- A więc
décidement idziesz pan do domu?
- Décidément.
- Szkoda! szkoda!.. Poszlibyśmy trochę na Szkarpy, potém na
Rury, potém... jakże to się na żywa?
- Na Pohulankę...
- Aha! aha! na Pohulankę... Napilibyśmy się mleka prosto od
krowy... Pan wiész...
une vache... ciepłe mléko... delicye... potem wrócilibyśmy
do miasta i wpadlibyśmy na chwilę, gdy szwaczki idą do pracowni...
i pensyonarki do konwiktów...
Ii y en a!.. A ładne to, a młode... a...
des anges!.. décidément!.. des anges!..
Mówiąc te słowa, Melunio Orlicki krzywił się, marszcząc swą
twarz, twarz podobną do przegniłej gruszki, podciągnął w górę brwi
nakreślone grubo czarną mazią na skórze bez śladu zarostu i oczy
swe czerwone, obwieszone dokoła workami ze skóry, a zaciągnięte
bielmem starości, ku niebu ciągle podnosił.
Odziany był w wielki płaszcz czarny z peleryną, który wlókł
mu się po ziemi i plątał pod stopami; na głowie, cokolwiek na
bakier, z pewną fantazyą, szapoklak wspaniały, przyklejony do
płasko ułożonych i wyczernionych silnie włosów.
Majowy ranek był zimny; stary Melunio trząsł się z
wiosennego chłodu, lecz junacko pierś starego
vi-veur'a naprzód wystawiał. Lśniący gors koszuli balowej,
w drobniuchne zakładeczki cały, cokolwiek zwiędły w atmosferze nocy
balowéj, bielił się pomiędzy fałdami płaszcza. Nos Melunia był
siny, cera trupia; wargi obwisły, nitka śliny sączyła się powoli,
spadając na wyfiksaturowaną hiszpankę.
Lecz Melunio wracać do domu nie chciał. Obrzmiałemi oczyma
po przestrzeni ulicy Jezuickiej wodził, powtarzając:
-
Des anges!.. des anges!..
- Stojący naprzeciw niego Wielohradzki zaledwie mógł utaić
swoje zniecierpliwienie.
- Na podobne wycieczki trzeba miéć siły hrabiego! - wyrzekł
wreszcie, zapinając szczelnie pod szyję swoję palto -
Ii fait diablement froid, a kotylion trwał dłużej niż
zwykle...
-
Oui! oui! - odparł z roztargnieniém Melunio. - Trzeba miéć
mes forces i moją siłę życiową.
Uśmiechnął się, pokazując nagle cały rząd sztucznych zębów.
Złoto haczyków, ciemna chorobliwa massa kauczuku zagrały w
blaskach wschodzącego słońca.
-
J' irai seul!.. - dodał z komiczną rezygnacyą.
- Żegnam hrabiego!..
- Żegnam! żegnam!..
Melunio rączkę, podobną do ręki kościotrupa, lecz starannie
opiętą w jasną rękawiczkę, z fałd peleryny wysunął.
Wielohradzki, widząc ten giest, swą prawą dłoń już
wyciągnął.
Lecz Melunio kilka razy tylko swą ręką w powietrzu potrząsł,
nie podając jéj bynajmniéj Wielohradzkiemu.
- Żegnam!..
Zawrócił się i sztywno, prosto, skrzypiąc lakierkami, iść
zaczął.
Za nim wlókł się tren płaszcza, zgarniając kurz uliczny i
świeże kałuże wody, ociekłe z konewek i dzbanków sług, które co
chwila przebiegały wzdłuż chodników przechylone, zaspane, z
roztarganemi włosami, pełnemi pierza i zardzewiałych szpilek.
Wielohradzki szybko iść zaczął pod górę ulicy, mruknąwszy
przez zaciśnięte zęby:
- Stara mumia!..
Myśl, iż "stara mumia" nie podała mu ręki, wprowadzała go w
zły humor. Gryzł ładne różowe usta, palcami miął kieszenie palta.
Błękitne oczy, duże, wypukłe, lecz mimo to dość sprytne, biegały
teraz ze złością po pustéj ulicy. Nozdrza nosa, dużego, lecz
niezmiernie kształtnie wykrojonego, poruszyły się nerwowo.
I znów z poza zaciśniętych, drobnych, jak u myszy, zębów
wypadł syk:
- Stary idyota!..
Tymczasem wstawał tryumfalnie ranek wiosenny, biały różowy,
liliowy, pełen delikatnych, pastelowych tonów.
Wszystkie te światła, te smugi, biel jasna i czysta powoli
rozświetlającego się ponad domami nieba zdawała się istnieć po za
jakąś taflą szklaną, która łamała światło i przepuszczała je
napozór złagodzone, lecz błyszczące zimniejszym blaskiem.
Okna kamienic, zamknięte, zakryte firankami, tu i owdzie
krwawiły się purpurowemi zasłonami, złociły się żółtą gipiurą lub
zieleniały od szmaragdowych jedwabnych stor, bufowanych, jak suknie
prababek.
Dzielnica to była arystokratyczna, uśpiona, cicha.
Wielohradzki szedł wciąż, kurcząc ramiona, strawiony
wewnętrzną gorączką.
Szampan, który podawano u Boteckich, był złej marki i
ciepły, kawałek pasztetu, który zjadł w bufecie dla dotrzymania
towarzystwa hrabinie Gwozdeckiej - nieświeży, w mazurze mylono się
ciągle w
chaîne i figura z zaprzęgiem chybiła efektu wskutek
niezdarności kobiet, upuszczających ciągle końce chustek, które
miały reprezentować lejce; w dodatku ten idyota Melunio nie podał
mu ręki...
Stanowczo: dzisiejsza noc była... pechową!
Spojrzał przed siebie i przeraził się tą dużą przestrzenią,
którą miał jeszcze do przebycia.
- Nie dolezę! - pomyślał, ciskając się coraz więcej w ataku
nerwowym.
Nagle na skręcie ulicy pojawiła się jakaś postać w długiéj,
ciemnej sukni.
Wielohradzki, jak każdy mające wypukłe źrenice, był
krótkowidzem.
Dostrzegł jednak fałdy spódnicy, które wiatr rozwiewał, i
duży oskrzydlony kapelusz.
Szybko rozpiął swe palto i rozrzucił klapy podbite
jedwabiem.
Zabłysnął gors koszuli, zmięty i zwiędły, krawat jak
postronek, kołnierzyk wykładany, z rogami zawiniętemi ku górze.
Lecz na klapach fraka zajaśniały srebrem, zlotem, barwami
turkusów, rubinów, szmaragdów olbrzymie ordery kotylionowe.
Przez pierś krzyżowały się szerokie wstęgi, obwijając tors
Wielohradzkiego jakby powijakiem jaskrawych barw, jakichś
fantastycznych legij, orderów, znaków zaszczytnych, zdobytych na
poległych setkach trupów nieprzyjacielskich.
Ordery błyszczały, mieniły się, grały kolorami tęczy.
Niektóre, gazowe, ustrojone sztucznemi różami, fijołkami,
niezapominajkami, miały w sobie lekkość motyli; niektóre,
obwieszone brzękadłami, dzwoniły wyzywająco. Na samym środku, na
tle szafirowéj, morowéj wstęgi rozkładało się olbrzymie słońce, a w
niém kot czyścił but, z którego wyrastały lilie. Lecz już owo
słońce wspaniałe niknęło co chwila, kryte przez kościaną grzechotkę
ze srebrnemi grelotkami, zawieszoną na szyi za pomocą różowéj
wstążki. Świstawka, trąbka i flecik dopełniały kolekcyi. Na brzuchu
tańczyła duża, prawdziwa rzepa w siatce purpurowej, przyczepiona do
pasa nabijanego gwiazdami, z błękitnéj, jasnéj gazy.
Wielohradzki oczy zmrużył i szedł tak dumny i zwycięski z
rozpiętém paltem, dzwoniąc brzękadłami, grelotkami, błyszcząc
motylami orderów, jakby pancerzem, utkanym z cacek kosztownych i ze
srebrnych i złotych nici.
Postać czarna zbliżała się powoli ku niému, a on przybrał
teraz minę znudzonego dandysa. Usta wygiął w podkowę i szedł jak
lalka w tem słońcu wiosenném, zgrabnie stawiając dość duże, lecz
wązkie stopy, obute w nowe, błyszczące lakierki.
Nagłe na twarzy wodzireja odbiło się znów niezadowolenie.
Stanowczo nie miał dziś szczęścia!
Sądził, że to jedna z "dam", - ktoś z towarzystwa, śpieszący
na mszę ranną lub na wody do Jezuickiego ogrodu.
Tymczasem, był to stary ksiądz, w długiéj, fałdzistéj
sutannie i wielkim kapeluszu o kresach podniesionych.
Ksiądz poszedł powoli, pocierając ręką o swój sinawy
podbródek.
Wielohradzki, zły, nagle popadły w śmieszność, zapinał
szybko swe palto, czując teraz chłód, który się przez szczelinę
gorsu koszuli wkradał.
Lecz teraz, powoli, ulica zapełniła się ludźmi śpieszącymi
do swych zajęć, do biur, do sklepów, po pożywienie.
Jakkolwiek dzielnica była arystokratyczna, toć jeszcze była
tu falanga gęsta i liczna tych, co obsługę pełnili i drobne lokale
na tyłach kamienic zajmowali - nieśmiało kurcząc się, przemykając
cicho wśród owego spokoju uśpionych "państwa" po za firankami z
czerwonego lub żółtego jedwabiu.
Teraz, o porannéj porze, wysuwali się z bram ciężkich, przy
których połyskiwały metalowe guziki dzwonków. Byli to ludzie ubrani
czysto, ciemno, z widoczną starannością i chęcią nieobrażenia
estetycznych pojęć osób zamieszkujących fronty kamienic. Kobiety
zwłaszcza szły z jakąś godnością, przybierając mimowoli ton i
maniery hrabin i dam spotykanych często na przejściu bramy lub na
asfalcie chodnika.
I kobiety te przeważały, sunąc ku miastu, ukrywając
starannie pod fałdami długich rotund koszyki z jarzynami i odrobiną
mięsa, a niosąc z ostentacyą książki duże, o wyzłoconych
grzbietach, z klamrami, jedyny luks i zbytek nabyty oszczędnością
wśród mizernych kłopotów szczupłego budżetu.
Wszystkie te kobiety miały wygląd dewotek, tych czarno
ubranych motyli trzepocących skrzydłami wielkiego kapelusza dokoła
ogniska, roznieconego dla nich białemi rękami dam z arystokracyi.
Tuliły się do téj dzielnicy skurczone, pomarszczone, pokorne
na pozór - legion czarny i dziwny, wiecznie do siebie podobny, o
masce pełnej pretensyi, patrzący z góry na nędzarzy przygodnych -
tworząc arystokracyę nędzy i nosząc z dumą hidalga rozwiany welon
swego wiecznego wdowieństwa, nos czerwony spiczasty, i ową czarną
torbę, która była rodzajem broni, tornistra i całego ładunku tej
specyalnej pomiędzy kobietami armii.
I było ich setki, tysiące, legiony, nietylko we Lwowie,
nietylko w Austryi, ale wszędzie, gdzie tylko "arystokracya"
zamurowuje się w pewnej dzielnicy miasta.
Wielohradzki, zirytowany zawodem, jaki go spotkał, szedł
teraz z paltem zamkniętém i jedynie pod szyją rozchylił nieco
kołnierz, aby pokazać wspaniały order "
Króla kotylionu", zawieszony tuż pod krawatem na
blado-zielonéj wstążce.
Niektóre z czarno ubranych kobiet witały go skinieniem
głowy. On oddawał im ukłon z tą samą miną, z jaką Melunio Orlicki
pożegnał go przed chwilą.
- A!.. a!.. pan Tadeusz!.. zkądże to? od kogo?..
- Od Boteckich! - odrzucił niedbale Wielohradzki.
Czarno ubrana kobieta wzniosła w górę oczy.
- A! godny dom!.. wielcy państwo!..
- Żegnam panią!.. - rzucił jéj przez plecy młody człowiek.
Ręką nawet powachlował kilka razy w powietrzu.
- A mamunia, zdrowa?.. - pytała czarno ubrana dama.
Lecz nie było odpowiedzi.
Wielohradzki przyśpieszał kroku, czując się coraz więcéj
zmęczonym.
Teraz tu i owdzie przed bramę wychodzili lokaje, stangreci,
świéżo ubrani i ogoleni, w kamizelkach i fartuchach, niektórzy w
pantoflach filcowych na płaskich, ordynarnych nogach.
Stróże oczyszczali chodniki; dopomagały im żony, odziane w
jasne kaftaniki.
Na balkonie jednéj z kamienic pojawiła się pokojówka i
zaczęła wynosić z głębi salonu doniczki z palmami. Jasna jéj głowa
tonęła w massie liści, które rozwiewały się wysoko, tworząc nad jéj
włosami las zielonych wachlarzy.
Kilka kropli wody spadło z wazonu na ulicę.
Stróż, młody chłopak o ciemnych oczach i zdrowych zębach,
podniósł głowę i pogroził dziewczynie miotłą.
Pokojówka pokazała mu język i zaczęła śmiać się, zatykając
usta kułakiem.
Stróż śmiał się także, a lokaj, założywszy ręce na brzuchu
pod fartuchem, dogadywał ochrypłym głosem dowcipy, od których
dziewczyna kryła się aż za gąszcz palm i po za wyzłoconą balustradę
balkonu.
Wielohradzki minął tę grupę, zakrywając ręką swój złocisty
order.
Wiedział bowiem, iż na tych ludzi wspaniałość jego trofeów
kotylionowych nie działa: przeciwnie, do ironii i żartów pobudza.
Lokaj powiódł za nim wzrokiem i, widząc poły fraka
wysuwające się z pod krótkiego paletka, zapytał z ironią w głosie:
- A nie potrza tam u panny
frotera?
Dziewczyna przechyliła się przez balkon.
- Bez co się mnie pan o to pyta?
Lokaj ręką wskazał na oddalającą się sylwetkę
Wielohradzkiego.
- A bo!.. - wyrzekł - no!.. tam...
Dziewczyna aż kucnęła ze śmiechu pomiędzy palmami.
Tymczasem Wielohradzki dochodził już do bramy kamienicy,
którą wraz z matką zamieszkiwał.
Zły humor jego wzrastał.
Zapiął nawet teraz szczelnie kołnierz od palta i nasunął
szapoklak głęboko na oczy.
Słońce bowiem wiosenne, jasne i przejrzyste, zaczęło
przebijać chmury i słać złote strzały (uśmiechnięte gońce) w
błękitne źrenice młodego człowieka.
Lecz źrenice te, od pyłu posadzek balowych i migotliwego
blasku sztucznego oświetlenia zmęczone, biły powiekami, jak
jaskółki skrzydłami.
Tadeusz słońca, jasności i czystego powietrza nie lubił.
Z bramy kamienicy wyszła powoli młoda dziewczyna, prowadząca
za rękę małego chłopczyka w szarym, zbyt krótkim paltociku.
Dziewczyna była blada, prawie żółta, i tylko oczy jéj
wielkie, czarne świeciły wśród bladej maski twarzy i czerniały
zdaleka.
Odziana była dziwacznie, niezgrabnie, z pewną ubogą a smutną
pretensyą.
Więc - jersey ciemno-czerwony, jersey złego gatunku, gdyż
pod trykotową tkaniną sterczały brutalnie fiszbiny gorsetu. Na
wierzchu od szyi ku stanowi kawałek zmarszczonej satyny, w kremowe
i czerwone kratki, stanowił klassyczną kamizelkę. Spódnica szara,
zbyt krótka z przodu, z tylu wlokła się po ziemi. Na kształtnej i
ładnie uczesanej głowie kapelusz kastorowy z rozfryzowanem piórem.
Pomimo téj pstrokacizny, dziewczyna potrafiła jednak
zachować pewien kształt, wdzięk, urok młodzieńczy.
Drobna była, szczupła, z gorsem zapadłym.
Wyglądała, nie na młodą dziewczynę, lecz na dziewczynkę
dorastającą.
Aureola włosów słonecznych ratowała jéj urodę: słońce włosów
i przepaścista czerń oczów.
Chłopczyk, którego prowadziła, był podobny do niej, jak
cień: mały i skurczony.
Miał główkę ostrzyżoną przy skórze, czerwone pończoszki,
buciki z rozluźnioną gumą, tabliczkę z szyfrem pod pachą i
kieszenie wypchane massą nieokreślonych przedmiotów.
Idąc, piszczał:
- Żeby tak Tecia kupiła chleba świętojańskiego.
- Nie! - odparła młoda dziewczyna - kupię ci papatacz, to
zdrowsze!..
Malec podciągnął nosem.
- Nie lubię papatacza - piszczał - chcę chleba
świętojańskiego...
- Aha! żebyś znów pestki popołykał... Jutro rano!
Nagle urwała i stanęła w ponsach.
Spostrzegła Wielohradzkiego.
Mimowolnym, a każdej kobiecie właściwym ruchem sięgnęła ręką
ku grzywce.
Przypomniała sobie, iż dzisiaj nie zapiekła żelazkiem
włosów, śpiesząc się odprowadzić Felka do freblowskiéj szkoły.
Lecz Wielohradzki, najeżony, napuszony, z brodą utopioną w
kołnierzu palta, przemknął szybko, dotykając ręką kresów
szapoklaka.
Dziewczyna niezgrabnie oddała ukłon i pociągnęła Felka za
rękę.
- Chodź prędzéj... spóźnisz się!..
- A kupi Tecia chleba świętojańskiego?
Lecz Teci nagle nosek poczerwieniał i powieki szybko mrugać
zaczęły.
- Chodź!.. - zawołała, zaciskając zęby - kupię! tylko nie
skrzecz mi nad głową.
----------
Tymczasem Wielohradzki, przeszedłszy
wspaniałą bramę i asfaltem wyłożony dziedziniec, zaczął wspinać się
po schodach oficyny, w któréj na dole mieściły się stajnie i
wozownie lokatorów frontowéj części domu. Schody te, przeznaczone
dla służby, ciemne były i niewygodne.
Lecz Wielohradzki, dobywszy ostatek sił, sadził po trzy i
cztery stopnie, aż zatrzymał się na czwartem piętrze przede
drzwiami swego mieszkania.
Sięgnął do kieszeni palta, chcąc wyjąć klucz, lecz drzwi
otworzyły się na oścież i ukazała się czarna jama zupełnie ciemnego
przedpokoju.
Wielohradzki wszedł i, przestępując próg, wyrzekł szybko
znudzonym głosem:
- Dzień dobry, mameczce! Proszę bardzo mameczki nie robić mi
wymówek za moje opóźnienie. Kolacyę podano bardzo późno... Kotylion
trwał dwie godziny, a późniéj jeszcze tańczyliśmy białego mazura..
Umieram ze znużenia...
W kącie przedpokoju zaszeleściała suknia kobieca.
- Widzisz, Tadeczku... Namiestnictwo...
Wielohradzki ręką klamki szukał w ciemności i nareszcie,
otworzywszy drzwi, rzucił niedbale:
- To i cóż?.. Namiestnictwo nie ucieknie..., wszyscy z mego
kąta byli u Boteckich... Charłupko, Wojsa, Dobrojowski... wszyscy
przyjdą późniéj.. poszli do łaźni... A zresztą!..
Décidément...
Machnął ręką i ostrożnie szapoklak z głowy zdejmować zaczął.
- Niech mi mameczka da jaką tacę! - zawołał.
Za chwilę wsunęła się do pokoju "mameczka", niosąc dużą
blaszaną tacę.
- Proszę cię, mój Tadziu - wyrzekła, podając tacę, na którą
Wielohradzki zaczął wysypywać z szapoklaka całe massy malutkich
bukiecików, owiniętych w koronki i blondyny.
- Bukieciki? - zdziwiła się matka.
- Tak!.. dla kaprysu Muszki Dobrojowskiéj zmieniłem zwykły
porządek. Och! tylko na jeden
tour. Panie dostawały ordery, my zaś bukieciki...
Lecz
décidément nie jest to porządek klasyczny. Tak!.. dla
rozrywki... dla kaprysu...
Bukieciki leżały teraz na tacy, zwiędłe, zmięte,
zniszczone...
- Zabrałem tę trochę... resztę musiałem zostawić... miałem
dwadzieścia siedem....
- O! o! - zdziwiła się matka.
Była to kobieta wysoka, silnej budowy, odziana skromnie,
lecz niezmiernie czysto, we flanelowy ciemny szlafrok i filcowe
pantofle.
Dwa pasma siwiejących włosów zakrywały uszy małe, zręcznie
wykrojone. Owal twarzy, trochę tłuszczem podbródka zepsuty, był
niémniej jeszcze piękny, a dołek w brodzie nadawał cechę jakiegoś
figlarnego wdzięku. Nos piękny, prosty, arystokratyczny, oczy
podobne do oczu syna, błękitne, wypukłe, czoło nizkie i kształtne,
przecięte dwiema zmarszczkami.
Widocznem było w téj kobiecie pochodzenie rasowe i staranne
pielęgnowanie ciała, chęć pozostania miłą dla oka, nawet w chwili
krytycznego ku starości przejścia.
Jedynie ręce były zniszczone i czarne, paznogcie zjedzone
ługiem i mydłem, pomimo gliceryny i coldcreamu, którym nacierane
były.
Świadczyły one o pracy domowéj, ciężkiéj i niemiłéj, o braku
posługaczki, o bieliźnie, pranéj po nocach, o samowarze i rondlach,
szorowanych cegłą.
Lecz jeśli ręce były zużyte, postać cała trzymała się
prosto, z fantazyą, z szykiem damy, z pewną dystynkcyą
zdetronizowanej królowéj.
Błękitne źrenice patrzyły z pod przymrużonych powiek, a usta
miały arystokratyczne, niedostrzeżone skrzywienie.
Flanela szlafroka była tania i biedna, lecz szlafrok miał
tren i fałdę
Vatteau, spadającą od karku, po którym wiły się drobne
siwe włosy.
Wielohradzka wzięła w rękę jeden z bukiecików i zaczęła
przyglądać się kwiatom.
- Białe fijołki!.. - wymówiła, kręcąc głową.
- Och!.. akcesorya kotylionowe były niezłe, nawet bogate...
ale kolacya fatalna!.. struli mnie majonezem i jakąś mieszaniną
naśladującą pasztet.
Wielohradzka porwała się i zaczęła biedź w stronę kuchni.
- Nastawię samowar! - zawołała.
Lecz on wstrzymał ją ruchem ręki.
- Nie, nie... barszcz wystarczy. Jest barszcz?..
- Naturalnie... jednakże ja radzę ci...
Tadeusz za głowę się złapał.
- Błagam mamę... błagam mamę, niech mama nic nie radzi,
głowa mi pęka!..
Głos jego brzmiał ostro, krzykliwie - niecierpliwym ruchem
zaczął ściągać z ramion palto.
Jedna z gwiazdeczek zaplątała się o guzik.
Tadeusz zaczął szamotać się, zgrzytając zębami ze
zdenerwowania.
Wielohradzka, która stała już na progu kuchni, zbliżyła się
ku niemu.
- Pomogę ci! - wyrzekła łagodnie.
Zręcznie, szybko odplątała wstążkę. Tadeusz zesunął palto i
schwycił matkę za rękę.
- Przepraszam mameczkę - wyrzekł dość potulnie - zapomniałem
się przed chwilą... ale... jestem dziś szalenie zdenerwowany!..
Wielohradzka przesunęła ręką po jego niemal przy skórze
ostrzyżonéj głowie.
- Ja wiem... ja wiem... - wyrzekła - ja to rozumiem! ja się
nie gniewam.
Morze miłości macierzyńskiéj było w jéj błękitnych oczach.
Zachrobotało coś koło drzwi wejściowych.
- To Tecia!.. - zawołała Wielohradzka - kazałam jéj
przynieść świeże
salzsztangi - może zjész jedną z barszczem.
Tadeusz skrzywił się wykwintnie.
- Wątpię!..
- Spróbujesz!..
Pobiegła do przedpokoju otworzyć drzwi. Podszewka jéj
szlafroka, złatana z kawałków jedwabiu, szumiała po wyfroterowanej
sosnowej podłodze.
Do pokoju weszła Tecia.
Ochłonęła już ze swego wzruszenia.
Ukłoniła się niezgrabnie, nie patrząc nawet na Tadeusza,
który przyglądał się swym zębom i uszom w lustrze, i położyła kilka
bułek na brzegu stołu.
Jedna z nieb, długa
salssztanga, obsypana kminkiem i solą, osunęła się na tacę
pomiędzy bukieciki.
Lecz Tecia nie zwróciła na ten szczegół uwagi, tylko
podeszła ku oknu i pudło z maszyny do szycia, stojącej we framudze,
zdejmować zaczęła.
W kuchni Wielohradzka krzątała się, nalewając barszcz do
dużéj filiżanki.
- Odprowadziłaś Felka? - zapytała, podnosząc głos.
Tecia zarumieniła się gwałtownie.
- Tak, proszę pani.
- A wstąpiłaś do babki?
- Tak, proszę pani.
- Ma wszystko, co jéj potrzeba?
- Tak, proszę pani; ale o dwunastéj będę musiała pójść, żeby
drzwi otworzyć, bo przyjdą te panie od świętéj Eulalii, żeby babcię
obejrzéć...
- Ą nie wiész, kto przyjdzie?
- Nie, proszę pani...
- Dobrze - weź tymczasem tę aksamitną pelerynę pani
Kozanackiéj i odpruj frendzlę. Mamy z tego zrobić kapelusz
"rydikiul" i mufkę... A żwawo.
- Dobrze, proszę pani.
Tecia sięgnęła na stół, na którym leżała złożona w serwecie
peleryna.
Tadeusz odwrócił się skrzywiony i zadzwonił brzękadłami,
które miał na piersiach i biodrach.
- Cóż ten barszcz?
- Już gotów!..
Wielohradzka ukazała się we drzwiach.
- Niech mameczka zaniesie do mego pokoju. Wypiję,
przebierając się. Gdzież ta salzsztanga?
Do stołu się zbliżył i nagle bułkę pomiędzy kwiatami ujrzał.
- Kto to wrzucił bułkę pomiędzy bukiety? - krzyknął. - Pewno
panna Tecia... Panna Tecia wiś, że dotykać się do moich kwiatów i
orderów nie wolno...
Wyrzucił salsztangę i ze złości zaczął gnieść i tak
zgniecione bukieciki.
- O! o!.. jakie to wszystko pomięte!.. jak to wszystko
wygląda!.. to skandal!.. to zgroza!.. Przecież tego do archiwum
włożyć niepodobna...
Teci ręce drżały.
Wzięła pelerynę i chciała oddalić się od stołu. Nagle
dostrzegła, jak z potrząsanych przez Tadeusza bukietów wypadła na
ziemię maluchna zwinięta karteczka.
Tadeusz zirytowany bił się teraz po gorsie koszuli.
Wszystkie brzękadła dzwoniły, jak orkiestra w jarmarcznéj budzie.
- Jak Boga kocham! - krzyczał - w tym domu utrzymać nic nie
można... wszystko się...
Nagle urwał.
Tecia podawała mu ów znaleziony maluchny bilecik.
- Wypadło z bukietów!.. - wyrzekła, nie patrząc na Tadeusza.
On umilkł nagle, porwał karteczkę i, nie rzekłszy ani słowa,
wpadł do swego pokoju i drzwi zatrzasnął.
Z kuchni wysunęła się cicho Wielohradzka.
- Dlaczego Tecia nie uważa? - zaczęła szeptać, prostując
pomięte bukieciki. - Tadzio jest dziś bardzo rozdrażniony i
zmęczony, byle co go w złość wprowadza... Trzeba uważać!
Tecia, dławiąc, się od łez, usiadła na krześle i zaczęła
pruć pelerynę.
Obok niéj - na wysokim stołku bez oparcia - zasiadła
Wielohradzka i wyjęła z kieszeni okulary, które na nos włożyła.
- Tecia nie ma czego beczyć! - zaczęła znów półgłosem -
tylko na drugi raz należy uważać! Tecia wić, że pan Tadeusz
przynosi zawsze do domu najładniejsze akcesorya i chowa do swego
archiwum. Dosyć trudu i pracy kosztuje go zdobycie tych pięknych
rzeczy... przytem, to są pamiątki, dowody jego zręczności,
"preferencyi", jaką mu dają damy przed innymi mężczyznami... To
wszystko ma swoją cenę, i Tecia powinna zrozumieć, dlaczego pan
Tadeusz tak bardzo dba o te wszystkie ordery i emblemata...
Lecz Tecia nie chciała nic zrozumieć, tylko podciągała
zaczerwienionym noskiem i zawzięcie próła frendzlę, z któréj
podnosiły się tumany wiekowego kurzu.
Wielohradzka tymczasem nawlokła igłę, wpięła ją w stanik i,
wstawszy, zaczęła szukać linijek i figurek metody Głodzińskiego,
które sterczały w dużym koszyku tuż obok okna.
- Trzeba przerysować talię pani Kokonieckiej - wyszeptała -
pani Kokoniecka bowiem trochę przytyła, i dawny patron na nic się
już nie przyda.
I znalazłszy wszystkie linijki, centymetry, kółeczka i
ołówki, zaczęła rysować na kawałku glasy obszerną talię pani
Kokonieckiéj.
----------
Tymczasem Tadeusz zbliżył się
do maluchnego, umieszczonego w górze okienka i czytać zaczął ową
karteczkę wypadłą z bukietu.
Kartka owa widocznie była oderwana z balowego karnetu, gdyż
był to gruby papier, naśladujący nieźle pergamin, mający kształt
listka koniczyny. Cieniuchnemi literkami pośpiesznie nakreślone
były słowa:
Demain, chez les Jesuites, six heures.
Attendez a l'entrée.
M.
Twarz Tadeusza rozjaśniła się nagle
niekłamaną radością.
Pokręcił głową, przeczytał raz jeszcze karteczkę, obejrzał ją
na wszystkie strony i nareszcie od okienka odstąpił.
- Proszę!.. proszę... - wyrzekł sam do siebie przez
zaciśnięte zęby.
Zaczął zdejmować z siebie akcesorya kotylionowe i układał je
starannie kolejno na stole, przykrytym jutową serwetą.
Poczem zdjął frak, kamizelkę i zaczął ściągać lakierki.
Wdział filcowe pantofle i skierował się ku umywalni. Dzbanek pełen
ciepłej wody stał obok konewki napełnionej zimną deszczówką. Gąbki,
włochate ręczniki, rękawice do nacierania pleców i szyi wisiały w
systematycznym porządku. Flakon z wodą kolońską i pudełeczko z
kredą stały obok mydła, benzoesu, szczoteczek i pilniczków.
Na te wszystkie przybory, świadczące o doskonałéj chęci
pielęgnowania ciała, padało światło smutne, skąpe, przyćmione.
Ów pokój, zajmowany przez Wielohradzkiego, był pokojem bez
okna, opatrzonym jedynie w rodzaj niewielkiego jednoszybowego
otworu, wykrojonego wysoko, prawie pod samym sufitem.
Ukośny promień światła wpadał więc i nie rozświetlał wiele w
tej małéj przestrzeni, w któréj łóżko żelazne, pokryte wełnianym
kocykiem, i umywalnia były głównemi sprzętami. Mały stolik,
półeczki, na których drzemało kilka zapylonych książek, pudełeczko
ze spinkami, koszyk ze zniszczonemi rękawiczkami balowemi, szczotki
i flaszeczka doskonałych perfum angielskich - dopełniały
umeblowania.
Na łóżku, porządnie ułożony, leżał codzienny garnitur
Tadeusza i koszula, w któréj gors wpięte były spinki. Obok stały
wyczyszczone buty i laska, zwieszało się z krzesła palto i
kastorowy kapelusz.
Tadeusz ubierał się powoli, nie śpiesząc się, szczotkując,
starannie włosy, skrapiając kark i szyję wodą kolońską.
Przeglądał się w małem lusterku, zawieszoném nad umywalnią,
i wytarł delikatnie i dyskretnie wąsy i włosy olejkiem rycinowym,
zaprawionym esencyą heliotropową.
Zmienił bieliznę i włożył codzienny garnitur.
Poczém odświeżony, powróciwszy do humoru i równowagi, lecz
mając jeszcze ciągle resztki
katzenjammeru, wypił duszkiem filiżankę czystego barszczu
i zagryzł go ową nieszczęsną salzsztangą.
Wziął ze stołu karteczkę, przeczytał raz jeszcze, uśmiechnął
się, pokręcił znów głową i schował kartkę do pugilaresu. Uderzył w
tamburyno, zagrzechotał grzechotką, zagwizdał na fleciku i już
zupełnie dobrze usposobiony gotował się do wyjścia.
Przejrzał się jednak raz jeszcze w lustrze, i powróciwszy do
stołu, policzył ordery.
Poczém drzwi otworzył i wszedł do pokoju, w którym pracowały
Tecia i Wielohradzka.
Zastał tylko jedynie Tecię, gdyż Wielohradzka krzątała się
znów w kuchni, przygotowując rogalik, który on codziennie do
namiestnictwa z sobą zabierał, i tam o 12-éj zjadał w towarzystwie
hrabiów i innych obiecujących młodzieńców, pełniących funkcyę
concept-praktykantów, funkcyę będącą pierwszym szczeblem
dyplomatycznéj i państwowéj karyery.
Wszedłszy więc do pokoju, Tadeusz ujrzał samą Tecię, stojącą
przy stole i układającą systematycznie kawałki po prutéj peleryny,
z któréj miała być mufka, kapelusz i "rydikiul" dla pani
Kozanackiéj.
Tadeusz krótką chwilę spoglądał na posmutniałą dziewczynę.
Był teraz w dobrym humorze; woda kolońska, którą kark
wytarł, barszcz, karteczka, naznaczająca mu
rendez vous, zabarwiły mu życie różowo.
Zbliżył się do Teci i, biorąc delikatnie w palce, na których
błyszczały, jak jasne opale, wyszlifowane gładko paznogcie, guzik
swego palta, wyrzekł, udając obojętne roztargnienie:
- Nie mogłaby mi panna Tecia przymocować tego guzika?
Oderwałem go, chcąc zdjąć z szyi gwizdawkę.
Tecia spiesznie zaczęła igłę jedwabiem nawlekać.
- Dobrze... ja przyszyję!
Podeszła posłuszna i już uradowana tonem jego głosu,
żądaniem przysługi, o którą mógł się przecież zwrócić do matki.
On, patrząc na ten pośpiech, zaczął się uśmiechać.
- Niech się panna Tecia nie śpieszy. Mnie do biura nie
pilno!
Lecz jéj pilno było zadowolnić jego żądanie. Tyranizował ją
od lat dwóch, od chwili, kiedy babka oddała ją do "pomocy" pani
Wielohradzkiéj. Wszystkie zmiany jego humoru, kaprysy nerwowca,
człowieka, szamocącego się nie w swojéj sferze, odbijały się, jak w
zwierciadle, na sposobie, w jaki traktował tę dziewczynę, zakochaną
w nim do szaleństwa.
Wiedział o tém, miłość tę tolerował, bawił się nią,
wywoływał ją, zachęcał, a czasem maltretował, kopał i szydził.
Wychowany przez matkę, do lat szesciu nosił sukienki
dziewczęce i długie zakręcone w loki włosy. Bawił się lalkami i
wykałał im oczy, przeglądając się późniéj w tych szklanych
źrenicach, które trzymał do światła, badając, czy nie dojrzy czegoś
nadzwyczajnego w tych perełkach turkusów lub dżetu.
Miał wszelkie cechy kobiety, połączone z niektóremi
odcieniami, właściwemi jedynie mężczyźnie. Było to głównym jego
czarem, urokiem, ta mieszanina podwójna i nieokreślona.
Wiedział o niéj i, łasząc się, jak duża płowa kotka,
tyranizował matkę i nieszczęsną Tecię, któréj serce miało ciągłe
palpitacye pod połamanemi fiszbinami gorsetu.
I teraz, gdy zbliżył się ku niej, zwycięski i pachnący, ręce
jéj dygotały, jak w febrze. Uczepiła się klapy palta i szyć
zaczęła, pochylając nizko głowę... On patrzył na tę massę złocistą
włosów, spiętą zręcznie na czubku głowy szpilkami z celluloidu. Bił
z tych włosów odurzający zapach orzecha, jakaś woń młodości, pomimo
anemii, widocznie trawiącéj dziewczynę.
- Dlaczego się Tecia na mnie chmurzy? - zapytał szeptem,
rozdmuchując swym oddechem krótkie kręcone włosy, pokrywające kark
dziewczyny.
Ona wzruszyła ramionami i szyła daléj, nie mogąc znaleźć
słowa odpowiedzi.
- Nie trzeba się na mnie gniewać!.. - szeptał znów Tadeusz z
uśmiechem. - Tecia wie, że jestem zwykle rozdrażniony, gdy z balu
powrócę... że mam "kociokwik"... A przytem nie trzeba bułek kłaść
na kwiaty. Będzie o tém Tecia pamiętała?
- Będę!.. - odparła cichutko dziewczyna.
- To bardzo dobrze... a teraz... proszę podnieść główkę... i
popatrzéć mi prosto w oczy...
Lecz dziewczyna ładnym chłopskim ruchem zakryła twarz
spracowaną ręką.
- Proszę mi spojrzeć w oczy!.. - nalegał Tadeusz.
Tecia powoli oderwała rękę od twarzy i podniosła na Tadeusza
swe olbrzymie czarne źrenice.
W téj saméj chwili jednak poczuła na lewéj skroni gorące
usta młodego chłopaka.
Cofnęła się szybko, zmieszana, ciągnąc za sobą nitkę
jedwabiu przymocowaną do palta.
Tadeusz tryumfował, śmiał się, podkręcając cienkie wąsy.
- Przestraszyłem... co?.. - pytał.
Ona, rumiana nagle, trzymała teraz oczy wlepione w ziemię.
Nagle urwała nerwowo nitkę i wpięła igłę w kamizelkę.
- Gniewa się jeszcze Tecia?.. - pytał Tadeusz.
Lecz już w téj chwili wchodziła Wielohradzka, trzymając w
ręce rogalik zawinięty w papier.
- Mam doskonały twarożek i masło majowe, świéże... -
wymówiła nieśmiało - może nasmarować ci bułkę?.. Zjész z
apetytem...
Tadeusz wzruszył ramionami.
- Co téż mamcia wygaduje! - wyrzekł zgorszony. - Do czego to
byłoby podobne, gdybym jadł twaróg w obecności... tych panów!
- Mógłbyś wyjść na kurytarz...
- Naturalnie, żeby mnie woźni widzieli. Mamcia nie wie, jak
u nas, w namiestnictwie, trzeba być ostrożnym, ażeby nie wpaść w
śmieszność. Nie mam ochoty zostać takiém pośmiewiskiem, jak
Kafthan...
Wielohradzka wzruszyła ramionami.
- Co téż ty pleciesz!.. Kafthan to karykatura... widziałam
go kilka razy u Jezuitów. Rozumiem, że się z niego śmieją...
- Tak! tak się to zdaje, ale paść na języczek któremu z tych
panów, to człowiek zgubiony.
Enfin niech mamcia da rogalik, bo idę do budy!
Wziął w rękę rogalik i ostrożnie wsuwał go do kieszeni.
- A cukier jest?
- Jest, włożyłam dwa kawałki.
- Dobrze!
Od pewnego czasu "ci panowie" wprowadzili w modę jedzenie na
drugie śniadanie rogalików suchych i pogryzanie kawałkami cukru.
Naturalnie, Tadzio musiał także jeść suche rogaliki i ssać
cukier.
Wielohradzka, niezadowolona, kręciła głową.
- Mógłbyś wziąć choć plasterek szynki...
- Ależ nie! nie!
Zbliżył się do matki układnie i wziął ją za rękę.
- Mamuś!.. daj mi kilka papierków na papierosy.
- A twoja pensya?
- Fiu!.. na dachu - rękawiczki, krawat jedwabne skarpetki...
cóż tam taka marna pensya!
Wielohradzka sięgnęła do kieszeni szlafroka.
- Masz pięć guldenów, tylko oszczędzaj! - prosiła. -
Kropielnicki dziś przysyła po ratę.
- Po ratę... za co?
- Za twój frak czerwony. Nie pamiętasz?..
Tadeusz uderzył się w czoło.
- Ach!..
si! si! pamiętam teraz... myślałem tylko, że to już
zapłacone od świętéj pamięci...
Décidément pamięć tracę!
Przejął ten wyraz francuski od Melunia Orfickiego i szafował
nim wobec osób, które Melunia nie znały.
Schował pięć guldenów do pugilaresu, cmoknął matkę w ramię i
obejrzał się po pokoju.
- Skoro wrócę do domu, ułożę bukiety i ordery w archiwum! -
wyrzekł, idąc już ku drzwiom.
I nagle, wspaniałomyślnością zdjęty, szerokim, uprzejmym
giestem tacę z bukiecikami wskazał.
- Możecie panie wziąć sobie po jednym bukieciku... - wyrzekł
uprzejmie, lecz natychmiast dodał:
- Bierzcie tylko te, które mają podartą koronkę... całe
proszę zostawić!..
Wysunął się do przedpokoju, zginął w ciemnej głębi i nagle
ukazał się znów na progu, mrugając na matkę w tajemniczy sposób.
- Mamo!.. proszę mamy tu na chwileczkę!..
Wielohradzka wysunęła się z szelestem.
W przedpokoju Tadek ją za rękę złapał.
- Zostawiłem trzydzieści dwa ordery!.. wyszeptał -
trzydzieści dwa!.. niech mamcia pamięta!..
Wielohradzka ramionami wzruszyła.
- Dobrze!.. będę pamiętała... ale dlaczego mi to mówisz?
wiész, iż nikt tam nie wchodzi, tylko ja i Tecia...
- Wiem, wiem... ale strzeżonego Pan Bóg strzeże! Trzydzieści
dwa: gwizdawka, tamburyno, trąbka, flecik, uprząż, baletowa
spódniczka, fałszywy nos, sześć szarf i rzepa w siatce... Wszystko
policzone!.. A teraz idę!.. do widzenia mamci!..
Cmoknął ją w rękę i drzwi wejściowe otworzył.
- A prosiłbym wyprasować mi na dziś wieczór koszulę...
- Czy idziesz na bal?
- Och!., na niewielką
kręciołkę do Andrzejewiczów... nic szczególnego... mało
osób z towarzystwa... Przyrzekłem prowadzić... muszę!.. Niech
mamcia wyprasuje którą z tych dawnych, gładkich: tam się na modzie
nie znają!..
- Dobrze... mógłbyś jednak wypocząć...
- Nie mogę!.. dałem słowo!..
enfin décidément uciekam!
I zbiegł ze wschodów jak huragan.
Wielohradzka wróciła do pokoju i, wziąwszy z tacy dwa
pomięte bukieciki, jeden z nich podała Teci, która teraz bardzo
pilnie wyskubywała nitki z poprutéj peleryny.
- Ma Tecia! - wyrzekła Wielohradzka - niech Tecia sobie
sceruje koronki manszetu i zasuszy fijołki, będzie miała Tecia
ładną pamiątkę.
Tecia wzięła w rękę bukiecik i machinalnie zaczęła palcem
wiercić pomiędzy kwiatami.
Wielohradzka patrzyła na nią zdziwiona.
- Co też Tecia wyprawia? - zapytała surowo - czego Tecia
szuka pomiędzy kwiatami?
Dziewczyna zarumieniła się gwałtownie i szybko położyła
bukiecik na oknie.
- Musiała znów Tecia czytać jakie romanse! - ciągnęła
Wielohradzka, chowając swój bukiecik do małéj szkatułki - i zaraz
się Teci wydaje, że w bukietach kryją się listy i jakieś tajemnicze
przesyłki... Niech sobie Tecia to wybije z głowy... Pisarze
komponują fakty, które z życiem nie mają nic wspólnego. Zresztą -
domy, w których Tadzio bywa, są to najpierwsze domy w Galicy i, a
panienki w nich są dobrze wychowane i nie mają nic wspólnego z
heroinami powieści, któremi nas obecnie autorowie częstują...
Tecia milczała, pochyliwszy nad robotą swą złotowłosą głowę
- złotą całą od promieni słońca, które wiosennym snopem przez okno
wbiegało - a po ustach dziewczyny przemknął się cień smutnego
uśmiechu.
Wielohradzka zabrała się do swych linijek, kółek i ołówków;
Tecia wyskubywała wciąż nici pokłótemi igłą palcami.
Zaległa wielka cisza, tylko z oddali dolatywały siekące tony
fortepianu.
Pięć tonów systematycznie biło powietrze, szło w górę i powracało
jak koń, wprzągnięty w koło karuzeli.