O co tak właściwie toczy się ta wojna? O obalenie reżimu ajatollahów, który porwał Iran i jego narody w 1979 roku i pomimo licznych zbrodni oraz represji wobec własnych obywateli i tworzenia chaosu w całym regionie i w świecie islamu nadal ma 20-30 proc. gorliwych obrońców.
Bibi nie jest człowiekiem ideologii, jest człowiekiem czynu, który zrobi wszystko, co konieczne, aby utrzymać pozycję państwa... i swoją.
Benzion Netanjahu
28 lutego 2026 roku rozpoczęła się wojna irańska, której konsekwencje świat będzie odczuwał przez najbliższe dekady. Imperium amerykańskie wraz ze swoimi regionalnymi sojusznikami rzuciło się na zablokowany od 47 lat kraj rządzony przez ajatollahów wyczekujących powrotu ukrytego dwunastego imama Mahdiego, który ma zmienić świat i przywrócić praworządność oraz sprawiedliwość dla ludzkości. Jednak ajatollahowie nie czekali biernie z rękoma założonymi na swoich turbanach na ten moment konfrontacji, o którym od dekad wieszczono, ale jednocześnie za każdym razem odradzano. Islamska Republika została zaatakowana po tygodniach napięć i wykonała dokładnie to, przed czym sama przestrzegała - kraje Zatoki zostaną zaatakowane, cieśnina Ormuz zablokowana, a regionalne projekty, takie jak libański Hezbollah czy rebelianci Huti, będą nękali sąsiadów i rozszerzą areał wojenny z Zatoki na cały Bliski Wschód, a być może nawet poza ten obszar. Iran nie odkrył "Ameryki", ale niestety Ameryka zupełnie nie znała Iranu, skoro dała się zaskoczyć całkowicie przewidywalnym i zapowiadanym od dekad irańskim działaniom na wypadek uderzenia największej potęgi militarnej w dziejach. Dodatkowo, mylący się w zeznaniach, czyli faktycznych celach tej wojny, Donald Trump nie ułatwia sobie i sojusznikom kryzysowej sytuacji.
O co tak właściwie toczy się ta wojna? O obalenie reżimu ajatollahów, który porwał Iran i jego narody w 1979 roku i pomimo licznych zbrodni oraz represji wobec własnych obywateli i tworzenia chaosu w całym regionie i w świecie islamu nadal ma 20-30 proc. gorliwych obrońców przy totalnej bierności reszty Irańczyków, którzy nie wiedzą, co ma im do zaproponowania Trump, zamiast dobrze znanych realiów, w których "jakoś da się żyć". Czy może istotą tego konfliktu jest projekt atomowy mocno poharatany infrastrukturalnie po wojnie z czerwca 2025 roku, o którym zapanowała wyjątkowa cisza i opinia publiczna nie wie, czy Fordo, Natanz i inne obiekty jeszcze stoją, czy może już są zgliszczami. Co jakiś czas pojawiają się wspominki o tym, że gdzieś w Iranie znajduje się 440 kg wzbogaconego do 60 proc. uranu, ale ani CIA, ani Mosad nie potrafią zlokalizować materiału, z którego irańscy naukowcy bez trudu mogliby w ciągu kilku tygodni wytworzyć nawet do 10 głowic atomowych. Możliwe, że jacyś autentyczni naśladowcy Jamesa Bonda biegają po bezkresnych pustyniach starożytnej Persji w poszukiwaniu wydawałoby się najważniejszego, ale światowa opinia publiczna nie jest o tym informowana, regionalni obserwatorzy zaś nerwowo zwracają uwagę na każde większe trzęsienie ziemi w sejsmicznym Iranie, modląc się do Allaha, aby stale powtarzające się wstrząsy były tylko sprawą natury, a nie próbnej eksplozji.
Spoiwem łączącym reżim i projekt atomowy był rządzący islamską Republiką od 1989 roku ajatollah Ali Chamenei. Irański system teokratyczny w konstrukcji swojego założyciela ajatollaha Ruhollaha Chomeiniego nie może istnieć bez najwyższego przywódcy - rahbara, który ma sprawować władzę pod nieobecność ukrytego imama Mahdiego. W całym zawiłym systemie irańskim, który składa się na system polityczny, teokratyczny oraz Korpus Strażników Rewolucji (IRGC), trzymający nadzór z ramienia rahbara nad całością, to Chamenei był tym, który projekt atomowy odnowił po pauzie swojego poprzednika, który uważał, że atom w ogóle jest niezgodny z islamem. Chamenei natomiast prace i badania salomonowo zainicjował, ale religijnym rozporządzeniem fatwa zakazał doprowadzenia go do atomowego finału. Rahbar chciał, aby Iran zdobył technologię i know how wzbogacania uranu, nie dochodząc przy tym do pułapu mocarstwa atomowego. Oczywiście w chwili próby cały projekt mógłby zostać ukończony, a fatwa mogłaby być cofnięta przez jej autora w każdej chwili zgodnie z uprawnieniami systemowi, niemniej projekt atomowy był jednym z niewielu punktów, w którym większość Irańczyków mieszkająca w Iranie, a także część mieszkająca na emigracji, popierała władze islamskie. Iran ma mieć zdolności atomowe, bo Iran obojętnie, kto obecnie nim rządzi, stanowi imperium predestynowane do roli regionalnego mocarstwa, wszak "ajatollahy mogą przeminąć, a atom zostanie". Niemniej jedyny człowiek od spraw "wojny i pokoju", a więc Chamenei, zginął w pierwszych chwilach wojny, jednak nie spowodowało to chaosu w systemie defensywnym ani teokratycznym, a jedynie w pionie politycznym, który rozmawia z Amerykanami i Arabami w sprawach zawieszenia czy zakończenia tej wojny. Brak Chameneiego spowodował to, że "nie wiadomo, kto rządzi" tak naprawdę w Iranie, a Abbas Aragczi, czyli irański minister spraw zagranicznych, który stał się gwiazdą w krajach globalnego Południa, jest zwalczany przez aktyw powiązany z teokracją oraz IRGC. Jego wysiłki dyplomatyczne przy stole negocjacyjnym często były niweczone przez IRGC, które nie uznaje władzy politycznej wyłonionej w wyborach prezydenckich w 2024 roku.
Do tego chaosu dochodzi jeszcze nietuzinkowość Donalda Trumpa. Trump rozpoczął wojnę, aby obalić reżim, a być może i zlikwidować projekt atomowy. Jednak wraz z działaniami wojennymi i pauzami dyplomatycznymi na pierwszy plan wysuwała się cieśnina Ormuz, przez którą przepływa 20-30 proc. światowej ropy naftowej oraz gazu LNG. Irańczycy zgodnie z tym, co zapowiadali od dekad, zablokowali tę cieśninę i wrócili do taktyki znanej z czasów wojny iracko-irańskiej z lat 1980-1988 - do ataków na tankowce i okręty. Dzięki temu w bardzo tani, ale skuteczny sposób chwycili światową gospodarkę za gardło. Do tego oczywiście doszły wzajemne ataki na infrastruktury naftowe i gazowe po obu stronach Zatoki, wskutek czego rynki i ceny zaczęły szaleć. Chociaż Amerykanie stali się w ostatnich latach największym eksporterem ropy i gazu na świecie, to kryzys dosięgnął też amerykańskiego wyborcę, mimo że Trump obiecywał łatwą wojnę z wrogiem znanym od 1979 roku. Reżim jednak ani nie upadł, ani też nie wiadomo, co się dzieje z jego atomem i uranem, a cieśnina, która przed wojną była wolna i darmowa, ma być dostępna tylko i wyłącznie za opłatą i to w dodatku Irańczycy będą decydowali, kto i kiedy może z niej skorzystać. Oprócz tego przez wiele tygodni nie wiadomo było, kto tak właściwie blokował kogo w Ormuz, a niewykluczone, że w przypływie jakichś kolejnych dealów Trumpa Ormuz pozostanie pod kontrolą amerykańską, chociaż myto za przepływy będzie pobierał Iran. Teheran już sobie wyliczył, że roczny zysk z myta ma wynosić powyżej 100 mld dol.
Chaos i czasami absurdy kreowane zarówno przez Trumpa, jak i stronę irańską, nie są jedyną zawiłością tej czwartej wojny w Zatoce (pierwsza - Irak-Iran 1980-1988, druga - "Pustynna Burza" 1991, trzecia - inwazja na Irak 2003). Stronami w tym konflikcie są też bowiem kraje arabskie oraz Izrael, który po 2 marca stracił zainteresowanie Iranem na rzecz kolejnej próby zniszczenia swojego najgroźniejszego przeciwnika przy granicach - libańskiego Hezbollahu. Sześć arabskich krajów Zatoki, oraz Irak i Jemen stały się kolejną odnogą frontu amerykańsko-irańskiego. Iran, zgodnie ze swoimi zapowiedziami, zaczął rozbijać "szklane domy" Dubaju czy Kuwejtu, przez co kraje te będą musiały przemyśleć swoją przyszłość, albowiem sojusz z Waszyngtonem miał je chronić, a nie powodować destrukcję. Arabia Saudyjska po ogłoszeniu dealu MoU zorientowała się, że Trumpa nie interesują milicje szyickie, takie jak jemeńscy Huti czy Al-Haszd asz-Szabi w Iraku. Huti gnębią Saudów od 2014 roku, a wszelkie pomysły, aby odciążyć Ormuz i zrobić przerzut surowców z Zatoki siecią ropociągów i gazociągów przez zdominowane przez szyitów irackie południe są co prawda logistycznie możliwe, ale politycznie i militarnie nierealne. I nie chodzi tu nawet o złą wolę Bagdadu, ponieważ iracki premier Ali al-Zaidi naprawdę chciałby balansować środowisko, z którego sam się wywodzi (czyli szyitów przychylnych Iranowi), z wielką koncepcją dealu z Amerykanami i krajami arabskimi. Jednak w praktyce bardzo wątpliwe jest, aby przy trwaniu i wzmocnieniu się Islamskiej Republiki po sąsiedzku Al-Zaidi ryzykował wojnę domową, która mogłaby się skończyć rozbiciem Iraku, a południe kraju i tak pozostałoby w irańskiej orbicie.
Osobnym bohaterem tej wojny jest Izrael, któremu przewodzi Beniamin "Bibi" Netanjahu, dla którego ta wojna jest kulminacją, a być może zakończeniem lub przedłużeniem jego dalszej kariery. Celem Bibiego było to, aby potęga amerykańska obaliła reżim ajatollahów, bo wtedy doszłoby do całkowitej reorientacji geopolitycznej Iranu. Iran pozostający w innym systemie niż Islamska Republika nie byłby wrogiem i przeciwnikiem Izraela, lecz jego naturalnym sojusznikiem. I wynika to bynajmniej nie z historii, że Cyrus wyzwolił Izrael spod ucisku Babilonu i zezwolił na odbudowę świątyni w Jeruzalem, jak często lubi podkreślać Bibi. Istotą w tym wypadku jest mapa etniczna i konfesyjna, albowiem w oceanie świata sunnickiego tylko Izrael, Liban, Irak i Iran mają wyraźne wyspy innej religii. Na religijnym Bliskim Wschodzie już to wystarczy do kreowania faktów podstawowych. Dodatkowo ten inny Iran musiałby uwzględniać oddolne antyarabskie nastroje (tym samym odpadłoby wsparcie dla arabskiej Palestyny i szyickiego, ale arabskiego Hezbollahu) i byłby naturalnym rywalem rosnącej w siłę Turcji. Dla Netanjahu, który po tym, jak zobaczył, że reżim jednak nadal istnieje, a system teokratyczny wybrał teoretycznego następcę Chameneiego, było to najważniejsze - skupił się na Hezbollahu, zostawiając Iran Trumpowi. Teheran doskonale odczytał koncepcję Bibiego i nie zamierzał mu jej ułatwiać. Przede wszystkim dopisał Liban do punktu negocjacyjnego z Amerykanami, tym samym to Trump ma naciskać na Bibiego, aby ten zawiesił ataki na Hezbollah, w tym na szyicką dzielnicę w Bejrucie. Bibi w roku wyborczym nie może przed własnym elektoratem oraz przede wszystkim przed Arabami wykazywać, że jest stroną pasywną w relacji z Trumpem, odkładał więc, przekładał i dokonywał różnych forteli, aby to nie Iran decydował o tym, kiedy i jak ma zawieszać kampanie. Dlatego też Izrael przyspieszył własne negocjacje z rządem w Bejrucie (którego częścią i tak jest Hezbollah), aby koncesjonować tymczasową okupację około siedmiu procent libańskiego południa i nie podlegać dyktatowi amerykańsko-irańskiemu, co byłoby dla niego upokarzające.
Tak jak pisałem w mojej poprzedniej książce Nowy Bliski Wschód, sojusz arabsko-izraelski ponad głowami Palestyńczyków jest faktem, co też dokładnie widać w trakcie tej wojny irańskiej. To kraje arabskie w swoim własnym interesie były tarczą antydronową i antyrakietową w czasie dwóch irańskich ataków na Izrael w 2024 roku i w czasie wojny 2025. Izrael przyznał się do tego, że ich systemy i radary były obecne w Emiratach Arabskich, a ambasada izraelska w Bahrajnie również odgrywała ważną rolę w tym obronnym systemie. Natomiast w miarę jak zaognia się konflikt Arabii Saudyjskiej z rebeliantami Huti, coraz bardziej widoczna jest również izraelska asysta, o czym obie strony milczą, jednak wspólny wróg zawsze jednoczy, chociaż uznanie przez Netanjahu suwerenności Somalilandu oraz impas w sprawie palestyńskiej nadal muszą chować te relacje w podziemnym Realpolitik. W książce Nowy Bliski Wschód zakładałem, że "będą zmiany w Iranie", ale nikt nie przypuszczał, że będą szły w globalnym kierunku. Według prognoz amerykańskiego prof. Roberta Pape, zajmującego się w przeszłości Iranem na rzecz Pentagonu i Białego Domu, Iran w tym ustroju może stać się czwartym mocarstwem globalnym po USA, Chinach i Indiach lub przynajmniej bardzo poważnym światowym graczem. To zaś będzie też cementowało dalsze pogłębianie relacji świata arabskiego z Tel Awiwem i potrzebę ułożenia regionalnych stosunków, które zostaną oparte na koncepcji wielkich traktatów oraz spoiw interesów, łączących wycinkowo (mikrosujuszy czy czasowych porozumień, tzw. huld w tradycji beduińskiej), a nie całościowo. Oczywiście pakt Mekki, czyli obronny sojusz Arabii Saudyjskiej, Turcji i Pakistanu, może być jakąś próbą stawiania tamy państwom na literę I - Iranu dla Rijadu, Izraela dla Ankary i Indii dla Islamabadu. Na tę chwilę trudno jednak ocenić realną sprawczość tego dealu wobec zarówno wojny w Zatoce, jak i izraelskiego sojuszu z Grecją (Ateny mają bardzo bliskie relacje z Rijadem) i Cyprem, wymierzonego w Turcję. Trudno też przewidzieć, czy Indie przystąpią do formalnego układu z Tel Awiwem i Abu Zabi, czy jednak nie będą chciały oficjalnie opowiadać się po którejś ze stron. Dodatkowo następną kość niezgody stanowi Syria, która jest pod "kuratelą turecką", co wywołuje wściekłość w Izraelu, jak i sporą nieufność w krajach arabskich, które wiedzą, jakie wrażenie i religijną ekstazę ulicy arabskiej wywołał pochód Ahmada al-Szary w grudniu 2024 roku. Jest to też o tyle ważne, że kraje Zatoki wypychają radykalny islam ze swojej przestrzeni, a finisz wojny syryjskiej był właśnie zwycięstwem dżihadu.
28 lutego 2026 roku zbiegał się z żydowskim świętem Purim, w którym Żydzi obchodzą "cud purimowy" z czasów starożytnej Persji. Szachinszach Ahaswerus, którego historycy utożsamiają z Kserksesem I (486-465 p.n.e), pod wpływem swojego doradcy Hamana podpisał dekret, skazujący Żydów w imperium na śmierć. Za sprawą intrygi Mordechaja i uroków Estery władca Persji zmienił jednak zdanie i pozwolił Żydom zlikwidować swoich wrogów z Hamanem na czele. Rabini na synodzie w Jamni około 90 r. n.e., w czasie ustalania ostatecznego kształtu Tanachu, a więc ksiąg biblijnych, zażarcie dyskutowali nad tym, czy Księga Estery powinna znaleźć się w kanonie. Opowieść to ciekawa i urokliwa, lecz w rękopisie ani razu nie pojawia się imię Boże, a jej wartość dla całego systemu prawnego poświątynnego judaizmu wydawała się znikoma. Wyrzucenie Księgi Estery z żydowskiego księgozbioru nie skazałoby tej opowieści na zapomnienie, albowiem jej tekst był znany w Aleksandrii, od której Żydzi w Ziemi Świętej się odcinali, niemniej po rozważeniu wszystkich za i przeciw uznano, że Estera zostaje i przyda się jako "instrukcja obsługi", albowiem w perspektywie judaistycznej tekst biblijny nie jest treścią zamkniętą, tylko stanowi żyjącą całość uniwersum. Jednak dla takich ludzi, jak Beniamin Netanjahu, skomplikowane dywagacje rabinicznie, jeśli nie przydają się mu w polityce, są nieistotne, a Księga Estery jest polityką i to taką na poziomie Bibiego. A Bibi na polityce się zna i potrafi ją robić.
Bibi jest świecki, ale na religijnym Bliskim Wschodzie nie da się długoterminowo funkcjonować na konceptach bez historycznego oraz cywilizacyjnego zakorzenienia z tą częścią świata, która była, jest i będzie konfesyjna. Tym bardziej w Izraelu, świeckim produkcie dominacji świata zachodniego, ten ideologiczny sznyt pierwszych fal syjonistycznych, zakładający powstanie nowoczesnego i zachodniego w formule oraz kształcie państwa żydowskiego, rozbija się o realia demograficzne elektoratu, który żyje w religii i poprzez tę religię zachowuje gorliwość względem państwa utworzonego bez zgody regionu jako obcy twór i byt. Dodatkowo Izrael, czy może już niedługo "wyspa Izrael", pozostaje większą iluzją i marzeniem dla milionów Żydów czy chrześcijańskich lub muzułmańskich syjonistów, a nie dla zwykłych mieszkańców, którzy muszą płacić podatki, czasami schodzić do schronów i żyć w najdroższym państwie świata na często niższym poziomie materialnym niż ludzie z upadłego Libanu czy Ramallah, stolicy Autonomii Palestyńskiej. Dlatego też Netanjahu w sytuacji kryzysowej odwołuje się nie tylko do Żydów, którym przewodzi jako premier, ale także do całej diaspory, a ta pozostaje w większości religijna i jeszcze lojalna wobec Izraela. Dlatego też początek wojny z Iranem w okresie święta Purim miał dać dodatkowego kopa i być sygnałem, że to nie Mordechaj, ale Netanjahu ratuje swój naród przed kolejnym Hamanem, którym tym razem okazał się Chamenei.
Netanjahu nigdy nie wspominał, czy 1 lutego 1979 roku oglądał w telewizji przylot ajatollaha Chomeiniego do Teheranu. Bibi zajęty był wtedy menedżerką w prywatnym sektorze, ale po tym, jak trzy lata wcześniej jego brat Yoni zginął w brawurowej akcji izraelskich komandosów odbijających zakładników w Ugandzie, ojciec Benzion kazał mu zakończyć etap studencki na MIT pod Bostonem i zająć się polityką, ponieważ po tym zdarzeniu nazwisko Netanjahu poznał cały świat. Bibi wrócił więc z USA do Jerozolimy. Na początku 1979 roku 30-letni Netanjahu bardziej niż drogą do Knesetu interesował się romansami, które pogrzebały jego ówczesne małżeństwo. Dzięki koneksjom ojca i doskonałej aparycji, nazwisku bohatera i świetnej znajomości angielskiego wszedł jednak w obieg decydenta Likudu Moszego Arensa. Późniejsi biografowie Netanjahu wręcz nazwą Arensa "twórcą Bibiego". Znamienne dla obecnego hegemona izraelskiej polityki jest to, jak na początku lat dziewięćdziesiątych Netanjahu zdradził swojego pryncypała i przeszedł przez Likud jak bezwzględny taran, zatrzymując się jedynie przed potężnym politycznie oraz gabarytowo "rzeźnikiem z Bejrutu" i bohaterem wojny 1973 roku, Arielem Szaronem, z którym rywalizował o przywództwo w partii do 2005 roku.
W 1982 roku Arens zostaje izraelskim ambasadorem w Waszyngtonie i bierze ze sobą Netanjahu, który dzięki znajomościom ojca, kontaktom w MIT i paszportowi dyplomatycznemu wchodzi w wir elity waszyngtońsko-nowojorskiej w gorącym okresie kontrowersyjnego dla izraelskiego wizerunku najazdu na Liban. Amerykańskie media pokochały Bibiego z wzajemnością, co zresztą ten wykorzystał, aby nie wracać na służbę rezerwową do okupowanego przez Izrael Libanu. Elokwentnie i emocjonalnie, chociaż nie zawsze zgodnie z prawdą, tłumaczył amerykańskim widzom oraz słuchaczom meandry bliskowschodniej polityki, w której to narracji wielkim wrogiem był Irak Saddama Husajna, a tym mniejszym, lecz bardziej codziennym i namacalnym, wspierane przez blok wschodni palestyńskie OWP Jasera Arafata. W medialnych opowieściach Bibiego, jak i w późniejszej jego pracy w ONZ, Iran pojawiał się zdawkowo, jedynie w kontekście zdyskredytowania libańskich grup oporu jako "odnogi Chomeiniego", czy przy aferze Iran-Contras w 1986 roku, która wykryła i ujawniła, że Amerykanie i Izrael dyskretnie sprzedawali broń do Iranu, który był na wojnie z Saddamem Husajnem. Bibi wykorzystywał swoje talenty medialne do tuszowania lub rozmywania fatalnego wrażenia, jakie ta afera spowodowała wśród amerykańskiej opinii publicznej zaledwie sześć lat po tym, jak Amerykanie zostali uprowadzeni w ambasadzie w Teheranie i trzy lata po śmiercionośnych atakach na marines i CIA w Bejrucie. Lekcja z Iran-Contras została zapamiętana przez Bibiego, który wrócił do Izraela w 1988 roku, ale nadal bywał częstym gościem w amerykańskich telewizorach, radioodbiornikach i poczytnych gazetach. Ze swadą tłumaczył we wszelkich mediach, że palestyńskie wyrostki rzucające kamieniami na Zachodnim Brzegu i w Gazie w czasie pierwszego palestyńskiego powstania to egzystencjalne zagrożenie dla Izraela, Jaser Arafat to nowa inkarnacja Hitlera, a najgorszego z najgorszych Saddama Husajna, samookreślającego się mianem nowego Nabuchodonozora, czyli babilońskiego króla, który zburzył świątynię Salomona w Jerozolimie, kreował na Antychrysta, którego pobożna Ameryka powinna zdławić w swoim własnym interesie, zanim nie będzie za późno dla całego wolnego świata, którego Izrael jest częścią.
Irak do "Pustynnej Burzy" w 1991 roku był najpoważniejszym regionalnym wyzwaniem dla Izraela. Saddam Husajn miał kadry, pieniądze z ropy, był popularny w świecie sunnickim, tworzył projekt atomowy (zniszczony przez Izrael w 1981 roku) i był uwielbiany na okupowanym przez Izrael Zachodnim Brzegu i w Gazie. Saddam był tak poważnym zagrożeniem dla Izraela, że do 1979 roku placówki izraelskiego wywiadu w Iranie były skupione wyłącznie na obserwowaniu sąsiada irańskiego szacha, a nie na badaniu nastrojów ulicy czy też analizie systemu, który na nagraniach magnetofonowych obiecywał ajatollah Chomeini. I chociaż pierwsze doniesienia medialne w izraelskiej prasie o irańskim projekcie nuklearnym pojawiały się już w 1991 roku, to nadal Irak, a nie Iran, był najważniejszym tematem studiów i analiz strategicznych, a tym samym relacji medialnych i wywiadów z Beniaminem Netanjahu. Ta obsesja wobec Bagdadu miała też inne podłoże - Husajn balansował pomiędzy Zachodem a blokiem wschodnim, Iran zaś, pomimo retoryki, pozostawał w orbicie amerykańskiej mimo "burzliwych lat osiemdziesiątych" libańskiego Hezbollahu. Po zakończonej wojnie z Iranem w 1988 roku Husajn zaczął mieć problemy finansowe, albowiem kraje Zatoki chciały od niego zwrotu pieniędzy otrzymanych w celu powstrzymania rewolucji Chomeiniego. Saddam wszelkie dotacje z krajów arabskich i sunnickich traktował jednak nie jako pożyczki, ale jako darowizny na obronę świętych meczetów przed herezją. Napięcie było tak duże, że w 1990 roku z Afganistanu przyjechał Osama bin Laden i zaproponował saudyjskiemu królowi Fahdowi sprowadzenie afgańskich mudżahedinów do obrony Królestwa. Propozycja została wyśmiana i Rijad wydzwonił do pomocy Amerykanów, którzy zaczęli tworzyć bazy w Arabii Saudyjskiej, co zostało uznane przez Bin Ladena za zdradę islamu i poskutkowało wypowiedzeniem wojny Domowi Saudów i jego niewiernym protektorom. W tym czasie Iran pod rządami następcy Chomeiniego, ajatollaha Alego Chameneiego, przytomnie deeskalował relacje z sąsiadami, a po wylaniu morza krwi na wojnie z Bagdadem zajął się własną regeneracją po latach wojen i rewolucji.
Netanjahu, będąc już ważnym, ale wciąż niepierwszoligowym, politykiem przypatrywał się, jak iracki dyktator, świadomie lub nie, podkładał głowę pod topór. Po zakończeniu zimnej wojny i zwycięstwie liberalnej demokracji Saddam stał się "złogiem" poprzedniej epoki i dyktatorem, z którym były kontakty, ale w poprzednim i już nieaktualnym etapie dziejowym. Husajn zagrażał jednocześnie krajom Zatoki i Izraelowi, a także finansował OWP, które Waszyngton chciał zawrócić do swojego obozu, aby rozpocząć prestiżowy proces pokojowy pomiędzy Izraelem a jakąś reprezentacją palestyńską. Dodatkowo jedyny globalny hegemon, który wciąż lizał rany po Wietnamie, mógłby przeprowadzić szybką i widowiskową wojnę przeciwko złemu, szalonemu dyktatorowi, do czego Saddam Husajn nadawał się idealnie. Ostatecznie większość tych założeń Amerykanie zrealizowali w czasie "Pustynnej Burzy" w 1991 roku, ale zostawili przy władzy Husajna, ponieważ wciąż był potrzebny jako tama przed Iranem. Izrael, chociaż w trakcie tej wojny został rażony przez Irak prawie 40 pociskami Scud, był w miarę usatysfakcjonowany wynikiem wojny, która rozbiła wroga i ułatwiła nawiązanie szerszych kontaktów z Zatoką w związku ze wspólnym zagrożeniem. Jednak, co było dla Netanjahu potężnym rozczarowaniem, wojna w Zatoce zainicjowała proces pokojowy z Palestyńczykami, mimo że zarówno OWP, jak i Palestyńczycy na Zachodnim Brzegu i w Gazie byli za Saddamem, który wystartował, co zakończyło się porozumieniem z Oslo w 1993 roku.
Pierwsza kadencja Netanjahu w latach 1996-1999 upłynęła na całkowitym wstrzymaniu procesu z Oslo, co zresztą ułatwiał Hamas i kontrolowany przez Iran Islamski Dżihad, dokonując zamachów samobójczych w Izraelu. Bibi wspierał osadnictwo oraz budowę stałych posterunków wojskowych szczególnie na Zachodnim Brzegu, tak aby palestyńskie enklawy były otoczone, tym samym ruch osadniczy zmobilizowany w Oslo zaktywizował się w zasiedlaniu kolejnych palestyńskich gruntów. Jednak Bibi zauważył, że proces ten będzie trudny bez "wielkiego wroga", który mógłby odciążyć uwagę mediów od spraw palestyńskich, przy jednoczesnym zbliżeniu z Arabami, tak aby ci, w imię własnych interesów, również przestali naciskać w kwestii okupacji, osadnictwa czy Jerozolimy. Netanjahu wiedział, że Saddam Husajn po wojnie 1991 roku to karykatura minionej potęgi, i rozumiał, że potrzebny był nowy wielki wróg, który w czasie pierwszej kadencji Bibiego nie chciał podjąć tej zaszczytnej roli, czyli Iran. Iran szkolił, zbroił i wspierał Hezbollah w Libanie, z tym, że to Izrael okupował zdominowane przez szyitów libańskie południe. Wraz z nominacją na sekretarza generalnego Hasana Nasrallaha organizacja schowała portrety irańskich przywódców i flagi Islamskiej Republiki i de facto została uznana przez region za prawowity ruch oporu, który wykorzystuje irańskie wsparcie w kampanii o wyzwolenie spod okupacji. Wątek irański istniał również na odcinku palestyńskim. W 1981 roku w Gazie powstała organizacja Islamski Dżihad i była ona silnie inspirowana przez rewolucję Chomeiniego. Jednak grupa ta nie miała zaplecza charytatywno-socjalnego, a irańskie upodobania jej członków doprowadziły do tego, że Dżihad, chociaż jest zajadły i bardzo groźny, to jest bardzo skromną kadrowo, niszową organizacją zarówno w Gazie, jak i na Zachodnim Brzegu. Powstanie Islamskiego Dżihadu, jak w reakcji łańcuchowej, doprowadziło do tego, że izraelska bezpieka była bardziej życzliwa dla rodzimych islamistów, a jeden z nich, szejk Ahmad Jasin, w 1988 roku zaktywizował swoich wychowanków, inicjując powstanie Hamasu, którym izraelskie służby grały pod koniec lat osiemdziesiątych, aby ograniczać wpływy dominującej na palestyńskiej scenie OWP i wypychać poza nawias proirański Islamski Dżihad. Jednak mimo serii zamachów samobójczych dokonanych przez Hamas i Islamski Dżihad w latach dziewięćdziesiątych wciąż było to za mało, aby wykreować wielkiego wroga lub, parafrazując Chomeiniego, "Wielkiego Szatana".
W 2009 roku Netanjahu wrócił na jego zdaniem należne mu w polityce miejsce, a więc na posadę premiera Izraela. I to był już inny Bibi i inny Bliski Wschód. Przede wszystkim w okresie politycznego niebytu Netanjahu bardzo sprawnie wymienił Husajna - którego obalenia jeszcze w 2003 roku z całych sił domagał się w amerykańskich kuluarach i mediach - na Iran. Często przy tym poprawiał amerykańskich dziennikarzy, że chodzi mu o kraj z "n", a nie z "k" na końcu nazwy. Irak, pogrążony w chaosie wojny domowej i religijnej pomiędzy sunnitami i szyitami, stracił dla Bibiego jakiekolwiek znaczenie. Ważni byli ci, którzy zyskali na tej amerykańskiej awanturze, jak i ci, którzy knuli wypoczęci po dekadzie pauzy strategicznej - ajatollahowie. Bibi chciał wykorzystać nastroje w USA po 9/11, niemniej wyzwania w Iraku zatrzymały amerykańską potęgę, która miała przejść przez region i zmienić, poza Irakiem, także władze w Iranie, Syrii, Libii, a nawet, według arabskich doniesień, przemodelować również Zatokę Perską, z której pochodzili zamachowcy i z której płynęły petromiliardy do różnych ugrupowań terrorystycznych na świecie. Netanjahu widział, że przekierowanie uwagi Waszyngtonu na szyicki problem regionalny jest dla niego korzyścią samo w sobie. Arabowie bojący się szyickich wpływów oraz niewykluczone jakieś konsekwencje ze strony Amerykanów zmuszały, by inaczej patrzeć na Izrael, który wykorzystywał całą swoją potęgę medialną do nagłaśniania irańskich ambicji atomowych, jak też bił się w 2006 roku z pierwszą linią systemu irańskiego ulokowanego w południowym Libanie.
Jednak wizja ataku na irański projekt atomowy nie spotkała się z powszechną akceptacją izraelskiego establishemntu po powrocie Netanjahu do władzy. Pierwszym, który otwarcie zaczął krytykować ten pomysł i jego pomysłodawcę wyzywać od dyletantów i idiotów, był legendarny w izraelskich służbach Meir Dagan, szef Mosadu w latach 2002-2011. Dagan przeprowadził szereg akcji, mających na celu opóźnianie projektu i widząc brak determinacji Amerykanów do podjęcia tematu, całkowicie wykluczył powodzenie ataku na Iran, strasząc konsekwencjami. Wtórował mu po czasie jeden z bohaterów listy Epsteina i były premier, szef MON, szef sztabu, szef wywiadu wojskowego i dowódca elitarnej jednostki Sajjeret Matkal, Ehud Barak. Barak jawnie i otwarcie demonstrował, że nienawidzi Netanjahu i wywołał niemałe kontrowersje, ogłaszając zarówno w amerykańskich, jak i izraelskich mediach, że "należy nauczyć się żyć z atomowym Iranem". Niemniej poprzez rozgrzewanie tematu irańskiego Netanjahu uzyskiwał dwa inne niezwykle ważne strategicznie czynniki: współpracę z Arabami oraz wyciszenie tematu palestyńskiego. Z czasem nawet w arabskich mediach Palestyńczycy zaczęli być oskarżani o zbyt bliskie kontakty z Iranem i szyitami. To była wymarzona sytuacja regionalna dla Bibiego, ponieważ była ona odporna na wahania amerykańskiej polityki oraz niepotrzebne naciski w sprawie Palestyny, skoro bowiem Tel Awiw ma bardzo bliskie, chociaż tajemne relacje z Zatoką Perską, ułatwiało to interesy amerykańskiemu kapitałowi oraz amerykańskim politykom.
Sytuacja zmieniła się drastycznie po 7 października 2023 roku. Atak z Gazy miał się skończyć wojną irańską, co było oczywiste już na pierwszym posiedzeniu rządu izraelskiego, na którym szefowie MON i MSW Galant i Ben Gwir domagali się ataku na Bejrut, ponieważ było to konieczne do oczyszczenia drogi na Teheran. Bibi wiedział jednak, że to byłoby niezrozumiałe dla światowej opinii publicznej, a przede wszystkim dostał weto ze strony administracji Bidena, która wyposażyła Izrael na równoczesną wojnę z Hamasem, Hezbollahem i z Syrią, ale demokraci chcieli przywrócić politykę Obamy z czasów dealu nuklearnego z Teheranem, JPCOA. Dlatego też Netanjahu musiał zaprosić Amerykanów, którzy chociaż formalnie nie mają żadnego traktatu, to są zobowiązani do obrony istnienia Izraela, a możliwa wymiana ciosów z ajatollahami wymagała amerykańskiego wsparcia oraz uspokojenia arabskich sojuszników.
13 czerwca rozpoczęła się wojna "12-dniowa". Jednoczesnym izraelskim celem była elita wojskowa, IRGC i elita technologiczna oraz trzy główne ośrodki nuklearne - Natanz, Fordo, Isfahan. W pierwszych chwilach wojny w swoich łóżkach na teherańskich osiedlach mieszkaniowych likwidowani byli: szef IRGC Hosejn Salami, szef sztabu armii irańskiej Mohammad Bagheri czy dowódca potęgi dronowej i rakietowej Amir Ali Hadżizade. Większość tych likwidacji była przeprowadzona przez precyzyjne uderzenia rakietowe wystrzeliwane z kryjówek kolaborantów i afgańskich uchodźców. Reżim autentycznie był zaskoczony wydarzeniami, albowiem pierwszą reakcją na atak było wystrzelenie setek dronów Szahed w kierunku Izraela, które rozleciały się nad krajami regionu. Jednak zamroczenie było chwilowe, ponieważ w ciągu kolejnych dni ponad 550 rakiet wyleciało z Iranu, uderzając m.in. w infrastrukturę energetyczną, w aglomerację Tel Awiw i w lotniska na pustyni Negew. Pojedynek trwał do 24 czerwca i zawiesił go Donald Trump, zapewniając, że samoloty B-2 zmiażdżyły ośrodek w Fordo, tym samym nie ma już tematu projektu atomowego, a wtórował mu Bibi, ogłaszając, że misja została osiągnięta. Iran też ogłosił zwycięstwo, ale swoje, i co jest niezwykle symboliczne, a nie zostało odczytane należycie przez Amerykanów, Arabów i Izrael, na samym finiszu irańska rakieta uderzyła w amerykańską bazę Al-Udeid w Katarze, przez co wojna z 28 lutego została wznowiona ze strony irańskiej w tym samym miejscu, w którym został zawieszony konflikt w 2025 roku.
Netanjahu osiągnął wiele w czasie wojny czerwcowej - pokazał, że Izrael teoretycznie samodzielnie może prowadzić wojnę z przeciwnikiem oddalonym o 1500 km, jest w stanie zlikwidować elitę reżimu i że hipotetycznie jest w stanie kontrolować większość irańskiej przestrzeni powietrznej, dzięki temu wszelkie dozbrajanie i pomoc z zewnątrz dla reżimu może zostać zaatakowana, tak jak to było przez lata na trasie wiodącej przez Syrię do Libanu. Bibi oczywiście wykorzystał też 12-dniową wojnę do poprawienia sobie notowań krajowych, co było o tyle istotne, że Netanjahu dostał wojnę z Iranem, ale Trump chciał dostać Nobla, więc wojna w Gazie miała się zakończyć, co też izraelski premier wykonał w październiku 2025 roku. Izraelscy wyborcy po części doceniali wyniki wojny z czerwca 2025 i to, że Bibi zlikwidował przywódcę IRGC Hosejna Salamiego czy przywódcę Hamasu Jahję Sinwara i Hezbollahu Hasana Nasrallaha, ale nie dał społeczeństwu zwycięstwa w Gazie. Tymczasem wraz z informacjami docierającymi do Mosadu i CIA pojawiła się furtka na kolejną, tym razem decydującą wojnę, która mogłaby przenieść duet Donald Trump i Beniamin Netanjahu do holu wielkich zwycięzców w historii.
Po wojnie czerwcowej system IRGC uzupełnił ubytki kadrowe natychmiastowo, ale podstawową sprawą była kondycja reżimu po wojnie, która miejscami udowodniła jego siłę, chociaż mimo wszystko to strona atakująca miała inicjatywę, zdolności i sukcesywnie realizowała swój plan strategiczny, atakując infrastrukturę i obiekty prestiżowego projektu atomowego. Po wojnie czerwcowej irańskie ulice i narracja medialna nakierowane były na dyskurs patriotyczno-narodowy, bez wyraźnych i gromadnych symboli oraz treści religijnej. Teoretycznie elementy religijne powinny być bardziej eksponowane, co mogło dać do myślenia służbom amerykańskim i izraelskim, że reżim woli przeczekać kryzys na nacjonalizmie, a nie na religii, która teoretycznie była stosowniejsza wobec kolejnych męczenników z elity. Władza uzyskałaby w ten sposób kolejny mandat wyrażany przez ulicę na wielomilionowych marszach i procesjach religijnych. Jednak tego nie było lub nie było w takiej skali, jaka mogłaby być, co może i słusznie zinterpretowano, że system się wypalił i musi się transformować lub jest tak słaby, że przy jakiejś siłowej moderacji da się go obalić. Tym samym Bibi zyskałby pełnię swoich oczekiwań, a Trump mógłby odzyskać to, co utracił Carter w 1979 roku, a to byłoby wybitnym osiągnięciem dla łaknącego dziejowych sukcesów lokatora Białego Domu.
Przyszłość pokaże, czy brak cudu na Purim w 2026 roku był efektem błędów instytucji z kadrami i technologiami, które mylić się mogą, ale przy tej skali nie powinny, czy to reżim irański przechytrzył Trumpa i Bibiego, czy to może była jakaś próba odstawienia Netanjahu i całkowitej redefinicji funkcjonowania Izraela w ich relacjach regionalnych, a przede wszystkim we wzajemnych stosunkach z Waszyngtonem. Elektorat republikanów i demokratów jest już mocno rozczarowany wyciekiem kapitału na zagraniczne wojny przy sukcesywnym spadku poziomu życia oraz brakach inwestycyjnych w infrastrukturę. Ze wspierania Izraela zyski czerpią bowiem przede wszystkim tylko korporacje podległe relacji, w której to Tel Awiw jest amerykańskim laboratorium testującym broń i rozwiązania taktyczne. Jest także sojusznikiem, który może i ma dużą dozę swobody i autonomii, jednak jest bezwzględnie podporządkowany amerykańskim interesom i jest ich przedłużeniem na obszary, w których Amerykanie potrzebują poszerzenia swoich wpływów. Dla Netanjahu umiejętność funkcjonowania w amerykańskim systemie, i to bez względu na wyniki wyborów i lokatorów w Białym Domu, jest filarem jego polityki krajowej. Bibi w najlepszych dla siebie czasach dwoił się i troił, aby powstrzymywać jego zdaniem destrukcyjną politykę Obamy na odcinku palestyńskim. Pomimo zbrodni w Gazie Bibi uzyskiwał każdą niezbędną pomoc wojskową i osłonę polityczną ze strony Bidena (wbrew dużej części wyborców) oraz zdołał nakłonić Trumpa i cały amerykański establishment wojskowy do wojny z Iranem. Te argumenty musiały być potwierdzone amerykańskimi źródłami militarnymi oraz wywiadowczymi, więc decyzja nie mogła być podjęta pod wpływem pisaniny w mediach społecznościowych czy w wyniku gry w golfa. Sam Netanjahu wspomina o możliwej potrzebie "rozwodu" z USA, do czego może dojść za około 10 lat, i konieczności utworzenia "wyspy Izrael", która byłaby odporna na totalną zmianę ludnościową oraz upadek jakości w nieodległej Europie, na konflikty i sojusze regionalne, jak i całkowite przekierunkowanie świata, w którym tak jak w starożytności, Zachód będzie biednymi peryferiami bez znaczenia politycznego i umiejętności technologicznych, a Wschód, którego ta "wyspa Izrael" miałaby być ważnym elementem, będzie odgrywał istotną rolę przy tworzeniu realiów afrykańskich, azjatyckich czy w Ameryce Południowej.