Władcy pustyni. Jak Wielka Brytania rywalizowała ze Stanami Zjednoczonymi o dominację na Bliskim Wschodzie - James Barr

Kup ebooka

84.90 zł
66.22 zł (65,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

[1] Obce nazwy własne z języków pisanych alfabetem niełacińskim przyjęte za Urzędowym wykazem polskich nazw geograficznych świata, Encyklopedią PWN, literaturą przedmiotu lub dostępnymi źródłami dotyczącymi tematu; w nielicznych przypadkach w razie ich braku pozostają w zapisie według oryginalnego tekstu książki, czyli w transkrypcji angielskiej, gwarantując możliwość znalezienia szerszej informacji w źródłach anglojęzycznych - przyp. red.

[2] W kilku przypadkach, pomimo istnienia polskich przekładów tekstów przytaczanych przez autora, cytaty podaję we własnym tłumaczeniu ze względu na ich urywkowość i konieczność dopasowania do narracji - przyp. tłum.

[3] Dobry przykład chiazmu. Wszystkie cytaty z przemówienia Churchilla "Great Design" in Africa, "The Times", 11 November 1942.

[4] Churchill, The Second World War, Vol. IV, s. 344.

[5] HC Deb, 2 July 1942, Vol. 381, szp. 528. Mówcą był Aneurin Bevan.

[6] Hassall, Edwin Marsh, s. 484.

[7] Willkie, One World, s. 4; FRUS, 1942, Vol. IV,s. 72, Kirk to Hull, 16 February 1942. Wyjaśnienie niepełne, ponieważ Niemcy złamali szyfr używany przez attaché wojskowego USA, który depeszował do Waszyngtonu raporty o planach brytyjskich(TNA, FO 1093/238, Stockholm to FO, 13 August 1942).

[8] Mangold, What the British Did, s. 6.

[9] Willkie, One World, s. 16.

[10] Evans, ed., The Killearn Diaries, s. 215, 218, 4, 5 February 1942.

[11] Willkie, One World, s. 5; TNA, PREM 4/27/1; Willkie at the Front, "Collier's Magazine", 24 October 1942.

[12] Willkie, One World, s. 14-15.

[13] Churchill, The Second World War, Vol. II, s. 500. List Churchilla nosi datę 8 grudnia 1940.

[14] Neal, Dark Horse, s. 187-8.

[15] Beschloss, Kennedy and Roosevelt, s. 200; Winston Churchill, The Second World War, Vol. III, s. 23.

[16] Gilbert, Churchill and America, s. 41; Meacham, Franklin and Winston, s. 51; Churchill, The Second World War, Vol. III, s. 23; Willkie in Air Raid, Forgets his Tin Hat, "The Republic", 28 January 1941.

[17] TNA, PREM 4/26/6, memorandum, 6 June 1941.

[18] Churchill, The Second World War, Vol. III, s. 23.

[19] Neal, Dark Horse, s. 196-7; Meacham, Franklin and Winston, s. 75.

[20] Willkie, Home, Sees Peace for Us in Help to Britain, "New York Times", 10 February 1941; Mr Churchill on Next Phase of War, "The Times", 10 February 1941.

[21] Verbatim Testimony of Wendell Willkie in Answer to Questions Put to Him by Senators, "New York Times", 12 February 1941.

[22] Neal, Dark Horse, s. 208-9.

[23] Churchill, The Second World War, Vol. III, s. 617.

[24] Mr Churchill on a Symbolic Meeting, "The Times", 25 August 1941; HC Deb, 9 September 1941, Vol. 374, szp. 69.

[25] FRUS, 1944, Vol. III, s. 62, Hull to Roosevelt, 30 September 1944.

[26] Fielding, One Man in His Time, s. 27; Cooper, Cairo in the War, s. 82.

[27] Willkie, One World, s. 27; One World, "Life", 26 April 1943, Willkie, One World, s. 21.

[28] SHAT, 4H 314, Proclamation du Général Catroux, faite au nom du Général de Gaulle, chef des Français Libres, 8 June 1941; One World, "Life", 26 April 1943.

[29] Mott-Radclyffe, Foreign Body in the Eye, s. 109.

[30] TNA, FO 1093/238, Menzies (SIS) to Loxley, 17 November 1942.

[31] TNA, FO 608/107/2, The strategic importance of Syria to the British Empire, 9 December 1918.

[32] Segev, One Palestine Complete, s. 147.

[33] Willkie, One World, s. 23-4.

[34] Cowles, Mike Looks Back, s. 78.

[35] MEC, Slade-Baker Papers, diary, 22 October 1954; Harvey, ed., The War Diaries of Oliver Harvey, s. 319, 4 November 1943; TNA, FO 1093/373, Menzies (SIS) to Sargent, 19 February 1948.

[36] Crum, Behind the Silken Curtain, s. 154; Willkie, One World, s. 19.

[37] Willkie, One World, s. 30.

[38] Willkie, One World, s. 30.

[39] HC Deb, 29 September 1942, Vol. 383, szp. 667.

[40] TNA, PREM 4/27/1, Note of What Mr Wendell Willkie said to Mr AJ Toynbee at Mr TW Lamont's House in New York on the 27th October 1942; Neal, Dark Horse, s. 251.

[41] Neal, Dark Horse, s. 260.

[42] TNA, PREM 4/27/1, US Office of War Information, Willkie's Report to the people, 26 October 1942.

[43] TNA, FO 371/61856. Według ówczesnych statystyk amerykańskich liczba Żydów w USA w 1941 wynosiła 4 893 748.

[44] On Red Prisoners and Poles, "Life", 23 February 1942.

[45] Oren, Power, Faith and Fantasy, s. 444.

[46] Palestine Project Pushed by Senator, "New York Times", 2 November 1942.

[47] TNA, PREM 4/27/1, minute by Churchill (notatka Churchilla), 5 November 1942.

[48] Old Imperialistic Order, "The Times", 18 November 1942; TNA, PREM 4/27/1, Halifax to Eden and Churchill, 19 November 1942.

[49] JTA, Biltmore Declaration Will Be Principal Zionist Demand at Peace Conference, 27 November 1942; TNA, CAB 66/37/46, Casey, Palestine, 21 April 1943.

[50] Rathmell, Secret War in the Middle East, s. 12.

[51] Rhodes, Chips: the diaries of Sir Henry Channon, s. 396, 7 November 1944; Eden, Another World, s. 132-3.

[52] CAC, Amery Papers 2/2/19, Moyne to Amery, 16 February and 21 January 1943.

[53] FRUS, 1941, Vol. III, s. 643, Roosevelt to Jones, 18 July 1941; Anderson, Aramco, the United States, and Saudi Arabia, s. 33.

[54] CAC, Amery Papers 6/3/101, Moyne to Birdie Amery, 30 December 1942; Morton, Buraimi, s. 10.

[55] Magnes, Toward Peace in Palestine, s. 248.

[56] Thomas, The Diplomatic Game, s. 10.

[57] Supply Centre, "The Economist", 13 March 1943; TNA, CAB 66/9/2, Middle East War Council, conclusions, 19 May 1943.

[58] FRUS, 1943, Vol. IV, s. 772, Pinkerton to Hull, 17 April 1943; TNA, CAB 66/37/46, Casey, Palestine, 21 April 1943.

[59] TNA, CAB 66/37/46, Casey, Palestine, 21 April 1943.

[60] TNA, CAB 66/37/46, Casey, Palestine, 21 April 1943.

[61] FRUS, 1943, Vol. IV, s. 781-5, Hull to Roosevelt, 7 May 1943, zawiera streszczenie oceny sytuacji na Bliskim Wschodzie pułkownika Harolda B. Hoskinksa (Report by Lieutenant Colonel Harold B. Hoskins on the situation in the Near East).

[62] TNA, CAB 66/39/2, Casey, British Policy in the Middle East, 12 July 1943.

[63] Davis, Keeping the Americans in Line?, s. 107; FRUS, 1943, Vol. IV, s. 856, Kirk to Hull, 18 January1943.

[64] Yergin, The Prize, s. 397; Davis, Keeping the Americans in Line?, s. 111.

[65] FRUS, 1943, Vol. IV, s. 778-80, Hurley to Roosevelt, 5 May 1943.

[66] Medoff, Militant Zionism in America, s. 90; O'Sullivan, FDR and the End of Empire, s. 86.

[67] Dockter, Churchill and the Islamic World, s. 235-6.

[68] FRUS, 1943, Vol. IV, s. 773-5, King Abdul Aziz Ibn Saud to Roosevelt.

[69] FRUS, 1943, Vol. IV, s. 786-7, Hull to Kirk, 26 May 1943, wraz z przesłaniem Roosevelta do króla Ibn Sauda.

[70] The King of Arabia by Noel F. Busch, "Life", 31 May 1943.

[71] Randall, Harold Ickes and United States Foreign Petroleum Policy Planning, s. 375.

[72] FRUS, 1943, Vol. IV, s. 793, Memorandum by Weizmann, 12 June 1943.

[73] TNA, CAB 66/36/50, Eden, Palestine, 10 May 1943.

[74] TNA, CAB 195/2, meeting of 2 July 1943.

[75] TNA, CAB 195/2, meeting of 14 July 1943.

[76] TNA, CAB 195/2, meeting of 14 July 1943.

Przedmowa do wydania polskiego

Anatomia upadku

James Barr po raz kolejny zabiera czytelnika w fascynującą podróż po meandrach dziejów Bliskiego Wschodu, tym razem skupiając się na wydarzeniach z drugiej połowy XX wieku. Obserwujemy, wraz z licznymi bohaterami wielu rozgrywających się wówczas dramatów, proces rozkładu schodzącego imperium i wzmacniania pozycji przez wschodzącego hegemona, co miało bezpośredni wpływ na życie milionów mieszkańców regionu. Opowieść o tym, jak Wielka Brytania przestawała być wielka i jak konsekwentnie w ciągu niespełna trzech dekad Bliski Wschód wyszedł z jej strefy wpływów, jest jednak przede wszystkim doskonałym świadectwem tego, że kluczowe dla podejmowanych decyzji były aktualne potrzeby polityczne i wyborcze. Dotyczyło to zarówno brytyjskich premierów, którzy walcząc o głosy wyborców, za zbędne uznali wydatki na podtrzymywanie umierającego imperium wobec konieczności zaspokajania potrzeb rozbudowanej opieki społecznej, jak i amerykańskich prezydentów, którzy licząc na reelekcję, starali się o głosy amerykańskich Żydów, zaznaczając, że z drugiej strony nie ma "setek tysięcy [głosujących w USA] Arabów".

Książka przypomina tym samym, że o losach świata często nie decydują wielkie idee i wartości, lecz pragmatyzm, którego konsekwencje w dłuższej perspektywie są trudne do przewidzenia. Poza tym autor udowadnia, że wiele z najistotniejszych wydarzeń w dziejach świata, a tu konkretnie w najnowszej historii Bliskiego Wschodu, jest raczej efektem mrówczej i niezauważanej pracy aktorów, którzy giną w cieniu, więc wielu z nich przywraca zbiorowej pamięci. Ważne zdarzenia mogą być również efektem przypadku i szczęścia, a wiele z planów wielkich postaci światowej polityki kończy się fiaskiem, bo górę biorą lokalne siły niweczące zamierzenia mocarstw.

Kres brytyjskiej kontroli nad Bliskim Wschodem pospołu położyli tak Gamal Abdel Naser, Saudowie, jak i amerykańscy prezydenci, ale obraz, który wyłania się z książki, być może nawet wbrew intencjom autora, zważywszy na jej podtytuł, wskazuje, iż kluczowe były czynniki odśrodkowe. To brytyjskie załamanie gospodarki po II wojnie światowej, rozchwianie elit rządzących, które nadal żyły historycznymi przeświadczeniami o regionie, przedkładając poczucie wyższości ponad gotowość do rzetelnego spojrzenia na rzeczywistość, ich niezdecydowanie i skupienie się na bieżących celach wyborczych przyspieszyły wykolejenie się brytyjskiego projektu bliskowschodniego. Dopiero tę sytuację wykorzystali Amerykanie. Choć ostatecznie wbrew obawom czasów maccartyzmu rola Związku Radzieckiego w przemodelowaniu Bliskiego Wschodu była dużo mniejsza, niż zakładano, sam strach przed komunizmem był jedną z przyczyn ruchów kolejnych amerykańskich administracji uderzających w interesy brytyjskie.

Autor w poszczególnych rozdziałach udowadnia, że główni aktorzy w rywalizacji o prestiż, surowce i "zasady" nie szczędzili sił i środków, by osiągnąć cel. Są więc pucze wojskowe, zamachy stanu, inwazje i operacje desantowe, zabójstwa, podżeganie do buntu i rebelie, obalanie jednych dyktatorów i wspieranie innych, likwidowanie demokratycznych władz i zastępowanie ich autokratami. Przedstawiony w książce obraz machinacji zachodnich mocarstw, których celem nie był wzrost dobrobytu lokalnych społeczności w regionie, jest wystarczającym wyjaśnieniem niezatartej do dziś niechęci, delikatnie to ujmując, do Zachodu w tej części świata.

Parafrazując słowa cytowanego przez autora Kima Roosevelta, że "każde mocarstwo mające nadzieję zdominować kontynenty dochodziło do wniosku, że opanowanie Bliskiego Wschodu jest do tego konieczne", można z równą stanowczością stwierdzić, że każde mocarstwo, które próbowało zdominować Bliski Wschód, ostatecznie kończyło pokonane.

James Barr oddaje w ręce czytelnika fascynującą, pełną zwrotów akcji opowieść, a jednocześnie doskonały podręcznik do zrozumienia współczesnego Bliskiego Wschodu, gdyż opisywane wydarzenia i rola ówczesnych mocarstw pozostawiły w regionie stałą spuściznę, z której konsekwencjami borykamy się po dziś dzień.

Michał Nowak

analityk ds. międzynarodowych specjalizujący się w obszarze konfliktów zbrojnych i Bliskiego Wschodu, redaktor Nowego Ładu i autor cyklu Raport z Frontu.

1 Początek końca

W Mansion House 10 listopada 1942 roku Winston Churchill w asyście burmistrza Londynu i arcybiskupa Canterbury zakomunikował dobre nowiny. Wreszcie Wielka Brytania odniosła decydujące zwycięstwo na Bliskim Wschodzie. Premier słusznie przeczuwał, że wojna znalazła się w punkcie zwrotnym, zadbał jednak, by słuchającym nie dać powodu do samozadowolenia.

- To nie koniec[2] - alarmował - to nie jest nawet początek końca. Ale to jest, być może, koniec początku[3].

Cokolwiek ten moment oznaczał, z pewnością był długo wyczekiwany. Przez całe trzy lata nadchodziły niezmiennie złe wieści.

- W naszych wojnach poszczególne epizody bywają w dużej mierze niepomyślne, ale ostateczne rezultaty okazywały się satysfakcjonujące - kontynuował. - W ostatniej wojnie mieliśmy pod górę niemal do samego końca.

Zacytował też byłego greckiego premiera, który niegdyś zauważył, że Brytyjczycy zawsze wygrywają jedną bitwę - tę ostatnią.

- Wygląda na to, że tym razem zaczęło się nieco wcześniej - zasugerował, co zebrani skwitowali śmiechem. Nie tyle radości, co ulgi.

"W dużej mierze niepomyślne" było typowo brytyjską powściągliwością, po którą sięgali, opisując następujące po sobie wojenne katastrofy. Po Norwegii i Dunkierce w 1940 roku, Grecji i Krecie w 1941, także rok 1942 - jak dotąd - zapowiadał się tragicznie. W lutym niemieckie pancerniki kieszonkowe "Gneisenau" i "Scharnhorst" nieniepokojone przepłynęły Cieśninę Kaletańską. Kilka dni później padł Singapur i do niewoli japońskiej trafiło 85 000 obrońców imperium brytyjskiego; wielu nie dożyło uwolnienia. Churchill trzydziestotrzytysięczny garnizon stacjonujący w Tobruku nazwał fundamentem brytyjskiego oporu wobec Hitlera. Tymczasem w czerwcu, gdy konferował w Waszyngtonie z Franklinem D. Rooseveltem, także ta reduta padła. Premier nie zapomniał, jak prezydent najpierw bez słowa wręczył mu różową kartkę z przykrą wiadomością, a dopiero potem z troską zapytał, czy mógłby w czymś pomóc. "Porażka to jedno - odnotował w pamiętnikach - hańba to coś innego"[4].

Znękany Churchill wrócił z Waszyngtonu do Londynu, by zmierzyć się z krytykami. Zarzucali mu złą strategię i domagali się dymisji ze stanowiska ministra obrony. Taktykę tę uznał za pierwszy krok w kierunku zmuszenia go do zupełnego odejścia. Jeden ze sceptyków w dyskusji na temat sterowania przezeń nawą państwową podczas wojny wypomniał mu, że jest człowiekiem, który "wygrywa debatę za debatą, a przegrywa bitwę za bitwą". Wprawdzie Churchill bez trudu zyskał w głosowaniu wotum zaufania i niedługo potem wybrał się do Egiptu, by osobiście na miejscu zbadać, jak się mają sprawy, trudno było jednak odmówić krytykom racji, zwłaszcza że fiaskiem zakończył się sierpniowy desant opodal Dieppe[5].

W Mansion House w końcu miał coś, czym mógł uciszyć krytyków.

- Mamy nowe doświadczenie. Zwycięstwo - niezwykłe i zdecydowane zwycięstwo - ogłosił przy akompaniamencie okrzyków radości.

Pod koniec października głównie brytyjskie jednostki zaatakowały Niemców pod Al-Alamajn (hist. El Alamein). Kilka dni później, już po zakończeniu w USA wyborów odbywanych w połowie kadencji prezydenta, armia amerykańska wylądowała na drugim końcu Afryki Północnej. Wojska Osi Berlin-Rzym zaczęły pośpieszny odwrót, byle wyrwać się z potrzasku i zdaniem premiera Churchilla "w dużej mierze straciły swą wartość bojową".

Pierwsza część wystąpienia Churchilla emanowała ostrożnym optymizmem, w drugiej się nasrożył, wiedział bowiem, co się będzie dalej działo. Był ministrem podczas poprzedniej wojny i ówczesne doświadczenie podpowiadało, że wizja zakończenia obecnej - niezależnie od tego, jak odległy będzie dzień ostatecznego triumfu - znów wywoła spór między Wielką Brytanią a Stanami Zjednoczonymi o kształt przyszłego pokoju.

Pojawiły się zwiastuny powtórki z historii. Urzędujący bezpiecznie za Atlantykiem Roosevelt przekonywał, że w powojennym świecie nie ma miejsca na imperium. Podobnie argumentował jego poprzednik Woodrow Wilson podczas i po zakończeniu ostatniej wojny światowej. Brytania zdecydowanie kontestowała ten pomysł.

Po podpisaniu rozejmu w 1918 roku, gdy osobisty sekretarz Churchilla ogłosił, że z wdzięczności za amerykański wkład w zwycięstwo pragnie pocałować Wuja Sama "w oba policzki", sir Winston parsknął: "szczęściem, że nie we wszystkie cztery"[6].

W listopadzie 1942 roku Churchill musiał się obawiać, że jeśli Wuj Sam nadstawi tamte dwa policzki, trudno przyjdzie zdobyć się na odmowę. Rok wcześniej, gdy po napaści Hitlera na Związek Radziecki Brytania sprzymierzyła się ze Stalinem, otrzymał od Roosevelta wezwanie na spotkanie u wybrzeży Nowej Fundlandii. Przeprawiał się przez Atlantyk z cichą nadzieją, że prezydent zechce ogłosić przystąpienie do wojny. Doznał zawodu. Przy kolacji 9 sierpnia 1941 roku Roosevelt, którego paliła ciekawość, jakiż to tajemny układ Brytyjczyk zawarł z Rosjanami, tylko poprosił o wspólne zadeklarowanie poszanowania zasad o samostanowieniu i wolnym handlu "dla wszystkich narodów". Churchill zdawał sobie sprawę z tego, że jedno i drugie miało katastrofalne konsekwencje dla Wielkiej Brytanii i jej imperium, ale nie ośmielił się drażnić człowieka, od którego - miał taką nadzieję - zależy zwycięstwo. Wraz z doradcami w pośpiechu naszkicowali tekst deklaracji, który Roosevelt istotnie zmodyfikował. Churchillowi udało się nieco złagodzić zapędy prezydenta, wykreślając jego uwagę o handlowej "dyskryminacji". Dotyczyła tak zwanych preferencji imperialnych, czyli taryf obowiązujących w całym imperium brytyjskim, które, zdaniem Amerykanów, były niekorzystne dla ich firm próbujących sprzedawać towary na tym ogromnym rynku. Generalnie jednak nie miał wyboru i musiał przystać na to, co nazwano Kartą atlantycką. Wiadome było, że drażliwa kwestia nie zniknie, zwłaszcza gdy Stany Zjednoczone zaczęły pokrywać rachunki za brytyjski wysiłek wojenny, a potem - po Pearl Harbor - same także znalazły się na placu boju.

Churchill wiedział, że w pojedynkę wojny nie wygra i od samego początku usilnie starał się uwikłać w nią Amerykanów. Teraz, gdy mu się to udało, musiał się zmierzyć z konsekwencjami strategicznego sukcesu. Dopiero w Mansion House, po zwycięstwie pod Al-Alamajn, poczuł się na tyle silny, by publicznie, zdecydowanie wystąpić w obronie imperium przed nadciągającym amerykańskim szturmem. Owszem, przyznawał, że amerykańskie wyposażenie i broń umożliwiły pod Al-Alamajn walkę z Niemcami jak równy z równym, ale jednocześnie podkreślał, że bitwę "toczyli niemal wyłącznie mężczyźni, w których żyłach płynęła brytyjska krew". Dowodził, że przez rok jedynie imperium brytyjskie opierało się Hitlerowi, zatem teraz nie zamierza się godzić na rozpad ich kraju. Na każdym kroku podkreślał, że Wielka Brytania nie walczyła "dla zysku lub ekspansji", odpierając regularnie wysuwany zarzut - i to nie tylko przez wrogów. Dodał, że nadszedł czas, by wyjaśnić coś jeszcze.

- Zamierzamy trwać na swoim - oznajmił, wzbudzając owację. - Nie zostałem królewskim premierem, by przewodniczyć likwidacji imperium brytyjskiego [...] Jestem dumny z bycia członkiem ogromnej wspólnoty i stowarzyszenia narodów oraz środowisk, skupionych w lub wokół prastarej monarchii brytyjskiej, bez której to, co dobre, mogłoby zniknąć z powierzchni ziemi. Oto jesteśmy i trwamy, niczym prawdziwa opoka zbawienia w tym dryfującym świecie.

Często uważa się, że adresatem tej ciętej wypowiedzi był Roosevelt. Winston Churchill miał jednak na myśli innego Amerykanina.

***

Dziewięć tygodni wcześniej, gdy wiktoria obwieszczona przez Churchilla była wciąż kwestią odległej i niepewnej przyszłości, na kairskim lotnisku wylądował czterosilnikowy amerykański bombowiec. Przywiózł ważnego pasażera. Kiedy zatrzymał się na wskazanym stanowisku i opadły rozkładane schodki, w drzwiach ukazał się postawny, znajomo wyglądający mężczyzna w wymiętym garniturze i korkowym hełmie. Nieśmiało uniesioną ręką pozdrowił tłumek przybyły na powitanie.

Obszerne relacje z wyborów prezydenckich w USA przed dwoma laty spopularyzowały Wendella C. Willkiego. Urodzony w Ellwood w stanie Indiana, dysponujący tubalnym głosem, a ściskaną przy powitaniu dłonią potrząsający z siłą sejsmicznych wstrząsów, był czarnym koniem Partii Republikańskiej, kontrkandydatem Roosevelta do Białego Domu. Przegrał. Człowiek, który go pokonał, mianował go swoim specjalnym wysłannikiem i wydelegował na liczącą pięćdziesiąt tysięcy kilometrów misję dookoła świata. Kair był jednym z jej etapów.

Podróż, która Willkiego ukształtowała i wiele nauczyła, miała dla Wielkiej Brytanii okropne konsekwencje. Polityk, z końcem sierpnia 1942 roku rozpoczynający wojaż na Wschodnim Wybrzeżu, należał do najbardziej zagorzałych amerykańskich orędowników Zjednoczonego Królestwa. Gdy po czterdziestu dziewięciu dniach dotarł do Zachodniego Wybrzeża, okazał się już jednym z jego najzażartszych krytyków. Dziś, z perspektywy czasu, widać, że walnie przyczynił się do uruchomienia procesów, które doprowadziły do klęski imperium brytyjskiego na Bliskim Wschodzie.

Po sesji dla fotoreporterów na tle samolotu Willkie odjechał do ambasady amerykańskiej, gdzie ambasador krótko zapoznał go z niepewną sytuacją. Minęło dziesięć tygodni od zajęcia przez wojska generała Erwina Rommla Tobruku i wyparcia Brytyjczyków na wcześniej umocnione pozycje pod Al-Alamajn, oddalone zaledwie o sto dwadzieścia kilometrów od Aleksandrii. Kairowi jak dotąd oszczędzono rygorów stanu wojennego. Czar prysł 1 lipca. W tym dniu, nazwanym "środą popielcową", ambasada brytyjska i dowództwo nieudolnie spaliły dokumenty - zwęglone fragmenty tajnych informacji fruwały w powietrzu, w mieście zapanowała panika.

Niedługo potem do Kairu przybył Churchill. Zaraz po otrzymaniu w parlamencie wotum zaufania poleciał do Egiptu. Pojechał na front, zdymisjonował głównodowodzącego tamtejszym teatrem wojennym i zarządził walkę do ostatniego żołnierza. Willkie wspominał, że mimo tych interwencji amerykański ambasador "nie tryskał optymizmem", winił "brytyjską nieudolność"[7].

Niepewność wynikającą z sytuacji na froncie powiększały okropne stosunki między Brytyjczykami a Egipcjanami. Wielka Brytania najechała na Egipt w 1882 roku po to, żeby zawładnąć Kanałem Sueskim i zabezpieczyć szlak do Indii. Nigdy się nie wycofała. Jej pierwszy konsul generalny zapewniał, że "nie rządzimy Egiptem, tylko kierujemy jego gubernatorami". Subtelności tej nie zauważała ludność. Korona nie wyrwała kraju spod władzy osmańskiej, miejscowy kedyw nadal składał hołdy sułtanowi. Takiemu układowi położyło kres w listopadzie 1914 roku wypowiedzenie wojny Zjednoczonemu Królestwu przez imperium osmańskie. Wówczas Brytyjczycy odesłali kedywa, sułtanem ogłosili jego wuja, a Egipt - protektoratem. Stan ten trwał do 1922 roku, kiedy sułtan mianował się królem i ogłosił niepodległość kraju[8].

Cena uniezależnienia sprawiła, że było w istocie pozorne. Egipcjanie musieli bowiem przystać na traktat gwarantujący Brytanii stacjonowanie wzdłuż Kanału Sueskiego dziesięciotysięcznego kontyngentu oraz scedowanie nań obrony kraju przed ewentualnym atakiem. Traktat stał się zarzewiem kryzysu sueskiego z 1956 roku. Wybuch II wojny światowej w 1939 roku spowodował, że do Egiptu przybyły setki tysięcy żołnierzy imperium brytyjskiego, a wraz z nimi hulająca inflacja i niedobory żywności. Coraz większe wymagania związane z obroną wywołały niekończące się tarcia między Egipcjanami a Brytyjczykami.

Po spotkaniu z amerykańskim ambasadorem Willkie złożył wizytę najważniejszej osobie zawiadującej kłopotami - ówczesnemu ambasadorowi Wielkiej Brytanii, sir Milesowi Lampsonowi. Niemalże dwumetrowy despota, od dawna przekonany, że Egipt powinien zostać wchłonięty przez imperium, urzędował poza ambasadą, pod adresem Sharia Tolumbat 10. Posesję w skrócie nazywano "numerem dziesięć". Amerykanin rychło pojął, dlaczego. Lampson, oficjalnie najstarszy rangą dyplomata akredytowany w Egipcie, był "w istocie jego władcą"[9].

Brytyjczyka najbardziej irytował sposób, w jaki król Egiptu Faruk sprzyjał krzewieniu sympatii do państw Osi. Sześć miesięcy wcześniej, 4 lutego 1942 roku, dyplomata przedsięwziął bez powodzenia drastyczne kroki. Incydent tylko pogorszył sytuację. Po rezygnacji ówczesnego premiera Egiptu ambasador postawił Farukowi ultimatum: albo mianuje bardziej uległego polityka, albo abdykuje. Gdy o godzinie osiemnastej król oddalił żądania, postawny Brytyjczyk zjawił się w pałacu Abdin (rezydencji królewskiej) na czele żołnierzy wspieranych przez czołgi i podsunął Farukowi do podpisania stosowny dokument.

Monarcha dał za wygraną, a Lampson pod koniec dnia odnotował w dzienniku, że "trudno być bardziej zadowolonym z wyniku konfrontacji", ale oczyszczające działanie "incydentu abdinskiego" trwało krótko. Nazajutrz dyplomata zanotował: "nadal zostajemy z draniem na tronie i jeśli się nam noga powinie, będzie skłonny wbić nam nóż w plecy". Stosunki z królem legły w gruzach[10].

Willkie spotkał się zarówno z Lampsonem, jak i Farukiem, potem pojechał na front na rozmowę z generałem Montgomerym, który właśnie objął dowództwo. Usłyszana od amerykańskiego ambasadora opinia o miałkości brytyjskich umiejętności wojskowych sprawiała, że nie miał nadmiernych oczekiwań. Tymczasem szorstkość, erudycja, energiczna i omalże fanatyczna osobowość generała zaimponowały Amerykaninowi. Zachęcony przez oficera, który zaledwie sześć dni wcześniej odparł atak Rommla, zakomunikował towarzyszącym wizycie dziennikarzom, że jesteśmy świadkami "punktu zwrotnego w wojnie"[11].

Willkiego najbardziej nurtowała brytyjska opinia na temat tego, do czego dojdzie po wygraniu wojny. W drodze z Kairu na front w Aleksandrii przy obiedzie sondował grupę zaproszonych brytyjskich dostojników. Później zanotował: "Próbowałem wyciągnąć od nich [...] jak widzą przyszłość, zwłaszcza porządki kolonialne i nasze wspólne relacje z narodami Orientu". Zaniepokoiło go to, co usłyszał. "Mówili językiem Rudyarda Kiplinga, nieskażonym nawet liberalizmem Cecila Rhodesa [...] ludzie ci, realizujący politykę Londynu, nie mieli pojęcia, że świat się zmienia [...] większość z nich tylko czytała o Karcie atlantyckiej. Nie przychodziło im do głowy, że może wpłynąć na ich kariery czy sposób myślenia". Tego się właśnie obawiał i nie wątpił, że winien temu jest brytyjski premier[12].

***

Willkie już od pierwszego spotkania z Winstonem Churchillem na początku 1941 roku, dziesięć miesięcy przed wciągnięciem Stanów Zjednoczonych w wojnę, odnosił się do premiera sceptycznie. Świeża porażka z Rooseveltem nie przyćmiła prezydenckich ambicji. Pozostał sobą, w końcu zyskał więcej głosów niż którykolwiek z poprzednich kandydatów republikańskich. Byłby teraz prezydentem, gdyby 600 000 głosów nie rozproszyło się po dziesięciu stanach. Miał nadzieję na ponowne stanięcie w szranki w 1944 roku, mimo że aktualnie znalazł się na aucie pozbawiony politycznego urzędu. Musiał znaleźć sposób na pozostanie w polu widzenia wyborców. To dlatego w styczniu 1941 roku zdecydował się popierać udzielenie Wielkiej Brytanii pomocy wojskowej.

Tym samym rzucił się w wir ówcześnie największego sporu, jaki rozgorzał w Stanach Zjednoczonych. W latach 30. XX wieku izolacjonizm święcił największe triumfy i Roosevelt, wiedziony społeczną presją, dążył do uchwalenia ustaw o neutralności, których celem było zmniejszenie prawdopodobieństwa uwikłania kraju w kolejną wojnę. Akty te uniemożliwiały administracji wysyłkę broni lub udzielanie pożyczek walczącym państwom. Po wybuchu II wojny światowej Rooseveltowi udało się skłonić Kongres do złagodzenia restrykcji; dopuszczono sprzedaż broni za gotówkę i jej odbiór na koszt nabywcy. Prezydent nie zdołał znieść zakazu udzielania kredytów [na ten cel]. Stan taki u schyłku 1940 roku uwierał coraz bardziej. To wówczas premier listownie ostrzegł Roosevelta: "Zbliża się chwila, w której nie będziemy mogli dłużej płacić gotówką za zaopatrzenie i wysyłkę"[13].

Churchill uważał, że Atlantyk jednoczy Brytanię i Amerykę, natomiast zarówno Willkie, jak i Roosevelt postrzegali ocean raczej jako użyteczną fosę. Obaj wiedzieli, że im dłużej wytrwa Wielka Brytania, tym później - o ile w ogóle - Stany Zjednoczone będą musiały włączyć się w konflikt. List Churchilla zaalarmował prezydenta: z końcem grudnia 1940 roku ogłosił kraj "arsenałem demokracji" i zaproponował Kongresowi wybrnięcie z sytuacji, czyli umowę pożyczki-dzierżawy - ustawę Lend-Lease. Stany Zjednoczone udostępnią Zjednoczonemu Królestwu wszystko, co niezbędne do prowadzenia wojny, a w zamian nie oczekują płacenia, lecz po jej zakończeniu zwrotu sprzętu lub jego identycznych zamienników. Willkie poparł pomysł w połowie następnego miesiąca i oznajmił, że wybiera się do Londynu zbadać sprawę. Przestrzegał, że "pacyfiści, izolacjoniści i udawani przyjaciele Brytanii będą zakulisowo sabotować plan pod płaszczykiem sprzeciwu wobec projektu ustawy"[14].

Nawet szukający konsensusu Roosevelt bez zastrzeżeń przystał na misję Willkiego. Przepchnięcie ustawy Lend-Lease przez Kongres wcale nie było przesądzone, izolacjonizm bowiem był powszechny i miał ponadpartyjny wymiar. Prezydent skorzystał z okazji, by dowieść, że nawet niektórzy republikanie podzielają jego punkt widzenia. Zechciał też, by to jego dawny rywal doręczył Churchillowi obiecujące przesłanie. Premier już od końca grudnia wyczekiwał gwarancji, a jeszcze do niedawna Roosevelt się ociągał z ich udzieleniem.

Zwłoka ilustrowała kłopotliwy stan rzeczy. Milczenie Roosevelta nie miało wyłącznie podłoża politycznego; stały za nim także osobiste animozje. Zachowanie Churchilla podczas kolacji w 1918 roku (gdzie, zdaniem Roo-sevelta, zachowywał się "jak gnojek [...] dyrygował nami wszystkimi") oraz napisanie przezeń w latach 30. XX wieku kilku napastliwych tekstów o nowym ładzie sprawiły, że prezydent uznał, iż premier go nie znosi. Dopiero Harry Hopkins - zaufany i wybuchowy doradca - po pobycie w Londynie go przekonał, że to nieprawda. W rezultacie 20 stycznia Roosevelt napisał list, który polecił Willkiemu doręczyć Churchillowi. Zacytował w nim strofy poematu Longfellowa, które - jak podkreślił - "odnoszą się do was, tak jak do nas":

Ty także płyniesz, o nawo państwowa!

Płyń dalej, o Unio, silna i wielka!

Ludzkość, ze wszystkimi swymi lękami,

Ze wszystkimi nadziejami przyszłych lat,

Wstrzymuje oddech, patrząc na twój los!

Dwudziestego szóstego stycznia 1941 roku Willkie odleciał do Londynu; przesłanie wręczył premierowi nazajutrz podczas wspólnego lunchu.

Zawierało zapewnienie, za którym tęsknił Churchill. W dniu następnym, w odpowiedzi adresowanej do Roosevelta, nadmienił, że "bardzo poruszył go" list prezydenta, który odczytał jako "oznakę przyjacielskich stosunków, które umacnialiśmy telegraficznie, ale także telepatycznie, mimo wszelkich napięć"[15].

***

Dla Churchilla, który starał się wciągnąć Stany Zjednoczone do wojny, obecność Willkiego w Londynie, i to podczas apogeum nalotów, była fantastyczną okazją. Matka premiera Jennie była nowojorczanką, wierzył więc w instynktowną więź między Brytanią i Ameryką. Nie dostrzegał fali Irlandczyków, Żydów i wschodnioeuropejskich emigrantów, która w minionych latach odmieniła Stany Zjednoczone, trwał w przeświadczeniu, że nic nie "poruszy ich [Amerykanów], tak jak wojowanie w Anglii" oraz że "heroiczne zmagania Brytanii" są najlepszą okazją "do ich przyciągnięcia". Takie myślenie sprawiło, że wizytę Willkiego - jak później wspomniał - wykorzystano, by "zrobić wszystko, co się da, aby mu umożliwić, przy wsparciu wroga, obejrzenie z bliska, czegokolwiek sobie życzył". Dziennikarze nie odstępowali Willkiego na krok. Jedna z gazet tak podsumowała jego wizytę: "Veni, vidi, Willkie"[16].

W sobotni wieczór, po tygodniowym pobycie w Londynie, Willkiego od-stawiono do Chequers - wiejskiej rezydencji premierów brytyjskich. Church-ill ostentacyjnie oznajmił, że tak będzie bezpieczniej. Lubił podejmować tam cudzoziemskich gości nie tylko dlatego, że koszty pokrywał rząd. Obaj panowie zabawiali się rozmową przez bite osiem godzin. "Jest najbłyskotliwszym rozmówcą i piewcą idei" - podsumował Willkie. "Potrafi celnie ugodzić, a jednocześnie z godnością i zrozumieniem przyjmuje ciosy"[17].

Amerykanin później przyznał, że sporo wypili, zwłaszcza że na koszt brytyjskiego podatnika, a nie samego Churchilla cierpiącego na brak gotówki. Gość raczył się obficiej niż sam premier, którego możliwości owiane były legendą. Obu łączyło tylko jedno: w pogoni za władzą zmieniali partyjne przynależności. Poza tym niewiele mieli ze sobą wspólnego. Należeli do różnych pokoleń: Churchill został postrzelony w Prowincji Północno-Zachodniej Indii Brytyjskich, zanim Willkie ukończył piąty rok życia. A romantyczne powoływanie się premiera na więzy krwi łączące Brytanię z Ameryką musiały brzmieć obco w uszach potomka niemieckich emigrantów osiadłych w Indianie. Nie ma wątpliwości, że Amerykanin brzydził się imperializmem. Nie znamy natomiast opinii Churchilla o poglądach Willkiego w kwestiach rasowych i dotyczących imperium. Premier tylko wspomniał o "bardzo długiej rozmowie z najzdolniejszym i stanowczym człowiekiem"[18].

Po powrocie do Londynu Amerykanin publicznie wychwalał "nieustraszoną odwagę" i "natchnione przywództwo" premiera; prywatnie był krytyczny. Wprawdzie Brytyjczycy w pełni popierali Churchilla, ale późnowieczorna rozmowa w Chequers ujawniła, że sam premier "nie wątpił w swoją wielkość i znaczenie, i w to, że jest najwspanialszym człowiekiem brytyjskiego imperium". Willkie nabrał podejrzeń, że nie słucha rad. W trakcie późniejszej, czwartkowej kolacji wspomniał, że aktualnie premier przypuszczalnie jest dla kraju właściwym człowiekiem, ale "nie jest pewien, że pan Churchill będzie równie wartościowym przywódcą w powojennym okresie koniecznych przemian ekonomicznych i odbudowy". Po powrocie do Waszyngtonu wyznał w rozmowie z wiceprezydentem Henrym Wallace'em, że Churchill potrafi mówić "niczym Demostenes i przepięknie pisać", lecz generalnie jest osobą "zbyt pewną siebie". Wallace uznał, że Willkie "nie ufa Churchillowi"[19].

Upublicznieniu wątpliwości nie towarzyszyły korzyści polityczne, zatem Willkie zatrzymał je dla siebie. Dziesięciodniowe fetowanie w Wielkiej Brytanii przerwał gwałtownie sekretarz stanu, wzywając go do bezzwłocznego podzielenia się z senatem zdobytymi doświadczeniami. Kiedy cztery dni później wylądował na lotnisku La Guardia, natychmiast oznajmił zgromadzonym dziennikarzom: "Brytyjczycy oczekują od nas nie żołnierzy, lecz zaopatrzenia i sprzętu". Tego samego dnia przez radio przemówił Churchill, uprzednio wtajemniczony przez Amerykanina w zawiłości debaty toczonej za oceanem. Cytował fragmenty listu Roosevelta i udzielał nań odpowiedzi. Posłuchał Willkiego i słowem nie wspomniał o potrzebie udziału amerykańskich żołnierzy w wojnie. Zamiast tego burknął: "Dajcie nam narzędzia, a my dokończymy dzieła"[20]. Na posiedzeniu Komisji Spraw Zagranicznych Senatu Stanów Zjednoczonych Willkie 11 lutego stanął twarzą w twarz z jedną z osób, które rok wcześniej pokonał w walce o nominację na kandydata w wyborach prezydenckich. Gdy Arthur Vandenberg, czołowy izolacjonista, zapytał, czy aby propozycja dostarczenia Brytyjczykom niszczycieli do chronienia konwojów nie uwikła Stany Zjednoczone w wojnę, Willkie ripostował: "Szanse na uniknięcie włączenia się Ameryki w wojnę dostrzegam w udzieleniu pomocy Wielkiej Brytanii". Po czym, nawiązując do tego, co usłyszał od Churchilla, podał kolejny ważki argument. "Jeśli amerykańska pomoc okaże się skuteczna, Stany Zjednoczone odegrają główną rolę w tym, co się potem zdarzy i wpłyną na formułę podpisywanego traktatu pokojowego". Dzień po senackim wysłuchaniu, podczas którego jeden z kolegów Vandenberga przypadkiem zwrócił się do Willkiego per "panie prezydencie", komisja w głosowaniu zdecydowanie poparła ustawę Lend-Lease. W następnym miesiącu senat ją uchwalił. Sposób, w jaki Wielka Brytania wykorzystała pomoc wynikającą z ustawy, z czasem stał się wieczną kością niezgody[21]. Willkie nie zaangażował się bezpośrednio w sierpniowe rooseveltowskie starania o przekonanie Churchilla do Karty atlantyckiej, choć sam dokument odzwierciedlał przeświadczenie Amerykanina, że to Stany Zjednoczone powinny decydować o kształcie porozumienia pokojowego. Z premierem Wielkiej Brytanii spotkał się ponownie dopiero podczas jego krótkiej wizyty w Waszyngtonie złożonej po ogłoszeniu przez Roosevelta przystąpienia do wojny po ataku na Pearl Harbor. Willkie może i nie cierpiał Churchilla, ale z pewnością nie na tyle, żeby nie chcieć się z nim pokazać. Myślami był już w 1944 roku i uznał, że zdjęcia z brytyjskim premierem wzmocnią jego wizerunek jako potencjalnego przyszłego prezydenta. Zatem poprosił o spotkanie.

***

Spotkania Churchilla z głównym rywalem politycznym Roosevelta zawsze drażniły Biały Dom. Już wcześniej, w tym samym roku, prezydent się wściekł na wieść, że Willkie próbuje nawiązać bezpośrednie kontakty z brytyjskim premierem. Zażądał od ambasadora w Londynie położenia kresu tym staraniom. "Sądzę, że premier powinien utrzymywać najbardziej przyjacielskie relacje z panem Willkiem, ale bezpośrednie kontakty to broń obosieczna"[22].

Churchill z kolei był bardzo skory widzieć Willkiego. W porze składania bożonarodzeniowej wizyty w Waszyngtonie było już oczywiste, że czołowi republikanie przedkładają Willkiego nad wszystkich innych potencjalnych kandydatów do prezydentury w wyborach 1944 roku. Sondaż Gallupa wskazywał, że amerykańscy wyborcy widzą w nim najbardziej prawdopodobnego następcę Roosevelta, który jawnie zaczął się staczać po równi pochyłej. Brytyjski mąż stanu, świadomy napiętych relacji urzędującego prezydenta z Willkiem, przypuszczalnie nie chciał być postrzegany jako zwolennik odesłania Roosevelta na emeryturę i zdecydował nie wkładać kija w mrowisko. Ale, niemądrze, próbował z Palm Beach, gdzie zatrzymał się na krótki wypoczynek, telefonicznie umówić potajemne spotkanie. Telefonista popełnił jednak błąd i połączył Churchilla bezpośrednio z prezydentem.

- Miło pana słyszeć - zaczął wylewnie premier, po czym zapytał, przekonany, że rozmawia z Willkiem, czy nie zechciałby mu towarzyszyć podczas powrotu koleją do Waszyngtonu[23].

- Z kim, jak pan sądzi, rozmawia? - zabrzmiało w słuchawce.

- A nie z panem Wendellem Willkiem?

- Nie - usłyszał w odpowiedzi. - Z prezydentem.

- Z kim? - Churchill nie wierzył własnym uszom.

- Rozmawia pan ze mną, Franklinem Rooseveltem.

Po krótkiej rozmowie o błahostkach Churchill zamierzał zakończyć wymianę zdań.

- Przypuszczam, że nie ma mi pan za złe chęci rozmowy z Wendellem Willkiem?

- Nie - odparł Roosevelt.

Churchill nie uwierzył prezydenckiemu zapewnieniu. Złapany na gorącym uczynku - umawianiu potajemnego spotkania z politycznym rywalem gospodarza - nie życzył sobie dalszego wikłania się w kabałę. Bez podania powodu odmówił Willkiemu wspólnej fotografii, której ten się domagał; zaplanował zdjęcie na osobności, ale w Białym Domu. Amerykanin, który jak wielu polityków był mniej gruboskórny, niż udawał, zrozumiał to opacznie. Obraził się, uznawszy, że odmowa wskazuje, iż Churchill postawił na nim polityczny krzyżyk. Po sceptycyzmie wyniesionym z pierwszego spotkania i zlekceważeniu przy następnej okazji wystarczyła już tylko jedna sprzeczka - w 1942 roku - by kontakty obu panów na zawsze legły w gruzach.

***

Bożonarodzeniowa wizyta ujawniła inne ważne sporne kwestie dzielące Roosevelta i Churchilla, który zaczął kontestować Kartę atlantycką. Zmierzał do jej modyfikacji, tak by stała się "prostą i orientacyjną deklaracją czasu wojny", znajdującą zastosowanie do krajów podbitych przez Niemcy, a nie do "regionów i narodów lojalnych wobec korony brytyjskiej". Gdy prezydent podczas bożonarodzeniowych spotkań poruszał ważną kwestię dyskryminacji handlowej, którą premier usunął z Karty, ten kategorycznie odmawiał dyskusji na ten temat. Żeby nie wdawać się w gorący spór, obaj panowie musieli przejść do porządku dziennego nad różnym postrzeganiem roli Indii[24].

Churchillowa obstrukcja sprawiła, że na początku 1942 roku Roosevelt zbywał dziennikarzy dopytujących o znaczenie i zasięg Karty atlantyckiej. Zakulisowo natomiast ostrzegł brytyjskiego premiera, że nie wdroży Lend-Lease, dopóki rząd Wielkiej Brytanii nie zrezygnuje z imperialnych preferencji. Upadek Singapuru w lutym 1942 roku ujawnił tarcia między koroną a jej dominiami. Fakt ten wykorzystał Roosevelt, by zmusić przypartego do muru premiera do ustępstw. W dniu, w którym osiągnięto porozumienie zobowiązujące Brytanię i Amerykę do "wyeliminowania wszelkich form dyskryminacji w handlu międzynarodowym, do redukcji taryf i wszelkich barier handlowych", Roosevelt przemówił przez radio. Przekonywał, że Karta atlantycka nie dotyczy tylko krajów oddzielonych oceanem, lecz ma wymiar ogólnoświatowy. To fundamentalne przesłanie członkowie amerykańskiej administracji będą do znudzenia powtarzali przez całe najbliższe lato[25].

W lipcu 1942 roku Roosevelt zaproponował Willkiemu kolejną zagraniczną misję. Miała się zacząć na Bliskim Wschodzie. Prezydentem kierowały różne motywy. Po pierwsze pragnął, żeby Willkie rozgłaszał, iż Ameryka prze do wygrania wojny i ukształtowania trwałego, postimperialnego ładu pokojowego. Po drugie, w okresie poprzedzającym listopadowe wybory do Kongresu w połowie prezydenckiej kadencji chciał pozbyć się z kraju odwiecznego, charyzmatycznego rywala. Demokraci byli podzieleni. Roosevelt żywił nadzieję, że nowa misja znów ujawni podziały także w obozie republikanów.

Posłannictwo spadło Willkiemu z nieba. W połowie 1942 roku miał już pewność, że Roosevelt się zużył. Uważał, że gdyby tylko po raz drugi wygrał republikańskie prawybory, w 1944 roku zastąpiłby obecnego prezydenta w Białym Domu. Instynktownie uważał misję za zgodną z wyznawaną filozofią i polityką. Była okazją do bezpośredniego wykładania własnych poglądów, zapewniała nieprzerwaną sześciotygodniową obecność w prasie, dostarczyłaby materiału na książkę uwierzytelniającą go na arenie światowej jako męża stanu.

2 Stary imperialistyczny porządek

Zdaniem człowieka [Billy'ego McLeana], który rezydował w Kairze, gdy Wendell Willkie pojawił się tam z pierwszą wizytą, odbywając wojaż dookoła świata, miasto "[...] było rozstajem wolnego świata, wojennym rojowiskiem na miarę Clapham Junction. Miejscem, którego nie sposób ominąć, podróżując z Ameryki albo Wielkiej Brytanii do Indii, na Daleki Wschód, a nawet do Rosji". Willkie nigdy wcześniej nie zawędrował aż tak daleko od Stanów Zjednoczonych. W Kairze po raz pierwszy zetknął się z zatrważającą nędzą, której obraz będzie mu towarzyszył wszędzie na Bliskim Wschodzie, przywodząc niemiłe skojarzenia z głębokim Południem Stanów. Inny z bywających wówczas na Bliskim Wschodzie obserwatorów wyliczał: "Kalectwo, ułomności, stany zapalne oczu, wola, amputacje, wszy i muchy. Na ulicach widuje się konie przejechane przez nieuważnych kierowców albo odrażających ciemnoskórych mężczyzn otoczonych chmarą owadów zlatujących się do ich otwartych, ropiejących ran"[26].

To, co widział Willkie, przygnębiało. Obwiniał Brytyjczyków, ci zaś zwalali wszystko na Egipcjan. Przekonywano Amerykanina, że "Arabowie wolą umierać młodo" oraz że "wyznawana religia zabrania gromadzenia kapitału niezbędnego do poprawy warunków i stylu życia". Arabski fatalizm z pewnością stał na przeszkodzie, ale zdaniem Brytyjczyków większym problemem była egipska nietolerancja ingerencji w politykę wewnętrzną nawet wówczas, gdy mogło to poprawić sytuację. Powodem były fatalne stosunki z Egiptem.

Willkie nie przyjmował wymówek. A spotkanie, do którego doszło podczas pobytu w Libanie, utwierdziło go w przekonaniu, że problemy są nierozwiązywane, gdyż brytyjscy i francuscy oficjele zajmowali się zupełnie czymś innym. Rozmowa z Charlesem de Gaullem w Bejrucie upewniła go, że tym, co napędza przywódcę Wolnych Francuzów, nie jest dobrostan Libańczyków i Syryjczyków. W salonie "zastawionym popiersiami i posągami Napoleona oraz obwieszonym jego podobiznami" de Gaulle opisał "bieżące zmagania z Brytyjczykami o to, kto - on czy oni - powinien sprawować kontrolę nad Syrią i Libanem"[27].

Napoleoński wystrój był jak najbardziej trafny, ponieważ trudno uznać zmagania za "aktualne". W istocie bowiem Francuzi konkurowali z Brytyjczykami o dominację w tej części świata od końca XVIII wieku. W celu powstrzymania rywalizacji podminowującej alians obowiązujący podczas I wojny światowej oba mocarstwa potajemnie uzgodniły podział Bliskiego Wschodu między siebie. Zawarta w 1916 roku umowa Sykesa i Picota tylko pogorszyła sytuację. Po zakończeniu wojny uczyniła odwiecznych rywali niezadowolonymi sąsiadami, którzy się wzajemnie obwiniali o własne kłopoty. Cztery lata później Francuzi zajęli Syrię, z której wydzielili Liban, tworząc zeń głównie chrześcijański przyczółek. I przez większość drugiej połowy lat 20. XX wieku zmagali się z partyzantką, którą ich zdaniem wspierali Brytyjczycy. Atmosfera była tak zła, że po upadku Francji w 1940 roku władze w Bejrucie zamiast sprzymierzyć się z Wielką Brytanią, wybrały rząd w Vichy. Gdy ten zgodził się na wykorzystanie syryjskich baz przez III Rzeszę do siania w 1941 roku zamętu w Iraku, oddziały Wolnych Francuzów pospołu z Brytyjczykami siłą zajęły Syrię wraz z Libanem.

Szukając lokalnego wsparcia, Wolna Francja tuż przed inwazją obiecała Syrii i Libanowi "wolność i niezawisłość". De Gaulle jednak, po zainstalowaniu się w Bejrucie, wycofał się z obietnic. Generał, gdy tylko miał na to ochotę, zachowywał się jak personifikacja Francji. Zapytany przez Willkiego, kiedy zrezygnuje ze swojego mandatu, odpowiedział mało konkretnie: "Sprawuję go w imieniu Francji. Nie mogę się zrzec ani pozwolić, by uczynił to ktoś inny. Będzie to możliwe, gdy we Francji znów powstanie rząd"[28].

W tamtym okresie spory o niezawisłość Libanu i Syrii doprowadziły Francuzów i Brytyjczyków nieomal do rozbratu. Na tych ostatnich - wszak gwarantów obietnic złożonych przez Wolnych Francuzów - naciskali nacjonaliści libańscy i syryjscy, domagający się odpowiedzialności od de Gaulle'a. Tego samego dnia Willkie spotkał się z Brytyjczykiem przybyłym do Bejrutu właśnie z tym zadaniem. Sir Louis Spears, stary kumpel Churchilla, wspierał de Gaulle'a dopóki nie skonstatował, że nie da się na Bliskim Wschodzie pogodzić interesów Wielkiej Brytanii i Francji. Prywatnie przyznał: "Stworzy-łem potwora Frankensteina. Czy potrafię go udusić, czy też on mnie udusi?"[29].

Po spotkaniu z oboma uczestnikami anglo-francuskich zmagań w Lewancie Willkie ruszył na południe, do Palestyny wówczas administrowanej przez Brytyjczyków. W Jerozolimie w towarzystwie sir Harolda MacMichaela, wysokiego komisarza Palestyny, odbył spacer po od dawna zaniedbanych staromiejskich kwartałach. Panowie mijali niedożywioną i cherlawą dzieciarnię bawiącą się na niezmiennie zapyziałych uliczkach. Willkie z niedowierzaniem słuchał wyjaśnień MacMichaela. Ten zaś, najwyraźniej bez cienia ironii, w pewnym momencie oznajmił:

- Tu było centrum chrześcijaństwa i - w sensie metaforycznym - jądro tego wszystkiego, o co walczymy. Amerykańskiego polityka zamurowało. Po chwili zdobył się na odpowiedź:

- Cóż, mogę tylko powtórzyć to, co usłyszałem dawno temu w Indianie. Jestem tu, gdzie narodził się Chrystus i proszę go, bym wrócił tam, gdzie ja się urodziłem"[30].

W tamtym okresie także w Palestynie rosło napięcie. Niemal dokładnie dwadzieścia pięć lat wcześniej rząd brytyjski ogłosił Deklarację Balfoura. Oświadczenie sygnowane nazwiskiem ówczesnego ministra spraw zagranicznych wydano z nadzieją na stworzenie tak zwanego buforowego państwa żydowskiego, które miało strzec wschodniego dostępu do Kanału Sueskiego i trzymać w szachu Francuzów. Deklaracja... popierała ideę utworzenia w Palestynie siedziby narodowej dla Żydów (national home for the Jewish people), pod warunkiem nienaruszania cywilnych i religijnych praw istniejących wspólnot nieżydowskich. Dzięki niej Wielka Brytania w 1920 roku zyskała mandat do władania Palestyną[31].

Brytyjczycy liczyli, że zyskają wdzięczność społeczności żydowskich i uznanie ludności arabskiej za postęp gospodarczy związany z napływem kapitału żydowskiego. Nadzieje okazały się płonne i naiwne. Zdaniem pewnego brytyjskiego generała "z Palestyną jest ten sam kłopot co z Irlandią - dwie małe, szczerze nienawidzące się nacje zamieszkujące niewielkie terytorium". Nasilająca się imigracja żydowska w 1936 roku doprowadziła do wybuchu powstania arabskiego. Zrazu Brytyjczycy rozważali podział terytorium, ale w obliczu narastającego oburzenia na początku 1939 roku zagwarantowali sobie kruchy pokój ogłoszeniem [trzeciej] białej księgi, ograniczającej żydowską emigrację do Palestyny do piętnastu tysięcy osób rocznie przez pięć kolejnych lat. Wybuch wojny usprawiedliwił tę politykę, stabilizacja w Palestynie była niezbędna do trzymania niemieckiej agentury i prowokatorów z dala od terytorium mandatowego. Jednak w obliczu nasilającej się eksterminacji Żydów drakońskie ograniczanie przez Brytyjczyków napływu żydowskich uchodźców podsycało ekstremizm, popierany przez Żydów zarówno na Bliskim Wschodzie, jak i w Stanach Zjednoczonych. Już wcześniej w tym samym roku odnotowano w Palestynie falę ataków terrorystycznych. Był to przedsmak tego, co miało nastąpić[32].

Bez względu na to, czy się to Brytyjczykom podobało, czy nie, kwestia Palestyny wymagała pilnego rozwiązania. Późnym letnim popołudniem Willkie spotkał się z kobietą uważającą, że takie zna. Mająca z górą osiemdziesiąt lat Henrietta Szold pochodziła z Baltimore, a do Palestyny wyemigrowała na przełomie XIX i XX wieku. Krótko przed przybyciem amerykańskiego emisariusza powołała do życia - wraz z kilkoma innymi osobami - umiarkowane stronnictwo polityczne zachęcające żydowskich ziomków do nawiązywania osobistych kontaktów z Arabami. Miał to być pierwszy krok na drodze do ustanowienia dwunarodowego państwa żydowsko-arabskiego. Willkie - przekonywany przez Szold, że "dobra wola i zwyczajna uczciwość" jednak wystarczą do rozwiązania kwestii żydowsko-arabskiej - skorzystał ze sposobności wybadania, co stoi na przeszkodzie.

- Czy pani zdaniem prawdziwa jest teza, że dla zachowania kontroli niektóre obce mocarstwa celowo skłócają Żydów z Arabami?

- Z ciężkim sercem potwierdzam, że to prawda - brzmiała odpowiedź.[33]

***

Po ledwie dwudziestoczterogodzinnym pobycie w Palestynie Willkie odleciał do Iraku, rządzonego od 1921 roku przez dynastię haszymidzką popieraną przez Brytyjczyków. Ówczesny monarcha miał zaledwie siedem lat, zatem podczas pierwszej, nieoficjalnej kolacji Willkiemu towarzyszył układny i przebiegły regent Abd al-Ilah. Amerykańskich gości probrytyjski premier Nuri as-Sa'id oficjalnie przyjął dopiero nazajutrz. Dostojnik odegrał czołową rolę w tym, co się zdarzyło później. Należał do grona pierwszych nacjonalistów arabskich. Ten były oficer armii osmańskiej wraz z T. E. Lawrence'emwalczył po stronie emira Fajsala (dziadka obecnego monarchy), któremu pomógł obwołać się pierwszym królem współczesnego Iraku. Nuri as-Sa'id - niewzruszony orędownik zasady, że cel uświęca środki - zasłynął wymachiwaniem granatem w parlamencie w kierunku posłów opozycji. Podczas kolacji członków amerykańskiej delegacji w osłupienie wprawiła prośba załogi samolotu, którym podróżowali, o możliwość zobaczenia występu słynnych tancerek. O ciągu dalszym wiemy z relacji rzecznika prasowego Willkiego: "Mieliśmy do czynienia z przedstawicielkami co najmniej ośmiu najlepszych miejskich lupanarów. Burdelmamy przedstawiały kolejne tancerki, te wykonywały popisowe numery, pozdrawiały skinieniem dłoni znanych sobie klientów i pośpiesznie znikały"[34].

Bagdad miał reputację miejsca egzotycznego, ale król chłopię i jego doradcy wiedli mniej ekstrawaganckie życie niż król Faruk w Kairze. Jeden z bywalców pałacu zapamiętał "sporo brązowej farby" i uznał, że "kobierce u Faruka były lepszej jakości". Podobnie jak Egipt, Irak teoretycznie był bytem niepodległym, ale praktycznie to Brytyjczycy pociągali za sznurki. Układ z 1930 roku, przepchnięty przez parlament staraniami Nuriego as-Sa'ida, gwarantował Wielkiej Brytanii dwie bazy lotnicze: Szaidę opodal Basry i Habaniję na zachód od Bagdadu. W tej drugiej działał kościół, kino, urządzano też polowania na lisy. Zdaniem bywalców "wszystko bardzo szykowne". Decyzje wypracowywali rezydujący w Bagdadzie ambasador i koteria doradców. "C", szef MI6 (brytyjskiego wywiadu zagranicznego), już po pół godzinie znał wynik jednego ze spotkań w pałacu. W rękach brytyjskich znajdowała się lwia część Iraq Petroleum Company; w zarządzie firmy dominowali Brytyjczycy. "Nieufność i brak wzajemnej sympatii" między robotnikami arabskimi, kurdyjskimi, turkmeńskimi i ormiańskimi sprawiał, że siła robocza "nigdy nie sprawiała kłopotów"[35].

Wydobycie ropy naftowej dostarczało jednej piątej dochodu narodowego, co niemal nie zmieniło oblicza kraju. Z każdych dwudziestu Irakijczyków tylko jeden nie był analfabetą, przewidywana średnia długość życia nie przekraczała trzydziestu lat z powodu wysokiej śmiertelności noworodków. Willkie znał powód takiego stanu rzeczy. Podobnie jak w Syrii i Egipcie większość ziemi należała do grupki bogatych latyfundystów. "Spotkałem się z niektórymi - czytamy w jego wspomnieniach - generalnie nie byli zainteresowani jakąkolwiek polityką, dopóki nie zagrażała ich statusowi"[36].

W drodze najpierw do Moskwy, a potem Chin amerykański emisariusz po przelocie nad górami wyznaczającymi wschodnią granicę arabskiego świata zatrzymał się w Teheranie, stolicy Iranu. Tam spotkał się z dwudziestodwuletnim władcą Persji, szachem Mohammadem Rezą Pahlawim - wykształconym w Szwajcarii książątkiem, wówczas żonatym z siostrą króla Faruka. W pierwszą rocznicę zasiadania szacha na tronie obaj panowie spożyli lunch pod gołym niebem. Monarcha nie miał szczególnego powodu do świętowania. Rok wcześniej jego ojciec stracił władzę, gdy Brytyjczycy pospołu z Sowietami najechali Persję, wiedzeni potrzebą zabezpieczenia szlaków zaopatrzenia po napaści Hitlera na Związek Radziecki. Podzielili kraj na sfery wpływów. Rząd brytyjski finansowo bardzo zaangażował się na południu kraju - miał udziały w spółce naftowej Anglo-Persian [Oil Company], która była właścicielem koncesji. Niektórzy Amerykanie podejrzewali, że Brytyjczycy chętnie bezterminowo przedłużyliby podział kraju. Nie dziwiła więc niechęć szacha do Wielkiej Brytanii. Przed opuszczeniem Iranu Willkie zaoferował młodemu monarsze wycieczkę w przestworza - szach po raz pierwszy w życiu wzbił się w powietrze.

***

Podczas czterdziestodziewięciodniowej podróży Willkie spędził w powietrzu aż dziewiętnaście dni. Długie godziny na pokładzie samolotu były okazją do rozmyślań o przyczynach tego, co zobaczył i usłyszał. Lądując w Teheranie, miał już gotowe wnioski. "Kwef, fez, choroby, brud, brak wykształcenia i nowoczesnego rozwoju przemysłowego, arbitralność rządów", które widział na Bliskim Wschodzie, znamionowały porażkę będącą konsekwencją "połączenia sił działających w obrębie lokalnych społeczności z egoistycznymi interesami obcego zwierzchnictwa"[37].

Willkiego niepokoiło, że konsekwencją uzależnienia mocarstw kolonialnych od Stanów Zjednoczonych na całym Bliskim Wschodzie będzie postrzeganie jego samego oraz jego rodaków jako współwinnych tego, czego w istocie nie kontrolowali. Później zanotował, że wciąż i wciąż musiał odpowiadać na pytanie, czy rzeczywiście Ameryka "wspiera system, w którym nasza polityka jest - choćby taktownie, ale jednak - kontrolowana przez obcokrajowców, a nasze życie zdominowane - choćby tylko pośrednio - także przez obcych, tylko dlatego, że zdarzyło się nam zamieszkiwać rejony zaznaczone na mapach wojskowych i szlaków handlowych jako strategiczne?". Zawsze odpowiadał "Nie". W przyszłości Winston Churchill sprowokuje go do identycznej deklaracji[38].

***

Trzecie i ostatnie starcie Willkiego z Churchillem zaczęło się jeszcze w Moskwie. Amerykanin, od samego początku wizyty mocno naciskany przez Józefa Stalina, opowiedział się za otwarciem drugiego frontu na zachodzie Europy, by jak najszybciej ulżyć Rosjanom. Tą deklaracją wskrzesił upiora, którego Churchill - taką miał nadzieję - już pogrzebał.

Latem, po pilnej wizycie w Kairze, brytyjski premier w tajemnicy wybrał się do Moskwy na spotkanie ze Stalinem. Próbował nakłonić sowieckiego przywódcę do zaprzestania dopominania się o drugi front. Oznajmił, że główną europejską ofensywę zaplanowano na rok 1943, oraz że rząd Wielkiej Brytanii i Stany Zjednoczone uzgodniły, iż wcześniejsze działania na rzecz odciążenia frontu wschodniego skończą się katastrofą. Deklaracja Willkiego była wysoce niefortunna, bowiem niweczyła starania Churchilla o przekonanie Stalina, że Anglicy i Amerykanie w tej kwestii mówią jednym głosem.

Wypowiedź Willkiego trafiła na czołówki serwisów informacyjnych i Churchill musiał się zmierzyć w parlamencie ze złośliwościami. Poseł z jego macierzystej partii dociekał, czy zechciałby "wszystkim mającym dostęp do poufnych informacji uświadomić potrzebę większej niż dotąd powściągliwości w publicznych wypowiedziach lub spekulacjach na temat możliwości otwarcia drugiego frontu"? Premier skwapliwie przyznał, że takie wypowiedzi są niepożądane. I na tym powinien poprzestać. Ale nie... Kontynuował. Próbując zażegnać konflikt, niezdarnie przekonywał kolegę, że upowszechnione komentarze opierały się na "dedukcji, nie zaś [...] na poufnych informacjach". Ku uciesze zgromadzonych, dociekliwy poseł wstał raz jeszcze i spuentował wynurzenia premiera kolejnym pytaniem: "Czy mój szacowny kolega przekaże to panu Wendellowi Willkiemu?"[39].

Tę wymianę zdań podchwyciła prasa. Willkie zaś, poirytowany zakazem wjazdu do Indii i cenzurowaniem jego oświadczeń, uznał, że przebrała się miara. Mętne wypowiedzi Churchilla wzmocniły w nim przekonanie, że premier uwierzył, iż on - Willkie - nie ma szans na prezydenturę po Roosevelcie, zatem bez szkody można go lekceważyć. Jeszcze podczas pobytu w Chinach publicznie i bez ogródek zaatakował brytyjski imperializm. Wszem i wobec obwieścił:

- Kolonializm to przeszłość. Wierzymy, że ta wojna musi oznaczać kres imperialnego panowania krajów nad innymi państwami.

Brytyjscy cenzorzy wykreślili pierwszą część tej deklaracji[40].

Willkie dotarł do ojczyzny 13 października 1942 roku, trzy tygodnie przed organizowanymi w połowie prezydenckiej kadencji wyborami do Kongresu. Dzień później spotkał się z Rooseveltem. Przestrzegł prezydenta, że "nie przynosi miłych wieści". Oznajmił, że brytyjskie rządy na Bliskim Wschodzie wywołują niezadowolenie, które wykorzystuje propaganda państw Osi. A Stany Zjednoczone w roli sojusznika Wielkiej Brytanii rykoszetem doznają uszczerbku. Roosevelt - podkreślił Willkie - powinien się bardziej starać, by mieszkańcy Bliskiego Wschodu nabyli "przeświadczenia, którego im brak, że nie angażujemy się w podtrzymywanie na wieki brytyjskiego imperializmu, lecz przeciwnie - chcemy swobód w polityce i ekonomii"[41].

Dwa tygodnie później w półgodzinnej audycji radiowej (Report to the People) rozwinął ten temat. Zrelacjonował podróż i rozmowy z osobami, z którymi się spotykał. Przekonywał, że dzięki długotrwałej amerykańskiej międzynarodowej działalności filantropijnej świat spogląda na Stany Zjednoczone "z szacunkiem i nadzieją". Jednak "owemu gigantycznemu rezerwuarowi życzliwości dla narodu amerykańskiego" zagraża brak określenia przez Stany Zjednoczone wyraźnych celów wojny. "Oprócz zaoferowania naszym sojusznikom w Azji i Europie Wschodniej oręża powinniśmy im także wyjaśnić, o co walczymy"[42].

Odpowiedź na to retoryczne pytanie brzmiała "o wolność", ale Willkie zastrzegł, że jak dotąd Stany Zjednoczone unikały konfrontacji z konsekwencjami tak zdefiniowanego celu. Zdaniem polityka "w Afryce, na Bliskim Wschodzie i w całym świecie arabskim, a także w Chinach i na Dalekim Wschodzie, wolność oznacza uporządkowane i zaplanowane zniesienie systemu kolonialnego. Władanie jednymi przez innych nie jest wolnością i nie powinniśmy walczyć o to, by stan ten trwał".

Willkie wprawdzie zaprzeczył, że w audycji atakował Wielką Brytanię, jednak porównując Stany Zjednoczone z sojusznikiem po drugiej stronie Atlantyku, systematycznie wskazywał na jego wady. Dowodził, że ludzie na całym świecie są świadomi, iż Ameryka "nie walczy dla korzyści, łupów, o terytoria czy mandatowe sprawowanie władzy nad innymi ludźmi bądź rządami". Cenią "nasze dokonania", bo "w przeciwieństwie do większości państw uprzemysłowionych amerykańska przedsiębiorczość niekoniecznie prowadzi do kontroli politycznej lub imperializmu". W 1940 roku na Willkiego zagłosowało dwadzieścia dwa miliony wyborców. Dwa lata po porażce w staraniach o prezydenturę oszacowano, że tego, co miał do powiedzenia, wysłuchało trzydzieści sześć milionów Amerykanów - jedna czwarta społeczeństwa.

Bardzo nieodległy termin wyborów śródkadencyjnych skłonił Willkiego do uważnego przypatrzenia się, jak zagłosuje jedna tylko część elektoratu - Żydzi. W 1942 roku w Stanach Zjednoczonych mieszkało ich około pięciu milionów. W Illinois, Michigan, New Jersey, Nowym Jorku i Ohio - czyli stanach, gdzie w 1940 roku nieznacznie przegrał z Rooseveltem i których potrzebuje, by wygrać prezydenturę w 1944 roku - żyła pokaźna społeczność żydowska. Pretekst, by do niej zaapelować, dała Willkiemu przypadająca tuż przed wyborami dwudziesta piąta rocznica Deklaracji Balfoura. Uznał, że do wystąpienia uprawnia go cały piątek spędzony w Palestynie przed siedmioma tygodniami[43].

Podobnie jak przy Lend-Lease, Willkie znów rozmyślnie wywoływał kontrowersje. Rosnąca świadomość nazistowskiej eksterminacji wschodnioeuropejskich Żydów nadała magiczne znaczenie wizji ziemi ojczystej wyznawców judaizmu, nakreślonej w Deklaracji Balfoura. Już wcześniej tygodnik "Life" donosił o "metodycznej rzezi" Żydów w Polsce; tekst opatrzono serią ponurych fotografii. Później nadeszła informacja o zatonięciu "Strumy". Na pokładzie nieodpowiedniego do morskich rejsów hulku znajdowali się uchodzący przed podobnym losem rumuńscy Żydzi. Po ośmiotygodniowym bezskutecznym wyczekiwaniu na redzie Stambułu brytyjskiej zgody na rejs do Palestyny, jednostkę odholowano na wody Morza Czarnego, gdzie trafiła na minę bądź została storpedowana. Z siedmiuset sześćdziesięciu dziewięciu pasażerów ocalał tylko jeden[44].

Ekstremistyczni amerykańscy syjoniści wykorzystali gniew wywołany tragedią "Strumy". Znani z rewizjonistycznych zapędów od ponad dwudziestu lat prowadzili kampanię na rzecz ustanowienia na wschód od Jordanu niezawisłego państwa żydowskiego. Od początku wojny coraz natarczywiej domagali się złagodzenia narzuconych przez rząd brytyjski limitów imigracyjnych oraz zorganizowania żydowskiej armii - rzekomo, by wzięła udział w sojuszniczym wysiłku wojennym, ale w istocie chodziło o wzmocnienie własnych zapędów ekspansjonistycznych. Do zatonięcia "Strumy" nie znajdowali posłuchu. Dopiero tragiczny los hulku zainicjował poważniejsze wsparcie polityczne.

Konferencja amerykańskich syjonistów zorganizowana w Nowym Jorku w maju, niedługo przed wyruszeniem Willkiego w znamienną podróż, pokazała, że rewizjoniści zyskują sympatię. Po trwających pięć dni dyskusjach prowadzonych w Hotelu Biltmore wydano przełomowe oświadczenie, nazwane później Deklaracją biltmorską. Potępiało brytyjskie restrykcje imigracyjne jako "okrutne i niewybaczalne" i wzywało do przekazania prowadzenia polityki imigracyjnej Żydom w Palestynie. To ostatnie zapowiadało ustanowienie "Jewish Commonwealth zintegrowanego ze strukturami nowego demokratycznego świata". Innymi słowy: niezależnego państwa żydowskiego. Deklaracjapopierała także powstanie propagowanego przez rewizjonistów żydowskiego wojska[45].

Każde zabranie głosu w kwestii żydowskiej nieuchronnie szkodziłoby Churchillowi, zatem Roosevelt starannie omijał kwestię Palestyny. Z coraz większą trudnością. Syjoniści bowiem zaczęli opłacać całostronicowe, złośliwe ogłoszenia prasowe, wzywające prezydenta do działania. Dwoje republikanów, których dokooptował do swojej administracji, postąpiło wbrew szefowi i otwarcie wsparło utworzenie żydowskiej armii. Podobnie uczyniła żona prezydenta Eleanor.

Milczenie przestawało się opłacać i w rocznicę Deklaracji Balfoura prezydencka administracja wydała oświadczenie. Ostrożne sformułowania pomijały ważkie kwestie związane z żydowską państwowością i ograniczeniami imigracyjnymi. Jedno i drugie szybko stawało się gorącym kartoflem politycznym. W efekcie dokument przypuszczalnie przyniósł więcej szkody niż pożytku.

Willkie, niezwiązany dyplomatycznymi konwenansami prezydenckiej administracji, mógł pójść na całość. W przeddzień śródkadencyjnych wyborów upublicznił oświadczenie, w którym powtórzył żądania rewizjonistów. Przekonywał, że "hitlerowski program eksterminacji narodu żydowskiego" wskazuje, iż "wrota do Palestyny" należy "otworzyć bezdomnym Żydom z Europy Środkowej i Wschodniej, którzy przeżyli wojnę". Jego zdaniem to Żydzi, a nie Brytyjczycy, powinni kontrolować imigrację, a "zgodne z obietnicą zawartą w Deklaracji Balfoura ustanowienie narodowego państwa żydowskiego w Palestynie musi zostać uwzględnione w porządku nowego świata jutra"[46].

W Londynie premier Churchill i minister spraw zagranicznych Anthony Eden spierali się o to, jak potraktować Willkiego. Eden, rozdrażniony radiowym wystąpieniem Amerykanina, podpowiadał ponowne zaproszenie do Wielkiej Brytanii, gdzie utemperują go cenzorzy. Churchill pomysł kontestował. Na subtelnych relacjach z Rooseveltem wciąż ciążyła bożonarodzeniowa wpadka telefoniczna i nie chciał wzmacniać w prezydencie przekonania, że widzi w Willkiem nowego lokatora Białego Domu, choć w istocie na to właśnie liczył.

- Cały mój porządek opiera się na przyjaźni z Rooseveltem - hamował ministra - i nie powinniśmy sprawiać wrażenia, że spieszno nam do nowego otwarcia"[47].

Sukces odniesiony w listopadowych wyborach przez izolacjonistycznych rywali Willkiego oraz o tygodnie późniejsze zwycięstwo pod Al-Alamajn ośmieliły Churchilla. Przekonany, że polityk jest bez szans na nominację w 1944 roku, premier zdecydował się wyraźnie uzmysłowić Amerykanom, że da odpór próbom obalenia imperium brytyjskiego.

W Stanach Zjednoczonych Willkie słusznie ocenił, że przemówienie Churchilla w Mansion House - jednoznacznie zaprzeczające, że Wielka Brytania walczy "dla zysku lub ekspansji" - było wymierzone bezpośrednio w niego. W oświadczeniu wygłoszonym sześć dni później były kandydat na prezydenta stwierdził, że świat jest "wstrząśnięty" obroną Churchilla "starego imperialistycznego porządku". Gdy tylko doniosła o tym londyńska prasa, Willkiego odwiedził brytyjski ambasador akredytowany w Waszyngtonie. Doszło do kłótni. Dyplomata zarzucił mu "niejasności i oszczerstwa", na co Willkie odparł, że jest ofiarą "złośliwych uwag" ze strony Churchilla. Dodał, że odniósł wrażenie, iż w miarę jak premier nabierał przekonania, że wygrywa wojnę, "mniej niż dotąd przejmował się amerykańską opinią publiczną". Ambasador oskarżył go o próbę "oczernienia całego systemu kolonialnego" w audycji radiowej i zapytał, czy nie przyszło mu do głowy, że było to "bardzo obraźliwe i prowokujące dla przekonań Brytyjczyków". Jeśli nawet przyszło, Willkie przestał się przejmować. Amerykanin - jak relacjonował ambasador - odpowiedział: "Bierzemy udział w kiepskim spektaklu i im szybciej zrezygnujemy, tym lepiej"[48].

Bodaj nic lepiej nie podsumowuje amerykańskiego myślenia o Bliskim Wschodzie i politycznego traktowania Wielkiej Brytanii tamże w nadchodzących latach.

3 Pakowanie się w kłopoty

Apel Willkiego o otwarcie dla żydowskich uchodźców "wrót Palestyny" odzwierciedlał umacnianie się syjonistów w Stanach Zjednoczonych. Gdy niedługo później Amerykanie wylądowali w Afryce Północno-Zachodniej, a Brytyjczycy odnieśli zwycięstwo pod Al-Alamajn, w Palestynie zapanowała euforia, a potem pojawiło się dojmujące poczucie nagłości, które ogarnęło i z czasem zdestabilizowało Bliski Wschód.

Jeszcze zanim Churchill w Mansion House zalecił ostrożność, czołowy palestyński syjonista Dawid Ben Gurion zdołał się przywiązać do myśli, że wojna wkrótce się skończy. Nawoływał ludność żydowską do zorganizowania się, gdyż lada moment zwołana zostanie konferencja pokojowa, na której bez wątpienia poruszona będzie kwestia palestyńska.

Ben Gurion, wówczas przewodniczący Agencji Żydowskiej, reprezentującej Żydów w kontaktach z Wielką Brytanią, od dawna uważał, że syjoniści muszą być bardziej roszczeniowi. Zatonięcie "Strumy" zbiegło się w czasie z jego pobytem w Stanach Zjednoczonych, widział więc, jak rozwija się sytuacja. Zachęcił amerykańskich syjonistów do zorganizowania konferencji w Hotelu Biltmore, której przebieg potwierdził radykalną zmianę poglądów społeczności żydowskiej na rewizjonistyczne. Po powrocie na terytorium mandatowe ponaglał egzekutywę Agencji Żydowskiej do zaakceptowania Deklaracji biltmorskiej. Wrogie jej gremium - nie cierpiało bowiem radykałów - w obliczu trudnego do zakwestionowania zwiększenia sympatii żydowskich dla rewizjonizmu 10 listopada uległo żądaniom Ben Guriona. W dniu, w którym Churchill przemówił w Mansion House.

Dwa tygodnie później Ben Gurion ogłosił, że Deklaracja biltmorska będzie "fundamentem żądań" wysuwanych przez Agencję podczas konferencji pokojowej. Mając to na uwadze - podkreślił - powinna nalegać na utworzenie żydowskiego wojska i promować możliwości Palestyny do przyjęcia "dużych populacji Żydów". Wśród Arabów zawrzało, Brytyjczyków ogarnął niepokój, lecz Ben Guriona to nie wzruszyło. "Owszem, dojdzie do niepokojów" - przyznał później. "Tygodnie i miesiące po upadku reżimu hitlerowskiego w Europie nacechowane będą niepewnością, jeszcze większą w Palestynie. Musimy wykorzystać ten okres i postawić Brytanię i Amerykę przed fait accompli"[49].

Niebawem Arabowie odpowiedzieli na propozycję Ben Guriona. Premier Iraku Nuri as-Sa'id ujawnił własny pomysł - odgrzał koncepcję Żyznego Półksiężyca. Wezwał aliantów do zjednoczenia Syrii, Libanu, Palestyny oraz Transjordanii, gwarantującego Żydom tylko jakieś formy autonomii na terenie Palestyny. Twór ten powinien połączyć się z Irakiem, tworząc Ligę Arabską, do której z czasem mogłyby przystąpić inne państwa arabskie. Dowodził, że to "jedyne uczciwe rozwiązanie [...] jedyna nadzieja na zapewnienie stałego pokoju"[50].

Brytyjczycy od bardzo dawna, bo od T. E. Lawrence'a, podsycali arabskie marzenia o jedności. Częściowo miało to zrekompensować zawód sprawiony Haszymidom, którzy w wyniku poprzedniej wojny zyskali tylko Transjordanię i Irak, choć w zamian za pomoc w walce z Osmanami obiecywano im znacznie większe imperium. Raz jeszcze brytyjscy oficjele w Kairze stanęli murem za koncepcją zaproponowaną przez Nuriego as-Sa'ida - starego sojusznika. Obawiali się, że oświadczenie Ben Guriona wywoła ostry sprzeciw palestyńskich Arabów i zdestabilizuje cały region. Uważali, że koncepcja Żyznego Półksiężyca wzmocni nieufnych umiarkowanych Żydów, pogodzi Arabów ze stałą obecnością wyznawców judaizmu i przedłuży na powojnie obecność Wielkiej Brytanii na Bliskim Wschodzie.

Próbę wcielenia koncepcji w życie powierzono Walterowi Guinnessowi, lordowi Moyne. Unikający rozgłosu spokojny, szczupły mężczyzna o stalowoszarych włosach i niebieskich oczach, należał do grona starych przyjaciół Churchilla. Zasłużony na wojnach milioner w latach 30. XX wieku rezygnował z kariery politycznej dla życia pełnego przygód. Ktoś z mu współczesnych odnotował: "Uwielbiał morze i długie wyprawy w nieprzystępne miejsca. Kolekcjonował jachty, ryby i kobiety". Minister spraw zagranicznych Anthony Eden zapamiętał mniej birbanckie oblicze poszukiwacza przygód, które dostrzegł w latach I wojny światowej. Jego zdaniem Moyne należał do "mężczyzn, którzy potrafili uodpornić się na niebezpieczeństwa i którym jednocześnie nie brakowało ani inteligencji, ani wyobraźni". Właśnie te przymioty sprawiły, że Churchill wciągnął starego druha na powrót do rządu w 1940 roku, a w sierpniu 1942 wysłał do Kairu, by w randze ministra stanu kierował brytyjską administracją na Bliskim Wschodzie. A w istocie miał dopilnować, żeby w razie sukcesów Rommla kontynuowano - zgodnie z wolą premiera - walkę do ostatniego żołnierza[51].

Rozstrzygające zwycięstwo pod Al-Alamajn uwolniło Moyne'a od tej niewdzięcznej roli. Uznał zatem, że "ma niewiele do roboty". Ale stan ten trwał krótko. Jako minister kolonii w rządzie Churchilla (w 1941 roku) dostatecznie zrozumiał kwestię Palestyny, by nie dostrzec, że zwycięstwo uwolni dżina z butelki dotąd zamkniętej bliskością Rommla. W kolejnych listach do przyjaciela zwierzał się z "poważnych obaw dotyczących przyszłości", bo "strach przed państwami Osi maleje, a animozje odżywają". Przeczucie go nie myliło - został zamordowany przez syjonistycznych radykałów[52].

***

Moyne szybko się przekonał, że przekształcenie Żyznego Półksiężyca - Większej Syrii, jak często mawiali Brytyjczycy - z marzeń w rzeczywistość to niełatwe zadanie. Nie tylko z powodu sprzeciwu Ben Guriona. Także świat arabski nie był jednomyślny w kwestii koncepcji Nuriego as-Sa'ida. Lord szybko odkrył, że plan związany z dynastią Haszymidzką zaalarmował jeszcze kogoś bardzo ważnego. Zanim as-Sa'id mu o tym wspomniał, otrzymał zaproszenie na spotkanie z Ibn Saudem, władcą Arabii Saudyjskiej. Miało się odbyć pod sam koniec 1942 roku w Dżuddzie nad Morzem Czerwonym.

Saud haszymidzkich patronów as-Sa'ida od dawna uważał za głównych rywali. Po zdobyciu Rijadu, gdzie rzekomo nakazał rzucić zgromadzonemu tłumowi obciętą głowę gubernatora, w 1924 roku pozbył się ze świętej Mekki haszymidzkiego króla Al-Hidżazu Husajna Ibn Alego. Zanim do tego doszło, Fajsal, syn Ibn Alego, dzięki Brytyjczykom został królem Iraku, a jego brat Abdullah - emirem Transjordanii. Zatem Ibn Saud zyskał dwóch sąsiadów, którzy z pewnością wciąż łaknęli rewanżu za detronizację ojca. Zjednoczeni, zgodnie z pomysłem as-Sa'ida, staliby się jeszcze groźniejsi.

Przez jedenaście lat, czyli do końca życia, haszymidzkie zagrożenie było obsesją Ibn Sauda. Już w 1942 roku niewiele miał atutów, by zmierzyć się z niebezpieczeństwem. Wprawdzie wzrostem (miał ponad sto osiemdziesiąt centymetrów) górował nad Moyne'em, ale poza tym w legendarnym wojowniku niewiele pozostało z dawnego, budzącego grozę wodza. Miał niewiele ponad sześćdziesiąt lat, ale zaćma uczyniła zeń półślepca, a stara wojenna rana uniemożliwiała mu wchodzenie po schodach. Nawiedzał plemiona rozpowszechniające plotkę o jego szwankującej męskości, wybierał pannę, poślubiał i konsumował małżeństwo za wełnianymi ścianami królewskiego namiotu.

Wątłe zdrowie, to jeden słaby punkt. Drugim był katastrofalny brak pieniędzy. Wprawdzie w 1933 roku król przyznał na wyłączność amerykańskiej firmie California-Arabian Standard Oil Company (CASOC) koncesję na poszukiwania w całym królestwie, ale ropa naftowa trysnęła dopiero w 1938. Wybuch wojny w roku następnym pogrążył rodzący się popyt na saudyjską ropę i co ważniejsze ograniczył pielgrzymki, które monarszej kasie nadal dostarczały gros gotówki. Królestwo dotknął krach finansowy. Susza dołożyła swoje. Podstarzały król znalazł się w poważnych tarapatach, gdyż dotąd kupował lojalność beduińskich poddanych.

Ibn Saud wiedziony strachem, że haszymidzka konkurencja wykorzysta jego słabość, dopominał się o pieniądze od Brytyjczyków i nafciarzy. Ci ostatni obawiali się, że ci pierwsi, którzy pomogli im podczas poprzedniej wojny, zechcą uzyskać coś w zamian za wsparcie. I nafciarze na początku 1941 roku pochopnie - bo bez upewnienia się, że rząd Stanów Zjednoczonych zwróci im cokolwiek - obiecali Saudom trzy miliony dolarów zaliczki na poczet przyszłych honorariów. Roosevelt odmówił płatności - stwierdził, że Arabia Saudyjska jest "trochę za daleko od nas". Uzyskany kompromis przewidywał przekazanie Ibn Saudowi przez rząd brytyjski pieniędzy pożyczonych u Amerykanów oraz pochodzących z Lend-Lease. W 1942 roku król dostał trzy miliony funtów[53].

Jeśli Moyne liczył, że kwota ta zapewni przychylność Saudów dla koncepcji Żyznego Półksiężyca, srodze się zawiódł. "Poruszaliśmy wiele tematów, zanim przeszliśmy do sedna, które było powodem prawie tysiąckilometrowej podróży" - wspominał później. Przemawiający ochrypłym szeptem stary watażka skorzystał z obecności doproszonych osób, by obwieścić sprzeciw wobec planu Nuriego as-Sa'ida. Wprawdzie nie wadziło mu zacieśnianie więzi gospodarczych między północnymi sąsiadami arabskimi, ale gdy Moyne wspomniał o jednoczącej ich federacji, "król nie poparł tej idei". Sprawił zawód człowiek wciąż uważany przez Brytyjczyków za klienta, który ich zawsze radował noszeniem skarpet opatrzonych na spodniej stronie metką "czysta żywa wełna; wyprodukowane w Anglii"[54].

Spotkanie w Dżuddzie potwierdziło przypuszczenia Moyne'a, że właściwsze będą stopniowe i nienachalne starania. Zapewne przypadkiem podobne podejście zaproponował inny brytyjski sprzymierzeniec - ważny, umiarkowany syjonista Judah Magnes, współtwórca Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie i jego pierwszy rektor. Na łamach amerykańskiego periodyku "Foreign Affairs" zaproponował ustanowienie dwunarodowej Palestyny w ramach szerszej federacji arabskiej, dokładnie takiej, jaką przedstawił Nuri as-Sa'id. A ponieważ kwestia jest "delikatna i złożona", przede wszystkim zasugerował unię gospodarczą. "Jednym ze sposobów ustanowienia takiej bardzo pożądanej unii gospodarczej - spekulował - byłoby rozbudowanie Bliskowschodniego Centrum Zaopatrzeniowego (Middle East Supply Centre) do maksimum możliwości i użyteczności"[55].

Centrum takie powstało w 1941 roku - teoretycznie jako przedsięwzięcie anglo-amerykańskie, a w praktyce zdominowane przez Brytyjczyków - zaraz po zamknięciu przez wojnę Morza Śródziemnego dla żeglugi handlowej. Statki, których i tak brakowało, by dotrzeć do Egiptu, musiały opływać Afrykę. Bliski Wschód corocznie importował pięć milionów ton żywności, zatem Centrum musiało zadbać o wyżywienie ludności i stacjonującego wojska, do minimum ograniczając dostawy drogą morską. Zarządzający Centrum uznali, że należy maksymalnie zwiększyć samowystarczalność, zatem bezzwłocznie postarali się o uzyskanie uprawnień do rozmaitych ingerencji. Wkrótce ustalili kontyngenty importowe i zaczęli redystrybuować między kraje regionu amerykańską pomoc otrzymywaną w ramach Lend-Lease. W 1943 r. Centrum kontrolowało również cały transport wewnętrzny, prowadziło doradztwo agro- i hydrotechniczne oraz przemysłowe. Miało nawet własną jednostkę do zwalczania szarańczy. Ekipa bez żadnych ograniczeń mogła działać na całym Bliskim Wschodzie, bo - jak mawiał jej szef - "kiedy szarańcza kopuluje, powoduje ogromne problemy polityczne". Judah Magnes upublicznił działania Centrum, natomiast Moyne bez rozgłosu starał się o przedłużenie jego działalności w pełnym wymiarze także na powojnie. Centrum powinno stać się instytucją wykonawczą Bliskowschodniej Rady Gospodarczej (Middle East Economic Council), w której skład wchodziliby przedstawiciele państw regionu oraz, oczywiście, delegaci Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Powinni zarządzać powolnym przechodzeniem od wojny do pokoju[56].

Kluczowe dla powodzenia tego planu było zaangażowanie amerykańskie. Poczynając od bitwy pod Al-Alamajn, Brytyjczycy starali się przekonać Amerykanów, że Bliskowschodnie Centrum Zaopatrzeniowe jest panaceum na problemy wskazywane przez Willkiego. Brytyjski tygodnik "The Economist" na podstawie informacji uzyskanych od dyrektora Centrum zasugerował, że "Bliskowschodnie Centrum Zaopatrzeniowe w zmodyfikowanej formie i reprezentujące Organizację Narodów Zjednoczonych mogłoby zapewnić kapitał, maszyny, ekspertów, doradców i instruktorów, bez których nie da się szybko podnieść poziomu życia na Bliskim Wschodzie, położyć kres nawracającemu niedostatkowi, osiągnąć prawdziwą współpracę polityczną w nadziei na ostateczne wykluczenie regionu z pola zmagań wielkich mocarstw o dominację". Moyne i jego koledzy tylko prywatnie przyznali, dlaczego tak bardzo im zależało na utrzymaniu Centrum. Kontrolowanie przez Wielką Brytanię mętnej, ale potężnej machiny biurokratycznej było "jednym z najbardziej obiecujących sposobów utrzymania ogólnej inicjatywy na Bliskim Wschodzie w naszych rękach"[57].

***

Dalekosiężna brytyjska strategia nabierała kształtu i miała szanse powodzenia, gdyby syjoniści prędzej nie przejęli inicjatywy. W kwietniu 1943 roku Brytyjczycy dysponowali wystarczającą ilością danych wywiadowczych dowodzących, że syjoniści mają zamiar użyć siły, by osiągnąć to, czego pragnęli. Agencja Żydowska Ben Guriona piętnaście procent rocznego budżetu przeznaczała na "wewnętrzne bezpieczeństwo", rozumiane jako dozbrajanie Hagany - osiemdziesięciotysięcznej, nielegalnej organizacji paramilitarnej - częściowo orężem potajemnie kupowanym od Francuzów w Syrii, a częściowo pochodzącym ze świetnie zaplanowanych kradzieży z brytyjskich baz wojskowych w Palestynie. Tylko w jednym miesiącu ze składów na terytorium mandatowym wyparowało sześćset karabinów, dwadzieścia karabinów maszynowych, amunicja i trzy tony materiałów wybuchowych. Z podsłuchu lub doniesień informatora znano wypowiedź szefa Hagany: "Wiemy, że kłopotom syjonistów będziemy musieli położyć kres, sięgając po broń. Nigdy nie da się ich rozstrzygnąć na drodze politycznej; tylko w walce"[58].

Szef Moyne'a, minister Richard Casey, po zapoznaniu się z materiałami wywiadowczymi wskazującymi na pojednanie Hagany z bardziej radykalnymi grupami żydowskich terrorystów, zdecydował, że pora zaalarmować Londyn. W kwietniu 1943 roku ostrzegł rząd brytyjski, że w Palestynie "szykują się zamieszki i przemoc, na skalę dotąd nienotowaną [...] zaraz po zakończeniu wojny w Europie albo, być może, kilka miesięcy wcześniej". Dodał, że opinie różnią się co do przyczyn, ale "nie ma wątpliwości, że zamieszki wybuchną, jeśli rząd brytyjski nie przedsięweźmie jakichś środków zaradczych"[59].

Sam Casey najpoważniejsze zagrożenie dostrzegał w realizacji bengurionowskiej polityki faktów dokonanych (fait accompli) i wystąpił z propozycją jej udaremnienia. Zdaniem ministra celem hałaśliwej medialnej kampanii syjonistów było pozyskanie albo co najmniej podzielenie opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii na tyle, by oba rządy musiały się pogodzić z rewoltą. Zatem Casey zaproponował, aby rządy brytyjski i amerykański jak najszybciej ogłosiły publicznie, że nie będą tolerowały żadnych "siłowych zmian" administracyjnych w Palestynie, a w szczególności "siłowego utworzenia państwa żydowskiego"[60].

Gwarancji, że każdy z rządów zechce wydać takie oświadczenie, nie było. Obie strony czyniły bowiem wszystko, żeby nie wypowiadać się w tych kwestiach. Casey spróbował przerwać tę praktykę i wraz ze współpracownikami uznał, że należy zacząć od urabiania Amerykanów. Nie wprost i przebiegle.

Oceniono, że Amerykanie przywiązują większą wagę do informacji wywiadowczych od własnych agentów niż do oficjalnych ostrzeżeń napływających z Londynu. Postanowiono brytyjskie dane wywiadowcze podsunąć kairskiemu rezydentowi amerykańskiego wywiadu wojskowego (OSS). Pułkownik Harold Hoskins zjawił się w stolicy Egiptu pod koniec 1942 roku z zadaniem sporządzenia oceny rozwoju sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie oraz utworzenia agentury OSS w regionie. Brytyjczycy nie życzyli sobie jego obecności, ale nie potrafili jej zapobiec. Teraz uznali, że się przyda. Zwłaszcza że był bardzo ustosunkowany - w kręgu bliskich znajomych znajdowali się między innymi prezydent Roosevelt oraz Sumner Wells - numer dwa w departamencie stanu. Hoskins, syn amerykańskich misjonarzy działających w Syrii i biegle władający arabskim, nie sprzyjał żydowskim rewizjonistom.

Wziąwszy pod uwagę ogrom brytyjskich starań, by uniemożliwić przyjazd pułkownika, uderza zakres wtajemniczenia go w arkana wywiadowczego świata Kairu. W ciągu pierwszych czterech dni pobytu Casey przedstawił go szefom regionalnej delegatury MI6 i SOE (Zarząd Operacji Specjalnych) oraz lokalnym funkcjonariuszom Political Warfare Executive (PWE; agencja brytyjskiego wywiadu, odpowiedzialna za propagandę i działania dezinformacyjne) i ministerstwa informacji. Zabrał go też samolotem do Bejrutu.

Oczekiwania nie zawiodły Brytyjczyków i już 20 kwietnia 1943 roku Hoskins doniósł Wellesowi, że "jest możliwe wznowienie walk" w Palestynie. Uczynił to w formie żywcem przypominającej ostrzeżenie wystosowane przez Caseya do Londynu. By zwrócić uwagę Roosevelta, przestrzegł, że wskrzeszenie w Palestynie konfliktu arabsko-żydowskiego będzie miało ważkie konsekwencje. Zarówno wewnątrz kraju, bo może zakończyć się masakrą Żydów mieszkających w ościennych państwach arabskich, jak i militarne, gdyż może zdestabilizować arabską Afrykę Północną i zagrozić wojskom Eisenhowera wyczekującym tam inwazji na Europę. Pułkownik posunął się o krok dalej i zasugerował, że na krótką metę najlepszym środkiem zapobiegającym rozruchom będzie wydanie przez aliantów wspólnego oświadczenia - obietnicy, że przed końcem wojny "nie zapadną żadne ostateczne decyzje" dotyczące Palestyny, a te późniejsze "tylko po gruntownych konsultacjach z Arabami i Żydami". W dłuższej perspektywie skłaniał się do hybrydowego rozwiązania opartego na pomyśle Judaha Magnesa i koncepcji Nuriego as-Sa'ida, czyli powstania dwunarodowego państwa w ramach większej Federacji Lewantu. Rekomendacje Hoskinsa wyraźnie miały brytyjską tożsamość[61].

Kilka dni później podczas spotkania Caseya z grupą najwyższych rangą urzędników potwierdzono plany przedłużenia działalności Bliskowschodnie-go Centrum Zaopatrzeniowego na okres powojenny, najlepiej wspólnie z administracją amerykańską. Amerykanów na tajne spotkanie nie zaproszono, ale wiedzieli, że się odbyło. Niemal zaraz potem Caseya wziął na spytki ambasador Stanów Zjednoczonych w Kairze. "Bez ogródek zapytał, o czym rozmawialiśmy. W tej sytuacji musiałem zbyć go ogólnikami" - raportował minister[62].

***

Brak konkretów ze strony Caseya tylko sprawił, że Amerykanie z jeszcze większą rezerwą przypatrywali się brytyjskim działaniom na Bliskim Wschodzie. Podejrzeń nabrali już wcześniej, gdy im zaświtało, że Wielka Brytania wykorzystuje pomoc otrzymywaną w ramach Land-Lease do umacniania - kosztem Ameryki - swojej pozycji w regionie. W styczniu 1943 roku, niedługo po stwierdzeniu przez Ibn Sauda, że "Ameryka może dostarczyć niemal wszystko [... ale] jeśli czegoś chcemy, idziemy do Brytyjczyków, a król Anglii dba, żebyśmy to dostali", amerykański ambasador w Kairze uznał, że pora bliżej przyjrzeć się działalności Bliskowschodniego Centrum Zaopatrzeniowego. Po wizycie w Dżuddzie raportował, że Stany Zjednoczone "straciły na prestiżu w oczach Saudyjczyków, ci bowiem nabierają coraz większego przeświadczenia, że w potrzebie to Brytyjczycy są jedynymi przyjaciółmi"[63].

Amerykańscy politycy martwili się o prestiż, natomiast amerykańscy nafciarze o pieniądze. Zarząd i właściciele CASOC bali się, że król odbierze im koncesję i przekaże Brytyjczykom, jeśli nie będzie mógł ich spłacić. W lutym prezes CASOC i dwóch akcjonariuszy wystąpili do Roosevelta z propozycją. Jeżeli amerykański rząd weźmie na siebie spłatę saudyjskich długów u Brytyjczyków, firma w zamian dostarczy mu ropę o takiej samej wartości.

Pomysł natychmiast podchwycił szef amerykańskiego departamentu zasobów wewnętrznych, Harold Ickes, do którego należało administrowanie amerykańskimi zasobami ropy naftowej, także podczas wojny. Przekonany wyznawca paternalizmu postępował zgodnie z jego zasadami - był żonaty z kobietą młodszą od siebie o czterdzieści lat - i od dawna twierdził, że rząd Stanów Zjednoczonych powinien pójść za przykładem Wielkiej Brytanii i nabyć strategiczne udziały w spółkach posiadających zagraniczne koncesje naftowe, ponieważ ropa naftowa jest zasobem ograniczonym, a jej wydobycie w Stanach Zjednoczonych wkrótce zacznie spadać. Propozycja CASOC przybliżała realizację koncepcji, której hołdował.

Szesnastego lutego podczas lunchu z Rooseveltem ostrzegł prezydenta, że Brytyjczycy, którzy "nigdy nie przepuszczają okazji do wetknięcia nosa, tam gdzie pachnie ropą, próbują wcisnąć się do Arabii Saudyjskiej i na tamtejsze pola naftowe, bodaj największe i najbogatsze na świecie". Na biurku prezydenta czekał wniosek o rozszerzenie na Arabię Saudyjską bezpośredniej pomocy w ramach programu Lend-Lease, aby uniemożliwić brytyjskim pośrednikom zbieranie laurów z tytułu przekazywania amerykańskiej pomocy. Po rozstaniu z Ickesem prezydent niezwłocznie podpisał wniosek. "Niniejszym uznaję obronę Arabii Saudyjskiej za kluczową dla obrony Stanów Zjednoczonych" - oświadczył dwa dni później. Była to kalkulacja, która od tamtej pory stanowi podstawę stosunków amerykańskich z Saudyjczykami.

Stacjonowanie oddziałów amerykańskich w Afryce Północnej sprawiło, że nagle Roosevelt zaczął poświęcać więcej uwagi polityce świata arabskiego[64]. Z końcem marca wysłał do tamtego regionu kolejnego emisariusza. Republikanin Patrick Hurley był za prezydentury Hoovera sekretarzem wojny, a z czasem stał się entuzjastycznym zwolennikiem Nowego Ładu. Od wybuchu wojny prezydent powierzał mu rozmaite misje dyplomatyczne. Teraz został osobistym przedstawicielem Roosevelta na Bliskim Wschodzie. Ruszył śladami Willkiego i spędził dwa dni w Palestynie, dziesięć w Libanie i Syrii, następnie poleciał do Bagdadu i Teheranu. Na początku maja już z Kairu podzielił się z prezydentem swoimi wrażeniami.

Hurley był anglofobem, ale w Waszyngtonie jego raport wzięto za pewnik, potwierdzał bowiem istniejące podejrzenia. Podczas podróży emisariusz z wielu ust słyszał, że brytyjscy urzędnicy dawali do zrozumienia, iż to Amerykanie nalegają na utworzenie suwerennego państwa żydowskiego w Palestynie. "Ta propagandowa teza - zauważył - wyraźnie pomagała prestiżowi Wielkiej Brytanii wśród Arabów". Inna zasłyszana plotka głosiła, że Churchill w prywatnej rozmowie podczas swojej ostatniej wizyty w Kairze wyraził poparcie dla utworzenia państwa żydowskiego oraz że Roosevelt "nie zgodzi się na żadną namiastkę". Emisariusz doszedł do wniosku, że Brytyjczycy nie potrafią już samodzielnie rozwiązać tej coraz bardziej drażliwej kwestii. Podobnie jak Hoskins, którego raport także dotarł do Roosevelta, uważał, że pora, by Stany Zjednoczone interweniowały[65].

***

Roosevelt niebawem miał okazję poruszyć tę problematykę bezpośrednio z Churchillem, który 11 maja 1943 roku przybył do Stanów Zjednoczonych, by ustalić strategię na przyszłość. Rozmowy były irytujące. Tydzień później, podczas wspólnego śniadania w Shangri-La (Camp David), obaj panowie dowiedzieli się, że syjoniści właśnie opłacili opublikowanie w "New York Timesie" kolejnego wielkiego ogłoszenia z żądaniem: "Panie Churchill PORZUĆ MANDAT!". Roosevelt skorzystał z okazji i podjął temat. Pokazał również raport Hurleya premierowi, a ten rzekomo skwitował zawartość stwierdzeniem: "przecieram oczy [ze zdumienia]"[66].

Roosevelt pragnął oświadczenia przystającego do tez Hoskinsa, ale premier miał inny pomysł. Od dawna uważał, że to Ibn Saud - jego zdaniem "najwybitniejszy z żyjących Arabów" - potrafi dobić targu z syjonistami[67]. Do takiego myślenia zachęcił Churchilla Chaim Weizmann, przewodniczący Organizacji Syjonistycznej, który pod koniec I wojny światowej próbował w sprawie Palestyny dogadać się z Haszymidami.

Koncepcja Brytyjczyka była nierealna, ale zyskała na atrakcyjności, gdy pod koniec maja do prezydenta dotarł niepokojący list od samego monarchy saudyjskiego, pełen pretensji o szerzenie propagandy syjonistycznej w Stanach Zjednoczonych. Wiadomości najwyraźniej docierały do Rijadu. Zdaniem króla nawet gdyby owa propaganda skłoniła aliantów do oddania Żydom Palestyny, nie rozwiąże to "problemu żydowskiego", bo kraj ten jest zbyt mały. Wezwał Roosevelta do pomocy w powstrzymaniu napływu żydowskich uchodźców do Palestyny i znalezienia dla nich innych miejsc osiedlenia oraz do wprowadzenia zakazu sprzedaży palestyńskiej ziemi Żydom. Spostrzeżenia Hurleya oraz fakt, że Brytyjczycy pierwsi wiedzieli o wystosowanym przez Ibn Sauda liście, sprawiły, że Roosevelt musiał podejrzewać, że to oni zainspirowali króla do chwycenia za pióro. Brytyjskie nalegania, aby amerykańska pomoc w ramach Lend-Lease była nadal przekazywana przez Bliskowschodnie Centrum Zaopatrzeniowe, tylko umocniła w Waszyngtonie przekonanie, że sojusznik celowo piętrzy trudności[68].

Po miesiącu list Ibn Sauda dotarł do Waszyngtonu i wywołał alarm. Prezydent bezzwłocznie odpisał. Na wstępie prosił króla o zachowanie spokoju, potem zaprezentował mu sedno pomysłu Churchilla. Roosevelt zasugerował, że byłoby "bardzo pożądane", gdyby "zainteresowani Arabowie i Żydzi" jeszcze przed zakończeniem wojny osiągnęli "przyjazne porozumienie" w sprawie Palestyny. Następnie zapewnił króla, że "bez pełnych konsultacji zarówno z Arabami, jak i Żydami nie należy podejmować decyzji zmieniającej obecny status Palestyny"[69].

Odpowiedź Roosevelta byłaby ważną gwarancją, gdyby nie to, że dotarła do Ibn Sauda zbyt późno, by przynieść natychmiastowe korzyści. Wprawdzie w kwietniu król obiecał, że publicznymi wypowiedziami nie będzie stawiał prezydenta w kłopotliwych sytuacjach, ale najwyraźniej zmienił zdanie. Trzydziestego pierwszego maja 1943 roku magazyn "Life" opublikował artykuł wstępny poświęcony saudyjskiemu monarsze oraz wywiad z królem. Tekst, pełen zrozumienia i empatii, zawierał oświadczenie odrzucające roszczenia syjonistów do Palestyny oraz ponawiał apel o wprowadzenie zakazu sprzedaży ziemi Żydom. Przytoczono też słowa Sauda: "Jeśli Żydom grozi szukanie sobie miejsca do życia, Europa i Ameryka, a także inne kraje są większe i żyźniejsze niż Palestyna, bardziej sprzyjają dobrobytowi i interesom"[70].

Hurley poleciał na spotkanie z Ibn Saudem w nadziei na dowiedzenie się, co spowodowało zmianę postawy monarchy. Okazało się, że króla uwiera zwłaszcza wykorzystywanie przez Wielką Brytanię Lend-Lease do usprawniania własnych instalacji w Iranie i Iraku, podczas gdy CASOC zapadło w drzemkę i nad Zatoką Perską nic takiego się nie działo. Raport sprawił, że w Waszyngtonie rozległy się dzwonki alarmowe. Wiele wskazywało bowiem, że dwie kwestie: przyszłość amerykańskiej koncesji naftowej w Arabii Saudyjskiej oraz konflikt arabsko-żydowski w Palestynie, są, przynajmniej w głowie Ibn Sauda, ze sobą powiązane. Po powrocie do Kairu Hurley zasugerował Rooseveltowi ustanowienie w Arabii Saudyjskiej amerykańskich rządowych wojskowych rezerw ropy naftowej oraz zakup akcji CASOC. Jedno i drugie powinno zagwarantować inwestycje w przyznaną koncesję i ominąć rafę Lend-Lease. Inwestycje powinny pomóc nafciarzom zwiększyć wydobycie, tym samym do królewskiej kasy wpłynie więcej gotówki oraz - co najważniejsze - zmniejszy się niechętnie widziane przez Sauda uzależnienie od Brytyjczyków.

Od wspólnego lunchu z prezydentem rozumowanie Ickesa było zbliżone do tez Hurleya. Sekretarz departamentu zasobów wewnętrznych nalegał na Roosevelta, by poparł stworzenie państwowego Petroleum Reserves Corporation, które nie tylko kupowałoby ropę od CASOC, ale także kontrolowało udziały właścicielskie w koncernie. Poinformował prezydenta, że dąży do "ukrócenia działań pewnych obcych mocarstw, które aktualnie narażają na szwank interesy amerykańskie w arabskich rezerwach ropy". Roosevelt doskonale wiedział, o jakim mocarstwie mowa i dał Ickesowi zgodę. Wola obu panów na wykonanie niebywałego i bezprecedensowego ruchu pokazuje, jak wielkie - ich zdaniem - było brytyjskie zagrożenie[71].

Równolegle Amerykanie nakłaniali Brytyjczyków do wydania wspólnego oświadczenia w kwestii palestyńskiej, które uniemożliwiłoby dalsze rozgłaszanie, że to Stany Zjednoczone zabiegają o utworzenie państwa żydowskiego. Tym samym ugłaskaliby Ibn Sauda. Jedenastego czerwca doszło do spotkania Roosevelta z Weizmannem, którego prezydent zapewnił, że w trakcie ostatniej wizyty premiera "nakłonił pana Churchilla do wyrażenia zgody na zwołanie spotkania Żydów i Arabów". Pomysł takiego spotkania bardzo leżał Weizmannowi na sercu. Rozmowie przysłuchiwał się protegowany prezydenta Sumner Welles, który zasugerował, by do Rijadu wysłać Harolda Hoskinsa z zadaniem wysondowania Ibn Sauda[72].

***

Ponad miesiąc zajęło Brytyjczykom udzielenie odpowiedzi na amerykańskie żądanie wydania wspólnego oświadczenia. Powodem był opór Churchilla i Edena. Ten pierwszy, syjonista już od pierwszego pobytu w Palestynie w 1921 roku, żywił niechęć do ograniczania imigracji i zakazu sprzedaży ziemi, wprowadzonych przez [trzecią] białą księgę, i obawiał się, iż zabranie głosu w kwestii palestyńskiej przypomni porażkę, której doznał. Eden zaś, absolwent filologii orientalnej (języki perski i arabski) w Oksfordzie, był podświadomie proarabski i wystrzegał się powstania kolejnego kontrowersyjnego dokumentu, który obie strony najpierw poddadzą wiwisekcji, a potem wykorzystają przeciw Wielkiej Brytanii. Wprawdzie uznawał, że "jesteśmy na Bliskim Wschodzie świadkami pierwszych, lawinowo narastających symptomów nacjonalistycznego odradzania się dwóch rywalizujących żywiołów: arabskiego i syjonistycznego", to jednak za dokładanie do pieca obwiniał amerykańskich propagandzistów syjonistycznych. Uważał, że to Roosevelt powinien tę sprawę załatwić, zaczynając od członków swojej administracji, w tym sekretarza wojny Henry'ego Stimsona[73].

Wydaje się, że zmianę stanowiska obu polityków zawdzięczamy Caseyowi. Wybrał się z Kairu do Londynu z nadzieją na uzyskanie aprobaty dla nowych strategii wobec Palestyny i Bliskiego Wschodu. Drugiego lipca wziął udział w posiedzeniu rządu poświęconym Palestynie, która pilnie wymagała nowego myślenia. Niezbędne bowiem było odstąpienie od kontrowersyjnych praktyk ustanowionych w 1939 roku przez białą księgę, które i tak wygasały za dziewięć miesięcy. Casey podczas posiedzenia przedstawił szereg propozycji, które miały utrzymać spokój w trakcie opracowywania przez świeżo powołaną podkomisję rządową nowej polityki dotyczącej terytorium mandatowego. Ponownie nalegał na wydanie wspólnego oświadczenia z Amerykanami.

Churchill uważał, że "to nieodpowiedni czas na oświadczenia na temat długofalowych założeń politycznych". Casey zapewniał o tymczasowości rozwiązania. Eden go poparł, widział bowiem w oświadczeniu sposób na zniechęcenie rewizjonistycznych radykałów do wprowadzenia zmian siłą w okresie, gdy brytyjski rząd wypracowywał nową politykę w kwestii palestyńskiej. Premier ustąpił i zapewnił, że uzna "kojące w tonie oświadczenie", wszakże pod warunkiem, iż ustaną wszelkie publiczne dyskusje na ten temat co najmniej do czasu przechylenia losów wojny na korzyść aliantów. Rząd zdecydował pozytywnie odpowiedzieć na amerykańskie zabiegi. Wymagało to jeszcze jednego posiedzenia - 14 lipca Churchill z kolegami obszerniej omówili brytyjską strategię na Bliskim Wschodzie[74].

Casey dyskusję 14 lipca zaczął od konstatacji, że "tylko gospodarka stwarza nam szanse na utrzymanie wpływów po wojnie". To powiedziawszy, przeszedł do objaśniania celów Bliskowschodniego Centrum Zaopatrzeniowego oraz Bliskowschodniej Rady Gospodarczej. Centrum powinno zaoferować pomoc fachową i materialną, które "przypuszczalnie będą bardziej do przyjęcia niż polityczna kuratela", rada zaś wesprze dostosowywanie Bliskiego Wschodu do "ogólnoświatowych ustaleń kontrolnych, dotyczących towarów i pieniądza, przyjętych w ramach porozumienia pokojowego"[75].

To ważna, choć zawoalowana kwestia dla rządzących krajem, który się ogromnie zadłużył z tytułu prowadzenia wojny. Przekonani, że imperium spłaca powinności, zostali zaskoczeni kosztami obrony takich krajów jak Egipt. Pod koniec roku Wielka Brytania samemu Egiptowi była winna ponad ćwierć miliarda funtów za towary zakupione przez armię brytyjską. W przedłużonej kontroli monetarnej i doradztwie Brytyjczycy upatrywali szansę na powojenne zmonopolizowanie handlu właśnie z takimi krajami jak Egipt, po to, żeby spłacić długi. Zdaniem Caseya, gdyby zdołali przekonać Amerykanów do poparcia Bliskowschodniego Centrum Zaopatrzeniowego oraz Bliskowschodniej Rady Gospodarczej, wówczas potrafiliby nakłaniać dłużników do kupowania tego, co brytyjskie. Nie wyjaśnił jednak, dlaczego Stany Zjednoczone miałyby tak postąpić.

Casey poruszył także sprawę ropy naftowej. Oczekiwał zrozumienia w Waszyngtonie w imię uniknięcia dalszych tarć na tym tle. Ale tu Churchill pozostał nieprzejednany. Przystał, acz niechętnie, na rewizję polityki w odniesieniu do Palestyny. Alianci właśnie wylądowali na Sycylii i zdaniem premiera kończyło to wojnę na Bliskim Wschodzie. "Po co się tym zajmować?" - pytał podczas dyskusji. "W okresie pokoju przekonamy się, ile jesteśmy warci. Niepotrzebna nam w tej dziedzinie pomoc Amerykanów i raczej od tej pory nie będziemy tam [na Bliskim Wschodzie] ich zbyt wielu spotykać"[76].

Ustalono, że po obu stronach Atlantyku oświadczenie w sprawie Palestyny zostanie upublicznione 27 lipca. Ale do tego nie doszło. Wprawdzie sekretarz stanu Cordell Hull zrazu dał zielone światło, ale potem, jak się wydaje, zdjął go strach. Być może z powodu wprowadzenia przez Brytyjczyków poprawek wyraźnie wskazujących, że żadna ze stron nie będzie tolerowała u syjonistów użycia siły. Hull zgłosił problem sekretarzowi wojny Henry'emu Stimsonowi, bo to wojskowi pokroju Hoskinsa jako pierwsi wskazali na możliwy wybuch niepokojów w Palestynie. Musiał sobie zdawać sprawę, jaka będzie reakcja, gdyż Stimson otwarcie popierał syjonizm. Trzydziestego lipca "New York Times" doniósł o rychłym opublikowaniu oświadczenia. Piątego sierpnia sekretarz wojny telefonicznie poinformował Hulla, że sytuacja w Palestynie jest mniej zaogniona niż sądzono. Sekretarz stanu otrzymał argumenty niezbędne do wycofania zgody na oświadczenie. Później ambasador Wielkiej Brytanii dał do zrozumienia, że to syjonistyczni lobbyści storpedowali porozumienie.

Na nic więc zdały się ponadsześciomiesięczne, cierpliwe starania Caseya, by przekonać Amerykanów do brytyjskiej polityki w Palestynie. A w Kairze Harold Hoskins niebawem wykaże, jak bardzo mylił się Churchill, przewidując kres amerykańskiego zainteresowania Bliskim Wschodem.

Wprowadzenie

- Ach, ten Enoch, drogi Enoch! Powiedział mi ongiś coś, czego zupełnie nie pojąłem - wspominał już na emeryturze Anthony Eden. Były brytyjski premier przywoływał rozmowę przeprowadzoną pod koniec lat 40. XX w. z Enochem Powellem. Partia Konserwatywna była już wówczas w opozycji; Eden - wtedy dość powszechnie uważany za najlepszego ministra spraw zagranicznych, jakiego kiedykolwiek miała Wielka Brytania - przed wygłoszeniem przemówienia szperał w szarych komórkach nadzwyczaj inteligentnego kolegi, szukając wiedzy o polityce mieszkaniowej.

- Powiedziałem ci wszystko, co wiem o mieszkaniówce i adekwatnie do tego możesz mówić - zaczął Powell. - Niech mi jednak wolno będzie powiedzieć ci coś, o czym ty wiesz wszystko, a ja nic. Naszym wielkim oponentem na Bliskim Wschodzie są Amerykanie.

- Proszę mi wierzyć, że nie miałem pojęcia, co miał na myśli - lata później wspominał Eden. - Teraz mam.

Ze swoim zimnym spojrzeniem Powell sprawiał wrażenie stukniętego, a późniejsze prowokacyjne przepowiednie na temat imigracji tylko to odczucie pogłębiły. Ale jeśli chodzi o meritum, to w istocie miał rację. Przełomowy okres wojny spędził na Bliskim Wschodzie. W Casablance był świadkiem pełnych napięcia rozmów Churchilla i Roosevelta w 1943 roku, kiedy to szef prezydenckiego sztabu napomknął, że "okazywaliśmy zbyt wiele antybrytyjskich nastrojów". Niewątpliwie Powell jako jedyny dostrzegł, że Wielka Brytania i Stany Zjednoczone rywalizują w tamtym regionie. Jego polityczny przeciwnik Richard Crossman po wizycie w Palestynie w 1946 roku zanotował, że Amerykanie byli wówczas "największym niebezpieczeństwem dla brytyjskich rządów na Bliskim Wschodzie". Nie tylko Brytyjczycy mieli takie uczucie. Dwa lata później amerykański szpieg Kim Roosevelt, który również służył w Kairze podczas wojny, wspominał "czasy, kiedy brytyjscy agenci na miejscu, wbrew instrukcjom Londynu, robili wszystko, co w ich mocy, aby zaszkodzić swoim amerykańskim odpowiednikom [...] a działaniom obecnych tam Amerykanów przyświecała chęć robienia Brytyjczyków w konia". Podczas późniejszego powojennego objazdu regionu umocnił się w przekonaniu, że "w istocie Amerykanie i Brytyjczycy na Bliskim Wschodzie są raczej skonfliktowani".

Teraz się o tym już nie pamięta. Podczas zimnej wojny Wielka Brytania i Stany Zjednoczone starały się nie zauważać dzielących je różnic. Do dziś rząd brytyjski przechowuje sto milionów dokumentów dotyczących sojusznika, których raczej nie odtajni. Z zasady nie należy ujawniać zbyt wielu tajemnic. Polityka nieodkrywania całej prawdy oraz anglo-amerykańskie koalicje na Bliskim Wschodzie w 1991 i ponownie w 2003 roku przesłoniły to, o czym kiedyś powszechnie wiedziano: od 1942 roku aż do wycofania się Wielkiej Brytanii z Zatoki Perskiej w 1971 roku Zjednoczone Królestwo i Stany Zjednoczone na Bliskim Wschodzie stale konkurowały, a często nawet jawnie rywalizowały. Jak pokaże lektura niniejszej książki, wspólne anglo-amerykańskie starania o obalenie w 1953 roku irańskiego premiera Mohammada Mosadeka (Mosaddegha) - tak często przedstawiane jako zmowa obu mocarstw - były wyjątkiem, a nie regułą.

***

To fascynujący rozdział długiej historii, Bliski Wschód bowiem od zarania dziejów był areną ścierania się mocarstw. W pierwszej połowie XX wieku tymi mocarstwami były Wielka Brytania i Francja. Na półmetku I wojny światowej rozparcelowały ziemie arabskie należące do imperium osmańskiego. Po zakończeniu wojny podzieliły je na terytoria mandatowe, którymi władały przez niemal trzydzieści lat. Francuzi w 1946 roku zrezygnowali, przepędzeni przez nacjonalistów libańskich i syryjskich, potajemnie wspieranych przez Brytyjczyków. Radość tych ostatnich trwała jednak krótko, bo zaczęło się nowe współzawodnictwo ze Stanami Zjednoczonymi.

Wielka Brytania chciała kontrolować Bliski Wschód przede wszystkim z powodów strategicznych. Panując na terenach rozciągniętych między Egiptem a Persją, mogła nadzorować szlaki między Europą a Indiami. To uzasadnienie straciło rację bytu, gdy w 1947 roku Indie uzyskały niepodległość, ale znalazło się inne - ropa. Brytyjskie firmy naftowe królujące na Bliskim Wschodzie dostarczały Koronie dochody, które ratowały znajdujący się wiecznie pod kreską bilans płatniczy. Poza tym umożliwiłyby krajowi obronę, gdyby doszło do wojny z ZSRR. Przekonanie, że ropa naftowa jest, jak to określił jeden z ministrów "zasobem nieodnawialnym", którego zabraknie do końca stulecia - o ile nie zostanie zastąpiona energią atomową (wielu ludzi wtedy wierzyło, że będzie napędzała auta) - skłaniało do krótkowzroczności, a zwłaszcza do wiary, że Brytyjczycy zdołają oprzeć się narastającym tendencjom nacjonalistycznym nawet wówczas, gdy ropa przestanie płynąć.

Ropa i wielkie dochody, które generowała, wpływały na wszystko, co w naszej opowieści zdarzyło się po 1947 roku. Były źródłem stałego napięcia w stosunkach Waszyngtonu z Londynem. W porównaniu z rządem brytyjskim, który był właścicielem większości największych firm naftowych działających w regionie i za ich pośrednictwem miał udziały w innych, Stany Zjednoczone wydawały się dalece mniej efektywne. Cele amerykańskiej administracji i tamtejszych firm naftowych często były sprzeczne. Gdy jednak Amerykanie poznali szacunkową wielkość złóż, ryzykowna koncesja zdobyta przez Aramco na wiercenia w Arabii Saudyjskiej zyskała nowe, strategiczne znaczenie.

Strategia krótkoterminowa powodowała, że Brytyjczycy agresywnie bronili własnych interesów, natomiast Amerykanie zrazu potraktowali sprawy głównie handlowo, dzięki czemu działali praktyczniej i byli elastyczni. Pod koniec lat 40. XX w. Saudyjczycy zaczęli wywierać presję na Aramco, a koncern, który wiedział, że ma wsparcie amerykańskiej administracji, zgodził się dzielić zyski pół na pół z saudyjskim monarchą. Nagły przypływ gotówki, którą Saudyjczycy mogli przeznaczyć na zaspokajanie własnych regionalnych ambicji, nie tylko doprowadził do ogromnej niestabilności politycznej, ale także stworzył precedens, którego brytyjscy rywale amerykańskiego koncernu nie mieli zamiaru naśladować. Ten błąd w ocenie wywołał serię zdarzeń, które pozbawiły Zjednoczone Królestwo kluczowych dla kraju aktywów i prestiżu. Zaczęło się od nacjonalizacji przez Iran firmy Anglo-Iranian Oil. W konsekwencji poważny w regionie gracz zaczął słabnąć i coraz bardziej desperacko walczył o niewypadnięcie z rywalizacji.

Amerykanie rozmyślnie dolewali oliwy do ognia, o czym Eden w owym czasie doskonale wiedział, mimo że lata później wymawiał się niewiedzą. Sześć miesięcy po rozstrzygającym zwycięstwie pod Al-Alamajn[1], a więc w okresie, gdy Brytyjczycy bezpośrednio rządzili Palestyną, okupowali połowę Persji i manipulowali królami Egiptu, Jordanii i Iraku, minister spraw zagranicznych wystosował memorandum, w którym przyznał, że stosunki anglo-amerykańskie na Bliskim Wschodzie układają się źle. Zagrożenia pozycji Wielkiej Brytanii w regionie upatrywał w "poważnym odradzaniu się konkurujących nacjonalizmów [...] arabskiego i syjonistycznego". Konflikt podsycali "amerykańscy propagandziści syjonizmu". Anthony Eden użył słowa "odrodzenie", co wskazuje, że Brytyjczycy już wcześniej spotkali się z oboma ruchami. Nowością jednak były zdaniem ministra złowieszcze umizgi syjonistów skutecznie zabiegających o poparcie Stanów Zjednoczonych. Później tak samo postąpi ówczesny czołowy arabski nacjonalista i odwieczny wróg Edena - Gamal Abdel Naser.

Brytyjczycy planowali zwerbować Amerykanów do rozprawy z oboma zagrożeniami. Liczyli, że dzięki nakłonieniu ich do uznania uprzywilejowanej pozycji Zjednoczonego Królestwa w Palestynie popsują szyki syjonistom. A gdyby dodatkowo udało się przekonać Waszyngton do powojennego wspierania w regionie stosunków gospodarczych, które sobie wymarzyli, wówczas - zakładali - potrafiliby przedłużyć imperialną dominację na obszarze całego Bliskiego Wschodu.

Dziś tamta strategia wydaje się błędna, ale w 1945 roku nie mieli wystarczającej wiedzy. Wielka Brytania oczekiwała, że partner wróci do przedwojennego izolacjonizmu, tak jak to zrobił po I wojnie światowej. Kiedy się tak nie stało, sojusznik, w którym upatrywali najbliższego przyjaciela, zmienił się w groźnego rywala. Książka jest zapisem zmagań nieoczekiwanych adwersarzy.