Wojna o jadeit. Saga o Zielonych Kościach. Tom 2 - Fonda Lee

Kup ebooka

60.00 zł
51.00 zł (46,36 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Klany zielonych kości

A także ich współpracownicy i wrogowie

Klan Bez Szczytów

Kaul Hilo­shu­don -?filar

Kaul Sha­elin­san -?pro­gno­styczka

Emery Anden -?Kaul przez adop­cję, nie­dawno ukoń­czył naukę w Aka­de­mii Kaul Dushu­rona

Kaul Lan­shin­wan -?były filar klanu, star­szy brat Hila i Shae; nie żyje

Kaul Sening­tun -?Pło­mień Kekonu, patriar­cha rodziny, nie żyje

Kaul Dushu­ron -?syn Kaul Sena, ojciec Lana, Hila i Shae; nie żyje

Kaul Wan Ria­ma­san -?wdowa po Kaul Du, matka Lana, Hila i Shae

Maik Keh­nugo -?róg klanu Bez Szczy­tów

Maik Tar­mingu -?fila­rowy Kaul Hila

Kaul Maik Wenru­xian -?żona Kaul Hila, kamien­no­oka

Woon Papi­donwa -?cień pro­gno­styka, daw­niej Fila­rowy Kaul Lana

Hami Tuma­shon -?pierw­szy szczę­ścio­dawca

Juen Nurendo -?pierw­sza pięść Maik Kehna

Lott Jinrhu -?palec klanu

Yun Doru­pon -?były pro­gno­styk Kaul Sena i Kaul Lana; zdrajca

Aun Ure­may­ada -?matka Emery Andena; nie żyje

Haru Eyni­shun -?była żona Kaul Lana

Teije Runo -?kuzyn w dru­giej linii Hila i Shae

Kyanla -?gospo­sia w rezy­den­cji Kau­lów

Inne Pięści i Palce

Vuay Yudiyo -?druga pięść Maik Kahna

Iyn Roluan -?pięść wyso­kiej rangi

Vin Solunu -?palec wyso­kiej rangi, mający talent do Postrze­ga­nia

Heike, Dudo, Ton -?palce z klanu, dawni kole­dzy z roku Emery Andena

Doun, Yonu, Tyin, Hejo -?Zie­lone kości odpo­wia­da­jące przed fila­ro­wym

Ważni latarnicy

Eiten -?wła­ści­ciel gorzelni Prze­klęte Piękno, dawna pięść oka­le­czona przez Gont Ascha

Pan Une -?wła­ści­ciel restau­ra­cji Podwójne Szczę­ście

Pani Sugo -?wła­ści­cielka Klubu dla Dżen­tel­me­nów Boski Bez

Pan Enke -?dewe­lo­per, pre­zes Grupy Budow­la­nej Enke

Klan Góra

Ayt Mada­shi -?filar

Ree Tura­huo -?pro­gno­styk

Nau Suen­ten -?róg

Ayt Yugon­tin -?Włócz­nia Kekonu, adop­cyjny ojciec Mady, Ima i Eoda; nie żyje

Ayt Immin­sho -?adop­to­wany star­szy syn Ayt Yu; nie żyje

Ayt Eodoy­atu -?adop­to­wany drugi syn Ayt Yu; nie żyje

Gont Aschentu -?były róg klanu; nie żyje

Waun Balu­shu -?pierw­sza pięść Gont Ascha i Nau Suena

Iwe Kalundo -?pierw­szy szczę­ścio­dawca

Ven San­do­lan -?pre­zes firmy prze­wo­zo­wej Gwiazda Kekonu, latar­nik klanu

Ven Haku­jon -?star­sza rangą pięść klanu, syn Ven Sanda

Koben Ato­sho -?dziecko, uro­dzony jako Ayt Ato, syn Ayt Eoda

Seko -?pięść klanu, kie­ruje bia­łymi szczu­rami

Mudt Jin­do­non -?dono­si­ciel; nie żyje

Ti Pasuiga

Zapu­nyo -?prze­myt­nik jade­itu, przy­wódca Ti Pasu­iga

Iyilo -?ochro­niarz Zapu­nya

Sora­diyo -?rekru­ter i dowódca skor­pen

Bero -?zło­dziej jade­itu

Mudt Kalo­nun -?zło­dziej jade­itu, syn Mudt Jina

Inni na Kekonie

Jego Nie­biań­skość Książę Ioan III -?aktu­alny suwe­ren Kekonu

Son Tomarho -?kanc­lerz Kekoń­skiej Rady Ksią­żę­cej, wierny kla­nowi Bez Szczy­tów

Guim Enmeno -?mini­ster spraw domo­wych, wierny Górze

Pan Kowi -?czło­nek Rady Ksią­żę­cej, wierny kla­nowi Bez Szczy­tów

Tau Maro­sun -?pro­fe­sor stu­diów mię­dzy­na­ro­do­wych na Kró­lew­skim Uni­wer­sy­te­cie Jan

Mistrz Aido -?pry­watny nauczy­ciel jade­ito­wych dys­cy­plin

Durn Soshu­nuro -?filar klanu Czarny Ogon

Dok­tor Truw -?lekarz posłu­gu­jący się mocami zie­lo­nych kości

Wielki Instruk­tor Le -?Dyrek­tor Aka­de­mii Kaul Dushu­rona

Toh Kitaru -?pre­zen­ter pro­wa­dzący wia­do­mo­ści w Kekoń­skiej Sta­cji Pań­stwo­wej

Przedstawiciele rządu espeńskiego

Gre­gor Men­doff -?amba­sa­dor Repu­bliki Espe­nii na Keko­nie

Quire Cor­ris -?sekre­tarz spraw mię­dzy­na­ro­do­wych

Puł­kow­nik Leland Deil­ler -?dowódca bazy Mary­narki Wojen­nej na Euma­nie

Pod­puł­kow­nik Jay Yan­cey -?zastępca dowódcy bazy Mary­narki Wojen­nej na Euma­nie

W Port Massy Keko-Espeńczycy

Dauk Losu­nyin -?filar Połu­dnio­wej Pułapki

Dauk Sana­san -?żona Dauk Losuna, jego "pro­gno­styczka"

Dauk Coru­jon -?"Cory", syn Losuna i Sany

Rohn Toro­gon -?"róg" Połu­dnio­wej Pułapki

Pan i Pani Hian -?rodzina gosz­cząca Emery Andena

Shun Todorho -?"Tod", zie­lona kość, kolega Cory'ego

Etto Sami­shun -?"Sammy", zie­lona kość, kolega Cory'ego

Ledt Deru­kun -?"Derek", kolega Cory'ego

Sano -?odźwierny w sali uraz

Paczki

Bla­ise "Byk" Krom­ner -?szef paczki z Połu­dnio­wego Brzegu

Wil­lum "Chu­dziak" Reams -?pierw­szy przo­dow­nik paczki z Połu­dnio­wego Brzegu

Moth Duke -?przo­dow­nik z paczki z Połu­dnio­wego Brzegu

Car­son Sun­ter -?płaszcz z paczki z Połu­dnio­wego Brzegu

Joren "Mały Jo" Gas­son -?szef paczki z Baker Street

Ric­kart "Cwany Ricky" Slat­ter -?szef paczki z Wor­min­gwood, sie­dzi w wię­zie­niu

Anga Slat­ter -?peł­niąca obo­wiązki szefa paczki z Wor­min­gwood, żona Ric­karta Slat­tera

Rozdział 1

Niebo czeka

Tylko sza­le­niec mógłby obra­bo­wać grób zie­lo­nej kości. Wyłącz­nie ktoś, kto nisko sobie ceni wła­sne życie, mógłby choć wpaść na taki pomysł, ale jeśli ktoś był tego rodzaju osobą, dzi­siej­sza noc ofe­ro­wała wyjąt­kową szansę. Chłodne, suche dni póź­nej zimy nie ustą­piły jesz­cze miej­sca nie­ustan­nym wio­sen­nym desz­czom, a chmury, wiszące nisko nad wierz­choł­kami drzew w Parku Wdowy, zasła­niały wscho­dzący księ­życ. Na uli­cach Jan­lo­onu pano­wał nie­zwy­kły spo­kój. Chcąc oka­zać sza­cu­nek, ludzie prze­ry­wali swe zwy­cza­jowe czyn­no­ści i wywie­szali w oknach cere­mo­nialne latar­nie będące prze­wod­ni­kami duchów, dla uczcze­nia pamięci Kaul Sening­tuna, boha­tera wojen­nego, patriar­chy klanu Bez Szczy­tów oraz Pło­mie­nia Kekonu. Bero i Mudt na wszelki wypa­dek nie zabrali żad­nych świa­teł, ale na cmen­ta­rzu nie było nikogo, kto mógłby zauwa­żyć ich obec­ność.

Dozorca imie­niem Nuno spo­tkał ich przy bra­mie pięć minut przed chwilą ofi­cjal­nego zamknię­cia.

-?Pro­szę. -?Pod­su­nął Berowi czarną torbę na śmieci. -?Pośpiesz­cie się. Nocni ochro­nia­rze poja­wią się za jakieś pół godziny.

Byli tu tylko we trzech, lecz mimo to Nuno szep­tał. Jego oczy, ukryte w pofał­do­wa­nych od słońca oczo­do­łach, co chwila kie­ro­wały się ze stra­chem na chasz­cze i nagrobki. Zło­dziei uwa­żano na Keko­nie za godną naj­wyż­szej pogardy hołotę, a rabu­sie gro­bów stali jesz­cze niżej. Kula w tył głowy i rachu­nek za koszty wysłany krew­nym -?takiego wyroku mogli się spo­dzie­wać rano, jeśli dadzą się zła­pać.

Bero przy­jął pla­sti­kową torbę z rąk Nuna. Pochy­lił się w cie­niu kamien­nego muru i wydo­był ze środka dwie nie­bie­skie koszule oraz cza­peczki ozdo­bione logo cmen­ta­rza Niebo Czeka. Obaj z Mud­tem wło­żyli je pośpiesz­nie. Nuno popro­wa­dził ich ser­pen­ty­nową ścieżką do jed­nego z naj­więk­szych i naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nych gro­bow­ców na całym cmen­ta­rzu. Przed ogrom­nym pomni­kiem z zie­lo­nego mar­muru wyko­pano nowy grób. Jutro Kaul Sening­tun zosta­nie pocho­wany obok swego wnuka, Kaul Lan­shi­wana, byłego filaru klanu Bez Szczy­tów, któ­rego zamor­do­wano i pocho­wano szes­na­ście mie­sięcy temu. Szes­na­ście mie­sięcy! To była wiecz­ność. Sfru­stro­wany Bero przez cały ten czas nie prze­sta­wał knuć i cze­kać na swój jadeit.

Nuno oso­bi­ście wyko­pał ten grób dziś po połu­dniu. Przy gro­bie na­dal stał cią­gnik z zamon­to­waną łyżką koparki. Bero sta­nął na kra­wę­dzi pro­sto­kąt­nej dziury w ziemi. Wie­trzyk poru­szał trawą u jego stóp, wypeł­nia­jąc powie­trze inten­sywną wonią wil­got­nej ziemi. Po ple­cach mło­dzieńca prze­biegł dreszcz eks­cy­ta­cji. Tego wła­śnie potrze­bo­wał przez cały ten czas -?żeby ktoś inny wyko­nał za niego więk­szą część roboty. Za pierw­szym razem, gdy wypo­sa­żeni w łopaty zakra­dli się tu z Mud­tem, prze­szko­dziła im grupa pija­nych nasto­lat­ków, któ­rzy krą­żyli na oślep po cmen­ta­rzu, stra­sząc się nawza­jem. Za dru­gim razem zaczęło lać i led­wie zdą­żyli naru­szyć wil­gotną zie­mię, nim zja­wili się ochro­nia­rze i omal ich nie zła­pali. Po tym incy­den­cie Bero doszedł do wnio­sku, że wska­zana będzie więk­sza ostroż­ność. Musieli opra­co­wać lep­szy plan i zacze­kać na odpo­wied­nią chwilę.

Ku jego zasko­cze­niu Mudt przy­kuc­nął i pierw­szy sko­czył do pustego grobu. Chło­pak uniósł wzrok i wytarł dło­nie. W jego szczu­rzych oczkach poja­wił się błysk. Bero zdjął torbę z ramie­nia i wyjął z niej potrzebne narzę­dzia. Dał je Mud­towi, po czym rów­nież zesko­czył do grobu. Jego buty ude­rzyły z łosko­tem o świeżo odsło­niętą glebę. Dwaj nasto­lat­ko­wie wymie­nili spoj­rze­nia zachwy­ceni śmia­ło­ścią swego planu. Potem wspól­nie zaata­ko­wali łopa­tami ścianę grobu, prze­ko­pu­jąc się niczym krety do sąsied­niej trumny.

Nuno obser­wo­wał ich, sto­jąc obok cią­gnika. Żuł zwi­tek betelu, uda­jąc, że wła­śnie zro­bił sobie chwilę prze­rwy od cięż­kiej pracy przy kopa­niu grobu. Rzadko mu się zda­rzało korzy­stać z koparki. Ciała więk­szo­ści Kekoń­czy­ków pod­da­wano kre­ma­cji i skła­do­wano w kolum­ba­riach bądź grze­bano w małych, wyko­pa­nych ręcz­nie mogi­łach. Z uwagi na brak miej­sca nawet ciała człon­ków boga­tych rodzin, takich jak Kau­lo­wie, mogą­cych sobie pozwo­lić na duże gro­bowce, grze­bano w odle­gło­ści naj­wy­żej trzy­dzie­stu cen­ty­me­trów od sie­bie, nie minęło więc wiele czasu, nim łopata Bera ude­rzyła o twardą trumnę. Chło­pak stłu­mił krzyk triumfu i zdwoił wysiłki. Zie­mia sypała się w górę i lepiła do jego spo­co­nych dłoni, a gdy uno­sił rękę, by otrzeć pot z czoła, zosta­wały na nim brudne ślady. W ogóle nie czuł zmę­cze­nia, tylko eks­cy­ta­cję i nie­mal nie­moż­liwą do wytrzy­ma­nia nie­cier­pli­wość -?z pew­no­ścią dla­tego, że należny mu jadeit był już tak bli­sko i wołał do niego z trumny czło­wieka, któ­rego zabił.

-?Kaul Lan był fila­rem klanu Bez Szczy­tów -?zauwa­żył Mudt cichym, lecz prze­sy­co­nym chci­wo­ścią gło­sem. Ode­zwał się po raz pierw­szy od chwili przy­by­cia na cmen­tarz. Liczył sobie tylko pięt­na­ście lat, był trzy lata młod­szy od Bera, miał chude ramiona i musiał wkła­dać w kopa­nie mnó­stwo wysiłku. Choć było już pra­wie zupeł­nie ciemno, można było zauwa­żyć, że jego twarz poczer­wie­niała. -?Na pewno miał wię­cej jade­itu niż inni, zga­dza się? Nawet niż bra­cia Maik.

W jego oczach poja­wił się mściwy błysk. Miał wła­sne powody, by pra­gnąć zdo­być zie­leń.

-?Możesz się o to zało­żyć, keke -?potwier­dził Bero, nie odwra­ca­jąc uwagi od kopa­nia.

-?Skąd mamy pew­ność, że jadeit w ogóle tu jest? -?W szep­cie Mudta poja­wiła się nuta nie­po­koju.

Klej­noty zie­lo­nej kości przy­pa­dały w spadku jego rodzi­nie, chyba że nie­przy­ja­ciel zabrał je po wygra­nej walce. Wojow­ni­ków czę­sto grze­bano z cere­mo­nialną odro­biną jade­itu, ale w trum­nie Kaula mogło się znaj­do­wać tylko kilka drob­nych klej­no­tów albo w ogóle nic. Bio­rąc pod uwagę, że reli­gia i kul­tura bar­dzo mocno potę­piały okra­da­nie zmar­łych, a w dodatku gro­ziła za to kara śmierci, wysi­łek i ryzyko wią­żące się z rabo­wa­niem gro­bów rzadko były opła­calne, nawet dla prze­stęp­ców naj­sil­niej dotknię­tych jade­itową gorączką.

Bero nie odpo­wie­dział Mud­towi. Nie mógł mu ofe­ro­wać żad­nych gwa­ran­cji, poza tym, że kiedy miał prze­czu­cie pew­nego szcze­gól­nego rodzaju, zawsze go słu­chał. Teraz rów­nież nawie­dziło go podobne wra­że­nie. Jakby los się do niego uśmiech­nął. Kapry­śne prądy for­tuny nio­sły ludzi to w jedną, to w drugą stronę, Bero był jed­nak prze­ko­nany, że poświę­cają mu szcze­gólną uwagę i mogły go zanieść dalej niż więk­szość ludzi. Miał w życiu mnó­stwo pecha -?od momentu, gdy jako wrzesz­czą­cego nowo­rodka wyrwano go z macicy matki, która nie pożyła zbyt długo, ale z dru­giej strony na­dal żył, pod­czas gdy wielu ludzi, któ­rych znał, opu­ściło już ten świat. A teraz zna­lazł się bli­sko jade­itu.

Widać już było bok trumny. Lśniąca wiśniowa powierzch­nia przy­brała z cza­sem matową, brą­zową barwę, lecz na­dal wyraź­nie kon­tra­sto­wała z czarną zie­mią. Obaj odło­żyli łopaty, owią­zali sobie szczel­nie nosy i usta chu­s­tecz­kami, a na koniec wło­żyli grube ręka­wice robo­cze. Bero pod­niósł bez­prze­wo­dową piłę sza­bla­stą.

-?Daj mi świa­tło -?roz­ka­zał gło­sem stłu­mio­nym przez tka­ninę.

Mudt zapa­lił kie­szon­kową latarkę i prze­su­nął wiązką bla­sku po boku trumny. Bero włą­czył piłę. Gdy usły­szał jej prze­ni­kliwy wizg, omal nie pod­sko­czył. Mało bra­ko­wało, a upu­ściłby nie­bez­pieczne narzę­dzie na zie­mię obok wła­snych stóp. Plama jasno­ści na drew­nie prze­su­wała się sza­leń­czo przez moment, nim w końcu się uspo­ko­iła. Serce Bero zabiło gwał­tow­nie. Wbił brzesz­czot w trumnę Kaul Lana i zaczął piło­wać.

Wyciął otwór wiel­ko­ści ekranu tele­wi­zora, po czym wyłą­czył piłę i ją odło­żył. Przy pomocy Mudta odcią­gnął kawał drewna. W powie­trzu uno­siły się kurz oraz strzępki polie­stro­wej wyściółki. Jakiś przed­miot spadł na zie­mię obok ich stóp. Bero krzyk­nął z zachwytu i osu­nął się na zie­mię, tylko naj­wyż­szym wysił­kiem woli powstrzy­mu­jąc się przed wzię­ciem w ręce skarbu, któ­rego blask ujrzał w świe­tle latarki -?naszyj­nika z jade­ito­wych pacior­ków. Każdy klej­not był nie­ska­zi­telny i świe­tli­ście zie­lony. Oddzie­lały je cien­kie, czarne prze­kładki. Łań­cu­szek zro­biono ze sre­bra. Dla przy­wódcy zie­lonych kości była to nie tylko ozdoba, lecz rów­nież potężna broń, nie­od­łączny ele­ment jego toż­sa­mo­ści. Ten bez­cenny przed­miot można było kupić tylko za krew.

Mudt oprzy­tom­niał pierw­szy. Zła­pał Bera za ramię.

-?Wszyli je w wyściółkę. Może być tego wię­cej.

Wsa­dzili ręce w uszko­dzoną wyściółkę i nie­mal natych­miast zna­leźli dwie skó­rzane opa­ski na przed­ra­miona, wysa­dzane klej­no­tami. Kaul nosił też ciężki od jade­itu pas. Być może on rów­nież tu był, ukryty głę­biej w trum­nie.

Nim jed­nak zdą­żyli prze­szu­kać ją dokład­niej, na kra­wę­dzi grobu poja­wił się Nuno i spoj­rzał na nich z góry. Po jego ogo­rza­łej twa­rzy prze­bie­gały ner­wowe tiki.

-?Musi­cie stąd zwie­wać. Wysła­łem ochro­nia­rzy do tyl­nej furtki, by spraw­dzili wyła­many zamek, ale nie­długo wrócą. Trzeba tu posprzą­tać.

-?Rzuć mi torbę -?zażą­dał Bero.

Nuno go posłu­chał. Dwaj nasto­lat­ko­wie wło­żyli wycięty z trumny kawa­łek drewna z powro­tem na miej­sce i oble­pili go wil­gotną zie­mią naj­le­piej, jak mogli. Bera prze­szył głę­boki ból na myśl o jade­icie, który zapewne tu zosta­wią, lepiej jed­nak będzie, jeśli uciekną jak naj­szyb­ciej z tym, co udało im się zdo­być. W prze­szło­ści nad­mierna ambi­cja kil­ka­krot­nie kosz­to­wała go bar­dzo drogo. Uwa­ża­jąc, by nie dotknąć jade­itu nagą skórą, owi­nął cenne zdo­by­cze w kilka warstw tka­niny wor­ko­wej i wsa­dził je do torby razem z narzę­dziami. Następ­nie wytarł uwa­lane zie­mią ręce o spodnie, prze­rzu­cił torbę przez ramię i wycią­gnął rękę, by Nuno pomógł mu wyjść z grobu. Dozorca odsu­nął się od niego.

-?Nie będę się zbli­żał do kra­dzio­nego jade­itu -?oznaj­mił, szcze­rząc zęby w gry­ma­sie nie­smaku.

Udało się im go prze­ku­pić wyłącz­nie dla­tego, że wpadł w długi tak poważne, iż Bero przez długi czas gryzł się myślą o tym, ile zagar­nię­tego bły­sku musiał sprze­dać, by sfi­nan­so­wać całe przed­się­wzię­cie.

Kazał Mud­towi spleść dło­nie i oparł na nich stopę. Bero wygra­mo­lił się z grobu i spoj­rzał z góry na młod­szego chło­paka. Przez chwilę czuł pokusę, by go tu zosta­wić. Zdo­był już jadeit i nie miał ochoty się nim dzie­lić. Mudt mógłby go jed­nak wsy­pać. Poza tym miał gęstą krew i Bero musiał przy­znać, że do tej pory oka­zał się uży­teczny.

Przy­kuc­nął przy gro­bie i pomógł Mud­towi się wygra­mo­lić. Nuno uru­cho­mił koparkę i wsy­pał zie­mię z powro­tem na miej­sce. Kiedy skoń­czył, grób wyglą­dał mniej wię­cej tak samo jak przed­tem. Gdyby ktoś przyj­rzał się uważ­niej, zauwa­żyłby ślady stóp, a także fakt, że jedna ze ścian jest nieco nie­re­gu­larna, było to jed­nak mało praw­do­po­dobne.

Bero i Mudt zdjęli chu­s­teczki z twa­rzy i otarli z nich pot oraz brud. Nuno popro­wa­dził ich w dół stoku. Nikt nie zwra­cał na nich uwagi, a nawet gdyby ktoś ją zwró­cił, wyglą­da­liby na trójkę cmen­tar­nych robot­ni­ków, któ­rzy wła­śnie skoń­czyli pracę.

-?Oddaj­cie mi szybko te koszule i cza­peczki -?ode­zwał się Nuno, gdy dotarli do bramy. Ścią­gnęli brudne ubra­nia i wrzu­cili je do torby na śmieci. -?Dosta­li­ście to, po co tu przy­szli­ście, tak? Niech bogo­wie prze­klną wasze dusze. -?Splu­nął. -?A teraz dawaj­cie drugą połowę forsy.

Bero ski­nął głową i przy­kuc­nął, by otwo­rzyć boczną kie­szeń torby. Mudt z całej siły ude­rzył z tyłu w głowę dozorcy ści­ska­nym w dłoni kamie­niem, a potem popchnął go na zie­mię. Bero wypro­sto­wał się, trzy­ma­jąc w ręce mały pisto­let. Wystrze­lił dwa razy. Za pierw­szym tra­fił Nuna w czoło, za dru­gim w poli­czek.

Gdy huk ucichł, oszo­ło­mieni nasto­lat­ko­wie gapili się na ciało przez kilka sekund. Kiedy odwró­cili zabi­tego na plecy, oka­zało się, że w jego sze­roko otwar­tych oczach malują się zasko­cze­nie i nie­po­kój. Rany wlo­towe były zaska­ku­jąco małe, a krew wsią­kała już w suchą zie­mię.

W pierw­szej chwili Bero pomy­ślał, że plan udał się zaska­ku­jąco dobrze i słusz­nie postą­pił, zatrzy­mu­jąc Mudta przy sobie. W dru­giej, że całe szczę­ście, że dozorca był drob­nym męż­czy­zną, bo w prze­ciw­nym razie trudno by im było prze­nieść ciało. Zdy­szani i spo­ceni z wysiłku i stra­chu zawle­kli je do płyt­kiego zagłę­bie­nia w pobli­skich chasz­czach. Bero spraw­dził kie­sze­nie kurtki dozorcy w poszu­ki­wa­niu port­fela.

-?Zabierz też zega­rek -?wysy­czał do Mudta. -?Niech to wygląda na napad rabun­kowy.

Wycią­gnęli kółko z klu­czami z kie­szeni ofiary, przy­kryli ciało gałę­ziami i liśćmi, a następ­nie pobie­gli ku bra­mie. Bero prze­kli­nał, szar­piąc się z zam­kiem, a Mudt pochy­lił się, dysząc ciężko. Ręce wspie­rał na kola­nach i sze­roko wyba­łu­szał oczy, widoczne tuż poni­żej prze­tłusz­czo­nej grzywki.

-?O kurwa, o kurwa, o kurwa, o kurwa.

Furtka wresz­cie się otwo­rzyła. Zamknęli za sobą cięż­kie zasuwy, Bero przy­ci­snął mocno torbę do piersi i obaj zerwali się do biegu, by skryć się wśród drzew Parku Wdowy. Odda­lali się od lata­rek ochro­nia­rzy, zmie­rza­jąc ku świa­tłom mia­sta leżą­cego w dole.

Rozdział 2

Przekazanie płomienia

Kaul Hilo­shu­don stał na czele tłumu żałob­ni­ków, któ­rzy przy­byli tu, by zło­żyć jego dziad­kowi ostat­nie wyrazy sza­cunku. Mnó­stwo ludzi kie­ro­wało dziś na niego spoj­rze­nia i zauwa­ży­liby, gdyby robił wra­że­nie pod­eks­cy­to­wa­nego bądź zato­pio­nego w myślach. Dla­tego wpa­try­wał się w trumnę nakrytą drogą białą tka­niną i poru­szał war­gami w rytm melo­re­cy­ta­cji pokut­ni­ków. Trudno mu jed­nak było sku­pić uwagę na rytu­ałach i osło­nić zmysł Per­cep­cji przed obec­no­ścią tak wielu wro­gów.

Jego dzia­dek żył długo i to życie było ważne. Wal­czył o nie­pod­le­głość kraju, a póź­niej, dzięki poli­tyce, biz­ne­sowi oraz wiel­kiemu kla­nowi, który zbu­do­wał, wywarł trwały wpływ na nowe kekoń­skie pań­stwo. Zmarł spo­koj­nie pośrodku nocy, w zaawan­so­wa­nym wieku osiem­dzie­się­ciu trzech lat, jak zwy­kle sie­dząc w wózku inwa­lidz­kim przy oknie w rodzin­nym domu. Z pew­no­ścią nale­żało to uznać za łaskę bogów. W ostat­nim roku życia, gdy drę­czyła go demen­cja i obni­że­nie tole­ran­cji na jadeit, dzia­dek stał się okrut­nym, nie­zno­śnym star­cem, zgorzk­nia­łym z powodu licz­nych żalów, i nie miał nic dobrego do powie­dze­nia o fak­cie, że przy­wódz­two klanu Bez Szczy­tów prze­szło w ręce tego z jego wnu­ków, któ­rego lubił naj­mniej - ale prze­ciętny oby­wa­tel nic o tym nie wie­dział. W Dziel­nicy Świą­tyn­nej przez pełne dwie doby trwało publiczne czu­wa­nie. Hilo miał wra­że­nie, że na pogrze­bie zja­wiła się połowa miesz­kań­ców mia­sta. Druga połowa zapewne oglą­dała całe to wyda­rze­nie w tele­wi­zji. Śmierć Pło­mie­nia Kekonu ozna­czała koniec ery, odej­ście poko­le­nia, które uwol­niło wyspę od cudzo­ziem­skiej oku­pa­cji i odbu­do­wało jej dobro­byt. Każda ważna osoba publiczna musiała uczest­ni­czyć w tym pogrze­bie. Rów­nież Ayt Mada­shi.

Filar Góry stała samot­nie po dru­giej stro­nie tłumu. Miała na sobie długą białą kurtkę i białą chustkę. Ota­czali ją jej ludzie. Hilo led­wie ją widział z miej­sca, gdzie stał, ale nie potrze­bo­wał wzroku. Z łatwo­ścią Postrze­gał jej gęstą jade­itową aurę. Wściekłby się na myśl, że poja­wiła się w miej­scu, gdzie jego star­szy brat Lan obra­cał się w proch, gdyby tylko pozwo­lił sobie o tym myśleć. Nie chciał jed­nak spra­wić rywalce takiej satys­fak­cji.

Wczo­raj Ayt wydała publiczne oświad­cze­nie wychwa­la­jące Kaul Sena jako boha­tera naro­do­wego, ojca kraju oraz uko­cha­nego towa­rzy­sza i przy­ja­ciela jej nie­ży­ją­cego ojca Ayt Yugon­tina. Niech bogo­wie obda­rzą uzna­niem ich obu. Dodała, że smutno jej z powodu walk, jakie nie­dawno wybu­chły mię­dzy kla­nami stwo­rzo­nymi przez tych dwóch wiel­kich ludzi, i wyra­ziła nadzieję, że spory uda się roz­wią­zać, by cały kraj mógł się roz­wi­jać w nie­pod­wa­żal­nej jed­no­ści, któ­rej przy­kła­dem ongiś było patrio­tyczne brac­two wojow­ni­ków, zwane Towa­rzy­stwem Jed­nej Góry.

-?Co za bzdury -?wark­nął Hilo.

Ani przez moment nie wie­rzył, że Ayt Mada kie­dy­kol­wiek zre­zy­gnuje ze swych celów, któ­rymi były pozba­wie­nie życia jego i jego rodziny, znisz­cze­nie klanu Bez Szczy­tów i prze­ję­cie cał­ko­wi­tej kon­troli nad pro­duk­cją jade­itu. Wystą­pie­nia pra­sowe nie mogły wyma­zać długu krwi.

-?To dobry PR -?sprze­ci­wiła się Shae. -?Przy­po­mniała ludziom o związ­kach łączą­cych dziadka z jej ojcem i w ten spo­sób zasu­ge­ro­wała, że repre­zen­tuje dzie­dzic­two wszyst­kich zie­lo­nych kości.

Poza tą krótką ana­lizą przez ostat­nie sie­dem­dzie­siąt dwie godziny jego sio­stra nie odzy­wała się pra­wie w ogóle, nawet poza okre­sem ofi­cjal­nego dwu­dnio­wego czu­wa­nia. Hilo zer­k­nął na nią. Trzy­mała się pro­sto, ale pod war­stwą bia­łego żałob­nego pyłu pokry­wa­ją­cego jej twarz widział pod­krą­żone oczy. Zwy­kle ostra jade­itowa aura Shae wyda­wała się przy­tłu­miona. Kochała dziadka i zawsze cie­szyła się jego wzglę­dami. Pła­kała gorzko po jego śmierci.

Hilo ponow­nie skie­ro­wał uwagę na tłum. Zja­wili się rów­nież inni przy­wódcy klanu Góra. Obok Ayt Mady stał niski męż­czy­zna o uli­za­nych wło­sach -?Ree Tura­huo, pro­gno­styk klanu. Miej­sce obok niego zajął męż­czy­zna o grubo cio­sa­nych rysach, z krótko ostrzy­żoną, upstrzoną siwi­zną bródką i wło­sach takiej samej barwy. Hilo nie wie­dział zbyt wiele o Nau Suen­ze­nie, który zastą­pił Gont Aschentu na sta­no­wi­sku rogu klanu, ale pogło­ski i infor­ma­cje zebrane przez szpie­gów mówiły, że zasły­nął jako sprytny spe­cja­li­sta od wojny par­ty­zanc­kiej. Pod­czas wojny szo­tar­skiej był sabo­ta­ży­stą i zama­chow­cem pra­cu­ją­cym dla Ayt Yu. Gdy wojna wielu naro­dów się skoń­czyła, miał zale­d­wie dwa­dzie­ścia trzy lata. Sądząc po nie­przy­cią­ga­ją­cym uwagi wyglą­dzie oraz pozba­wio­nej wyrazu jade­ito­wej aurze, nie był nawet w poło­wie tak impo­nu­jący i nie­bez­pieczny jak jego poprzed­nik. Hilo podej­rze­wał jed­nak, że to zmyłka i w związku z tym powód do nie­po­koju.

Bogo­wier­czy pokut­nicy w bia­łych pogrze­bo­wych sza­tach -?całe dwa tuziny, ponie­waż pogrzeb był ważny i zja­wiły się tłumy -?odpra­wili długi reli­gijny obrzą­dek, pod­czas któ­rego wie­lo­krot­nie recy­to­wano słowa "niech bogo­wie obda­rzą go uzna­niem", powta­rzane chó­rem przez licz­nych żałob­ni­ków. Hilo zamknął oczy, sku­pił znu­żony zmysł Postrze­ga­nia i zagłę­bił się w men­talny szum tysięcy odde­chów oraz biją­cych serc. Tam. Za grupką człon­ków Góry kryła się zna­joma mętna aura czło­wieka, któ­rego ongiś nazy­wał wuj­kiem. Byłego pro­gno­styka klanu Bez Szczy­tów, zdrajcy rodziny Kau­lów. Yun Doru­pon był tutaj, pogrą­żony w żało­bie.

-?Nie zawra­caj sobie nim głowy. Dzi­siaj go nie dorwiemy -?ode­zwała się cicho Shae.

Być może zauwa­żyła wyraz sku­pie­nia na jego twa­rzy albo po pro­stu Postrze­gła jego złość. Nie­mniej Hilo był zasko­czony. Nie spo­dzie­wał się, że jego sio­stra zauważy Doru. Był prze­ko­nany, że w ogóle nie zwra­cała uwagi na oto­cze­nie.

Rzecz jasna, miała rację. Nie mogli dopu­ścić się aktu prze­mocy w obec­no­ści pokut­ni­ków, pod­czas pogrzebu dziadka. A patrząc na to prag­ma­tycz­nie, było tu zbyt wielu wojow­ni­ków Góry. Setki ich pię­ści i pal­ców zajęły miej­sca naprze­ciwko ludzi klanu Bez Szczy­tów. Gdy Hilo zwięk­szył zasięg swego Postrze­ga­nia, inten­sywna aura wszyst­kich zebra­nych tu zie­lo­nych kości upodob­niła się do nie­ustan­nego szumu roz­mów na ruchli­wej ulicy. Klany zja­wiły się w wiel­kiej licz­bie, by doko­nać pokazu siły, dzi­siaj jed­nak prze­strze­gały rozejmu, by uczcić pamięć tego samego czło­wieka.

Wresz­cie gęsty tłum zaczął się roz­pra­szać. Hilo miał przed sobą długą, nie­unik­nioną robotę. Będzie musiał ze smętną miną przyj­mo­wać kon­do­len­cje od człon­ków wewnętrz­nego kręgu ludzi wier­nych kla­nowi -?latar­ni­ków, poli­ty­ków i naj­waż­niej­szych rodzin zie­lo­nych kości. Wcze­śniej przy wej­ściu na cmen­tarz doszło do jakie­goś zamie­sza­nia. Maik Kehn wysłał jed­nego ze swo­ich pię­ści, by zba­dał sprawę.

Teraz Kehn wró­cił do Hila.

-?Mówią, że nocą zna­le­ziono na cmen­ta­rzu zwłoki -?wyszep­tał.

-?Tylko jedne? -?zapy­tał filar z gry­ma­sem iro­nii. -?Czyżby wszyst­kie pozo­stałe ucie­kły?

Róg prych­nął cicho. Hilowi ni­gdy nie udało się wydo­być zeń wię­cej śmie­chu. Uniósł jed­nak sze­ro­kie bary na znak roz­ba­wie­nia.

-?W krza­kach odkryto ciało cmen­tar­nego dozorcy. Zabito go strza­łami w głowę. Podobno cho­dziło o długi. To nie wygląda na ważną sprawę, ale wiesz, jacy są ludzie. Krzy­czą o pechu, kiedy mucha wpad­nie do czarki z hoji.

Hilo ski­nął głową. Pogrzebu Pło­mie­nia nie powinny ska­lać żadne złe wie­ści.

-?Poroz­ma­wiaj z kie­row­ni­kiem cmen­ta­rza. Niech wyci­szy sprawę. -?Spoj­rzał z nie­chę­cią na długą kolejkę ludzi cze­ka­ją­cych, by zło­żyć mu kon­do­len­cje. Nie Postrze­gał już ni­gdzie w pobliżu Ayt Mady ani Doru. - Powiedz Tarowi, żeby dał mi godzinę. Potem wra­cam do domu, bez względu na to, ilu dupo­li­zów będzie jesz­cze tu cze­kało.

* * *

Minęły dwie i pół godziny, nim Hilo wresz­cie wró­cił do rezy­den­cji Kau­lów. Na dłu­gim pod­jeź­dzie i na ron­dzie par­ko­wało mnó­stwo samo­cho­dów. Po publicz­nym pogrze­bie urzą­dzono pry­watną stypę dla człon­ków rodziny i naj­wyż­szych rangą zie­lo­nych kości z klanu Bez Szczy­tów. Szyba w samo­cho­dzie była opusz­czona do połowy i Hilo sły­szał dźwięki muzyki oraz czuł zapa­chy z grilla urzą­dza­nego na podwórku. Jeśli ktoś dożył osiem­dzie­się­ciu lat, uwa­żano to za godny uczcze­nia fakt, świad­czący o prze­strze­ga­niu Boskich Cnót oraz o łaska­wo­ści bogów gwa­ran­tu­ją­cej wpusz­cze­nie do owczarni nieba, gdy nadej­dzie dzień obie­ca­nego Powrotu. Hilo uwa­żał, że to jedno z wie­rzeń, które miały wię­cej sensu w cza­sach wojny, gdy trudno było o dobrą opiekę medyczną. Tak czy ina­czej, gdy ofi­cjalna żałoba po Kaul Senie się skoń­czyła, zdjęto białe zasłony i na nie­for­mal­nym przy­ję­ciu pano­wała znacz­nie wesel­sza atmos­fera. Z pew­no­ścią potrwa ono dość długo.

Maik Tar zapar­ko­wał duchesse priza tuż przed głów­nym wej­ściem do domu, po czym odwró­cił się i spoj­rzał na filar.

-?Ludzie, z któ­rymi zgo­dzi­łeś się dzi­siaj spo­tkać, na­dal cze­kają, Hilo-jen. Mam przy­słać ich do cie­bie, czy się ich pozbyć?

-?Gdzie moja sio­stra? -?zapy­tał filar. -?Czy już wró­ciła?

-?Czeka na cie­bie w domu.

Zre­zy­gno­wany Hilo zga­sił papie­rosa w popiel­niczce.

-?Przy­ślij ich.

Tar obrzu­cił szefa współ­czu­ją­cym spoj­rze­niem.

-?Zosta­wię ci coś do jedze­nia. Chcesz coś kon­kret­nego?

-?Tro­chę wędzo­nej wie­przo­winy.

Hilo wysiadł z samo­chodu, wszedł do domu i z nie­chę­cią skie­ro­wał się do gabi­netu. To był kie­dyś ulu­biony pokój Lana i na­dal czuł się w nim tro­chę nie­swojo. W końcu wpro­wa­dził tu pewne zmiany -?usu­nął część rega­łów, zastę­pu­jąc je tele­wi­zo­rem i więk­szym bar­kiem, i kazał też przy­nieść wygod­niej­sze fotele, ale za każ­dym razem, gdy tu przy­cho­dził, pół­ofi­cjalny cha­rak­ter gabi­netu przy­po­mi­nał mu bru­tal­nie, że to nie on miał zostać fila­rem klanu.

Z reguły, gdy spo­ty­kał się z pod­wład­nymi, wolał to robić w kuchni albo na podwórku, tam jed­nak nie mógłby dziś zna­leźć pry­wat­no­ści. Musiał też przy­znać, że gabi­net two­rzył aurę ofi­cjal­nego auto­ry­tetu, bar­dziej odpo­wied­nią dla spo­tkań z waż­nymi udzia­łow­cami i peten­tami. Wie­dział, że pod­czas roz­mów z takimi ludźmi musi się sta­rać masko­wać swą mło­dość i repu­ta­cję ulicz­nego wojow­nika, a także pod­kre­ślać zna­cze­nie i dzie­dzic­two swej rodziny.

Shae była już na miej­scu. Sie­działa w jed­nym z obi­tych skórą foteli. Zmyła puder z twa­rzy, popra­wiła maki­jaż i prze­brała się w ciemną spód­nicę oraz beżową bluzkę, ale jej zmę­czone, zapad­nięte oczy na­dal miały nie­mal oskar­ży­ciel­ski wyraz.

Czy w ogóle nie kocha­łeś dziadka?

-?Nie musisz tu zosta­wać -?oznaj­mił jej Hilo. -?Pora­dzę sobie.

-?Co, jeśli jakiś latar­nik poprosi cię o wywar­cie naci­sku w spra­wie ustawy o ogra­ni­cze­niu opłat pali­wo­wych?

Hilo przy­mru­żył powieki.

-?Nikt by mnie o to nie pro­sił.

-?Masz rację -?zgo­dziła się. -?Dla­tego że nie ma pro­jektu takiej ustawy. Przed chwilą to wymy­śli­łam. -?Uśmie­chała się tylko pół­gęb­kiem, a jej docinki nie miały tej mocy, co zwy­kle. -?Zostanę.

Filar zmarsz­czył brwi, ale powstrzy­mał się przed udzie­le­niem odpo­wie­dzi, choć wyłącz­nie z uwagi na jej żałobę. Było prawdą, że nie wie­dział o poli­tycz­nej i biz­ne­so­wej stro­nie dzia­łal­no­ści klanu tyle, co ona, ale cią­głe przy­po­mi­na­nie mu o tym świad­czyło o zło­śli­wo­ści, którą z pew­no­ścią odzie­dzi­czyła po ich dziadku.

Hilo led­wie zdą­żył zdjąć kra­wat i roz­piąć koszulę, gdy Tar zapu­kał do drzwi, otwo­rzył je i wpu­ścił do środka męż­czy­znę oraz kobietę trzy­ma­jącą w ramio­nach małe dziecko. Na ich widok Hilo roz­pro­mie­nił się natych­miast. Pod­szedł do męż­czy­zny i uści­skał go cie­pło.

-?Eiten, przy­ja­cielu -?przy­wi­tał go. -?Ależ twoja córka uro­sła! Naprawdę ma tylko dzie­więć mie­sięcy? Mogłaby poko­nać dwu­latka w walce zapa­śni­czej.

Eiten nie mógł odwza­jem­nić uści­sku filaru ani unieść sple­cio­nych dłoni do czoła w tra­dy­cyj­nym geście sza­cunku, jed­nakże gdy usły­szał słowa Hila, zgiął się w płyt­kim ukło­nie, a w jego oczach poja­wił się błysk dumy. Miał na sobie czy­stą białą koszulkę z krót­kimi ręka­wami zakry­wa­jącą kikuty bra­ku­ją­cych rąk, oraz mięk­kie, czarne wsu­wane buty.

-?Jest naprawdę okropna, Hilo-jen. Pła­cze godzi­nami i nie można jej odło­żyć nawet na minutkę.

Potrzą­snął głową z przy­gnę­bioną miną, ale w jego gło­sie nie było nie­za­do­wo­le­nia.

-?Z pew­no­ścią będzie tak samo zie­lona jak jej tata -?zapew­nił Hilo.

Zauwa­żył, że żona Eitena ski­nęła głową z uśmie­chem. W daw­nych cza­sach prze­ko­na­nie, że gry­ma­śne nie­mow­lęta wyra­stają na lep­szych wojow­ni­ków, odno­siło się tylko do chłop­ców, ale obec­nie dziew­częta sta­no­wiły dwa­dzie­ścia pro­cent uczniów w Aka­de­mii Kaul Dushu­rona, nie­które kobiety zostały pię­ściami, a jedna nawet była fila­rem. Cią­gle mająca kolkę córka była powo­dem do dumy, a nie zaże­no­wa­nia.

-?Boję się tylko, że będzie zbyt zie­lona, żeby zna­leźć męża.

Hilo zauwa­żył, że zer­k­nęła na Shae, wypo­wia­da­jąc te słowa, ale zaraz opu­ściła wzrok.

-?Może kiedy doro­śnie, ludzie nie będą już myśleli w ten spo­sób - odpo­wie­działa jego sio­stra, uśmie­cha­jąc się lekko.

-?Pro­gno­styczka ma rację, a poza tym jest za wcze­śnie, żeby się o to mar­twić.

Hilo poło­żył dłoń na barku Eitena i popro­wa­dził rodzinę ku fote­lom. Tuż za Eite­nem bie­gła brą­zowa małpka. Kiedy męż­czy­zna usiadł, wsko­czyła na poręcz i przy­cup­nęła czuj­nie obok niego, dra­piąc się po piersi. Filar wydo­był z mini­lo­dówki kilka bute­lek napoju gazo­wa­nego i posta­wił je na sto­liku. Na roz­kaz Eitena małpka sko­czyła na blat, otwo­rzyła jedną z nich, wło­żyła do środka słomkę i zanio­sła butelkę panu. Eiten zsu­nął jeden but, wziął butelkę w palce u nogi i oparł koń­czynę na dru­gim kola­nie. Z kostki zwi­sała mu jade­itowa bran­so­leta.

Hilo usiadł naprze­ciwko niego.

-?Jak sobie radzi­cie? -?zapy­tał poważ­niej­szym tonem. -?Czy jest jesz­cze coś, w czym klan mógłby wam pomóc?

-?Zro­bi­li­ście już dla nas bar­dzo wiele. Życie było cięż­kie, ale zro­biło się lżej­sze, odkąd mamy Zoza. On otwiera przede mną drzwi, zapina mi koszulę, a nawet pod­ciera mi tyłek.

Eiten zachi­cho­tał. Palec z klanu skie­ro­wał Hila do szo­tar­skiej orga­ni­za­cji zaj­mu­ją­cej się tre­surą małp poma­ga­ją­cych nie­peł­no­spraw­nym (w Szo­ta­rze było mnó­stwo wete­ra­nów wojny) i filar kazał jed­nemu z latar­ni­ków wszystko zała­twić.

Eiten pochy­lił się i pocią­gnął łyk przez słomkę. Kiedy się wypro­sto­wał, spoj­rzał Hilowi pro­sto w oczy.

-?Kiedy Gont Asch uciął mi ręce, obie­ca­łeś, że zabi­jesz go i zabie­rzesz mu jadeit. Dotrzy­ma­łeś słowa. Powie­dzia­łeś mi, żebym prze­żył jesz­cze jeden rok, by zoba­czyć na wła­sne oczy zemstę klanu oraz naro­dziny mojego dziecka, a jeśli po roku na­dal będę pra­gnął umrzeć, oso­bi­ście speł­nisz moje życze­nie. -?Głos męż­czy­zny nabrał ostrzej­szych tonów, ale się nie zała­mał. -?Minął rok i sie­dzę przed tobą, Hilo-jen. Czy jeśli popro­szę cię, byś speł­nił moje życze­nie, nie zada­jąc żad­nych pytań, to czy na­dal będziesz gotowy to zro­bić?

Żona Eitena moc­niej przy­tu­liła śpiące nie­mowlę i pochy­liła głowę, przy­gry­za­jąc wargę. Jej mąż nie patrzył na nią ani na dziecko. Nie spusz­czał spoj­rze­nia z Hila, który Postrze­gał w jego jade­ito­wej aurze oso­bliwą, nie­mal bole­sną natar­czy­wość.

-?Tak -?potwier­dził. -?Dotrzy­mam słowa.

Eiten ski­nął głową. Jego aura uspo­ko­iła się wyraź­nie. Spoj­rzał na śpiącą córkę i na jego twa­rzy poja­wił się wyraz uwiel­bie­nia.

-?Mia­łeś rację, Hilo-jen. Mam teraz po co żyć i nie chcę już umie­rać.

Hilo uświa­do­mił sobie, jak ważne było, by Eiten wie­dział, że ta opcja pozo­sta­wała przed nim otwarta, że decy­zja rze­czy­wi­ście nale­żała do niego, a na sło­wie filaru zawsze można pole­gać. Eiten spoj­rzał na niego.

-?Nie chcę jed­nak do końca życia pozo­sta­wać bez­czynny i zależny od innych. Zali­cza­łem się do naj­lep­szych pię­ści klanu Bez Szczy­tów. Wiem, że już na nic ci się nie przy­dam, ale pra­gnę popro­sić cię o przy­sługę. Czy zgo­dzisz się mnie wysłu­chać?

-?Proś, o co tylko zechcesz -?odpo­wie­dział Hilo. -?Z chę­cią speł­nię twoją prośbę, jeśli tylko będzie to leżało w moich moż­li­wo­ściach.

-?Mój teść jest pro­du­cen­tem hoji. Choć jego gorzel­nia nie jest duża, to tru­nek, który pro­du­kuje, należy do naj­lep­szych w kraju. Sprze­daje go ele­ganc­kim skle­pom i restau­ra­cjom. Chciałby się prze­nieść do więk­szego budynku, ale sta­rzeje się i potrze­buje wspól­nika, żeby kie­ro­wać firmą. Mimo że zdaję sobie sprawę, że dla klanu to tylko mały biz­nes, chciał­bym pro­sić biuro pro­gno­styka o patro­nat, bym mógł prze­jąć kie­row­nic­two nad rodzin­nym inte­re­sem żony. Moje ciało jest oka­le­czone, ale umysł na­dal mam sprawny i myślę, że spra­wi­łoby mi satys­fak­cję, gdy­bym mógł pra­co­wać nad roz­bu­dową firmy jako latar­nik.

Hilo spoj­rzał z uśmie­chem na jego żonę.

-?A co ty sądzisz o tym pomy­śle, pani Eiten? Czy twój mąż ma zadatki na pro­du­centa hoji świa­to­wej klasy?

-?Od lat poma­ga­li­śmy ojcu w pro­wa­dze­niu gorzelni i mój mąż zawsze marzył o tym, by pew­nego dnia prze­jąć inte­res -?odpo­wie­działa żona Eitena cichym, ale prze­po­jo­nym pew­no­ścią gło­sem. -?Był jed­nak pię­ścią i musiał słu­żyć tobie oraz kla­nowi. To zawsze miało pierw­szeń­stwo. Cie­szę się, że żyje, wyłącz­nie dzięki tobie, Kaul-jen, i w głębi serca czuję, że to dla niego druga szansa. Dobrze sobie z tym pora­dzi, a gdy córka tro­chę pod­ro­śnie, będę mu poma­gała, oczy­wi­ście.

-?Mówi­łeś, że potrze­bu­je­cie nowej loka­li­za­cji -?pod­jął Hilo, ponow­nie zwra­ca­jąc się do Eitena. -?Pro­wa­dzimy reno­wa­cję i roz­bu­dowę całego par­teru Poczwór­nej Wygra­nej. Mogli­by­śmy zro­bić miej­sce dla waszej gorzelni. Jest tam wielka piw­nica. Czy to dla was do przy­ję­cia? Zaopa­try­wa­li­by­ście w hoji wszyst­kie kasyna na ulicy Dla Ubo­gich.

Eiten sze­roko otwo­rzył oczy.

-?Hilo-jen, to znacz­nie wię­cej, niż się spo­dzie­wa­li­śmy...

-?Potrze­buję w tej czę­ści Pachy kogoś, komu mógł­bym zaufać -?prze­rwał mu Hilo. -?Zawsze ist­nieje groźba, że Góra spró­buje odzy­skać to, co jej ode­bra­li­śmy w zeszłym roku. Róg dba o to, by oko­lica zawsze była bro­niona, ale czuł­bym się pew­niej, gdy­bym miał godną zaufa­nia zie­loną kość, kogoś, kto zawsze będzie wytę­żał wzrok i słuch. Czy dasz radę pro­du­ko­wać waszą świetną hoji i jed­no­cze­śnie słu­żyć kla­nowi, Eiten-jen?

Męż­czy­zna prze­łknął z wysił­kiem ślinę i ski­nął głową.

-?Klan jest moją krwią, a filar jest jego panem. Dzię­kuję, Hilo- -jen. Zawsze będę twoim wojow­ni­kiem, wal­czą­cym w taki spo­sób, jakiego ode mnie zażą­dasz.

Hilo uśmiech­nął się i wstał. Pozo­stali podą­żyli za jego przy­kła­dem. Ten ruch obu­dził nie­mowlę, które zaczęło szu­kać mat­czy­nej piersi, a potem wydało z sie­bie prze­szy­wa­jący wrzask. Hilo skrzy­wił się, po czym się roze­śmiał.

-?Musisz nakar­mić tę małą demo­nicę. Szcze­góły uzgod­nimy póź­niej.

-?Zbierz doku­men­ta­cję finan­sową firmy swego teścia z ostat­nich pię­ciu lat i wyślij ją do biura pro­gno­styka, razem z poda­niem o przy­zna­nie patro­natu -?popro­siła Shae. -?To przy­śpie­szy sprawę.

Eiten i jego żona ponow­nie wyra­zili wdzięcz­ność. Brą­zowa małpka wypiła resztę brzo­skwi­nio­wego napoju i popę­dziła za swoim panem.

Gdy Hilo dowie­dział się, że Eiten radzi sobie tak dobrze, jak to tylko moż­liwe, i prze­ko­nał się, że jest w sta­nie speł­nić jego prośbę, nastrój znacz­nie mu się popra­wił. Dwa następne spo­tka­nia obyły się bez kom­pli­ka­cji. Mały klan Czarny Ogon przy­słał przed­sta­wi­ciela z wyra­zami kon­do­len­cji w postaci pie­nię­dzy i kwia­tów oraz zapew­nie­niami o nie­za­chwia­nej i trwa­łej przy­jaźni. ("Zapewne zaraz popę­dzi do Ayt Mady i prze­każe jej te same słowa" -?stwier­dziła Shae zaraz po jego wyj­ściu). Potem zja­wił się wspól­nik w inte­re­sach ich dziadka, który pra­gnął napi­sać hagio­gra­ficzną bio­gra­fię Pło­mie­nia Kekonu, rzecz jasna za pozwo­le­niem filaru i z kla­nową apro­batą. Hilo ucie­szył się, że dobrze im dziś idzie, i spoj­rzał na zega­rek, gdy do gabi­netu wpusz­czono panią Teije.

Natych­miast ogar­nęło go prze­czu­cie, że ta roz­mowa mu się nie spodoba. Wyczuł nagłą zmianę w aurze Shae za swymi ple­cami, co suge­ro­wało, że odnio­sła takie samo wra­że­nie.

-?Witaj, cio­ciu Teije -?rzekł, cału­jąc kobietę w suchy poli­czek. -?Dawno się nie widzie­li­śmy.

Ta prze­rwa mogłaby być dłuż­sza, pomy­ślał, cie­sząc się, że kobieta nie nosi jade­itu i nie może Postrzec jego praw­dzi­wych uczuć.

-?Witaj, cio­ciu -?ode­zwała się Shae z podob­nie fał­szywą rado­ścią.

Pani Teije liczyła sobie sześć­dzie­siąt lat i była ciotką kuzyna ich ojca. Kaul Sen miał tylko jedną, star­szą sio­strę, która dożyła wieku doro­słego. Wyszła za mąż za męż­czy­znę nazwi­skiem Teije Jan i miała z nim czworo dzieci. Rodzina Teije była spo­krew­niona z Kau­lami i licz­niej­sza od nich. Sam ten fakt mógłby ich uczy­nić jedną z naj­po­tęż­niej­szych rodzin na Keko­nie, ale żaden Teije ni­gdy nie osią­gnął nic god­nego uwagi ani nie zdo­był wyso­kiej pozy­cji w kla­nie. Tylko garstka człon­ków tej rodziny zdo­łała ukoń­czyć Aka­de­mię i zostać zie­lo­nymi kośćmi. Dwóm udało się osią­gnąć pozy­cję niskich rangą pię­ści. Reszta rodziny to byli mało zna­czący latar­nicy i nie­no­szący jade­itu cywile. Nie­któ­rzy mieli wykształ­ce­nie i porządną pracę, a inni nie, ale pra­wie wszy­scy zawdzię­czali swe osią­gnię­cia związ­kom łączą­cym ich z Kau­lami.

-?Bogo­wie nie są spra­wie­dliwi -?stwier­dził kie­dyś przy kola­cji dzia­dek Hila. -?Wiele ode­brali jed­nej czę­ści naszej rodziny, by dać to dru­giej. Dla­tego bądź­cie dobrzy dla kuzy­nów. Kto wie, co mogłaby osią­gnąć rodzina Teije, gdyby jej człon­ko­wie mieli wię­cej rozumu albo gęst­szą krew.

Pani Teije była pulchną kobietą o krótko ostrzy­żo­nych, szorst­kich wło­sach. Cią­gle zaci­skała usta, jakby pró­bo­wała prze­łknąć coś nie­smacz­nego.

-?Kaul-jen, Kaul-jen, niech bogo­wie opro­mie­nią cię swą łaską - wychry­piała. -?Jesteś moją jedyną nadzieją.

Osu­nęła się na jeden z foteli, pocie­ra­jąc oczy zmiętą chu­s­teczką.

-?O co cho­dzi, cio­ciu? -?zapy­tał Hilo.

-?O mojego syna, tego nic­po­nia Runa -?wyja­śniła kobieta. -?Wpa­ko­wał się w kło­poty na Uwi­wach. Tylko bogo­wie wie­dzą, co w ogóle robił w tym grzesz­nym miej­scu, ale ktoś popeł­nił strasz­liwy błąd. Runa aresz­to­wano i zamknięto w wię­zie­niu.

Hilo stłu­mił wes­tchnie­nie i nadał twa­rzy uspo­ka­ja­jący wyraz.

-?Cio­ciu Teije, nic dziw­nego, że tak się zde­ner­wo­wa­łaś, ale jeśli to rze­czy­wi­ście był błąd, łatwo będzie wszystko napra­wić. Możemy zapła­cić za jego uwol­nie­nie. Ile wynosi kau­cja?

-?Ach -?odparła kobieta z zawsty­dzoną miną. -?Kau­cję już zapła­cono. Runo wyszedł z wię­zie­nia dwa tygo­dnie temu. -?Hilo zro­bił zdzi­wioną minę. - My jej nie zapła­ci­li­śmy. Rodzina zbie­rała pie­nią­dze, ale nim udało się nam zgro­ma­dzić wystar­cza­jąco wiele, usły­sze­li­śmy, że kau­cję wniósł bogaty nie­zna­jomy i Runa prze­ka­zano pod jego nad­zór.

-?Kim jest ten nie­zna­jomy? -?zapy­tał Hilo.

-?Nazywa się Zapu­nyo -?odpo­wie­działa pani Teije. -?Mówią, że to zły czło­wiek. Prze­myt­nik. Prze­myt­nik jade­itu. -?Patrząc na nią, można było odnieść wra­że­nie, że chęt­nie by splu­nęła, gdyby nie zadbane dywany w gabi­ne­cie Kau­lów. -?Mój syn jest "gościem" tego czło­wieka. Pró­bo­wa­li­śmy nego­cjo­wać, pro­po­no­wa­li­śmy mu pie­nią­dze, ale Zapu­nyo odpo­wie­dział, że będzie roz­ma­wiał tylko z fila­rem klanu.

Ciotka Teije wstała i uklę­kła przed Hilem, chwy­ta­jąc go za dło­nie.

-?Bła­gam, Kaul-jen, musisz uwol­nić Runa. Jest krnąbrny i czę­sto spra­wia kło­poty, ale to dobry chło­pak. Mój mąż nie chciał do cie­bie przyjść. Prze­kleń­stwo na jego upór! Powie­dział: "Jeśli popro­simy Kau­lów, żeby pomo­gli nam roz­wią­zać nasze pro­blemy, zawsze będą patrzyli na nas z góry". Ale ja o to nie dbam. Wiem, że masz dobre serce i dbasz o swo­ich ludzi, tak samo jak twój dzia­dek, niech bogo­wie obda­rzą go uzna­niem.

Hilo skrzy­wił się mimo woli, sły­sząc to porów­na­nie, ale pokle­pał kobietę po zaci­śnię­tej dłoni. Nie patrzył na Shae, poczuł jed­nak, że w jej aurze poja­wiła się nuta nie­po­koju. Przez długi czas przy­glą­dał się płacz­li­wej minie pani Teije, nim wresz­cie pod­jął decy­zję.

-?Nie martw się, cio­ciu. Zro­bię, co tylko będę mógł, by Runo odzy­skał wol­ność i wró­cił do cie­bie. Czym byłby klan Bez Szczy­tów bez rodziny Teije? Udam się na Uwiwy i poroz­ma­wiam z Zapu­nyem.

Pani Teije zanio­sła się szlo­chem, raz po raz doty­ka­jąc czoła sple­cio­nymi dłońmi. Hilo pomógł kobie­cie wstać i wypro­wa­dził ją z gabi­netu, pocie­ra­jąc dło­nią jej pochy­lone plecy. Potem zamknął za nią drzwi i odwró­cił się w stronę sio­stry, która przez cały czas sie­działa nie­ru­chomo na krze­śle obok. Nie miała zado­wo­lo­nej miny.

-?Nie­po­trzeb­nie roz­bu­dzi­łeś jej nadzieje.

Opadł na fotel naprze­ciwko niej i roz­siadł się wygod­nie, wycią­ga­jąc nogi przed sie­bie.

-?A co mia­łem zro­bić? Ode­słać ją z prze­ko­na­niem, że jakiś uwi­wań­ski cwa­niak bez­kar­nie uwię­ził jej syna? On należy do naszej rodziny, jest zie­loną kością.

Shae przy­mru­żyła powieki.

-?Chyba nie zamie­rzasz ryzy­ko­wać życia dla Teije Runa?

Runo był w Aka­de­mii trzy rocz­niki przed Hilem i Shae. Dobrze sobie radził ze śpie­wem, piłką szta­fe­tową i spo­ty­ka­niem się z całą listą dziew­czyn jed­no­cze­śnie, ale poza tym nie wyróż­niał się niczym szcze­gól­nym. Po zakoń­cze­niu nauki otrzy­mał jeden jadeit, a drugi zdo­był w ciągu dwóch lat służby jako palec. Póź­niej posta­no­wił wyru­szyć w świat i poszu­kać szczę­ścia. Kla­nowe plotki gło­siły, że Teije został zie­loną kością do wyna­ję­cia i był straż­ni­kiem w kopal­niach i szy­bach naf­to­wych w roz­dar­tych wojną oko­li­cach świata, a przez pewien czas słu­żył jako ochro­niarz boga­temu oli­gar­sze z Mar­cu­cuo. Hilo nie widział go od lat i nie miał ochoty oglą­dać. Nie sza­no­wał ludzi wyko­rzy­stu­ją­cych jade­itowe zdol­no­ści do korzy­ści oso­bi­stych i nie­da­ją­cych nic kla­nowi, któ­remu zawdzię­czają zie­leń.

-?Runo nic mnie nie obcho­dzi -?odparł. -?Prze­cież wiesz, że nie cho­dzi o niego. Wojna mię­dzy kla­nami bar­dzo pomo­gła prze­myt­ni­kom jade­itu. Ten sęp Zapu­nyo utu­czył się w ciągu dwóch ostat­nich lat i zro­bił się bez­czelny. Sądząc po wie­ściach, które ostat­nio dotarły do nas z Szo­taru, ma jesz­cze wię­cej powo­dów, by sądzić, że czarny rynek będzie roz­kwi­tał.

W Szo­ta­rze wybuchł kon­flikt mię­dzy rzą­dem cen­tral­nym a proy­gu­tań­skimi sepa­ra­ty­stami z poło­żo­nej naj­da­lej na wscho­dzie pro­win­cji Oor­toko. Zapewne wtrącą się do niego wiel­kie mocar­stwa, co dopro­wa­dzi do eska­la­cji i wzro­stu popytu na jadeit ze strony legal­nych i nielegal­nych armii na całym świe­cie.

-?Hilo -?odparła z powagą Shae. -?Zapu­nyo pró­buje cię zmu­sić do spo­tka­nia na swo­ich warun­kach i w swoim kraju, gdzie sko­rum­po­wany rząd i poli­cja są na jego usłu­gach. Jeśli tam się znaj­dziesz, nara­zisz się na nie­bez­pie­czeń­stwo. Nie warto tego robić dla kogoś tak bez­u­ży­tecz­nego jak Teije Runo.

-?Fak­tycz­nie jest bez­u­ży­teczny, ale należy do naszej rodziny. -?Hilo wstał i się prze­cią­gnął. Skrzy­wił się, gdy zła­pał go kurcz w mię­śniu barku. Widoczne ślady po bru­tal­nym pobi­ciu przez Gont Ascha i jego ludzi przed ponad rokiem dawno już znik­nęły, ale bóle w róż­nych miej­scach na­dal nie pozwa­lały mu zapo­mnieć o tym wyda­rze­niu. -?Jak to by wyglą­dało, gdyby Uwi­wa­nin wziął jako zakład­nika kekoń­ską zie­loną kość, jed­nego z naszych krew­nych? Zapu­nyo wie, że nie możemy tego tole­ro­wać. Chce w ten spo­sób przy­cią­gnąć moją uwagę.

-?Wyślij Kehna albo Tara.

Hilo pokrę­cił głową. Zada­niem pro­gno­styczki było dora­dza­nie fila­rowi, przed­sta­wia­nie mu sta­ran­nego i logicz­nego rachunku kosz­tów i strat. Shae wyko­ny­wała swój obo­wią­zek, dora­dza­jąc mu ostroż­ność, ale ni­gdy nie pra­co­wała po mili­tar­nej stro­nie klanu i nie­któ­rych spraw po pro­stu nie rozu­miała. Hilo nie okrył się sławą dzięki temu, że trzy­mał się z tyłu i wysy­łał innych, by roz­wią­zy­wali ważne pro­blemy za niego. Nie zamie­rzał teraz się zmie­niać, zwłasz­cza że wła­śnie dzięki repu­ta­cji, jaką zdo­był, gdy był rogiem, dobrze sobie radził jako filar czasu wojny.

-?Muszę poroz­ma­wiać z Zapu­nyem oso­bi­ście -?upie­rał się. -?W nie­po­ro­zu­mie­niu mię­dzy przy­ja­ciółmi nie ma nic złego, ale nie­po­ro­zu­mie­nie mię­dzy wro­gami to cał­kiem inna sprawa.

Shae wyraź­nie miała ochotę spie­rać się dalej, ale w tej samej chwili Tar zapu­kał do drzwi i uchy­lił je, by wsu­nąć głowę do środka.

-?Robi się już ciemno. Impreza na podwórku dobiega końca. Czy na­dal chcesz poroz­ma­wiać z Ande­nem, Hilo-jen?

Nastrój Hila zmie­nił się dia­me­tral­nie. Kąciki jego ust opa­dły, a mię­śnie bar­ków się naprę­żyły, jakby spo­czął na nich wielki cię­żar.

-?Poroz­ma­wiam z nim -?odparł cicho. -?Sam -?dodał, spo­glą­da­jąc na sio­strę.

Tar się odda­lił. Shae wstała.

-?To ja cię prze­ko­na­łam, że powi­nie­neś z nim pomó­wić. Nie słu­cha­łeś mnie przez wiele mie­sięcy, nawet nie wyma­wia­łeś jego imie­nia, a teraz chcesz, żebym wyszła. -?Prze­szyła brata podejrz­li­wym, obu­rzo­nym spoj­rze­niem. - Masz zamiar go zastra­szyć albo skło­nić pochleb­stwami do powrotu do klanu i wło­że­nia jade­itu. Znam cię, Hilo.

-?Chcę z nim pomó­wić w cztery oczy, Shae -?odparł filar twar­dym gło­sem. -?To, co wyda­rzyło się tam­tego dnia, to sprawa mię­dzy nami. Powin­ni­śmy mieć szansę omó­wić to jak należy.

Pro­gno­styczka wpa­try­wała się w niego przez dłuż­szą chwilę. Jej aura była pełna iry­ta­cji. Wresz­cie omi­nęła go i wyszła bez słowa. Filar został sam w pustym gabi­ne­cie brata.

Rozdział 3

Wygnaniec

Emery Anden sie­dział na ławce pod drze­wem wiśni na dzie­dzińcu rezy­den­cji Kau­lów, ści­ska­jąc w dło­niach butelkę limon­ko­wego napoju. Uni­kał kon­taktu wzro­ko­wego z innymi żałob­ni­kami. Dłu­gie stoły wypeł­nione jedze­niem ozdo­biono gir­lan­dami bia­łych serc. Har­fi­sta grał sen­ty­men­talne i pod­no­szące na duchu melo­die. Było tu mnó­stwo ludzi, ale z sza­cunku dla zmar­łego wszy­scy roz­ma­wiali cicho. Jedy­nym nie­gu­stow­nym ele­men­tem całego spo­tka­nia był tym­cza­sowy płot z nie­bie­skiego pla­stiku, ota­cza­jący część dzie­dzińca, na któ­rej trwały prace nad reno­wa­cją domu pro­gno­styka.

Anden nie mógł twier­dzić, że był bli­sko z Kaul Senem, Pło­mień Kekonu był jed­nak jego przy­bra­nym dziad­kiem i chło­pak zawdzię­czał mu wszystko. Uczy­nił go człon­kiem rodziny Kau­lów i zapew­nił mu naukę w Aka­de­mii Kaul Dushu­rona, podob­nie jak wła­snym wnu­kom. Już od dzie­ciń­stwa Anden uwa­żał, że pew­nego dnia odwdzię­czy się patriar­sze, zosta­jąc jedną z naj­lep­szych zie­lo­nych kości klanu Bez Szczy­tów. A teraz dzia­dek nie żył i dług Andena pozo­sta­nie nie­spła­cony.

Póź­no­po­po­łu­dniowe cie­nie gęst­niały, tłum rzed­niał coraz bar­dziej, a Anden na­dal cze­kał. Pod­szedł do stołu z napo­jami po kolejną butelkę i nagle się zorien­to­wał, że śle­dzi go mnó­stwo zain­te­re­so­wa­nych, nie­przy­ja­znych spoj­rzeń. Była tu więk­szość waż­nych oso­bi­sto­ści z klanu Bez Szczy­tów. Wie­dzieli, kim jest Anden i co zro­bił w zeszłym roku. Naj­pierw ura­to­wał klan przed zagładą, a póź­niej, w dzień zakoń­cze­nia nauki, odmó­wił przy­ję­cia jade­itu i filar publicz­nie się go wyrzekł.

Nagle zauwa­żył garstkę kole­gów z Aka­de­mii. Lott, Heike i Ton stali ze swymi rodzi­nami. Roz­ma­wiali i rzu­cali spoj­rze­nia w jego kie­runku. W piersi Andena obu­dziło się echo daw­nych uczuć, stłu­mio­nych z powodu nie­uży­wa­nia. Lott Jin opie­rał się od nie­chce­nia o stół. Na­dal gar­bił się leni­wie, a zara­zem ner­wowo, ale przez ostatni rok naj­wy­raź­niej wiele ćwi­czył. Miał teraz szer­sze bary, wypeł­nia­jące szarą mary­narkę, i ściął krótko włosy, by grzywka nie opa­dała mu na oczy.

Anden odwró­cił wzrok, czu­jąc, że do twa­rzy napływa mu cie­pło. Miesz­kał w Mare­nii już od z górą roku i zda­rzały się chwile, gdy potra­fił ode­pchnąć od sie­bie wspo­mnie­nie hańby i cie­szyć się życiem. Jed­nakże gdy wró­cił do Jan­lo­onu i znowu zna­lazł się w tym domu, pośród człon­ków klanu, ożyły wspo­mnie­nia o dniach i tygo­dniach po wygna­niu i o wszyst­kim, z czego zre­zy­gno­wał.

Wró­cił na ławkę pod drze­wem i z prze­ra­że­niem zauwa­żył, że Ton idzie w jego stronę. Lott i Heike zostali na miej­scu, przy­glą­dali się, ale nie pod­cho­dzili bli­żej.

-?Anden -?ode­zwał się Ton, doty­ka­jąc czoła w nie­for­mal­nym geście pozdro­wie­nia. Odchrząk­nął. -?Dawno cię nie widzia­łem. Cie­szę się, że wszystko z tobą w porządku.

Anden uniósł z nie­chę­cią wzrok i spoj­rzał w oczy byłemu kole­dze z klasy.

-?Miło mi cię spo­tkać, Ton-jen.

Ton ski­nął głową, ner­wowo doty­ka­jąc dwóch pier­ścieni z jade­itami, które nosił na lewej dłoni. Był teraz pal­cem w kla­nie, odpo­wia­dał przed rogiem i jego pię­ściami, patro­lo­wał tery­to­rium klanu Bez Szczy­tów i bro­nił go, sta­ra­jąc się zacho­wać nie­pewną prze­wagę, jaką zdo­byli nad Górą. Ton spra­wiał wra­że­nie, że zasta­na­wia się, co powie­dzieć, by prze­rwać krę­pu­jące mil­cze­nie, ale nagle zja­wił się Maik Tar. Pochy­lił się ku Ande­nowi.

-?Jest już gotowy się z tobą zoba­czyć -?rzekł cicho.

Anden wstał, zosta­wił na ławce opróż­nioną butelkę i podą­żył za fila­ro­wym do budynku. Zatrzy­mał się przy wej­ściu do gabi­netu, chcąc zacze­kać krótką chwilę, by lepiej się przy­go­to­wać, ale Tar otwo­rzył drzwi i chło­pak nie miał innego wyboru, jak wejść do środka. Fila­rowy zamknął drzwi, tłu­miąc głosy ludzi na­dal krę­cą­cych się na zewnątrz.

Filar sie­dział w naj­więk­szym z obi­tych skórą foteli. Wyglą­dał tak samo jak wtedy, gdy Anden ostat­nio go widział, lecz zara­zem się zmie­nił. Zacho­wał mło­dzień­czy wygląd i na­dal ota­czała go lekko bez­czelna cha­ry­zma. Anden nie­raz był świad­kiem tego, jak obja­wiała się jako cie­pło i sym­pa­tia w kon­tak­tach z przy­ja­ciółmi albo jako strasz­liwa groźba, gdy miał do czy­nie­nia z wro­gami. Nie­mniej tytuł filaru zmie­nia wszyst­kich. W oczach i wyra­zie ust Hila dostrze­gało się teraz pewną sztyw­ność, bar­dziej zło­wrogi i lepiej kon­tro­lo­wany aspekt jego oso­bo­wo­ści. Przed­tem Anden raczej się z tym nie spo­ty­kał.

Rozej­rzał się w poszu­ki­wa­niu Shae, ale nie było jej w pokoju. Ze wszyst­kich człon­ków klanu tylko z nią utrzy­my­wał w zeszłym roku regu­larne kon­takty. Liczył na to, że będzie obecna przy spo­tka­niu. Prze­łknął ślinę, uniósł sple­cione dło­nie do czoła i pochy­lił się, odda­jąc honory fila­rowi.

-?Kaul-jen, przy­kro mi, że stra­ci­łeś dziadka.

Jesz­cze cał­kiem nie­dawno Hilo wstałby, uści­skał cie­pło kuzyna, poca­ło­wał go w poli­czek i zapro­wa­dził z uśmie­chem do naj­bliż­szego fotela.

"Andy, nie bądź taki sztywny" -?skar­ciłby chło­paka. "Wyj­mij kij z dupy i sia­daj".

Tym razem jed­nak tego nie zro­bił. Nie ruszył się z miej­sca.

-?On był rów­nież twoim dziad­kiem, Andy -?rzekł z zim­nym wyrzu­tem. -?Pod każ­dym wzglę­dem oprócz krwi. To on uczy­nił cię człon­kiem tej rodziny.

-?Nie zapo­mnia­łem o tym -?zapew­nił cicho Anden.

-?Czyżby?

Hilo prze­su­nął się do przodu i pod­niósł paczkę espeń­skich papie­ro­sów leżącą na bla­cie. Wyjął jed­nego i wło­żył do ust, po czym ku zasko­cze­niu Andena pod­su­nął mu paczkę. Chło­pak pochy­lił się i wycią­gnął papie­rosa, nie patrząc fila­rowi w oczy. Hilo zapa­lił swo­jego, po czym prze­su­nął zapal­niczkę po bla­cie w stronę kuzyna i znowu roz­siadł się wygod­nie.

-?Co z sie­bie zro­bi­łeś, Andy? -?Głos filaru był łagodny, lecz pełen wyrzutu. -?Shae powie­działa mi, że miesz­kasz w Mare­nii. Dzie­więt­na­sto­letni męż­czy­zna wyszko­lony na zie­loną kość żyje w wio­sce razem z bez­ja­de­ito­wymi ryba­kami i star­cami.

Anden ukrył rumie­niec, spo­glą­da­jąc na papie­rosa, któ­rego zapa­lał.

-?Mam tam pracę -?odparł. -?Jest pewna i wystar­cza mi na utrzy­ma­nie. Za mie­siąc zaosz­czę­dzę tyle pie­nię­dzy, że będę mógł wyna­jąć miesz­ka­nie i prze­stanę być cię­ża­rem dla two­jej mamy.

W oczach Hila roz­bły­snął nagły gniew.

-?A co ze straż­ni­kami, któ­rzy cię pil­nują? Czy pen­sja, którą dosta­jesz w skle­pie z meblami, wystar­czy, żeby pokryć wydatki na nich?

Anden wzdry­gnął się, sły­sząc ton filaru.

-?Kaul-jen, klan nie powi­nien pono­sić żad­nych dodat­ko­wych wydat­ków z mojego powodu. Potrze­bu­je­cie wszyst­kich swo­ich zie­lo­nych kości do wojny z Górą. W Mare­nii nikt mnie nie zaata­kuje, a nawet gdyby ktoś to zro­bił, spra­wie­dli­wość wymaga, żebym sam sobie z tym pora­dził.

-?Nie bądź głupi -?wark­nął Hilo. -?W zeszłym roku zabi­łeś Gont Ascha i odwró­ci­łeś losy wojny. Myślisz, że Ayt Mada o tym zapo­mni? -?Hilo znowu prze­su­nął się do przodu. -?Wie, że możesz się stać jedną z naj­po­tęż­niej­szych zie­lo­nych kości w kraju.

-?Nie. Jeśli już ni­gdy nie włożę jade­itu -?wymam­ro­tał chło­pak. -?To byłoby pogwał­ce­nie aisho...

-?Ayt znaj­dzie spo­sób na omi­nię­cie aisho, jeśli będzie tego chciała. Nie musi wysy­łać zie­lo­nych kości z guan dao prze­ciwko jed­nemu bez­ja­de­ito­wemu czło­wie­kowi miesz­ka­ją­cemu w wio­sce rybac­kiej. Nie wyszep­tała dotąd two­jego imie­nia, bo na razie jej się to nie opłaca. Kto wie, może myśli, że jeśli chwilę zaczeka, będzie mogła cię zwer­bo­wać.

Anden uniósł nagle głowę.

-?Ni­gdy nie przejdę na stronę Góry, nawet jeśli mia­łoby od tego zale­żeć moje życie. Może i nie jestem zie­loną kością, ale to jesz­cze nie zna­czy, że zdra­dzę klan i przy­stanę do jego wro­gów.

-?Czy to samo powie­dzia­łeś czło­wie­kowi, który roz­ma­wiał z tobą w zeszłym mie­siącu?

Anden nie odpo­wie­dział, ale dłoń, w któ­rej trzy­mał papie­rosa, zadrżała lekko. Nie­zna­jomy łysy męż­czy­zna pod­szedł do niego w super­mar­ke­cie.

-?Podzi­wiam cię za to, co zro­bi­łeś -?oznaj­mił z kon­fi­den­cjo­nal­nym uśmiesz­kiem. -?Nie chcia­łeś przy­jąć jade­itu i zostać zie­loną kością. Zabójcą. Z pew­no­ścią jesteś uczci­wym czło­wie­kiem. Jeśli kie­dy­kol­wiek będziesz potrze­bo­wał pracy, miesz­ka­nia albo przy­ja­ciel­skiej przy­sługi, możesz śmiało do mnie zadzwo­nić.

Męż­czy­zna wrę­czył Ande­nowi wizy­tówkę z nume­rem tele­fonu.

-?Shae go spraw­dziła. Ma powią­za­nia z Górą -?oznaj­mił Hilo. -?Są cier­pliwi, ale już wkrótce spo­wo­dują, że będziesz miał nie­ocze­ki­wane kło­poty, a wtedy być może zadzwo­nisz pod numer na tej wizy­tówce. Jeśli tego nie zro­bisz, cze­kają cię więk­sze trud­no­ści.

Anden zacią­gnął się pośpiesz­nie i zga­sił papie­rosa. Wresz­cie zro­zu­miał, dla­czego został tu zapro­szony. Być może filar mu nie wyba­czył, ale nie chciał też, by czło­nek jego rodziny, choćby nawet wygnany, był nara­żony na mani­pu­la­cje nie­przy­ja­ciela.

-?Andy -?kon­ty­nu­ował Hilo. Jego głos na­dal brzmiał twardo, ale poja­wiła się w nim nuta bólu. Anden w końcu spoj­rzał kuzy­nowi w oczy. Filar rów­nież zga­sił papie­rosa, krzy­wiąc usta w nagłym gry­ma­sie. -?Jesteś moim bra­tem. Gdy­byś odzy­skał roz­są­dek, choć raz w ciągu minio­nego roku popro­sił, bym przy­jął cię z powro­tem, gdy­byś poroz­ma­wiał ze mną i przy­znał, że popeł­ni­łeś błąd, podob­nie jak ja przy­znałem, że rów­nież nie byłem bez winy, wyba­czył­bym ci natych­miast i zgo­dził­bym się cię przy­jąć. Jak mógł­bym postą­pić ina­czej? Ale ty tego nie zro­bi­łeś. Trzy­ma­łeś się z dala od rodziny i zmar­no­wa­łeś rok życia.

-?Powie­dzia­łeś, że nie chcesz już wię­cej mnie widzieć -?mruk­nął chło­pak.

-?Któż nie gada głu­pot, kiedy się roz­gniewa? -?wark­nął Hilo. - Upo­ko­rzy­łeś tego dnia samego sie­bie, obra­zi­łeś klan i znie­wa­ży­łeś mnie.

Gniew i resen­ty­ment wez­brały w Ande­nie, roz­pra­sza­jąc poczu­cie winy.

-?Czy przy­jął­byś mnie, nawet gdy­bym odmó­wił nosze­nia jade­itu? A może mam dla cie­bie war­tość tylko jako zie­lona kość?

-?Jest ci prze­zna­czone zostać zie­loną kością -?odpo­wie­dział Hilo. - Oszu­ku­jesz samego sie­bie, jeśli sądzisz, że jest ina­czej. Shae zdjęła jadeit i ode­szła, pró­bo­wała uda­wać, że jest kimś innym, i zobacz, co się stało. Gdyby tego nie zro­biła, może wszystko wyglą­da­łoby ina­czej. Może Lan na­dal sie­działby w tym pokoju zamiast mnie. Odma­wia­jąc nosze­nia zie­leni, zacho­wu­jesz się jak gęś, która nie chce się zbli­żyć do wody. - Hilo wes­tchnął. -?Nie pró­buj mi wma­wiać, że się nad tym nie zasta­na­wiasz.

Zasta­na­wiał się. Pew­nie, że się zasta­na­wiał. Pamięć o jade­icie, o mocy, jaką mu dawał, o eks­ta­zie i prze­ra­że­niu towa­rzy­szą­cym ostat­niej walce, pod­czas któ­rej zabił jedną z naj­po­tęż­niej­szych zie­lo­nych kości w Jan­lo­onie -?cza­sami wszystko to budziło w nim pra­gnie­nie o nie­mal sek­su­al­nej inten­syw­no­ści, czy­sto zwie­rzęcy głód. Mimo woli spoj­rzał na koszulę Hila. Dwa górne guziki jak zwy­kle były roz­pięte. Gdy chło­pak ujrzał długi sze­reg klej­no­tów zdo­bią­cych oboj­czyki kuzyna, wypeł­nił go strach, a jed­no­cze­śnie pożą­da­nie. Poczuł nagły ucisk w brzu­chu. Na­dal pra­gnął zostać Kau­lem.

Sil­niej­sze od tego pra­gnie­nia było jed­nak widmo obłędu i życia w nie­ustan­nym stra­chu przed sobą samym. Gdy tylko zasta­na­wiał się nad moż­li­wo­ścią ponow­nego wło­że­nia jade­itu, jego umysł wypeł­niały mroczne wspo­mnie­nia -?sza­lone krzyki matki tuż przed śmier­cią na swę­dziawkę; Lan ostat­niego dnia, gdy Anden go widział, zmę­czony, skłonny do rap­tow­nych zmian nastroju, osła­biony od nad­miaru jade­itu; a wresz­cie on sam po walce z Gon­tem, kiedy obu­dził się w szpi­talu odwod­niony i drę­czony gorączką, na wpół obłą­kany od żądzy zie­leni i zabi­ja­nia.

Potrzą­snął głową.

-?Nie zro­bię tego, Hilo-jen. Jadeit zmie­niłby mnie w potwora. Na­dal jestem wdzięczny rodzi­nie i pozo­staję lojalny wobec klanu. Zro­bię wszystko, o co mnie popro­sisz, poza tym jed­nym. Nie włożę zie­leni.

Filar nie odpo­wia­dał mu przez pewien czas. Anden nie ośmie­lił się powie­dzieć nic wię­cej. Zapa­dła cisza. Gdy Hilo znowu się ode­zwał, jego głos był pełen rezy­gna­cji i wolny od gniewu. To uświa­do­miło Ande­nowi, że filar gorąco pra­gnął innego roz­strzy­gnię­cia tej roz­mowy, nie chciał być zmu­szony wypowie­dzieć słów, które wypo­wie­dział teraz.

-?Wysy­łam cię do Espe­nii. Shae już wszystko zała­twiła. Odla­tu­jesz w przy­szłym tygo­dniu.

Anden wytrzesz­czył oczy. W pierw­szej chwili nie chciał uwie­rzyć w to, co usły­szał.

-?Do Espe­nii?

-?Jeśli nie chcesz być zie­loną kością, tutaj na nic mi się nie przy­dasz. Nie możesz zostać w Mare­nii. Nie stać mnie na to, by pil­no­wać cię dniem i nocą, żebyś mógł robić fotele bujane i zbie­rać muszelki nad morzem, pod­czas gdy Góra będzie się zasta­na­wiała, kiedy wyko­nać swój ruch. Jeśli nie zamie­rzasz nosić jade­itu, musisz robić w życiu coś innego. Pole­cisz do Espe­nii i zdo­bę­dziesz wykształ­ce­nie.

-?Ni­gdy tam nie byłem -?sprze­ci­wił się Anden.

-?Jesteś pół-Espeń­czy­kiem. Powi­nie­neś dowie­dzieć się cze­goś o tym kraju, nauczyć się języka -?odparł filar.

Anden był tak zdu­miony, że w pierw­szej chwili nie był w sta­nie nic powie­dzieć. Hilo ni­gdy dotąd nie wspo­mi­nał o jego cudzo­ziem­skim dzie­dzic­twie, nie suge­ro­wał, że Anden nie jest praw­dzi­wym Kekoń­czy­kiem i peł­no­praw­nym człon­kiem rodziny Kau­lów.

Ta nagła zmiana zra­niła chło­paka być może bar­dziej niż cokol­wiek innego. Anden stra­cił resztki pano­wa­nia nad sobą.

-?Chcesz się mnie pozbyć -?wykrztu­sił. -?Ska­zu­jesz mnie na wygna­nie.

-?Cho­lera, Andy -?wark­nął Hilo. -?Pytam cię po raz ostatni. Czy uklęk­niesz przede mną i ponow­nie zło­żysz wszyst­kie przy­sięgi, a potem wło­żysz jadeit i zosta­niesz zie­loną kością, człon­kiem naszej rodziny?

Chło­pak zła­pał się mocno porę­czy fotela. Zaci­skał zęby tak mocno, że czuł ucisk w gał­kach ocznych. Nie był pewien, co wyszłoby z jego ust, gdyby je otwo­rzył. Hilo wstał, pod­szedł do jego fotela i spoj­rzał z góry na chło­paka. Napi­nał mię­śnie, pochy­la­jąc nieco barki, jakby chciał zła­pać kuzyna, żeby go objąć albo zro­bić mu krzywdę. Anden poczuł, że oczy zacho­dzą mu łzami.

-?Pro­szę, Hilo-jen -?wyszep­tał. -?Nie wysy­łaj mnie tam. Nie­na­wi­dzę Espeń­czy­ków i ich kraju.

-?Kto wie, może ci się tam spodoba -?odparł Hilo. -?Nie będziesz sam. Klan ma tam kon­takty. Zadbają o cie­bie, kiedy będziesz daleko od domu. Za parę lat otwo­rzą się przed tobą moż­li­wo­ści. Wtedy będziemy mogli poroz­ma­wiać.

Anden pomy­ślał, że w zasa­dzie mógłby mu odmó­wić. Po raz drugi oka­zać nie­po­słu­szeń­stwo i uprzeć się, że zosta­nie w Mare­nii. Nawet jeśli mógłby tam liczyć jedy­nie na nudne, wypeł­nione rutyną życie, znaj­do­wałby się na Keko­nie, a nie gdzieś za gra­nicą. Był jed­nak prze­ko­nany, że gdyby tak postą­pił, Shae prze­sta­łaby mu poma­gać. Nie byłby już dłu­żej człon­kiem rodziny. Keko­nem rzą­dziły klany. Gdyby stał się wyrzut­kiem, jego per­spek­tywy wyglą­da­łyby naprawdę kiep­sko. Hilo stał bar­dzo bli­sko niego i chło­pak wyczu­wał gra­nice jego aury. Postrze­gał deter­mi­na­cję kry­jącą się za sło­wami kuzyna. Hilo pod­jął decy­zję, choćby nawet z nie­chę­cią. Był fila­rem, a po śmierci Kaul Sena ostat­nie słowo w rodzi­nie Kau­lów bez­dy­sku­syj­nie nale­żało do niego.

Anden wstał i dotknął czoła sple­cio­nymi dłońmi, odda­jąc honory.

-?Jak sobie życzysz, Kaul-jen -?rzekł pozba­wio­nym wyrazu gło­sem. Nie odwa­żył się ponow­nie spoj­rzeć na kuzyna, odwró­cił się tylko i opu­ścił gabi­net.

Gdy szedł oszo­ło­miony kory­ta­rzem, zauwa­żył Shae sie­dzącą na głów­nych scho­dach. Wyglą­dało to dziw­nie. Sie­działa na stop­niach sama w nie­mal cał­ko­wi­tej ciem­no­ści, na­dal ubrana jak do pracy. Dło­nie splo­tła wokół kolan. Wstała, gdy go zoba­czyła. Na oświe­tlo­nym bla­skiem latarń dzie­dzińcu robot­nicy zno­sili do kuchni resztki jedze­nia i skła­dali stoły. Sły­chać było odjeż­dża­jące samo­chody.

-?Anden... -?zaczęła.

-?Mówi­łaś, że z nim poroz­ma­wiasz -?prze­rwał jej chło­pak oskar­ży­ciel­skim tonem. -?Że znaj­dziesz jakiś spo­sób, żebym mógł wró­cić do domu. Ale to ty wpa­dłaś na pomysł wysła­nia mnie do Espe­nii, prawda?

Shae wypu­ściła powie­trze z płuc.

-?Uzna­li­śmy, że tak będzie naj­le­piej. Będziesz tam bez­piecz­niej­szy, nauczysz się cze­goś i zdo­bę­dziesz doświad­cze­nie. Espe­nia to nasz naj­waż­niej­szy sojusz­nik i part­ner han­dlowy. Na dłuż­szą metę sko­rzy­stasz na tym, jeśli pomiesz­kasz tam przez pewien czas i zdo­bę­dziesz wykształ­ce­nie. Potem, gdy będzie miał sens twój powrót...

-?A czy zasta­no­wi­łaś się nad moimi pra­gnie­niami? -?Był pewien, że Hilo nie zro­biłby mu tego, gdyby nie nale­ga­nia pro­gno­styczki. -?Może ty marzy­łaś o wyjeź­dzie, ale ja nie chcę opusz­czać Kekonu. Nic mnie nie obcho­dzą Espe­nia ani espeń­skie wykształ­ce­nie. Ni­gdy nie radzi­łem sobie dobrze z nauką. Tylko...

Tylko z jade­item. Był cudow­nym dziec­kiem, gdy cho­dziło o jade­itowe dys­cy­pliny.

Shae poło­żyła dłoń na jego ramie­niu.

-?Jesteś jesz­cze młody. Nie wiesz, co może cię cze­kać.

Odsu­nął się od niej gwał­tow­nie.

-?Żałuję, że nie zgi­ną­łem w walce z Gon­tem.

Opu­ściła rękę.

-?Nie mów tak -?odparła ostrym tonem, ale Anden nie dbał o to, że ją zde­ner­wo­wał. Odwró­cił się na pię­cie i wyszedł z domu. Usły­szał, że kuzynka postą­piła dwa kroki za nim. Potem się zatrzy­mała i pozwo­liła mu odejść.

Rozdział 4

Ślepe uliczki

-?Kurwa, to fatalna wia­do­mość -?stwier­dził Maik Kehn.

Z twa­rzy kie­row­nika Cmen­ta­rza Niebo Czeka odpły­nęły wszel­kie kolory. Poru­szył grdyką, prze­ły­ka­jąc ślinę z nagłym stra­chem.

-?Maik-jen, rzecz jasna, zapew­nimy ponowny pochó­wek w sta­lo­wej trum­nie. Szczątki pozo­stały nie­na­ru­szone, wyłącz­nie...

-?Nie cho­dziło im o ciało -?mruk­nął Maik. -?Dostali to, czego chcieli.

Podej­rzeń nie wzbu­dziło zamor­do­wa­nie dozorcy, tylko czarna torba na śmieci zna­le­ziona obok ciała. Były w niej dwie brudne koszule mun­du­rowe oraz cza­peczki pra­cow­ni­ków cmen­ta­rza. Dla­tego spraw­dzono ostatni wyko­pany przez dozorcę grób -?nale­żący do Kaul Sening­tuna -?i odkryto naru­szoną ścianę ziemi oraz ukrytą za nią uszko­dzoną trumnę Kaul Lana.

-?Pod­wój­cie liczbę straż­ni­ków, ale nikomu o tym nie mów­cie -?pole­cił kie­row­ni­kowi Maik. -?Jasne?

Męż­czy­zna poki­wał z wigo­rem głową. Róg nie czuł potrzeby for­mu­ło­wa­nia dal­szych gróźb. Cmen­tarz z pew­no­ścią nie chciałby, żeby wyszło na jaw, iż rabu­sie gro­bów wtar­gnęli na jego teren, prze­ku­pu­jąc jed­nego z pra­cow­ni­ków. Kie­row­nik już pocią­gał się ner­wowo za pła­tek ucha -?tylko dla ode­gna­nia pecha albo dla­tego, że zasta­na­wiał się nad moż­li­wo­ścią ucię­cia go w cało­ści i wysła­nia Kaul Hilowi, by powstrzy­mać jego gniew. Kahn zapi­sał sobie w pamięci, że musi zwięk­szyć liczbę ludzi klanu patro­lu­ją­cych Park Wdowy. Następ­nie wyko­nał dwa tele­fony.

Naj­pierw zadzwo­nił do swo­jej dziew­czyny, by ją zawia­do­mić, że nie spo­tkają się dzi­siaj, bo będzie zajęty spra­wami klanu. Lina spo­koj­nie przy­jęła tę wia­do­mość. Była wyro­zu­miałą i prak­tyczną kobietą, piękną na swój pro­sty spo­sób, krzepką i mającą krą­głe kształty. Takie Kehn lubił naj­bar­dziej. A co waż­niej­sze, nie była zie­loną kością. Rola rogu klanu Bez Szczy­tów zaj­mo­wała mu więk­szość spę­dzo­nego na jawie czasu i nie potrze­bo­wał dodat­ko­wego jade­itu w swej sypialni. Pamię­tał, jak koń­czyły się romanse Tara. Kehn poznał Linę dzięki swej sio­strze Wen. Była nauczy­cielką w miej­skim col­lege'u w Jan­lo­onie, pocho­dziła z licz­nej rodziny, miała wła­sne życie, pracę, przy­ja­ciółki, a także dzieci rodzeń­stwa, któ­rymi poma­gała się opie­ko­wać. Dla­tego nie będzie miała pre­ten­sji do rogu, zawsze sta­wia­ją­cego klan na pierw­szym miej­scu.

-?Będziesz mógł przyjść na osiem­dzie­siąte uro­dziny mojej babci w piąty dzień? -?zapy­tała Lina przez tele­fon. -?Rodzice byliby zachwy­ceni, gdyby zja­wił się róg klanu.

Kehna cza­sami bawiło, że ludzie zapra­szają go teraz na wszel­kie uro­czy­sto­ści i uwa­żają jego obec­ność za sym­bol pre­stiżu oraz świa­dec­two przy­chyl­no­ści klanu. Kiedy był dziec­kiem, nie zapra­szano go nie­mal ni­gdzie, ponie­waż nikt nie chciał być koja­rzony ze zhań­bio­nym nazwi­skiem Maik. W kla­nie Bez Szczy­tów nagły awans ich rodziny stał się czymś w rodzaju legendy, budzą­cej podziw i zazdrość. Wią­zała się z nim też rosnąca liczba towa­rzy­skich zobo­wią­zań.

-?Być może -?odparł nie­zo­bo­wią­zu­jąco.

Potem zadzwo­nił do brata.

Tar prze­kli­nał długo i gło­śno.

-?Lepiej powiedzmy mu o tym razem -?stwier­dził wresz­cie.

Kehn się z nim zgo­dził. Sam rów­nież zasta­na­wiał się nad tym, jak prze­ka­zać złe wie­ści sze­fowi. Hilo-jen wyma­gał, by ważne wia­do­mo­ści prze­ka­zy­wano mu natych­miast, ale z dru­giej strony nie lubił, gdy zawia­da­miano go o pro­ble­mach bez wzmianki o tym, co zro­biono dla ich roz­wią­za­nia. Choć Kehn doce­niał fakt, że filar na­dal uczest­ni­czy w dzia­ła­niach mili­tar­nej strony klanu, nie mógłby dowo­dzić swymi ludźmi, gdyby pię­ści zwra­cały się ze wszyst­kim bez­po­śred­nio do Hilo-jena, jak daw­niej. W minio­nym roku dokła­dał wielu sta­rań, by powstrzy­mać filar przed wyko­ny­wa­niem zadań rogu, gdy tylko było to moż­liwe.

Dla­tego póź­niej po połu­dniu zaczął roz­mowę od pozy­tyw­nych infor­ma­cji.

-?Dałem już przy­działy wszyst­kim nowym pal­com, które dosta­li­śmy w tym roku z Aka­de­mii. Więk­szość umie­ści­łem w Dziel­nicy Por­to­wej albo w Pasze, bo tam Góra naj­prę­dzej cze­goś spró­buje. A także w Junko i w Kuźni, gdzie mamy pro­blemy z prze­my­tem i z han­dlem bły­skiem. Przy­zna­łem też sporo awan­sów. Mniej wię­cej połowa licz­nego rocz­nika, jaki dosta­li­śmy z Aka­de­mii w zeszłym roku, dotarła do trze­ciej albo przy­naj­mniej dru­giej klasy.

Hilo poki­wał głową i zapy­tał o szcze­góły, ale się nie uśmiech­nął. Od pogrzebu Kaul Sena filar cią­gle był przy­gnę­biony. Być może prze­jął się śmier­cią sta­ruszka bar­dziej, niż chciał przy­znać. A może wzmianka o Aka­de­mii przy­po­mniała mu o jego kuzy­nie Ande­nie, któ­rego musiał wysłać za gra­nicę.

Roz­ma­wiali o inte­re­sach jesz­cze przez pewien czas, nim wresz­cie Kehn i Tar wymie­nili spoj­rze­nia. Ten drugi ski­nął na kel­nera i popro­sił, by nalał im wody. Hilo zjadł ostatni chru­piący kotle­cik z kal­ma­rów, po czym spoj­rzał na braci, prze­no­sząc nie­cier­pli­wie spoj­rze­nie z jed­nego na dru­giego.

-?Prze­stań­cie się zacho­wy­wać jak ner­wowe panienki. Do rze­czy. Czego mi nie powie­dzie­li­ście?

Kehn wyja­śnił, że obra­bo­wano rodzinny gro­bo­wiec Kau­lów. Zwy­kle potra­fił zacho­wać spo­kój i mówić rze­czowo nawet w trud­nych sytu­acjach. Dla­tego lepiej było, żeby to on, a nie Tar, opo­wie­dział o wszyst­kim Hilowi, nawet jeśli zada­nie upo­ra­nia się z tym pro­ble­mem zapewne przy­pad­nie jego bratu. Słu­cha­jąc jego słów, Hilo zapadł w nie­po­ko­jące mil­cze­nie i bez­ruch. Wszy­scy trzej sie­dzieli w pry­wat­nym bok­sie w restau­ra­cji Podwójne Szczę­ście. Było popo­łu­dnie pierw­szego dnia, więc w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ich pod­słu­chać. Mimo to Kehn roz­glą­dał się co chwila, by się upew­nić, że w restau­ra­cji nie ma innych zie­lo­nych kości, które mogłyby Postrzec, że jade­itowa aura filaru roz­ja­rzyła się nagle niczym pło­nący tłuszcz.

-?Wysła­łem ludzi do Parku Wdowy -?kon­ty­nu­ował Kehn. -?Roz­ma­wiamy z każ­dym, kto znał zabi­tego dozorcę. Zawia­do­mi­li­śmy też naszych infor­ma­to­rów. Nie poda­li­śmy im żad­nych szcze­gó­łów, ale mają mieć oczy otwarte. Może ktoś z Góry chce zgło­sić pre­ten­sje do jade­itu Lan-jena.

-?Nie wie­rzę, żeby to była Góra -?sprze­ci­wił się Tar. -?Nikt z zie­lo­nych kości nie upadłby tak nisko. I nie byłby tak nie­ostrożny, żeby zosta­wić ciało i porzu­cone ubra­nia pra­wie na widoku. -?Wziął sobie kilka pra­żo­nych orze­chów z pół­mi­ska sto­ją­cego pośrodku stołu. -?Gdyby Góra chciała znowu coś zacząć, zna­la­złaby tysiąc lep­szych spo­so­bów. Ayt to pod­stępna suka, a o Nau nic nie wiem, ale żadne z nich z pew­no­ścią nie tknę­łoby jade­itu umar­łego.

Filar na­dal nie powie­dział ani słowa, ani się nie poru­szył.

-?Kim­kol­wiek mogą być zło­dzieje, z pew­no­ścią dowiemy się, jeśli spró­bują sprze­dać na czar­nym rynku taką ilość jade­itu -?stwier­dził Kehn.

Hilo wresz­cie się ode­zwał. Z początku jego głos brzmiał prze­ra­ża­jąco cicho.

-?Wszy­scy ludzie, któ­rzy wie­dzieli, że Lana pocho­wano z jego zie­le­nią, noszą nazwi­sko Kaul albo Maik. Jest tylko jeden wyją­tek. Jebane psie gówno, które zamor­do­wało go pod­stęp­nie. Jakiś wyna­jęty zbir, jakiś nikt! -?Głos filaru prze­szedł w krzyk. Ude­rzył pię­ścią w blat z taką siłą, że aż pod­sko­czyły tale­rze. Jego aura zako­tło­wała się gwał­tow­nie i obaj bra­cia Maik musieli wziąć się w garść, żeby nie odsu­nąć się od stołu - Myśle­li­śmy, że dawno uciekł z mia­sta albo Góra go zabiła. Ale on na­dal żyje. I ma jadeit Lana.

Maiko­wie umil­kli. Tar nie chciał spoj­rzeć fila­rowi w oczy. Przed rokiem Hilo pro­sił fila­ro­wego, by odna­lazł oca­la­łego wła­ści­ciela kara­binu maszy­no­wego porzu­co­nego w miej­scu zamor­do­wa­nia Lana. Tar wyko­nał pra­wie wszyst­kie pozo­stałe zada­nia, jakie zle­cił mu Hilo, bez­li­to­śnie usu­wa­jąc z tery­to­rium klanu Bez Szczy­tów dzie­siątki infor­ma­to­rów Góry oraz noszą­cych jadeit prze­stęp­ców, ale w tym jed­nym przy­padku nie udało mu się wymie­rzyć kla­no­wej spra­wiedliwości.

-?Góra mogła za tym nie stać... -?Hilo prze­szył obu szwa­grów ostrym spoj­rze­niem. -?Ale to Góra roz­ka­zała zabić Lana i ktoś w kla­nie wie, kim jest zło­dziej. Znajdź­cie skur­wy­syna, bez względu na to, kogo będzie­cie musieli zała­twić po dro­dze. A póź­niej mnie o tym zawia­dom­cie.

* * *

Maik Tar ponow­nie zajął się zada­niem, które zle­cił mu filar. W noc zamor­do­wa­nia Lana na nabrzeżu zna­le­ziono dwa pisto­lety maszy­nowe i ciało jed­nego nasto­latka. Przed kil­koma mie­sią­cami po dłu­gich sta­ra­niach Tar zdo­łał ziden­ty­fi­ko­wać zabi­tego chło­paka jako członka gangu zło­dziei napa­da­ją­cych na cię­ża­rówki. Kie­ro­wał nim infor­ma­tor Góry nazwi­skiem Mudt Jin­do­non. Było praw­do­po­dobne, że oca­lały zabójca był człon­kiem tego samego gangu. Pro­blem w tym, że Mudt Jin nie żył. Tar zabił go w zeszłym roku.

Nie­mniej ktoś z Góry dostar­czał mu jadeit i błysk, a także infor­ma­cje umoż­li­wia­jące pro­wa­dze­nie prze­stęp­czej dzia­łal­no­ści na tery­to­rium klanu Bez Szczy­tów. Przed śmier­cią Mudt podał mu opis zie­lo­nej kości o nazwi­sku, któ­rego nie znał. Opis paso­wał do kilku pod­wład­nych Gont Ascha. Tar nie mógł w tej chwili łatwo dotrzeć do żad­nego z nich, ale Hilo na nowo zain­te­re­so­wał się tą sprawą i to skło­niło fila­ro­wego do powrotu na trop. Filar przy­dzie­lił mu dwóch dodat­ko­wych ludzi, miał więc teraz cztery palce odpo­wia­da­jące bez­po­śred­nio przed nim, a dzięki bratu mógł też korzy­stać z usług szer­szej sieci szpie­gów klanu Bez Szczy­tów. Wyko­rzy­stał wszyst­kie te zasoby, by dotrzeć do celu.

Z początku Tar nie był zachwy­cony tym, że usu­nięto go z czę­ści klanu, którą kie­ro­wał róg, ale teraz cie­szył się z nowej pozy­cji. Część zadań, które wyko­ny­wał jako fila­rowy, miała ruty­nowy, admi­ni­stra­cyjny cha­rak­ter, inne jed­nak były bar­dzo ważne. Tar cie­szył się, że nie przy­pa­dła mu robota jego brata, który musiał dowo­dzić set­kami człon­ków klanu i ni­gdy nie był w sta­nie dorów­nać Hilo-jenowi. Funk­cja, którą peł­nił obec­nie, odpo­wia­dała mu znacz­nie bar­dziej. Nie musiał radzić sobie z licz­nymi szcze­blami kla­no­wej hie­rar­chii ani przej­mo­wać się zda­niem latar­ni­ków bądź opi­nii publicz­nej. Odpo­wia­dał tylko przed fila­rem, który ufał mu bez zastrze­żeń.

Zasta­wie­nie pułapki na nie­przy­ja­ciel­ską zie­loną kość na tery­to­rium wro­giego klanu nie było łatwym zada­niem. Tar zapla­no­wał wszystko w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Jego celem był pięść Góry nie­wy­so­kiej rangi, o imie­niu Seko. Miał on wie­kową matkę miesz­ka­jącą w dziel­nicy Bło­nia. Wcze­snym ran­kiem czwar­tego dnia kazał zadzwo­nić do Seka z fał­szywą wia­do­mo­ścią, że matka zemdlała po dro­dze do sklepu i zabrano ją do Cen­tral­nego Szpi­tala w Dziel­nicy Świą­tyn­nej. Seko natych­miast tam popę­dził.

Na skrzy­żo­wa­niu ulic mię­dzy Małym Młot­kiem a Pachą drogę zagro­dziła mu bary­kada. Za jego samo­cho­dem zatrzy­mały się dwa kolejne pojazdy, unie­moż­li­wia­jąc mu ucieczkę. Gdyby nie­po­kój o matkę nie odwró­cił jego uwagi, mógłby Postrzec zbli­ża­ją­cych się napast­ni­ków. Dał się jed­nak cał­ko­wi­cie zasko­czyć. Ludzie sie­dzący w pierw­szym samo­cho­dzie podziu­ra­wili opony jego auta kulami i roz­wa­lili tylną szybę. Seko wypadł z samo­chodu z wrza­skiem furii i popę­dził w stronę bary­kady, przy­wo­łu­jąc Lek­kość, by ją prze­sko­czyć. Jed­nakże Tar prze­wi­dział ten manewr i ulo­ko­wał tam dwie zie­lone kości spe­cja­li­zu­jące się w Odbi­ja­niu. Usta­wiona przez jego ludzi bariera powstrzy­mała Seka w locie. Spadł na zie­mię niczym rzu­cona w powie­trze lalka. Leżał oszo­ło­miony, całą ener­gię zużył na Stal mającą go uchro­nić przed skut­kami upadku. Nie zdą­żył wycią­gnąć pisto­letu ze schowka w desce roz­dziel­czej i nie miał też ze sobą guan dao, a tylko wysa­dzany jade­itami karam­bit. Nim zdą­żył go wycią­gnąć, ludzie Tara unie­ru­cho­mili go Siłą i wyrwali mu broń. Następ­nie zwią­zali jego ręce i nogi, zakne­blo­wali go i rzu­cili na skrzy­nię jed­nego z samo­cho­dów.

Tar był zado­wo­lony. Wszystko poszło gładko. Cała ope­ra­cja trwała nie­spełna pięć minut. Patrole Kehna dopil­no­wały, by ulica była pusta, nie doszło więc do uszko­dzeń wła­sno­ści. Nie ucier­pieli też żadni cywile, pomi­ja­jąc drobną nie­do­god­ność, jaką było zamknię­cie drogi na krótki czas. Jan­lo­oń­czycy byli przy­zwy­cza­jeni do zda­rza­ją­cych się nie­kiedy incy­den­tów kla­no­wej prze­mocy, ale otwarta wojna toczona w zeszłym roku wyczer­pała ich cier­pli­wość i filar nie chciał żad­nych zbęd­nych zakłó­ceń, by opi­nia publiczna nie zwró­ciła się prze­ciwko kla­nowi Bez Szczy­tów.

Tara kor­ciło, by zadzwo­nić z auto­matu tele­fo­nicz­nego do Hilo- -jena i prze­ka­zać mu dobre wie­ści, doszedł jed­nak do wnio­sku, że to byłoby przed­wcze­sne. Zaczeka, aż zdo­bę­dzie kon­kretne infor­ma­cje. Poza tym musiał zdą­żyć przed poranną godziną szczytu. Ulice już teraz wypeł­niały się kurie­rami na rowe­rach i samo­cho­dami dostaw­czymi. Jadąc bocz­nymi uli­cami, zapu­ścił się głę­boko na teren dziel­nicy Junko. Sły­szał łomo­ta­nie i stuki dobie­ga­jące z tyłu pojazdu, ale nie przej­mo­wał się tym. Skrzy­nię samo­chodu wzmoc­niono war­stwą stali tak grubą, że nawet Siła kogoś noszą­cego dwa razy wię­cej jade­itu niż Seko mogłaby co naj­wy­żej spo­wo­do­wać wgnie­ce­nia. Po pew­nym cza­sie hałasy ustały, pozo­sta­wia­jąc tylko szyb­kie bicie serca spa­ni­ko­wa­nego więź­nia oraz prze­ni­kliwą aurę despe­ra­cji dobie­ga­jącą z tyłu.

Zabrali Seka do sta­rego klubu noc­nego, zbu­do­wa­nego przed pięć­dzie­się­ciu laty jako schron prze­ciw­lot­ni­czy. Klub od kilku mie­sięcy stał pusty. Pla­no­wano go wybu­rzyć i zbu­do­wać w tym miej­scu blok miesz­kalny. Nad­garstki jeńca zakuto w łań­cu­chy i połą­czono je ze sznu­rem zwi­sa­ją­cym z belki sufi­to­wej. Wisiał z rękami unie­sio­nymi nad głową. Czubki jego woj­sko­wych butów led­wie doty­kały pod­łogi. Tar przyj­rzał się mu. Seko miał na sobie ciemne ubra­nie, w uszach nosił jade­itowe kol­czyki, a w nosie kółko z tego samego mate­riału. Miał krótką, dobrze przy­strzy­żoną bródkę i aro­gancki wyraz twa­rzy. Nawet w tak roz­pacz­li­wej sytu­acji wykrzy­wiał usta w pozba­wio­nym weso­ło­ści uśmieszku.

-?Jesteś Maik Tar -?stwier­dził. -?Pies tro­piący Kaula Hilo.

Uśmie­szek znik­nął z jego twa­rzy, gdy Tar wyrwał mu jadeit z nosa i z uszu. Pięść ryk­nął z bólu. Tar ski­nął na swo­ich ludzi, roz­ka­zu­jąc im sta­nąć przy drzwiach, a potem zła­mał po dwa naj­mniej­sze żebra po obu stro­nach ciała Seka.

-?Gdzie jest moja mama? -?wychar­czał jeniec zmie­nio­nym nagle gło­sem. - Czy wszystko z nią w porządku?

-?Oczy­wi­ście -?potwier­dził Tar. -?Zapewne wraca teraz ze sklepu. Uwa­żasz nas za zwie­rzęta? W kla­nie Bez Szczy­tów nie łamiemy aisho. Nie uży­wamy tych, któ­rzy nie noszą jade­itu, jako mario­ne­tek i narzę­dzi. -?Splu­nął pod stopy Seka. -?Bar­dzo sku­tecz­nie ukry­wa­łeś swoje imię i zacie­ra­łeś ślady, kiedy przy­by­wa­łeś na tery­to­rium klanu Bez Szczy­tów. Minęło sporo czasu, nim zdo­ła­łem cię wytro­pić. Dopa­dłem już więk­szość two­ich małych szczu­rów, a teraz pomo­żesz mi zna­leźć resztę.

-?Nie ma zna­cze­nia, co ci powiem. I tak mnie zabi­jesz -?zauwa­żył Seko.

Tar wzru­szył ramio­nami.

-?Jasne, ale czy nie wolał­byś umrzeć szybko i oszczę­dzić cier­pień mamie? Z pew­no­ścią nie chciał­byś wisieć tu całymi dniami i w dodatku cier­pieć z powodu odsta­wie­nia jade­itu. Sam nie chciał­bym tego oglą­dać. Nie jesteś taki jak ci uza­leż­nieni, któ­rych trzy­masz na smy­czy. Jesteś zie­loną kością z Góry i masz tro­chę sza­cunku dla sie­bie, czyż nie tak?

Seko ski­nął zwi­sa­jącą bez­wład­nie głową. Mię­śnie jego bar­ków napi­nały się potęż­nie.

-?W porządku. Teraz się rozu­miemy, pier­do­lony cyko­rze. -?Tar prze­to­czył w otwar­tej dłoni jadeit zabrany jeń­cowi. -?Rozu­miesz, pro­blem polega na tym, że Góra nie ponio­sła odpo­wie­dzial­no­ści za śmierć Kaul Lana. Ktoś opo­wie­dział dwóm zabój­com o jego zwy­cza­jach, dał im ful­ler­tony i wysłał ich do Boskiego Bzu. Tak sobie myślę, że tym kimś byłeś ty.

Po chwili Seko ponow­nie ski­nął głową, nie uno­sząc jej.

-?Pra­co­wali dla two­jego kreta Mudt Jina, zga­dza się? -?zapy­tał Tar, ukry­wa­jąc eks­cy­ta­cję.

-?To było dwóch śmieci, któ­rzy kra­dli z cię­ża­ró­wek modne torebki, port­fele i inny taki syf -?odpo­wie­dział Seko. -?Dwójka dzie­cia­ków z gorączką jade­itową. Nie spo­dzie­wa­li­śmy się, że są do cze­go­kol­wiek zdolni.

-?Jak się nazy­wali?

-?Kurwa, skąd mam wie­dzieć? Nie pamię­tam ich nazwisk.

To nie była odpo­wiedź, jaką pra­gnął usły­szeć Tar. Oba­wiał się, że Seko powie­dział prawdę, ale i tak zła­mał mu dwa kolejne żebra.

-?Musisz mi powie­dzieć coś wię­cej, kurew­ski kozo­jebco -?dodał. -?Bo ina­czej zmie­nię zda­nie i nie pozwolę, żebyś spo­tkał bogów w jed­nym kawałku.

Seko zwi­sał bez­wład­nie, oddy­cha­jąc z wysił­kiem przez roz­dzia­wione usta. Wygi­nał lekko ciało. Tar wyszedł na dwór, by pozwo­lić jeń­cowi spę­dzić tro­chę czasu w ciem­no­ści i dokład­niej prze­szu­kać wspo­mnie­nia. Cza­sami po dłuż­szym zasta­no­wie­niu ludziom wra­cała pamięć.

Ponie­waż nie jadł jesz­cze śnia­da­nia, poszedł do sklepu na rogu i kupił torebkę okrą­głych cia­ste­czek z masłem orze­cho­wym oraz kar­ton sło­dzo­nego mleka. Junko było w pierw­szej kolej­no­ści dziel­nicą prze­my­słową, pełną cegły oraz sza­rego betonu. Nie wyglą­dało zbyt atrak­cyj­nie, ale klan Bez Szczy­tów był tu silny. W drzwiach albo oknach lokali wie­szano białe latar­nie, a ludzie na uli­cach odda­wali honory, gdy zoba­czyli jadeit na pal­cach i na szyi Tara. Fila­rowy wró­cił do budynku i podzie­lił się posił­kiem z dwoma swo­imi pal­cami -?Dounem i Tyinem. Tra­dy­cyj­nie to sta­no­wi­sko miało admi­ni­stra­cyjny cha­rak­ter i nie wyma­gało kon­tak­tów z pię­ściami i pal­cami, ale pod­czas wojny Kaul Hilo wpro­wa­dził pewne zmiany. Roz­ka­zał Tarowi i jego ludziom odna­leźć oraz wyeli­mi­no­wać agen­tów Góry dzia­ła­ją­cych na tery­to­rium klanu Bez Szczy­tów. Tar powo­łał małą ekipę do zadań spe­cjal­nych, które w nor­mal­nej sytu­acji byłyby dodat­ko­wym brze­mie­niem dla rogu. Chcąc unik­nąć nie­po­ro­zu­mień, Tar miał zamiar zasu­ge­ro­wać Hilowi, że jego ludzie powinni nosić jakiś inny tytuł niż palce, ale nie był jesz­cze pewien jaki.

Wysy­pał ostat­nie okruszki na otwartą dłoń i w tej samej chwili jego Postrze­ga­nie wypeł­niła gwał­tow­nie świa­do­mość, że wyda­rzyło się coś bar­dzo nie­po­żą­da­nego. Naprę­żył mię­śnie, nagle zanie­po­ko­jony, i zba­dał oko­licę. Po chwili uświa­do­mił sobie, że wra­że­nie dobiega z wnę­trza budynku -?gwał­towne bicie serca, strasz­liwy ból, roz­błysk prze­ra­że­nia i triumfu. Otwo­rzył meta­lowe drzwi i ze zdu­mie­niem ujrzał, że Seko szar­pie się na sznu­rze, a krew spływa mu z szyi na czarną koszulę. Tar wycią­gnął karam­bit i prze­ciął sznur, na któ­rym wisiał męż­czy­zna. Seko spadł na zie­mię bez­wład­nie jak worek. Poru­szał ustami, pró­bu­jąc zła­pać powie­trze, ale w jego oczach błysz­czała pogarda. Tar pochy­lił się nad nim, powta­rza­jąc prze­kleń­stwa. Widział, że życie odpływa z jeńca wart­kim stru­mie­niem. Spró­bo­wał zaha­mo­wać ten pro­ces, użyć wła­snej ener­gii, by spo­wo­do­wać krzep­nię­cie krwi, ale Prze­no­sze­nie ni­gdy nie było jego silną stroną. Po kilku sekun­dach Seko zmarł. W zakrwa­wio­nych dło­niach, na­dal zaku­tych w łań­cu­chy, ści­skał mały nóż.

Tar za późno uświa­do­mił sobie, że popeł­nił błąd. Ode­brał jeń­cowi karam­bit i jadeit, sądząc, że to uczyni go bez­bron­nym, ale deter­mi­na­cja dodała siły mię­śniom oraz woli pię­ści Góry. Seko zdo­łał unieść stopy do wyso­ko­ści rąk i wycią­gnąć nożyk ukryty w jed­nym z woj­sko­wych butów. Następ­nie pod­cią­gnął się na łań­cu­chach i pode­rżnął sobie gar­dło.

W fila­ro­wym roz­go­rzała furia. Kop­nął trupa i nadep­nął na niego. Jed­nakże, gdy już się uspo­koił, nie mógł zaprze­czyć, że jest pod wra­że­niem. Wojow­nik, któ­remu ode­brano jadeit, zdo­łał mimo to prze­chy­trzyć wro­gów i zgi­nąć śmier­cią, jaką sam dla sie­bie wybrał. Matka Seka powinna być dumna z tak zie­lo­nego syna.

Tyle że to nie zmie­niało faktu, że Tar -?ku swemu zawsty­dze­niu i fru­stra­cji -?zna­lazł się w śle­pej uliczce, gdy cho­dziło o poszu­ki­wa­nia oca­la­łego zabójcy i skra­dzio­nego jade­itu.

Kehn jak zwy­kle wyka­zał się bar­dziej sto­ic­kim podej­ściem.

-?Musimy zacze­kać, aż znowu się pokaże -?powie­dział bratu przez tele­fon. -?Wygląda na to, że nasz zło­dziej to lek­ko­myślny chło­pak, który ukradł mnó­stwo zie­leni. Nikt, kto ma tak wiele jade­itu, nie pozo­staje w ukry­ciu zbyt długo.

Zdrowy roz­są­dek Kehna popra­wił samo­po­czu­cie Tara, lecz tylko na krótki czas. W następ­nym tygo­dniu ludzie Góry opu­ścili Włócz­nię, prze­kra­da­jąc się przez gra­nicę, by pomścić śmierć Seka. Zabili jed­nego z pal­ców Kehna, a Tyina wysłali na dwa tygo­dnie do szpi­tala. Ponie­waż kule uszko­dziły witrynę skle­pową, a dwoje cywi­lów odnio­sło rany z powodu sze­ro­kiego Odbi­ja­nia, incy­dent zna­lazł się na pierw­szych stro­nach gazet. Pod nagłów­kiem "Nie widać końca kla­no­wej prze­mocy" umiesz­czono zdję­cie zwłok zie­lo­nej kości z klanu Bez Szczy­tów, leżą­cych w kałuży krwi pod stłu­czoną szybą sklepu Mar­ket Jollo Plus.

Rozdział 5

Wszystko, co może zapewnić przewagę

-?Z pew­no­ścią zaszło jakieś nie­po­ro­zu­mie­nie, Kaul-jen -?mówił pan Enke. Krępy, siwo­włosy latar­nik marsz­czył czoło z wyraź­nym nie­za­do­wo­le­niem i choć prze­ma­wiał z sza­cun­kiem, stro­szył gęste brwi, a w jego wle­pio­nych w Shae oczach wid­niał wyraz obu­rze­nia. -?Moja firma od z górą dzie­się­ciu lat jest lide­rem wśród komer­cyj­nych przed­się­biorstw dewe­lo­per­skich w Jan­lo­onie. Jestem latar­nikiem klanu Bez Szczy­tów od dwu­dzie­stu pię­ciu lat, a moja rodzina zawsze pła­ciła daninę. Dwaj moi syno­wie są zie­lo­nymi kośćmi. Jeden jest pię­ścią. Słu­żył pod roz­ka­zami two­jego brata, gdy ten był rogiem, a teraz odpo­wiada bez­po­śred­nio przed Maik Keh­nem. Jak to moż­liwe, że ten kon­trakt przy­znano mniej­szej fir­mie, która ma bar­dzo krótką histo­rię współ­pracy z kla­nem, a w dodatku nie jest w pełni kekoń­ska?

-?Tamta firma obie­cała wcze­śniej­sze ukoń­cze­nie prac za niż­szą cenę - odpo­wie­działa sie­dząca za biur­kiem Shae. -?Klan ceni lojal­ność i przy­jaźń wie­lo­let­nich latar­ni­ków, ale kon­trakt przy­znano z powo­dów eko­no­micz­nych.

Pan Enke prych­nął z nie­do­wie­rza­niem.

Shae wyczuła, że Hami Tuma­shon i Woon Papi­donwa, sie­dzący tuż za nią po lewej i po pra­wej stro­nie, poru­szyli się ner­wowo, usły­szaw­szy jej słowa.

-?Nie jestem pewien, jak defi­niu­jesz "względy eko­no­miczne", Kaul-jen - sprze­ci­wił się wyraź­nie poiry­to­wany latar­nik. -?Pytam jed­nak: jaki poży­tek z klanu, który nie dba o inte­resy swych naj­bar­dziej lojal­nych człon­ków? Czy przy­jaźń klanu Bez Szczy­tów zna­czy mniej niż nie­wia­ry­godne cyfry na kartce papieru? Czy nie jeste­śmy już Kekoń­czy­kami, tylko Espeń­czy­kami, i nie sprze­da­jemy się tym, któ­rzy przed­sta­wią naj­ko­rzyst­niej­sze warunki?

-?Jeśli pro­gno­styczka pozwoli... -?Hami zła­mał zasady, odzy­wa­jąc się w tej chwili, ale wyraź­nie miał na celu uspo­ko­je­nie sytu­acji. -?Mógł­bym zapro­po­no­wać kom­pro­mis. -

Shae zaci­snęła usta, ale ski­nęła głową.

-?Panie Enke, klan musi dbać nie tylko o inte­resy latar­ni­ków, lecz rów­nież o dobro kraju -?pod­jął Hami. -?Z pew­no­ścią w tym punk­cie wszy­scy się zga­dzamy. Mniej­sze firmy powinny mieć szanse suk­cesu, a zagra­niczne inwe­sty­cje są korzystne dla gospo­darki. To jed­nak nie zna­czy, że klan nie ceni wier­no­ści two­jej i two­jej rodziny. W grun­cie rze­czy mamy nadzieję, że twoja firma nie prze­sta­nie rosnąć, inwe­stu­jąc w per­so­nel i sprzęt. Jeśli pro­gno­styczka się zgo­dzi, możemy wyne­go­cjo­wać obniżkę daniny, by pomóc ci w tym zada­niu.

Hami zer­k­nął na Shae, która ski­nęła lekko głową.

-?To brzmi roz­sąd­nie.

Pan Enke nie spra­wiał wra­że­nia do końca usa­tys­fak­cjo­no­wa­nego tym ustęp­stwem.

-?Zgoda -?mruk­nął jed­nak po chwili zasta­no­wie­nia. -?Zbyt długo ufa­łem kla­nowi Pło­mie­nia Kekonu, niech bogo­wie obda­rzą go uzna­niem, by jeden nie­for­tunny incy­dent mógł zakłó­cić naszą przy­jaźń. -?Spoj­rze­nie, jakim obrzu­cił Shae, suge­ro­wało, że jej nie darzy takim zaufa­niem. - Wyko­rzy­stamy korzy­ści z obni­że­nia daniny i zro­bimy, co tylko będziemy mogli, by następ­nym razem przed­sta­wić korzyst­niej­szą ofertę.

Gdy Woon zamknął drzwi za wycho­dzą­cym latar­ni­kiem, Shae spoj­rzała na Hamiego.

-?Dla­czego ode­zwa­łeś się bez mojego pozwo­le­nia? -?zapy­tała. -?To było przed­wcze­sne i ofe­ro­wa­łeś mu zbyt wiele.

-?Mia­no­wa­łaś mnie pierw­szym szczę­ścio­dawcą po to, bym mówił, co myślę - burk­nął, po czym wstał i ruszył ku drzwiom. -?I to wła­śnie zro­bi­łem. Źle roze­gra­łaś sytu­ację. Rodzina Enke jest stara i ma duże wpływy w kla­nie. Nawet jeśli mia­łaś uza­sad­nione powody, by pod­jąć takie decy­zje, uznali, że oka­za­łaś im brak sza­cunku. -?Zatrzy­mał się i obej­rzał. -?W tej chwili, Kaul-jen, potrze­bu­jesz popar­cia latar­ni­ków bar­dziej niż stu milio­nów zaosz­czę­dzo­nych die­nów.

Hami otwo­rzył drzwi gabi­netu Shae, wpusz­cza­jąc na moment do środka hałasy -?dzwo­nie­nie tele­fo­nów i stu­kot maszyn do pisa­nia -?dobie­ga­jące z sąsied­nich pomiesz­czeń. Potem drzwi zamknęły się i dumna jade­itowa aura szczę­ścio­dawcy odda­liła się kory­ta­rzem.

Shae osu­nęła się na krze­sło. Hami miał rację. Enke źle przy­jął jej defen­sywną reak­cję i zimne słowa o wzglę­dach eko­no­micz­nych. To zmu­siło pierw­szego szczę­ścio­dawcę do inge­ren­cji i zapro­po­no­wa­nia roz­wią­za­nia, nim ona zdą­żyła to zro­bić. Wyszła na młodą, naiwną kobietę, nad­mier­nie ule­ga­jącą wpły­wom zagra­nicz­nego wykształ­ce­nia, a nie na doświad­czoną pro­gno­styczkę klanu zie­lo­nych kości. Finanse rozu­miała, stra­te­gii i poli­tyki mogła się nauczyć, ale kie­ro­wa­nie kla­nem wyma­gało nie tylko zro­zu­mie­nia sze­ro­kiego zakresu jego gospo­dar­czej dzia­łal­no­ści, lecz rów­nież godze­nia ze sobą naj­wy­raź­niej sprzecz­nych inte­re­sów i ocze­ki­wań jego człon­ków.

-?Co powin­nam zro­bić? -?spy­tała. Usły­szała iry­ta­cję we wła­snym gło­sie.

Woon nie zare­ago­wał na tę zmianę tonu. Zbyt długo już ze sobą współ­pra­co­wali, zbyt czę­sto w ubie­głym roku sie­dzieli razem do późna w nocy, by mogła w kon­tak­tach z nim cały czas zacho­wy­wać pro­fe­sjo­na­lizm, jak w przy­padku roz­mów z Hamim czy innymi oso­bami pra­cu­ją­cymi w urzę­dzie na Stat­ko­wej. Cień pro­gno­styczki spoj­rzał na swe sple­cione dło­nie, a potem odchrząk­nął.

-?Mogę ci jedy­nie powie­dzieć, co moim zda­niem zro­biłby Lan-jen. Wezwałby pana Enkego do gabi­netu i z uwagi na jego wysoką pozy­cję w kla­nie dałby mu szansę dorów­na­nia korzyst­niej­szej ofer­cie. Gdyby latar­nik nie był w sta­nie tego zro­bić, oznaj­miłby mu z żalem, że, nie­stety, jest zmu­szony pod­pi­sać kon­trakt z innym dewe­lo­pe­rem, zapy­tałby jed­nak, co może ofe­ro­wać mu klan, by jego inte­res stał się bar­dziej kon­ku­ren­cyjny.

Przy­gnę­biona Shae wpa­trzyła się w mokre od desz­czu okna. Ostat­nie sześć tygo­dni poświę­ciła żało­bie po dziadku i na krótki moment nie­malże zapo­mniała o tym, jak bar­dzo bra­kuje jej Lana.

Woon pochy­lił się na krze­śle, wspie­ra­jąc łok­cie na kola­nach.

-?Klan przy­po­mina wielki, stary sta­tek, Shae-jen. Jest potężny, ale trudno nim ste­ro­wać. Wiem, że pra­gniesz wpro­wa­dzić zmiany i udo­sko­na­le­nia, ale powin­naś to robić ostroż­nie. W nie­pew­nych cza­sach ludzie szu­kają zapew­nie­nia, że wszystko na­dal będzie wyglą­dało tak, jak się tego spo­dzie­wają. Będą mówili, że skrzyw­dzi­łaś rodzinę Enke, podob­nie jak wciąż mówią, że skrzyw­dzi­łaś Kowi Dona.

-?Nie będę orga­ni­zo­wała biura na zasa­dach kole­sio­stwa, jak Doru - obru­szyła się z pasją. -?Kowi Don otrzy­mał pozy­cję szczę­ścio­dawcy tylko dla­tego, że jest synem radcy.

Woon pochy­lił głowę.

-?Ty rów­nież sie­dzisz w tym gabi­ne­cie tylko dla­tego, że nale­żysz do rodziny Kau­lów.

Wypo­wie­dział te słowa bez nuty gniewu, ale Shae i tak się skrzy­wiła. To była prawda. Zda­wała sobie sprawę, że ma długą drogę przed sobą, jeśli pra­gnie dowieść swej war­to­ści na Stat­ko­wej. W zeszłym roku klan led­wie zdo­łał unik­nąć zagłady, i choć w woj­nie na uli­cach doszło do cze­goś w rodzaju sytu­acji pato­wej, Góra była więk­sza i jej sytu­acja finan­sowa na­dal pozo­sta­wała lep­sza. Klan Bez Szczy­tów domi­no­wał w pew­nych sek­to­rach, takich jak budow­nic­two i nie­ru­cho­mo­ści, ale boom budow­lany, jaki nastał w dzie­się­cio­le­ciach po zakoń­cze­niu wojny naro­dów, znacz­nie osłabł, pod­czas gdy wiele gałęzi, w któ­rych więk­sze udziały miała Góra, takie jak pro­duk­cja prze­my­słowa, han­del deta­liczny i trans­port, na­dal pręż­nie się roz­ra­stało. Dla­tego byli zmu­szeni agre­syw­niej roz­sze­rzać swoją dzia­łal­ność, jeśli klan Bez Szczy­tów miał w przy­szło­ści zatrium­fo­wać. Wszel­kie dzia­ła­nia, które podej­mo­wała Shae jako pro­gno­styczka, mogły popra­wić ich pozy­cję w sto­sunku do prze­ciw­nika bądź ją pogor­szyć. Opu­ściła ramiona.

-?Potrze­bu­jemy wszyst­kiego, co może nam zapew­nić prze­wagę, choćby nawet nie­wielką -?sprze­ci­wiła się sła­bym gło­sem. -?To wła­śnie jest moty­wem sto­ją­cym za wszyst­kimi decy­zjami, nawet jeśli nie­które z nich nie podo­bają się ludziom.

-?Zaufa­nie rów­nież zapew­nia prze­wagę -?zauwa­żył Woon.

-?Myślisz, że klan mi nie ufa?

-?Jesteś bar­dzo bystra, Shae, i pra­cu­jesz wyjąt­kowo ciężko. Wszy­scy to widzą -?odparł Woon z pasją wyjąt­kową u kogoś, kto z reguły prze­ma­wiał łagod­nie. -?Co wię­cej, jesteś jedną z Kau­lów. Wszystko to budzi zaufa­nie, ale latar­nicy zacho­wują lojal­ność wobec klanu dla korzy­ści, jakie może im to zapew­nić. A ostat­nio raczej zamy­ka­łaś przed nim drzwi, zamiast je otwie­rać.

Mil­czała przez dłuż­szą chwilę. Nad Jan­lo­onem wisiały chmury, cięż­kie od wio­sen­nego desz­czu. Z oddali morze i niebo miały taki sam matowy, sza­ro­nie­bie­ski kolor.

-?Bar­dzo się cie­szę, że jesteś ze mną, Papi-jen.

Mówiła szcze­rze. Gdyby Lan nie zgi­nął, to Woon sie­działby teraz w gabi­ne­cie pro­gno­styka. Mimo to cał­ko­wi­cie poświę­cał się pracy cie­nia, jej szefa sztabu. Ni­gdy się nie skar­żył ani nie oka­zy­wał gory­czy. Woon nie był wyjąt­kowo inte­li­gentny ani sprytny i nie miał też zbyt sil­nej oso­bo­wo­ści, ale podob­nie jak Lan spra­wiał wra­że­nie zro­bio­nego z wyjąt­kowo solid­nego i nie­za­wod­nego mate­riału. Shae rozu­miała, dla­czego przez tak długi czas był przy­ja­cie­lem i pomoc­ni­kiem jej brata. Wsparła dłoń na jego ramie­niu.

-?To był ciężki dzień. Wra­caj do domu, nie musisz na mnie cze­kać.

Wstał i odsu­nął jej dłoń. Postrze­ga­nie powie­działo Shae, że jego aura pul­suje jakimś nagłym, tłu­mio­nym uczu­ciem.

-?Ja rów­nież mam jesz­cze robotę do wyko­na­nia -?stwier­dził. -?Nie musisz się śpie­szyć, Kaul-jen. Jak zwy­kle odwiozę cię póź­niej do domu.

Były fila­rowy zosta­wił Lana samego wie­czo­rem w dniu, gdy go zamor­do­wano. Odkąd został jej cie­niem, ani razu nie wró­cił do domu przed nią.

Gdy Woon wyszedł, Shae przez jakieś dwie godziny stu­dio­wała leżące na biurku papiery. W ciem­nie­ją­cych szy­bach okien­nych poja­wiło się jej odbi­cie. W jan­lo­oń­skim śród­mie­ściu zapa­liły się świa­tła, zmie­nia­jąc dra­pa­cze chmur w kolumny bla­sku. Zadzwo­nił tele­fon. Unio­sła słu­chawkę i usły­szała lekko nosowy głos Ree Tura­huo.

-?Kaul-jen, cie­szę się, że jesz­cze jesteś w pracy. Mia­łem nadzieję, że będziemy mogli szcze­rze poroz­ma­wiać, jak pro­gno­styk z pro­gno­stykiem.

Shae odło­żyła spra­woz­da­nie. Sznur tele­fonu roz­cią­gnął się, gdy odsu­nęła się od stołu.

-?O czym chciał­byś pomó­wić, Ree-jen? -?zapy­tała spo­koj­nym, wol­nym od pasji gło­sem.

-?W przy­szłym mie­siącu wresz­cie ma się zebrać rada Kekoń­skiego Soju­szu Jade­ito­wego. Udzia­łowcy będą gło­so­wać, czy przy­wró­cić wydo­by­cie jade­itu -?odpo­wie­dział Ree. -?Jak zamie­rzają gło­so­wać w tej spra­wie klan Bez Szczy­tów i jego sojusz­nicy wśród mniej­szych kla­nów?

-?Filar roz­waża wszyst­kie istotne czyn­niki -?odpo­wie­działa. -?Jesz­cze nie pod­jął decy­zji.

-?Nie wykrę­caj się, Kaul-jen. -?Głos Ree przy­brał ostrzej­sze brzmie­nie. -?Wszy­scy wiemy, że brat polega na two­jej radzie w podob­nych spra­wach. To ty podej­mu­jesz takie decy­zje. Czy zamie­rzasz prze­cią­gać tę nie­po­trzebną prze­rwę, czy pozwo­lisz, by wró­ciła nor­mal­ność?

-?Kopal­nie będą mogły wzno­wić dzia­łal­ność, gdy tylko podej­mie się wszel­kie nie­zbędne kroki, by zapo­biec kolej­nym nad­uży­ciom ze strony Góry -?odpo­wie­działa Shae. -?Nie jestem jesz­cze pewna, czy reformy wpro­wa­dzone przez Radę Ksią­żęcą okażą się wystar­cza­jące.

Uśmiech­nęła się, żału­jąc, że nie może Postrzec reak­cji dru­giego pro­gno­styka. Gdy finan­sowe nie­ści­sło­ści, które odkryła przed nie­spełna dwoma laty w księ­gach KSJ wyszły na jaw i oka­zało się, że Góra pota­jem­nie wydo­by­wała nad­mia­rowy jadeit za ple­cami rządu i innych kla­nów zie­lo­nych kości, wybuchł wielki skan­dal. Ayt publicz­nie oznaj­miła, że winne były zanie­dba­nia oraz błędy orga­ni­za­cyjne, ale nie­wielu w to uwie­rzyło, nawet w jej wła­snym kla­nie. Rada Ksią­żęca uchwa­liła ustawę wpro­wa­dza­jącą ogra­ni­cze­nia w zakre­sie wła­sno­ści, mające zapo­biec prze­ję­ciu kon­troli nad KSJ przez jeden klan, wpro­wa­dziła coroczne nie­za­leżne audyty, powo­łała komi­tet nad­zor­czy, a także wpro­wa­dziła kilka innych kro­ków, mają­cych zapew­nić bez­pie­czeń­stwo kra­jo­wym zaso­bom jade­itu. Tym­cza­sem od osiem­na­stu mie­sięcy kopal­nie były nie­czynne, do pań­stwo­wego skarbca nie napły­wał nowy jadeit, ofi­cjalny eks­port zamarł, a tysiące abu­kej­skich robot­ni­ków prze­szły na utrzy­ma­nie rządu.

-?Jeśli wydo­by­cie nie zosta­nie przy­wró­cone, sprawa wróci do Rady Ksią­żę­cej, bogo­wie wie­dzą na jak długo -?oznaj­mił ner­wo­wym tonem Ree. - Zmar­nu­jemy nad­cho­dzącą porę suchą i strasz­liwe zakłó­ce­nia gospo­darki potrwają kolejny rok. Czy tego wła­śnie chcesz?

-?Chcę, żeby Góra ponio­sła karę za swoje nad­uży­cia.

Im dłu­żej potrwa zawie­sze­nie wydo­by­cia, tym trud­niej będzie opi­nii publicz­nej zapo­mnieć o winie Góry.

Nastała chwila prze­rwy.

-?Prę­dzej czy póź­niej skoń­czą się wam zapasy jade­itu, który sprze­da­je­cie Espeń­czy­kom -?ode­zwał się wresz­cie drugi pro­gno­styk. W jego gło­sie poja­wiła się nuta sprytu. -?Czy naprawdę może­cie sobie pozwo­lić na wyczer­pa­nie zaso­bów klanu?

Nastała chwila prze­rwy. Shae wyobra­ziła sobie pełną samo­za­do­wo­le­nia minę Ree.

-?Tak, oczy­wi­ście wiemy, że wyprze­da­je­cie swoje rezerwy. Dla­tego cudzo­ziemcy nie naro­bili dotąd więk­szego smrodu. Przy­pusz­czam, że Rada Ksią­żęca i oby­wa­tele Kekonu zain­te­re­so­wa­liby się infor­ma­cją, że klan Bez Szczy­tów popra­wia swą sytu­ację finan­sową, sprze­da­jąc jadeit bez­po­śred­nio Repu­blice Espe­nii.

-?A ja przy­pusz­czam, że nasi ofi­cjalni sojusz­nicy z Espe­nii byliby zain­te­re­so­wani wia­do­mo­ścią, że Góra pota­jem­nie sprze­daje jadeit ich wro­gom, Ygu­tań­czy­kom -?odpo­wie­działa zimno Shae. -?Zwłasz­cza gdyby espeń­skich żoł­nie­rzy wysłano do Szo­taru, żeby wal­czyli z bun­tow­ni­kami szko­lo­nymi i popie­ra­nymi przez Ygu­tan. Raczej nie będą zado­wo­leni, kiedy się zorien­tują, że żoł­nie­rze prze­ciw­nika noszą kekoń­ski jadeit.

-?Te słowne prze­py­chanki niczemu nie służą, Kaul-jen -?wark­nął Ree. - Możesz wie­rzyć, że prze­cią­ga­nie skan­dalu służy inte­re­som klanu Bez Szczy­tów, ale zasta­nów się nad dyle­ma­tem, przed któ­rym stoją obie nasze strony. Ogra­ni­cze­nia podaży jade­itu zachę­ciły prze­myt­ni­ków i spo­wo­do­wały wzrost prze­stęp­czo­ści. Ludzie mają już dość prze­lewu krwi i pro­ble­mów z gospo­darką. Boją się też, że kry­zys w Oor­toko zmieni się w wojnę mię­dzy zagra­nicz­nymi mocar­stwami i roz­sze­rzy się na cały region. Ocze­kują, że zie­lone kości będą w takim przy­padku bro­niły Kekonu. Czy jesteś pewna, że w tej chwili to robimy, Kaul-jen?

Shae nie odpo­wie­działa.

-?Ty i ja nie jeste­śmy pię­ściami widzą­cymi świat tylko w czerni i czer­wieni -?dodał Ree. -?Moja filar rów­nież taka nie jest, choć nie jestem tego pewien, gdy cho­dzi o two­jego brata. Ayt- -jen pro­po­nuje spo­tka­nie mię­dzy naszymi kla­nami, z gwa­ran­cją bez­pie­czeń­stwa dla wszyst­kich uczest­ni­ków.

Rozdział 6

Nowi zieloni

Bero czuł się jak nowo naro­dzony. Jak czło­wiek, któ­rym zawsze było mu pisane zostać. Nie musiał już spać na pod­ło­dze w miesz­ka­niu ciotki. Miał teraz wła­sne lokum, na dru­gim pię­trze dzie­wię­cio­pię­tro­wej kamie­nicy w Kuźni. Nie było nad­zwy­czajne -?drzwi led­wie się trzy­mały na zawia­sach, insta­la­cja wodo­cią­gowa była stara, a ściany cien­kie. Sąsiadka, pani Waim, była zrzę­dliwą sta­ruszką pach­nącą zio­ło­wymi tablet­kami na gar­dło. Cią­gle waliła w jego drzwi, gdy pusz­czał muzykę albo robił zbyt wiele hałasu. Nic z tego nie miało jed­nak zna­cze­nia. Codzien­nie budził się około połu­dnia, szedł do łazienki i spo­glą­dał w lustro, by zoba­czyć jadeit wiszący na jego szyi. Następ­nie roz­pro­sto­wy­wał ramiona, uno­sił głowę i odwra­cał się w jedną, a potem w drugą stronę, by przyj­rzeć się swemu odbi­ciu pod róż­nymi kątami. Na koniec brał w rękę karam­bit i uno­sił go przed sobą. Podo­bało mu się to, co widział. Siła. Moc. Sza­cu­nek.

Dwa razy dzien­nie pod­wią­zy­wał sobie ramię gumową stazą i wstrzy­ki­wał dawkę SN1. Regu­lar­nie, jak w zegarku. Zazna­czał to na wiszą­cym na ścia­nie kalen­da­rzu. Mudt -?nie młody Mudt Kal, lecz jego ojciec, nie­ży­jący już Mudt Jin -?powie­dział mu, że pomi­nię­cie jed­nego zastrzyku albo zro­bie­nie jed­nego za dużo może skoń­czyć się śmier­cią. Kiedy błysk docie­rał do jego mózgu, Bero czuł się nie­zwy­cię­żony. Cudzo­ziemcy dali Keko­nowi rów­nież kilka dobrych rze­czy. Jedną z nich był błysk. Po co miałby poświę­cać całe dzie­ciń­stwo na ćwi­cze­nia w jakiejś woj­sko­wej szkole o dra­koń­skim reżi­mie, skoro ist­niały nowo­cze­śniej­sze metody? Jade­itowa ener­gia wypeł­nia­jąca jego żyły była ostra i gorąca, lep­sza niż cokol­wiek innego na świe­cie, lep­sza niż pie­nią­dze albo seks. Smak, jaki poczuł dwa lata temu -?gdy po raz pierw­szy wziął w ręce jadeit, tylko na kilka minut -?był niczym w porów­na­niu z tym. Całe jego poprzed­nie życie było bez­barw­nym, nud­nym, pół­świa­do­mym snem, z któ­rego wresz­cie się obu­dził. Idąc ulicą, czuł się jak tygrys prze­cho­dzący przez stado bydła.

Wie­czo­rami cho­dził do nie­le­gal­nego klubu tre­nin­go­wego w Pralni, zwa­nego Domem Szczu­rów. To była jedna z nie­licz­nych w mie­ście melin, w któ­rych ludzie noszący nie­usank­cjo­no­wany jadeit mogli się bez­piecz­nie spo­ty­kać, ćwi­czyć, wstrzy­ki­wać sobie SN1 i chwa­lić się zie­le­nią, któ­rej nie mogli poka­zać publicz­nie. Czę­sto spo­ty­kał tam Mudta i obaj ćwi­czyli Siłę na beto­no­wych blo­kach albo wbie­gali na ściany, posłu­gu­jąc się Lek­ko­ścią. Ich umie­jęt­no­ści nie były sta­bilne. Bero jed­nego dnia potra­fił pod­sko­czyć metr w górę, ale następ­nego nie­wiele wyżej niż bez pomocy jade­itu. To przy­pra­wiało go o fru­stra­cję, ale nie znie­chę­cało. Nie liczył na to, że od razu sta­nie się świetny. Musi wię­cej ćwi­czyć i zdo­być wię­cej klej­no­tów, nim będzie w sta­nie mie­rzyć się z zie­lo­nymi kośćmi.

Po paru godzi­nach szedł do baru. Kupo­wał sobie kolejkę, a następ­nie zaczy­nał sprze­da­wać błysk w sła­biej oświe­tlo­nych czę­ściach lokalu. Miał regu­lar­nych klien­tów, któ­rzy zja­wiali się co tydzień, i nie­źle zara­biał. Dla­tego nie musiał pra­co­wać, w prze­ci­wień­stwie do Mudta, który zamiesz­kał z jaki­miś odle­głymi krew­nymi i skła­mał, że ma wię­cej lat niż w rze­czy­wi­sto­ści, by dostać robotę jako maga­zy­nier w skle­pie z obu­wiem. Więk­szość klien­tów Domu Szczu­rów sta­no­wili męż­czyźni mię­dzy dwu­dzie­stym a trzy­dzie­stym rokiem życia miesz­ka­jący w ubo­gich czę­ściach pół­nocno-zachod­niego Jan­lo­onu -?Dziel­nicy Por­to­wej, Kuźni, Pralni oraz Mie­ście Ryba­ków. Niektó­rzy nosili tatu­aże gan­gów. Bero podej­rze­wał, że wielu zna­la­zło się w kon­flik­cie z pra­wem z innych powo­dów niż posia­da­nie nie­le­gal­nego jade­itu. Kilku spra­wiało wra­że­nie sza­no­wa­nych ludzi mają­cych legalną pracę, któ­rzy z jakie­goś powodu posta­no­wili zary­zy­ko­wać życie, by nosić zie­leń. Nikt z bywal­ców Domu nie prze­szedł ofi­cjal­nego szko­le­nia, a wielu było takich, któ­rzy nie prze­szli żad­nego. Musieli codzien­nie brać SN1, żeby utrzy­mać tole­ran­cję jade­itu na pozio­mie, jaki zie­lone kości osią­gały po latach ćwi­czeń. Dom mógł być pewien, że nie zabrak­nie mu klien­tów.

Nie­wy­szko­lony zmysł Postrze­ga­nia Bera dzia­łał z prze­rwami. Nie miał zbyt wiel­kiego zasięgu, ale z reguły chło­pak potra­fił okre­ślić, kto z ludzi prze­by­wa­ją­cych w tym samym pomiesz­cze­niu nosi jadeit. Cza­sami się zda­rzało, że spoj­rzał na kogoś i przez chwilę odczy­ty­wał jego uczu­cia albo zamiary. Nie potrze­bo­wał jed­nak zbyt wiel­kich talen­tów w tej dzie­dzi­nie, by wyczuć bli­ską wro­go­ści cie­ka­wość, z jaką spo­glą­dano na niego w klu­bie. Kiedy wycho­dził na mia­sto, ukry­wał jadeit pod posta­wio­nym koł­nie­rzem koszuli albo kurtki i trzy­mał się tak daleko, jak tylko mógł, od zie­lo­nych kości, które mogłyby zwró­cić na niego uwagę i zacząć zada­wać pyta­nia. Jed­nakże tutaj, w Domu Szczu­rów, ludzie widzieli, ile klej­no­tów nosi, i chcie­liby się dowie­dzieć, jak to moż­liwe, że nasto­letni chło­pak zdo­był tak wiele zie­leni.

Ale ni­gdy go o to nie pytali. Pierw­sza zasada Domu Szczu­rów gło­siła, że takich pytań się nie zadaje. Nie miało zna­cze­nia, czy jadeit ukra­dziono, zdjęto z zabi­tego czy kupiono na czar­nym rynku. Jedy­nym, co łączyło wszyst­kich tutaj, była egze­ku­cja, gdyby zła­pały ich zie­lone kości z któ­re­goś z wiel­kich kla­nów. Na szczę­ście na­dal były zbyt zajęte wal­kami mię­dzy sobą, by zwra­cać uwagę na innych. Dom Szczu­rów był miej­scem, w któ­rym nie­usank­cjo­no­wani użyt­kow­nicy jade­itu mogli swo­bod­nie roz­ma­wiać, pod­da­wać pró­bie swe moce i prze­chwa­lać się gło­śno po pija­nemu, że pra­gną oba­lić tych, któ­rzy pil­nują, by wąska elita zacho­wała mono­pol na jadeit.

Mówili o sobie "nowi zie­loni".

Bero był prze­ko­nany, że w jego pry­wat­nym świe­cie pra­wie wszystko wygląda jak trzeba, pomi­ja­jąc tylko fakt, że wkrótce zabrak­nie mu bły­sku. Jego począt­kowo spory zapas szybko się kur­czył, ponie­waż nie tylko go uży­wał, lecz rów­nież sprze­da­wał. Dla­tego, gdy pew­nego wie­czoru czło­wiek, któ­rego cza­sami widy­wał w klu­bie, ski­nął na niego i powie­dział: "Hej, może tak ty i twój kolega wypi­li­by­ście ze mną kolejkę? Mam dla was pro­po­zy­cję i myślę, że chęt­nie jej wysłu­cha­cie", Bero zawo­łał Mudta i przy­cią­gnął mu krze­sło.

Męż­czy­zna miał wąską, ogo­rzałą twarz, a włosy ścięte na skro­niach pra­wie do skóry, pośrodku zaś ufor­mo­wane w zle­piony żelem czub. To spra­wiało, że wyda­wała się jesz­cze węż­sza. Wyglą­dał na Kekoń­czyka, ale mógł być mie­sza­nej krwi. Mówił z cudzo­ziem­skim akcen­tem. Miał około trzy­dzie­stu lat i przed­sta­wił się jako Sora­diyo.

-?Czy to szo­tar­skie imię? -?zain­te­re­so­wał się Bero.

-?Można by tak powie­dzieć -?zgo­dził się Sora­diyo pozba­wio­nym emo­cji gło­sem i obrzu­cił obu chło­pa­ków oce­nia­ją­cym spoj­rze­niem -?Nie boicie się nosić tyle jade­itu?

Bero przyj­rzał się mu uważ­nie. Wyczu­wał ota­cza­jącą go jade­itową aurę, ale męż­czy­zna ukry­wał swą zie­leń pod ubra­niem. Kim­kol­wiek był, nie chciał przy­cią­gać do sie­bie uwagi, nawet w Domu Szczu­rów.

-?To mój jadeit i będę go nosił -?oznaj­mił. -?Jeśli zie­lone kości mnie capną, to trudno. Każdy musi kie­dyś umrzeć.

-?Mamy wię­cej klej­no­tów niż nie­które pię­ści -?pochwa­lił się z pasją Mudt. Jego policzki się zaczer­wie­niły. -?Nauczę się tak wiele, że będę mógł poko­nać każdą zie­loną kość. Nie obcho­dzi mnie, jak długo to potrwa.

Fata­li­styczna bra­wura była czymś czę­stym wśród nowych zie­lo­nych, ale ostat­nio podobne słowa wypo­wia­dano rza­dziej i ciszej. Bero sły­szał, że parę lat temu do klubu przy­cho­dziło wielu kapu­siów pra­cu­ją­cych dla Góry. Zie­lone kości dawały im jadeit i błysk na roz­kaz Gont Acha, który pra­gnął umie­ścić jak naj­wię­cej agen­tów na tery­to­rium klanu Bez Szczy­tów. Jed­nakże po śmierci Gonta Góra się wyco­fała, a ludzie klanu Bez Szczy­tów zabi­jali wszyst­kich nowych zie­lo­nych, któ­rych zdo­łali zna­leźć. Kau­lo­wie ofia­ro­wali amne­stię wszyst­kim agen­tom Góry, któ­rzy się ujaw­nią, odda­dzą jadeit i zdra­dzą nazwi­ska wspól­ni­ków. Wielu przy­jęło tę pro­po­zy­cję, uzna­jąc, że lepiej stra­cić zie­leń, lecz zacho­wać głowę, niż pozwo­lić, by dopadł ich Maik Tar ze swo­imi ludźmi.

Sora­diyo uniósł kie­li­szek i roz­cią­gnął mię­si­ste wargi w uśmie­chu, który wyda­wał się zachę­ca­jący, lecz zara­zem pogar­dliwy.

-?Wiara to pierw­szy krok do speł­nie­nia marzeń -?oznaj­mił.

Bero prych­nął lek­ce­wa­żąco. Z jakie­goś powodu pra­gnął zaim­po­no­wać temu czło­wie­kowi, mimo że go nie lubił.

-?O czym chcia­łeś z nami poroz­ma­wiać? -?zapy­tał.

Sora­diyo prze­su­nął krze­sło, by nie kapała na niego woda z rury pod sufi­tem. W Domu Szczu­rów nie było okien, na sufi­cie i ścia­nach zazna­czały się wil­gotne plamy, a o trze­ciej nad ranem powie­trze prze­sy­cała woń potu i papie­ro­so­wego dymu.

-?Jestem wer­bow­ni­kiem -?oznaj­mił Sora­diyo. -?Szu­kam ludzi, któ­rzy speł­niają dwa warunki. Noszą jadeit i coś jest nie w porządku z tą czę­ścią ich mózgu, w któ­rej rodzi się strach przed śmier­cią.

-?Brzmi bar­dzo zachę­ca­jąco -?zadrwił Bero.

Męż­czy­zna par­sk­nął śmie­chem.

-?Pytam o to, czy chce­cie zostać skor­pe­nami. -?Tak nazy­wano prze­myt­ni­ków jade­itu. Tych, któ­rzy wywo­zili klej­noty z kraju. -?Pła­cimy pie­niędzmi i bły­skiem, a z cza­sem rów­nież zie­le­nią. Zaro­bi­cie wię­cej niż na han­dlu bły­skiem. Znacz­nie wię­cej.

-?Pra­cu­jesz dla kogoś? -?zapy­tał Bero.

-?Jestem zaprzy­się­żo­nym człon­kiem Ti Pasu­iga. Wie­cie, co to zna­czy?

Ich mil­cze­nie było wystar­cza­jącą odpo­wie­dzią. Sora­diyo odsło­nił zęby w uśmie­chu. Jego słowa nie wyda­wały się już prze­sadą. Praca dla naj­więk­szej i naj­sław­niej­szej orga­ni­za­cji zaj­mu­ją­cej się prze­my­tem jade­itu rze­czy­wi­ście mogła dopro­wa­dzić odważ­nego czło­wieka do wiel­kich bogactw albo do strasz­li­wej śmierci. Sora­diyo mecha­nicz­nie stu­kał o blat knyk­ciami znie­kształ­co­nej dłoni.

-?Inte­resy idą dobrze. Popyt jest więk­szy niż kie­dy­kol­wiek dotąd. Ale pole­ga­nie na Abu­kei jest zbyt ryzy­kowne. -?Odporni na jadeit tubylcy nie emi­to­wali aury i nie cier­pieli z powodu dra­ma­tycz­nych, a nie­kiedy śmier­tel­nych skut­ków nad­mier­nego wysta­wie­nia na zie­leń. Dla­tego naj­czę­ściej wyko­rzy­sty­wano ich jako kurie­rów w czar­no­ryn­ko­wym han­dlu jade­item. Z dru­giej jed­nak strony róż­nili się wyglą­dem od pozo­sta­łych miesz­kań­ców Kekonu i budzili podej­rze­nia na wszyst­kich poste­run­kach gra­nicz­nych. -?Na szczę­ście w dzi­siej­szych cza­sach każdy może prze­wo­zić jadeit, jeśli tylko ma nie­ogra­ni­czony dostęp do bły­sku. Może­cie nawet ucho­dzić za zie­lone kości. -?Wstał i się­gnął po kurtkę. -?Zasta­nów­cie się nad tym. Wrócę tu o tej samej porze w następny czwarty dzień i będzie­cie mogli mi powie­dzieć, czy chce­cie opu­ścić tę nędzną dziurę i zna­leźć się wśród wiel­kich gra­czy.

Po jego wyj­ściu Mudt otarł nos ręka­wem.

-?Nie potrze­bu­jemy tego zasra­nego baru­kana -?stwier­dził. -?Mamy już wszystko, czego potrze­bu­jemy. Sami zdo­by­li­śmy jadeit. -?Postu­kał w opa­ski, które nosił na ramio­nach. -?Możemy ćwi­czyć tutaj, aż sta­niemy się naprawdę dobrzy i będziemy mogli mie­rzyć się z każ­dym. Wystar­cza­jąco dobrzy, by poko­nać Maików.

-?Za dużo gadasz -?wark­nął Bero i wstał, żeby kupić następną kolejkę. Po dro­dze minął sto­lik, przy któ­rym sie­dzieli ludzie tnący przed­ra­miona, żeby ćwi­czyć Stal. Jeden z nich zaklął z bólu i spadł z krze­sła, gdy w jego ciało wnik­nęło ostrze.

Przy­szło mu na myśl, że pro­blem z Mud­tem polega na tym, że ma on wła­sne zda­nie na każdy temat i nie wie, kiedy się zamknąć. Ni­gdy nie zdo­byłby jade­itu ani bły­sku na wła­sną rękę. To Bero zapla­no­wał akcję na cmen­ta­rzu. To on zabił dla jade­itu. Już dwa razy. Mudt tego nie zro­bił. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku potra­fił tylko wyko­ny­wać roz­kazy i wła­ści­wie nie zasłu­gi­wał na zie­leń.

Rozdział 7

Perswazje prognostyczki

Kró­lew­ski Uni­wer­sy­tet Jan, usy­tu­owany na zachod­niej gra­nicy Jan­lo­onu, jest naj­star­szą insty­tu­cją aka­de­micką na Keko­nie. W ciągu trzy­stu lat swej chwa­leb­nej histo­rii prze­trwał okresy wojny i oku­pa­cji. Nie­które ze sta­rych, kamien­nych budyn­ków, które Shae mijała po dro­dze, pamię­tały czasy zjed­no­cze­nia wyspy pod koniec okresu wal­czą­cych sióstr. Inne, jak gmach Wydziału Stu­diów Mię­dzy­na­ro­do­wych, były lśnią­cymi, nowo­cze­snymi budow­lami, ze stali, szkła i betonu. Shae otwo­rzyła dwu­skrzy­dłowe drzwi, weszła do sali wykła­do­wej i zajęła wolne miej­sce w ostat­nim rzę­dzie. Wykład już się zaczął. Maro pisał coś na tablicy i nie widział, kiedy weszła, ale gdy ponow­nie zwró­cił się ku stu­den­tom, zauwa­żył ją i uśmiech­nął się lekko.

-?W zeszłym tygo­dniu mówi­li­śmy o skut­kach wojny wielu naro­dów i o eko­no­micz­nym oraz poli­tycz­nym upadku Cesar­stwa Tun, po któ­rym nastały dzie­się­cio­le­cia wewnętrz­nego kon­fliktu, a także reform, które umoż­li­wiły Ygu­ta­nowi wypeł­nie­nie próżni powsta­łej na kon­ty­nen­cie Orius. Przez resztę seme­stru sku­pimy uwagę na powo­jen­nej poli­tyce Repu­bliki Espe­nii w sto­sunku do Szo­taru i Kekonu oraz na tym, jak wiąże się ona z bie­żą­cymi wyda­rze­niami.

Shae była zain­te­re­so­wana tema­tem wykładu, a Tau Maro był inte­re­su­ją­cym mówcą -?zor­ga­ni­zo­wa­nym, posia­da­ją­cym sze­roką wie­dzę i entu­zja­stycz­nie nasta­wio­nym do przed­miotu -?ale Shae cią­gle wra­cała w myślach do wczo­raj­szej roz­mowy tele­fo­nicz­nej z Ree Turą. Zdzi­wiła się, gdy godzina upły­nęła. Czuła się roz­cza­ro­wana, że nie słu­chała uważ­niej. Maro napi­sał na tablicy pole­ce­nie zamy­ka­jące wykład: "Zada­niem na ten tydzień jest napi­sa­nie na trzech stro­nach odpo­wie­dzi na nastę­pu­jące pyta­nie: W jaki spo­sób wpływa na Kekon raty­fi­ka­cja Paktu Przy­jaźni i Wza­jem­nej Nie­in­ge­ren­cji mię­dzy Tun a Ygu­ta­nem?".

Gdy stu­denci zabrali swoje rze­czy i opu­ścili aulę, Shae wstała z miej­sca i prze­szła na śro­dek pomiesz­cze­nia.

-?Mam nadzieję, że nie masz nic prze­ciwko temu, że przy­szłam wcze­śniej, żeby wysłu­chać wykładu? -?zapy­tała. -?Jesteś bar­dzo dobrym nauczy­cie­lem.

Maro skoń­czył wycie­rać tablicę i spoj­rzał na puste miej­sca, nim pochy­lił się ku Shae i poca­ło­wał ją w kącik ust. Jego krótka broda łasko­tała ją w poli­czek. Poczuła woń wody po gole­niu mie­sza­jącą się z zapa­chem kredy pły­ną­cym z klap i ramion brą­zo­wej zamszo­wej mary­narki, wło­żo­nej na białą koszulę.

-?Abso­lut­nie nic -?zapew­nił. -?Ład­nie wyglą­dasz. Gdzie pój­dziemy na kola­cję?

Wio­senne desz­cze wymyły do czy­sta chod­niki na kam­pu­sie. Roz­le­głe traw­niki pora­stała bujna zie­lona trawa. Gdy opu­ścili tereny uni­wer­sy­tetu, prze­my­kali obok nich stu­denci na rowe­rach. Na Shae nie cze­kał samo­chód z szo­fe­rem. Przy­je­chała tu tak­sówką pro­sto z biura na Stat­ko­wej, zatrzy­mu­jąc się tylko po to, żeby popra­wić maki­jaż i zamie­nić ble­zer na czer­wony szal wyszy­wany ceki­nami. Chciała znowu wziąć tak­sówkę, ale Maro ją powstrzy­mał.

-?O tej porze pią­tego dnia szyb­ciej dotrzemy na miej­sce metrem. Masz coś prze­ciwko temu?

Zapew­niła go, że nie ma.

Po dro­dze roz­ma­wiali od nie­chce­nia o wykła­dzie, kam­pu­sie i o aktu­al­nej pogo­dzie. Shae czuła, że napię­cie zwią­zane z pracą powoli z niej odpływa. Patrzyła na Mara. Uspo­ka­jał ją jego brak pośpie­chu. Pozwo­lił, by pierw­szy, zbyt zatło­czony pociąg odje­chał, i zacze­kał na następny. Krótko przy­strzy­żona broda spra­wiała, że wyglą­dał na star­szego, niż był w rze­czy­wi­sto­ści. Miał mięk­kie usta, uważne spoj­rze­nie i duże, atrak­cyjne dło­nie. Był naj­przy­jem­niej­szą nie­spo­dzianką, jaka spo­tkała Shae w minio­nym roku. Nie pra­gnęła sta­łego związku. Cza­sami na­dal wspo­mi­nała tęsk­nie Jeralda i marzyła o czy­imś towa­rzy­stwie, ale kla­nowe obo­wiązki nie zosta­wiały jej wiele miej­sca na życie towa­rzy­skie. Po śmierci i pogrze­bie dziadka spadł na nią nawał pracy w biu­rze. Nie spo­tkała się z Marem od z górą mie­siąca.

-?Wybacz, że tak dawno się nie widzie­li­śmy -?rze­kła mu.

Potrzą­snął głową.

-?Wiem, że ostat­nio nie było ci łatwo. Myśla­łem o tobie, ale nie chcia­łem się wtrą­cać. Wie­dzia­łem, że opi­nia publiczna i tak już poświęca zbyt wiele uwagi waszej rodzi­nie. -?Po chwili waha­nia ujął jej dłoń i ją uści­snął. -?Cie­szę się, że udało ci się dzi­siaj urwać.

Poje­chali do Kuchni Goly­aani, eks­klu­zyw­nej restau­ra­cji w Pół­noc­nym Sotto, nie­da­leko domu, w któ­rym miesz­kała Shae po powro­cie do Jan­lo­onu. Już od jakie­goś czasu miała ochotę wybrać się tam z Marem. Kel­ner zapro­wa­dził ich do boksu w kącie sali. Shae zamó­wiła kok­tajl, a Maro popro­sił o szo­tar­ską whi­sky śred­niej klasy i szklankę wody.

-?Jak ci ostat­nio leci? -?zapy­tał.

-?Lepiej niż jesz­cze nie­dawno. Bra­kuje mi dziadka... ale w ostat­nim roku życia wła­ści­wie nie był już sobą. Kie­dyś był jak siła natury. - Pomie­szała w zamy­śle­niu kok­tajl. -?Lubię sobie wyobra­żać, że czeka na Powrót w zaświa­tach, razem z moim ojcem i bra­tem, że wszy­scy są teraz znacz­nie szczę­śliwsi i osią­gnęli spo­kój. -?Prze­rwała, by pocią­gnąć długi łyk. Nie chciała ule­gać melan­cho­lii pod­czas wie­czoru, który miał słu­żyć relak­sowi. Wycią­gnęła rękę i poło­żyła dłoń na wiel­kiej łapie Mara. Jego jade­itowa aura była jak lekki koc, pełen inte­re­su­ją­cych zmarsz­czek i przy­jemny w dotyku.

-?A co sły­chać u cie­bie w pracy?

-?To samo, co zawsze -?odpo­wie­dział męż­czy­zna, pozwa­la­jąc jej zmie­nić temat. -?W tym seme­strze pro­wa­dzę trzy grupy. Na­dal też szu­kam fun­du­szy na zagra­niczne kursy. Uczel­niana biu­ro­kra­cja nie prze­staje mnie zdu­mie­wać. -?Wes­tchnął ze znu­że­niem i rezy­gna­cją. -?Media cią­gle teraz dono­szą o wyda­rze­niach w Szo­ta­rze. Dla­tego czę­sto wzy­wają mnie do Gma­chu Mądro­ści.

Shae poznała Mara sześć mie­sięcy temu, na spo­tka­niu absol­wen­tów Aka­de­mii Kaul Dushu­rona. Natych­miast doszła do wnio­sku, że warto będzie zawrzeć z nim bliż­szą zna­jo­mość. Jako pro­gno­styczka musiała śle­dzić na bie­żąco kwe­stie han­dlu zagra­nicz­nego i sto­sun­ków mię­dzy­na­ro­do­wych. Tau Maro­sun miał trzy­dzie­ści trzy lata i był jed­nym z naj­młod­szych wykła­dow­ców w Wydziale Stu­diów Mię­dzy­na­ro­do­wych Kró­lew­skiego Uni­wer­sy­tetu Jan, a także poli­tycz­nym doradcą Rady Ksią­żę­cej. Fakt, że młody, ale już znany pro­fe­sor był atrak­cyj­nym męż­czy­zną, zasłu­gi­wał na uwagę, ale miał dru­go­rzędne zna­cze­nie. Po kilku tygo­dniach zapro­siła Mara na kola­cję, licząc na to, że nawiąże z nim pro­fe­sjo­nalną współ­pracę i pozna nazwi­ska innych zasłu­gu­ją­cych na jej uwagę eks­per­tów. Roz­mowa trwała cztery godziny. Zaczęli od spraw zwią­za­nych z jego spe­cjal­no­ścią, ale szybko prze­szli na inne tematy, od jan­lo­oń­skich restau­ra­cji, poprzez zagra­niczne filmy, aż po spo­soby na tanie podróże.

Na koniec Maro nie­śmiało zapy­tał, czy mógłby się jesz­cze kie­dyś z nią zoba­czyć.

Kuch­nia Goly­aani była loka­lem prze­zna­czo­nym dla zamoż­nej klien­teli, w któ­rym poda­wano dania tra­dy­cyj­nej kuchni tuń­skiej, a także sze­roki wybór alko­holi. Był wie­czór pią­tego dnia i więk­szość sto­li­ków zaj­mo­wali mło­dzi pro­fe­sjo­na­li­ści miesz­ka­jący w dziel­nicy Pół­nocne Sotto. Świa­tło zawie­szo­nych pod sufi­tem lamp padało na sty­lowy komi­nek z cegieł, czarne blaty sto­łów oraz półki zasta­wione deko­ra­cyj­nymi butel­kami w antycz­nym stylu, peł­nymi suszo­nych przy­praw. Po chwili przy­nie­siono posi­łek - wędzoną kiszkę wątro­bową, kawałki bakła­żana z ryżem na ostro oraz prze­piórkę pie­czoną w gli­nia­nym garnku. Shae była zado­wo­lona, gdy Maro gło­śno wyra­ził swój zachwyt daniami i pochwa­lił wybór, któ­rego doko­nała. Przy­glą­dała się, jak nakłada kawałki bakła­żana na ich tale­rze. Maro wszystko robił ze swego rodzaju sub­tel­nym namy­słem. Przed wykła­dem spo­rzą­dzał listę tema­tów, które chciał poru­szyć, robił krót­kie prze­rwy, zanim coś powie­dział, wąchał whi­sky, nim pocią­gnął łyk. W niczym nie przy­po­mi­nał Jeralda. Poprzedni chło­pak Shae był sil­nie zbu­do­wany i żywio­łowy, pełen wigoru w łóżku, zabawny i cza­ru­jący, ale w osta­tecz­nym roz­ra­chunku pozo­sta­wał mło­dym espeń­skim ofi­ce­rem, płyt­kim i pozba­wio­nym wraż­li­wo­ści. Maro był inte­li­gentny i miał wła­sne zda­nie na każdy temat, ale nie był pre­ten­sjo­nalny, cenił głę­bo­kie dys­ku­sje i nowe doświad­cze­nia. Róż­nił się też znacz­nie od więk­szo­ści noszą­cych jadeit męż­czyzn, jakich znała Shae. Miał dwa kol­czyki wpięte dys­kret­nie w lewe ucho, ale ni­gdy nie był pal­cem i kla­nowe sprawy nie inte­re­so­wały go zbyt­nio. Pytał o nie tylko wtedy, gdy były ważne dla Shae albo miały zwią­zek z poli­tyką wewnętrzną bądź mię­dzy­na­ro­dową.

-?O co pytała cię Rada Ksią­żęca? -?zain­te­re­so­wała się kobieta.

-?O to samo, o co ja pytam stu­den­tów -?odparł z lekką nutą iro­nii. -?Ale ze znacz­nie więk­szą liczbą szcze­gó­łów, niż można zmie­ścić w roz­prawce na trzy strony.

Shae przy­po­mniała sobie, co napi­sał na tablicy pod koniec wykładu: "Zada­niem na ten tydzień jest napi­sa­nie na trzech stro­nach odpo­wie­dzi na nastę­pu­jące pyta­nie: W jaki spo­sób wpływa na Kekon raty­fi­ka­cja Paktu Przy­jaźni i Wza­jem­nej Nie­in­ge­ren­cji mię­dzy Tun a Ygu­ta­nem?".

-?A jak odpo­wie­dział­byś na pyta­nie, które im dziś zada­łeś?

Maro prze­łknął kawa­łek mięsa prze­piórki, zanim odpo­wie­dział Shae.

-?Że Kekon znaj­dzie się w bez­pre­ce­den­sowo trud­nej sytu­acji. Pakt tuń­sko-ygu­tań­ski nie jest nie­spo­dzianką. Tun ma zbyt wiele pro­ble­mów wewnętrz­nych, by móc się sprze­ci­wić Ygu­ta­nowi, a Ygu­tań­czycy ucie­szą się ze spo­koju na swej naj­dłuż­szej gra­nicy, bo to pozwoli im sku­pić się na prze­ję­ciu kon­troli nad całą Zatoką Ori­gas. Tego z kolei nie mogą zaak­cep­to­wać Szo­tar i Espe­nia. Repu­blika Espe­nii musi skie­ro­wać wię­cej wojsk do tego regionu, a przede wszyst­kim na Kekon.

Shae ski­nęła głową.

-?Będziemy uwię­zieni mię­dzy Espe­nos­ferą a Koali­cją Ygu­tań­ską.

Kekon był ofi­cjal­nie sprzy­mie­rzony z Espe­nią i gościł na wyspie Euman naj­więk­szą bazę Espeń­skiej Mary­narki Wojen­nej w całym regio­nie. Jed­nakże Kekoń­czycy z reguły nie darzyli Espeń­czy­ków sym­pa­tią więk­szą niż innych cudzo­ziem­ców. Geo­gra­ficz­nie wyspa leżała mię­dzy dwoma kon­ty­nen­tami, ale bli­żej z niej było do Oriusa niż do Spe­niusa, a w dodatku dłu­go­trwała wro­gość z Szo­ta­rem spra­wiała, że trudno było sobie wyobra­zić, by oba kraje zna­la­zły się po tej samej stro­nie, nawet jeśli były sprzy­mie­rzone z Espe­nią. Shae wró­ciła myślą do iry­tu­ją­cej roz­mowy z Ree Turą. Na świe­cie obu­dziły się siły, wobec któ­rych zna­cze­nie tra­cił nawet kon­flikt mię­dzy kla­nami zie­lo­nych kości.

-?Sytu­acja poli­tyczna jest nie­bez­pieczna -?zgo­dził się Maro. -?Ale może też stwo­rzyć dla naszego kraju szansę ode­gra­nia więk­szej roli na świa­to­wej sce­nie. -?Pocią­gnął łyk whi­sky i odsta­wił szklankę. -?Przez więk­szą część naszej histo­rii byli­śmy podzie­lo­nymi na liczne ple­miona, nie­uf­nymi wobec obcych izo­la­cjo­ni­stami. Ale teraz to się zmie­nia. Jadeit zwa­bił cały świat pod nasze drzwi i zmu­sił nas do zaan­ga­żo­wa­nia się w świa­towe sprawy.

Shae pomy­ślała o swym kuzy­nie prze­by­wa­ją­cym obec­nie w Espe­nii. Była pewna, że postę­puje słusz­nie, gdy prze­ko­ny­wała Hila, by wysłał Andena na zagra­niczne stu­dia. Klan Bez Szczy­tów potrze­bo­wał wię­cej ludzi, któ­rzy znali świat poza Keko­nem i byli w sta­nie zro­zu­mieć zmiany, o któ­rych mówił Maro. Ale Anden jej nie uwie­rzył, a nawet miał do niej pre­ten­sję. Prze­stała na moment jeść i spoj­rzała na Mara.

-?Bar­dzo mnie dziwi, że ktoś, kto ukoń­czył tak zaco­faną, kla­nową szkołę, jak Aka­de­mia Kaul Du, mógł zostać cenio­nym pro­fe­so­rem stu­diów mię­dzy­na­ro­do­wych.

Maro skrzy­wił się i pochy­lił ku niej.

-?Led­wie mi się udało -?przy­znał. -?Mam na myśli jej ukoń­cze­nie. Mia­łem trud­no­ści z jade­ito­wymi dys­cy­pli­nami. Chcia­łem rzu­cić szkołę w pią­tej kla­sie, ale to nie wcho­dziło w grę. Byłem jedy­nym chło­pa­kiem w rodzi­nie. -?Wśród Kekoń­czy­ków utrzy­my­wało się prze­ko­na­nie, że każda zasłu­gu­jąca na sza­cu­nek rodzina musi mieć jadeit. Od jedy­nego syna ocze­ki­wano, że nauczy się walki i będzie nosił zie­leń. -?Maro wydął wargi, po czym dopił whi­sky. -?Nie­mniej, spo­glą­da­jąc wstecz, cie­szę się, że ukoń­czy­łem szko­le­nie. Zapewne uczy­niło mnie to sil­niej­szym. Wtedy jed­nak było mi ciężko. Na szczę­ście pomo­gły mi stop­nie w dys­cy­pli­nach aka­de­mic­kich, ale wła­ści­wie nie byłem stwo­rzony na zie­loną kość. W prze­ci­wień­stwie do pew­nych osób, które ukoń­czyły naukę z pierw­szą lokatą. -?Spoj­rzał na Shae i trą­cił ją lekko łok­ciem. -?Pamię­tam cię z tam­tych cza­sów. Byłem w czwar­tej kla­sie, kiedy poja­wi­łaś się w pierw­szej. Ale ty mnie nie pamię­tasz, prawda?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki