarchę, który po otrzymaniu wolności sam posiadał niewolników aż do czasu, gdy w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku musiał uciekać na Północ. Do ucieczki skłoniła go zmiana polityki stanu Wirginia wobec wolnych czarnuchów, jak ich wówczas określano, po buncie Neda Turnera. Zatrzymał się na krótko w Waszyngtonie, gdzie mieszkał w rojących się od komarów slumsach zwanych wówczas George Town. Jeszcze krócej przebywał w Pensylwanii, aż w końcu osiedlił się w Buffalo, gdzie zrezygnował z zajęcia farmera i zaczął pracować na barkach. Historia rodzinna milczy o tym, co się stało z sześcioma niewolnikami Walda. Natomiast sam dziadek Waldo, jak lubił go nazywać mój ojciec, włączył się do ruchu abolicjonistycznego. Znał podobno Fredericka Douglassa, chociaż trudno sądzić, żeby się przyjaźnili lub mieli ze sobą wiele wspólnego poza faktem, że obaj byli wcześniej niewolnikami. Ojciec z upodobaniem snuł przypuszczenia, że dziadek Waldo mógł być członkiem Underground Railroad - podziemnej siatki pomagającej zbiegłym niewolnikom w dotarciu do wolnych stanów lub Kanady. "Przecież to logiczne, skoro pracował na jeziorach i kanałach" - powtarzał z oczyma rozpalonymi nadzieją. W miarę jak ojcu przybywało lat, te przypuszczenia stały się dla niego faktem. W letnie wieczory siadywaliśmy zatem na werandzie domu na Vineyard, popijając różową lemoniadę i oganiając się od komarów, a ojciec snuł opowieści o niewiarygodnych czynach Walda, tak jakby był ich świadkiem. Słuchaliśmy o ryzykownych przedsięwzięciach, spiskach i zasługach. Tyle że nie było na to żadnych dowodów. Nieliczne fakty, które udało się ustalić, wskazywały na to, że dziadek Waldo był zapitym, niestroniącym od kradzieży, samolubnym łajdakiem. Jego czterej synowie byli takimi samymi łajdakami, a ukochana córka Abigail poślubiła kolejnego. To właśnie jej mężowi, włókniarzowi z Connecticut, zawdzięczamy rodowe nazwisko. Jedyny syn Abigail był kaznodzieją, a jego starszy syn - profesorem uniwersytetu. Z kolei drugi syn tego ostatniego to już mój ociec, który w swoim szczytowym okresie był sędzią federalnym, bliskim powiernikiem dwóch prezydentów i kandydatem na sędziego Sądu Najwyższego. W najgorszym okresie natomiast, choć o nic formalnie nieoskarżony, stał się publicznie poniżanym celem (skłonna do melodramatów Mariah uważa, że ofiarą) śledztw prowadzonych przez każdą gazetę i sieć telewizyjną w kraju, nie mówiąc już o przesłuchaniach przed trzema komisjami Kongresu i dwiema wielkimi ławami przysięgłych.
A teraz ojciec nie żyje. Śmierć to ważny sprawdzian dla rodzin tak starych i dumnych jak nasza. Ukrywanie cierpienia jest równie naturalne, jak jeżdżenie niemieckimi samochodami, gra w boule i spędzanie wakacji w Oak Bluff czy zarabianie pieniędzy. Mój ojciec nie życzyłby sobie łez. Zawsze nauczał, by zostawić przeszłość przeszłości - nazywał to "kreśleniem linii". "Kreślisz linię i stajesz po jednej stronie, a przeszłość zostawiasz po drugiej". Zawsze miał na podorędziu mnóstwo takich sentencji. Kiedy był w odpowiednim nastroju, recytował je w napuszony sposób, jakby oczekiwał, że zanotujemy je dla potomności. Szybko nauczyliśmy się nie przychodzić do niego ze swoimi problemami, gdyż jego jedyną odpowiedzią było przybranie surowego wyrazu twarzy i pouczanie nas na temat życia, prawa lub miłości... szczególnie miłości, gdyż jego małżeństwo z naszą matką było bardzo udane i w związku z tym uważał się za eksperta w tych sprawach. "Nikt nie potrafi przez cały czas opierać się pokusie", przestrzegł mnie pewnego razu, gdy niesłusznie sądził, że kusi mnie romans z siostrą mojej przyszłej żony. "Sztuka polega na tym, żeby jej unikać, Talcotcie". Trudno to uznać za szczególnie głębokie lub oryginalne przemyślenie, ale ojciec, przybierając dostojną sędziowską minę, potrafił sprawić, że najbardziej przyziemne i oczywiste spostrzeżenia brzmiały w jego ustach jak odwieczna mądrość.
Powinienem chyba w tym momencie wyjaśnić, że moim prawdziwym imieniem nie jest Misza, lecz Talcott. Rodzice wybrali mi takie imię na cześć ojca mojej matki, oczekując od niego w zamian spadku. Rzeczywiście posłusznie zostawił im pieniądze. Ja nienawidzę jednak tego imienia od chwili, gdy z jego powodu zacząłem być wyśmiewany w szkole. Chociaż rodzice zabraniali nam używania zdrobnień, rodzeństwo i przyjaciele litościwie skrócili je do Tal. Osoby mi najbliższe nazywają mnie jednak Misza, co jest angielską wersją rosyjskiego imienia Michaił, które też bywało moim przydomkiem. Nie jestem Rosjaninem ani nie mówię po rosyjsku. Rodzice też nie nadali mi takiego imienia, bo którzy czarni rodzice, poza najbardziej zagorzałymi komunistami w latach trzydziestych i czterdziestych, mogliby to zrobić? Ale mam swoje powody, dla których wolę imię Misza, mimo że ojciec go nie znosił.
A może właśnie dlatego.
Nie ulega bowiem wątpliwości, że ojciec, jak większość ojców, wywarł na nas wpływ. Tożsamość mojego rodzeństwa i moją częściowo określił bunt przeciw jego autokratycznym rządom. Podobnie jak większość buntowników często jednak nie dostrzegamy, jak wiele rzeczy łączy nas z tym, czym niby gardzimy.
(III)
MUSZĘ MIEĆ CHWILĘ WYTCHNIENIA.
Zgodnie z prośbą Mariah spędzam nieco czasu w kuchni z zapłakaną Sally. Wychowywał ją jedyny brat ojca, zmarły już wujek Derek, którym ojciec gardził ze względu na uprawianą przez niego politykę. Sally jest naszą przyszywaną kuzynką, gdyż jest córką drugiej żony wujka, Thery, i jej pierwszego męża, ale to Dereka uważa za ojca. W tęgiej, samotnej kobiecie z nieszczęśliwymi oczyma łani i dziwną fryzurą trudno mi dziś rozpoznać tamtą śmiałą i wojowniczą nastolatkę, która dawno temu była potajemną kochanką Addisona. Obecnie Sally pracuje na Kapitolu w jakiejś mało znanej podkomisji. Pracę tę dostała tylko dzięki malejącym już wówczas wpływom mojego ojca. Żadnej innej nie zdołała utrzymać. Borykała się w życiu z niejednym problemem i nabrała zwyczaju sprowadzania każdej rozmowy do narzekań na temat tego, jak okropnie traktowały ją wszystkie osoby, z którymi kiedykolwiek miała do czynienia. Sally nosi zbyt ciasne sukienki w okropne kwieciste wzory i choć nie pije już tak dużo jak kiedyś, Kimmer widziała, że łyka garściami tabletki wyciągane z wielkiej płóciennej torby, z którą się nie rozstaje. Teraz również ma ją przy sobie.
Poklepuję kuzynkę po szerokich plecach i po bełkotliwości głosu usiłuję ocenić, ile mogła wziąć tego czegoś, co akurat łyka. Przypominam sobie, jaka kiedyś była ożywiona, serdeczna i zabawna. Pozwalam na hałaśliwy pocałunek, który ląduje zbyt blisko moich ust, i w końcu mogę się wycofać z powrotem do holu. Słyszę astmatyczny śmiech Almy, ale się nie odwracam. Spoglądam na Howarda, który nadal załatwia interesy, i widzę czerwoną chmurę wokół jego szyi. Muszę stąd uciekać, ale Mariah się wścieknie, jeśli opuszczę dom, a ja nigdy nie potrafiłem sobie radzić z furią kobiet. Tęsknię za ożywczą przyjemnością, którą niesie rozegranie partii szachów. Mógłbym zagrać on-line, ale zostawiłem laptop u Madisonów.
Teraz wystarczy mi jednak po prostu odrobina samotności.
Wślizguję się do małego pokoju, który kiedyś był gabinetem ojca, a potem został przerobiony na bibliotekę z niskimi czereśniowymi regałami na dwóch ścianach i małym zabytkowym biurkiem z telefonem pod oknem. Boazerię również wykonano z drzewa czereśniowego i ozdobiono nie fotografiami świadczącymi o pozycji gospodarza (te wiszą na górze), lecz niewielkimi gustownymi rysunkami nieznanych artystów, oryginalną akwarelą Larry'ego Johnsona i małym, bardzo ładnym szkicem Miró, podarowanym niedawno Sędziemu przez pewnego konserwatywnego milionera. Przez chwilę w przypływie chciwości zastanawiam się, któremu z dzieci przypadnie Miró, ale domyślam się, że zostanie w tym domu.
- Pieniądz ciągnie do pieniądza - mruczę nieżyczliwie.
Zamykam drzwi i siadam przy biurku. Na regałach za obrotowym fotelem z czerwonej skóry stoją dziesiątki albumów, eleganckich i zupełnie zwyczajnych, wypchanych fotografiami, gdyż moja matka była niezwykle sumiennym kronikarzem rodzinnego życia. Wyciągam jeden na chybił trafił i okazuje się, że zawiera zdjęcia Addisona z dzieciństwa. Drugi jest poświęcony Abby. Trafiam na zdjęcie przedstawiające ją w wieku dziesięciu lat w stroju Małej Ligi, z czapeczką zawadiacko zsuniętą do tyłu i kijem baseballowym na ramieniu. Pamiętam, że rodzice musieli zagrozić pozwem, żeby pozwolono jej grać. Stare czasy. Ojciec nie opuścił żadnego meczu, choćby nie wiem jak był zajęty. Później, w chwilach nostalgicznej zadumy, mawiał o tych dawnych dniach: "tak jak to było przedtem", mając na myśli czas przed śmiercią Abby. Niemniej jednak nakreślił linię, zostawił przeszłość przeszłości i żył dalej.
Przeglądam albumy. W trzecim są nasze zdjęcia z dni rozdania świadectw - Addison, Mariah i ja na różnych etapach edukacji, a także zdjęcia Mariah i Addisona odbierających rozmaite nagrody. Głównie Addisona. Mnie nie ma, bo nigdy żadnej nagrody nie zdobyłem. Z wymuszonym uśmiechem dalej kartkuję strony. Większość albumu jest pusta, być może to miejsce na zdjęcia wnuków. Odkładam go na miejsce i biorę następny. Jest w bardzo ładnej oprawie z miękkiej starej skóry farbowanej na granatowo, ale nie ma w nim zdjęć, tylko mnóstwo wycinków z gazet. Zdaje się, że wszystkie dotyczą...
O nie.
Szybko zamykam album, a potem oczy i widzę, jak pewnego wiosennego wieczoru mój ojciec wybiega z domu, wołając do matki: "Nie ruszaj się stąd, Claire, zostań tu, mamy jeszcze troje dzieci, którymi trzeba się zająć. Zadzwonię do ciebie ze szpitala". A jeszcze później matka podnosi słuchawkę telefonu wiszącego na kuchennej ścianie i widzę, że trzęsą jej się ręce. Wydaje z siebie przerażony jęk i opiera się o blat szafki, a kiedy odwraca się po pewnym czasie, jest już chłodna i opanowana. Tylko ja na to patrzyłem, gdyż Mariah i Addison wyjechali na studia, a Abby gdzieś wyszła. W wieku piętnastu lat Abby stale gdzieś chodziła i ciągle kłóciła się z rodzicami. Matka kazała mi się ubrać i szybko zaprowadziła mnie do sąsiadów, chociaż jako siedemnastolatek spokojnie mógłbym zostać sam w domu. Pocałowała mnie na pożegnanie i odjechała drugim samochodem w jakiejś niewiadomej, lecz niewątpliwie tragicznej sprawie. Było już po północy, kiedy ojciec po mnie przyszedł. Kazał mi usiąść w salonie przy Shepard Street i tam trzęsącym się głosem - tak odmiennym od swego zwykłego głosu spikera radiowego - powiedział, że Abby nie żyje.
Od dnia pogrzebu aż do swojej śmierci niemal nie wspominał jej imienia.
A jednak prowadził album z wycinkami, i niewątpliwie był to dziwny album.
Otwieram oczy i dalej przewracam strony.
Od razu zauważam, że coś tu jest nie w porządku.
Tylko cztery pierwsze fragmenty dotyczą Abby. Wycięty z gazety artykuł o jej śmierci. Oficjalny nekrolog. Artykuł, który ukazał się tydzień po wypadku, informujący, że policja nie ma żadnego tropu. Artykuł opublikowany po dwóch miesiącach z tymi samymi niewesołymi informacjami.
Pamiętam, że w tamtym okresie ojciec stale chodził zagniewany. Nieustannie. I zaczął pić. Pił w samotności, tak jak to robią alkoholicy, zamknięty w tym właśnie pokoju. Być może nad tym albumem.
Odwracam stronę. Następny wycinek nosi datę o kilka miesięcy późniejszą i dotyczy śmierci małego dziecka potrąconego przez nieznanego sprawcę w stanie Maryland. Czuję, jak przechodzi mnie dreszcz. Na kolejnej stronie znów wycinek: młody student seminarium, również wypadek spowodowany przez nieznanego sprawcę. Przeglądam dalej i cały cierpnę. Strona za stroną artykuły z gazet na temat niewinnych ludzi zabitych przez sprawców, którzy uciekli z miejsca wypadku. Opisy z dwóch, niemal trzech lat z całych Stanów Zjednoczonych. Starsza kobieta wychodząca z supermarketu w małym miasteczku. Funkcjonariusz policji kierujący ruchem w dużym mieście. Bogata studentka z politycznymi powiązaniami - jej kabriolet został zmiażdżony przez ciągnik siodłowy. Reporter zmieciony przez kombi, gdy zmieniał koło na ruchliwej autostradzie. Trener szkolnej drużyny piłkarskiej zmiażdżony przez taksówkę. Uboga matka sześciorga dzieci, słynny pisarz, urzędnik bankowy, chirurg, poszukiwany włamywacz, nastolatka spiesząca do pracy przy pilnowaniu dziecka, syn znanego polityka - mieszanka amerykańskiej tragedii. Na niektórych artykułach widoczne są stemple różnych instytucji trudniących się zbieraniem wycinków z całego kraju na interesujące cię tematy. Inne to zaledwie kilka linijek z "Post" lub "Star". Bardzo nieliczne oznaczone są wyblakłą niebieską gwiazdką, a na marginesie wpisano przy nich daty, zazwyczaj znacznie późniejsze niż data publikacji. Przeglądając wstecz kolejne historie, dochodzę do wniosku, że gwiazdką oznaczono te, w których sprawcę w końcu złapano. Przy kilku artykułach dotyczących aresztowań widoczne są krótkie gniewne notatki, sporządzone niewyraźnym charakterem pisma mojego ojca: "mam nadzieję, że usmażą tego sukinsyna" lub "lepiej sobie znajdź dobrego prawnika" albo "przynajmniej ci rodzice doczekali się sprawiedliwości".
Szybko przerzucam kartki do końca. Ostatnie wycinki pochodzą z końca lat siedemdziesiątych, czyli mniej więcej z okresu, kiedy Sędzia przestał pić. To by się zgadzało. Ale reszta nie ma sensu.
To nie jest nostalgiczny album ojca tęskniącego za zmarłym dzieckiem, lecz produkt umysłu ogarniętego obsesją. Robi wrażenie czegoś diabelskiego, i to w tradycyjnym chrześcijańskim sensie, czyli dzieła Szatana. Wydaje się, że powietrze wokół albumu jest aż gęste od umysłowej zgnilizny, jakby nawiedzone przez ducha człowieka, który go wykonał... lub ducha, który go opanował i zmusił do zrobienia tego. Szybko wsuwam album na miejsce w obawie, że mógłby mnie jakoś zainfekować swoim obłędem. Dziwne, że stoi akurat tutaj, wśród weselszych wspomnień. Raczej niewiele dzieci chciałoby się dowiedzieć o takim szaleństwie rodziców, nawet jeśli było przejściowe. Sądzę też, że niewielu rodziców chciałoby, żeby ich dzieci o czymś takim wiedziały. Garlandowie mają tyle drobnych tajemnic, a wśród nich również tę, że kiedy Abby zginęła, mojemu ojcu pomieszało się trochę w głowie, ale potem doszedł do siebie.
Ponownie zamykam oczy i wygodnie układam się na fotelu. Doszedł do siebie. To jest ważne. Ojciec wyzdrowiał. Mężczyzna, którego mamy pochować w przyszłym tygodniu, nie jest tym samym, który przesiadywał w tym brzydkim pokoju i bezsensownie się upijał, przewracając strony tego chorego albumu i terroryzując swoją rodzinę okropnym milczeniem świadczącym o emocjonalnej pustce.
Doszedł do siebie.
A jednak mój fanatycznie skryty ojciec trzymał ten album świadczący o jego przejściowej niepoczytalności w takim miejscu, gdzie każdy przypadkowy gość mógł się na niego natknąć. Pojmuję, że Sędzia wykonał taki album w swoim szaleństwie, ale przechowywanie go przez następne lata było nieostrożne i zupełnie nie pasuje do jego charakteru. Innych dowodów pozbył się już dawno temu. Na przykład nie trzyma w domu butelek po wypitych trunkach. A jednak album nadal stoi na półce. Całe szczęście, że nikt się na niego nie natknął, gdy komisja senacka prowadziła jego przesłuchanie w sprawie...
Drzwi do pokoju nagle się otwierają i staje w nich Sally w nadmiernie obcisłej szarej sukience. Piersi jej falują, a przez łzy prześwituje pełen uniesienia, choć nieco bezradny uśmiech. Widzę na jej twarzy wyraz lekkiego zmieszania, jakby zaskoczyło ją to, że znalazła mnie od razu w pierwszym miejscu, do którego zajrzała. W końcu oznajmia mi, że dzwonił Addison. Oczy jej błyszczą, pełne szczęścia. Już jedzie, dodaje radośnie, nie zdając sobie sprawy, że dla innych ta wiadomość nie musi być tak ekscytująca. Będzie tu najpóźniej jutro. Mrugam, starając się skupić. Sally przypomina mi postać ze sztuki Becketta. Podnoszę się, kiwam głową i staram się zasłonić sobą półkę, bezsensownie martwiąc się, że może zauważyć album z wycinkami. Addison przyjeżdża, powtarza Sally. Ta wiadomość tak ją przeobraża, że można w niej dostrzec pewien powab. Będzie tu wkrótce, zapewnia mnie Sally, naprawdę niedługo.
Jej pełen uwielbienia głos brzmi tak, jakby obwieszczała przybycie Mesjasza. Tymczasem gdyby spytać liczne kobiety mojego brata, większość z nich zapewne opisałaby go raczej jako kogoś z przeciwnego bieguna.
Rozdział 3Biała kuchnia
(I)
Wieści o śmierci Sędziego docierały do nas kilkakrotnie w ciągu lat poprzedzających dzień, gdy rzeczywiście nastąpiła. Nie oznacza to, że chorował - wręcz przeciwnie, nieustannie tak tryskał energią, że zapominało się o jego wątłym zdrowiu, i dlatego tak trudno nam było uwierzyć z początku w atak serca, który go w końcu powalił. Te plotki były raczej rezultatem jego stylu życia. Ludzie bardzo nie lubili mojego ojca, a on odpłacał im pięknym za nadobne. Rozpowszechniali wieści o jego śmierci, gdyż marzyli, aby to się ziściło. Dla wrogów - a miał ich całe rzesze i w pełni tym się rozkoszował - był rodzajem zarazy, a przecież pogłoski o lekarstwie zawsze budzą nadzieję w tych, którzy cierpią, oraz w tych, którzy kochają cierpiących. Część osób nękanych przez ojca reprezentowała nie tylko siebie, lecz całe sprawy, w Ameryce zawsze mają miliony zwolenników, w przeciwieństwie do jednostek, które umierają przez nikogo niekochane. Niejeden z wrogów mego ojca go nienawidził i niejeden rozpuszczał pogłoski o jego śmierci. Dzwonili samozwańczy przyjaciele i szeptali, jak bardzo jest im przykro. Mówili, że słyszeli o zawale, którego ojciec doznał podczas promocji swojej najnowszej książki w Bostonie, lub o wylewie w trakcie nagrywania wywiadu telewizyjnego w Cincinnati. Tyle że nic takiego się nie zdarzyło. Ojciec cały i zdrowy przebywał w San Antonio, gdzie przemawiał na zjeździe jakiegoś komitetu wyborczego konserwatystów - Komitetu Prawomyślnych, jak ich nazywa Kimmer. Ach, te radosne plotki o jego śmierci! Matka nienawidziła tych pogłosek, i to wcale nie z powodu bólu serca - jak mówiła - o który ją przyprawiały, tylko poniżenia - są w końcu jakieś normy zachowania. Ale nie w młynie mielącym plotki. Pewnego dnia, tuż przed przyjściem na świat mojego syna, stałem w kolejce do kasy w supermarkecie. W pewnej chwili na pierwszej stronie jednego z brukowców, pomiędzy cotygodniową opowieścią o Whitney Houston (SZCZERZE OPOWIADA O SWYM ZAWODZIE MIŁOSNYM) a najnowszą metodą cudownego odchudzania bez diety i ćwiczeń (CUD, O KTÓRYM LEKARZE WAM NIE POWIEDZĄ), ze zdumieniem dostrzegłem informację, że mafia zleciła zabójstwo mojego ojca w odwecie za jego współpracę z prokuraturą federalną. Wprawdzie kiedy za namową Kimmer kupiłem tę gazetę, stwierdziłem, że w całym liczącym sto pięćdziesiąt słów tekście nie ma żadnych konkretnych informacji, w jakiej sprawie ojciec mógłby współpracować i co tak niebezpiecznego miałby wiedzieć o mafii. Zadzwoniłem do pani Rose, od lat dzielnie trwającej na stanowisku jego asystentki, i dzięki niej udało mi się z nim skontaktować w Seattle. Skorzystał z okazji, żeby raz jeszcze przestrzec mnie przed podstępnym charakterem swoich wrogów.
- Oni zrobią wszystko, Talcotcie, dosłownie wszystko, żeby mnie zniszczyć - obwieścił proszącym tonem zarezerwowanym dla wypowiedzi o osobach, które go nie lubiły. Potem powtórzył jeszcze po raz trzeci, na wypadek gdybym miał kłopoty ze słuchem: - Wszystko.
Włącznie z oskarżeniem go o paranoję, zauważyłem, wertując numer "The Nation" sprzed kilku lat. A może to była megalomania? W każdym razie ojciec wierzył gorąco, że usiłują go dopaść, a moja siostra uważała, że ma rację. Broniła go, gdy trzy lata temu nie przyjechał na chrzciny Bentleya, z obawy, że dopadnie go prasa. Tłumaczyła, że nie był też na chrzcinach połowy jej dzieci - nic nadzwyczajnego, jeśli zważyć ich liczbę - ale wówczas ona i ja i tak już prawie ze sobą nie rozmawialiśmy.
Raz fałszywe doniesienie o śmierci mojego ojca znalazło się nawet nie w brukowcach, lecz w prawdziwej gazecie. "Washington Post" uśmiercił go pewnego zimowego poranka w katastrofie samolotu, do której doszło w Wirginii. Ojciec był jedną z dwunastu ofiar, a jego domniemaną obecność na pokładzie skomentowano dość cierpko, choć jednocześnie obłudnie: KONTROWERSYJNY BYŁY SĘDZIA ZGINĄŁ PRAWDOPODOBNIE W KATASTROFIE SAMOLOTU. Ironia tego stwierdzenia nie mogła umknąć nawet najbardziej przypadkowemu obserwatorowi bieżących wydarzeń. Wiadomo było, że obawy wzbudza ojciec żywy, a nie martwy, a ponadto do fatalnego zwrotu w jego karierze częściowo przyczynili się właśnie "Washington Post" i "jemu podobni", jak lubił powtarzać ojciec. W swoich dobrze wynagradzanych odczytach dla konserwatywnych biznesmenów nazywał ich lewicowymi łowcami sensacji. Audytorium chętnie słuchało, jak rozgniewany i elokwentny czarny prawnik oskarża media o doprowadzenie do jego rezygnacji ze stanowiska sędziego federalnego wkrótce po fiasku jego starań o nominację do Sądu Najwyższego. A przecież - jak przypominali jego konserwatywni zwolennicy liberalnym krytykom - w latach sześćdziesiątych wygrał w tym sądzie dwie ważne sprawy dotyczące zniesienia segregacji rasowej. Nie ulega jednak wątpliwości, że ojciec potrafił wprawiać ludzi w zakłopotanie! To dlatego Mariah była przekonana, że informacja o katastrofie samolotu, podana przez poranne wydanie "Post" i powtórzona przez parę nieostrożnych stacji radiowych, wywołała uśmiech ulgi na wielu twarzach wzdłuż całej osi Cambridge - Waszyngton. (Nie mam pojęcia, skąd wzięła ten wyświechtany frazes, ale podejrzewam, że od Addisona, któremu wystarczało cierpliwości do utrzymywania z nią kontaktu). Przez jedną wspaniałą chwilę wydawało się, że nadszedł kres. Ale mój przebiegły ojciec nie wszedł na pokład tego samolotu. Rzeczywiście znajdował się na liście pasażerów i nawet zgłosił się do odprawy, ale roztropnie wybrał sobie akurat tę porę na kłótnię przez telefon z moją matką, walczącą wówczas ze śmiercią w domu na Martha's Vineyard. Kłótnia dotyczyła kosztów naprawy rynien i była tak zażarta, że ojciec nie zdążył na samolot, a linie lotnicze miały przez to błędną listę pasażerów, co w tamtych czasach było możliwe. "Widzicie, jak bardzo mnie kochała" - bełkotał pijany Sędzia w noc po pogrzebie Claire Garland. A przecież od czasu, gdy uporał się ze swą słabością po śmierci Abby, tylko Addison twierdził, że widział ojca pijącego drinka. Wówczas też po raz pierwszy byliśmy świadkami tego, jak płacze. A następnego dnia zostałem spoliczkowany przez Mariah, gdy zauważyłem, że w ciągu sześciu lat choroby mamy ojciec spędził tyle samo czasu w podróżach, co przy jej łóżku. "No i co z tego?" - spytała, gdy ja usilnie zastanawiałem się nad właściwą reakcją na policzek. Po namyśle stwierdziłem, że nie jestem gotów do odpowiedzi na to pytanie.
Być może nawet należała mi się ta kara, gdyż Sędzia, tak chłodny w stosunku do reszty świata - w tym również najczęściej wobec swoich dzieci - matce zawsze okazywał wyłącznie czułość i miłość. Nawet kiedy jeszcze prowadził praktykę prawniczą, stale wychodził ze spotkań z klientami, żeby odbierać rozmowy od swojej Claire. Później, pracując już w Komisji Papierów Wartościowych i Giełdy, a potem jako sędzia, opuszczał czasem salę i strony musiały czekać, aż zakończy pogawędkę z żoną, która najwyraźniej uważała, że takie traktowanie po prostu jej się należy. Na myśl o niej uśmiechał się z zachwytem, który mówił światu, jak bardzo jest wdzięczny za dzień, gdy Claire Morrow odpowiedziała mu "Tak". W każdym razie tak było do śmierci Abby, gdyż potem przez dłuższy czas wcale się nie uśmiechał. Kiedy już rodzina pozornie powróciła do normalnego życia, rodzice zaczęli wychodzić na wieczorne spacery po Shepard Street, trzymając się za ręce.
Oczywiście ojciec stale podróżował. Tuż przed śmiercią lubił nazywać się jednym z wielu waszyngtońskich prawników, co rozumiał w ten sposób, że nie dzwonił do mnie osobiście, gdyż jego czas był zbyt cenny, lecz prosił panią Rose, żeby go połączyła. Kiedy już byłem na linii, nieodmiennie przełączał telefon na głośnik, być może po to, żeby mieć ręce wolne do innego zajęcia. Co prawda pani Rose powiedziała mi kiedyś, że nie powinienem się tym denerwować: Sędzia wszystkich przełącza na głośnik, gdyż cieszy się tym udogodnieniem, jakby je właśnie wynaleziono. Rzeczywiście wszystko, co wówczas robił, było dla niego nowe. Formalnie był doradcą firmy prawniczej Corcoran & Klein. Termin "doradca" to poręczny eufemizm, który może określać całą gamę kłopotliwych relacji, począwszy od emerytowanego partnera nieprowadzącego już żadnych spraw, poprzez niezatrudnionego w kancelarii urzędnika starającego się zdobyć dla niej tyle spraw, żeby zostać pełnoprawnym partnerem, skończywszy na asertywnym konsultancie, który szuka dla siebie renomowanego miejsca pracy. W wypadku mojego ojca firma dała mu pozory odpowiedniej pozycji oraz miejsce do odbierania wiadomości, lecz niewiele ponad to. Prawie nie spotykał się z klientami. Nie prowadził spraw. Pisał książki, jeździł po całym kraju z wykładami, a kiedy zapragnął odpoczynku, pokazywał się w takich programach jak Nightline, Crossfire czy Imus, aby omamić zastępy zła lewicy. Prawdę mówiąc, ojciec był wymarzonym gościem programów typu talk-show: chętnie rozmawiał niemal na wszystkie tematy, a każdego, kto wdawał się z nim w kłótnie, obdarzał niezwykle wyszukanymi i zagadkowymi epitetami. (Cenzorzy przechodzili ciężkie chwile, gdy używał takich słów jak "kauzyperda" czy "trzebieniec", a podczas pewnego radiowego talk-show zagłuszono jego słowa, gdy przejście jednego z kandydatów w szeregi prawicy podczas republikańskich wyborów wstępnych nazwał przykładem wariabilizmu). O tak, ludzie go nienawidzili, a on pławił się w ich wrogości.
Naturalnie Mariah przejmowała się tym znacznie bardziej ode mnie. Ja zawsze uważałem, że skrajna prawica i skrajna lewica rozpaczliwie potrzebują się nawzajem, bo gdyby jedna z nich zniknęła, druga straciłaby rację bytu. Co roku utwierdzam się w tym przekonaniu, obserwując, jak każda z nich z coraz większym zapałem poszukuje wrogów. Od czasu do czasu zastanawiam się nawet głośno przy Kimmer - nikomu więcej tego bym nie powiedział - czy mój ojciec nie wymyśla połowy swych politycznych poglądów tylko po to, żeby nadal pojawiać się w telewizji oraz utrzymać przeciwników w ryzach, a honoraria za odczyty zachowywać na poziomie pół miliona dolarów rocznie. Mariah, która studiowała filozofię i uprawiała dziennikarstwo śledcze, twierdzi jednak, że antagonizmy pomiędzy lewicą a prawicą są prawdziwe. Sędzia i jego wrogowie, powtarzała, toczą wielkie ideologiczne debaty naszych czasów, a tym, co przyczyniło się do jego upadku, jest wojna kulturowa. Uznałem jej twierdzenia za niemądre, a po latach czytania o tym wszystkim doszedłem do wniosku, że plotkarze, którzy doprowadzili do rezygnacji ojca, mogli jednak mieć rację. Byłem na tyle nieostrożny, że powiedziałem o tym Mariah, gdy rozmawialiśmy przez telefon, krótko po ukazaniu się bestsellera Boba Woodwarda na temat całej tej sprawy. Oświadczyłem jej, że książka jest całkiem przekonująca i Sędzia nie był ofiarą, tylko krzywoprzysięzcą.
Mariah tak się wzburzyła tym wyłomem w rodzinnych szeregach, choć mówiłem to przecież bez świadków, że po raz pierwszy - od kiedy sięgam pamięcią - użyła w mojej obecności wulgarnego wyrazu. Spytałem, czy przeczytała tę książkę, na co odparła, że nie ma czasu na czytanie takich śmieci. Ściśle mówiąc, nie posłużyła się wyrazem "śmieci". Trzeba jednak pamiętać, że zadzwoniła, gdyż chciała, aby cała rodzina, czyli trójka dzieci naszego ojca, napisała wspólny protest do "Timesa" w sprawie zamieszczonej przez nich pochlebnej recenzji książki Woodwarda. Twierdziła, że nadal ma tam przyjaciół, którzy dopilnują, żeby list został wydrukowany. Odmówiłem i wyjaśniłem jej dlaczego. Oświadczyła, że muszę to zrobić, bo to mój obowiązek. Mruknąłem, że lepiej nie budzić licha. Rozżaliła się, że nigdy nie chcę zrobić tego, o co mnie prosi, i odgrzebała jakąś starą historię o tym, jak mnie błagała, jeszcze na studiach, żebym umówił się z jej samotną przyjaciółką. Na koniec stwierdziła, że powinienem chociaż raz stanąć po jej stronie. Przecież nigdy nic nie zrobiła, żeby zasłużyć sobie na takie traktowanie. Pomyślałem o swojej karcie baseballowej z Williem Maysem, ale postanowiłem o tym nie wspominać. Nieco już zirytowany, nazwałem ją natomiast niedojrzałą - nie, prawdę mówiąc, użyłem określenia "rozpuszczona szczeniara" - na co Mariah odpowiedziała nieuzasadnionym, moim zdaniem, atakiem na Kimmer, który rozpoczęła od słów: "A skoro jesteśmy przy rozpuszczonych szczeniakach, jak się miewa twoja suka?". Moja siostra może toczyć walkę na inwektywy z każdym, a szczególnie ze mną, gdyż udoskonaliła swoje umiejętności, będąc przez długi czas zapalonym członkiem ekskluzywnego i znanego ze swej złośliwości czarnego bractwa studentek. Kiedy ze wzburzeniem wygarnąłem jej, że nie powinna takimi słowami wyrażać się o mojej żonie - no dobrze, powiedziałem to nieco ostrzej - Mariah spytała ze złością, czy kiedykolwiek stanąłem w jej obronie, kiedy to Kimmer mówiła o niej różne rzeczy. Próbowałem znaleźć na to jakąś odpowiedź, a ona zdążyła jeszcze dodać, że krew jest gęściejsza od wody i jestem to winien rodzinie. A kiedy starałem się powrócić na swego wysokiego konia pedagogicznego, twierdząc, że moim głównym obowiązkiem jest trzymanie się prawdy, spytała, dlaczego w takim razie nie dam całostronicowego ogłoszenia w gazecie: MÓJ OJCIEC JEST WINNY, A ŻONA NIEWIERNA. Tak właśnie fatalnie wyglądały nasze stosunki. Kiedy więc Mariah odciągnęła mnie na bok w wypełnionym rodziną holu przy Shepard Street i szepnęła, że musi ze mną zamienić słowo na osobności, sądziłem, iż chce ustalić pozostałe szczegóły pogrzebu, bo o czym my, odwieczni wrogowie, mielibyśmy rozmawiać? Myliłem się jednak - siostra chciała mi podać nazwisko człowieka, który zamordował naszego ojca.
(II)
Muszę się przyznać, że słysząc słowa Mariah, po prostu zacząłem się śmiać. Wiem, że to okropne z mojej strony, ale nic na to nie poradzę. Może to z wyczerpania. Znaleźliśmy dla siebie czas dopiero po północy i usiedliśmy przy kuchennym stole, popijając gorące kakao. Ja nadal jestem w krawacie, Mariah natomiast zdążyła wziąć prysznic i włożyć puszysty szlafrok. Howard, dzieci oraz część niezliczonych kuzynów śpią, poupychani w różnych kątach tego starego domu. Kuchnia była niedawno odnawiana i lśni bielą. Blaty, sprzęt kuchenny, stół, ściany i zasłony - wszystko w tym samym kolorze lśniącej bieli. W nocy, kiedy palą się wszystkie światła, ich odbicia dosłownie kłują w oczy i nadają i tak surrealistycznemu wnętrzu atmosferę obłędu.
- Z czego właściwie się śmiejesz? - pyta Mariah, odsuwając się od stołu. - Co się z tobą dzieje?
- Myślisz, że Jack Ziegler zabił tatę? - prycham, choć nadal to do mnie nie dociera. - Wujek Jack? Za co?
- Wiesz, za co! I nie nazywaj go wujkiem Jackiem!
Potrząsam głową i staram się być łagodny, ale marzę o tym, żeby Addison wreszcie przyjechał, bo on ma bez porównania więcej cierpliwości do naszej siostry. Chwilę wcześniej, przed wypowiedzeniem tego nazwiska, Mariah była zdenerwowana, może nawet przestraszona. Teraz jest wściekła. Można zatem powiedzieć, że przynajmniej poprawiłem jej nastrój.
- Nie, nie wiem. Nie mam nawet pojęcia, dlaczego sądzisz, że ktoś go zabił. Przecież miał atak serca, pamiętasz?
- Dlaczego akurat nagle teraz miałby mieć atak?
- Na tym to właśnie polega. One są nagłe. - Zniecierpliwienie sprawia, że zaczynam być okrutny, toteż staram się opanować. Moja siostra nie jest głupia i często zauważa rzeczy, których inni nie dostrzegają. Ukazał się nawet o niej niewielki artykuł w miesięczniku "Ebony" w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy jako dwudziestosześcioletnia dziennikarka gazety "New York Times" została nominowana do Nagrody Pulitzera za cykl reportaży o kolejach losu dzieci stołujących się w bezpłatnych jadłodajniach. Potem nagle rzuciła tę pracę, wkrótce po tym, jak jej gazeta zaczęła prowadzić poważne śledztwo przeciw mojemu ojcu. Wprawdzie Mariah nazywała swój krok protestem, ale prawdą jest, że zupełnie zrezygnowała z pracy zawodowej i wraz ze świeżo poślubionym mężem przeniosła się do Darien, do ślicznego starego domu w stylu kolonialnym - pierwszego z trzech, a każdy był większy od poprzedniego. Obiecała wówczas, że cały swój czas poświęci dzieciom. Sprawiła tym ogromną przyjemność matce, która do końca życia uważała, że miejsce kobiety jest w domu. Darien nie jest zbyt oddalone od Elm Harbour, ale obecnie widujemy się z Mariah dwa razy do roku, jeśli mamy pecha. Przyczyna nie leży w tym, że się nie kochamy, a raczej w tym, że się nawzajem niezbyt lubimy. Postanawiam, pewnie po raz setny, lepiej traktować swoją siostrę.
- Poza tym - dodaję - nie był już młody.
- Siedemdziesiątka to nie starość. Nie w dzisiejszych czasach.
- A jednak to był atak serca. Tak stwierdzili w szpitalu.
- Och, Tal - wzdycha, poklepując mnie i udając znużonego życiem światowca - jest tyle środków, które mogą wywołać atak serca. Kiedyś zajmowałam się przecież kroniką kryminalną, pamiętasz? To moja dziedzina. Naprawdę trudno jest wykryć takie substancje podczas autopsji. Doprawdy, jesteś taki niewinny.
Postanawiam to przemilczeć, tym bardziej że Kimmer też to często powtarza, tyle że z innych powodów. Decyduję się wyciągnąć gałązkę oliwną:
- Dobrze, dobrze. Zatem dlaczego wujek Jack miałby chcieć go zabić?
- Żeby go uciszyć - mówi dobitnie, po czym urywa i wciąga powietrze tak gwałtownie, że szybko oglądam się przez ramię, czy Jack Ziegler, nasza rodzinna zmora, nie czai się w oknie. Widzę jednak tylko kolekcję kryształowych przycisków do papieru, zwożonych przez mamę z całego świata. Poustawiane na parapecie wyglądają jak błyszczące jajka z przejrzystą skorupką. Z szyby patrzy na mnie moje odbicie: wyczerpany, garbiący się Talcott Garland, który w niemodnych rogowych okularach, z krótko przyciętymi włosami i w przekrzywionym krawacie nie wygląda na profesora prawa, a raczej na dziecko, które chce, żeby już było po wszystkim. Odwracam się z powrotem do siostry. Człowiek, którego nazywamy wujkiem Jackiem, nie jest z nami spokrewniony ani spowinowacony, podobnie jak Mallory Corcoran - dla nas wujek Mal. Obaj biali przyjaciele mojego ojca otrzymali od rodziny te honorowe tytuły, gdy zostali ojcami chrzestnymi - wujek Mal Mariah, a wujek Jack Abby. Tyle że w przeciwieństwie do wujka Mala Jack Ziegler w znacznie większym stopniu przyczynił się do zniszczenia ojca niż do jego uratowania.
- Uciszyć go w jakiej sprawie? - pytam łagodnie, gdyż dotychczas Mariah utrzymywała, że ojciec nic nie wiedział o podejrzanych przedsięwzięciach wujka Jacka, a wszelkie twierdzenia o łączących ich interesach to tylko spisek białych liberałów przeciw błyskotliwemu, a tym samym niebezpiecznemu czarnemu konserwatyście. Może Mariah rezygnuje, bo dostrzegła pułapkę, do której prowadzi jej rozumowanie.
- Nie wiem - mamrocze, ściskając swój kubek z gwałtowną matczyną opiekuńczością.
Może powinienem w tym momencie pozwolić, żeby fantastyczne teorie Mariah umarły śmiercią naturalną. Skoro jednak przez tyle czasu musiałem tego wysłuchiwać, uznaję za swój obowiązek uzmysłowić jej, jaki to idiotyczny pomysł.
- No więc dlaczego myślisz, że wujek Jack miał z tym coś wspólnego?
- Od czasu przesłuchań czekał tylko na właściwy moment. Wiesz, że tak było, Tal. Nie opowiadaj, że tego nie czułeś!
Teraz zaczynam przemawiać jak prawnik:
- A dlaczego to miał być właściwy moment?
- Nie wiem, Tal. Ale wiem, że mam rację.
- Czy są na to jakieś namacalne dowody?
Mariah kręci przecząco głową.
- Jeszcze nie, ale możesz mi pomóc. Ty jesteś prawnikiem, ja jestem... ja byłam dziennikarką. Możemy wspólnie przeprowadzić dochodzenie, poszukać dowodów.
Marszczę czoło. Mariah zawsze była taka impulsywna i uparta. Niełatwo będzie wybić jej z głowy ten pomysł. - No dobrze, ale najpierw musimy mieć powód.
- Jack Ziegler jest mordercą. Czy to nie dobry powód?
- Nawet zakładając, że to prawda...
- To nie jest założenie. - W jej oczach znów widać wściekłość. - Jak możesz bronić takiego człowieka?
- Nikogo nie bronię. - Nie mam ochoty podejmować walki, toteż teraz ja jej rzucam wyzwanie: - A zatem masz jakiś plan? Chcesz zadzwonić do wujka Mala?
Mariah znalazła się w pułapce i zdaje sobie z tego sprawę. W rzeczywistości nie chce oficjalnego śledztwa, gdyż dobrze wie, że dla policji atak serca pozostanie atakiem serca, a ona wyjdzie na głupca. Nie może zadzwonić do Mallory'ego Corcorana, jednego z najpotężniejszych prawników w mieście, i bez żadnych podstaw żądać, żeby poruszył dla niej niebo i ziemię. Siedzi nachmurzona. Woli nie patrzeć na mnie, tylko w kierunku lśniącej bielą lodówki, na której zdążyły się już pojawić nieuniknione obrazki piesków, drzewek i statków, narysowane kredkami przez jej młodsze dzieci. Sędzia w żadnym wypadku nie tolerowałby takich sentymentalnych ozdóbek.
- Nie wiem - odpowiada niewyraźnie, a bruzdy na jej upartej twarzy świadczą o wyczerpaniu.
- No cóż, jeśli...
- Nie wiem, co robić. - Powoli kręci głową ze spojrzeniem utkwionym w dzielącym nas stole. Ten drobny wyłom w jej emocjonalnej zbroi pozwala mi ze smutkiem wejrzeć w życie, jakie prowadzi dzień po dniu u boku Howarda, stale wyruszającego w dalekie kraje walczyć z finansowymi smokami dla klientów i zysków firmy Goldman Sachs. Obrazki na lodówce są świadectwem szaleńczych starań mojej siostry, by jakoś zająć dzieci, podczas gdy ona bez żadnej pomocy załatwiała uroczystości pogrzebowe dla ojca, którego przez czterdzieści lat bez powodzenia próbowała zadowolić. - Jestem taka zmęczona - stwierdza, co jest niezmiernie rzadkim u niej przyznaniem się do słabości. Odwracam na chwilę wzrok, gdyż nie chcę, żeby dostrzegła, jak mnie wzruszyły te trzy proste słowa. Wolę też nie przyznawać się, że to nas łączy. Mam wrażenie, że Mariah, Addison i ja stale jesteśmy wyczerpani. Skandal, który zniszczył karierę ojca, nieoczekiwanie dodał mu sił, by rozpocząć nową, resztę rodziny natomiast osłabił. My, jego dzieci, nigdy w pełni nie doszliśmy do siebie.
- Ciężko pracujesz.
- Tal, nie bądź wobec mnie protekcjonalny - mówi rzeczowym tonem, ale w jej oczach dostrzegam błysk zdradzający, że poczuła się obrażona podtekstem, którego wcale w moich słowach nie było. - Nie traktujesz mnie poważnie.
- Traktuję, ale...
- Traktuj mnie poważnie!
Wypróbowuje na mnie swoje najlepsze spojrzenie. Znużenie i zmieszanie zniknęły. Czytałem opinie psychologów społecznych, że gniew jest konstruktywny - zwiększa pewność siebie, a nawet kreatywność. Nie wiem, jak to jest z kreatywnością, ale rozgniewana na mnie Mariah prezentuje nagle taką samą pewność siebie co zwykle.
- W porządku - rzucam pojednawczo - w porządku. Przepraszam.
Siostra czeka w milczeniu na mój następny ruch. Chce, żebym powiedział coś, co wskazywałoby, że poważnie traktuję jej szalony pomysł. Zatem zadaję poważne pytanie:
- Jak mogę pomóc? - Nie precyzuję, w jakiej sprawie oferuję pomoc.
Mariah potrząsa głową, próbuje coś powiedzieć, potem wzrusza ramionami. Ku mojemu zdumieniu po policzkach zaczynają jej płynąć łzy.
- Hej. - Już prawie wyciągam rękę, żeby je obetrzeć, ale przypominam sobie powitanie w holu i decyduję się nic nie robić. - Hej, dzieciaku, wszystko w porządku. Naprawdę.
- Nie, nic nie jest w porządku - szlocha Mariah. Zwija filigranową dłoń w pięść i z zaskakującą siłą uderza w stół. - Nigdy... nigdy już nie będzie w porządku.
- Mnie też go brakuje - zapewniam ją, niezupełnie szczerze, ale myślę, że to właściwe słowa w tym momencie.
Teraz Mariah płacze już otwarcie, chowając twarz w dłoniach i dalej potrząsając głową. Nadal nie ośmielam się jej dotknąć.
- Wszystko w porządku - powtarzam.
Moja siostra podnosi głowę. Smutek i rozpacz nadały jej twarzy uduchowione piękno, zupełnie jakby ból uwolnił ją od zwykłych zmartwień śmiertelników.
- Jack Ziegler to potwór - stwierdza krótko. - Muszę przyznać, że to prawda, jeśli choćby część haniebnych rzeczy, które napisały o nim gazety, rzeczywiście się zdarzyła. Prawdą jest też jednak, że co najmniej trzykrotnie stawał przed sądem i został uniewinniony, w tym raz w sprawie o morderstwo. O ile wiem, teraz spokojnie mieszka sobie w Aspen w stanie Kolorado, bajecznie bogaty i na tyle bezkarny, na ile pozwala mu Konstytucja Stanów Zjednoczonych.
- Mariah - odpowiadam, nadal łagodnie - przecież nikt z rodziny nie widział Jacka Zieglera od ponad dziesięciu lat. Od czasu... no, wiesz.
- Nieprawda - zaprzecza bezbarwnym tonem. - Tata spotkał się z nim w zeszłym tygodniu. Jedli razem obiad.
Przez chwilę nie mam pojęcia, co powiedzieć. Zaczynam się zastanawiać, skąd ona może wiedzieć, z kim ojciec się spotykał i kiedy. Niemal zniżam się do zadania tego pytania, ale Mariah mnie przed tym ratuje:
- Tata mi powiedział. Rozmawiałam z nim. Zadzwonił do mnie na dwa dni... dwa dni przed...
Nie kończy i odwraca się ode mnie, gdyż w naszej rodzinie nie jest przyjęte dzielić się nawet najgłębszymi cierpieniami. Zasłania oczy. Zastanawiam się, czy obejść stół, kucnąć przy niej, otoczyć ją ramionami i pocieszyć na tyle, na ile potrafię. Może nawet bym jej powiedział, że do mnie Sędzia też dzwonił, ale dobrym zwyczajem Garlandów byłem zbyt zajęty, żeby do niego oddzwonić. Wyobrażam sobie tę scenę, radość Mariah, nowe potoki łez: "Och, Tal, jak to dobrze, że znów jesteśmy przyjaciółmi!". Nie jestem jednak takim człowiekiem, a Mariah tym bardziej, siedzę więc nieruchomo z twarzą pokerzysty, zastanawiając się, czy reporterzy już wykryli tę historię, co jeszcze bardziej zwiększy rozmiary katastrofy. Już widzę nagłówki: ZHAŃBIONY SĘDZIA SPOTYKA SIĘ Z CZŁOWIEKIEM OSKARŻONYM O MORDERSTWO NA KILKA DNI PRZED SWOJĄ ŚMIERCIĄ. Niemal się wzdrygam. Zwolennicy teorii spiskowej, dla których żadna znana osoba nie umiera śmiercią naturalną, już ruszyli do akcji. Korzystając z czasu przyznanego im w radiowych talk-show, usiłują wyjaśnić, dlaczego ojciec w żadnym razie nie mógł umrzeć na atak serca. Dotychczas nie zwracałem uwagi na te błazeństwa, ale teraz, wyobrażając sobie, co niektórzy z dzwoniących mogą powiedzieć o spotkaniu ojca z wujkiem Jackiem, zaczynam rozumieć paranoiczne zachowanie mojej siostry. Po chwili Mariah jeszcze pogarsza sytuację.
- To nie wszystko - kontynuuje tym samym bezbarwnym głosem, wpatrując się w dal niewidzącym spojrzeniem. - Rozmawiałam z nim wczoraj wieczorem. Z wujkiem Jackiem.
- Wczoraj wieczorem? Dzwonił? Tutaj? - Mogę być z siebie dumny, gdyż udało mi się zadać trzy głupie pytania tam, gdzie inni wcisnęliby tylko jedno.
- Tak. Dosłownie skóra mi ścierpła.
Teraz mnie z kolei zamurowało. Znów szukam w myślach, co by tu powiedzieć, i w końcu chwytam się rzeczy najbardziej oczywistej.
- A czego chciał?
- Złożył kondolencje. Ale przede wszystkim chciał porozmawiać o tobie.
- O mnie? Na jaki temat?
Mariah milczy przez chwilę, zmagając się z własnymi odczuciami.
- Powiedział, że tobie jedynemu tata ufał - wyjaśnia w końcu. - Tylko ty wiesz o ustaleniach, które tata poczynił na wypadek swojej śmierci. To właśnie w kółko powtarzał: że musi wiedzieć, jakie są ustalenia. - Znów zaczęły jej płynąć łzy. - Powiedziałam mu, że pogrzeb jest we wtorek, powiedziałam gdzie, a on na to, że nie o takie ustalenia mu chodzi. Upierał się, że musi poznać "te inne" ustalenia. Twierdził, że ty prawdopodobnie będziesz wiedział. Stale to powtarzał. Tal, o czym on mówił?
- Nie mam najmniejszego pojęcia - przyznaję. - Skoro chciał ze mną porozmawiać, to dlaczego nie zadzwonił do mnie?
- Nie wiem.
- To wszystko jest zbyt dziwaczne. - Przyszła mi na myśl Po Prostu Alma. "On miał wobec ciebie plany, Talcotcie. Twój tata chciał, żeby tak było". Czy mówiła o tym samym? - Po prostu zbyt dziwaczne.
Widać, że Mariah poczuła się poruszona czymś, co dosłyszała w moim głosie.
- Jesteś pewien, Tal, że nic ci nie świta? Nie kojarzysz sobie, o co mogło chodzić Jackowi Zieglerowi?
- Skąd mam wiedzieć?
- Nie wiem skąd. Dlatego właśnie się zastanawiam. - We wzroku mojej siostry wyraźnie widać nieufność, a ja czuję, jak przestrzeń pomiędzy nami wypełnia się cieniem wiecznych niesnasek, przekonaniem Mariah, że nigdy nie może na mnie liczyć, oraz moim, że ona zbyt wiele wymaga. Chyba jednak nie wierzy, że mógłbym mieć coś wspólnego... angażować się w coś z takim człowiekiem jak Jack Ziegler...
- Mariah, powtarzam ci, że nie mam najmniejszego pojęcia, o co tu chodzi. Nie pamiętam nawet, kiedy ostatnio miałem jakiś kontakt z Jackiem Zieglerem.
Macha ręką, jakby oddalała tę kwestię, ale nie odpowiada. Nie zapewnia, że mi ufa, tylko sygnalizuje chęć zawieszenia broni.
- A więc jedyne, o co pytał, to... ustalenia?
- Głównie o to. Aha, powiedział też, że prawdopodobnie zobaczymy się na pogrzebie.
- No, pięknie - niezdarnie próbuję uciec się do ironii, zastanawiając się, czy jest jakiś sposób, żeby go do tego zniechęcić - wprost nie możemy się doczekać.
- On mnie przeraża - wyznaje Mariah, najwyraźniej porzucając wcześniejsze spekulacje na temat wujka Jacka, choć z pewnością o nich nie zapomni.
Czuję, jak ściska mi palce, i ze zdumieniem patrzę na nasze ręce, gdyż wcale nie pamiętam, kiedy zdążyliśmy je połączyć.
- Mnie też - przyznaję. Jest to najszczersze zdanie, jakie wypowiedziałem przez cały dzień.
Rozdział 4Czarujący człowiek
(I)
Sędzia od czasu do czasu wyrażał nadzieję, że umrze przed Richardem Nixonem, który byłby wówczas zobowiązany uczestniczyć w jego pogrzebie, a może nawet powiedzieć o nim parę słów. Prezydent Nixon niejako pomógł wykreować mojego ojca, odkrył go bowiem, gdy jeszcze jako nieznanego sędziego procesowego o umiarkowanie konserwatywnych poglądach zapraszał go często do Białego Domu, a w końcu mianował sędzią Sądu Apelacyjnego Stanów Zjednoczonych. Tam właśnie ponad dziesięć lat później ojciec został odkryty ponownie, tym razem przez Ronalda Reagana, któremu niemal udała się sztuka określona wówczas przez gazety mianem "podwójnej dywersyfikacji" w Sądzie Najwyższym. Reagan, dążąc do zmiany swego wizerunku zbawcy białych mężczyzn, zdecydował się nominować mojego ojca. To posunięcie miało podwoić liczbę czarnych sędziów w Sądzie Najwyższym, a Reagana uczynić pierwszym prezydentem, który mianował dwóch sędziów niebędących białymi mężczyznami. Niestety, zamysł Reagana spalił na panewce, a mój ojciec, podobnie jak wielu innych ludzi sukcesu, niezdolny oddzielić ambicji od zasad, nigdy nie wybaczył mu grzechu, którym było wycofanie nominacji.
Stosunek ojca do Nixona był natomiast zupełnie inny. Mając stale w pamięci jego przychylność, niezmiennie twierdził, nawet ćwierć wieku po jedynej prezydenckiej rezygnacji w naszej historii, że Nixon utracił stanowisko przez intrygi mściwych liberałów, a nie własną sprzedajność. W jego upadku dostrzegał wiele znaczących podobieństw do własnej sytuacji i bardzo chętnie uświadamiał je entuzjastycznym słuchaczom swoich odczytów. Oto dwaj oświeceni, troszczący się o dobro innych konserwatyści, jeden biały, drugi czarny, na tyle zasłużeni, by przejść do historii, padają ofiarą bezlitosnych sił lewicy, które rujnują ich karierę. Słyszałem tę agitacyjną przemowę dwukrotnie i za każdym razem zrobiło mi się niedobrze. Bynajmniej nie z powodów ideologicznych czy całkowitego wypaczania historii, lecz ze względu na okropne, zupełnie niegarlandowskie użalanie się ojca nad sobą.
Niestety, marzenia ojca się nie spełniły. To on wziął udział w pogrzebie Nixona, a nie na odwrót. Poleciał do Kalifornii, w nadziei (choć zupełnie nie wiadomo, czym podpartej), że zostanie poproszony o to, by wygłosić mowę pochwalną na cześć swojego mentora. Jeżeli oglądaliście w telewizji ceremonię pogrzebową Nixona, to wiecie, że tak się nie stało. Nawet nie było go widać na ekranie. Został wciśnięty gdzieś do piętnastego rzędu, pomiędzy byłych zastępców sekretarzy nieistniejących już departamentów, z których część miała już na swym koncie wyroki. Zirytowany kolejnym rozczarowaniem, pospiesznie wyruszył do domu, zastanawiając się na pewno, która z osób o jakimkolwiek znaczeniu weźmie udział w jego pogrzebie.
I rzeczywiście - kto? Dumam nad niezdrowym pytaniem ojca, kiedy trzymając za rękę swoją piękną żonę, podążam za trumną wzdłuż głównej nawy Kościoła Świętej Trójcy i Świętego Michała. Kościół ten to pełne przeciągów granitowe okropieństwo znajdujące się tuż poniżej Chevy Chase Circle, gdzie dziewięć lat temu w grudniu, ku ogólnemu zdumieniu naszych rodzin i przyjaciół, wzięliśmy z Kimmer ślub. Większość z nich jeszcze bardziej się dziwi, że to małżeństwo trwa, gdyż nasz burzliwy związek naznaczony był licznymi falstartami.
Kto? My, dzieci, idziemy tuż za trumną. Addisonowi, wbrew etykiecie, towarzyszy jego aktualna dziewczyna. Kilka minut temu Addison wygłosił dość nieskładną mowę pogrzebową pełną takiej samej przesłodzonej religijności, jaką prezentuje w swoich programach radiowych na żywo. Przede mną idzie Mariah z Howardem u boku i częścią dzieci podążających ich śladem. Pozostałe są z opiekunką na Shepard Street lub wędrują po kościele, wspinając się tam, gdzie nie powinny. Nagle przypominam sobie, że Mariah i jej potomstwo są moją rodziną, staram się powstrzymać od tych niespodziewanie złośliwych rozważań, gdyż, jak już wspominałem, Sędzia zawsze pouczał dzieci, by unikały niegodnych myśli.
Kto? Zastanawiam się nad tym, powstrzymując kaszel wywołany duszącym zapachem kadzidła, które nadal stanowi część rytuału tradycyjnych kościołów episkopalnych, chociaż nikt już prawie nie pamięta dlaczego. Kto? Obawiam się, że odpowiedź byłaby kolejnym rozczarowaniem dla mojego ojca, tak wrażliwego na punkcie znaczących osób. Nie ma nikogo - nikogo, kto mógłby się dla niego liczyć. Nie pojawił się żaden z wielkich liberałów, którzy uwielbiali go, gdy był młody, ani żaden ze znanych konserwatystów, którzy kochali go, gdy był już stary. Przybyła tylko rodzina, trochę wieloletnich przyjaciół, kilku partnerów z firm prawniczych i garstka nerwowych dziennikarzy, w większości zbyt młodych, by pamiętać, dlaczego nazwisko mojego ojca cieszyło się takim niechlubnym rozgłosem. Przyszło też jednak kilku, którzy pamiętają, by zobaczyć na własne oczy, że potwór naprawdę nie żyje.
Jest tu oczywiście Mallory Corcoran na czele niewielkiego zastępu prawników ze swojej firmy, a także pani Rose, spokojna asystentka ojca, która trwa przy nim od czasu, gdy pracował jeszcze jako sędzia. Naturalnie swój kontyngent przysłało też Złote Wybrzeże. Są to głównie mężczyźni o żółtawej skórze z pokolenia ojca. Ubrani w kosztowne garnitury, niespokojnie spoglądają na swoje Roleksy, prawdopodobnie aby upewnić się, że pogrzeb dobiegnie końca, zanim nadejdzie pora na golfa. Widzę również grupkę sędziów, którzy kiedyś z ojcem pracowali, a wśród nich ze zdumieniem dostrzegam tego, który znalazł się potem w Sądzie Najwyższym - co prawda usiadł z tyłu, jakby nie chciał być dostrzeżony. Kilkunastu dawnych aplikantów ojca stoi w różnych punktach kościoła; większość z nich sprawia wrażenie bardziej zażenowanych niż smutnych, ale i tak jestem im wdzięczny za lojalność. Zauważam swoich przyjaciół: Danę Worth i Eddiego Doziera, którzy kiedyś byli małżeństwem, dopóki Dana sądziła, że interesują ją mężczyźni. Siedzą o trzy rzędy od siebie, jak przystoi małżonkom rozwiedzionym w gniewie. Twarz Eddiego ma surowy, buntowniczy wyraz, natomiast zazwyczaj twarda Dana dziś jest w płaczliwym nastroju. Kontakty między nami urwały się wraz z rozpadem ich małżeństwa. Poznali się na początku lat osiemdziesiątych, gdy oboje byli aplikantami u mojego ojca, a potem zostali pierwszą - i sądzę, że ostatnią - parą małżeńską zatrudnioną jako wykładowcy w szkole prawniczej. Trzeba przyznać, że stanowili dziwną parę. Dana jest drobna i biała, a Eddie czarny i potężny. W swojej prawicowej działalności politycznej prezentowali niemodnie buntowniczą postawę, a ponadto nie zdołali opanować finezyjnej sztuki mówienia ludziom w oczy czegoś innego, niż rzeczywiście się myśli.
Daleko z tyłu, w rogu, siedzi samotnie aplikant, którego absolutnie nie spodziewałbym się tu ujrzeć - poważny i nieśmiały Greg Haramoto. Dziesięć lat temu to właśnie złożone przez niego z wielką niechęcią zeznanie w dużym stopniu przyczyniło się do przekreślenia nominacji ojca do Sądu Najwyższego. Greg był niespodziewanym świadkiem - w każdym razie Sędzia się tego nie spodziewał - i przez całe emocjonujące cztery godziny powtarzał przed kamerami telewizyjnymi, że wcale nie ma ochoty tu być. Niemniej jednak przygwoździł mojego ojca do ściany. Siedząc wyraźnie zażenowany w pokoju przesłuchań i zbyt często mrugając za grubymi szkłami okularów, oświadczył senatorom, że Jack Ziegler dzwonił do mojego ojca po godzinach w jego sędziowskim pokoju tak często, iż on, Greg, zaczął rozpoznawać jego charakterystyczny głos. Powiedział również, że Jack Ziegler spotkał się z ojcem na lunchu. Zeznał, że Jack Ziegler nawet był w budynku sądu, przynajmniej raz, późnym wieczorem. Sędzia wymusił później na nim obietnicę, że nikomu tego nie zdradzi. Greg powiedział jeszcze wiele rzeczy, a mój ojciec niektórym nieprzekonująco zaprzeczał, a inne niechętnie sobie przypomniał. Jego pamięć szczególnie odświeżyły rejestry, w których strażnicy zapisują każdego, kto wchodzi lub wychodzi.
Po przesłuchaniach Greg zaczął mieć kłopoty z pracą w zawodzie prawnika. Odszedł ze stanowiska przy generalnym doradcy Federalnej Komisji do spraw Komunikacji, po czym żadna z firm prawniczych nie chciała go przyjąć mimo doskonałych wyników uzyskanych na studiach w Berkeley. Wszyscy obawiali się, że człowiek, który ukrzyżował własnego szefa w ogólnokrajowej telewizji, może nie zachować koniecznej dyskrecji w sprawach co bardziej podejrzanych klientów. Nie chciały go zatrudnić duże spółki, gdyż większość ich dyrektorów naczelnych sprzyjała ojcu. Nie mógł też znaleźć sobie miejsca w jednej ze szkół prawniczych, ponieważ miał zbyt zszargane nerwy, żeby poważnie zająć się nauczaniem. Próbował pracować jako obrońca z urzędu, starając się zagłuszyć własny ból znacznie większymi cierpieniami tych, których życie na dnie pozbawiło resztek moralności, ale nie potrafił w pełni poświęcić się temu zajęciu. Jego klienci na tym cierpieli i w końcu pracodawca poprosił go, żeby spróbował gdzie indziej. W ten sposób Greg Haramoto, który niegdyś miał przed sobą tak wspaniałe perspektywy, teraz nie mógł znaleźć pracy. Kiedy ostatnio o nim słyszałem, pracował w rodzinnej firmie eksportowo-importowej w Los Angeles. Zdaniem Mariah w pełni sobie zasłużył na taką degradację. I oto Greg siedzi tutaj z oczyma pełnymi łez, smucąc się z nami wszystkimi i żegnając człowieka, którego karierę pomógł zrujnować. Podczas zeznań przed komisją wielokrotnie powtarzał, że jego podziw dla mojego ojca wcale się nie zmniejszył. No ale czasem zaskakująco łatwo jest zniszczyć rzeczy, które kochamy.
W dalszym ciągu przebiegam wzrokiem po zebranych. Dostrzegam jeszcze jednego kolegę ze szkoły prawniczej. Drobiazgowy Lemaster Carlyle z Barbadosu pracuje jako wykładowca tylko o dwa lata dłużej ode mnie, lecz jest znacznie bardziej ceniony. Lem jest niewysokim, twardym i energicznym mężczyzną, którego świetnie skrojone garnitury maskują dobrze rozwiniętą sylwetkę, a za kwiecistym, idiomatycznym językiem kryje się dobrze rozwinięty umysł. Nie jesteśmy przyjaciółmi i Lem nie znał Sędziego, przypuszczam więc, że przyszedł z poczucia solidarności. Wierzy bowiem w rasę jako całkowicie mistyczną, a jednocześnie głęboko osobistą tkankę łączną. Podczas bojów o zatwierdzenie nominacji mojego ojca Lem publicznie stanął po jego stronie, mimo że prezentuje zdecydowanie liberalne poglądy polityczne. Jak głosił wszem wobec: "Lepiej mieć dwóch czarnych w Sądzie Najwyższym niż jednego". Chociaż nie jest zbyt sympatyczny, pokochałem go za to przekonanie na długo przed tym, nim go poznałem.
Dana, Lemaster i ja jesteśmy jedynymi przedstawicielami szkoły prawniczej, którą ojciec tak kochał. (Eddie po rozwodzie przeniósł się do Teksasu). Dziekan Lynda wyraziła swój hołd, przysyłając ogromny wieniec. Ku mojemu zdumieniu nawet studenci przysłali wiązanki, w myśl zasad segregacji, osobna od czarnych i osobna od białych. Kwiaty to jednak nie to samo co ludzie. Tymczasem nawet razem z kolegami od pokera, dziennikarzami, zwykłymi łowcami sensacji, niektórymi członkami rodziny Kimmer oraz tymi, którzy pozostali z niezliczonych kuzynów (wiek i geografia przerzedziły ich szeregi, ale są tutaj, stoją sobie z tyłu i plotkują), jest tu pewnie ledwie dwieście osób, a kościół może pomieścić trzykrotnie więcej. Nie ma wśród nich Jacka Zieglera, niezależnie od tego, o jakie "ustalenia" w istocie pytał.
(II)
Nasza rodzina niechętnie rozmawia o Jacku Zieglerze, przynajmniej od pewnego czasu. Podczas studiów mieszkał z ojcem w jednym pokoju, potem został ojcem chrzestnym Abby, ale przez ostatnie dziesięć lat życia ojciec nie chciał słyszeć imienia swojego dawnego przyjaciela. Jedną z zasad wiary konserwatystów stało się twierdzenie, że mój ojciec ostatecznie stracił szansę na stanowisko sędziego Sądu Najwyższego, gdyż pozostał wierny długoletniemu znajomemu, a dokładniej mówiąc, ponieważ zjadł lunch z Jackiem Zieglerem. Dwukrotnie. Przecież zeznanie Grega Haramoto w istocie sprowadzało się do tego, że ojciec umówił się na lunch ze starym przyjacielem, a potem oprowadził go po budynku sądu. No, rozmawiali też kilka razy przez telefon, ale co w tym złego! Niewątpliwie w taki właśnie sposób przedstawiają sprawę poplecznicy ojca z Mariah na czele. Przecież w 1986 roku sprawa jego nominacji toczyła się gładko. Zasiadający w Senacie liberalni demokraci bali się wysuwać poważniejsze obiekcje, gdyż musieli mieć na uwadze jego kolor skóry i kwalifikacje. Wszystko było w porządku, dopóki nie wyszły na jaw sprawa jego lunchów i przeszłość człowieka, z którym je jadał. Wówczas prasa natychmiast rozpoczęła nagonkę. Jak się okazało, nazwisko Jacka Zieglera, okrytego niesławą byłego pracownika Centralnej Agencji Wywiadowczej, pojawiało się w związku z wieloma politycznymi skandalami drugiej połowy dwudziestego wieku. Komisja Sama Ervina, badająca aferę Watergate, przesłuchała go w pewnej marginalnej, lecz kłopotliwej sprawie. Wspomniano o nim w niepochlebny sposób w dodatku do raportu Kościoła na temat łamania prawa przez CIA, a w paru książkach pojawiły się wzmianki o jego związku z aferą Iran-Contras, chociaż wówczas już od dawna nie pracował w agencji. Podobno nawet zdawał sprawozdanie za zamkniętymi drzwiami komisji Warrena, gdyż kiedy jeszcze był agentem, przysłał z Meksyku raport o dziwnych poczynaniach niejakiego Lee Harveya Oswalda. Przeważnie jednak pozostawał w cieniu, dopóki katastrofa związana z nominacją mojego ojca do Sądu Najwyższego nie przysporzyła mu wątpliwej sławy. Ale choć padlinożercom z prasy udało się wygrzebać jedno czy dwa oskarżenia przeciw Jackowi, to nigdy niczego nie udowodniono poza lunchami, przynajmniej jeśli mowa o ojcu. Takie stanowisko zajmowała moja siostra. Podzielały je Komitety Prawomyślnych oraz artykuły odredakcyjne "Wall Street Journal". Przez pewien czas również ja. (Jeśli chodzi o Addisona, to ponieważ nie widział sposobu, by z tych niefortunnych okoliczności wycisnąć jakieś pieniądze, wolał nie odkrywać kart).
Niemniej jednak napływające codziennie nowe zarzuty przeważyły. W kilka dni po zeznaniach Grega Haramoto odnalazły się rejestry strażników, a wówczas najbardziej zagorzali poplecznicy ojca w Senacie zaczęli się troszczyć o własną skórę. Kilku przyjaciół zagrzewało Sędziego do walki, ale on, będąc do końca graczem zespołowym, szlachetnie poprosił Biały Dom o wycofanie nominacji. Ku jego konsternacji prezydent Reagan nie starał się go odwieść od tej decyzji. W ten sposób stanowisko, o które mój ojciec zabiegał przez pół życia, otrzymał mało znany sędzia federalny i były profesor prawa Antonin Scalia, zatwierdzony jednogłośnie, ku powszechnej uldze. Potem podczas swoich odczytów dla Komitetów Prawomyślnych ojciec radośnie powtarzał, że "Nino Scalia wykonuje cholernie dobrą robotę". Ilekroć to słyszałem - a lubił to często powtarzać - aż mnie coś ściskało, bo wiedziałem, że znów będę musiał znosić docinki moich liberalnych kolegów z Theo Mountainem na czele. Nie mogąc zranić mego ojca, starali się dokuczyć chociaż jego synowi.
To wszystko przyszło oczywiście później. Początkowo upadek ojca wydawał się całkowicie nieprawdopodobny - tak wysoko wyniosły go własna inteligencja i użyteczność jego polityki.
- On nic nie zrobił! - Mariah płakała w słuchawkę telefonu podczas naszych nocnych rozmów, które były dla nas chwilowym zawieszeniem broni w momencie kryzysu.
- Nie chodzi o to, co zrobił - tłumaczyłem jej cierpliwie, starając się wyjaśnić w sposób przystępny dla laika i poplecznika, że sędzia ma obowiązek unikać nawet pozorów niewłaściwego postępowania. Co prawda sam nie całkiem w to wierzyłem, znając kilka osób, którym udało się zdobyć stanowisko sędziego federalnego, również w Sądzie Najwyższym. - Chodzi o ukrywanie tego, co zrobił.
- Przecież to śmieszne! - wykrzykiwała w odpowiedzi, niezdolna wówczas użyć ostrzejszych słów, tak charakterystycznych dla coraz bardziej wulgarnego języka dyskusji w naszym kraju. - Przez cały czas starali się go dopaść, dobrze o tym wiesz. - Zupełnie jakby fakt posiadania wrogów chronił przed oskarżeniami o niewłaściwe postępowanie. Albo jakby nie miało najmniejszego znaczenia to, że w okresie sławetnych lunchów na Jacku Zieglerze ciążyła cała gama zarzutów i wkrótce miał się rozpocząć jego proces. Pomijała również to, że ojciec najwyraźniej nadal utrzymywał kontakt ze swoim dawnym współlokatorem, gdy wujek Jack w świetle prawa był zbiegiem. Koniec końców wujka Jacka oczyszczono niemal ze wszystkich zarzutów, a jeśli rzeczywiście był zbiegiem, to tylko przed sprawiedliwością liberałów, którzy nienawidzili go za nazbyt entuzjastyczną realizację założeń zimnej wojny, co można było przeczytać w artykule wstępnym "Wall Street Journal".
A jeśli pocztą pantoflową rozprzestrzeniały się pogłoski o wpływaniu na sędziów przysięgłych, przekupywaniu i zastraszaniu świadków oraz znikaniu ważnych dowodów, to... no cóż, zawsze krążą jakieś pogłoski.
(III)
Kimmer drzemie oparta na moim ramieniu. Jest wyczerpana po nocnym locie z San Francisco do domu, gdzie odebrała syna od sąsiadów, i podróży pociągiem aż tutaj. Jedziemy limuzyną w kierunku cmentarza znajdującego się w północno-wschodniej części Waszyngtonu, o kilka przecznic na północ od Uniwersytetu Katolickiego. Bentley przytula się nerwowo do jej drugiego boku. Szary garnitur wisi luźno na jego drobnym ciele, gdyż oszczędna Kimmer uważa, że dzieciom należy kupować ubrania o dwa lub trzy numery za duże. Obserwuję swoją żonę z profilu. Wygląda wspaniale w czarnej prostej sukience, z delikatnymi złotymi kolczykami i pojedynczym sznurem pereł. Kimmer jest wysoka i piękna. Ma pociągłą twarz o myślącym wyrazie, śmiały i agresywny podbródek, zachwycające brązowe oczy, dość duży i bardzo ładny nos oraz tak miękkie przy pocałunku usta, które uwielbiam. Nawet okulary w stalowych oprawkach dodają jej uroku. Stale przesuwa je w górę i na dół, ssie końcówki, kręci nimi, rozmawiając przez telefon, a dla mnie to wszystko jest nieodmiennie fascynujące. Uwielbiałem na nią patrzeć już od chwili naszego poznania. Kimmer jest grubokoścista - to jej własne słowa - co oznacza, że ma szerokie ramiona i biodra. Te ostatnie po latach gwałtownych zmian osiągnęły krągłość, którą moja żona uznaje za zadowalającą. Jej skóra jest o odcień jaśniejsza od mojej i świadczy o pochodzeniu z jamajskiej klasy wyższej. Brązowe włosy ma ścięte na buntowniczo krótkie afro, jakby chciała się przeciwstawić surowym oczekiwaniom swojego klanu (w którym nieodzowna jest trwała, a często jeszcze farbowanie), a leniwy uśmiech i gwałtowny temperament świadczą o namiętnym wnętrzu. W Kimmer kryją się jednocześnie żywiołowość i powściągliwość. Zachowuje się ze zmysłową godnością, dzięki której przyciąga do siebie, ale też wyznacza nieprzekraczalne granice. Nie lubi wokół siebie spokoju i jest owładnięta dokuczliwym pragnieniem sprawiedliwości. Ma przy tym niezwykle bystry umysł i szeroką wiedzę. Gdyby dano jej tę możliwość, Kimmer byłaby doskonałym sędzią. Nikt nie ma ochoty z nią zadzierać: ani prawnicy strony przeciwnej, z którymi styka się w pracy, ani przyjaciele zdobywani z taką denerwującą łatwością, ani tym bardziej ja.
Na przykład ostatnio nie kwestionuję potrzeby jej częstych wyjazdów do San Francisco, gdzie rzekomo wykonuje, jak to określają prawnicy, analizę typu due dilligence - z należytą starannością - dokumentów finansowych spółki produkującej oprogramowanie. Spółkę tę chce nabyć najważniejszy klient jej własnej firmy - lokalna grupa o nazwie EHP, dawniej Elm Harbor Partners, zajmująca się wykupem kredytowanym. Gdybym coś na ten temat powiedział, wściekłaby się na mnie. Kimmer udaje się tam, gdzie wysyła ją EHP, a jeśli EHP potrzebuje jej w Kalifornii, to tam właśnie jedzie. To właśnie dzięki bardzo dobrym stosunkom z EHP Kimmer tak szybko została partnerem w firmie Newhall & Vann, gdyż EHP poprosiło imiennie o nią niemal nazajutrz po tym, jak przestąpiła próg kancelarii. Warto dodać, że EHP jest formalnie klientem Geralda Nathansona, jednego z najbardziej wpływowych partnerów w jej firmie, żonatego mężczyzny, którego z moją żoną łączy lub nie łączy romans.
Być może ukradkowe telefony i długie niewyjaśnione nieobecności w pracy to tylko zbieg okoliczności. Tak, a może mój ojciec wyskoczy z trumny i zagra nam na nosie.
Akurat kiedy moja zazdrość zdążyła rozpalić się świeżym płomieniem, Kimmer nieoczekiwanie splata swoje palce z moimi, co ostatnio niezbyt często się zdarza. Spoglądam na nią zaskoczony i na jej twarzy widzę zalążek uśmiechu, ale ona nie patrzy na mnie. Bentley zdążył już mocno zasnąć, a Kimmer odruchowo gładzi go po czarnych loczkach. Mały wzdycha. W tych dwojgu jest coś szczególnego, genetyczna tajemnica związku matki z synem, z którego ja jestem wykluczony, i to nigdy się nie zmieni. W tym dziwnym, pokręconym świecie mężczyźni często kochają swoje żony w takim samym stopniu jak dzieci. Jeśli natomiast chodzi o kobiety, biologia najwyraźniej bierze górę nad osobistym wyborem - nawet jeśli kochają mężów, to dzieci są zawsze na pierwszym miejscu. Gdyby było odwrotnie, wątpię, by rodzaj ludzki mógł przetrwać. Przypuszczam nawet, że jednym z powodów, dla których dochowuję wierności Kimmer, niezależnie od tego, co ona robi, jest świadomość, że jeśli kiedykolwiek się rozejdziemy, ona zabierze Bentleya. Mimo że ja spędzam z naszym synem znacznie więcej czasu, nie mogłaby znieść jego utraty. Raz jeszcze spoglądam ukradkiem na Kimmer, a potem przenoszę spojrzenie na Addisona, ściskającego się bezwstydnie ze swoją białą dziewczyną na przeciwległym siedzeniu. Nie po raz pierwszy zastanawiam się, czy namiętność łącząca dwie tak różne natury może przerodzić się we wzajemne iskrzenie.
Addison jest o jakieś dwa centymetry ode mnie niższy i szerszy w ramionach, ale są to mięśnie, nie tłuszcz. Nie jest sportowcem, lecz zawsze dbał o swoją sprawność fizyczną. Twarz ma bardziej przyjazną i przystojniejszą niż ja - brwi mniej nachalne od moich, oczy równiej rozstawione, a sposób bycia spokojniejszy i bardziej otwarty. Addison ma klasę, zmysł dowcipu i wdzięk, których mnie brakuje. W dzieciństwie Addison był zabawny i czarujący, a ja byłem zwykłym kujonem. Na przyjęciach, podczas wakacji czy w kościele zawsze miałem wrażenie, że rodzice znacznie chętniej przedstawiają swoim znajomym mojego brata niż mnie. W szkole przychodziłem do każdej klasy w cztery lata po Addisonie i chociaż zdobywałem lepsze oceny, nauczyciele byli zawsze przekonani, że on jest bardziej inteligentny. Kiedy ja dostałem piątkę, ojciec tylko kiwał głową, gdy natomiast Addison dostał czwórkę, był poklepywany po plecach za swoje starania. Jako dziecko stale czytałem opowieść o synu marnotrawnym i nieodmiennie mnie ona rozwścieczała. Często kłóciłem się na jej temat z nauczycielami szkółki niedzielnej. Kiedy przeczytałem przypowieść o zagubionej owieczce, oświadczyłem nauczycielom, że moim zdaniem większość ludzi zatrzymałaby dziewięćdziesiąt dziewięć owieczek, zamiast wyruszać na poszukiwanie jednej zagubionej. Odpowiedziały mi tylko gniewne spojrzenia. W wieku dorosłym nic się nie zmieniło. Ojciec uważał za rzecz naturalną, że moje pierwsze małżeństwo z kobietą o trudnym charakterze nadal trwało, kiedy natomiast Addison przedstawiał mu kolejną, coraz to bardziej uległą dziewczynę, Sędzia uśmiechał się, obejmował go ramieniem i pytał: - "To co, synu, w końcu gotów jesteś się ustatkować?" - i każda odpowiedź mojego brata go zadowalała. Na dodatek znacznie mniejsze wrażenie zrobiło na nim zdobycie przeze mnie dożywotniego stanowiska profesora w jednej z najlepszych szkół prawniczych w kraju niż niesamowita zdolność Addisona do znajdowania złota, gdziekolwiek by wbił łopatę.
Obecnie mój brat reprezentuje typ charakterystyczny dla ciemniejszej nacji: bystry, ambitny, dobrze wykształcony, bez reszty oddany romantycznej atmosferze od dawna rozbitego ruchu praw obywatelskich i żyjący na obrzeżach tego, co z niego pozostało. Dawno już zniknęły jedność rasowa i ogólnonarodowe zaangażowanie, o ile w ogóle istniały. Prawo do spuścizny po Wilkinsie, Kingu i Hamerze roszczą sobie dziesiątki organizacji, a także zastępy uczonych, paru komentatorów telewizyjnych oraz każda z grup świeżo namaszczonych ofiar prześladowań, a żadne z nich nie potrafi się powstrzymać przed wskazaniem zdumiewających podobieństw pomiędzy własnymi działaniami a walką czarnych ruchów wyzwoleńczych.
Jeśli chodzi o Addisona, to jak zawodowy tenisista, którym był w marzeniach ojca, zaliczył cały cykl szkoleniowy. Po ukończeniu Uniwersytetu Stanu Pensylwania otrzymał stanowisko w korporacji zajmującej się rozwojem społecznym w Filadelfii, następnie został współpracownikiem średniego szczebla jednego z kongresmanów. Kilka lat spędził w Baltimore w krajowym biurze NAACP2, potem przyszła kolej na wysokie stanowisko w Democratic National Committee3, kierownictwo działu w Fundacji Forda, ważne stanowiska doradcze podczas trzech ogólnokrajowych kampanii politycznych, semestr gościnnych wykładów w Amherst, pracę w ACLU4, kilka lat w Departamencie Edukacji za prezydentury Clintona, ponownie ten dział w Fundacji Forda, semestr w Berkeley, rok we Włoszech, sześć miesięcy w Afryce Południowej, rok w Atlancie, w tym trzy ostatnie posady finansowane przez Fundację Guggenheima, gdyż pracuje nad wciąż nieskończoną książką na temat ruchu praw obywatelskich. W chwilach nieuwagi Addison szepce z nadzieją o Nagrodzie MacArthura, której z pewnością nigdy nie otrzyma. Na razie zmuszony jest zarabiać na życie, toteż przekształcił się w człowieka nowego stulecia i zaczął prowadzić program radiowy z udziałem słuchaczy w Chicago. Przez pięć wieczorów w tygodniu radośnie zastrasza swoich gości, głosząc całemu światu, a przynajmniej swoim słuchaczom, własne ortodoksyjnoliberalne poglądy na każdy temat, od kary śmierci po kwestię homoseksualistów w armii. Ponadto co najmniej dwukrotnie każdego wieczoru uparcie powtarza, że George W. Bush tak naprawdę wcale nie został wybrany na prezydenta. Wszystkie swoje komentarze hojnie okrasza cytatami z Biblii, częściowo wiernymi, oraz rzekomym pokłosiem myśli Mahawiry, Zhuangzi czy innych filozofów, których zapewne jego słuchacze nie znają. Jego podejście do religii można by określić mianem New Age, gdyż ma zwyczaj mieszać ze sobą elementy, które uznaje za użyteczne, i odrzucać te, które mu się nie podobają. Addison mieszka w niewielkim i starzejącym się, lecz eleganckim szeregowcu w Lincoln Park, czasem sam, a czasem z jedną ze swoich licznych przyjaciółek, na ogół białych, czekając na kolejne wielkie przedsięwzięcie, które będzie mógł wpisać do życiorysu. Jeśli przyciśnie się go do muru, przyzna, że był raz lub dwa żonaty. Nieodmiennie jednak dodaje, iż zaczął żywić wątpliwości co do instytucji małżeństwa, jest więc zadowolony, że jego legalne związki nie przetrwały.
O, słodkie małżeństwo! Moi rodzice zawsze opisywali je jako fundament cywilizacji. Moja siostra i ja, pomimo swoich słabości, staraliśmy się zachowywać, jakbyśmy w to wierzyli. Obnoszący się zaś ze swoją religijnością Addison postępuje zupełnie inaczej. Jego pierwsza żona była nauczycielką w szkole publicznej w Filadelfii. Była bardzo miłą, spokojną przedstawicielką ciemniejszej nacji o imieniu Patsy. Wkrótce po ślubie między Patsy a moim bratem rozpoczęły się kłótnie o to, kiedy będą mogli pozwolić sobie na dziecko. Addison, jak wielu mężczyzn niezdolnych podjąć zobowiązania małżeńskie, nieodmiennie odpowiadał: "później". Odeszła od niego w trzecim roku. Potem nastał okres, kiedy kobiety Addisona zmieniały się chyba co tydzień. W tym czasie przeżyliśmy też jedno straszne Święto Dziękczynienia, w dwa lata po okryciu się przez ojca niesławą. Mój brat przyjechał z przesadnie wymalowanym dzieckiem wyglądającym na piętnaście lat i ubranym jak prostytutka. (Ku naszej uldze dyskretne pytania mamy pozwoliły ustalić, że w rzeczywistości dziecko ma dwadzieścia dwa lata i jest pomniejszą gwiazdką w operze mydlanej. Sally, która jak zawsze się spóźniła, rozpoznała ją natychmiast i pogrążyła się w zazdrosnym podziwie). Addison i Cali - bo takie nieprawdopodobne imię nosiła - uczestniczyli w kolacji tak krótko, że zakrawało to na niegrzeczność. Potem szybko nas opuścili, tłumacząc się koniecznością długiej jazdy do Nowego Jorku. Tymczasem kiedy wyszedłem z nimi na podjazd, Addison zdradził, że jadą jeszcze do przyjaciół w Marylandzie - dwóch scenarzystów, którzy wybudowali sobie wspaniały dom nad wodą w pobliżu Queenstown. Taki właśnie był Addison, przynajmniej do niedawna. Lubił pokazywać się z aktorkami, modelkami, piosenkarkami, małymi bezmyślnymi kobietkami emanującymi seksualnością. Ale nie zawsze. Na pewien czas zamieszkał w Brooklynie z nie całkiem normalną, a do tego karaną terrorystką - Seliną Sandoval. Chętnie brała udział we wszystkich protestach, poza tymi przeciw aborcji, i trzymała broń w całym mieszkaniu. Addisona uważała za faszystę, lecz wyuczalnego, co mniej więcej odpowiada stosunkowi Addisona do mnie. Mój brat twierdził, że jego zainteresowanie Seliną wynika z chęci prowadzenia "badań na potrzeby powieści", której, jak wielu swoich pomysłów, nie zaczął jeszcze pisać. Kiedy Selina w końcu całkiem zwariowała i wylądowała z powrotem w więzieniu, zastąpiły ją stewardesa, potem brokerka giełdy surowcowej, następnie średnio znana tenisistka, kelnerka z jego ulubionego baru, jedna z gwiazd Teatru Tańca z Harlemu i policyjna pani detektyw, co mój brat uważał za żart. W końcu zdecydował się na drugą żonę, którą została Virginia Shelby, antropolog kończąca studia magisterskie na Uniwersytecie w Chicago. Była to kobieta o przyjaznym uśmiechu i onieśmielającym intelekcie. Zarówno ojciec, jak i matka mogli ją zaakceptować. Sądziliśmy, że ten związek wreszcie pomoże mu się uspokoić. Wszyscy kochali Ginnie, wszyscy oprócz Addisona, którego szybko zmęczyły jej ponaglenia dotyczące, oczywiście, posiadania dziecka. Opuścił ją półtora roku później dla dwudziestoczteroletniej asystentki produkcji w swoim programie radiowym. Wprawdzie ich rozejście zostało ustylizowane na formalną separację, lecz wszyscy wiedzą, że to już koniec tego małżeństwa. Nikogo zatem nie dziwi, że pojawił się na pogrzebie z całkiem obcą białą kobietą - Beth Olin. Jest ona podobno poetką lub scenarzystką - nie mamy czasu, żeby dokładniej się dowiedzieć podczas tej krótkiej wizyty, a więcej już jej nie zobaczymy.
Rozdział 5Spotkanie przy grobie
(I)
Kimmer mocno trzyma mnie za rękę, gdy - lekko drżąc z chłodu - stoimy przy grobie, a ojciec Bishop wypowiada słowa ostatniego pożegnania. Freeman Bishop od niepamiętnych czasów zajmuje stanowisko proboszcza Kościoła Świętej Trójcy i Świętego Michała. Jest jednym z tych uczonych księży, którzy zgodnie z duchem Kościoła Episkopalnego posiadają głęboką wiedzę teologiczną i doskonale znają historię Kościoła, czego dawniej powszechnie oczekiwano od duchowieństwa wspólnoty anglikańskiej. Mój ojciec zawsze wyrażał się jednak niepochlebnie o tym człowieku, a to z powodu polityki oczywiście. Kościołem Episkopalnym targały ostatnio ostre konflikty dotyczące niezliczonych tematów, od wyświęcania gejów i lesbijek począwszy, a na autorytecie Biblii skończywszy. Zdaniem Sędziego we wszystkich tych sprawach Freeman Bishop zajmował niewłaściwe stanowisko. "Oni nie rozumieją", miał zwyczaj narzekać mój ojciec, przy czym "oni" to byli wszyscy, którzy z nim się nie zgadzali, że "Kościół jest strażnikiem i zarządcą wiedzy moralnej, a nie jej twórcą! Wydaje im się, że mogą sobie zmieniać, co im się podoba, żeby iść z duchem czasu". Sędzia zawsze był ostry, niezależnie od tego, czy miał rację, i zawsze też wolał żałować świata, który już przeminął, niż przygotowywać się na ten, który nadejdzie.
Wracając do Freemana Bishopa, to niezależnie od zawiłości jego polityki jest on człowiekiem ogromnej wiary, o dużych zdolnościach kaznodziejskich. Daje doskonałe przedstawienie, jak to określał Sędzia, i było w tym wiele racji. Ojciec Bishop, z sympatycznie wyłysiałą brązową głową, w grubych okularach i z niskim, grzmiącym głosem, przypominającym ryk huraganu nadciągającego znad wybrzeża Atlantyku - on sam jest z Englewood w New Jersey - mógłby doskonale uchodzić za jednego z wielkich afroamerykańskich kaznodziejów... O ile ktoś nie wsłuchałby się zbyt uważnie w treść jego słów. Choć ojciec gardził jego poglądami, łączyły go z biskupem może nie przyjacielskie, ale bardzo bliskie stosunki. Ostatnio doszło nawet do tego, że stopniowo malejące grono przyjaciół ojca ze Złotego Wybrzeża dopuściło Freemana Bishopa do swojej najbardziej uświęconej tradycji - piątkowego pokera. W zasadzie nie było więc wątpliwości, kto odprawi uroczystości pogrzebowe, mimo że kilku znanych konserwatywnych duchownych dzwoniło, oferując swoje usługi.
Zawsze uwielbiałem cmentarze, szczególnie stare - ich pełen satysfakcji duch przeszłości i jej łączność z teraźniejszością, niemal nadnaturalny spokój i stanowcze zapewnienie, że koło historii rzeczywiście się obraca. Dla większości z nas cmentarze emanują jakąś mistyczną mocą. Nie dziwi zatem ani wrażenie, które wywierają na nas opowieści o wampirach, ani to, że zbezczeszczenie grobów nieodmiennie staje się najważniejszą informacją wieczornych wiadomości lokalnych. Ja jednak kocham cmentarze przede wszystkim jako miejsca, gdzie można dokonywać odkryć. Czasem, gdy po raz pierwszy jestem w jakimś mieście, udaję się do najstarszej nekropolii i spaceruję, poznając miejscową historię przez studiowanie powiązań rodzinnych. Nieraz chodzę godzinami, żeby znaleźć grób wielkiej postaci z przeszłości. Mniej więcej na rok przed urodzeniem się Bentleya obydwoje z Kimmer pojechaliśmy do Europy w sprawach zawodowych. Ja byłem w Hadze, gdzie uczestniczyłem w konferencji na temat tego, jakie odszkodowania za ból i cierpienie powinno przewidywać prawo deliktowe Unii Europejskiej, ona natomiast w Londynie, załatwiając licho wie co dla EHP. Obojgu nam udało się wygospodarować półtora dnia, żeby wyskoczyć do Paryża, gdzie nigdy wcześniej nie byliśmy. Kimmer marzyła o zobaczeniu Luwru, lewego brzegu Sekwany i Katedry Notre Dame, ja jednak miałem inne plany. Upierałem się, żebyśmy w gwałtownej burzy pojechali taksówką prosto na ponury Cmentarz Montparnasse i obejrzeli grób Aleksandra Alechina, alkoholika i wściekłego antysemity, mistrza świata w szachach w latach trzydziestych i prawdopodobnie najinteligentniejszego szachisty, jaki kiedykolwiek żył.
Dla mojej żony był to kolejny dowód, że sam jestem nieco szalony.
A teraz stoję na jeszcze jednym cmentarzu. Podczas krótkiej ceremonii przy grobie wszystko wydaje mi się takie nierzeczywiste. Nie potrafię się skupić, rozglądam się więc za spychaczem, który zasypie trumnę po odejściu ostatniego żałobnika, ale jest zbyt dobrze ukryty. Przelotnie zerkam na nagrobek z wypolerowanego marmuru, gdzie widnieje już imię mojej matki, oraz na leżącą nieco z boku małą płytę pamiątkową Abby. Kwatera rodzinna, którą mój ojciec kupił wiele lat temu, znajduje się na szczycie niewielkiego wzniesienia. Zawsze powtarzał, że nabył ją dla widoku. Widać stąd bowiem większość rozległego terenu cmentarza. Jest zalesiony, a szeregi nagrobków rozchodzą się nieprawdopodobnie prostymi rzędami po zboczach pagórków. Nawet w dzisiejszym ostrym jesiennym słońcu wszędzie widoczne są cienie. W pewnej odległości od nas niektóre z nich robią wrażenie, jakby się ruszały. Może to reporterzy? Gra świateł? Rozgorączkowana wyobraźnia? Muszę uważać, bo udzieli mi się paranoja mojej siostry. Ponownie skupiam się na wydarzeniach przy grobie. To już trzeci pogrzeb, w którym uczestniczę na tym cichym wzgórzu, a za każdym razem rodzina jest mniejsza. Najpierw pochowaliśmy Abby, potem mamę. Teraz przyszła kolej na Sędziego.
Zamordowany, przypominam sobie, spoglądając na siostrę, która łka przez całe nabożeństwo. Chłodny wiatr zrzuca na ziemię następne liście. Mam wrażenie, że z każdym rokiem drzewa pozbywają się ich coraz wcześniej, ale to pewnie skutek przybywających mi lat. Mariah uważa, że Sędzia został zamordowany. Chowamy naszego ojca koło Abby, a Mariah myśli, że ojciec chrzestny Abby go zabił.
Możliwe. Niemożliwe. Prawda. Fałsz.
Niewystarczające dane, stwierdzam w końcu, kręcąc się niespokojnie ze zdenerwowania.
Kimmer ściska moją dłoń. Mariah nadal pociąga nosem, a krzepki, wyprostowany Howard obejmuje ją, jakby się bał, że mu odpłynie. Wygląda na to, że przyprowadzili tylko część swojego potomstwa, ale nie mam sił, żeby je dokładnie policzyć. Tuż za dziećmi Dentonów stoi ze znudzoną miną Addison. Może tu też chciałby wygłosić parę słów. Jego dziewczyna, okazując zupełny brak szacunku, odeszła na bok i zajęła się oglądaniem innych nagrobków. Obok Addisona blady i szeroki Mallory Corcoran spogląda na zegarek, nawet nie starając się ukryć zniecierpliwienia. Ojciec Bishop i tak już jednak kończy. Słońce odbija się od jego łysej brązowej głowy, gdy poprawia okulary i wypowiada ostatnie słowa końcowej modlitwy:
- Panie Jezu Chryste, Synu żywego Boga, błagamy Cię, by Twoja męka i śmierć na krzyżu odkupiła nasze grzechy, teraz i w godzinie śmierci naszej. Niech Bóg udzieli żyjącym przebaczenia za grzechy, a wszystkim zmarłym światła i pokoju. Niech nam da szczęśliwe życie wieczne z Chrystusem, który prawdziwie zmartwychwstał. Niech was błogosławi Bóg Wszechmogący, Ojciec i Syn, i Duch Święty.
Wszyscy odpowiadamy "Amen". Uroczystości pogrzebowe dobiegły końca. Wśród żałobników widać poruszenie, ale ja jeszcze przez chwilę stoję, uderzony przerażającą siłą tej modlitwy: "by Twoja męka i śmierć... odkupiła nasze grzechy". Jeżeli wszystko, w co staram się wierzyć, jest prawdą, to mój ojciec poznał już wyrok Boga na swoją duszę. Ciekaw jestem, jaki on może być. Zastanawiam się, jak to jest: zostawić za sobą egzystencję śmiertelnika i wiedzieć, że nie będzie już drugiej szansy, albo mimo wszystko znaleźć wybaczenie. Dla ateisty cmentarz jest miejscem zmarłych, pospolitym i absurdalnym. Dla wierzącego natomiast to miejsce strasznych pytań i przerażających odpowiedzi. Wpatruję się w trumnę spoczywającą na wózku, otoczoną plastykową trawą, gotową do ześlizgnięcia się pod ziemię, kiedy tylko stąd odejdziemy.
"Zmarłym światła i pokoju".
Silniejszy uścisk palców Kimmer przywołuje mnie z powrotem do świeckiego świata kończących pogrzeb uścisków dłoni. Wszyscy zbierają się do odejścia. Przyjaciele, kuzyni oraz partnerzy z firmy prawniczej gromadzą się wokół nas. Czarny mężczyzna mający na oko ze sto lat obejmuje mnie kościstymi ramionami, szepcząc, że jest wujkiem kogoś innego, czyje imię nic dla mnie nie znaczy. Po chwili jego miejsce zajmuje wysoka, intrygująca kobieta w woalce, również przedstawicielka ciemniejszej nacji, wyjaśniając, że jest siostrą jakiejś ciotki, o której nigdy nie słyszałem. Chciałbym poznać swoją dalszą rodzinę, ale to nigdy nie nastąpi. Obejmując kolejnych nieznanych krewnych, dostrzegam Danę Worth, która smutno macha mi ręką i odchodzi. Teraz muszę znieść niedźwiedzi uścisk jej byłego męża Eddiego Doziera, który potem zwraca się ku Kimmer. Moja żona krzywi się, ale pozwala się objąć. Dziękuję za udział w pogrzebie wujkowi Malowi i jego żonie Edie, Madisonom, którzy jak zwykle mówią wszystko, co należy, kuzynce Sally i jej wieloletniemu przyjacielowi Budowi, byłemu bokserowi bez specjalnych osiągnięć, którego zazdrosne pięści dosięgają czasem zbyt długo przyglądających się jej mężczyzn. W końcu gubię się w tym, komu ściskam rękę, i zaczynam mylić imiona żałobników, co nigdy nie przydarzyłoby się mojemu ojcu. "Jesteś głową rodziny", przypominam sobie.
Kimmer niespodziewanie obejmuje mnie w pasie i ściska, a nawet uśmiecha się do mnie, aby mnie wyrwać z tego zamyślenia. Uświadamiam sobie, że stara się mnie pocieszyć, z tym że nie kieruje nią instynkt żony, lecz rozsądek. Drugą ręką ściska maleńką dłoń Bentleya. Nasz syn wydaje się taki drobny i zagubiony w długim czarnym płaszczu, ledwie wczoraj kupionym u Nordstroma. Widzę, że zaczyna już ziewać.
- Pora ruszać, kochanie - odzywa się Kimmer, ale nie do mnie.
Kierujemy się wolnym krokiem ku samochodom - grupki ludzi już niezjednoczonych w idei upamiętnienia czyjegoś życia. Znów jesteśmy jednostkami, z własnymi rodzinami i zajęciami, radościami i troskami, a mój ojciec dla większości żałobników stanowi już przeszłość. Mariah w dalszym ciągu popłakuje, ale jest w tym raczej odosobniona. W pewnym momencie słychać brzęczenie telefonu komórkowego i kilkanaście rąk zaczyna przeszukiwać kieszenie i torebki. Szczęśliwym zwycięzcą okazuje się Howard, który przez chwilę słucha w milczeniu, po czym wdaje się w cichą rozmowę na temat właściwej wyceny obligacji wymiennych. Nadal jeszcze peroruje, gdy wciska się do limuzyny.
Kilka ostatnich uścisków i pocałunków i w końcu znów zostajemy sami. Zauważam, że Addison wciąż stoi przy grobie, przygarbiony, z rękami wciśniętymi w kieszenie, choć popołudnie jest bardzo ciepłe. Wpatruje się ze smutkiem w cienie. O czym myśli? O Beth? O Ginnie? O nienapisanej książce? Gościach zaproszonych na przyszły tydzień? Mówię Kimmer, że za chwilę wrócę, niechętnie puszczam jej dłoń i ruszam z powrotem, ku bratu. Chciałbym powiedzieć, że widok samotnego Addisona poruszył we mnie jakąś strunę empatii lub nawet miłości, ale skłamałbym. Bliższe prawdy będzie stwierdzenie, że denerwuję się, iż mój brat przeżywa objawienie, komunikuje się z siłami wyższymi lub poznaje mistyczne prawdy, a ja nie mam o tym pojęcia. Zupełnie jak wówczas, gdy on wiedział, że Święty Mikołaj to oszustwo, a ja nie. Zapewne jest to bardzo niska pobudka, ale to dawna zazdrość, odwieczne "Dlaczego Addison?" prowadzi mnie z powrotem do jego boku.
- Cześć, Misza - mruczy, kiedy docieram na szczyt wzniesienia. Addison z takim samym uporem używa mojego przydomku, z jakim Mariah go unika. Nie odwracając głowy, kładzie dłoń na moim ramieniu. Uświadamiam sobie, że zapewne przerwałem mu modlitwę. Oraz to, że w swojej mowie pogrzebowej ani razu nie wspomniał o Bogu.
- Dobrze się czujesz? - pytam, usiłując odgadnąć, na co patrzy. Ja widzę tylko drzewa i nagrobki.
- Chyba tak. Nie wiem. Po prostu sobie rozmyślałem.
- O czym?
- No, wiesz. Co guru Arjan powiedział na temat tortur śmierci.
No oczywiście. To było moje następne przypuszczenie.
Od dawna podziwiam swojego starszego brata i zazdroszczę mu, w minionych latach spędziliśmy wspólnie wiele radosnych chwil, a jednak teraz niewiele mamy sobie nawzajem do powiedzenia.
- Pięknie tu - zauważa Addison. - Przypuszczam, że pewnego dnia się tu znajdę. Ty też.
Mija kilka sekund, zanim dociera do mnie, że mówi o śmierci. A właściwie nie mówi, tylko martwi się. Mój starszy brat, który nigdy niczego się nie bał i bez wysiłku szedł przez życie dzięki swojemu urokowi, teraz nagle denerwuje się śmiercią. Czy naprawdę tak bardzo był uzależniony od ojca? No, nie wiem. A może to ja jestem nienormalny? Widzę, jak trumna mojego ojca zagłębia się w ziemi, a nie martwię się własną śmiertelnością. W każdym razie mój brat potrzebuje pociechy. Najwyraźniej Beth Olin nie nadaje się do tej roli. Ja jednak też nie.
- Chodź - szepcę, ujmując go pod łokieć. - Powinniśmy już iść.
Strząsa moją rękę i wskazuje przed siebie.
- Wiesz co, Misza, za każdym razem, kiedy spoglądam na grób Abby, mam nadzieję, że kiedyś ich znajdą.
- Kogo?
- Tych, którzy ją zabili. - W głosie starszego brata słyszę całą gorzką wściekłość mojego ojca. Wpatruję się w niego przez moment, zdumiony.
- Addisonie...
- Tak, tak. Ty już idź, zaraz cię dogonię. No idź.
Czekam jeszcze kilka sekund, ale Addison stoi bez ruchu, odwracam się więc i schodzę ścieżką w kierunku samochodów. Kiedy podchodzę bliżej, widzę, że Kimmer rozmawia przez telefon komórkowy. Zwrócona do mnie plecami notuje coś w niewygodnej pozycji na kartce rozpostartej na dachu limuzyny. Howard i Mariah już zniknęli, ale parę najbardziej lojalnych osób nadal czeka, a wśród nich wujek Mal, który już dawno powinien być w swoim biurze. Ogarnia mnie ciepłe uczucie na myśl o jego oddaniu dla nas, lecz po chwili dostrzegam, że on również trzyma przy uchu telefon. Potrząsam z niesmakiem głową na myśl o zwyczajach panujących w świecie korporacji. Może nawet on i Kimmer rozmawiają ze sobą.
- Talcott!
Odwracam się na pięcie na dźwięk swojego imienia. Początkowo myślę, że to Addison, ale on idzie już ścieżką w moim kierunku i też się rozgląda, szukając wołającego.
- Talcott! Talcotcie, poczekaj! - Głos brzmi słabo, bardziej jak echo.
Spoglądam na koniec cmentarza, gdzie nagie drzewa rzucają długie cienie w popołudniowym słońcu. Zbiera się już lekka mgiełka, tak że kształty tracą nieco ze swej ostrości. Początkowo w miejscu, skąd dobiega głos, dostrzegam tylko większe zagęszczenie cieni. Po chwili dwa z nich odłączają się od reszty i jak widma przemieniają się w ludzi - dwóch białych mężczyzn zmierzających w moją stronę.
Rozpoznaję jednego z nich i nagle jesienne niebo szarzeje.
- Witaj, Talcotcie - mówi Jack Ziegler. - Dziękuję, że na mnie zaczekałeś.
(II)
Pierwsza myśl, która mnie uderza na jego widok, to ta, że wujek Jack jest chory. Jack Ziegler nigdy nie był potężnej postury, ale zawsze sprawiał groźne wrażenie. Nie wiem, ile osób zabił, choć zawsze obawiałem się, że więcej, niż wspominano w gazetach. Nie widziałem go od ponad dziesięciu lat i wcale mi go nie brakowało. Ale jakież zmiany dokonały się w tym człowieku! Stał się taki kruchy. Garnitur z doskonałej szarej wełny i granatowy szal dosłownie wiszą na jego wychudzonym ciele. Dawniej szeroka i silna twarz, którą pamiętałem z dzieciństwa, gdy odwiedzał nas w domu na Vineyard z drogimi prezentami, wspaniałymi łamigłówkami i okropnymi dowcipami, teraz się zapadła. Nadal dość gęste srebrne włosy przylegają posklejane do czaszki, a jasnoróżowe wargi drżą, gdy nic nie mówi, a chwilami nawet wtedy, gdy mówi. Towarzyszy mu wyższy, potężniejszy i znacznie młodszy mężczyzna, który spokojnie pomaga mu odzyskać równowagę, gdy się potyka. Może przyjaciel, chociaż Jackowie Zieglerowie tego świata nie mają przyjaciół. W takim razie ochroniarz. Jeśli wziąć pod uwagę stan fizyczny wujka Jacka, może to być również pielęgniarz.
- Patrzcie, kto się tu zjawił - syczy z wściekłością Addison.
- Pozwól, że ja się tym zajmę - nalegam z normalnym u mnie brakiem rozsądku. Przywołuję się do porządku, żeby nie myśleć o tym, co twierdziła Mariah, gdy w piątkowy wieczór siedzieliśmy w kuchni.
- Proszę bardzo.
Zanim Jack Ziegler zdążył do nas podejść, ostrzegam Kimmer, żeby wraz z Bentleyem została przy samochodzie, a ona przynajmniej raz bez dyskusji spełnia moją prośbę. Dobrze wie, że żaden potencjalny sędzia nie może być widziany podczas rozmowy z takim człowiekiem. Wujek Mal robi krok naprzód, jakby chciał mnie osłonić, tak jak swoich klientów wychodzących z posiedzenia wielkiej ławy przysięgłych, gestem daję mu jednak znak, że sobie poradzę. Potem odwracam się i szybko podążam na szczyt wzniesienia. Całe szczęście, że Mariah zdążyła już odjechać, bo to spotkanie mogłoby ją dobić. Tylko Addison trzyma się nieopodal mnie, w odległości zgodnej z wymogami uprzejmości, lecz jednocześnie dość blisko, żeby mi pomóc, gdyby... gdyby co?
- Witaj, wujku Jacku - odzywam się, gdy jednocześnie z ojcem chrzestnym Abby docieramy do grobu. Potem czekam. Nie wyciąga ręki i ja też tego nie robię. Jego ochroniarz, czy ktokolwiek to jest, stoi za wujkiem Jackiem nieco z boku, mierząc zaniepokojonym wzrokiem mojego brata. Ja sam jestem najwyraźniej zbyt nieszkodliwy, by wzbudzić jego czujność.
- Pragnę ci złożyć kondolencje - mruczy Jack Ziegler ze swoim dziwnym akcentem, ni to wschodnioeuropejskim, ni to brooklińskim, ni to harwardzkim. Ojciec zawsze twierdził, że jest specjalnie spreparowany, równie sztuczny jak wschodnioteksańskie przeciąganie samogłosek Eddiego Doziera. - Tak mi przykro z powodu śmierci twojego ojca. - Mówi ze spuszczonym wzrokiem, wpatrując się w grób.
- Dziękuję. Obawiam się, że nie zauważyliśmy cię w kościele...
- Nienawidzę pogrzebów. - Stwierdza to rzeczowym tonem, jakby rozmawiał o pogodzie, sporcie czy ucieczce do innego stanu, by uniknąć oskarżenia. - Nie mam ochoty czcić niczyjej śmierci. Zbyt często byłem świadkiem śmierci dobrych ludzi.
"Niektórych z twojej własnej ręki", myślę, zastanawiając się przy tym, czy nie rozmawiam z człowiekiem, który zamordował własną żonę, jeśli te rzadziej opowiadane plotki są prawdziwe. Znowu dopadają mnie strachy Mariah. Chronologia wydarzeń przedstawiona przez moją siostrę ma w sobie pewną obłąkaną logikę: ojciec spotkał się z Jackiem Zieglerem, zadzwonił do Mariah, a kilka dni później już nie żył. Potem Jack Ziegler zadzwonił do Mariah, a teraz jest tutaj. Wczoraj, kiedy leżeliśmy już w łóżku, opowiedziałem Kimmer o tym, co myśli moja siostra. Żona, leżąc z głową na moim ramieniu, zaśmiała się i stwierdziła, że raczej jej to wygląda na dwóch starych przyjaciół, którzy spotykali się przez cały czas. Nadal nie wiem, co o tym sądzić, mówię więc tylko:
- Dziękuję za przybycie. Teraz, jeśli pozwolisz...
- Czekaj - przerywa mi Jack Ziegler i po raz pierwszy podnosi wzrok, żeby spojrzeć mi w oczy. Odruchowo cofam się o pół kroku, gdyż jego twarz z tak bliska wygląda przerażająco. Bladą, cienką jak papier skórę zniszczyły jakieś nieznane mi choroby, które uważam za właściwą karę za życie, które sobie wybrał. Moją uwagę przyciągają jednak przede wszystkim jego oczy. Wyglądają jak dwa żywe, gorące węgle żarzące się mrocznym, radosnym szaleństwem, które powinno być zsyłane na wszystkich morderców na pewien czas przed śmiercią.