Ta książka powstała z frustracji. Mojej i moich rozmówców.
Zacznę od przytoczenia kilku historii.
Wkrótce po ataku Rosji na ukraińskie Krym i Donbas odbyły się ćwiczenia
z zarządzania kryzysowego zorganizowane przez NATO. W ćwiczeniach, które
odnosiły się bezpośrednio do hybrydowego zagrożenia ze strony Rosji,
wzięły udział najwyższe wojskowe i cywilne instytucje wszystkich
dwudziestu ośmiu państw NATO. Uczestniczyły w nich także polskie
instytucje -?ale w bardzo specyficzny sposób.
Polski prezydent nie był nimi zainteresowany, więc je zignorował.
Podobnie zrobił premier. Ważniejsze sprawy miał też minister obrony
narodowej, który przynajmniej wyznaczył do ćwiczeń jedną z urzędniczek
resortu. Mimo że ćwiczenia odbywały się przez kilka dni w trybie
dwudziestu czterech godzin na dobę, urzędniczka już na pierwszej
odprawie zakomunikowała, że w ministerstwie nikt w nocy nie pracuje i ona także nie ma zamiaru tego robić.
-?Właśnie atakowała nas Rosja, a my z powodu paraliżu decyzyjnego nie
robiliśmy nic, bo w ministerstwie wszyscy spali. W Brukseli zastanawiali
się, czy my w ogóle chcemy bronić własnego kraju -?opowiada mi oficer
uczestniczący w tych ćwiczeniach.
I następna historia. W 2024 roku -?dwa lata po pełnoskalowej agresji
Rosji na Ukrainę i w pełnym natężeniu wojny -?zorganizowano w Warszawie
inne ćwiczenia. Symulowały one atak Rosji na stolicę.
Ćwiczenia odbywały się w kilku miejscach na terenie miasta jednocześnie.
Jednym z najciekawszych miejsc były warszawskie Filtry, do których bez
wiedzy ich obsługi wtargnęli zamaskowani "terroryści" i założyli
"ładunki wybuchowe" na pojemnikach z chlorem. Zdetonowanie takich
pojemników w centrum miasta spowodowałoby śmiertelne zagrożenie dla
mieszkańców. Służby zdecydowały się więc na użycie urządzeń do
zakłócania fal radiowych, które miały uniemożliwić "terrorystom"
zdetonowanie ładunków za pomocą radia. Rychło okazało się, że systemy te
zakłóciły nie tylko łączność "terrorystów", ale także komunikację służb
mających ich zneutralizować. Co więcej, ich realne użycie
sparaliżowałoby funkcjonowanie znacznego obszaru w centrum miasta, wraz
z zablokowaniem łączności pomiędzy przelatującymi tamtędy samolotami i wieżą kontrolną na Lotnisku Chopina, co spowodowałoby ryzyko katastrofy
lotniczej.
A to był dopiero początek pomyłek i niespodzianek, do których należy
zaliczyć skończenie się baterii w dronie obserwacyjnym w newralgicznym
momencie akcji lub niemożność dojazdu żołnierzy na miejsce w godzinach
szczytu.
-?Nie muszę dodawać, że ćwiczenia uznano za niebywały sukces i na końcu
decydenci i politycy gratulowali sobie dobrze wykonanej roboty -
zakończył opowieść związany z kwestiami bezpieczeństwa w mieście
urzędnik, z którym rozmawiam w tej książce.
Kolejna historia dotyczy dronów, które stanowią główną siłę bojową na
współczesnym polu walki. W październiku 2025 roku opisaliśmy w Onecie z Edytą Żemłą historię drona, który miał być symbolem technologicznej
suwerenności polskiej armii. To wojskowy dron obserwacyjny Wizjer
wyprodukowany w Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 2 w Bydgoszczy,
podlegających państwowej Polskiej Grupie Zbrojeniowej. Dwa miesiące
później rozpoczęło się wojskowe szkolenie, na którym wojskowi operatorzy
mieli ćwiczyć wykorzystanie Wizjera. Podczas szkolenia jeden z dronów
rozbił się doszczętnie, a inny urwał się operatorom na czterdzieści
minut, szybował bez żadnej kontroli nad okolicą. To był jednak tylko
początek problemów, które potem opisali żołnierze w wojskowym raporcie.
Zwrócili uwagę, że trzeba go w jakiś sposób dowieźć w rejon frontu.
Będzie to po prostu niemożliwe, ponieważ cały system naszego drona
mieści się w jedenastu skrzyniach kompozytowych, a do ich przewiezienia
potrzebny jest samochód ciężarowy. Auto natychmiast zostanie zniszczone
przez drony wroga, które masowo likwidują cele znacznie mniejsze od
ciężarówek.
Jeśli już ten dron jakimś cudem zdołałby wystartować, to i tak nie
będzie w stanie wykonać swojego zadania, jakim jest obserwacja i przekazywanie tych informacji do wojskowych sztabów. Bo nie jest
kompatybilny z żadnym z systemów łączności stosowanych w Siłach
Zbrojnych RP. Kiedy ukraińskie drony już na początku wojny były w stanie
przekazywać do swoich sztabów obraz pola walki w czasie zbliżonym do
rzeczywistego, to polski Wizjer najpierw musi wylądować, następnie
zapisany w jego systemie materiał wideo musi zostać zgrany na płytę CD,
a w końcu ta płyta musi być w jakiś sposób przekazana do sztabu. W dynamicznie rozwijającej się sytuacji bojowej takie rozwiązanie po
prostu nie ma sensu.
Ostatnia historia pochodzi z czasu, w którym kończyłem pisać tę książkę
-?z lutego 2026 roku. Po raz kolejny byłem w Ukrainie. Miałem okazję
spotkać się z Serhijem Tiszczenką, dowódcą batalionu inżynieryjnego w Trzecim Korpusie ukraińskiej armii. Podczas spotkania oficer opowiadał,
jak jego ludzie, bazując na wojennych doświadczeniach, budują nie tylko
sieć umocnień wokół miasta, ale też podziemne kompleksy i przeprawy dla
ciężkiego sprzętu. Ten ostatni wątek szczególnie mnie zainteresował. Od
kilku z moich rozmówców do tej książki słyszałem wcześniej o problemie,
jakim są polskie mosty dla transportu czołgów, szczególnie
wyróżniających się tonażem amerykańskich Abramsów. Serhij powiedział, że
dla jego ludzi budowa przeprawy wodnej pod pancerny sprzęt nie jest już
żadnym problemem. Swojej wiedzy nie zaczerpnęli bynajmniej z natowskich
podręczników, ale z wojennej praktyki i nauki na błędach dziesiątek
podobnych przepraw.
-?Procedury NATO nie działają na współczesnej wojnie -?powiedział mi
Serhij. -?Działały w Iraku i Afganistanie, ale nie tutaj. Gdyby
przyjeżdżali tu Polacy, mogliby nabywać doświadczenia.
-?A przyjeżdżają?
-?Nie.
Te historie pokazują trzy rzeczy.
Pierwsza to fikcja, jaką władza karmi Polaków, przekonując ich o budowaniu systemu odpornego na rosyjską agresję.
Drugą jest niekompetencja wojskowych i polityków, którzy podejmują
kluczowe decyzje dotyczące naszego bezpieczeństwa.
Ostatnia w końcu to odrealnienie odpowiedzialnych za bezpieczeństwo
ludzi, którzy piastują najbardziej odpowiedzialne funkcje, ale do tej
pory nie zadbali o nawiązanie ścisłych kontaktów z Ukraińcami, o wizytowaniu frontu nie wspominając.
Moja książka opiera się na wielogodzinnych rozmowach ze specjalistami z zakresu wojskowych szkoleń, rezerw, lotnictwa, artylerii, wojsk
pancernych, dronów, ratownictwa pola walki, sztucznej inteligencji,
obrony cywilnej, schronów dla ludności. Trudno w tych rozmowach o optymizm. Ale i nie taki był ich cel. Dla narodu stojącego w obliczu
wojny ważniejszy od optymizmu jest realizm.
Marcin Wyrwał
O tym, jak może przebiegać wojna z Rosją, rozmawiam z pułkownikiem
Piotrem Lewandowskim, który siedem razy uczestniczył w misjach bojowych
-?w Libanie, Iraku i Afganistanie. Jako dowódca przeszedł przez kolejne
szczeble wojskowej struktury, dowodził plutonem, kompanią, w końcu
samodzielnym batalionem, który został wyróżniony mianem przodującej
jednostki Wojska Polskiego. Do rezerwy przeszedł ze stanowiska dowódcy
bazy tarczy antyrakietowej w Redzikowie. Teraz jest wykładowcą w Centrum
Szkolenia Wojsk Obrony Terytorialnej w Toruniu.
Mój rozmówca porusza kwestię, która stała się tematem politycznej
awantury, a więc: "Gdzie się bronimy?". Według planów ujawnionych przez
ministra Mariusza Błaszczaka na linii rzek Wisła i Wieprz. Według
zapewnień byłego szefa sztabu generała Rajmunda Andrzejczaka na linii
Bugu, nie oddając Rosji ani metra polskiej ziemi. Pułkownik Lewandowski
pokazuje, dlaczego ani Polska, ani jakikolwiek inny kraj nie mogą bronić
się dokładnie na swojej granicy.
W końcu nadchodzi pierwsza minuta wojny, a po niej pierwsza godzina,
dzień, tydzień, miesiąc...
* * *
Dwa scenariusze rozpoczęcia wojny
Dlaczego scenariusz niewpuszczenia Rosjan do Polski nie jest możliwy,
wyjaśnię potem. Teraz opowiem o takich scenariuszach, których możemy się
realnie spodziewać.
Wojna w Polsce będzie wyglądać nieco inaczej niż w Ukrainie. Wprawdzie
oba kraje są nizinne, ale w Ukrainie mamy olbrzymie obszary stepowe,
gdzie na otwartym terenie różnego rodzaju sprzęt może strzelać do siebie
na dystansie kilku kilometrów. W Polsce natomiast mamy więcej terenów
zalesionych, które będą naturalnymi przeszkodami. Dystans wymiany ognia
będzie więc krótszy, poniżej półtora kilometra.
Paradoksalnie minusem dla naszej obrony będzie to, że mamy znacznie
lepszą sieć dróg niż w Ukrainie. Tam Rosjanie nacierali głównie wzdłuż
dróg, bo wiadomo, że sieć dróg pozwala nie tylko na swobodne
przemieszczanie się sprzętu wojskowego, ale też na szybkie podciąganie
zaopatrzenia dla frontu.
Rosjanie rozpoczną wojnę w jednym z dwóch scenariuszy. Żaden z nich nie
będzie dla nas stuprocentowym zaskoczeniem. Przy dzisiejszych
możliwościach rozpoznania pełne zaskoczenie przeciwnika jest praktycznie
niemożliwe.
W pierwszym scenariuszu konflikt będzie narastać powoli. Rosja będzie
wywierać coraz większą presję, podobnie jak to było w przypadku Ukrainy.
Rosjanie najpierw wywierali presję polityczną, by następnie stopniowo
koncentrować wojska wokół ukraińskich granic. To jest scenariusz, w którym będziemy mieć czas, żeby zwiększyć stany osobowe w armii, ogłosić
mobilizację, podjąć działania przygotowawcze.
W drugim scenariuszu tego czasu możemy mieć nieco mniej. To jest opcja,
w której Rosjanie, przypuszczalnie wraz z Białorusinami, będą
tradycyjnie organizować ćwiczenia pod naszą granicą i wtedy uderzą, aby
zaskoczyć nas przynajmniej w pewnym stopniu.
Dlatego tak ważne jest, aby równolegle do ich ćwiczeń prowadzić własne
po swojej stronie granicy. Jeszcze do 2025 roku NATO reagowało na
rosyjsko-białoruskie ćwiczenia w ograniczony sposób, organizując
niewielkie manewry czy zwiększając monitoring granicy. Jednak w 2025
roku na ćwiczenia Zapad, w których według różnych źródeł wzięło udział
od trzynastu do trzydziestu tysięcy żołnierzy, kraje NATO po raz
pierwszy odpowiedziały dużymi, zsynchronizowanymi ćwiczeniami Żelazny
Wojownik, w których uczestniczyło trzydzieści, czterdzieści tysięcy
żołnierzy z Polski i krajów sojuszniczych. To był jasny sygnał dla
Rosjan, że atak na jeden z krajów granicznych jest atakiem na cały
Sojusz Północnoatlantycki.
Sygnały, że wojna już blisko
Patrzę na to z perspektywy czysto wojskowej, czyli jak to oceniają
oficerowie wywiadu wojskowego. Ważne są sygnały związane z zabezpieczeniem medycznym. U Rosjan to było rozwijanie na dużą skalę
szpitali polowych, a także opróżnianie w przyfrontowych miejscowościach
szpitali z cywilnych pacjentów i przenoszenie ich do szpitali w głębi
Rosji. Do szpitali polowych dowożono też duże ilości krwi. Krew ma
ograniczony termin przydatności, więc jeśli się ją dowozi do takich
szpitali, to znaczy, że rozpoczęcie działań wojennych jest bliskie.
Bardzo mocnym sygnałem było wydanie żołnierzom pełnego zapasu amunicji,
tak zwanej jednostki ognia. Moglibyśmy z dużym prawdopodobieństwem
spodziewać się ataku, jeśli dostalibyśmy analizę wywiadu, z której
wynika, że Rosjanie pobierają jednostki ognia na wszystko, czyli
wydawana jest broń pokładowa od bojowych wozów piechoty po czołgi. Także
desant, czyli piechota, pobiera przydziałową amunicję bojową. Mało tego,
żołnierze pobierają uzbrojenie jednorazowe, czyli granatniki
przeciwpancerne i granaty ręczne. Je się wydaje w zasadzie tylko na
wojnę. Samo wydanie z magazynów pewnych typów uzbrojenia powoduje, że to
trzeba wystrzelić i to do magazynu już nie wróci. W pewnym momencie
Rosjanom zaczęto wydawać takie uzbrojenie i to w olbrzymich ilościach.
To był już mocny sygnał, że wojna wkrótce się rozpocznie.
Ostatecznym sygnałem będzie malowanie na rosyjskich pojazdach znaków
taktycznych, po których mogą się rozpoznawać na polu walki -?Z, X, O, w zależności od odcinka frontu.
Podobnie ostatnim dzwonkiem będzie rozwinięcie rosyjskich systemów
przeciwlotniczych i ich praca na częstotliwościach bojowych, a nie
ćwiczebnych.
Niedostrzegalny początek wojny
Dla przeciętnego obywatela sam atak będzie niezauważalny. I może on
wcale się nie pokrywać z oficjalnym początkiem wojny. To dlatego że ten
atak odbędzie się w cyberprzestrzeni. Obywatel zorientuje się dopiero
wtedy, kiedy podejdzie do bankomatu i nie będzie mógł wyjąć z niego
pieniędzy albo nie będzie w stanie połączyć się ze stroną internetową
lub na lotnisku zostaną skasowane loty.
Kolejny krok też będzie niezauważalny dla większości ludzi, ale będzie
zauważalny, i to w tragiczny sposób, dla żołnierzy stojących przy płocie
na granicy z Białorusią. Oni po prostu zostaną zastrzeleni przez
snajperów. Rosjanie zlikwidują ich po to, aby umożliwić przeniknięcie na
nasz teren wojskom rosyjskim, białoruskim, wagnerowskim, nieważne.
Istotne jest to, że będą to grupy dywersyjne, rozpoznawcze oraz
dywersyjno-rozpoznawcze. Te grupy będą oczywiście próbowały wkradać się
na nasze terytorium tak, aby nasze jednostki graniczne ich nie
zauważyły, ale zapewne nie wszystko pójdzie zgodnie z planem, więc
zakładam, że do pierwszego kontaktu ogniowego dojdzie podczas
przenikania tych grup.
Rola tych grup jest niezwykle ważna. W Polsce informacje o roli
dywersantów w Ukrainie albo słabo się przebiły do wiadomości publicznej,
albo w ogóle nie były upubliczniane, ale takie grupy działały w Kijowie
od pierwszych minut działań wojennych, a nawet wcześniej. Gdyby nie duże
siły ukraińskie, w tym brygada prezydencka, której celem było działanie
przeciwdywersyjne, to niewiele brakowało, aby już na samym początku
Zełenski dostał się w rosyjskie ręce.
Część rosyjskich grup dywersyjnych znajdzie się w Polsce jeszcze przed
atakiem. One będą działać w oparciu o ukraińską emigrację z 2022 roku,
kiedy praktycznie otwarto granice i wielu ludzi wchodziło do nas bez
kontroli. Wiemy, że Rosja wykorzystała tę emigrację, żeby ulokować w Polsce własną agenturę. Tamte grupy przeniknęły do Polski bez żadnego
wyposażenia. Ich zadaniem jest przygotowanie gruntu dla kolejnych, które
wraz z rozpoczęciem wojny będą przenikać do Polski już w ciężkim
uzbrojeniu. Wesprą też sprzętem już funkcjonujące tu grupy.
Grupy dywersyjno-rozpoznawcze to jest najwyższa półka. U nas do tego
typu działań są szkolone Wojska Specjalne. Takie rosyjskie grupy mogą
działać w ubraniach cywilnych lub przebrani w nasze mundury. Będą
operować wieloma dronami rozpoznawczymi i być może dronami
uderzeniowymi. Zadania takich jednostek będą zróżnicowane, od ataków na
cele nieruchome po uderzanie w konkretnych ludzi. To nie musi być od
razu prezydent, ale na przykład dowódcy jednostek broniących kraju lub
ich rodziny. Czy zakładamy, że Rosjanie nie wiedzą, gdzie mieszkają
dowódcy? W którym budynku, które to okno w ich mieszkaniu? Jaki problem
wysłać drona, który eksploduje w tym mieszkaniu, jeszcze zanim się
zacznie wojna? Ktoś powie, że jest małe prawdopodobieństwo, aby taki
dowódca był w mieszkaniu w momencie mobilizacji. Ale jak to wpłynie na
jego morale, jeśli on się dowie, że właśnie został zaatakowany jego dom
i jego rodzina? Nie musi być więc tam samego dowódcy, żeby cel został
osiągnięty.
To są rzeczy, do których nie jesteśmy przygotowani, nadal wydają nam się
bardzo filmowe. Tylko że mówimy o zdolnościach, jakie obie walczące w Ukrainie armie już posiadają i już je prezentowały w różnych
okolicznościach.
Jeżeli jednak rozwiniemy naszą Tarczę Wschód z jej wszystkimi
elektronicznymi systemami alarmowania i śledzenia, takie przeniknięcia
będą ekstremalnie trudne, być może nawet niemożliwe. Wtedy agresor
będzie musiał zrezygnować z tego elementu. Ale na razie tego nie ma.
W końcu nadchodzi pierwsza minuta wojny, a po niej pierwsza godzina,
dzień, tydzień, miesiąc. Tę symulację skończę w momencie, w którym
Rosjanie stają na linii Wisły.
Pierwsza minuta
Od samego początku działań zbrojnych Rosjanie będą chcieli uzyskać
sytuację dla nich optymalną, czyli zaskoczyć nas jednocześnie
strategicznie i operacyjnie. W tym celu będą nieustannie prowadzić
jakieś ćwiczenia na Białorusi przy granicy z Polską, żebyśmy nie znali
dnia ani godziny ataku. Na Białorusi znajdują się duże stałe rosyjskie
bazy wojskowe. W tych ćwiczeniach będzie brać udział coraz większa
liczba żołnierzy, aż do kontyngentów liczących dwieście tysięcy ludzi.
Wojsku, które wyczekuje ataku, bardzo trudno jest utrzymywać permanentny
stan wysokiej gotowości. Wymuszając na nas gotowość przez bardzo długi
czas, Rosjanie siłą rzeczy będą nas nieco usypiać. Będą to robić
dlatego, aby w odpowiednim momencie uzyskać maksymalny efekt
zaskoczenia.
Właściwe rozpoczęcie wojny nadejdzie wraz z uderzeniami artyleryjskimi,
powietrznymi i dronowymi w rejonie przygranicznym, gdzieś do około
dwudziestu kilometrów w głąb naszego terytorium. W pierwszej grupie
ataku znajdzie się artyleria lufowa i rakietowa bardzo bliskiego
zasięgu. W drugiej wejdą bomby szybujące, których obecnie Rosjanie
produkują siedemdziesiąt tysięcy rocznie. Warto zauważyć, że przed wojną
nie produkowali ich w ogóle, więc do tej liczby doszli w zaledwie trzy
lata -?to a propos lekceważenia przez niektórych zdolności rosyjskiego
przemysłu zbrojeniowego. I w końcu będą drony. W ich produkcji i wykorzystaniu Rosjanie nabyli bardzo duże doświadczenie. Czyli istnieje
duże prawdopodobieństwo, że odnosząc się do określenia generała
Andrzejczaka, to Rosjanie będą nas "spalać" w tym rejonie. (To aluzja do
słów generała Rajmunda Andrzejczaka, który w lutym 2024 roku w programie
Patrycjusza Wyżgi w WP.pl powiedział: "Będziemy prosić grzecznie i bardzo długo, żebyście nas nie dotykali, będziemy używać wszystkich form
negocjacyjnych, nawet na jedno kolano przyklękniemy, żeby nie doszło do
tragedii, ale jak nas dotkniecie, to "spalimy" was do trzystu
kilometrów" -?przyp. M.W.).
Rosyjskie pociski będą także spadać na infrastrukturę dużych miast w pasie przygranicznym do głębokości powiedzmy stu pięćdziesięciu do
dwustu kilometrów. W tych miastach będą atakowane w pierwszej kolejności
obiekty uznawane przez Rosjan za wojskowe, czyli wszelkiego rodzaju
koszary jednostek wojskowych. One będą w dużej części opróżnione z wojsk
i sprzętu, które wtedy powinny znajdować się już w rejonach alarmowych.
Jednak koszary i tak zostaną zniszczone, choćby dlatego że istnieje tam
infrastruktura magazynowa, warsztatowa, garażowa, a poza tym są to
miejsca, w których kwaterowano by szkolone rezerwy.
W pierwszej fazie największe straty poniosą Siły Powietrzne, ponieważ
Rosjanie zaatakują wszystkie nasze bazy lotnicze. W równie wielkim
stopniu będą atakować wojska obrony powietrznej. Wszystko po to, aby
uzyskać przewagę w powietrzu.
Ale wśród pierwszych celów rosyjskich ataków będą znajdować się również
wojska wsparcia dowodzenia oraz łączności -?w ten sposób Rosjanie będą
chcieli zdławić naszą komunikację.
Kolejnym z najintensywniej atakowanych elementów naszej armii będą
stojące na granicy Wojska Obrony Terytorialnej oraz bataliony Korpusu
Ochrony Pogranicza, czyli żołnierze rozmieszczeni w pasie
przygranicznym.
Ale niszczone będą również urzędy administracji publicznej, a także
infrastruktura ciepłownicza, wodociągowa, energetyczna, zakłady
petrochemiczne, aby odciąć nas od tych źródeł, a także spowodować
skażenie terenu, bo to będzie dla nas dodatkowy problem.
Najważniejsze jest to, żeby w chwili ataku dowódcy mieli przygotowane
plany działania. Żeby nie było tak jak w 2022 roku w Ukrainie, kiedy
takich planów nie przygotowano, a kraj trzymał się dzięki inicjatywie
dowódców pojedynczych batalionów i uporowi żołnierzy.
Kolejna ważna kwestia to czas decyzji, że wdrażamy w życie ten, a nie
inny plan. Jeżeli rosyjskie uderzenie nastąpi z powietrza, to z centrum
obrony powietrznej pójdzie informacja do Sztabu Generalnego, do
Dowództwa Operacyjnego, do władz politycznych. Decyzja, którego z tych
planów użyjemy, oczywiście zapada na poziomie politycznym. Kluczowe jest
to, czy ta decyzja zapadnie w ciągu minut czy godzin. Im szybciej
zostanie zdefiniowana sytuacja i wdrożony konkretny plan, tym większe
będą szanse skutecznej obrony. W ciągu dwóch godzin od podjęcia decyzji
o wdrożeniu konkretnego planu jesteśmy w stanie uruchomić cały system
obrony. Tak więc pierwsze rozkazy dotrą do walczących jednostek nie w ciągu minut, ale do dwóch godzin.
Jeżeli mielibyśmy bronić każdego metra naszego terytorium, jak mówią
politycy, to znaczy, że żołnierze będą w okopach na samej granicy. Wróg
będzie o tym wiedział -?i na tych żołnierzy spadnie potężna nawała
ogniowa.
Druga godzina
Po tej pierwszej nawałnicy artyleryjskiej i powietrznej ruszą grupy
szturmowe, które będą próbowały przełamać nasze pozycje.
Sztuka operacyjna podpowiada, że po to budujemy Tarczę Wschód, aby siły
relatywnie nieduże, ale pozostające w schronach, przetrwały rosyjską
nawałę, a następnie na tyle długo odpierały rosyjskie czołówki, żeby
nasze główne siły były w stanie podejść z głębi i zatrzymać Rosjan bojem
spotkaniowym. Te wysunięte wojska muszą być w stanie utrzymać się przez
około półtorej doby, czyli trzydzieści sześć godzin, bo tyle zajmie
głównym siłom dotarcie na miejsce.
Zakładam, że w tej pierwszej fazie walk będzie uczestniczyć około dwóch
dywizji. Do tego dojdą artyleria oraz działające na tych terenach
brygady Wojsk Obrony Terytorialnej. Wojska Obrony Terytorialnej składają
się z miejscowych ludzi znających teren, na którym będą walczyć. To też
ludzie najbardziej zmotywowani, bo będą bronić swoich domów. Te
wschodnie brygady WOT znam bardzo dobrze, bo pracuję z nimi od pięciu
lat. Tam jest najmniejsza rotacja kadr, a więc znajdują się tam
żołnierze z dużym doświadczeniem. Mamy tam ogromną liczbę pasjonatów i ludzi naprawdę zmotywowanych. Oczywiście to, jak zachowa się każdy z żołnierzy w warunkach prawdziwej wojny, będzie można ocenić dopiero po
pierwszych strzałach. Reasumując, w pierwszej fazie walk powinno
uczestniczyć czterdzieści tysięcy żołnierzy plus trzy do pięciu brygad
WOT ze ściany wschodniej. Zakładam, że w sumie do walki zostanie
wyznaczonych minimum pięćdziesiąt tysięcy ludzi.
Zupełnie inną kwestią jest jednak to, ilu z nich przełamie się
psychologicznie na tyle, aby rozpocząć walkę z wrogiem. Weźmy
przypadkową grupę stu żołnierzy i załóżmy, że zostali oni dobrze
wyszkoleni, ufają swoim dowódcom i sobie nawzajem oraz znają swój sprzęt
i uważają, że jest on adekwatny do wymogów pola walki. W takim wypadku
decyzję o tym, aby natychmiast zaangażować się w walkę podejmie jedna
trzecia z nich. Kolejna jedna trzecia żołnierzy nie podejmie walki -
będą donosić amunicję, ewakuować rannych, przenosić sprzęt, robota się
dla nich znajdzie, ale oni nie będą walczyć. Kluczowa jest pozostała
jedna trzecia żołnierzy -?oni z początku też nie będą walczyć, ale
decyzja tej grupy o tym, czy zaangażować się w walkę, czy pozostać
biernym, będzie zależeć od wyniku walki tej jednej trzeciej, która jest
aktywna. Jeżeli ci żołnierze wygrają pierwsze starcie, jeżeli pokażą
tamtym, że można odnieść sukces i nie zginąć, to ta jedna trzecia do
nich dołączy. Ale jeżeli przegrają, to ta wahająca się grupa do nich nie
dołączy.
Po stronie wroga będą doświadczone grupy szturmowe, w których stu na stu
żołnierzy będzie walczyć. Dlatego tak ważne są pierwsze sukcesy w walce,
bo tylko wtedy odsetek walczących będzie rósł. Jeżeli jednak obrońcy
będą masakrowani, coraz większe grupy żołnierzy po prostu nie będą
dołączać do walki.
Kolejnym elementem, który przesądzi o wyniku tych pierwszych dni walk
będzie dowódca. Dobry dowódca sprawi, że wielu z tych niezdecydowanych
pójdzie za nim do walki. Z kolei słaby dowódca spowoduje, że jeszcze
większy odsetek niezdecydowanych walki nie podejmie. I tu dochodzimy do
kwestii przywództwa w armii.
Mówi się, że przywódcą trzeba się urodzić, i to jest prawda. To właśnie
są ci najlepsi, ale ich jest minimalny procent. Żadna armia nie bazuje
na urodzonych przywódcach, bo jest ich po prostu za mało. Ta niewielka
część przywódców powinna zająć się szkoleniem, bo tylko oni mają szansę
wyszkolić innych przywódców. Przywódcy najbardziej są potrzebni w polu
jako dowódcy drużyn, plutonów, bo to właśnie oni wydają podczas walki
rozkazy -?naprzód, do tyłu, do mnie. Tylko ten żołnierz, który widzi w swoim dowódcy przywódcę, wykona rozkaz. Cała reszta dowódców może się
zająć pracą sztabową, pracą jednoosobową. To są też cenni ludzie.
Informatyk w wojskach cyberprzestrzeni nie musi być przywódcą, żeby
skutecznie wykonywać swoją pracę.
Problem polega na tym, że w polskiej armii nie mamy standardów
przywództwa, takich jak mają choćby Amerykanie. W USA tych standardów
uczy się w akademiach wojskowych. My mamy jednostki, gdzie ten temat
jest traktowany bardzo poważnie, ale mamy też takie, gdzie jest
całkowicie ignorowany. Dlatego to, czy żołnierz będzie walczył pod
przywódcą, czy tylko pod dowódcą, będzie zależało w dużej mierze od
przypadku.
To nieprawda, że do skutecznej ofensywy potrzebna jest pięciokrotna
przewaga liczebna atakujących, jak to można przeczytać w niektórych
opracowaniach. Jeżeli w dowolnym okopie masz dziesięciu żołnierzy
zwykłej piechoty, to w momencie ataku będzie strzelać trzech z nich. Ten
okop będzie atakować dziesięciu szturmanów i wszyscy będą strzelać. Jest
wiele filmów z rosyjsko-ukraińskiej wojny, na których widać takie
szturmy. Po stronie obrońców są trzy okopy i w każdym z nich znajduje
się po dziesięciu ludzi, czyli w sumie trzydziestu. Te okopy szturmuje
podobna grupa trzydziestu, czasami czterdziestu żołnierzy. Atakujący
zdobywają te okopy po kolei, bo one nie wspierają się ogniem, bo ludzie
się chowają, bo boją się strzelać. W efekcie wszystkie okopy zostają
zdobyte, straty po stronie obrońców wynoszą kilkunastu zabitych, a po
stronie atakujących -?dwóch rannych.
Przed wojną z Ukrainą rosyjska sztuka operacyjna bardzo precyzyjnie
opisywała sposób szturmowania. Pierwsza fala szturmujących to była
zwykła piechota, która do szturmu musiała być pędzona przysłowiowym
batem. Oni byli rzucani do przodu, aby atakujący mogli odnaleźć
stanowiska ogniowe broniących się, ocenić ich siłę, namierzyć przedni
skraj obrony, czyli linię czołowych punktów oporu. Kiedy na początku
wojny mówiliśmy o tak zwanych mięsnych szturmach, to chodziło właśnie o tych zwykłych żołnierzy, którzy byli rzucani na okopy przeciwnika w celu
rozpoznania jego możliwości. Dopiero kiedy ten przeciwnik został
rozpoznany i odpowiednio osłabiony, wchodziła właściwa grupa szturmowa
złożona z doświadczonych specjalistów.
W trakcie wojny z Ukrainą Rosjanie całkowicie zmienili to podejście.
Teraz obowiązują ugrupowania rozproszone, które wypychają przeciwnika
powtarzalnością ataków. Tak jak poprzednio Rosjanie zakładali bardzo
silne, szybkie uderzenie, żeby zniszczyć przeciwnika bez względu na
poniesione straty we własnych szeregach, tak dziś ich dowódcy pogodzili
się z tym, że czasami szturmują jeden okop przez kilka dni. Bywa, że
jedna grupa szturmowa liczy zaledwie trzech żołnierzy, ale takich grup
jest bardzo dużo. Takie podejście ogranicza straty własne, bo ta wojna
wymusiła na Rosjanach liczenie swoich strat. Takie grupy są wspierane
przede wszystkim przez drony, w następnej kolejności przez lotnictwo, a dopiero w trzeciej kolejności przez artylerię, która przed wojną
stanowiła główne wsparcie.
Zwykle wygląda to w ten sposób, że Rosjanie identyfikują cele za pomocą
dronów rozpoznawczych. Następnie uderzają na przemian poprzez grupy
szturmowe i ataki pośrednie, czyli drony uderzeniowe, lotnictwo, głównie
w postaci bomb szybujących, moździerze, artyleria, i tak na przemian. W pewnym momencie Ukraińcom zaczyna brakować zasobów, żeby uzupełniać
straty. Stąd te walki bywają długotrwałe, a front przesuwa się powoli,
ale jednak się przesuwa.
W obecnych warunkach spektakularne szturmy nie zdarzają się prawie w ogóle. Jedną z takich prób Rosjanie podjęli w okolicach Łymania w drugiej połowie marca 2026 roku. W swoją operację zaangażowali ponad pół
tysiąca żołnierzy i dziesiątki pojazdów opancerzonych, a także
motocykli, buggy i quadów. Ukraińcy wykryli te przygotowania dzięki
dronom rozpoznawczym. Zaminowali dronami drogi i szlaki podejścia, tak
że Rosjanie utknęli na minach dokładnie tam, gdzie spodziewali się
czystego przejścia. Ukraińcy zablokowali ich, a następnie dobijali
dronami FPV. Rosyjska operacja przełamująca zakończyła się fiaskiem.
Według ukraińskich źródeł ponad czterystu Rosjan, czyli osiemdziesiąt
procent zaangażowanych ludzi, zginęło lub zostało rannych.
Warto dodać, że w warunkach wojny pozycyjnej wysunięte jednostki po obu
stronach z reguły nie dysponują artylerią cięższą niż co najwyżej
moździerzami. Dlatego to nie będzie tak jak na filmach, że za
umocnieniami Tarczy Wschód stoją nasze Kraby. To jest bzdura. Jeżeli
postawimy tam Kraby, to one nie przetrwają pierwszej godziny wojny.
Trzydziesta szósta godzina
Po półtorej doby walki powinniśmy już znać kierunki głównych rosyjskich
uderzeń. Trzeba założyć, że tam, gdzie przeciwnik skupił główne siły,
uzyskał postępy. Będziemy więc mieć front z włamaniami. W tych
kierunkach zaczniemy przerzucać nasze siły, które do tej pory były w odwodzie, czyli jeszcze nie weszły do walki.
Do dwóch dywizji, które już walczą, powinny dołączyć kolejne dwie
dywizje. Ich zadaniem będzie nie dopuścić, aby miejscowe włamania na
froncie przekształciły się w przełamanie frontu.
W tym momencie do walczących jednostek powinny zacząć docierać
uzupełnienia powołane w ramach mobilizacji, czyli docieramy do kolejnego
poważnego problemu naszego państwa. Chodzi o to, że jednostki, które
poniosły straty, będą uzupełniane rezerwistami z mobilizacji. Po takim
uzupełnieniu jednostki będą musiały przejść przeszkolenie zgrywające
doświadczonych żołnierzy z tymi nowymi, aby osiągnąć zdolność do walki.
Pojawienie się takich jednostek na polu walki zajmie raczej tygodnie niż
dni. Do tego dojdą nowe jednostki formowane od zera.
Pierwszy tydzień
Zakładając, że w pierwszej fazie walk będzie uczestniczyć pięćdziesiąt
tysięcy żołnierzy, to gdyby dobrze nam poszło w ciągu pierwszego
tygodnia, straty wyniosą około pięciu tysięcy poległych i dziesięciu
tysięcy rannych.
W tym przypadku sukces polegałby na tym, że po pierwsze, obronilibyśmy
teren, czyli zatrzymalibyśmy przeciwnika w całym pasie jego operacji i spowolnili na głównych kierunkach uderzenia. Po drugie, zadalibyśmy
przeciwnikowi na tyle duże straty, że moglibyśmy budować warunki do
kontruderzenia.
Takie estymacje są dosyć ryzykowne, bo gdyby coś poszło źle, to w ciągu
doby możemy stracić całą brygadę, czyli trzy tysiące ludzi, i mogłoby
dojść do gwałtownego przełamania frontu. W takiej wersji wydarzeń straty
w pierwszym tygodniu mogą okazać się masowe i liczone w dziesiątkach
tysięcy ludzi.
Drugi tydzień
W złym scenariuszu Tarcza Wschód nie wytrzyma dwóch tygodni. Aby ten
scenariusz został jednak zrealizowany, Rosjanom musiałoby się udać kilka
rzeczy. Po pierwsze, zaskoczyliby nas na poziomie strategicznym, czyli
zaatakowali nasz kraj w niespodziewany dla nas sposób. Po drugie,
zaskoczyliby nas na poziomie operacyjnym, czyli uderzyli na
niespodziewanych dla nas kierunkach.
Naszym problemem jest to, że w czasie pokoju nie minuje się terenów
przygranicznych. Jeśli Rosjanom uda się nas zaskoczyć i doprowadzić do
sytuacji, w której nie wyrobimy się z całkowitym zaminowaniem terenu
przed ich uderzeniem, to pokonanie Tarczy Wschód, nawet gdyby była już
rozbudowana do zakładanego obecnie poziomu, zajmie im maksymalnie do
dwóch tygodni.
Gdyby udało nam się zaminować porządnie teren, to teoretycznie Rosjanie
mogą utknąć na Tarczy Wschód na dłuższy czas. Do tego jednak potrzeba
olbrzymich ilości min przeciwpiechotnych i przeciwpancernych, a także
systemów minowania narzutowego, które bez przerwy tworzyłyby przed
Rosjanami nowe pola minowe -?mówimy tu o dziesiątkach tysięcy min.
Czas utrzymania się na Tarczy Wschód będzie w dużym stopniu zależał od
zachowania się lotnictwa naszych sojuszników w NATO. Dziś dysponujemy
informacjami, że Rosjanie wykonują około stu lotów bojowych na dobę.
Specjaliści z zakresu lotnictwa mówią, że sto lotów bojowych na dobę to
jest niewiele. Pożądana aktywność ze strony lotnictwa NATO wynosiłaby
raczej jakieś czterysta, pięćset lotów bojowych na dobę, czyli mówimy tu
o całych operacjach, a więc uderzeniach skoordynowanych zespołów
powietrznych liczących po kilkanaście maszyn. A zatem istotnym elementem
naszej obrony będzie zachowanie lotnictwa NATO. To, co mnie martwi, to
pytanie o zaangażowanie Amerykanów. Wiemy, że NATO jest zdolne do dużych
operacji powietrznych. W operacji "Pustynna burza" wzięło udział dwa
tysiące siedemset osiemdziesiąt samolotów, ale to wszystko opierało się
na zdolnościach Amerykanów. W obecnej sytuacji politycznej ich reakcja
na atak Rosji pozostaje tajemnicą.
Jeśli wszystko pójdzie źle, a więc Rosjanie zaskoczą nas na poziomie
strategicznym i operacyjnym, Tarcza Wschód zostanie przerwana w ciągu
dwóch tygodni, a w naszej obronie zostaną dokonane znaczne wyłomy, to
pozostanie nam tylko jedno -?opóźnianie ich ofensywy.
W takim wypadku do dwóch miesięcy możemy mieć Rosjan na linii Wisły.
Drugi miesiąc
W ciągu tych dwóch miesięcy NATO powinno zebrać siły do obrony lub
kontruderzenia. Te siły zgromadzą się po drugiej stronie Wisły. Wisła
będzie stanowiła bardzo mocną zaporę dla Rosjan, która może ich
zatrzymać na kolejne dwa miesiące, w trakcie których będą się
przygotowywali do skutecznej przeprawy przez rzekę. Żeby myśleć o skutecznej przeprawie, Rosjanie muszą wypracować przewagę w powietrzu
oraz przykryć osłoną przeciwlotniczą obszary, w których chcą forsować
Wisłę.
Czwarty miesiąc
Miejsce przeprawy przez Wisłę Rosjanie będą mieć bardzo precyzyjnie
zaplanowane, żeby spełniało szereg warunków. Rosjanie muszą mieć rejon
wyczekiwania wojsk na forsowanie rzeki. Muszą mieć dogodne drogi
dojazdowe do miejsca forsowania. Po pokonaniu rzeki muszą określić rejon
zgrupowania wojsk i ich wejścia do walki. Określić obszar rozśrodkowania
sprzętu, musi to więc być teren, na którym znajduje się co najmniej
kilka dróg. Dodatkowo musi to być miejsce o dogodnym do forsowania rzeki
kształcie brzegów, trzeba wyszukać takie miejsce, gdzie droga w dogodny
sposób zejdzie z brzegu do wody. Wojska inżynieryjne muszą położyć
bezpośrednie drogi dojazdowe do samej rzeki, bardzo solidną konstrukcję,
bo mówimy o setkach jednostek ciężkiego sprzętu, który będzie się przez
tę rzekę przeprawiał.
Zanim rozpocznie się budowa przeprawy, rosyjskie wojska muszą najpierw
uchwycić przyczółek po drugiej stronie rzeki, a następnie go utrzymać do
czasu, aż powstanie przeprawa mostowa i promowa. To wszystko będą
realizować pod zmasowanymi atakami lotniczymi naszych wojsk. Rosjanie
będą też ostrzeliwani artylerią rakietową. Niezwykle skuteczna okaże się
tutaj amunicja kasetowa oraz minowanie narzutowe.
Rosjanie będą próbować rozbudować przyczółek, aby odsunąć naszą
artylerię lufową na tyle, by umożliwić swoim wojskom bezpieczną
przeprawę. Wielkim problemem Rosjan na tym etapie walk będzie ochrona
przepraw przed bardzo silnym lotnictwem NATO, natomiast kluczową rolę
obok artylerii będą odgrywać drony.
Rosjanie będą próbowali przejść Wisłę tam, gdzie rzeka jest wąska, czyli
raczej na południu Polski niż na północy. Łatwiej im będzie zrobić to
latem, kiedy poziom wody będzie bardzo niski. W 1939 roku Wisłę można
było przejść niemal suchą nogą. Teraz też borykamy się z niskimi
poziomami wody w tej rzece. Nie oznacza to jednak, że brak wody rozwiąże
wszystkie problemy Rosjan, bo sprzęt po mule nie przejedzie. Przeprawa
będzie w takim przypadku zbliżona rozmiarowo do tej, w której woda
płynie, ale z pewnością stanie się łatwiejsza, bo nie będzie silnego
nurtu, żołnierze nie będą się topić.
Wisła może okazać się punktem, w którym walczące strony utkną na dłuższy
czas. Dlatego rozważania na temat rozwoju sytuacji należy zatrzymać w tym miejscu.
Krok w tył: co będzie przed godziną zero? Czy wypowiemy wojnę Rosji?
Moim zdaniem istnieje małe prawdopodobieństwo, że Polska zostanie
zaatakowana przed Łotwą, Litwą i Estonią. Co prawda jeszcze kilka
miesięcy temu powiedziałbym, że to prawdopodobieństwo jest wręcz
ekstremalnie małe, jednak wobec zmieniającej się polityki USA nie jestem
już tego taki pewny. Uważam jednak, że pozostawienie krajów bałtyckich
przez Rosjan za swoimi plecami byłoby ich fatalnym błędem. Jeśli więc
dojdzie do wojny, to prawdopodobnie Bałtowie pójdą na pierwszy ogień, a my będziemy po nich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki