Anatomia narodotwórstwa
Od plemienia do narodu, od wspólnoty do zrzeszenia obywateli
Dzisiaj w Polsce "patriotyczno-niepodległościowej" wystarczy wyszeptać "Naród"... i już się rozwiera sezam narodowego samouwielbienia! Ale przed czym klękamy, co admirujemy?
Pojęcie narodu to najbardziej bodaj rozdygotana kategoria w soczewce badacza, który przymierza się do opisania historii społecznej, jej składników i ich współzależności. Pierwsze zbiorowości ludzkie, które onego czasu znalazły się przed wrotami do cywilizacji, spajała więź rodowo-terytorialna, jaka z natury rzeczy obejmowała ograniczony obszar, gdzie praktykowano zbieractwo i łowiectwo, potem - uprawę roli. Obszar ten przekraczały filiacje językowe (czyli bliskość poszczególnych narzeczy rodowo-plemiennych), tworzące przestrzeń do zawiązywania się tkanki ponadrodowej i ponadplemiennej, czyli pierwszych zawiązków protopaństwowych - chiefdoms. Tego rodzaju struktura scalająca plemię lub grupę pokrewnych plemion ewoluowała następnie ku pierwotnej państwowości. Ta zaś, powstawszy, stymulowała proces krzepnięcia jedni etnicznej plemion, które znalazły się w obrębie danego państwa i formowały wspólny etnos (narodowość). Ale jeszcze nie naród.
Widzimy tu więc procesualność, a nie jednowydarzeniowość (na miarę deus ex machina) zjawiska formowania się etnosu, z którego w epoce nowożytnej wyrośnie naród. Przeczy to koncepcji prymordializmu narodowego.
Naród nie występuje ani w czasach starożytnych (nie identyfikujemy go w żadnym z państw nominalnie etnicznych, jak Egipt, Chiny, Persja lub Grecja), ani w europejskich wiekach średnich; zauważmy, że średniowieczne państwo zrzeszało rządzących i rządzonych, spełniając funkcję "swoistego przedsiębiorstwa, które kontroluje i z którego czerpie korzyści tylko część mieszkańców"1, to jest elita feudalna, która traktowała swe prerogatywy jako niezbywalną własność (co się składa na przednowoczesny typ dominacji w formule "władzy-własności"). Narody godne tego miana wyłaniały się na światło historyczne w okresie unowocześnienia i industrializacji Europy. Formowały się w ośrodkach urbanizacji i przemysłu, gdzie ostatecznie pękały rudymenty tradycjonalnych powiązań rodowo-plemiennych.
Etnosy unowocześniają się, kiedy formuje się sprężysta gospodarka, oparta na przemyśle i nowych technologiach produkcji, poprzedzona przez skokową akumulację kapitału prywatnego, pozyskiwanego poprzez handel i drenowanie środków z zamorskich kolonii, ale też dzięki brutalnym zawłaszczeniom w kraju. Wszystko to ułatwiają czynniki o charakterze socjopolitycznym - ugruntowanie się prawa własności prywatnej, swoboda przedsiębiorczości indywidualnej, podaż wolnej siły roboczej na rynku wewnętrznym (co wymagało eliminacji przednowoczesnych zależności osobowych - pańszczyźnianego przywiązania wytwórców do ziemi albo innych form ich personalnego zniewolenia). To dzięki nim wzrasta inwencja i kreatywność biznesowa, której nie krępuje religijno-ideologiczna przykładność (i odrętwiałość zarazem). Wymaga to więc warunków, w których wzrastałby popyt na wiedzę, kompetencję, fachowość, zgoła wolnomyślicielstwo. A warunki takie z natury swej przeczą stosunkom przednowoczesnego perenializmu stanowego, które z istoty swej pętają całą ludzką potencję postępowania modernizacyjnego.
Dochodzimy tedy do clou problematyki modernizacji. Niepodobna - jak pokazuje dziejowa praktyka europejska, na gruncie której zaszczepiło się i rozwinęło zjawisko unowocześnienia - modernizować społeczeństwo i państwo w warunkach feudalizmu, niewolnictwa czy wschodniego despotyzmu (autokracji biurokratycznej). Modernizacja, kiełkująca w Europie od przynajmniej XIV wieku, domagała się nowej matrycy socjopolitycznej. Modernizujące się społeczeństwo, w którym rozkrzewiały się łącza poziomych kontaktów międzyludzkich, wynikające z codziennej przedsiębiorczości i wymiany wolnorynkowej, wsparte powszechną edukacją, "rewolucją gutenbergowską" i obiegiem informacji o świecie i polityce za pośrednictwem książek i prasy, coraz bardziej uwierały pozostałości feudalne, szczególnie w absolutystycznej postaci. Kumulacja tych eksplozywnych - na miarę ładu prekapitalistycznego - impulsów rosła i w końcu wybuchała w formie rewolucji mieszczańskich. Obalały one władców absolutnych i rozmontowywały konsens przednowoczesny, wprowadzając w jego miejsce demokratyczny ład, a także naród złożony z obywateli. "Demokracja jest naturalną formą rządów w przypadku narodów, a demokratyzm i poczucie narodowe uwarunkowują się wzajem"2.
W krajobrazie modernizacyjnym pojawiają się więc obywatele wolni od pęt rodowo-stanowych, od "przedwiecznej" arbitralności uzależnień personalnych, którymi metafizyka przednowoczesności zesznurowała jednostkę. Status obywateli wyrównuje punkt startu każdego człowieka, wszak rodzi się on wolny i jego sukces życiowy uzależniony jest od indywidualnych talentów i przebojowości (w założeniu - zgodnej z prawem) w codziennym życiu. Jednak sukces jednostki w szczególności zależy od tego, jak rozumie ona mechanizmy demokracji i obowiązki obywatelskie, jak pojmuje reguły wolnego rynku, mimo jego gmatwaniny i kaprysów fluktuacyjnych. Permanentnym środowiskiem aktywności obywatela w nowoczesnych demokracjach staje się miasto, w którym ześrodkowuje się cała potencja modernizacji - szybka wymiana informacji i platforma dialogu społecznego, zakumulowany kapitał, umożliwiający bezzwłoczne i interwencyjne działania na dużą skalę, nowe formy samoorganizacji obywatelskiej (kluby polityczne, stronnictwa), jakże odmienne od "harmonii przedustawnej" feudalizmu i innych systemów prekapitalistycznych.
Urbanistyczny charakter demokracji w dobie nowożytnej odbiega zasadniczo od podglebia socjoekonomicznego demokracji przednowoczesnych, jak demokracja starożytnych Aten czy republikańskiego Rzymu, jak parlamentaryzm feudalny w Anglii po Wielkiej Karcie Swobód lub też Rzeczpospolita szlachecka. Wszystkie te precedensy demokratyzmu stanowego na dłuższą metę okazały się dysfunkcjonalne, upadały pod presją despotycznych imperatorów i władców absolutnych. Dopiero rewolucje mieszczańskie odrodziły ów demokratyzm, tyle że w postaci odmiennej, nowoczesnej. Narody uformowały się wskutek długotrwałego procesu przemieszczania się centrum przemian socjopolitycznych z feudalnych ośrodków wiejskich i pałaców do świata miejskiego, siedliska burżuazji. Konstruowały się lub je konstruowano zgodnie z wyobrażeniami o zgromadzeniu wolnych obywateli. "Narody jako naturalny, zrządzony przez Boga sposób formowania grup ludzkich, jako ich inherentne, aczkolwiek długo nie urzeczywistniane przeznaczenie polityczne, to po prostu mit"3.
O tym, że centrum historii "długiego trwania" przesuwało się od czasów późnego feudalizmu w Europie ze wsi do miast, przesądziły głównie czynniki natury socjoekonomicznej, nade wszystko niedogodności życia wiejskiego ludu poddańczego w warunkach opresji feudalnej, pauperyzacja i deklasacja wskutek wyzysku i nikczemności feudałów lub w rezultacie naturalnych kataklizmów (takich jak nieurodzaj czy wojna). Nęciła przy tym perspektywa uniezależnienia społecznego (wszak "powietrze miejskie czyni wolnym", jak powiadano w średniowieczu) i lepszego zarobku. Otoczenie miasta i jego witalny rytm sprzyjały choćby elementarnej edukacji przybyszów ze wsi, przekraczającej horyzonty wiejskiego zgnuśnienia, uczyły zaradności, przysposabiały do pracy w handlu i rodzącym się przemyśle.
Narastała sprzeczność socjoontologiczna między miastem a wsią, dwoma historycznymi paradygmatami organizacji zbiorowości ludzkich, które realizowały się odmiennie w wielu sferach: ekonomicznej, gdzie feudalna gospodarka wiejska kontrastowała z manufaktorowo-przemysłową wytwórczością miast, politycznej, skoro przywileje szlachty i poddaństwo chłopów antytezowały swobody miast i ich samorządność, a także kulturowej, gdzie bywałość, wiedza i roztropność mieszczan odbiegały od pochopności, swawoli i obskurantyzmu szlachty. A przy tym chaotyczność lokalnych subkultur wiejskich, samorzutnie pnących się w krajobrazie feudalnym, które uwspólniał wąski i rozchybotany horyzont inwencji ludowej, wola zaś feudała i duszpasterska ręka trzymały pod rygorem powinności i wiary, gdzie rytuał dominował nad dociekaniem, zderzała się z inną prakseologią, z dyscypliną racjonalizmu, która cechowała społeczności miejskie.
Wieś feudalna jawiła się niczym niezborne i zagubione skupiska chłopskie, których rozum i inicjatywność zawczasu zahukały tradycjonalne uzależnienia w wiejskiej wspólnocie, a ostatecznie przyginał je bat pańskiego ekonoma. Mizerna edukacja, a w Rzeczpospolitej Obojga Narodów zgoła notoryczna niepiśmienność, czyniła z ludu wieśniaczego ciemną i inercyjną masę; owo agrarne jądro ciemności co najwyżej mogło w sytuacjach ekstremalnych wybuchnąć buntem okrutnym i bezmyślnym, zdetonowanym potrzebą "sprawiedliwości" - a więc odwetu - niczym żakeria we Francji, pugaczowszczyzna w Rosji czy tajpingowie w Chinach. Natomiast energia życia miejskiego, krzyżowanie się w tym skupisku ludzi, którzy samorzutnie odcinali się od pokory i gnuśności wsi, a przychylali do myśli nonkonformistycznej, wypiastowała ideę świadomego i aktywnego korygowania porządków społecznych tak, żeby były zgodne z mieszczańskim zdrowym rozsądkiem i sprzyjały swobodom "człowieka i obywatela". Owa energia osiągnęła kulminację w doktrynach oświeceniowych.
Turbulentność samoidentyfikacji zbiorowej w krajach Europy u zarania nowożytności wynikła z różnorodnych przynależności (sub)kulturowych grup ludności, które nakładały się na rozgraniczenia stanowe (i klasowe - w rozumieniu odmiennych ról socjoekonomicznych w dominujących sposobach produkcji). W mieszczaństwie ogniskował się proces nawarstwiania nowej identyfikacji socjohistorycznej, narodowej właśnie. Dlatego tradycjonalnej (nacjonalistycznej) aksjomatyzacji, czym jest naród, Eric Hobsbawm przeciwstawił koncepcję rewolucyjnego unowocześnienia jako czynnika narodotwórstwa. Zaznaczył przy tym:
zestawienie, iż państwo równa się narodowi i ludowi, występuje w obu koncepcjach, lecz dla nacjonalistów powstanie politycznej jedni, która zawierałaby owe kategorie, wynika z uprzedniego istnienia wspólnoty odżegnującej się od obcych, podczas gdy z rewolucyjno-demokratycznego punktu widzenia istotą problemu było państwo suwerennych obywateli, którzy w stosunku do reszty gatunku ludzkiego stanowili odrębny naród4.
Proces kształtowania narodu obramowuje tedy budowa państwa narodowego - i jego budowla. Nowoczesność państwa przejawia się nie tylko w fakcie, że substancjalizuje je naród obywateli, a nie populacja poddanych, odzwierciedla się także w zarzuceniu i obumieraniu zgiełku multilingwistycznego państw średniowiecznych, gdzie wybrzmiewały różne języki i narzecza ludności poddańczej, co wymagało, w imię elementarnej komunikatywności, zwieńczenia ich przez ogólnopaństwową lingua franca. Łacina, obowiązkowy translator w średniowieczu, została w warunkach nacierającej modernizacji wyparta przez literacki język państwowy; taką rolę spełnił angielski w wieloetnicznej Wielkiej Brytanii czy francuski we Francji, gdzie w wiekach średnich również mówiło się w różnych językach i gwarach. Mowa narodowa w nowoczesnym państwie służyła do komunikowania o bieżących nowinach, o niekonwencjonalnych ideach i odkryciach naukowych, do popularyzowania ich, a w efekcie - w odróżnieniu od średniowiecznej łaciny - umasowiła i zracjonalizowała wymianę myśli. Fundamentalnym narzędziem języka narodowego stały się książki i prasa, które krzewiły ducha nowożytnej myśli oraz przedsiębiorczości.
W początkach ery nowożytnej sprzęgły się trzy sekwencje rozwojowe napędzające się nawzajem - kształtowanie się narodu, formowanie państwa narodowego i postępy w oświacie powszechnej. Konfrontowały się one z wyzwaniem, jakie rzucał im wielowiekowy pierworys wegetacji przednowoczesnej - wieś i jej populacja, zaskorupiała w agrarnym tradycjonalizmie. Albowiem
nowoczesne państwo przemysłowe mogło funkcjonować jedynie dzięki ludności mobilnej, wykształconej, ustandardyzowanej pod względem kulturowym i współprzenikającej się. (...) Toteż niepiśmienne i na poły wygłodzone masy, które zostały zassane z ich ongisiejszych wiejskich gett duchowych przez wielokulturowe tygle miejskich slumsów, łaknęły utożsamienia się z którymkolwiek z nowych zbiorowisk kulturowych, które już posiadały - lub wyglądało, że mogłyby posiadać - swoje własne państwo, z wypływającą stąd obietnicą pełnej akulturacji obywatelskiej, dostępu do szkolnictwa podstawowego, zatrudnienia itd. Częstokroć owe wykorzenione i wyobcowane masy, błąkające się tu i ówdzie, mogły wahać się co do wyboru zróżnicowanych opcji i usuwać się na czas jakiś na pobocze, do tymczasowych kulturowo przytulisk5.
Po dziś dzień uwidacznia to istnienie różnego rodzaju obrzeży, gdzie bytują ludzie w ten lub inny sposób wydziedziczeni z dawnych ekologii społecznych, ludzie "zbyteczni".
Ale - zapyta ktoś - czyżby narody istniały tylko w powiązaniu z państwami, z którymi się dogłębnie identyfikują, tym samym nobilitując je mianem "państw narodowych"? A co z Polakami, którym przecież w XIX wieku niepodobna odmówić atrybutów odrębnego narodu, mimo że przez sto lat pozbawieni byli własnego państwa? Czy można też wyzuć z miana narodu Czechów, Słowaków, Węgrów i inne etnosy Europy Środkowo-Wschodniej, które przez stulecia, aż do XX wieku, nie posiadały własnej państwowości? A co z narodowościami Europy Wschodniej oraz Bałkanów Zachodnich, które uważały się za narody, chociaż własne państwa stworzyły dopiero po upadku odpowiednio ZSRR i Jugosławii. Atoli i na zachodzie Europy narasta problemem etnosów bezpaństwowych, które się za narody par excellence uznają: Szkotów, Katalończyków czy Basków.
Proces narodotwórstwa przebiegał w odmiennym tempie w różnych kręgach cywilizacyjnych. Obok widocznego formowania się niektórych narodów w XIX i na początku XX wieku - a dokonało się to głównie w istniejących wówczas państwach Europy Zachodniej (nie wszystkich), w USA i Japonii - równocześnie trwał w inercji transkontynentalny bezkres przednarodowy, ogarniający Afrykę, Azję i Oceanię. Brzemię kolonializmu pobudzało i zarazem utrudniało dążenie ku nacjogenezie, jednak należy dostrzegać też immanentne prekolonialne blokady na drodze krajów pozaeuropejskich ku wykształceniu narodu i państwa narodowego. W przypadku ludów Afryki, Azji i Oceanii nie wygenerowały się te mechanizmy i napędy, które już w Europie średniowiecznej modelowały rządy miarkowane przez prawo i przywilej szlachecki, przez parlamentaryzm i samorządność stanową; u ludów tych nie utwierdziła się własność prywatna znaczących środków produkcji (przede wszystkim ziemi), nie powstawały samorządne miasta i ledwie raczkowały w nich pierwociny rynku. W początkach ery nowożytnej świat pozaeuropejski (poza Ameryką Północną i poniekąd Południową) pozycjonował się jako kontrapunkt cywilizacyjny w stosunku do Europy Zachodniej, która prosperowała dzięki uprzemysłowieniu i nowym technologiom, rozświetlała ją nauka i oświata, jej wysłannicy postawili nogę we wszystkich zakątkach globu dzięki odkryciom geograficznym i podbojom. Reinhard Bendix, definiując unowocześnienie, w jakiejś mierze - oczywiście na ład scjentystyczny i logicznie uzasadniony - mimowiednie sparafrazował definicję konia ze znanego sarmackiego raptularza (Nowe Ateny), twierdząc, że modernizacja to "typ zmiany społecznej, którą zapoczątkowała rewolucja przemysłowa w Anglii w latach 1760-1830 i rewolucja polityczna we Francji w 1789-1794 (...) i która polegała na ekonomicznym i politycznym rozwoju pewnego kraju przodującego oraz na następujących zmianach w krajach naśladowczych"6. Co prawda kiełki unowocześnienia widać w miastach włoskich u schyłku średniowiecza, od XVI wieku modernizacja rozkrzewia się w republikańskich Niderlandach. Tak czy inaczej, przesłanie wybitnego socjologa amerykańskiego brzmi bezkompromisowo - to w Europie pojawiły się kraje pionierskie w dziele modernizacji, reszta zaś tylko dostąpiła zaszczytu naśladownictwa. W rolę naśladowcy w Europie wcieliła się - stosunkowo skutecznie, choć wybiórczo - Rosja Piotra I. Rolę tę przymierzała też Polska za Stanisława Augusta - z niedostatecznym, niestety, skutkiem doraźnym i z fatalnymi reperkusjami geopolitycznymi.
Podsumujmy tedy - kiedy przez tysiąclecia dziejów liczne historyczne etnosy kamieniały w tradycjonalizmie, czemu nieubłaganie towarzyszyło zacofanie społeczno-gospodarcze i "przedpolityczność" systemu władzy (gdy nie powstały w nim mechanizmy wypracowywania - właściwie "wypolitykowania" - decyzji państwowych przez regularne przedstawicielstwo społeczne, a nie przesądzania ich arbitralną wolą panującego), niektóre kraje w Europie dokonały transgresji ku rozwiązaniom nietradycyjnym. Antytradycjonalnym zgoła.
Nie zrobiła tego znacząca większość zbiorowości w świecie, mieniących się narodami, choć w świetle powyższej weryfikacji kategoryzacyjnej na miano takowe nie zasługują. Bulgotała w nich na dokładkę kipiel antypatii i sporów narodowościowych, a nadto bezlik przeciwności socjoekonomicznych, powodujących zapóźnienie rozwojowe. W efekcie znamionowała je daleko posunięta niespójność, mimo rozpościerającego się nad nimi baldachimu imperialnego. A przecież to integralność wyróżnia nowoczesny naród.
Po dziś dzień nie wykrystalizował się naród rosyjski (istnieje raczej rosyjska ekumena - russkij mir, ale bez Ukraińców i Białorusinów); nie uformował się naród chiński (jego homogenizacji przeczy kontrreakcja Tybetańczyków i Ujgurów na próby ich schińszczenia) ani naród turecki (z jego notorycznym problemem kurdyjskim); trudno mówić o narodzie indyjskim (trapionym przez separatyzmy Kaszmirczyków, ludów Naga i Mizo, przez wyobcowanie indyjskich muzułmanów). A już tym bardziej nie istnieje naród syryjski, naród libijski, naród sudański, naród kenijski - i wiele innych zbiorowości, które pretendują do nazwy narodu. W przytaczanych przypadkach państwotwórstwo ubiegło realny proces narodotwórczy i go przytłoczyło zamiast forsować. Państwowości takie wdziewają na ludność rygor tyranii w imię inżynierii narodowej, kiedy to propagandą i terrorem sowietyzuje się, afrykanizuje lub islamizuje, maoizuje albo kimirsenizuje czy też upatriotycznia na modłę PiS-owską.
Powyższa matryca budowania państwa - nazwijmy ją pozaeuropejską - sprasowywała od góry wszystko, co żyje na określonym terytorium, do miazgi i jednostajności poddaństwa. Dźwignie tej państwowości od zarania dzierżyła zbrojna elita wywodząca się z rdzennej starszyzny plemiennej lub od najeźdźców, którzy podbili i uzależnili dane terytorium i jego ludność. Ten ostatni przypadek obrazuje sytuacja, gdy określona mniejszość inicjująca budowę państwa konsekruje się tytulaturą
swoistego Staatsvolk, czyli narodu państwotwórczego, takiego jak Wielkorusowie [Rosjanie], Anglicy czy Kastylijczycy [w Hiszpanii]. (...) W większości wypadków "naród polityczny", jaki od zarania formułuje zasób pojęć, które później obudują kategorię narodu jako ludu, nie jawi się inaczej niż jako ułamek mieszkańców kraju, jako uprzywilejowana elita: arystokracja i szlachta. (...) Ten "nacjonalizm nobilitowanych" bez wątpienia można uznać za fenomen protonarodowy"7.
W definicji tej mieści się, obok dworianstwa, które nierzadko wykazywało się metryką etnicznie nierosyjską, wielonarodowościowa szlachta polska, galopująca na wierzchowcach legendy sarmackiej.
Na bajdach o prymarności "narodu nobilów" postument ustawiały doktryny nacjonalistyczne w Europie przełomu XIX i XX wieku. Arthur de Gobineau przypisywał odwieczny popęd państwotwórczy rasie germańskiej, dlatego Franków odmalował szerokim pędzlem jako kreatorów Francji, którzy ujęli w karby państwowości podbite masy romanojęzyczne (co natchnęło go do twierdzeń, że "prawdziwym" narodem we Francji są potomkowie zdobywczych Franków). Najwyższe przymioty rasowe i państwotwórcze nadawał Teutonom także Houston Stewart Chamberlain, zniemczony Brytyjczyk. Pałeczkę przejęli od nich ideolodzy narodowego socjalizmu niemieckiego pokroju Alfreda Rosenberga czy Waltera Darré, których pokrętności narracyjne często tuszowały brak myśli. Ku biegunowi nacjonalistycznemu lewitowała radykalna idea tradycjonalistyczna, załamująca ręce nad płaskością i filisterstwem porządków kapitalistycznych i modernizmu. Sprawiło to - czemu wyraz dawał myśliciel włoski, który zasłynął w epoce faszyzmu, Julius Evola
poczucie wyobcowania w nowoczesnym świecie z jego zracjonalizowaną świadomością (a nie naturalnością), w nowoczesnym społeczeństwie z jego heterogenicznością (a nie organicznością), w nowoczesnej cywilizacji z jej technicyzacją i umasowieniem (a nie kulturą duchową), w przestrzeni zbiorowej z jej zdominowaniem przez profanum (a nie przez sacrum). Zasadniczym momentem stało się tu więc odtworzenie owej mistycznej więzi, jaką znamy skądinąd - np. z mitów pangermanskich i rasistowskich, z mistyki Blut und Boden [autorstwa Waltera Darrégo] czy z wypowiedzi [Oswalda] Spenglera na temat "dziedzictwa ojców naszych, które mamy we krwi: idei bez słów". Tradycjonalizm evolianski sytuuje się zatem w obszarze podobnych ezoterycznych treści i źródeł co niemieckie światopoglądy pesymistyczne i katastroficzne z epoki Konservative Revolution (1918-1932) oraz nazizm8.
W świetle powyższego nie warto wystawiać cierpliwości czytelnika na szwank i twierdzić, iż Rzeczpospolitą jagiellońsko-sarmacką zamieszkiwał naród polski. Istniał wtedy, owszem, naród szlachecki, w którym upostaciowiła się "nacja nobilów", odżegnująca się skądinąd - jako spadkobiercy "szlachetnych" Sarmatów, którzy wałęsali się, w celach pastewnych i rozbójniczych, po stepie nadczarnomorskim w czasach, kiedy istnienia plemion polskich nikt w świecie cywilizowanym nawet się nie domyślał - od ludu kmiecego, mówiącego po polsku. Zresztą polszczyznę szlachta "sarmacka" zaprzysięgle zastępowała wolapikiem, w którym roiło się od makaronizmów.
Wiemy już, że naród powstaje wtedy, gdy lud - nierzadko wieloetniczna i multikulturowa zbiorowość w granicach danego kraju - dostępuje sui generis nobilitacji, czyli podniesienia, wskutek zmiany ustrojowej (ma ogół rewolucyjnie dokonanej), do statusu równoprawnych obywateli państwa. Jego demokratyzm - by posłużyć się przykładem z rewolucji francuskiej - symbolizuje konstytucyjnie zapisana (w 1791 roku) zasada równości obywatelskiej wobec prawa, a więc zniesienie przywilejów stanowych, co w praktyce oznaczało równorzędność prawno-statusową "obywatela Ludwika Capeta" (Ludwika XVI) z pierwszym z brzegu sankiulotą. Prawo zagnieżdża się na gruncie kulturowym i emanuje myślą racjonalną, skrzyżowaną z poczuciem sprawiedliwości, wyłania się więc w środowisku demokratycznym. Trudno uznać za prawo regulacje, jakie w państwach despotycznych narzucała, w zależności od przypadku i kaprysu, suwerenna w swej niekontrolowalności autokracja.
Zwróćmy uwagę, że demokracja w ostatecznej instancji sprowadza się do zbiorowego kultywowania systemu wartości - ergo adekwatnych postaw i postępowań w przypadku uczestników procedur demokratycznych. Można przeto mówić tu o kulturze demokratycznej, która wsztukowuje się w kulturę sensu largo, formując pożądane i promowane zachowania społeczne. Kultura polityczna wyrasta z cywilizacyjnej orientacji tej czy innej megazbiorowości ludzi, z jej nawyków wyrosłych w ekologii socjogeograficznej, z doświadczeń historycznych i samorzutnie wyplatającej się w owym kontekście identyfikacji cywilizacyjnej.
W porządkach przednowoczesnych kulturę słabo zasilało racjonalne rozpoznanie. Obciążały ją ryty i wzorce jakby pozaświatowe, pozostające poza zasięgiem myślowego rozbioru, poza krytyczną rewizją i zmianą. Kulturę jako wzorotwórstwo społeczne zsyłały tradycja i mitologia, uświęcały ją modły i cuda czynione przez magów i kapłanów, a nade wszystko oktrojowała ją władza despotyczna. Warowała przy niej tradycjonalna "wielka rodzina": ród, klan, szczep - wczuwające się w rolę socjomechanizmu samopowtarzalnego i uświęconego przez mit.
Jednak ten, kto uniwersalizowałby model archaicznej wspólnoty/rodu na wzór kokonu, który oplata zawsze i wszędzie zachowania tej zbiorowości w aktach podobnych i powtarzalnych, popełniłby błąd. Od zarania dziejów wspólnoty rodowo-terytorialne organizowały się, w zależności od środowiska geograficzno-historycznego, na inne sposoby, co nadawało ich wkroczeniu na scenę historii różne kształty cywilizacyjne. Zauważmy, że starożytni Grecy odnotowywali odmienność Wschodu względem Hellady; na odrębność kulturową świata wschodniego wskazywała myśl renesansowa, a zwłaszcza oświeceniowa, czego dowodem są pisma politologiczne Monteskiusza. W tym samym kierunku podążała historiozofia Hegla, zgodnie z którą cywilizacyjne ognisko dziejów z biegiem stuleci przemieszczało się ze Wschodu (Chin i Indii) ku śródziemnomorskiemu antykowi (Grecja, Rzym) i finalizowało się w świecie germańskim. Inspirowany tymi wielkimi syntezami Karol Marks, wziąwszy za podstawę naukowe odkrycia takich umysłowości XIX wieku jak Georg Ludwig Maurer, Henry J.S. Maine, James Mill czy Barthold Georg Niebuhr, wystąpił z teorią trzech różnych, sięgających czasów starożytnych, typów wspólnotowości: azjatyckiego, antycznego (grecko-rzymskiego) i germańskiego (feudalnego). Dały one początek trzem różnym liniom rozwojowym, które przenikały się wzajemnie w dziejach i splatały w zależnościach panowania i podległości, ramifikując światowy proces historyczny wedle formuły multilinearnej. Marks utrzymywał, że azjatycki typ wspólnotowości to
stadny tryb bytowania - wspólność krwi, mowy, obyczajów itd. (...) Ziemię traktują ludzie jako własność wspólnoty (...). Każda jednostka zachowuje się jak właściciel lub posiadacz jedynie jako członek społeczności. (...) W większości głównych azjatyckich form zespalająca jedność [patriarchalny despota], stojąca ponad wszystkimi tymi małymi wspólnotami, występuje jako zwierzchni właściciel lub jako jedyny właściciel, zaś rzeczywiste wspólnoty - tylko jako dziedziczni posiadacze (...). Jednostka jest tedy pozbawiona własności, albo też własność (...) zostaje jej nadana przez wspólną jedność uosobioną w despocie, jako ojcu wielu wspólnot, za pośrednictwem poszczególnej wspólnoty9.
Natomiast wspólnota antyczna wyznacza dział wodny odgradzający odmienne modalności cywilizacyjne między Wschodem a Zachodem. Posłuchajmy, co mówi o niej Marks, zwracając uwagę na jej "bardziej ruchliwe, historyczne życie" - na tym tle wspólnotowość azjatycka jakby zamiera, leniwie i byle jak opędza działalność wytwórczą i dziejową. W świecie grecko-rzymskim
własność jednostki nie jest bezpośrednio własnością wspólnoty. (...) Jako członek wspólnoty każdy jest właścicielem prywatnym. Swą własność prywatną wiąże on z ziemią, ale zarazem ze swym bytem jako członka wspólnoty, a zachowanie go jako członka wspólnoty jest równoznaczne z zachowaniem wspólnoty, i na odwrót (...). I nie wieś stanowi podstawę wspólnoty, lecz miasto [polis] jako już utworzona siedziba (centrum) rolników, właścicieli ziemi. W skład terytorium miasta wchodzą grunty orne, ale nie wieś, stanowiąca tylko dodatek do roli. (...) Wojna jest wielkim wspólnym zadaniem, wielką kolektywną pracą (...). Z tego też względu wspólnota, złożona z rodzin, zostaje przede wszystkim zorganizowana po wojskowemu (...). Skupienie domostw w mieście stanowi podstawy tej organizacji wojskowej10.
Azjatycki model wspólnotowości grzebał jednostkę pod obsuwiskiem zależności paternalistycznych ("despota" po starogrecku oznaczał ojca rodziny obdarzonego pełnią praw w stosunku do wszystkich domowników), ubezwłasnowolnił ją archaiczną etyką "dziecięcego" poddania się woli patriarchy. W miarę kształtowania się pierwszych państwowości na Wschodzie przymuszał ją do padania na twarz przed "megapatriarchą" - samowładcą rządzącym państwem despotycznym, które reprodukowało się w skali państwowej wedle matrycy patriarchalnej wspólnoty. Wola despoty, szczególnie jeśli obdarzony był apodyktyczną naturą, stanowiła prawo, jakkolwiek jego wolitywny charakter obramowywały tradycja i uzus z jednej strony oraz intrygi i machinacje biurokratycznego dworactwa z drugiej. Atoli jedynowładca mocą swego charakteru i autorytetu mógł interpretować tradycję tak, aby naginała się do jego widzimisię, a własnymi knowaniami - czy wręcz mobilizowaniem "synowskiego" gniewu ludu przeciw sobiepaństwu dworaków i urzędników - niweczyć intrygi dworskie godzące w jego interesy. W warunkach restrykcyjnej, a zarazem dostatecznie elastycznej struktury kolektywu depersonalizowała się jednostka ludzka w relacji do doniosłych aspektów życia ekonomicznego i politycznego wspólnoty. Zobojętnienie, inercja, kwietyzm charakteryzowały człowieka Wschodu, chociaż niekiedy tę statyczność łamało gwałtowne przesunięcie się nastawień zbiorowości ku przeciwległemu biegunowi - rozkiełznaniu w zabawie lub w buncie. Bipolarność mentalna i rozkapryszenie współtworzyły "duszę zbiorową" Orientu.
Inny standard osobowościowy wynurzał się z socjomechaniki struktur i relacji właściwych dla wspólnotowości antycznej oraz feudalnej (germańskiej). Antyk grecko-rzymski wykształcił nieszablonową na tle wielkich despocji starożytnych kategorię rolnika-żołnierza, będącego właścicielem prywatnym swojego nadziału ziemi, ale zarobkującego również manu militari (jako najemnik, pirat itp.). Indywidualizował się on jako rolnik, scalał się solidarnie z jemu podobnymi w falangę hoplitów lub uobecniał się z nimi, wespół stanowiąc demos, na agorze (forum), co w sumie formowało ducha jednostkowej inicjatywy, niezawisłości, przedsiębiorczości, ciekawości świata i potrzeby rozumienia go. Przyczyniało się to do wzrostu bogactwa indywidualnego i poczucia niezależności socjoekonomicznej, stymulowało aspiracje intelektualne, a ostatecznie generowało ideę ludowładztwa i montowało strukturę demokracji.
Feudalizm zaś pogłębił tendencję indywidualizacyjną. Wspólnotowość u Germanów "już na pierwszy rzut oka istnieje dzięki każdorazowemu zrzeszaniu się członków wspólnoty, chociaż jej jedność wewnętrzną tworzy ich pochodzenie, język, wspólna przeszłość, wspólne dzieje itp. Wspólnota jawi się przeto jako zrzeszenie, nie zaś jako zjednoczenie, jako połączenie się, którego samodzielnymi podmiotami są właściciele ziemi - a więc nie jako jedność"11. Zauważmy, że rycerze właśnie zrzeszają się jako stan szlachecki, nie jednoczy ich - jak wojowników perskich ze starożytności - świst kańczuga satrapy, którym pędzono ich chmarą do boju. Indywidualizm rozkwitł w etosie rycerskim, a dopełniły go zabiegi rycerstwa o przywileje stanowe i ograniczenie władzy monarszej. Kulminowało to w angielskiej Magna Charta Libertatum, w ostatecznym zaś rozrachunku w parlamentaryzmie szlacheckim. Nade wszystko feudalizm dopuścił do wyłonienia się w swym łonie i okrzepnięcia odrębnej jakościowo - w odniesieniu do ontyczności modelowanej przez prekapitalistyczne sposoby produkcji - kategorii, jaką stanowiły samorządne miasta zwiastujące kapitalizm. "Punktem wyjścia średniowiecza (okres germański) jest wieś, jako teatr historii, której dalszy rozwój przebiega wśród przeciwieństwa między miastem a wsią. Nowoczesna historia to przekształcenie wsi w miasta, a nie przekształcenie miast we wsie, jak w starożytności [grecko-rzymskiej]"12. W miastach objawia się nowoczesność z jej bohaterem - zmyślnym i przebojowym przedsiębiorcą.
Odmienne typy uwspólnotowienia przejawiały się przez różnorakie stosunki własności i procedury wytwórcze, a to z kolei sumowało się w odrębnych przednowoczesnych sposobach produkcji: "azjatyckim" (agrobiurokratycznym), antycznym (niewolniczym) oraz feudalnym. Ich socjoekonomiczną modalność - w sensie struktury i korelacji funkcjonalnych - spowijały gęste zsieciowania kulturowe, bez których motoryka owych sposobów produkcji "nie uruchomiłaby się" po prostu. Innymi słowy, ich ekonomiczność inherentnie wikłała się w całokształt relacji wspólnotowych, w tym w wymiar polityczny i kulturowy (ideologiczny), z nieodzowną dla funkcjonalności gospodarczej ingerencją przymusu pozaekonomicznego (niewolnictwa, poddaństwa itp.), legitymizowanego przez referencje mitologiczne i archetypowe. Sfera polityczna i kulturowa, która otorbiała czynności produkcyjne, ewidentnie dominowała nad gospodarką i oblepiała nawet najmniejsze zalążki zasadności gospodarczej supraekonomiczną nadinterpretacją. Krótko mówiąc, epokę przednowoczesną znamionowało ścisłe splecenie elementów ekonomicznych, politycznych i kulturowych (ideologicznych, religijnych), a polityka oraz ideologia notorycznie interweniowały w ekonomikę prekapitalistyczną.
W warunkach przednowoczesnych sfera polityczna stała się nieodzownym czynnikiem produkcji. Ale w epoce rynkowej nowoczesności państwo do takiej roli nie pretenduje już tak nachalnie (chyba że w sytuacjach nadzwyczajnych, choć interwencjonizm państwowy zawsze rodzi ryzyko woluntaryzmu zarządczego). A zarazem państwo zapewnia gospodarce osłonę prawno-polityczną. Historyczne sposoby interferencji pomiędzy gospodarką a państwem i płynące stąd poglądowe doświadczenia i nauki kumulują się w adekwatnej kulturze ekonomicznej właściwej dla danej cywilizacji. Jak zaznacza Janusz T. Hryniewicz:
w skład kultury gospodarczej wchodzą wzory i wartości określające m.in. stosunek do oszczędzania, skłonność do zaciągania kredytu, zaufanie, miejsce pracy w koncepcji sensu życia, stosunek do własności, egalitaryzm-elitaryzm itp. (...) Zauważmy, że przepisy, wiedza, maszyny czy sposoby operowania pieniędzmi są kategoriami cywilizacyjnymi albo elementami trwałego dorobku ludzkości. Są to zatem wytwory kulturowe13.
Kultura ekonomiczna, podobnie jak polityczna, wpasowuje się tedy w całokształt danej kultury.
1 A. Mączak, Rządzący i rządzeni. Władza i społeczeństwo w Europie wczesnonowożytnej, Warszawa 1986, s. 9.
2 R. Utz, Nations, Nation-Building and Cultural Intervention: A Social Science Perspective, "Max Planck Yearbook of United Nations Law" 2005, vol. 9, s. 632.
3 E. Gellner, Nations and Nationalism. New Perspectives on the Past, Ithaca-New York 1983, s. 48-49.
4 E. Hobsbawm, Nations and Nationalism since 1780. Program, Myth, Reality, Cambridge 1990, s. 22.
5 E. Gellner, Nations and Nationalism, dz. cyt., s. 46.
6 R. Bendix, Nowe spojrzenie na tradycję i nowoczesność, tłum. U. Niklas, w: Tradycja i nowoczesność, red. J. Kurczewska, J. Szacki, Warszawa 1984, s. 144-146.
7 E. Hobsbawm, Nations and Nationalism since 1780, dz. cyt., s. 73.
8 Z. Mikołejko, Mity tradycjonalizmu integralnego. Julius Evola i kultura religijno-filozoficzna prawicy, Warszawa 1998, s. 24.
9 K. Marks, Zarys krytyki ekonomii politycznej, tłum. J. Kamieniecki, J. Maciejczyk, S. Opara, w: K. Marks, F. Engels, Dzieła wybrane, t. 2, Warszawa 1981, s. 114-115.
13 J.T. Hryniewicz, Polityczny i kulturowy kontekst rozwoju gospodarczego, Warszawa 2004, s. 192.