Własną ścieżką. Fenomen współczesnej edukacji domowej - Patryk Świątek

Kup ebooka

32.99 zł
27.38 zł (32,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Przedmowa od autora
 
 
 
 

Wyobraźcie sobie, że w połowie XIX wieku, w nawet najbardziej rozwiniętych i cywilizowanych krajach świata, w szpitalach, przychodniach czy izbach lekarskich nie stosowano dezynfekcji. Nie tylko dezynfekcji narzędzi czy sprzętu używanego do ratowania ludzi. Lekarze w trakcie wykonywania czynności medycznych nie myli nawet rąk! Powodowało to wielką liczbę zakażeń, a w efekcie prowadziło do śmierci tysięcy ludzi. Ale wtedy jeszcze nikt nie łączył brudnych dłoni (i znajdujących się na nich drobnoustrojów) z przyczynami zgonów. Normą było, że lekarz z jednego stołu operacyjnego przechodził do drugiego, przenosząc tysiące bakterii z jednego pacjenta na kolejnego.

Jako pierwszy fakt ten odkrył w 1848 roku Ignacy Semmelweis, lekarz i naukowiec pracujący w Wiedniu. Zalecił on medykom pracującym w jego klinice położniczej stosowanie środka odkażającego (roztworu podchlorynu wapnia) do mycia rąk przed wykonywaniem badań i zabiegów. Tylko ta jedna zmiana sprawiła, że odsetek zgonów z powodu gorączki połogowej w ciągu kilku tygodni spadł z 18% do 2,2%, a po kilku miesiącach praktykowania odkażania rąk na jego oddziale nie zmarła już żadna kobieta.

Wydawałoby się, że po tak oczywistych wynikach wnioski z jego odkrycia szybko wyciągną lekarze całego świata, ratując w ten sposób życie wielu ludziom. A jednak natura ludzka bywa przewrotna. Profesorom i naukowcom nie mieściło się w głowie, że przez tak prozaiczną przyczynę mogli doprowadzić tylu ludzi do śmierci. Poza tym każdy z nich miał swoje teorie dotyczące przyczyny zakażeń swoich pacjentów. Niektórzy z nich nie mogli też pewnie przełknąć faktu, że sami na to nie wpadli. Dlatego Semmelweis został wyśmiany, zignorowany, uznany za dziwaka, a przez niektórych nawet wariata. Widząc jak na dłoni, dlaczego pacjenci chorują i umierają, w jak prosty sposób można by temu zapobiec, a jednocześnie samemu nie mogąc przebić się przez mur ludzkiej ignorancji, zrezygnował z pracy w wiedeńskim szpitalu powszechnym i wrócił w rodzinne strony na Węgry.

Przez całe swoje życie próbował przekonywać opinię publiczną do zmiany podejścia w tej dziedzinie. Publikował artykuły mające przekonać środowisko lekarskie do dezynfekcji dłoni i narzędzi, ale trafiał na bezsensowny opór. "Mycie rąk nie może zaszkodzić, ale lepiej jest dać chorej środek na przeczyszczenie lub wykonać upust krwi" - tak komentował jego postulaty jeden z niemieckich lekarzy.

Nie mogąc zrozumieć, jak można być tak ślepym, Semmelweis na pewnym etapie swojej walki, nie przebierając w słowach, nazwał medyków mordercami kobiet, a nawet porozwieszał w miejscach publicznych plakaty z napisem: "Ojcze, kiedy wzywasz lekarza albo położną, wzywasz śmierć...".

Paul Antoine Dubois, przewodniczący wielkiego kongresu ginekologii w Paryżu w 1858 roku, podsumował prace Semmelweisa w ten sposób: "Niewykluczone, że są one oparte na jakichś pożytecznych założeniach, ale poprawne ich wykonanie jest związane z takimi trudnościami, że bardzo problematyczne korzyści nie usprawiedliwiają ich stosowania".

 

"Niewykluczone, że są one oparte na jakichś pożytecznych założeniach, ale poprawne ich wykonanie jest związane z takimi trudnościami, że bardzo problematyczne korzyści nie usprawiedliwiają ich stosowania".  

 

Cała ta historia od razu w mojej głowie pojawiła się jako doskonałe porównanie tego, co dzisiaj dzieje się w dziedzinie edukacji i nowych inicjatyw edukacyjnych, takich jak nauczanie domowe. Szczególnie zdanie wypowiedziane przez Dubois rezonuje w mojej głowie.

A przypominam, że wypowiedź ta dotyczyła MYCIA RĄK! Żyjąc w XXI wieku, nie potrafimy zrozumieć, że można było być tak zaślepionym. Już pod koniec XIX wieku idea dezynfekcji stała się powszechna, ale przez kilkadziesiąt lat pacjenci umierali z powodu braku otwartości na zmianę, gotowości na zaburzenie schematu działania lekarzy, którzy przecież stosowali swoje metody tak, a nie inaczej "od zawsze".

Czy nie mamy do czynienia z tą samą sytuacją dzisiaj w edukacji? Pozwolę sobie na parafrazę wypowiedzi Paula Dubois.

 

Niewykluczone, że proponowane przez niektórych zmiany w edukacji są oparte na jakichś pożytecznych założeniach, ale poprawne ich wykonanie jest związane z takimi trudnościami, że bardzo problematyczne korzyści nie usprawiedliwiają ich stosowania. 

 

Czy nie jest to myśl, która krąży w głowach dziesiątek tysięcy rodziców, nauczycieli, kuratorów, kolejnych ministrów edukacji? Przecież wszyscy wiedzą, że szkoła musi się zmienić. Wszyscy to czują. Ale wykonanie tego wymaga od nich trudu. Przede wszystkim myślowego. Wymusza zmianę nawyków i utartych schematów. Do gruntownej, całkowitej zmiany potrzeba odwagi. Dlatego tak szybko jest wypierana z głów i zarzucana stosem tanich argumentów. Łatwiej jest zdyskredytować tę potrzebę niż włożyć siłę w jej realizację.

Chciałbym znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego musimy zmienić naszą edukację i jak możemy to zrobić. A żeby nie spekulować i omawiać jedynie teoretyczne założenia, za przykład realnej zmiany wezmę na swój pisarski warsztat organizację, która już na naszym polskim podwórku istnieje, zmienia mentalność wielu rodziców, otwiera oczy i bardzo dynamicznie się rozwija jako alternatywna gałąź polskiej edukacji - Szkołę w Chmurze, która działa na podstawie idei edukacji domowej.

Historia szkolnictwa
 
 
 
 

Dzieci uczą się od rodziców, obserwując ich, słuchając ich rad i wskazówek. Człowiek od samego urodzenia wszystkimi zmysłami chłonie wiedzę i informacje od otaczającego go świata, od innych ludzi. Słynne pytanie "dlaczego?" zadawane raz za razem, każdego dnia i w każdej sytuacji, które niejednego rodzica kilkulatka doprowadza na skraj obłędu, jest jednym z najwymowniejszych przejawów wrodzonej chęci do pozyskiwania informacji. Dzieci chcą się uczyć, pragną wiedzy. Chłoną ją jak gąbka wodę. Taki stan umysłu dziecka potrafi trwać bardzo długo. Niestety, często udaje nam się tę wrodzoną ciekawość zabić, niemal bezpowrotnie.

Jak na przestrzeni lat wyglądał system szkolnictwa?

Starożytna Grecja

W starożytnej Grecji istniały dwa odmienne sposoby nauczania, które możemy śmiało nazwać systemami edukacji. Pierwszy z nich funkcjonował w Sparcie. Zakładał, że dziecko jest własnością Państwa i powinno przejść odpowiedni cykl kształcenia i wychowania, który skupiał się głównie na wykształceniu żołnierzy. Obywateli zdyscyplinowanych, którzy posługują się bronią, wykonują rozkazy, odpornych na ból i niewygodę oraz bezwzględnie posłusznych dowódcom.

W tym samym czasie zupełnie inny system edukacji działał w Atenach. Rozwój zarówno fizyczny, jak i psychiczny człowieka, nacisk na jego indywidualność, cechy wyróżniające, pisanie, liczenie, muzykę i zdolność wypowiedzi na forum. Był on jednak dostępny wyłącznie dla chłopców i to tylko tych z bogatych rodzin. Cykl kształcenia kończył się dwuletnim szkoleniem wojskowym.

Starożytny Rzym

W starożytnym Rzymie istniała szkoła podobna do tej, którą znamy obecnie. Funkcjonowały tam trzy etapy edukacji. Szkoła elementarna, w której zarówno chłopcy, jak i dziewczynki uczyli się pisać, czytać i liczyć. Dostępna była dla większości obywateli i zwykle na tym etapie edukacja się kończyła.

Drugi poziom to szkoły gramatyczne, gdzie uczono się geometrii, astronomii oraz podstaw retoryki, która dawała szansę na karierę polityczną. Były to szkoły prywatne, dostępne dla najbogatszych i tylko dla chłopców. Retorykę (najważniejszą z nauk w starożytnym Rzymie) można było zgłębiać następnie na trzecim etapie edukacji w szkołach retorycznych.

Średniowiecze

W średniowieczu nie funkcjonowały szkoły publiczne, dostępne dla wszystkich obywateli. Były szkoły kościelne, prywatne, a także praktyki rzemieślnicze. Szkółki kościelne były najpowszechniejszym modelem edukowania najmłodszych, gdzie można było zdobyć podstawy z zakresu czytania, pisania i liczenia, ale większość dzieci zostawała w swoich domach, gdzie od najmłodszych lat pomagała w prowadzeniu gospodarstw swoich rodziców. W przeciwieństwie do obecnych czasów nie było wówczas czegoś takiego jak beztroskie dzieciństwo i okres "ochrony" dziecka przed ciężką pracą.

Jeżeli dziecko skończyło podstawową szkołę i chciało kontynuować naukę, a rodzice mieli do tego zasoby, mogło pójść na... studia. Czyli najważniejszy edukacyjny wynalazek średniowiecza. Pierwszy uniwersytet powstał w 1088 roku w Bolonii. Cesarz Fryderyk Barbarossa nadał wykładowcom i studentom specjalne prawa, ufundował miejsce do nauki i ustanowił ich niezależnymi od władzy kościelnej i sądowniczej. Na podobnej zasadzie wkrótce zaczęły powstawać kolejne uniwersytety, m.in. w Paryżu, Oksfordzie czy w Cambridge. Wolność, którą otrzymali ówcześni uczeni, sprawiła, że nauka rozwijała się szybciej niż dotychczas. Przypadek?

Renesans

W renesansie prawdziwą rewolucję przeżyło szkolnictwo podstawowe, przede wszystkim za sprawą Marcina Lutra. Głosił on tezę, że każde dziecko powinno mieć dostęp do edukacji, a nawet więcej, musiało chodzić do szkoły. Tak powstał obowiązek szkolny. W drugiej połowie XVI wieku takie prawo uchwalono po raz pierwszy w Niemczech. Za brak posłania dziecka do szkoły rodzice płacili grzywnę.

W tym czasie aktywnie rozwijały się też szkoły jezuickie, które kształciły dzieci pod kątem czytania i rozumienia tekstu, pisania, filozofii, teologii i łaciny. Jezuici budowali swoje placówki tak, aby korytarze były szerokie, a sale lekcyjne wysokie, z dużą liczbą okien, aby wpadało do nich jak najwięcej światła. Wprowadzili plan lekcji, a także ideę wycieczek szkolnych. Czy te zasady nie panują do dzisiaj?

System pruski

Pruski system nauczania zaczął się kształtować w 1717 roku, kiedy to Fryderyk Wilhelm I wprowadził w całym kraju obowiązek szkolny, zgodnie z filozofią znaną jeszcze ze Sparty, że nauka ma być dla każdego obywatela, bo każdy obywatel jest własnością państwa. Ideę tę rozwijali jego następcy, a w całości okrzepła na początku XIX wieku za rządów Fryderyka Wilhelma III. Władza nie chciała szkolić jedynie bezmyślnie posłusznych żołnierzy, ale wykształconą kadrę dowódczą i urzędniczą, która poświęci swoje życie dla dobra narodu. Cały system nadzorowała instytucja będąca odpowiednikiem dzisiejszego ministerstwa spraw wewnętrznych. Określała ona, jaką sylwetkę obywatela chciano ujrzeć po przejściu przez żarna ówczesnej edukacji. Cały proces wyglądał na terenie całego kraju identycznie oraz był nadzorowany centralnie. Wszelkie zmiany w treści i sposobie nauczania były uchwalane w formie ustaw.

Urzędnicy pruscy stworzyli program nauczania, który odpowiadał poglądom władzy. Wprowadzili czterdziestopięciominutowe lekcje dzielone dzwonkami, obowiązkową listę lektur odpowiednią dla młodego człowieka i egzaminy na koniec poszczególnych etapów. Dzwonki obwieszczały początek i koniec lekcji, aby przyzwyczaić dzieci do sygnału dźwiękowego, z którym będą miały do czynienia w fabryce w dorosłym życiu. Obowiązkowi szkolnemu podlegały wszystkie dzieci od 7. roku życia. Zajęcia lekcyjne też wyglądały podobnie jak dzisiaj, czyli był to wykład nauczyciela. Każdy uczeń miał swoją ławkę i krzesło, a te były ustawione w równym rzędach jedno za drugim. Na wyposażeniu sali była tablica kredowa z gąbką do ścierania, biurko nauczyciela obok niej, a także szafka na pomoce naukowe z globusem i atlasami. Ponieważ większość dzieci uczęszczających do szkół pochodziła ze wsi, okres letni był wolny od szkoły - wtedy każda para rąk była potrzebna w polu. Dzieci uczyły się czytania, pisania, podstaw matematyki, ogólnej wiedzy z historii i nauk przyrodniczych. Duży nacisk był kładziony na nauki humanistyczne, które miały kształtować patriotyczną postawę. Zwieńczeniem edukacji był egzamin maturalny.

Dla pruskich władz system ten sprawdzał się doskonale. Zgodnie z założeniami kadra urzędnicza i wojskowa oraz posłuszni szeregowi stanowili świetną armię, a system państwa działał wzorowo. Wojna francusko-pruska w latach 1870-1871, w której Prusy zmiażdżyły zachodniego sąsiada, pokazała światu, że jest to właściwy kierunek, i kolejne kraje zaczęły wprowadzać podobne zmiany w edukacji. Pod koniec stulecia pojawiło się nawet przysłowie, które w tłumaczeniu brzmi: Bitwy pod Königgrätz i Sedanem zostały rozstrzygnięte przez pruskiego nauczyciela szkoły podstawowej.

Co więcej, pruskie podejście do edukacji idealnie sprawdziło się też w obliczu rewolucji przemysłowej, kiedy to licznie powstające fabryki potrzebowały posłusznych władzy i dobrze wyszkolonych robotników, wykonujących powtarzalne zadania i umiejących czytać oraz rozumieć pisemne instrukcje i obwieszczenia. Idealny obywatel tamtych czasów (tu niewiele się zmieniło) to obywatel pracowity, posłuszny, oddany państwu i nieposiadający ambicji.

Co jest w tym najciekawsze, ówczesne elity, arystokracja i najbogatsi przedstawiciele klasy średniej, nie posyłali dzieci do szkół publicznych. Wybierali oni... edukację domową. Skupiali się na indywidualnych zdolnościach swoich dzieci.

W 1803 roku Immanuel Kant w swoich wykładach O pedagogice napisał:

 

"Posyłamy więc dzieci do szkoły początkowo nie po to, by się tam czegoś nauczyły, lecz by przyzwyczaić je w niej siedzieć i dokładnie wykonywać to, co im zadano, by w przyszłości nauczyły się hamować rzeczywiste i natychmiastowe wprowadzenie w czyn wszelkich swych zachcianek". 

 

Z czymś Wam się to kojarzy?

Kolejny etap?

Druga rewolucja przemysłowa (wynalezienie elektryczności i linii montażowej, początek XX wieku), trzecia rewolucja przemysłowa (automatyzacja produkcji za pomocą programowalnych sterowników z pamięcią i komputerów, lata 70. XX wieku), czwarta rewolucja przemysłowa (wprowadzenie cyber-fizycznych systemów produkcji i inteligentnych fabryk, XXI wiek), totalna cyfryzacja społeczeństwa, wzrost liczby ludności z półtora miliarda w 1900 roku do ośmiu miliardów w 2022 roku, wzrost średniej długości życia człowieka z czterdziestu do prawie osiemdziesięciu lat, loty w kosmos, całkowita zmiana systemów produkcji żywności na świecie, dwie wojny światowe, niezwykły rozwój medycyny, powstanie psychologii i odkrycie wielu zjawisk dotyczących rozwoju człowieka szczególnie w wieku dziecięcym, epidemie, pandemie, rozwój gospodarczy i technologiczny do poziomów nieporównywalnych z tymi w XIX wieku...

Wydawałoby się, że na świecie zaszły tak gigantyczne zmiany, w tempie nieporównywalnym z jakimikolwiek poprzednimi okresami w historii ludzkości, że w tym miejscu powinienem wymienić co najmniej kilka dużych rewolucji w podejściu do edukacji. A tymczasem szkolnictwo przez dwieście lat nie zmieniło się prawie wcale. Szczególnie porównując je do tego, jak bardzo zmieniły się inne dziedziny naszego życia.

Wydaje się wręcz niemożliwe, że przykładowa dziesięciolatka z rolniczej rodziny w XIX wieku mieszkająca w drewnianej chacie krytej strzechą, bez toalety, bieżącej wody i prądu, żyjąca w świecie, w którym nie wynaleziono jeszcze nawet radia (nie mówiąc o komputerach czy rakietach) chodziła na blok czterdziestopięciominutowych lekcji podzielonych dzwonkiem, ucząc się ze swojej ławki z tablicy polskiego, matematyki i historii dokładnie tam samo jak dzisiejsza dziesięciolatka z wielomilionowej, nowoczesnej metropolii, płynnie obsługująca smartfon, media społecznościowe, budząca się w domu, który obsługiwany jest w większości przez roboty, mogąca kilkoma kliknięciami kupić dowolną rzecz z drugiego końca globu za pomocą wirtualnych pieniędzy i planująca karierę w korporacji w branży technologicznej. To się w głowie nie mieści.

Wiem, że większość z Was (ja również) jest przyzwyczajona do tego, że szkoła wygląda w ten sposób. Ale spójrzcie na powyższe fakty. Porównajcie sobie wszystkie dziedziny życia teraz i dwieście lat temu. Popatrzcie, jak się zmieniły. I porównajcie to z systemem edukacji.

A przecież edukacja dzieci to jest najważniejszy element rozwoju społeczeństw świata. Dziedzina, która jak żadna inna wpływa na wszystko, co się dzieje w rozwoju naszej cywilizacji.

Funkcjonujemy w świecie, kiedy każdy z nas, również najmłodsi, ma cały czas pod ręką urządzenie, dzięki któremu może zdobyć każdą informację, na każdy temat, w ciągu kilkudziesięciu sekund. Ba, często nie musimy nawet używać do tego palców, wystarczy, że wypowiemy komendę głosową. I ten stan rzeczy nie zmieni się w kierunku ograniczonego dostępu do wiedzy, raczej będziemy mogli zdobywać ją coraz szybciej wraz z rozwojem technologii. A my nadal wkuwamy w szkołach na pamięć wiedzę z podręczników, zamiast uczyć dzieci wyszukiwania informacji, przetwarzania ich i filtrowania.

Jestem jednym z nielicznych nauczycieli w szkole, w której prowadzę lekcje geografii, który pozwala korzystać w trakcie sprawdzianów z zeszytów i książek. Uważam, że znacznie ważniejsza jest dla ucznia umiejętność poszukiwania informacji i adekwatne użycie jej w zadaniu niż wkucie na pamięć bez zrozumienia pewnej porcji informacji (które i tak za chwilę zapomni). I co jest dla mnie szokujące, wiele dzieci rozkłada ręce i nie wie, jak i gdzie szukać odpowiedzi na pytania. Widać jak na dłoni, że takich umiejętności nie trenują. Bo nasza szkoła, rodem z XIX wieku, w swoich metodach nie uwzględnia tej kluczowej zmiany, jaką jest niczym nieograniczony, stały i szybki dostęp do informacji na każdy temat.

 

[...]