Początki osadnictwa w Afryce Południowej
Początki ludzkości w Afryce spowite są tajemnicą. Uważa się, że pierwsze
ślady najstarszych mieszkańców południowej części Afryki należą do ludzi
plemienia San i liczą sobie prawie 70 tys. lat. Byli to tubylcy, którym
prosty styl życia pomógł przetrwać przez wiele lat na pustynnych
terenach Afryki Południowej. Ich potomków można doszukiwać się we
współczesnych Buszmenach. Żyli w małych grupach, a ich głównym zajęciem
było polowanie na dzikie zwierzęta. Do tego celu używali małych łuków z zatrutymi strzałami. Ich dodatkowym źródłem pożywienia były także
wszelkiego rodzaju jadalne korzenie, owoce, larwy i owady. Drugą
najstarszą grupą, która prawdopodobnie przybyła z terytoriów dzisiejszej
Botswany około 300 r. n.e., byli Khoikoi (Hotentoci). Z powodu pewnego
pokrewieństwa pomiędzy tymi dwoma plemionami dla ich wspólnego
określenia używa się dziś potocznej nazwy Khoisan.
Zamieszkujące współczesną Afrykę Południową plemiona murzyńskie pojawiły
się pod koniec pierwszego tysiąclecia n.e. Były to tubylcze plemiona,
określane wspólną nazwą Bantu, które w przeciwieństwie do Khoikoi i San
zajmowały się bardziej osadniczym trybem życia. Ich głównym zajęciem
była hodowla bydła. Jednym z powodów ich rozprzestrzenienia się na
południe było poszukiwanie nowych terenów osadniczych i lepszych
pastwisk. Pochodzili z terenów równikowych Afryki Zachodniej (Kamerun,
Nigeria, Wybrzeże Kości Słoniowej). Po opuszczeniu swoich terenów
wyruszyli w kierunku wschodnim, a następnie południowym, obchodząc
szerokim łukiem pustynię Kalahari. Około XV w. jedno z plemion Bantu,
Nguni, osiedliło się na terytorium dzisiejszego Natalu. Drugie plemię,
Xhosa (Khosa), kontynuowało wędrówkę, podążając w kierunku terenów
przylądkowych dzisiejszego Kapsztadu.
Pierwszym przedstawicielem Europejczyków na południowym krańcu Afryki
był Bartolomeu Diaz. W 1488 r. wylądował on w rejonach dzisiejszego
Przylądka Dobrej Nadziei. Zatrzymał się tylko, by uzupełnić zapasy wody
i żywności, podążając w poszukiwaniu nowych szlaków do Indii. Dziesięć
lat później do tych samych terenów przypłynął Vasco da Gama. On także
tylko uzupełnił swoje zapasy i pożeglował dalej na zachód.
Zdradliwe prądy morskie i niebezpieczne wybrzeża nie sprzyjały
eksploracji nowych terenów. Pierwsze osady portugalskie na terenach
dzisiejszego Mozambiku były zakładane przez rozbitków, którym udało się
przeżyć pierwsze spotkanie z Czarnym Lądem. Byli oni pierwszymi białymi
osadnikami, którzy zetknęli się z plemionami Bantu.
Do 1651 r. tereny Kolonii Przylądkowej, dzisiejszego Kapsztadu, były
używane głównie jako miejsce zaopatrzenia w świeżą wodę dla statków
podróżujących pomiędzy Europą a Indiami. W tym jednak roku Holenderska
Kompania Wschodnioindyjska, zajmująca się handlem z Indiami, zdecydowała
się założyć tam stałą osadę. Zadanie to powierzono Janowi van
Riebeeckowi. Jego pierwszym i głównym celem było zaopatrzenie
przepływających statków w świeżą wodę i żywność. Z czasem osada, która
na początku miała jeden drewniany budynek, została rozbudowana i zorganizowana. Pod przewodnictwem Jana van Riebeecka osada zaczęła
nawiązywać stosunki handlowe z okolicznymi plemionami. W 1655 r.
Holenderska Kompania Wschodnioindyjska zmieniła swoje plany co do
przylądka, wydając pozwolenie na zasiedlanie rejonu ochotnikom
niebędącym na usługach firmy. Zaraz po wydaniu zezwolenia zaczęli
przybywać pierwsi osadnicy holenderscy. Najpierw byli to głównie
kontraktowi pracownicy zatrudnieni przez kompanię. Wielu z nich po
zakończeniu kontraktu postanowiło nie wracać do Holandii, wybierając
życie farmera w Afryce. Był to początek nowej grupy osadniczej, która
później przyjęła nazwę Boers, czyli Burów. Z czasem Burowie zaczęli
rozglądać się za lepszymi terenami uprawnymi. Wielu opuściło tereny
przylądkowe, wyruszając w głąb lądu. Odkryli tam nowe tereny uprawne i pastwiska, które otrzymywali na własność za znikome sumy. W tamtych
czasach wystarczyło opisać wybrany teren i dane potencjalnego
właściciela, wysłać dokumenty do biura geodezyjnego na przylądku wraz z małą opłatą i oczekiwać urzędowych dokumentów nadania ziemi.
Ekspansja Burów napotykała znikomy opór ze strony plemion San i Khoikoi.
Plemiona San, które nie dawały się "ucywilizować", były coraz bardziej
wypierane w kierunku pustyni Kalahari. Jeśli stawiali jakikolwiek opór,
był on szybko łamany przez Burów posiadających przewagę w broni palnej.
Khoikoi zaś było plemieniem, które łatwiej zaadaptowało się do nowej
sytuacji polityczno-gospodarczej. Z czasem zaczęli hodować bydło i zajmować się rybołówstwem, a w późniejszym okresie zaczęli wynajmować
się jako najemni robotnicy lub żołnierze. Byli oni także bardziej
akceptowani przez Burów, jako że w porównaniu z San mówili łatwiejszym
do zrozumienia językiem, nie chodzili nago i nie stronili od higieny
osobistej.
Ciągła ekspansja Burów na wschód i południe doprowadziła w końcu do
pierwszych kontaktów z tubylczymi plemionami Bantu. Burowie wstrzymali
swój pochód nad rzeką Great Fish, napotykając tubylcze plemię migrujące
w przeciwnym kierunku. Burowie szybko odkryli, że nowo napotkane plemię
nie daje się tak łatwo podporządkować jak plemiona San lub Khoikoi.
Pierwszym napotkanym ludem, który aktywnie sprzeciwił się naporowi
białych kolonistów, był amaXhosa.
W 1780 r. Burowie postanowili wyprzeć go z zachodnich brzegów rzeki
Great Fish. Napotkali jednak zdecydowany opór, który był początkiem tzw.
I przylądkowej wojny granicznej (Cape Frontier War). W latach
1780-1878 stoczono 9 takich wojen, każda z nich skończyła się porażką
tubylców. Od roku 1818, czyli od V wojny granicznej, w starciach tych
obok Burów byli zaangażowani Brytyjczycy, którzy po przejęciu panowania
nad Kolonią Przylądkową usiłowali zaprowadzić porządek i pokój na
wschodnich terenach granicznych. Wojny zakończyły się przyłączeniem
terenów plemienia Xhosa do brytyjskiej Kolonii Przylądkowej. W ostatniej
wojnie dowódcą wojsk brytyjskich był generał Frederic Thesiger baron
Chelmsford, przyszły głównodowodzący w wojnie zuluskiej 1879 r.
W roku 1806 Wielka Brytania ostatecznie przejęła władzę w Kolonii
Przylądkowej i uznała ją za terytorium samofinansujące się. Wkrótce
zaczęła ona wprowadzać nowe prawa i przepisy, które zostały przyjęte
przez Burów z dużym niezadowoleniem. Na podstawie jednej z pierwszych
ustaw wprowadzono podatki, co było czymś zupełnie nowym i niespotykanym
pod rządami holenderskimi. Burowie byli niezadowoleni nie tylko z podatków. Dodatkową kością niezgody była kwestia niewolnictwa.
Dotychczas Burowie korzystali z pracy tubylczych niewolników jako
bezpłatnej siły roboczej. Wprawdzie w Wielkiej Brytanii prawo znoszące
niewolnictwo zostało ustanowione w 1807 r., to jednak nie było
skrupulatnie egzekwowane w Afryce. Jedynie odosobnieni przedstawiciele
rządowi i misjonarze próbowali zwalczać niewolnictwo, jednak z powodu
dużych odległości i braku środków finansowych mogli się pochwalić tylko
bardzo małymi sukcesami.
Sytuacja zmieniła się w 1834 r., gdy rząd brytyjski wprowadził w życie
ustawę o całkowitym zniesieniu niewolnictwa w swych koloniach. Strata
niewolników, a tym samym bezpłatnej siły roboczej, groziła całkowitym
bankructwem burskich farm i biznesów. Wielka Brytania oferowała
wprawdzie wypłatę odszkodowań, ale pod warunkiem ich bezpośredniego
odbioru w Londynie. Oczywiście, możliwość tak długiej i niebezpiecznej
podróży nie była brana pod uwagę przez Burów. Próbowali oni jeszcze
przez parę lat omijać nowe prawa, np. nazywając swoich niewolników
uczniami-praktykantami, była to jednak wyłącznie gra taktyczna. Burowie
postanowili opuścić obszary przylądkowe i rozpocząć wielką wędrówkę
(groote trek) w poszukiwaniu niepodległości i nowych
terenów2.
Burowie wyruszyli w kilku karawanach w kierunkach północnym i wschodnim.
Niektóre karawany zostały zdziesiątkowane przez północne plemiona
Matabele. Inne były atakowane przez wschodnie plemiona Bantu. Dwie
kolumny próbowały przekroczyć pustynię Kalahari, ale zaginął po nich
wszelki ślad. W 1837 r. trzem karawanom udało się dotrzeć do nowych
ziem, do państwa Zulusów (Zululand). Przewodzili im Gerrit (Gert)
Maritz, Piet Retief i Piet Uys. Nikt nie przypuszczał, że w ciągu roku
ci odważni przywódcy stracą życie, nie docierając do "ziemi obiecanej".
Państwo Zulusów
Niepodległe państwo Zulusów istniało niespełna 80 lat. U szczytu swej
potęgi, na początku XIX w., jego granice rozpościerały się od terenów
dzisiejszego Mozambiku na północy poprzez Natal na południu
(południowo-wschodnie tereny dzisiejszej Republiki Południowej Afryki)
aż do wybrzeży Oceanu Indyjskiego na wschodzie. Mimo że w czasach
panowania ostatniego króla Zulusów, Cetshwayo kaMpande, było ono już o wiele mniejsze obszarowo, to jednak cały czas na południowym kontynencie
afrykańskim było to najlepiej zorganizowane państwo pod względem
politycznym, administracyjnym i militarnym.
Początki historii państwa Zulusów sięgają XVIII w. Na terytoriach
południowo-wschodniej Afryki dominowały dwa plemiona: Ndwandwe, którego
terytoria leżały na północ od rzeki Black Mfolozi, oraz Mthethwa,
zamieszkujące południowe tereny nad tą samą rzeką. W tych czasach wódz
jednego z 50 szczepów plemienia Mthethwa, zwany Mandalela, postanowił
opuścić północne obszary Natalu w poszukiwaniu większej niezależności
dla siebie i lepszych łąk dla swoich stad bydła. Wyruszył na północ i osiedlił się w okolicach rzeki White Mfolozi. Jego plemię przyjęło nazwę
od imienia następcy Mandaleli, Zulu. Od tego czasu szczep był znany jako
amaZulu (Zulu), co w wolnym tłumaczeniu oznaczało Ludzie Niebios. W 1781 r. wodzem plemienia został Senzangakhona kaJama. Pod jego
panowaniem plemię rozrosło się do około 1,5 tys. ludzi. Mimo swego
szybkiego rozwoju nie było ono jednak żadną liczącą się siłą militarną w regionie. Ta sytuacja miała wkrótce się zmienić po objęciu panowania
przez najstarszego syna Senzangakhony, Shaki (w Polsce bardziej znany
jako Czaka).
Shaka urodził się w 1787 r. Jego matka, Nandi, pochodziła z sąsiadującego plemienia Langeni. Ponieważ nie należała do plemienia
Zulu, wódz Senzangakhona przez długi czas nie uznawał jej za swoją żonę.
Początkowo nie chciał nawet przyjąć do wiadomości ciąży Nandi,
rozgłaszając za radą swoich doradców, że jest to zakażenie jelit
wywołane pasożytem ishaka. Według legendy przezwisko przyjęło się na
tyle, że nowo narodzonemu chłopcu nadano imię Shaka, nie wielu wówczas
zdawało sobie sprawę, iż przyszedł na świat jeden z najsłynniejszych
władców Zulusów.
Shaka przez długi czas nie był uznawany za prawowitego spadkobiercę
tronu, gdyż urodził się, zanim Nandi została oficjalnie uznana za żonę
wodza. Było to nieustające źródło konfliktu pomiędzy Nandi i Shaką a grupą doradców wodza. W czasie jednej z burzliwych kłótni pobudliwa
Nandi fizycznie zaatakowała jednego z doradców. Taki brak szacunku nie
mógł ujść bezkarnie, więc została wydalona z plemienia. Wraz z synem
przeniosła się z powrotem do rodzinnego plemienia Langeni. Jej silny
charakter i naturalne skłonności do kłótni sprawiły, że i stąd została
wkrótce wyrzucona. Tym razem przeniosła się do sąsiedniego szczepu
Qwabe. Tutaj dostała pozwolenie na zamieszkanie, ponieważ urodziła syna
jednemu z wojowników plemienia, Gendeyama. Szczep Qwabe był
podporządkowany dominującemu plemieniu Mthethwa, którego wodzem był
Dingiswayo.
Dingiswayo stał na czele plemienia panującego nad terytoriami położonymi
na południe od rzeki White Mfolozi. Jego agresywna polityka podbojów
sprawiła, że podporządkował sobie też wiele szczepów leżących na północ
od tej naturalnej granicy, narażając się przy tym sąsiedniemu plemieniu
Ndwandwe. Ponieważ Qwabe było jednym ze szczepów należących do plemienia
Mthethwa, młody Shaka, po osiągnięciu wieku poborowego, wstąpił do
jednego z jego pułków, kwaCwe.
Od roku 1807 przez następne 9 lat Shaka brał udział w wielu wojnach i podbojach, które doprowadziły do podporządkowania plemieniu Mthethwa
licznych, lecz słabszych szczepów. Jednym z nich był nawet rodzinny
szczep Shaki, Zulu. To w czasie tych nieustających wojen ambitny Shaka
podpatrzył, przekształcił i udoskonalił taktykę walki, która w przyszłości miała mu pomóc w utworzeniu potężnego państwa Zulusów. Mimo
że to jemu przypisuje się stworzenie taktyki walki, która tak efektywnie
była stosowana przez Zulusów przez najbliższe 60 lat, to jednak jej
początkowym twórcą był Dingiswayo.
Wódz Zulusów Senzangakhona, przed śmiercią w 1816 r., wyznaczył na
swojego następcę syna, Sigujanę, jednego z potomków zrodzonego z głównej
żony. Ponieważ był to czas podbojów, król Dingiswayo dążył do
uzależnienia każdego możliwego szczepu, w tym i Zulu. Była to doskonała
okazja, by podporządkować sobie szczep poprzez osadzenie na jego czele
Shaki, który nie tylko należał do rodziny zmarłego wodza, ale już dawno
oddanie służył Dingiswayo. Sigujana, prawowity następca, został szybko
zgładzony w "niewyjaśnionych okolicznościach" i Shakę ogłoszono nowym
wodzem szczepu Zulu. Po objęciu władzy Shaka nie marnował czasu i natychmiast zaczął wprowadzać zmiany w dowodzonych przez siebie
oddziałach. Skoncentrował się na udoskonaleniu taktyki walki,
wypracowanej w czasie służby wojskowej w plemieniu Mthethwa. Wkrótce
została ona wypróbowana i udoskonalona w praktyce. Pod jego przywództwem
obszar szczepu Zulu zwiększył się w ciągu roku ponad czterokrotnie,
oczywiście kosztem innych, słabszych szczepów.
Pomimo sukcesów na polu walki i wzrostu osobistego prestiżu Shaka cały
czas był oficjalnie podporządkowany wodzowi Dingiswayo. Ambitny i dumny
Shaka marzył o zdobyciu niepodległości dla siebie i swojego szczepu. Był
jednak za słaby militarnie, by otwarcie wystąpić przeciwko
zwierzchnikowi, musiał więc cierpliwie czekać na sprzyjającą okazję. Ta
pojawiła się w 1817 r., kiedy wrogie plemię Ndwandwe, w obronie przed
dalszą utratą swych terytoriów, zaatakowało plemię Mthethwa. Wódz
plemienia Ndwandwe, Zwide, chciał nie tylko zapobiec dalszej ekspansji
Mthethwa, ale także odzyskać dotychczas utracone obszary. Był on wodzem
agresywnym, pełnym wiary w swoje zdolności dowódcze i potencjał swojej
armii. U podłoża tej niezachwianej wiary leżał fakt, że jego matka była
znaną sangoma, wpływową szamanką, słynną w całym regionie, pozyskującą
poparcie dla plemienia przez bezpośredni kontakt z zaświatami. Obok
zwykłych ziół i wywarów jej chata była wypełniona czaszkami i kośćmi
pobitych wrogów. Miały one być dodatkowym źródłem jej mocy szamańskiej.
Mając poparcie tak silnej sangoma, Zwide odważnie zaatakował i rozbił
armię Mthethwa, biorąc w niewolę wodza Dingiswayo. Zwide, po szybkiej i bezceremonialnej egzekucji Dingiswayo, ruszył na południe, mając
nadzieję na zdobycie całkowitej kontroli nad wszystkimi terytoriami
Mthethwa.
Shaka wprawdzie mógł wcześniej pomóc swojemu zwierzchnikowi, ale
postanowił wykorzystać sytuację i nie wziął udziału w bitwie.
Przybierając bierną postawę, miał nadzieję na uzyskanie niezależności.
Niestety, posunięcie okazało się ryzykowne, gdyż musiał stawić czoła
zwycięskiemu plemieniu Ndwandwe, walcząc już nie o własną niezależność,
ale o przetrwanie całego plemienia Zulu. W 1818 r. doszło do bitwy koło
wzgórza kwaGqokli, w której liczebnie mniejsze plemię Zulu starło się z Ndwandwe. Żadna ze stron nie odniosła zdecydowanego zwycięstwa. Moralny
triumf należał jednak do Shaki, gdyż była to jego pierwsza poważna bitwa
jako głównodowodzącego całej armii. Dysponował mniejszą liczebnie armią,
ale mimo tego nie dał się pokonać. Od tego momentu Shaka, używając
swoich zdolności wojskowo-dyplomatycznych, zaczął podporządkowywać sobie
słabsze szczepy. Wiele z nich, przeciwnych brutalnym rządom Zwide,
dobrowolnie podporządkowało się nowemu wodzowi. Do ostatecznej bitwy z Ndwandwe doszło rok później nad rzeką Mhlatuze. Tę bitwę zdecydowanie
wygrał Shaka, doszczętnie rozbijając wroga i wypędzając resztki
niedobitków w rejony dzisiejszego Swazilandu (Suazi). Zwide wprawdzie
udało się uciec, nigdy jednak nie zdołał odbudować potęgi swojego
plemienia. Po jego śmierci władzę objął jego syn, Sikhunyana.
Po tak znacznym zwycięstwie nic już nie stało na przeszkodzie, by Shaka
uzyskał całkowitą dominację nad regionem i objął absolutną władzę nad
każdym okolicznym plemieniem. Był to początek niezależnego i zjednoczonego państwa Zulu. Do ewentualnych podbojów nowych terenów, a także do obrony przed najazdami sąsiednich plemion potrzebował silnej i dobrze wyszkolonej armii. Było to możliwe za sprawą obowiązkowej służby
wojskowej, wprowadzonej jeszcze za czasów wodza Senzangakhona. Dzięki
temu w ciągu kilku lat armia Shaki z początkowej liczby 350 wojowników
rozrosła się do 20 tys. Po pewnym czasie podbite i podporządkowane
szczepy i plemiona zaczęły przyjmować nazwę Zulu, przez co oficjalna
liczba macierzystego plemienia wzrosła do około 250 tys. Panowanie Shaki
nie było już okresem walk o przetrwanie, ale czasem podbojów
terytorialnych. Plemię rozrastało się nie tylko liczebnie, ale i zyskiwało dodatkowe obszary. Całe społeczeństwo szybko się wzbogaciło.
Wśród Zulusów oznaką bogactwa było bydło; wkrótce wyhodowane lub
zagrabione stada liczono w setkach tysięcy sztuk.
Taki szybki rozwój państwa wymagał rządów żelaznej ręki. Shaka był nie
tylko inteligentnym i przebiegłym wodzem, ale także bezwzględnym i brutalnym. Nie wahał się uśmiercić nikogo, choćby nawet za najmniejsze
przewinienia. Często można było stracić życie za tak błahe przewinienia
jak wyłamanie się z rytmu w czasie musztry, kichnięcie podczas uczty lub
"brak szacunku" w spojrzeniu. Żelazna dyscyplina w armii była także
utrzymywana poprzez częste egzekucje.
Po wprowadzeniu do powszechnego użytku krótkiej włóczni do walki wręcz
Shaka często przeprowadzał inspekcje powracających z bitwy oddziałów.
Jako że rzucanie włócznią było surowo zabronione, wojownik powracający
bez swojej broni (czyli podejrzany o nieprzestrzeganie zakazu) był
natychmiast zabijany ku przestrodze innych. Oczywiście tak brutalne
panowanie budziło u niektórych odruchy sprzeciwu i chęć zmian, a to w rezultacie prowadziło do spisków i prób zamachu.
Po pewnym czasie pojawiło się także nowe zagrożenie dla niepodległości
państwa Zulu, czyli pierwsi biali koloniści, którzy pojawili się w 1824
r. Przybyli oni z obszarów dzisiejszego Kapsztadu i założyli pierwszą
większą osadę, Port Natal (obecnie Durban). Kilku osadników złożyło
kurtuazyjną wizytę w królewskiej osadzie Shaki, kwaBulawayo, położonej
120 km od Port Natal. Otrzymali oni od króla pozwolenie na osiedlenie
się na terytorium Natalu, będącego dotychczas oficjalnie terenami
państwa Zulusów. Był wśród nich młody kolonista, poszukiwacz przygód i fortuny, Henry Francis Fynn.
Fynn, były porucznik brytyjskiej marynarki wojennej, uzyskawszy poparcie
finansowe inwestorów z Kapsztadu, otworzył w Port Natal małą firmę
handlową. Przypadkowo w trakcie jego odwiedzin doszło do nieudanego
zamachu na życie Shaki, dokonanego prawdopodobnie przez członków
podbitego plemienia Ndwandwe. Ranny wódz został wyleczony przy pomocy
Fynna, który w podziękowaniu za to otrzymał na własność farmę o powierzchni 9 tys. km2. Prawdopodobnie
rany, jakich doznał Shaka, były powierzchowne i wyleczyłby się z nich
bez pomocy Fynna, lecz ten doskonale wykorzystał tę okazję. Od tego
czasu Fynn spędził z Shaką wiele godzin, opisując odległy świat Europy.
Częstym tematem były też sprawy związane z techniką wojskową, a w szczególności z bronią palną. Spostrzegawczy Shaka zauważył, że czas na
powtórne załadowanie popularnego wśród osadników muszkietu
gładkolufowego Brown Bess może być wykorzystany do kontrataku przez
oddziały nieuzbrojone w broń palną. Fynn przystąpił wówczas do
wyjaśniania taktyki używania dwóch linii strzeleckich, strzelających i ładujących na przemian. Tego rodzaju dyskusje uświadamiały królowi, jak
zmieni się oblicze przyszłego konfliktu. Shaka przewidywał kłopoty,
jakie przyniesie białe osadnictwo, oznajmiając przed śmiercią swoim
podwładnym: "Wasza ojczyzna, moje dzieci, będzie opanowana przez białych
ludzi, którzy przybędą zza morza"3. Prorocze słowa miały się
spełnić za niecałe 60 lat.
Ostatnia większa bitwa, jaką dowodził Shaka, odbyła się w 1825 r.
Ostatni władca plemienia Ndwandwe, Sikhunyana, postanowił powrócić do
Natalu i w ostatniej desperackiej próbie odzyskać to, co utracił jego
ojciec. Shaka wyruszył mu na spotkanie z armią liczącą prawie 40 tys.
wojowników. Sikhunyana nie miał tak naprawdę zbyt wielkiej szansy na
sukces. Został doszczętnie rozbity, tracąc przy tym większość swoich
wojowników. Bitwa była nie tylko ostatnim aktem długotrwałej rywalizacji
pomiędzy Ndwandwe i Mthethwa (a potem Zulu), ale jako pierwsza została
opisana przez europejskiego osadnika. Henry Fynn, jako nieoficjalny
doradca i przyjaciel Shaki, miał możliwość obserwować całą bitwę z bezpiecznej odległości. Opisał w pewnych detalach zuluską taktykę
"bawolich rogów", rytuały przed bitwą i po niej, zwycięską paradę
połączoną z nagradzaniem bohaterów i likwidacją tchórzy, masakrę
towarzyszących wrogiemu wojsku cywilów i egzekucję jeńców. Jego
pamiętniki były pisane językiem barwnym, pełnym upiększeń i nieścisłości, co po kilku latach stało się źródłem wielu legend, często
niemających nic wspólnego z prawdą. Mimo to były to jedne z pierwszych
pisanych źródeł informacji dotyczących państwa Zulusów.
Próba zamachu i obecność białych osadników w niczym nie ostudziła
brutalnych rządów Shaki. Kulminacją jego krwawych poczynań był okres po
śmierci ukochanej matki, Nandi, w październiku 1827 r. Wtedy to
pogrążony w rozpaczy Shaka skazał na śmierć od tysiąca do 7 tys.
żałobników (zapisy nie są ścisłe w tej kwestii). Z jego polecenia wraz z matką zostało też pogrzebanych żywcem (i z połamanymi kończynami) 10
służących, mających dotrzymać jej towarzystwa w zaświatach. Do tego 12
tys. wojowników, utrzymywanych przez okoliczną ludność, miało przez cały
rok pełnić przy grobie wartę honorową. Jednak najgorszym rozkazem, który
w zasadzie doprowadził do ostatecznego upadku Shaki, był zakaz, pod
groźbą kary śmierci, uprawy pól i picia mleka. Zakaz został wydany na
okres jednego roku. W społeczeństwie, którego podstawą wyżywienia była
kukurydza i mleko, takie rozporządzenie równało się ze śmiercią głodową.
Wprawdzie zostało ono odwołane po trzech miesiącach, ale było już za
późno, by uspokoić podwładnych i zapobiec ewentualnym spiskom i kolejnym
próbom zamachu.
Ostatni zamach na życie Shaki został przygotowany i wykonany przez
członków jego rodziny, którzy zyskiwali najwięcej po jego śmierci.
Głównymi spiskowcami byli jego przyrodni bracia, Dingane i Mhlangana,
oraz sługa Mbopha.
Zamachu dokonano 24 września 1828 r. Spiskowcy poczekali, aż armia
wyruszy na kolejną misję wojenną, zostawiając króla Shakę bez normalnej
ochrony. Shaka na ten czas przeniósł się do małej, prywatnej osady,
kwaNyakamub. Miał tam przyjąć przedstawicieli sąsiedniego szczepu
Mpondo, którzy przynieśli pokojowe dary na zakończenie ostatniego
konfliktu. W czasie spotkania Mbopha znienacka zaatakował emisariuszy,
przepędzając ich z osady kijem. Zaskoczony Shaka nie miał nawet czasu,
by zareagować na tak niespodziewany wybryk. W tym momencie z przeciwnej
strony wybiegli Dingane i Mhlangana. Do dziś nie wiadomo, kto zaatakował
pierwszy i jaka była kolej wypadków.
Przyjmuje się, że pierwszy cios zadał Mhlangana, raniąc Shake w ramię.
Król, nie mając przy sobie broni, próbował uciekać, lecz potknął się i został szybko dogoniony przez drugiego brata, Dinganę. Dingane nie
okazał litości na prośby o łaskę i szybko dobił ofiarę. Ciało Shaki
zostało bezceremonialnie pogrzebane w królewskiej zagrodzie kwaDukuza,
która szybko została zapomniana i zamieniła się w ruinę. Na miejscu
ostatniego spoczynku króla Shaki leży dziś miasto Stanger.
Na wieść o śmierci króla armia natychmiast powróciła do królewskiej
osady. Na krótko przed jej przybyciem Dingane, zgodnie z odwieczną
tradycją przejmowania władzy, rozprawił się z konkurentami do tronu,
mordując współzamachowca Mhlanganę i 12 innych przyrodnich braci. By
zjednać sobie armię i resztę społeczeństwa, Dingane postanowił chwilowo
zaprzestać podbojów, tymczasowo rozwiązując armie i odsyłając wojowników
do rodzinnych osad na zasłużony odpoczynek. Oczywiście, nie zaprzestał
czystek politycznych w swoich szeregach, uśmiercając większość
popleczników i głównych dowódców Shaki. Ci, którzy ocaleli, musieli
przysięgać całkowitą lojalność swojemu nowemu władcy lub opuścić kraj i szukać miejsca gdzieś indziej. W państwie Zulu nastał okres względnego
spokoju. Dopiero po upływie 10 lat odbyła się pierwsza poważniejsza
bitwa, tym razem przeciwko nowemu przeciwnikowi, białym osadnikom.
Nowy król, mając niespełna 30 lat, lubował się bardziej w ucztach i paradach niż krwawych podbojach. Oczywiście, armia była cały czas
utrzymywana według starego systemu, i od czasu do czasu wzywana do
obrony granic, ale już nie w takim zakresie do podbojów jak za czasów
Shaki.
Okres panowania Dingane to także okres rozwoju europejskiego osadnictwa.
Sąsiedni Port Natal rozwijał się szybko, a liczba jego ludności
wzrastała nie tylko o nowych osadników, ale także o tubylczych
przesiedleńców, niezadowolonych z rządów Shaki, a także jego następcy,
Dingane. Jednak największym zagrożeniem dla państwa Zulusów miało się
okazać przybycie nowych osadników z zachodu, farmerów pochodzenia
holenderskiego, tzw. Burów.
W 1834 r. Burowie postanowili opuścić wschodnie tereny przylądkowe
dzisiejszego Kapsztadu. Głównymi powodami rozpoczęcia swojej wielkiej
wędrówki była obawa przed ciągłymi atakami lokalnych plemion, a także
chęć uzyskania niezależności od władzy brytyjskiej. Brytyjczycy
usiłowali podporządkować sobie Burów politycznie i finansowo, nie
oferując nic w zamian. Burowie byli niezadowoleni z wysokich podatków i wprowadzenia nowego prawa, znoszącego niewolnictwo i stawiającego
tubylcze plemiona na równi z białymi osadnikami. Ponieważ byli oni
doskonałymi, ambitnymi i szybko się rozwijającymi farmerami, zaczęli też
odczuwać braki wystarczającej ilości dobrej ziemi rolnej.
W latach 1834-1840 około 15 tys. Burów wyruszyło na poszukiwanie nowych
terenów osadniczych. Podążali oni w kierunku północnym, by nawiązać
kontakt handlowy z koloniami portugalskimi, i we wschodnim, by osiedlić
się w okolicach Natalu. Główna grupa pod przewodnictwem Pieta Retiefa,
przy pomocy Gerta Maritza i Pieta Uysa, przybyła w okolice Durbanu (tak
został nazwany w 1835 r. Port Natal) pod koniec 1837 r. Podobnie jak
wcześniej Henry Fynn, także i Piet Retief postanowił uzyskać od króla
Dingane oficjalną zgodę na osiedlenie się na terytorium Natalu, urzędowo
podlegającemu państwu Zulu. W tym celu na początku 1838 r. wybrał się z wizytą do królewskiej zagrody w uMgungundlovu, gdzie został
poinformowany o warunkach, które musi spełnić, jeśli chce się osiedlić.
Dingane z początku przyjął emisariuszy przychylnie i dodatkowo zażądał,
żeby Retief ze swoją grupą odzyskał stado bydła, skradzione przez
sąsiedni szczep Hlubi. Nie było to trudne dla uzbrojonych w broń palną
osadników i zadanie zostało szybko wykonane. Po zwróceniu stada osadnicy
zostali zaproszeni na ucztę, w czasie której otrzymali prawo na
osiedlenie się na wybranych terenach Natalu. Nic niepodejrzewający
osadnicy biesiadowali przez parę dni. 6 lutego, w ostatnim dniu uczty,
król Dingane ukazał swoje prawdziwe oblicze. Będąc inteligentnym wodzem,
obawiał się następstw, jakie pociągnie za sobą osadnictwo białych.
Niepokoiła go szybko wzrastająca liczba nowych osadników, a także ich
militarna siła, szybkość koni i potęga broni palnej. Nie widząc innego
wyjścia, postanowił zniszczyć osadnictwo w zarodku. Biesiadujący Burowie
zostali pojmani i zaprowadzeni na miejsce egzekucji. Nie mieli żadnych
szans na obronę, ponieważ przed ucztą zgodnie z tradycją pozostawili
całe swoje uzbrojenie przy głównej bramie wjazdowej do królewskiej
osady.
Pojmani Burowie zostali zebrani na pobliskim wzgórzu skazańców, gdzie
najpierw połamano im wszystkie kończyny, a następnie uśmiercono
uderzeniami w głowę. Piet Retief został zabity na samym końcu,
przyglądał się najpierw śmierci wszystkich swoich współtowarzyszy, w tym
swojego dwunastoletniego syna. Po tej masakrze szybko nastąpiła druga,
gdy wysłany oddział Zulusów zaatakował pobliskie karawany i osady. W ciągu następnych dwóch dni zginęło ponad 500 Burów. Wraz z nimi poległo
około 300 osób tubylczej służby. Ci, którzy ocaleli, od razu zaczęli
planować akcje odwetowe.
Pierwsza grupa bojowa pod dowództwem Pieta Uysa wyruszyła w kwietniu,
przekraczając rzekę Buffalo. Czekali jednak na nich przygotowani w zasadzce Zulusi. Wojownicy ukryli się pomiędzy krowami licznego stada,
które Burowie próbowali zagarnąć. Zaskoczenie było całkowite. W czasie
walki zginęło 10 osadników, w tym Piet Uys i jego syn. W tym samym
czasie osadnicy z Durbanu próbowali wspomagać Burów, wysyłając dodatkowe
oddziały wojskowe. Po kilku zwycięskich potyczkach zostały one jednak
zaskoczone przez Zulusów w pobliżu rzeki Tugela i całkowicie rozbite.
Niedobitki uciekły na południe kraju lub schroniły się na statkach w porcie Durban. Durban był uznawany za miasto pod zarządem brytyjskim
(Zulusi podpisali z Brytyjczykami akt o nieagresji), jednak oburzony
zachowaniem jego mieszkańców Dingane rozkazał je splądrować, a następnie
zrównać z ziemią. Rozkaz został sumiennie wykonany.
Większość mieszkańców miasta jednak ocalała, znajdując schronienie na
zakotwiczonych przy brzegu statkach. Taki ciąg porażek podłamał ducha
burskich osadników. Wielu chciało opuścić Natal i wracać do Kapsztadu.
Sytuacja stawała się coraz trudniejsza. W osadach i kolumnach
transportowych kończyła się żywność. Dookoła nich trawa została
wyjedzona przez stada bydła, które wkrótce zaczęły głodować. Podobno
jedyne, co powstrzymało osadników przed opuszczeniem Natalu, to
niezłomna postawa kobiet, które domagały się rewanżu za śmierć swoich
bliskich.
W sierpniu 1838 r. Burom udało się odeprzeć trzydniowy atak Zulusów na
jedną ze swoich kolumn transportowych. Stracili jednak przy tym
wszystkie stada krów. W tym też czasie zachorował i zmarł jeden z ich
przywódców, Gert Maritz.
W obliczu kończącej się żywności i rozprzestrzeniających się chorób
Burowie postanowili zaprzestać obrony i przejść do ataku, by przejąć
inicjatywę. Pierwszym krokiem było obranie nowego przywódcy; został nim
Andries Pretorius. Nowy przywódca od razu wprowadził żelazną dyscyplinę.
Wcześniej jej brak często wpędzał Burów w kłopoty, ponieważ niezależni i dumni osadnicy nie doceniali przeciwnika i nie stosowali żadnych środków
ostrożności.
W grudniu wyruszyła nowa kolumna osadnicza składająca się z 64 wozów.
Oddział Pretoriusa liczył 468 ludzi, wspierany przez 3 armaty. Po
przekroczeniu rzeki Ncome zwiadowcy burscy wypatrzyli zbliżający się
oddział Zulusów. Dało im to czas na przygotowanie kolumny do obrony.
Taktyka obronna polegała na ustawieniu wozów w obronny szyk w kształcie
koła, tzw. laager. Dyszel każdego wozu był podczepiony pod tylną oś
poprzedniego, a szczeliny pomiędzy wozami były wypełniane workami lub
skrzyniami. W centrum tak sformowanego laagera zbierano woły pociągowe i konie. Zza przygotowanej bariery obrońcy mieli większe szanse odparcia
natarcia, szczególnie gdy mieli broń palną.
16 grudnia 1838 r., na umocniony obóz burski uderzyli Zulusi. Była to
niedziela i nadchodzące starcie miało niemal religijne znaczenie dla
osadników. Według legendy 12 tys. Zulusów pod dowództwem wodza Ndleli
przez dwie godziny próbowało bezskutecznie przełamać obronę Burów.
Nieustające salwy obrońców zadały nacierającym druzgocące straty, nigdy
nie dopuszczając wroga bliżej niż na odległość 10 m. Szczęście
dopisywało obrońcom, gdyż poranna mgła nie zawilgociła prochu
strzeleckiego, a woły i konie, pomimo zgiełku bitwy, nie wpadły w panikę. Krew zabitych wojowników zabarwiła wody pobliskiej rzeki, która
odtąd była znana jako Krwawa Rzeka (Blood River). Zulusi stracili tego
dnia około 3 tys. wojowników, co wydaje się olbrzymią liczbą w porównaniu z 4 rannymi Burami. Wielu historyków podważa te liczby. Dla
porównania, w 1879 r. Brytyjczycy w Rorke's Drift bronili się przez 5
godzin na bliską odległość, dysponując nowoczesnymi karabinami, ale
udało im się zabić "tylko" 600 wojowników. W tamtych czasach tak
przedstawione zwycięstwo zdecydowanie pomogło podnieść morale burskich
osadników i umocniło ich w przekonaniu, że są wybraną i ochranianą przez
Boga nacją. Przekazy zuluskie nigdy nie przypisywały tej bitwie tak
dużego znaczenia, a już z pewnością nie potwierdzały tak wysokich strat.
Po bitwie Burowie odzyskali część swoich stad bydła i wycofali się z powrotem w stronę Natalu. Ich przywódca, Andries Pretorius, w drodze
powrotnej postanowił także odwiedzić miejsce kaźni Retiefa. Mimo że jego
zwłoki leżały niepogrzebane przez kilka miesięcy i były wystawione na
niszczące działania czynników atmosferycznych, to jednak został przy
nich odnaleziony kawałek wyprawionej skóry z zapisanym na nim aktem
nadania Burom ziemi w Natalu. Był to kolejny "cud", jaki pomógł
kolonizatorom zdobyć przyczółek na nowych ziemiach. Dokument był
kilkakrotnie badany w celu potwierdzenia jego autentyczności aż do lat
wojen burskich (1899-1902), kiedy to zaginął w niewyjaśnionych
okolicznościach. Na podstawie tego aktu Burowie osiedlili się na
ziemiach położonych 80 km od Durbanu. Tak powstała republika burska z nową stolicą, nazwaną ku pamięci Pieta Retiefa i Gerta Maritza,
Pietermaritzburg. Nowe państewko przyjęło raczej skomplikowaną nazwę
Wolnej Prowincji Nowej Holandii w Południowo-Wschodniej Afryce (Free
Province of New Holland in South East Africa), ale później znanej
bardziej pod potoczną nazwą Republiki Natalii (Republic of Natalia).
Jednym z czterech przybranych braci króla, którym Dingane nieostrożnie
darował życie w czasie walk o tron, był Mpande. Ten najstarszy z braci
odznaczał się pokojowym usposobieniem i nieprzeciętną inteligencją. W 1839 r., obawiając się o swoje życie, Mpande uciekł do Natalu wraz z 17
tys. wiernych poddanych. Burowie w tym czasie byli już zmęczeni ciągłym
przelewem krwi i powoli zaczynali szukać rozwiązania tej kłopotliwej
sytuacji. Ucieczka Mpande podsunęła im taką sposobność. Zawarto sojusz,
na mocy którego Mpande, ze wsparciem oddziałów burskich, powrócił w rodzinne strony, by odzyskać utracone ziemie. W styczniu 1840 r. rozbił
on wojska króla Dingane w jednej z ostatnich bitew stoczonych według
starych tradycji. Nie brały w niej udziału ani konie, ani oddziały
uzbrojone w broń palną, tylko 10 tys. wojowników uzbrojonych w tradycyjne tarcze i dzidy. Dingane został zmuszony do ucieczki w północne regiony swojego państwa. Został tam szybko odnaleziony i zabity
przez jedno z lokalnych, lecz wrogich mu plemion.
Na wieść o śmierci Dingane Mpande został ogłoszony nowym królem Zulusów.
Wybór został szybko zaaprobowany przez rząd republiki burskiej, za co
otrzymał około 40 tys. sztuk bydła. Taki rozwój wydarzeń w Natalu był z coraz większym niepokojem obserwowany przez rząd brytyjski w Kapsztadzie. Według brytyjskiego prawa Burowie cały czas podlegali jego
władzy, a w świetle paktu o nieagresji, jaki był podpisany pomiędzy
rządem brytyjskim a rządem króla Dingane, dotychczasowe podboje Burów
były całkowicie bezprawne. By odzyskać kontrolę nad sytuacją, w 1842 r.
rząd brytyjski, w celu umocnienia swojej pozycji, wysłał do Durbanu
interwencyjny oddział piechoty, mający za zadanie przywrócenie
względnego pokoju. Został on jednak szybko rozbity przez pewnych siebie
Burów w bitwie pod Congellą. Okrążeni niedobitkowie brytyjscy wraz z częścią ludności cywilnej bronili się przez następny miesiąc. W odpowiedzi na taki obrót sprawy Brytyjczycy wysłali do Durbanu większe
posiłki, czyli wszystkie dostępne w tym czasie oddziały wojskowe. 5
kompanii 25. pułku piechoty, które przybyły z odsieczą, przerwało
okrążenie i zajęło Pietermaritzburg. Natal został oficjalnie przyłączony
do Korony brytyjskiej, a republika burska przestała istnieć. W 1845 r.
Natal został ogłoszony prowincją Kolonii Przylądkowej (Cape Colony) z rządem składającym się z gubernatora i 5 doradców. W tym czasie
większość Burów opuściła Natal, by kontynuować swój Trek w kierunku
północnym, ku obszarom dzisiejszego Transvaalu (Transwal) i Orange Free
State (Wolne Państwo Orania, regiony dzisiejszej Republiki Południowej
Afryki). Na ich miejsce przyszli inni osadnicy pochodzenia
europejskiego, a także uchodźcy z państwa Zulu. Do 1879 r. liczba nowych
mieszkańców Natalu wzrosła do około 250 tys.
Mpande, nowy władca państwa Zulusów, miał o wiele bardziej pokojowe
nastawienie niż jego poprzednicy. Zamiast na podbojach okolicznych
szczepów cały wysiłek skupił na odbudowie państwa zniszczonego długimi
wojnami domowymi. Dowodem jego sprawnych rządów było nie tylko to, że w chwili jego śmierci państwo było całkowicie sprawne ekonomicznie i niezależne politycznie, ale i fakt, iż zmarł on śmiercią naturalną -
rzadki przypadek jak na wodza państwa Zulusów! Mpande lubował się w różnego rodzaju ucztach, obchodach i paradach. Pod koniec swojego życia
był tak otyły, że słudzy musieli go obwozić na małym wózku.
Mimo swojej poważnej tuszy zdołał on spłodzić 23 synów. Jednym z nich
był Cetshwayo, najstarszy syn pierwszej żony. Według tradycji Zulu
dzieci pierwszych żon nie zostawały następcami tronu, zaszczyt ten
przypadał potomkom zrodzonym z tzw. żony głównej, którą władca wybierał
dopiero w późniejszym okresie swojego życia. Mogła to być druga, trzecia
lub nawet czwarta żona. Król Mpande nigdy nie uznawał Cetshwayo za
swojego następcę. Jego wybór padł na najstarszego syna z drugiego
małżeństwa, Mbuyaziego.
Cetshwayo urodził się przypuszczalnie w 1832 r., był synem pierwszej
żony Mpande, Ngqumbazi. Podążył wraz z ojcem na dobrowolne wygnanie w 1839 r. I właśnie na wygnaniu, w chwili słabości, Mpande ogłosił
Cetshwayo jako swojego następcę. Po koronacji na króla Mpande próbował
jednak odwołać tę decyzję. W 1850 r. Cetshwayo wraz z siedmioma
przyrodnimi braćmi zaciągnął się do nowo sformowanego pułku uThulwana.
Był to okres, kiedy wódz Mpande próbował rozszerzyć granice państwa.
Ponieważ na południu i na wschodzie znajdowali się biali osadnicy,
Mpande zwrócił swoją uwagę ku północy, ku obszarom państwa Swazilandu.
Zulusi wyruszali na podbój już kilka razy, ale bez żadnych
spektakularnych rezultatów. Król Swazilandu wiedział, że nie ma szans w otwartym starciu i za każdym razem wycofywał się w góry, gdzie bronił
się, stosując taktykę walki partyzanckiej. Sytuacja zmieniła się w 1852
r., kiedy Zulusi znienacka zaatakowali, osaczając wojska przeciwnika. W czasie tych walk młody Cetshwayo odznaczył się szczególną odwagą.
Legenda głosi, że w pewnym momencie, będąc w okrążeniu, własnoręcznie
zabił kilku przeciwników, ocalając siebie i kilku wojowników. Taką
wojowniczą postawą zwrócił na siebie uwagę jednego z ważniejszych
dowódców (induna), wodza Mnyamana. Mnyamana polubił zdolnego
młodzieńca i jako jego mentor wziął go pod opiekę. Cetshwayo wykorzystał
tę znajomość w przyszłym starciu z oponentem do tronu, przyrodnim bratem
Mbuyazim.
Rywalizacja pomiędzy Mbuyazim i Cetshwayo przybierała coraz większe
rozmiary. W oczach Mpande Mbuyazi był cały czas faworytem, choć król z niepokojem spoglądał na wzrastającą popularność Cetshwayo. Obydwaj
pretendenci do tronu byli doskonałymi wojownikami, co w społeczeństwie
Zulusów było bardzo ważne. Różnili się jednak charakterami. Mbuyazi był
wojownikiem wysokim i dobrze zbudowanym, ale swoim zachowaniem okazywał
brak szacunku podwładnym i szybko potrafił irytować przełożonych.
Cetshwayo z kolei był zręcznym politykiem, zawsze okazywał należny
szacunek przełożonym i radzie starszych plemienia. Bardzo interesował
się też życiem swoich podwładnych. Znał doskonale historię i tradycję
swojego plemienia. Używał tej wiedzy, by okazać zrozumienie dla spraw
przeciętnego Zulusa. Po 1855 r. zaczął także aktywnie pracować nad
wzmocnieniem swojego poparcia. Odbył wiele spotkań z niższymi rangą
dowódcami poszczególnych oddziałów, a także wiele podróżował,
odwiedzając osady na samych krańcach państwa.
Jego poparcie tak wzrosło, że był zdolny zrzeszyć swoich popleczników w odrębną partię polityczną, uSuthu. Nazwa odnosiła się do dużych stad
bydła, które zostały zdobyte w czasie najazdów na Swaziland. Od tego
momentu słowo uSuthu było na zawsze emocjonalnie powiązane z Zulusami,
będąc używane nawet jako okrzyk wojenny w czasie bitwy. Poplecznicy
Mbuyaziego z kolei byli nazywani iziGqoza. Nazwa wyrażała coś, co
"padało" jak krople deszczu i ironicznie odnosiła się do poparcia, które
wzrastało bardzo powoli i niepewnie. Widząc, że popularność Cetshwayo
rośnie bardzo szybko, zaniepokojony król Mpande postanowił odseparować
go od jego matki, Ngqumbazi. Wysłał ją na północ, oficjalnie w celu
objęcia władzy nad jedną z dzielnic. To samo uczynił z Cetshwayo,
wysyłając go jednak na południe. Taka sytuacja nie trwała długo, gdyż
okazało się, że często odwiedzający swoją matkę Cetshwayo (król nie mógł
tego oficjalnie zabronić) zaczął zdobywać poparcie w dwóch miejscach
jednocześnie. By temu zapobiec, po pewnym czasie oboje zostali
przeniesieni do centralnego rejonu Eshowe. Król zaczął też okazywać
publicznie, kto jest jego oficjalnym wybrańcem. Często wyrażało się to w prosty sposób udzielania pochwał dla zespołu Mbuyaziego podczas zawodów
tańców wojennych i całkowitego ignorowania wysiłków zespołu Cetshwayo.
Czasami te intrygi polityczne przybierały bardziej poważną postać.
Jedna z uroczystości państwowych wymagała, by pułk uThulwana stawił
się w pełnym uzbrojeniu i oporządzeniu. Ponieważ tarcze wojowników były
własnością króla, musiały być one wydane oddziałom przed każdą
uroczystością lub wyprawą wojenną i zebrane po ich zakończeniu. Podczas
jednej z tych czynności Mpande trzymał w ręku dwie tarcze, wycięte ze
skóry jednego byka. Tarcza z małym nacięciem pozostałym po włóczni,
która zabiła byka, była uważana za bardziej prestiżową. Mpande prawie że
wręczył taką tarczę Cetshwayo, lecz w ostatniej chwili zmienił zdanie i oddał ją Mbuyaziemu. Było to otwarte ukazanie braku szacunku dla młodego
Cetshwayo. W takich warunkach sytuacja powoli dojrzewała do
konfrontacji. Punktem zapalnym okazała się decyzja przyznania Mbuyaziemu
nowych terenów łowieckich. Leżały one blisko granicy z Natalem i były
zaludnione wieloma stronnikami Cetshwayo. Mbuyazi przybył na swoje nowe
tereny w 1856 r. i z typową dla siebie arogancją natychmiast zażądał,
żeby wodzowie poszczególnych szczepów oficjalnie wyrazili swoje poddanie
nowemu właścicielowi. Oczywiście, niektórzy dumni Zulusi tego nie
zrobili, przez co zostali wypędzeni, ich osady zostały spalone, a bydło
zagrabione. Odpowiedzią Cetshwayo była pełna mobilizacja przychylnych mu
oddziałów. Pomimo tajnego rozkazu króla Mpande, by popierać Mbuyaziego,
wiele plemion dotychczas neutralnych wyraziło swoje poparcie dla
Cetshwayo. Przykładowo, był wśród nich klan wodza Hamu kaNzibe (który
sam miał nadzieję na objęcie królewskiej władzy), niezależne plemię
północne Mandlakazi czy też plemię rodzonego brata Cetshwayo, Ndabuko.
Dziś nie znamy dokładnej liczebności zebranej armii uSuthu, jednak
zakłada się, że było to 15-20 tys. wojowników.
Po stronie iziGqoza nie było aż tylu chętnych do walki. Po mobilizacji
armia liczyła ok. 7 tys. wojowników. Mbuyazi miał jednak w zanadrzu
oddział składający się z białych osadników, uzbrojonych w broń palną.
Bliskość granicy z Natalem ułatwiała nawiązanie wzajemnych stosunków
dyplomatycznych, jednak rząd Natalu nie wyraził chęci zaangażowania się
w typową międzyplemienną wojnę domową. Jako gest dobrej woli i poparcia
dla Mbuyaziego prowincja wysłała mały oddział zbrojny, którego dowódcą
był John Dunn. Dunn był pogranicznym agentem handlowym, ale jednocześnie
nie stronił od przygody i możliwości zdobycia fortuny. Oficjalnie
wyprawa tego oddziału miała na celu próbę negocjacji pokojowego
rozwiązania sporu i ewentualną ochronę białych osadników na spornym
terenie. Osadnicy ci nie mogli opuścić zagrożonych przez wojnę ziem,
ponieważ po obfitych opadach deszczu wylała graniczna rzeka Tugela
(Thugela), czyniąc barierę nie do przejścia dla obładowanych dobytkiem
uchodźców. W podobnej sytuacji było około 13 tys. tubylczej ludności
cywilnej, należącej do plemion przychylnych Mbuyaziemu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki