Rozdział 1
Niech go szlag. Phil wygrywał tę potyczkę. Patrzył na nią z pobłażaniem
a w jego oczach malowało się ciepło, niemal czułość. Lou przegrywała.
Zaciskała szczękę tak mocno, że poczuła się jak naburmuszony dzieciak z aparatem na zębach. Wygładziła dłonią po dopasowaną spódnicę.
Konfrontacja z nim w służbowym stroju miała utwierdzić ją w przekonaniu,
że stać ją na dorosłe podejście. A tymczasem najchętniej uciekłaby do
domu i przebrała się w dres, jak robiła to zwykle po pracy.
-?Ma jedenaście lat, Lou. To jej ostatnie wakacje przed nową szkołą. Nie
możesz trochę odpuścić?
Mało tego -?był głosem rozsądku. Phil nigdy nie podnosił głosu, bo nie
musiał. Był z tych mężczyzn, którzy coś mówią -?i sprawa jest
załatwiona. Do tego wciąż był przystojny -?nawet teraz, w wieku
czterdziestu czterech lat -?więc nigdy nie był singlem zbyt długo. Nie
mogła winić kobiety, która została jego dziewczyną zaledwie kilka
miesięcy po ich rozstaniu... choć właściwie mogła. I zamierzała. To chyba
prawo niemal już byłej żony, prawda?
-?Jedyne, czego pragnie Edie, to muzyka. Elitarne korepetycje i próby
orkiestry są dla niej rajem. Do niczego jej nie zmuszam.
Kącik jego ust drgnął.
-?A kilka tygodni we włoskim słońcu to dla ciebie wizja miłych,
darmowych wakacji?
Pierwsze trafienie. Byłaby nawet zadowolona, gdyby zachowywał się jak
niedojrzały były mąż, tyle że on po mistrzowsku potrafił uderzać w jej
nadwrażliwy punkt: głęboko zakorzenione poczucie niskiej wartości.
-?To nie są dla mnie wakacje. Jadę jako opiekunka i sama za wszystko
płacę. Zgłosiłam się tylko dlatego, że Edie jest jedną z najmłodszych
uczestniczek. Większość rodziców cieszy się na trzy tygodnie wolnego od
dzieci przed konkursem.
-?Zawsze możesz wysłać ją do nas. Wiesz o tym. Nie musisz robić z siebie
męczennicy.
Lou zakrztusiła się jego współczuciem, życząc mu tego samego. Wzięła
głęboki oddech. Powinna już była pogodzić się z tym, że Phil nigdy się
nie zmieni -?przynajmniej jeśli chodzi o nią.
-?Możemy wrócić do sedna? Edie chce jechać, a to wyjątkowa okazja. Ten
festiwal młodzieżowy odbywa się tylko co cztery lata. Zagra w orkiestrze
pod batutą profesjonalnego dyrygenta i weźmie udział w konkursie.
Phil uniósł rękę.
-?Przeczytałem informacje, które mi wysłałaś. Nadal jednak nie rozumiem,
dlaczego nasza jedenastolatka musi brać udział w bardzo drogim
konkursie. Już i tak postawiłaś mnie pod ścianą przy wyborze szkoły.
Powiedziałbym, że w tej chwili twój kredyt zaufania u mnie jest na
wyczerpaniu.
Lou cofnęła się, jakby ją uderzył. Potrzebowała "kredytu", żeby Phil w ogóle rozważył jej zdanie w sprawie ich córki? Jak była żona ma niby na
taki kredyt zapracować? Nie dość, że musiała z kamiennym spokojem
ignorować codzienne trudności samotnego wychowywania dziecka, to jeszcze
powinna "zarządzać" Philem, żeby razem podejmowali najlepsze decyzje dla
Edie. Boże, jakie to było przygnębiające.
Phil patrzył na nią z nienaganną fryzurą i ciepłymi oczami, w których
drobne zmarszczki dodawały mu uroku -?u niej nazwano by je kurzymi
łapkami. Nic dziwnego, że rzuciła się na niego dwanaście lat temu, kiedy
była młodą, naiwną absolwentką z marnym rozeznaniem w świecie -?i jeszcze gorszym podejściem do antykoncepcji. Znacznie trudniejsze było
to, jak ma sobie z nim radzić teraz.
-?Wiesz, jak bardzo kocha grać na skrzypcach.
-?Wiem. Niewiele poza tym robi.
U Phila Edie ćwiczyła szczególnie pilnie -?bo oznaczało to mniej czasu
spędzonego z jego przesadnie miłą partnerką.
-?Nadal nie jestem przekonany, czy powinniśmy wspierać tę jej obsesję.
-?W takim razie ucieszy cię wiadomość, że program obozu to uwzględnia.
Owszem, mają codzienne próby, ale jest też czas na zajęcia na świeżym
powietrzu i warsztaty budowania własnej wartości. Chyba oboje się
zgodzimy, że dobrze by było, gdyby Edie nabrała pewności siebie także
poza muzyką.
Ledwie dostrzegalny błysk w jego oczach zdradzał, że czuje presję. Ale
Phil nigdy się nie cofał. Zamiast tego spokojnie przeszedł do
kontrataku.
-?Czyli planujesz zmusić Edie do wspinaczki na linach, podczas gdy sama
będziesz siedzieć w słońcu w Sirmione, popijając Aperol Spritz?
Lou z trudem przełknęła odruchową, obronną odpowiedź. Musiała sprawić,
żeby Phil myślał, że decyzja należy do niego -?a jednocześnie
doprowadzić go do punktu, z którego nie będzie mógł się wycofać. Jeśli
trzeba, zmanipuluje go, żeby się zgodził.
Dlaczego nie wpadła na to jeszcze wtedy, gdy byli małżeństwem?
-?Widzisz, to nie będą dla mnie wakacje. Muszę pomagać przy nadzorze w parku linowym, czymkolwiek to w praktyce jest.
W jego spojrzeniu coś drgnęło.
-?Nie jestem pewien, czy dzieci będą bezpieczne pod twoją opieką.
Ona też nie była, ale miała wrażenie, że to akurat nie ma większego
znaczenia.
-?Wyjazd organizuje nauczyciel muzyki ze szkoły. Przyjadą dzieci z całej
Wielkiej Brytanii i nie będę jedyną opiekunką.
-?Zdajesz sobie sprawę, że miała spędzić tydzień wakacji z nami.
-?Dlatego pytam z pięciomiesięcznym wyprzedzeniem. Tak naprawdę
chciałaby, żebyś przyjechał na konkurs do Mediolanu po obozie.
Ugryzła się w język, zanim dodała coś złośliwego w rodzaju: skoro od
naszego rozstania nie pojawiłeś się na żadnym jej koncercie.
-?Jeśli to niemożliwe, to zostaje tydzień wakacji przed albo po. Nie
próbuję ci jej zabierać.
Phil westchnął, a ona w duchu przewróciła oczami. Zaraz miał zaserwować
jej solidną porcję poczucia winy i cisnąć nią prosto w nią, choć pewnie
potem i tak wyrazi zgodę. To westchnienie było wystarczającą
zapowiedzią.
-?Lou, powiedz mi szczerze... nie naciskasz na nią przez własne problemy?
Lou znieruchomiała. Uprzedzenie nie pomogło. Trafił dokładnie tam, gdzie
wiedział, że zaboli.
-?Jakie problemy?
-?No cóż... nie jesteś szczególnie muzykalna...
-?Wiem. Nadal nie mam pojęcia, skąd Edie wzięła swój talent, ale
pokochała muzykę, odkąd w pierwszej klasie dostała flet. To nie ma nic
wspólnego ze mną.
-?Zgadzam się, że muzyka to dobre zajęcie, zwłaszcza że ma w sobie tyle
samo zapału do sportu, co ty. Ale dzieci w jej wieku bawią się z rówieśnikami. Nie chcę, żeby straciła dzieciństwo tylko dlatego, że
boisz się, iż wyrośnie na kogoś takiego jak ty, zwyczajnego i bez
talentu.
Lou zachwiała się lekko. Bóg jeden wiedział, że miał rację -?ale to nie
dawało mu prawa mówić tego na głos.
-?Nie naciskam na nią.
Czy naprawdę nie? Nienawidziła tego, jak Phil -?emanujący tą swoją męską
pewnością siebie -?potrafił zasiać w niej wątpliwość i zmieszać ją z błotem, nawet jeśli wcale nie miał takiego zamiaru.
Znał ją lepiej niż ktokolwiek inny -?i ta myśl była niemal nie do
zniesienia. Wiedział, że ma tę pracę tylko dlatego, że pociągnął za
odpowiednie sznurki w stacji telewizyjnej, kiedy była gotowa wrócić do
pracy po rozpoczęciu przez Edie przedszkola. Wiedział też, co inni
producenci mówili o niej za jej plecami, kiedy ze względu na niepełny
etat nie było jej w redakcji. Wiedział, że pod maską profesjonalizmu
chowa się kobieta pełna wątpliwości, czy rzeczywiście powinna z taką
pewnością siebie prezentować fakty przed wierzącymi w jej słowa widzami.
Skrzyżował ramiona i przyjrzał się jej uważnie. Próbowała wzbudzić w sobie oburzenie na jego protekcjonalną wyższość, lecz w gardle dławiły
ją wątpliwości i żal.
-?Dobrze -?powiedział nagle.
-?Co?
-?Powiedziałem: dobrze. Wygrałaś. Może jechać na ten obóz. Nie obiecuję,
że ja i Winny przyjedziemy na konkurs, ale spróbujemy.
Wygrałaś... Jasne. Ale Edie będzie zachwycona. Uwielbiała swojego
nauczyciela i, kiedy Lou powiedziała jej, że będzie musiała poprosić
Phila o pokrycie kosztów, bardzo się martwiła, że się nie zgodzi.
-?Świetnie -?odparła z wymuszonym uśmiechem. -?Dam znać nauczycielowi i odezwę się, kiedy będzie trzeba wpłacić pierwszą ratę. Podpiszesz zgodę?
Zaczęła grzebać w torebce i wyciągnęła pogniecioną kartkę. Rok wcześniej
nie przyszłoby jej do głowy, ile dokumentów wymaga podpisów obojga
rodziców -?ani ile bólu może kosztować zdobycie jednego podpisu.
Phil oparł się o biurko i zamaszyście podpisał formularz, po czym oddał
jej go z uśmiechem, który kiedyś nazywała "czarującym".
-?Właściwie, skoro już tu jesteś, możemy odhaczyć jeszcze jedną rzecz z listy.
Jego głos był łagodny i uprzejmy -?jak zawsze -?dlatego nie była
przygotowana na to, co nastąpiło, gdy wyciągnął z szuflady biurka
oficjalnie wyglądającą kopertę.
-?Zobacz, co przyszło dziś rano. Oszczędzi mi to wysyłania tego do
twojego prawnika. Zatwierdzenie przez sąd to pewnie tylko formalność.
Składasz wniosek o orzeczenie rozwodu, czy mam to zrobić ja?
Wzięła dokument drżącymi palcami, czując, jak wszystko się w niej spina.
Tak bardzo się spieszę, żeby się z tobą rozwieść, że mogę załatwić tę
całą paskudną papierologię, jeśli chcesz. Skoro jesteś taka zwyczajna i bez talentu, a ja jestem w siódmym niebie ze szczupłą Winny, to może od
razu podejmę kroki, żeby się od ciebie uwolnić -?razem z córką, której
nigdy nie chciałem, ale którą teraz będę łaskawie współwychowywał,
dziękuję bardzo?
Lou skrzywiła się lekko. Zbyt dobrze potrafiła odtwarzać w głowie jego
gładki, raniący ton.
-?Ja się tym zajmę.
Uniósł brew.
-?Na pewno? Tak długo zajęło ci skontaktowanie się z prawnikiem w sprawie ugody. Mogę zająć się resztą.
Poczuła, jak policzki oblewają się rumieńcem. Musiał myśleć, że zwleka z finalizacją rozwodu. Sama nie była pewna, dlaczego tak ociągała się z ustaleniami finansowymi. Gdy przebrnęła przez upokorzenie, jakim było
określenie relacji z Winny mianem "zdrady małżeńskiej" w pozwie
rozwodowym, czuła, że wyczerpała już limit wytrzymałości na tę całą
potworną batalię. No i co z tego, że on poczuł się wolny od chwili ich
rozstania i znalazł sobie dziewczynę w ciągu kilku miesięcy? Powinna się
raczej cieszyć, że dzięki temu nie musieli czekać pełnych dwóch lat,
żeby rozwieść się z powodu separacji.
-?Dobrze -?powiedziała. -?Dam ci znać, kiedy sąd zatwierdzi ugodę, i wtedy możesz złożyć wniosek.
-?Świetnie. Cieszę się, że mamy to załatwione.
No pewnie, że się cieszysz.
Pochylił się, żeby pocałować ją w policzek na pożegnanie, a ona zmusiła
się, by się nie cofnąć. Czy naprawdę tak mało go to obchodziło, że
potrafił tak po prostu ją pocałować -?po rozpadzie niemal
dwunastoletniego małżeństwa?
Ruszyła w stronę drzwi, uważając, żeby w szpilkach poruszać się powoli i pewnie. Przy samym wyjściu przypomniała sobie, że to jeszcze nie koniec.
-?Masz w kalendarzu wiosenny koncert Edie?
-?Tak, oczywiście.
-?Kupiłam już bilety.
-?Trzeba kupować bilety?
-?Tak, to na rzecz rady rodziców. Chcą kupić nowy sprzęt sportowy.
-?Nadal jesteś w komitecie?
Zacisnęła usta. Jak wyobrażał sobie, że miałaby chodzić na zebrania,
skoro co wieczór musi być w domu z Edie?
-?Nie -?zawahała się chwilę. -?Koncert jest w teatrze przy liceum.
-?Tak, pamiętam.
Miał świadomość, że nie było go na jej dwóch poprzednich występach, lecz
nie dał jej dojść do słowa, by nie mogła mu tego wytknąć.
-?To do zobaczenia.
Wyszła, zanim którekolwiek z nich zdążyło poruszyć kolejny z wielu
tematów, o których wciąż nie wolno było wspominać. Miała go zobaczyć tuż
przed Wielkanocą -?jako zwyczajna, pozbawiona talentu kobieta, już po
oficjalnym rozwodzie.
* * *
Zmysł organizacyjny Lou, który i tak nigdy nie był jej mocną stroną,
zawiódł całkowicie w chwili, gdy tylko zajęła miejsce za kierownicą.
Tego ranka przyjechała do pracy autem -?i zapłaciła horrendalną kwotę za
parking -?żeby mieć czas spotkać się z Philem w jego biurze, a potem
wrócić po Edie do szkoły.
Umówiła się -?bo najwyraźniej trzeba się umawiać, żeby zobaczyć ojca
własnego dziecka -?na czwartek, ponieważ Edie miała próby chóru do
czwartej, co dawało Lou więcej czasu na powrót. Plan był prosty: założyć
maskę prezenterki wiadomości, przez pół godziny udawać, że wie, co
dzieje się na świecie, w trakcie południowego serwisu, którego i tak
nikt nie oglądał, potem pojechać do biura Phila i wyjść stamtąd pewnym,
zwycięskim krokiem. Może właśnie tu popełniła błąd. Lou nawet w najlepsze dni nie potrafiła chodzić pewnie w szpilkach, a to
zdecydowanie nie był jeden z tych dni.
Kiedy w końcu przebrnęła przez to spotkanie, okazało się, że jakimś
cudem uciekło jej pół godziny. Siedziała za kierownicą swojego małego
samochodu, uwięziona między dokumentem oznaczającym koniec ich
małżeństwa a słowami "zwyczajna" i "bez talentu". Domyślała się, że
wypłakała z siebie połowę zapasów wody i soli; jej twarz płonęła, a oczy
wciąż były mokre, kiedy wreszcie wyrwała się z odrętwienia, zaklęła pod
nosem i gwałtownie wrzuciła bieg.
Jak Phil śmiał zarzucać jej, że naciska na Edie przez własne kompleksy?
To on związał się z jakąś cholerną baletnicą. Jakie dzieciństwo miała ta
święta Winny? Najwyraźniej Phil uznał, że jej poświęcenie dla sztuki
były tego warte, skoro była o tyle bardziej pożądana niż jego była żona
"bez talentu". Co on właściwie chciał przekazać swojej córce?
Lou daleko było do doskonałości, ale przynajmniej wiedziała, co jest w życiu ważne -?mimo że w tej chwili zawodziła właśnie tam, gdzie zależało
jej najbardziej. Zatrzymała się pod szkołą dziesięć minut po czwartej, z ulgą zauważając, że nie ma już innych rodziców, którzy mogliby ją
zobaczyć w stroju poważnej dziennikarki, którą udawała przez dwadzieścia
godzin tygodniowo. Jedna z nauczycielek właśnie wychodziła, więc Lou
przemknęła za nią przez bramkę, wdzięczna, że ominie ją dodatkowe
upokorzenie w postaci dzwonienia do pokoju nauczycielskiego, żeby ktoś
ją wpuścił.
Pobiegła rampą do sali muzycznej -?tej części szkoły, którą znała
najlepiej -?i wpadła do środka.
-?Przepraszam, że się spóźniłam!
Uśmiech Edie -?ciepły, ale lekko zakłopotany -?ścisnął Lou żołądek
dziwną mieszanką ulgi, dumy i niepokoju. Dziewczynka siedziała na stołku
przy pianinie, machając nogami i ściskając nuty chóru. Lou wyciągnęła
rękę, a Edie natychmiast podbiegła i wtuliła się w jej bok -
przywracając jej świat do porządku. To był cud, którym Lou nigdy nie
przestała się zachwycać.
Dopiero wtedy mogła wziąć głęboki oddech i stawić czoła muzyce... a konkretnie nauczycielowi muzyki. Przykleiła do twarzy uśmiech. Patrzył
na nią, co samo w sobie było dziwne. Pan Romano zwykle obdarzał rodziców
swoich uczniów uprzejmym, zdystansowanym uśmiechem i w subtelny sposób
ucinał dalszą rozmowę. Ale tego popołudnia, kiedy patrzył na nią zza
czarnych oprawek, a jego dłoń powędrowała do kręconych, czarnych włosów,
Lou niezręcznie przypomniała sobie, że wśród bardziej rozgadanych mam
uchodził za "najprzystojniejszego nauczyciela".
-?Eee... proszę się nie martwić. Edie pomagała mi uporządkować nuty na
przyszły tydzień.
To miało ją uspokoić, ale wciąż patrzył na nią tak, jakby coś było nie w porządku. Czy nagle zaczęła bić od niej łuna z napisem "przegrana",
którą mógł dostrzec każdy, a nie tylko Phil?
Rany, miał takie ładne oczy -?w kolorze osiemdziesięcioprocentowej
gorzkiej czekolady, obramowane gęstymi, czarnymi rzęsami. Ale Lou była
raczej typem dziewczyny lubiącej mleczną czekoladę Cadbury. Pan Romano
ze swoimi stylowymi czarnymi okularami, szerokimi ramionami i szlachetnym, czekoladowym spojrzeniem wydawał się zbyt wyrafinowany
nawet dla jej nieprzyzwoitych myśli.
Dlaczego więc nadal się na nią patrzył?
-?Następnym razem będę punktualnie -?mruknęła, odwracając wzrok.
-?Naprawdę nic się nie stało. Wszyscy mamy... życie.
Spojrzała na niego i zobaczyła, że patrzy na jej buty. Uśmiechnęła się z ulgą. Zwykle nie odbierała Edie w stroju do pracy. Fakt, że porzuciła
swój codzienny strój, złożony z luźnych dresów i sneakersów, z pewnością
wprawił go w zdziwienie.
Wyprostowała się i uniosła stopę, pokazując lakierowaną szpilkę.
-?Ładne, co? Nie wiem tylko, czy robią takie w pana rozmiarze.
Jego spojrzenie natychmiast wróciło do jej twarzy, a w oczach pojawiło
się coś na kształt zakłopotania. To uczucie szybko udzieliło się i jej.
W duchu skarciła się za jedną rzecz, w której naprawdę była dobra:
robienie kiepskich żartów w najgorszym momencie.
-?Przepraszam, nie chciałam sugerować... chociaż to nic złego, jeśli pan...
Pewnie wyglądałby pan dobrze...
Ugryzła się w język.
Przełknął ślinę, a ona zauważyła ruch jego jabłka Adama.
-?W przebraniu? -?dokończył z niedowierzaniem.
Zamrugała. Edie patrzyła na nich oboje z niepokojem. Czy go obraziła?
Jaka rozwiedziona matka rozmawia w ten sposób z przystojnym
nauczycielem? Zwyczajna, bez talentu. Już miała zacząć przepraszać,
kiedy na jego twarzy pojawił się lekko zdezorientowany uśmiech. Wzruszył
ramionami i parsknął krótkim śmiechem. Najwyraźniej był zbyt uprzejmy,
żeby się obrazić.
-?Proszę to potraktować jako komplement -?mruknęła, a on znów się
roześmiał.
Wpatrywał się w nią, pocierając czoło wierzchem dłoni i mierzwiąc przy
tym ciemne, kręcone włosy, które były zbyt długie, by pasować do jego
schludnego stroju. Ukłon w stronę mody? Czy pan Romano był modny?
Zapewne tak. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale Lou miała już
dość przejmowania się tym, co myślą o niej mężczyźni -?i na pewno nie
zamierzała tłumaczyć, dlaczego jest ubrana jak do pracy. Przerzuciła
torebkę na przód i zaczęła w niej grzebać.
-?Mam dla pana zgodę.
Odgarnęła włosy z twarzy i podała mu kartkę. Edie aż podskoczyła z ekscytacji.
-?Tata się zgodził?
Potaknęła i rzuciła okiem na pana Romano; choć na jego ustach błąkał się
uśmiech, wciąż lustrował jej twarz w ten deprymujący sposób, jakby miał
wgląd we wszystkie jej niedoskonałości.
Edie objęła ją mocno.
-?Dzięki, mamo. Wiedziałam, że go przekonasz.
Pan Romano szybko odwrócił wzrok, co tylko zwiększyło jej zakłopotanie.
Może to nie była jego sprawa, ale prawda była taka, że musiała niemal
błagać swojego byłego męża o zgodę.
-?Chodź, Edie.
Poprowadziła córkę do drzwi.
-?Jeszcze raz przepraszam za spóźnienie.
Skinął głową i uniósł rękę.
-?Eee... pani Saunders?
Lou znieruchomiała i odwróciła się gwałtownie.
-?To znaczy... pani...
Lou spojrzała w sufit, szukając resztek godności.
-?O Boże, przepraszam -?mruknął.
Przygryzła wargę, niepewna, czy powinna się roześmiać, czy rozpłakać.
-?Chyba lepiej, żeby mówił mi pan Louise.
Pochylił głowę z tym samym co wcześniej, lekko skonsternowanym
uśmiechem. Jego usta działały na nią wyjątkowo rozpraszająco. Co się z nią dzisiaj działo? Pan Romano był pewnie młodszy od niej -?a to był
dopiero początek listy powodów, dla których był zdecydowanie poza jej
zasięgiem.
-?Nadal jest pani zainteresowana wyjazdem jako opiekunka?
Lou zarumieniła się aż po nasadę włosów, modląc się, żeby tego nie
zauważył -?albo przynajmniej nie domyślił się, dokąd odpłynęły jej
myśli.
-?Tak? -?odpowiedziała zbyt wysokim głosem.
Zawahał się.
-?Dobrze -?odezwał się w końcu. -?Ja... yyy... poproszono mnie o ułożenie
grafiku, ponieważ... no, mniejsza z tym, po prostu tak wyszło. Przydałaby
mi się pomoc przy programie dodatkowym.
Znowu potarł czoło i poprawił okulary. Myśli Lou natychmiast wróciły do
złośliwej uwagi Phila o trasie linowej, co ukłuło ją boleśnie.
Uśmiechnęła się szeroko.
-?Jasne. Chętnie pomogę.
-?Świetnie, dzięki.
Wyglądał na, jakby mu ulżyło i dopiero po chwili przyszło jej do głowy,
co on właściwie myśli o tej całej części sportowej.
-?Żaden problem. Proszę tylko powiedzieć, co mogę zrobić.
-?Powiem. Mamy jeszcze trochę czasu. Cieszę się, że Edie może jechać.
Lou uśmiechnęła się.
-?Nie tak bardzo jak Edie -?odparła, tuląc córkę do boku. Następnie obie
ruszyły w stronę wyjścia.
-?Do widzenia, panie Romano!
-?Do zobaczenia jutro, Edie.
Bliskość córki sprawiła, że Lou przestała czuć się dziwnie. Odetchnęła z ulgą, gdy obie zapięły pasy, a ona przekręciła kluczyk w stacyjce.
-?Mamo, co ci się stało z makijażem?
Rzuciła Edie spojrzenie.
-?Zostałam dłużej w pracy, żeby porozmawiać z twoim tatą.
Wzrok dziewczynki złagodniał i wypełnił się czymś w rodzaju współczucia.
Lou posłała jej pytające spojrzenie.
-?Nie o to chodzi. Masz rozmazany tusz.
Lou znieruchomiała, opuściła lusterko i aż westchnęła, widząc rozmazaną
czerń pod oczami i kilka śladów rozwodnionego tuszu na policzku -
wyraźny dowód, że płakała. Jęknęła. Serce jej zamarło, kiedy wreszcie
zrozumiała prawdę. Nad jej głową nie świecił żaden neon z napisem
"przegrana", ale efekt był właściwie ten sam.
Rozdział 2
-?Na zdrowie! Za twoją wolność! -?Zoe uniosła kieliszek.
Ramię Lou było jak z waty, kiedy podnosiła swój. Wymusiła uśmiech i upiła łyk prosecco. Za dużo bąbelków. Tani gin z tonikiem lepiej pasował
do jej nastroju, ale przyjaciółki tyle się natrudziły, żeby wyciągnąć ją
do pubu, że nie zamierzała zmarnować alkoholu. Nie tyle sączyła wino z elegancją, co raczej łapczywie je pochłaniała.
-?To jeszcze nie koniec całej procedury -?zauważyła. Ale przed nią i tak
rozciągała się nowa, niezbyt przyjemna rzeczywistość.
-?Ten etap też można świętować. Zgodził się dać ci pieniądze. Czas na
imprezę! -?Tina znów uniosła kieliszek i pociągnęła długi łyk.
-?Pieniądze to nie jest najgorsza część -?stwierdziła Lou. -?Albo
inaczej: nie naj-naj-gor-sza -?poprawiła się z grymasem na twarzy.
Nie kłócili się o finanse, ale choć Phil był cenionym producentem
telewizyjnym, w londyńskich realiach nie był bogaty. A kiedy "niebogaty"
podzielić przez dwa gospodarstwa domowe i dorzucić do tego jej pracę na
pół etatu, to nijak nie dawało się złożyć w ich dawny styl życia. Miała
szczęście, że znalazła tę maleńką wynajmowaną klitkę w East Dulwich.
Edie opowiadała jej o nowym mieszkaniu Phila -?z otwartą na salon
kuchnią i widokiem na Westminster -?ale on zdążył wziąć kredyt jeszcze
przed zakończeniem sprawy rozwodowej, a do tego nie musiał odwozić
dziecka do szkoły, więc oczywiście jemu było łatwiej.
Sarah-Jane ścisnęła jej dłoń.
-?Nie jest ci smutno z powodu rozwodu?
-?Nie! -?zaprzeczyła natychmiast, gwałtownie kręcąc głową. Ale czuła
smutek. Nie z powodu Phila, krzyżyk na drogę, ale przez... coś innego. -
Phil oskarżył mnie o to, że chcę odwlec rozwód.
-?On bredzi. Nie słuchaj go -?stwierdziła Tina.
Lou chciałaby, żeby to było takie proste.
-?Ale ma rację.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
-?Chodzi o jego dziewczynę? -?zapytała w końcu Zoe.
Lou pokręciła głową.
-?Pasują do siebie. I nie chcę do niego wracać.
-?To dlaczego nie chcesz się z nim rozwieść?
-?Chcę -?zaprotestowała słabo. -?Wiem. To bez sensu. To tak, jakbym nie
chciała już nosić jego nazwiska, ale kiedy je zmienię, to jakby
dwanaście lat zniknęło, a do tego córka z innym nazwiskiem. Nie chcę być
z Philem. Ale nie chcę też być rozwiedziona z Philem. Nie chcę być
"byłą". Nie chcę za każdym razem prosić go o zgodę na decyzje dotyczące
mojego życia i życia Edie! Musiałam wysłuchać tyle bzdur, żeby zgodził
się na ten obóz muzyczny.
Znów zapadła cisza.
-?Phil to palant -?mruknęła Tina.
-?Powiedział mi, że nie mam talentu -?wyrzuciła z siebie Lou. -?Że
naciskam na Edie przez własne braki.
-?To nieprawda, kochanie -?zapewniła ją Sarah-Jane.
Ta szczera lojalność sprawiła, że Lou uśmiechnęła się krzywo.
-?Naprawdę? A jaki ja mam talent?
-?Jesteś świetną prezenterką -?powiedziała od razu Zoe. -?Oglądam cię
codziennie.
-?Dzięki -?odparła słabo Lou -?ale tę pracę mam tylko dlatego, że Phil
pociągnął za sznurki w stacji, a utrzymałam ją wyłącznie dlatego, że to
tak okrojone stanowisko, że nikt inny go nie chce. Poza tym to nie
jestem ja. Nie znam się na świecie i głupotą było myśleć, że mogę być
dziennikarką. Wszyscy w redakcji to wiedzą, dlatego dostaję albo lekkie
tematy, albo sam research.
-?Wcale tak nie myślisz -?zapewniła Sarah-Jane.
Lou wzruszyła ramionami i upiła kolejny duży łyk.
-?A czemu nie?
-?Zbytnio przejmujesz się Philem -?zauważyła Tina.
-?To żadna nowość -?odparła sucho.
-?Brakuje ci jedynie wiary we własne siły -?podsunęła jej życzliwie Zoe.
-?To coś jak suplement diety?
Tina parsknęła śmiechem.
-?Widzisz? Jesteś zabawna. To też talent.
-?Nikt mnie nie zaprosi do "Live at the Apollo" -?oznajmiła Lou,
zaciskając usta. -?Jestem zwyczajna. Phil też tak uważa.
-?Nie jesteś zwyczajna. Jesteś naszą bohaterką! -?oznajmiła Tina z uśmiechem. -?Królową ignorowania mody.
-?Dzięki... chyba -?mruknęła Lou.
-?Mówię poważnie -?ciągnęła Tina. -?Gdyby nie ty, wszystkie
myślałybyśmy, że trzeba się stroić na odprowadzanie dzieci do szkoły.
-?Nie przypisywałabym sobie aż takich zasług.
Zoe uśmiechnęła się.
-?Coś w tym jest. I tak nigdy bym się porządnie nie ubrała. Między mężem
a czwórką małych rozrabiaków w moim domu rano jest wystarczająco dużo
przekleństw, bez dokładania do tego walki z tuszem do rzęs. Ale miło
wiedzieć, że nie jestem sama.
Lou przełknęła ślinę -?samo wspomnienie tuszu natychmiast przeniosło ją
do wcześniejszej części dnia.
-?I to jest kolejna sprawa. Nigdy nie wiem, kiedy przestać mówić.
Powiedziałam panu Romano, że dobrze by wyglądał w damskich ciuchach.
-?Co zrobiłaś?!
Lou nie była pewna, czy kiedykolwiek słyszała Tinę tak głośno.
-?To długa historia.
Zoe zanosiła się śmiechem, zakrywając usta dłonią, a jej kieliszek
prosecco niebezpiecznie się przechylał.
-?Wiesz co, pewnie by tak było. Ten facet wygląda dobrze we wszystkim.
Tina zachichotała.
-?Tak! Sukienka z lat pięćdziesiątych i jedwabna apaszka zawiązana na
szyi... idealnie.
-?I żadnych sztucznych piersi, tylko jego własna klatka wystająca z dekoltu. O mój Boże!
-?Dziewczyny, litości! -?jęknęła Lou. -?I bez tych wizji wystarczająco
trudno będzie mi patrzeć mu w oczy przez resztę roku!
-?To ty sprawiłaś, że zrobiło się tak niezręcznie z tym przystojnym
nauczycielem -?droczyła się Tina.
-?To nauczyciel naszych dzieci -?westchnęła Lou, szukając wsparcia u Sarah-Jane, ale ta ledwo powstrzymywała śmiech.
-?A to nie znaczy, że nie możemy od czasu do czasu go sobie pooglądać -
rzekła Zoe. -?A co on właściwie powiedział, kiedy stwierdziłaś, że
dobrze by wyglądał w takim wydaniu?
Tina znów zachichotała.
Lou westchnęła ciężko.
-?Po prostu się uśmiechnął. Wyszłam prosto od Phila. Myślałam, że dziwi
się, widząc mnie w stroju do pracy, ale nie zauważyłam, że mam rozmazany
tusz i wyglądam jak żałosny szop!
-?Założę się, że lubi seksowne szopy -?zaśmiała się Tina. -?Ten to
pewnie ma swoje sekrety.
-?Jeśli ma, to na pewno nie dotyczą mnie -?powiedziała Lou, marszcząc
brwi i mając nadzieję, że wygląda stanowczo, a nie żałośnie.
-?Ale chciałabyś, żeby dotyczyły, prawda, kochanie? -?mruknęła Tina z przesadnie zmysłowym tonem.
Lou się zarumieniła, ale spróbowała zachować spokój. Przecież żartowały,
prawda? Dokuczały jej, bo nic takiego i tak nigdy by się nie wydarzyło.
Nie potrafiła spojrzeć na pana Romano jak na kogokolwiek innego niż
nauczyciela -?prawda?
Wzięła głęboki oddech.
-?Nie szukam młodszego chłopaka -?zapewniła, licząc, że jej suchy ton
ukryje zmieszanie.
-?Jedziesz w końcu na ten obóz muzyczny? Phil zgodził się zapłacić Czy
to nie jest gdzieś w jakimś urokliwym miejscu, na przykład we Włoszech?
-?zapytała Sarah-Jane.
Zoe i Tina podniosły głowy jak dwie surykatki.
-?Jedziesz na obóz?
Lou skinęła głową możliwie obojętnie, zbierając palcem krople wody z kieliszka.
-?Kilka tygodni we Włoszech? -?dopytała Zoe. -?Z panem Romano?
Lou spojrzała w sufit.
-?Tak i tak. Ale to nie romantyczne wakacje z przystojnym Włochem, na
litość boską. To obóz muzyczny z trzydziestką dzieci!
-?I z przystojnym Włochem -?dodała Tina półgłosem. -?Dokładnie tego
potrzebujesz, Lou. A po roku i tak przestanie być nauczycielem Edie.
-?Przez czas obozu nadal będzie jej nauczycielem. Poza tym to nie jest
to, czego "potrzebuję". Potrzebuję trochę dystansu od Phila i spokoju,
żeby ogarnąć... wszystko.
-?Nie słyszałaś "przystojny Włoch"? -?wtrąciła Zoe.
-?Dajcie spokój. Poza tym to chyba nie jest tak, że on naprawdę jest
Włochem, prawda?
-?O, jest -?rzuciła Tina, pochylając się do przodu. -?Urodzony we
Włoszech, mówi po włosku, ma włoski paszport. Prawdziwy, oryginalny
egzemplarz.
-?No dobrze, ale to niczego nie zmienia. Skąd ty w ogóle to wiesz?
Wzruszyła ramionami.
-?Pytanie o takie rzeczy nie jest nielegalne.
Rozmowa zaczynała wymykać się spod kontroli, a Lou miała wrażenie, że
razem z nią wymyka się jej godność.
-?Wyobrażanie sobie romansu z kimś, kto w ogóle nie jest mną
zainteresowany, zdecydowanie nie jest kolejnym krokiem w układaniu sobie
życia -?powiedziała, starając się zabrzmieć ostatecznie.
-?Masz rację -?odparła Sarah-Jane. -?Ale ten wyjazd i tak może być
dokładnie tym, czego potrzebujesz.
-?Cieszę się, że wyjadę.
-?Tylko pamiętaj, żeby znaleźć też czas dla siebie. Odkąd zaczęłam
biegać, jestem dużo szczęśliwsza.
Lou aż zakrztusiła się prosecco.
-?Nie wiem, czy jestem gotowa na takie tortury.
Skrzywiła się, gdy ta myśl przypomniała jej o tych kilku nadprogramowych
fałdkach, których dorobiła się w ciągu ostatnich lat. Ale kiedy
pomyślała o czasie we Włoszech -?o spokoju, ciepłym słońcu, innej sztuce
i architekturze -?nagle zobaczyła w tym szansę.
-?Ale mam pewien pomysł.
Zignorowała wymienne, pełne niepokoju spojrzenie Tiny i Zoe.
-?Mam przed sobą kilka tygodni poza domem. Znajdę w sobie jakiś talent.
Liczyła na oklaski i entuzjastyczne kiwanie głowami, ale przyjaciółki
tylko patrzyły na nią w milczeniu. Tina wyciągnęła do niej rękę z wyraźnym współczuciem.
-?Lou...
-?Mówię poważnie. -?Cofnęła rękę. -?Musi być coś, w czym jestem dobra!
Będę próbować wszystkiego, aż to znajdę.
Kobiety spojrzały po sobie ponad stołem.
-?Przynajmniej będzie się przy tym dobrze bawić -?powiedziała
Sarah-Jane.
Lou się roześmiała, wreszcie zadowolona z podjętej decyzji.
-?Zobaczycie. Wrócę i będę najlepszą wyplataczką koszy, jaką w życiu
widziałyście.
-?Nie wiem, czy we Włoszech wyplata się kosze.
Lou uśmiechnęła się szeroko.
-?Ja też nie wiem. Ale chętnie się przekonam.
* * *
Nick odtrącił dłoń matki, kiedy znów sięgnęła w stronę jego krawata.
Wystarczyło, że jego kołnierzyk był tak wykrochmalony, że nadawałby się
na pole bitwy. Nie potrzebował jeszcze krawata, który będzie go dusił
jak za czasów szkoły średniej.
Musi się wyprowadzić. Po prawie trzech miesiącach mieszkania z matką
tracił resztki godności przy każdym kolejnym praniu. Nie wspominając o tym, że opóźniał jej planowany powrót do Włoch. Właśnie przeszła na
emeryturę i po szesnastu latach spędzonych w Wielkiej Brytanii
postanowiła przyjąć propozycję jego dziadków i pomóc w rodzinnym
gospodarstwie. Miał nadzieję, że u podstaw tej decyzji leżała także chęć
zamieszkania w tym samym kraju co jego ojciec, który nigdy nie opuścił
Mediolanu.
Zamiast jednak zaczynać nowy etap życia, cofała się -?przychodziła na
jego koncerty i poprawiała mu krawat, jakby znów był nastoletnim
cudownym dzieckiem, a nie statecznym nauczycielem muzyki.
-?To nie Royal Albert Hall, mamo -?mruknął. -?Idź już na swoje miejsce.
Muszę zebrać dzieciaki.
Wyjrzał na scenę, gdzie ustawiono krzesła dla zespołu skrzypcowego i podesty dla chóru. Technik sprawdzał oświetlenie i Nick zmrużył oczy,
kiedy światło go oślepiło. Westchnął i jeszcze raz poprawił węzeł
krawata, wyobrażając sobie rzędy szeroko otwartych, przerażonych oczu i kakofonię fałszywych dźwięków, podczas gdy jego nieszczęśni uczniowie
będą wiercić się z przejęcia pod ciężarem oczekiwań.
Jedni zniosą to lepiej, drudzy gorzej -?czego on, rzecz jasna, był w pełni świadomy.
Zespół skrzypcowy w tym roku był wyjątkowo słaby. Starał się nie myśleć
o tym, że tego wieczoru będzie nie tylko dyrygował, ale też grał. Od
dawna nie występował na scenie, ale nie miał wyboru. Jeśli nie podeprze
drugich skrzypiec, zgubią się, a uczniowie, rodzice, znajomi i nauczyciele będą skazani na rozstrojone wycie instrumentów w rękach
grupy wiercących się dzieciaków w wieku od dziewięciu do jedenastu lat.
Może i tak nie da się tego uniknąć, ale musiał chociaż spróbować.
Odepchnął od siebie trudne wspomnienia i ruszył do garderoby, gdzie -
miejmy nadzieję -?rodzice zdążyli już odstawić wszystkie dzieci. I tak
pewnie będzie musiał szukać jednego czy dwóch.
-?Nick?
Zatrzymał się gwałtownie, słysząc swoje imię przy wejściu na scenę. O Boże, tylko nie teraz. Powstrzymał westchnienie i rozejrzał się, czy
jego matka już poszła.
-?Naomi -?powiedział bez entuzjazmu.
Podeszła do niego miękkim, niepewnym krokiem i uniosła twarz. Zawahał
się na ułamek sekundy, po czym uznał, że musi pocałować ją w policzek.
Nawet jej zapach wywołał w nim falę mdłości -?razem z dobrze znanym
dodatkiem w postaci poczucia winy. To nie była jej wina, że miał za dużo
własnych problemów, by stworzyć normalny związek.
-?Mogę tu być? Wciąż miałam bilet, więc pomyślałam...
-?Jasne -?skłamał, mając nadzieję, że odczyta jego mowę ciała i szybko
zniknie na widowni. Przy jego i tak napiętych nerwach i odpowiedzialności za rozemocjonowane dzieci, obecność Naomi była
ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował.
To nie była jej wina.
-?Wszystko w porządku? -?zapytała, unosząc dłoń, żeby odgarnąć mu włosy
i przesunąć palcami po jego czole.
Spróbował się nie wzdrygnąć, ale najwyraźniej mu się nie udało. Jej
spojrzenie opadło, a usta zacisnęły się w coś, co u Naomi uchodziło za
grymas niezadowolenia. Była uosobieniem łagodności i ciepła -?stworzona,
żeby być ulubioną nauczycielką najmłodszych dzieci. A po sześciu latach
budowania bliskości i wspólnych planów zostawił ją z dnia na dzień.
Nadal nie wiedział, jak to jej wytłumaczyć -?czy w ogóle potrafi to
zrobić.
-?Muszę przygotować dzieci.
Drzwi prowadzące na kulisy otworzyły się gwałtownie i do środka wpadła
Edie, niemal potykając się o własny futerał na skrzypce. Nie zdziwiło go
jej spóźnienie, jednak gniewny, wręcz piorunujący wyraz jej twarzy
szczerze go zaniepokoił.
Edie zawsze była zaangażowaną i wrażliwą uczennicą, ale pod koniec
poprzedniego roku coś się zmieniło i Nick nauczył się rozpoznawać jej
chwiejne nastroje. Jej gra stała się wręcz obsesyjna, w miarę jak na
kolejne lekcje przychodziła coraz bardziej emocjonalnie obnażona. W końcu dowiedział się od innych nauczycieli o rozwodzie jej rodziców.
Choć Edie milczała, on czuł wszystkie te emocje, które przelewała na
instrument podczas gry. Ile razy sam postępował dokładnie tak samo jako
chłopiec?
Robił, co w jego mocy, by lekcje muzyki stały się dla niej bezpieczną
przystanią. Pozwalał jej po prostu być, nie dając po sobie poznać, że
czujnie ją obserwuje, gotów podać jej rękę, gdyby zaczęła się załamywać.
Podejrzewał jednak, że Edie jest silniejsza, niż sama myśli. Jej matka
natomiast...
"Louise" -?jak teraz kazała o sobie myśleć -?weszła za nią, patrząc
bezradnie w ślad za córką. Zawsze wyglądała, jakby pędziła przez życie,
balansując na bombie z opóźnionym zapłonem.
Przez lata, odkąd uczył Edie, celowo nie zwracał na nią uwagi. Skupiał
się na dzieciach, nie na rodzicach. A potem Louise pojawiła się pod jego
salą muzyczną z zapłakaną twarzą i w pogniecionym stroju, a on z przerażeniem uświadomił sobie, że w tej właśnie chwili dzielący ich
dystans zawodowy bezpowrotnie pryska.
Ale dziś liczyła się Edie -?zwłaszcza że miała zagrać dwa utwory solowe
i występowała zarówno w zespole skrzypcowym, jak i w chórze. Nie
zatrzymywał się na myślach o długich, ciemnych włosach Louise, które
rzadko były ułożone, ale zawsze wyglądały dobrze, ani o jej luźnym
swetrze, który sprawiał wrażenie niedbałego i... swojskiego.
Przywitał się z Edie, gorączkowo szukając na swojej twarzy pogodnego
wyrazu, który zdołałby ją uspokoić:
-?Wszystko w porządku?
Starał się mówić lekkim tonem. Kiedy jednak spróbowała coś powiedzieć, z jej krtani wydobył się tylko stłumiony szloch. Nick zerknął
porozumiewawczo na Louise. Posłała mu wymuszony uśmiech, przepraszając
go samym wzrokiem. Rzuciła Naomi szybkie spojrzenie, w którym mimo
starań dało się wyczytać ciekawość. Kark Nicka zapłonął żywym ogniem;
oczyma wyobraźni widział, jak Louise układa już sobie w głowie opinię o jego eks.
-?Jej tata nie przyjdzie -?mruknęła Louise.
Edie znów pociągnęła nosem i pobiegła w stronę garderoby. Nick potrącił
Louise, gdy oboje ruszyli za nią. Odsunęła się gwałtownie i odgarnęła
włosy z twarzy gestem, który kompletnie go rozproszył, więc zdołał
jedynie wykrztusić ciche przeprosiny.
-?Zobaczymy się później, Nick?
Odwrócił się do Naomi, zastanawiając się, jak długo wpatrywał się w Louise. Skrzywił się, widząc jej łagodne spojrzenie.
-?Muszę już iść -?powiedział, zbyt ostro ją zbywając.
Podążył za Louise do foyer, gdzie uderzył go szum rozmów, ogólny
niepokój i znajomy zapach tremy. Odetchnął głęboko, walcząc z wrażeniem,
że ta gęsta atmosfera zaraz go udusi. Edie stała sztywno, ściskając
futerał skrzypiec. Jak zwykle miała idealnie uczesane włosy i nienaganny
mundurek, aż po falbanki przy skarpetkach. Podszedł bliżej i usłyszał
końcówkę urywanej próby pocieszenia ze strony Louise.
-?Następnym razem na pewno przyjdzie.
-?Nie obchodzi go to -?odpowiedziała Edie cicho, niemal łamiącym się
głosem. -?To po co mam się starać?
Jej emocje udzieliły mu się, jak zresztą za każdym razem. To właśnie
najwspanialsza i jednocześnie najbardziej przeklęta strona tego zawodu.
W końcu uczył szczerego, emocjonalnego sposobu porozumiewania się, w którym nie było miejsca na fałsz.. Nie dało się ograniczyć do ćwierćnut
i legato. Trzeba było mierzyć się z dziećmi przeżywającymi swoje
staccato w życiu, nuty wiązane, synkopy -?a czasem takie momenty, kiedy
nagłe sforzando wywracało wszystko do góry nogami.
Ale to nie była próba. To był efekt ciężkiej pracy i pasji Edie -?i nie
pozwoli, żeby ktokolwiek jej to odebrał.
Zniżył się, próbując odnaleźć jej uciekające spojrzenie. Na jego twarzy
wykwitł nikły uśmiech, gdy napotkał oczy błagające o wyjaśnienia,
których nie potrafił jej udzielić.
-?Zaczynamy rozgrzewkę, Edie -?oznajmił łagodnie. -?Nie ćwiczyłaś
allegra na darmo.
Dostrzegł, że dotarło do niej to, co starał się jej z całą łagodnością
wytłumaczyć. Wiedział, że gra właśnie jedną ze swoich ukochanych
kompozycji. Doskonale rozumiał, jak to jest pozwolić palcom latać nad
ostrymi strunami i zwyciężać nad potokami nut -?kontrolować dźwięki,
kiedy cały świat wokół wydaje się pozbawiony sensu.
Przez ułamek sekundy mocniej uścisnął jej ramię.
-?To, że go tu nie ma, nie ma nic wspólnego z tobą ani z tym, ile pracy
w to włożyłaś. Zawiódł cię, ale wiem, że jeśli tylko chcesz, możesz
wyjść na scenę i sprawić, że Händel byłby z ciebie dumny.
Uśmiechnęła się.
-?On nie żyje od, no, trzystu lat.
Nick się zaśmiał.
-?Jeszcze nie aż trzystu. Dopóki nie sprawisz, że zacznie się przewracać
w grobie, wszystko powinno być w porządku.
Przytaknęła mu, mocniej zacisnęła dłonie na skrzypcach i skierowała się
tam, gdzie leżały pozostałe instrumenty. Kiedy Nick uniósł wzrok,
zobaczył, że Louise wciąż patrzy za Edie, a jej twarz wykrzywia wyraz
głębokiego strapienia.
-?Będzie dobrze -?zapewnił ją. -?Lepiej nie robić z tego wielkiej
sprawy. Trema jest czymś naturalnym.
Jej wzrok znów spoczął na nim, zmącony poruszeniem, którego nie
potrafiła już ukryć.
-?Wiem. Dla niej muzyka jest rozwiązaniem, nie problemem.
Przygryzła wargę, przyglądając mu się uważnie. Znów poczuł ciepło na
karku. Naprawdę nie potrzebował dodatkowego powodu, żeby patrzeć na jej
usta. Co się z nim działo? Dotąd trzymanie dystansu nigdy nie było
problemem.
-?Dziękuję -?mruknęła.
Machnął ręką, bagatelizując jej wdzięczność; chciał jedynie, by
odwróciła wzrok i przestała go w ten sposób świdrować oczami.
Uśmiechnęła się.
-?No to... powodzenia i tak dalej.
Zamarł, a jego reakcja musiała być aż nadto widoczna, bo jej uśmiech
natychmiast zniknął.
-?Co?
Potrząsnął lekko głową i zmusił się do uśmiechu.
-?Nic.
-?O cholera! -?rzuciła, unosząc ręce. Mówiła gestami więcej niż jego
włoskie babcie. -?Nie powinno się życzyć powodzenia, prawda?
-?To głupi przesąd. -?Niestety wbito mu go do głowy, kiedy był jeszcze
podatny na takie rzeczy. -?Ale "cholera" działa -?dodał.
-?Co?
-?Możesz powiedzieć "merde" na szczęście. To po francusku...
-?Wiem. -?Znów się uśmiechała, lecz był to uśmiech delikatniejszy,
naznaczony szelmowskim ognikiem. Nick poczuł lekki niepokój, ten wyraz
twarzy nieodparcie kojarzył mu się ze szpilkami i występami w pełnym
kobiecym rynsztunku. -?To jedno z niewielu francuskich słów, jakie znam.
Życzę ci więc dużo merde.
Powinien ją pożegnać i wrócić do pracy, ale odwracanie uwagi od własnych
nerwów też miało swoje zalety -?przynajmniej tak sobie wmawiał.
-?Właściwe wyrażenie to "in bocca al lupo".
-?To dla mnie czarna magia. -?Wzruszyła ramionami.
Uśmiechnął się.
-?Właściwie to włoski.
-?Na "cholera"?
Roześmiał się. W tle rozległ się przeciągły zgrzyt smyczków na strunach,
ale jeszcze przez chwilę patrzył na nią z uśmiechem.
-?Nie. To znaczy coś w rodzaju "w paszczę wilka". To życzenie
powodzenia, szczególnie dla śpiewaków operowych, ale dla orkiestry też
pasuje.
-?Czyli rzucacie się tam na pożarcie stadu wyjących wilków?
Opis był bliższy prawdy, niż się jej wydawało.
-?Płacących wilków -?poprawił. -?Wilki, które płacą czesne, ku wielkiej
uciesze komitetu rodzicielskiego.
Cofnęła się nagle i zmierzyła go wzrokiem z udawanym zdumieniem.
-?Panie Romano, nie miałam pojęcia, że ma pan poczucie humoru!
Wiedział, że żartuje, a mimo to poczuł, jak rumieniec rozlewa się od
karku aż po policzki. Głośny zgrzyt skrzypiec sprawił, że drgnął. Uniósł
brwi z lekkim grymasem.
-?Uczę ich. Poczucie humoru to wymóg tego zawodu.
-?Mówi pan o naszych anielskich dzieciach?
-?O tych, które zaraz rzucę wilkom, tak.
-?No dobrze, to... berokka de lupus czy jak to było. Idę do wilków.
-?Crepi -?odpowiedział odruchowo.
Kiedy uniosła pytająco brwi, dodał:
-?Niech zdechnie.
-?Wy, muzycy, jesteście szaleni.
Rozdział 3
Lou znalazła swoje miejsce, czując się dziwnie lekka. Jeszcze niedawno
kipiała w środku złością na Phila -?tak bardzo, że Edie na pewno
zauważyła "parę buchającą jej z uszu" -?ale teraz już w ogóle o nim nie
myślała. Nawet kiedy musiała zdecydować, które z trzech miejsc z biletu
zająć, nie wróciło to przytłaczające uczucie zawodu i zdrady.
Jej uśmiech stał się nagle tak lekki, jakby pociągnęła go w górę chmura
balonów z helem. Wystarczyło, że mrugnęła, a pod powiekami znów
pojawiały się jego dołeczki i ten ujmujący rumieniec. Nie miała pojęcia,
że trzydziestosześcioletnie matki przechodzą coś w rodzaju odwróconego
okresu nastoletniego, gdy trafiają na przystojnych, młodszych
nauczycieli. Życie pełne było niespodzianek. Może to było trochę
niewłaściwe, ale uznała, że należy jej się coś w rodzaju rekompensaty za
cały ten rozwodowy koszmar ostatnich miesięcy.
I tak nic by z tego nie było. Tina i Zoe się myliły. Jakiekolwiek
romantyczne -?czy bardziej intymne -?relacje z mężczyznami były poza
grą, dopóki nie poukłada sobie w głowie rozwodu -?kiedykolwiek to
nastąpi. A ta ładna, młoda kobieta, z którą pan Romano tak żywo
rozmawiał, kiedy Lou przyszła, tylko potwierdzała, że jej zauroczenie
jest całkowicie jednostronne i nigdy nie zostanie odwzajemnione -?ani
tym bardziej zrealizowane. Czy to jednak odbierało jej prawo do
zerknięcia na jego tyłek podczas występu?
Na imię miał Nick. Trochę zwyczajnie, ale w jakiś sposób do niego
pasowało. A gdy dodać do tego "Romano" i jego zdolność rzucania w jej
stronę włoskich zwrotów, całość tworzyła całkiem przyjemne urozmaicenie
piątkowego wieczoru.
Widownia pełna rodziców, dziadków i rodzeństwa wierciła się na ciasnych
siedzeniach. I tak było to lepsze, niż ściskanie się w szkolnej sali
gimnastycznej, ale korzystanie z eleganckiego teatru w pobliskiej
prywatnej szkole średniej kosztowało sporo -?i pieniędzy, i wysiłku.
Przynajmniej sala była pełna, więc rada rodziców na pewno będzie
zadowolona z zebranych funduszy.
W przyszłym roku wszystko się zmieni -?Edie pójdzie do szkoły średniej.
Uśmiech Lou lekko przygasł, więc szybko odsunęła od siebie myśli o decyzjach, które razem podjęły, i o tym, czy kiedykolwiek dowie się, czy
były słuszne.
Na razie miała plan na lato, a dziś nie ona była najważniejsza. Edie
była bohaterką.
Światła przygasły, a publiczność ucichła. Cichy brzęk zwrócił uwagę Lou
na starszą kobietę obok, która otwierała małe pudełko z cukierkami.
Kobieta złapała jej spojrzenie i uśmiechnęła się, podsuwając jej puszkę.
-?Dziękuję -?szepnęła Lou i sięgnęła po małego, okrągłego cukierka.
W półmroku nie była w stanie odczytać napisu na opakowaniu, więc
wrzuciła go do ust -?i natychmiast się skrzywiła. Co to było? Kobieta
uśmiechnęła się i skinęła głową, a Lou odwzajemniła uśmiech przez
grymas, zastanawiając się, czy jej język właśnie ulega trwałemu
uszkodzeniu. Była w tym jakaś cytrynowa nuta, ale zupełnie nie taka jak
w znanych jej cukierkach. Bardziej gorzka niż słodka, z ostrym, ziołowym
posmakiem, który całkowicie dominował.
Ssała cukierka tak długo, jak mogła, ale w końcu poddała się i rozgryzła
resztę, żeby mieć to za sobą. Kobieta znów na nią spojrzała, więc Lou
szybko przybrała uprzejmy uśmiech.
Na scenie zapaliły się światła i dyrektorka szkoły wyszła na środek,
dziękując wszystkim za przybycie i rozwodząc się nad pracą oraz
osiągnięciami dzieci. Gdy zapowiedziała pana Romano, ten wyszedł na
scenę pewnym krokiem, z wymuszonym uśmiechem na twarzy.
Lou pozwoliła sobie przez chwilę nacieszyć oczy jego szerokimi ramionami
i smukłą sylwetką -?szczególnie dobrze prezentował się w czarnym
garniturze. Ale kątem oka zauważyła kobietę obok i aż podskoczyła, gdy
zorientowała się, że ta wciąż się do niej uśmiecha. Lou odwzajemniła
uśmiech i zapadła się w fotelu. Przyłapana na gapieniu się na
nauczyciela przez babcię od obrzydliwych cukierków. Przynajmniej
najgorszy moment wieczoru miała już za sobą.
Chór zaczął wchodzić na scenę -?rząd dzieciaków, z których każde na
własną, odmienną modłę wydawało się nieporadne i zagubione. Edie
promieniała z tylnego rzędu. Po każdej próbie wracała do domu tanecznym
krokiem, a wizja dzisiejszego krótkiego występu wprawiała ją w prawdziwą
ekscytację. Lou z satysfakcją myślała o tym, że letni obóz muzyczny
obliguje wszystkich do śpiewania w chórze. Edie kochała skrzypce, ale to
właśnie chór sprawiał, że rozkwitała.
Dzieci przepychały się i wierciły, aż pan Romano uniósł ręce i jednym
krótkim gestem je uspokoił. Dał znak akompaniatorowi, a potem jednym
zdecydowanym ruchem ożywił chór. Lou patrzyła tylko na Edie i pilnowała,
żeby nie zerkać na pana Romano, ale gdy utwór zbliżał się do punktu
kulminacyjnego, jego obecność znów przyciągnęła jej uwagę. Budował
crescendo ruchami rąk, a ramionami łagodził dynamikę. Pochylał się nad
uczniami, skupiając ich na sobie intensywnością swojego spojrzenia.
Kolejny utwór był piosenką popową -?z przyjemną melodią i delikatnym
pulsem rytmu. Pan Romano poruszał ramionami i wydobywał z dzieci miękkie
brzmienie, a uśmiechy na ich twarzach od razu ożywiły wykonanie. Kiedy
odwrócił się, by dać znak dziewczynce z szóstej klasy do partii solowej,
Lou zauważyła, że porusza ustami, śpiewając razem z nimi.
Lou rozejrzała się nerwowo, ale nikt inny nie wyglądał na zarumienionego
-?nawet uśmiechnięta babcia obok, która najwyraźniej doceniłaby
przystojnego mężczyznę równie mocno jak swoje kwaśne cukierki. Czy tylko
Lou zauważała to... fascynujące dyrygowanie?
Otrząsnęła się i skupiła na Edie -?z błyszczącymi oczami, śpiewającą z całych sił. Gdyby ktoś jedenaście lat temu powiedział jej, że będzie się
tak czuła, patrząc na własne dziecko, nie uwierzyłaby. Edie była
wrażliwa, czuła i zabawna -?i wszystko to było widać, kiedy wykonywała
muzykę, którą kochała. Serce Lou ściskało się z zachwytu.
Dzieci nabierały pewności siebie z każdą kolejną zwrotką, a pan Romano
trzymał je w ryzach -?wskazywał ręką, kiedy wyprzedzały tempo, i delikatnymi ruchami palców zachęcał do lżejszego brzmienia. A potem
nagle znów je podkręcił, poruszając ramionami tak, jakby kontrolował
dźwięk jakąś nadprzyrodzoną siłą.
Chór trafił w ostatni dźwięk i przeciągnął go, a wszystkie oczy były
skierowane na pana Romano. Jednym zdecydowanym ruchem ręki dał znak
zakończenia. Zacisnął pięść i lekko nią potrząsnął, pochylając się w stronę uczniów, jakby dzielił z nimi zwycięstwo. Włosy miał w nieładzie,
a oddech przyspieszony.
Lou rozumiała, dlaczego Edie tak uwielbia lekcje muzyki. Pan Romano
sprawiał, że wszystko ożywało. Przez chwilę nawet zapragnęła być
uzdolniona muzycznie, ale dawno już pogodziła się z tym, że jej radość z muzyki znacznie przewyższa jej umiejętności. Publiczność wybuchła
oklaskami i okrzykami, jak to tylko dumni rodzice potrafią, a pan Romano
nagle znów stał się sobą -?trochę niezręczny, stojący z boku, rumieniący
się, kiedy wskazywał na uczniów i klaskał nad głową razem z nimi. Edie
zeszła ze sceny wraz z resztą chóru, z podniesioną głową, ale pan Romano
został z boku, z rękami splecionymi przed sobą i szeroko rozstawionymi
nogami.
Dyrektorka również zaczęła klaskać, stojąc przy mikrofonie i czekając,
aż oklaski ucichną.
-?Nasz chór jest absolutnie wspaniały i słucha się go z prawdziwą
przyjemnością -?powiedziała, wywołując kolejną falę braw. -?Teraz
zapraszamy kolejnych uczniów, którzy zaprezentują utwory doskonalone
podczas indywidualnych lekcji. Cieszymy się, że w naszej szkole możemy
oferować naukę gry na skrzypcach i fortepianie i że możemy dziś usłyszeć
naszych uczniów, niezależnie od tego, czy uczą się od sześciu miesięcy,
czy od sześciu lat. Jako pierwsza wystąpi uczennica klasy szóstej,
pasjonatka muzyki, Edie Saunders.
Lou sięgnęła do torebki i zaczęła gorączkowo szukać telefonu. Oczywiście
Edie była pierwsza. Zaklęła pod nosem i upuściła telefon, gdy Edie
weszła na scenę przy uprzejmych brawach. Myśl o wysłaniu nagrania
Philowi sprawiła, że ręce jej się trzęsły, ale musiała to zrobić. Lou
pragnęła, by to zobaczył; czuła potrzebę, by w ten pasywno-agresywny
sposób skazać go na wyrzuty sumienia za to, że zawiódł ich córkę.
Pan Romano pomógł Edie ustawić nuty na pulpicie, uśmiechnął się do niej
i usiadł przy pianinie. Lou nerwowo stukała w ekran telefonu, ale
zatrzymała się, gdy babcia obok położyła jej stanowczo dłoń na ramieniu.
Lou podniosła wzrok.
Kobieta skinęła głową w stronę telefonu.
-?Ja nagram. Ty oglądaj.
Lou spojrzała na nią, czekając na jakiś haczyk. Ale troskliwy uśmiech i błysk porozumienia w oczach kobiety były nie do odrzucenia. Lou włączyła
aparat i podała jej telefon.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki