Wojny niebieskie W środku najbrutalniejszego gangu kiboli - Marcin Pietraszewski

Kup ebooka

41.99 zł
37.79 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dopadamy Dariusza na Królowej Jadwigi. Musiał się o coś potknąć, bo upadł. I już nie wstanie. Spadają na niego ciosy pięści i pałki. Kopniaki gdzie się da, po całym ciele. Próbuje się zasłaniać rękami, to go pałą w te łapy. Już się ledwo rusza, jeden z nas skacze mu na głowę, żeby doprawić. Załatwiony.

 

Nagranie z monitoringu przedstawiające atak psychofansów na kibola Górnika Zabrze.

 
 
Rozdział 1.ŚMIERĆ ZA ŚMIERĆ
 
 
 

Moja dzielnica to haziel. Rzędy budynków z poczerniałej cegły, szare podwórka, połamane ławki, wydeptana trawa i rdza. Kamienica to familok, podwórko to plac, dziecko to bajtel, a haziel to ubikacja. Jedzie gównem.

W mojej dzielnicy chleje się z plastikowych kubków w bramie familoka albo prosto z gwinta na skwerze obsranym przez psy.

Moja dzielnica mogłaby żyć, ale jakoś nie potrafi. Zdechła razem z kopalniami, hutami i fabrykami. Nasi ojcowie przestali być dla nas bogami. Zobaczyliśmy, że są słabi, bezradni jak dzieci i nic nie potrafią nam już dać. Nasze matki to sprzątaczki, sklepowe, barmanki, woźne i salowe. Szyją po nocach. Chowają naszym ojcom butelki z wódą albo piją razem z nimi.

W mojej dzielnicy nie usłyszysz słów: nadzieja, sukces i przyszłość. Tu się żyje tu i teraz. Co będzie, tego nikt nie wie. Tu i teraz można dostać w mordę. Albo kroisz, albo jesteś krojony - innego wyjścia nie ma.

W mojej dzielnicy liczy się wybite witryny w sklepach. Wszędzie świeży kit i nowe, stalowe kraty. Kradzież to nie wstyd. Każdy coś ukradł i jeszcze ukradnie. Bo wszyscy to robią, a najczęściej ci, co dużo mają. Gdzieś tam, na szczycie, jumają miliony. W mojej dzielnicy chodzi o to, żeby zajebać browara ze sklepu. Żaden grzech.

Nie bieda jest najgorsza, ale nuda. Jak się nic nie dzieje, nie ma o czym gadać. No to idziemy w dzielnicę i wybijamy szyby w sklepach. Robimy hałas, żeby ktoś zadzwonił po psy. Suki jadą, a my już w innym miejscu kroimy sklep po cichu.

Albo wskakujemy do tramwaju i robimy bydło. Wrzeszczymy, wieszamy się na rurkach, skaczemy po siedzeniach. Ludzie sztywni ze strachu, jest co wspominać. Albo robimy karuzelę. Trzeba znaleźć pijanego gościa. Jeden z nas łapie go z tyłu za kurtkę i robi mu karuzelę. Jak padnie, zaczynamy go kopać. Zanim się frajer pozbiera, już nie ma portfela.

W mojej dzielnicy babki siedzą w oknach. Wykładają poduszki na parapetach i opierają na nich swoje wielkie cyce. - Kto was tak wychował, chachary? - pytają.

Durne babsztyle. Wychowujemy się sami. Wystarczy kilku chłopaków z sąsiednich familoków, którzy trzymają ze sobą. To już ekipa, a takich sporo. Ekipy się znają, chodzimy do tych samych szkół, gramy na tych samych boiskach, przesiadujemy na ulicach i na klatkach schodowych. Każdy z nas ma za plecami całą watahę. Siadamy codziennie i gadamy. Jak się gada, to się zabija nudę.

W mojej dzielnicy nie ma imion. Kumple to Bolo, Siwy, Gruby, Mocny, Małpka, Kozioł, Kizia, Fuks... Wkurwiają nas ci, którzy coś mają. Bo my nie mamy markowych ciuchów, butów i najnowszych telefonów. Podeszłoby się do takiego, co ma, i trzasnęło w pysk. Musiałby ściągać. Frajer, kurew, banan, ciul.

W mojej dzielnicy o niczym się nie marzy, może tylko o piłce. Nasz klub, nasza drużyna, której kibicujemy, pod jej barwami się zbieramy. Jest ukochana drużyna i nie ma lepszej. Drużyna to świętość, jak ołtarz w kościele.

W mojej dzielnicy szalik też święty. Kosztuje z dychę, ale nie ma wyjścia. Cała ekipa nosi szaliki i ty też musisz. Wcześnie zaczynasz chodzić na mecze, najpierw na swój stadion, potem starsi kibole zabierają cię na wyjazdy. Potem odkrywasz hierarchię - wiesz, kto rządzi, i się pilnujesz. Widzisz, że stać go na ciuchy, na telefon, na furę. I też tak chcesz. Jeździć na mecze, robić akcje, kroić przeciwnikom flagi, szale, transparenty, a potem palić je na trybunach, chować w domach, prowokować, ganiać się z policją.

W mojej dzielnicy suki policjantów nawołują się kogutami. Tutaj na murach CHWDP!

Jebać policję! Policja to najgorsze kurwy, czepiają się wszystkiego. Nie powiedzą normalnie, tylko od razu chwytają za pały.

- No i co? - pytają.

- No i gówno.

O psach rymujemy:

 

Urodził się w tramwaju, przyciśnięty drzwiami,

mózg został w kasowniku razem z biletami.

Matka się otruła, ojciec się powiesił,

kiedy zobaczyli, co to za imbecyl (...)

gdy go zobaczycie, weźcie go na buty.

 

Jest kosa z psami. Zgody nigdy nie będzie, policja może nam skoczyć. Kibic drużyny z sąsiedniego miasta to też wróg. Kurwa, szmata, lachociąg. Biją naszych, trzeba się odwinąć. I nie ma, kurwa, żartów. Krzywda rodzi krzywdę, tej spirali nie da się wyprostować.

No bo jak? Siniak za siniak, kopniak za kopniak, ząb za ząb, śmierć za śmierć. To będzie przechodzić z pokolenia na pokolenie.

Wszędzie tak samo. Cwajka w Chorzowie, Bobrek w Bytomiu, Zandka w Zabrzu, Lipiny w Świętochłowicach.

Moja dzielnica jest przejebana. I ja mam przejebane. I my wszyscy chyba też.

24 października 2017

- Zajebiemy cię!

- No bez żartów. Za-je-bie-my!

Adrenalina taka, że nawet nie kumam do końca, co się dzieje.

Ale po kolei. Jesteśmy w Rudzie Śląskiej, familoki przy ulicy Królowej Jadwigi. My, chłopaki z Ruchu, na terenie Górnika Zabrze. Przyjechaliśmy w kilka aut. Mamy zamalować żabolskie symbole. W bagażnikach, oprócz farb i pędzli, maczety, metalowe pałki, kije bejsbolowe. Na wszelki wypadek.

Miało nikogo nie być. Mamy własny wywiad, jak MI6 albo Mosad. Nawet lepszy. Włamujemy się w internecie na konta przywódców innych grup kibolskich na Śląsku, montujemy im pod samochodami nadajniki GPS. Wiemy, o czym gadają, gdzie mieszkają, gdzie pracują, do jakich przedszkoli odwożą dzieci, jak nazywają się ich dziewczyny, żony i kochanki. I w których knajpach spotykają się przed meczami.

Wywiad to podstawa. Chłopaki wiedzą wszystko.

I nagle on. Kurwa, kto uwierzy? Że on jeździ tutaj, gdzie my malujemy? Że będzie sam. Że wpadnie nam w ręce. Właśnie on? Taka szycha!

Dariusz, jebany kibolski ważniak z Górnika Zabrze.

Między familokami jego audi. Jedzie wolno, na pewno nie wie, że my tu jesteśmy. Kilkunastu chłopa z niebieskich. Z którymi Górnik ma kosę.

Do aut i kurwa za nim!

Jeździmy między budynkami, kaj on jest?! Chyba go zgubiliśmy. Pierdolić go, trudno.

I nagle wyjeżdża z bocznej uliczki, wprost na nasz wóz.

A my trzymamy metalowe pałki i bejsbole. I już wiemy, że go mamy.

Jeszcze próbuje wrzucić wsteczny, ale ma chyba uszkodzoną skrzynię biegów. On też już wie, że jest nasz. Ale otwiera drzwi auta i zaczyna biec. Wyskakujemy i biegiem za nim. Kilku naszych zatrzymuje się przy audi, wybijają szyby, tłuką reflektory. Reszta jak w amoku, jak psy gończe.

Dopadamy go na Królowej Jadwigi. Musiał się o coś potknąć, bo upadł. I już nie wstanie. Spadają na niego ciosy pięści i pałki. Kopniaki gdzie się da, po całym ciele. Próbuje się zasłaniać rękami, to go pałą w te łapy. Już się ledwo rusza, jeden z nas skacze mu na głowę, żeby doprawić.

- Załatwiony - słyszymy. Znak do odwrotu. Ile to mogło wszystko trwać? Osiemnaście sekund?

Ładujemy się do wozów, jedziemy ulicą Królowej Jadwigi. Wciąż tam leży, nawet nie drgnie, wygląda, jakby już nie żył. I chuj. Czym się przejmować?

Wiadomo, że w pościg za nami ruszą najpierw psy z Rudy Śląskiej. Więc my, dla zmyłki, kierunek Bytom.

Na Królowej Jadwigi leży szycha z Torcidy. Warto to uczcić hot dogami na stacji benzynowej. Z ostrą musztardą i sosem tysiąca wysp.

26 października 2017

Wszyscy już wiedzą, internety prześcigają się w szczegółach.

Podobno widziała nas ekspedientka ze spożywczego. Liczyła towar na zapleczu. Zeznała, że od niechcenia spojrzała na obraz z kamer monitoringu i gapiła się w ekran bez słowa, jakby zamrożona. Gdy odjechaliśmy, wezwała pogotowie.

Zeznała psom, że jeden z nas kopał leżącego po głowie tak wściekle, że pozostali musieli go odciągnąć. Ja tego nie pamiętam, bo to były sekundy.

Podobno jak przyjechało pogotowie, on już nie oddychał, nie można było wyczuć tętna, ale ratownicy sprawili, że jego serce znów zaczęło bić. Zapakowali go nieprzytomnego do karetki i pędem do szpitala. Po drodze musieli go reanimować po raz drugi. Aż dojechali do szpitala w Blachowni. To koło Częstochowy.

31 października 2017

Szok. On nie żyje. Nie odzyskał przytomności w tej Blachowni. Podobno w akcie zgonu lekarz napisał: "uszkodzenie pnia mózgu".

Lekka załamka. Chcieliśmy pobić, nastraszyć, dać nauczkę, poniżyć, pokazać, kto rządzi. Ale nie zabić.

I co teraz? Będą kłopoty? Policja się będzie dopierdalać? A może - jak mówią nasi - sprawa rozejdzie się po kościach, jak ze wszystkim, co do tej pory robiliśmy?

A jak nie?

W sumie on z Torcidy, więc mu się należało.

Torcida. Kibole Górnika Zabrze. Dwa uczucia - nienawiść i zemsta. A ten Darek? Notowany za atak na Cyganów, za udział w chuligańskim zbiegowisku, za handel dopalaczami. Ale nie obijał się na siłce. I charakterny, nigdy nie gadał z policją. Był na każdym meczu Górnika Zabrze. Kozak.

Nie spodziewał się nas. Odwoził swoją dziewczynę do Rudy Śląskiej. A miasto jest podzielone pomiędzy Górnika Zabrze i Ruch Chorzów. Każdy może zobaczyć, gdzie kto rządzi, choćby na murach budynków - symbole klubów to granice wpływów. Noszenie emblematów swojej drużyny jest ryzykowne, można dostać po ryju. Pokrzywdzeni tracą szaliki, koszulki, bluzy. Wybitych zębów nikt nie liczy.

Ale Królowej Jadwigi to teren żaboli.

Na zamkniętym forum kibicowskim ktoś wpisuje: "Przed laty w podobny sposób zajebaliście nam Remika. Rachunki wyrównane".

I dobrze. Kibolska Polska musi wiedzieć, że Darka zajebali kibole Ruchu Chorzów.

1 listopada 2017

O Remiku pamiętamy, to nasza legenda. Na jego grobie zawsze stoją setki zniczy. To od niego zaczęła się święta wojna między niebieskimi i żabolami.

Sobota przed Zielonymi Świątkami, 17 maja 1997 roku. W śląskich wsiach i miasteczkach płoną ogniska. Na granicy Radlina i rybnickiej dzielnicy Niedobczyce też. Po jednej stronie asfaltowej drogi ognisko rozpalają nasi, z Ruchu Chorzów, po drugiej szalikowcy Górnika Zabrze. Wszyscy mieszkają na osiedlu Wrębowa w Niedobczycach.

Zapach smażonej kiełbasy, żarty, śmiechy, dużo piwa. Zaczynają żabole, na cały głos, po polach niesie się przyśpiewka: "Zawsze i wszędzie Ruch Chorzów jebany będzie".

Nasi nie gorsi. Drą się jeszcze głośniej: "Ruch, Ruch, HKS! Pierdolę cię, zabrzański psie!". Niedziela, ogniska, kiełbasy, a jest prawie jak na stadionie. Eskalacja.

Tamci wrzeszczą: - Konfidenci!

My odpowiadamy: - Pedały! Pedały!

I ruszamy na te kurwy.

Żabole uciekają, ale szybko się ogarniają. Demolują szkolne boisko, wyrywają deski z ławek, łapią jakieś kije. Ktoś wrzeszczy, że leci do domu po nunczako. Nie zostawią tak tego, muszą się odegrać, uzbrojeni wracają w pobliże asfaltowej drogi. Nasze ognisko już dogasa, siedzi przy nim tylko czterech chłopaków. Dwóch naszych na widok kiboli Torcidy ucieka ulicą w kierunku baru Edyta. Pozostała dwójka, Krzysiek i Remik, rusza w stronę pobliskiej skarpy. Żabole za nimi.

Krzysiek ma szczęście: przewrócili go na ziemię, dostał po plecach, nogach, jeden cios w kark. Kiedy się ocknął, nikogo już nie było. Uciekł do domu.

Remigiusz, jego bliski kumpel, miał 19 lat. Uczeń maturalnej klasy w Zespole Szkół Mechanicznych w Rybniku. Za cztery dni miał mieć ostatni egzamin, z historii, ale nie wrócił do domu z ogniska. Nad ranem ktoś znalazł jego ciało w głębokiej trawie w pobliżu skarpy. Remik miał rozbitą głowę. Obok niego leżało 12 zakrwawionych drewnianych pałek.

Na pogrzeb Remika przyjechało ponad tysiąc kiboli. Policja obstawiła trasę konduktu, sklepikarzom i restauratorom radzili pozamykać lokale.

Prosto z cmentarza w niebieskich szalikach Ruchu Chorzów poszliśmy na miejsce, gdzie żabole dopadli Remika. Ustawiliśmy tam krzyż, a na nim napis: "Zło dobrem zwyciężaj". Odśpiewaliśmy klubowy hymn, zapaliliśmy znicze.

A te kurwy z Torcidy krzyczały z bloków na osiedlu Wrębowa: - Jeden do zera dla Górnika!

Jakbyśmy tam wpadli, poleciałyby wszystkie szyby w oknach, ale policja ustawia szczelny kordon.

Psy złapały tych, co zajebali nam Remika. Ten, co zadał najwięcej ciosów, posiedział sześć lat. Inni po cztery, pięć. Reszta dostała zawiasy. Parę lat za śmierć!

A te kurwy żabolskie dzwonią w nocy do macochy Remika i skandują do słuchawki: "Jeden zero dla Górnika. Wy nie macie Remika". Czasem ktoś powie: "Górnik żyje, Remik gnije".

A my? Co roku organizujemy w Radlinie halowy turniej piłkarski, tak czcimy pamięć Remika. Na ścianie pawilonu handlowego obok hali sportowej wieszamy napis: "Bóg wybaczy - my nigdy. Remi, nie zapomnimy".

Jest nienawiść, jest kosa.

2 listopada 2017

Na skarpie, gdzie zginął Remik, stoją dwa krzyże. Jeden duży, ten nasz. Drugi mały, na polu, gdzie znaleziono zwłoki. Ktoś napisał palcem na śniegu: "Niebiescy to chuje".

My!?

10 sierpnia 2002 roku dochodzi do starcia na ulicy Różańskiego w Zabrzu, na terenie żaboli. My i oni. Najpierw petardy, jak przygotowanie artyleryjskie. My w nich, oni w nas. Jeden z ładunków, wzmocniony śrubami, eksploduje na kroczu Rajmunda z Rudy Śląskiej. Chłopak ma tylko 16 lat. Umiera w szpitalu. Na ścianach kamienic w wielu śląskich miastach obiecujemy farbą: "Rajmunda pomścimy".

Na pogrzebie tłum. Niektórzy z naszych założyli koszulki z napisem "Chuliganeria". Ksiądz prosi nad grobem: "W imieniu Rajmunda proszę was o miłosierdzie. Nie dajcie się sprowokować i nie pozwólcie, aby zapanowało zło, nie kierujcie się zasadą oko za oko".

Ktoś z naszych apeluje na stronie internetowej "Niebieskich", żeby po pogrzebie Rajmunda nie brać odwetu na kibicach Górnika Zabrze, bo "śmierć jakiegoś żabola nic już nie zmieni".

Ten apel to dla picu, chuj z tym. Już w drodze na cmentarz atakujemy ekipę jakiejś telewizji. Na kimś zemścić się trzeba. Rozbijamy im kamerę, podobno kurewsko drogą, ale to za mało.

- Rachunki trzeba wyrównać. Zabrze ma spłynąć krwią. Jeżeli nie dzisiaj, to wkrótce - taką przysięgę składamy nad trumną Rajmunda i przykrywamy ją niebieskimi szalikami.

Wyrównamy rachunki. Cierpliwości.

3 listopada 2017

Ktoś puszcza plotkę, że załatwiliśmy Darka maczetami. Co za zniewaga! Było dziesięciu chopa na jednego, maczety nie były nam potrzebne. To by było niehonorowe, tak robią ino pizdy! Ktoś chce nas zhańbić, wiadomo. Musimy udowodnić, że nie było maczet, ale jak?

Wydać oświadczenie? Kibole innych drużyn umrą ze śmiechu.

Zwołać konferencję prasową? Policja ino na to czeka.

Nasz wywiad zdobywa kopię nagrania z zabójstwa Darka. Z kamery tego sklepu spożywczego, przed którym go zatłukliśmy.

Nagranie zaczyna się 17 sekund po godzinie 22.15. Widać uciekającego Darka, pięć sekund później upada. Nie widać naszych twarzy, bo wszyscy mamy na głowach kaptury.

Nasi przekazują nagranie kibolom GKS-u Katowice, którzy mają sztamę z Górnikiem. Torcida ogląda film, ale plotki o maczetach nie odwołuje. Za to wszyscy rozkminiają na forach, czy to było zabójstwo honorowe? I czy aby nie przesadziliśmy?

Nożeż kurwa! A co masz powiedzieć, jak czytasz: "Przecież ten kop w tył głowy praktycznie zabił. No cud, że on w ogóle przeżył te kilka dni. Jesteście zwykłymi kurwami. Czołówka polskiej chuliganerii, a musi katować człowieka już nieprzytomnego. Jebać Was".

No to dajemy odpór. Odpowiadamy - każdy, jak umie: "Nie bądź taki kozak. Torcida parę lat temu mnie na ogródkach w centrum Piekar tak samo przekopała. Na spokojnie było was wtedy ponad 10 chłopa. We 4 nie potrafiliście se poradzic z 2 typami z Ruchu to po kolegów dzwoniliście. Ot taka ciekawostka odnośnie przewagi liczebnej".

Albo tak: "Nie była to żadna ekzekuzja, jak żeście tu jebane downy żabskie pisali. Przekopa i stało się jak się stało. Robił to samo w drugą stronę".

A oni swoje: "Od kiedy do przekopki używa się pałki/pręta? Od kiedy w takich sytuacjach skacze się nieprzytomnemu po głowie? Jesteś totalnym debilem i wielki huj ci do ryja!".

No to my: "Zamknijcie ryje gimbusy, bo chuja wiecie co się działo i nadal dzieje po tej śmierci".

A oni: "Jak widać bronią tutaj swoich sami kibice Ruchu bo każdy racjonalnie myślący widzi film i widzi, że to jest napaść z zamiarem zabicia. Wystarczy zobaczyć co robi to najbliżej jego głowy. To zwykły morderca, który wiedział co robi. Poza tym na fonie widać jak jest bity jakąś pałką i nożem więc to już nie jest żadna przekopka. Zabiliście z premedytacją, a udawanie, że tak nie było pokazuje że jesteście pokroju tych morderców, niczym się nie różnicie. Gardzę wami".

I jeszcze to: "Już widzę jakby tak Górnik wam chłopaka zajebał co byście pisali. Nie macie kurwy niebieskie honoru, żeby przynajmniej napisać, że zajebaliście chłopaka w kompletnie frajerski sposób. Mam nadzieję, że koleżkę z pałką i tego następnego bohatera kopiącego w twarz nieprzytomnego spotka karma i to szybko. Chuj mnie obchodzi czy zrobi to Górnik, wkurwiony sąsiad, taksówkarz czy boy hotelowy kiedy frajer pojedzie na wakacje do Bułgarii".

Po jakąś cholerę w dyskusję włącza się Grażyna Dziedzic, prezydent Rudy Śląskiej. I wypisuje, że Darek musiał być kibolem, i to "bardzo agresywnym", i to "nie z naszego miasta". A w następnym poście dodaje, że: "zginął młody człowiek, a mógł żyć... czemu zginął?! Czy czasem nie było w tym porachunków?".

Jej wpis podgrzewa żaboli. Jadą z nią ostro.

"Jedziemy kurwo po Ciebie"; "ChoRzowska kurwa do gazu"; "Żeby francę tramwaj przejechał"; "Jak tylko przekroczy rude sl to załadować jej rakietę w dupsko"; "Gdyby to się stało mojemu dziecku to osobiście kurwo bym Cię zajebał i twój kurwo łeb wrzucił bym na pożarcie psom w schronisku w Rudzie".

A ona musi się wystraszyć, bo próbuje łagodzić, że "jej komentarz był niefortunny", że "w Rudzie Śląskiej mieszkają kibice zarówno Górnika, jak i Ruchu, i obu grupom jestem tak samo przychylna. Nie mogę jednak tolerować aktów przemocy czy wandalizmu szerzonych pod płaszczykiem sympatii do którejś z drużyn. Śmierć tego mężczyzny wywołała w mieście napięcie, wiem, że teraz jedni kibice polują na drugich. To nie jest normalne i rodzi zagrożenia dla mieszkańców".

A potem prosi policję, żeby patrolowała przed jej domem.

5 listopada 2017

Mieli rację ci, który mówili, że psy nam nie darują. Nasz wywiad donosi, że do Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach oraz Centralnego Biura Śledczego Policji listonosz miał przynieść dwie duże koperty. Na każdej nagłówek: "Historia, działania, cele oraz ludzie gangu Psycho Fans - zorganizowanej międzynarodowej grupy przestępczej wywodzącej się ze środowiska pseudokibiców Ruchu Chorzów". Podobno miały być tam nasze nazwiska. Lista wszystkich, którzy brali udział w obławie na Darka.

Kurwa! Czy to prawda?

A co na to Baluś? Szef wywiadu naszej grupy, numer cztery w hierarchii. Musi coś wiedzieć. I musi coś zrobić, przecież też brał w tym udział. Jeśli jest jakaś lista, jego nazwisko też jest na niej zapisane.

7 grudnia 2017

Szkoda ojca tego Darka. Film z naszej akcji krąży po internecie.

- Widziałem, jak mordują mojego syna. Do dziś żałuję, że to zobaczyłem - mówi.

Lekki kwas. Gadamy z chłopakami.

Ale w sumie to można podciągnąć pod wypadek.

Nie chcieliśmy zabić, sam wpadł nam w ręce.

Żabole zaczęli tę wojnę, a na wojnie są ofiary.

Jednak śmierć - czy to nie za duża kara? Taka nieodwracalna.

Bo w sumie to nie Dariusz zabił Remika.

Ale jednak żabol.

Kodeks mówi, żeby okiem za oko, a zębem za ząb.

I śmiercią za śmierć.

Zemsta jest ważna.

I nie ma co żałować.

Stało się i się nie odstanie.

Postąpiliśmy jak należy. Honorowo. Godnie.

Sumienia mamy czyste.

Zajebiście jest, jak za dzieciaka przed pierwszą spowiedzią w konfesjonale. Wchodzisz do kościoła brudny, a wychodzisz rozgrzeszony.

Mieszkam w Lipinach, dzielnicy Świętochłowic. Trójkąt bermudzki pomiędzy Chropaczowem, Piaśnikami a Godulą. Na jednym kilometrze kwadratowym 4560 osób - większe zagęszczenie niż w Berlinie czy Budapeszcie. Za komuny dzielnica robotnicza, ale od kilku lat jest już nowa Polska i przestępczość rośnie. Z biedy, bo ludzie muszą jeść.

 
 
Rozdział 2. ŻEBYŚ MI NIE BYŁ TAKI JAK ONI
 
 
 

Trzeba mieć szalik. Szalik jest jak paszport, jak dowód, jak przepustka. Mówi, kim jesteś, skąd i za kim stoisz.

Nasze matki nie chcą już słuchać naszych próśb i błagań o szaliki. Chcą kupować ciepłe, w kratkę. Proponują, że same nam zrobią na drutach, wełniane. Ale my nie chcemy takich szalików. Chcemy szalików niebieskich. Naszych.

Więc błagamy matki o kasę, aż się łamią i dają. A my zaraz na stadion, do klubowego sklepu. I wreszcie mamy. Czujemy się dobrze i spokojnie. Możemy obwieścić: jesteśmy razem, jesteśmy niebiescy, jesteśmy gotowi.

Tak trzeba.

Bo kim jesteś bez szalika? Jesteś nikim. Bezklubowcem. Szalika trzeba bronić. Szalik to świętość, jest jak stuła u księdza. Kto oddaje szalik, okrywa się hańbą. Tylko cipy tracą szaliki. Silni zdobywają trofea przeciwników. Krojenie - tak to się nazywa.

Ale są i pizdy, co się uważają za spryciarzy i chowają szaliki w rękawach kurtek. Ciężko takich skroić, bo jak poznać gościa bez barw? Tchórzostwo i brak honoru.

Dorwali nasi cipiarza z GKS-u. Gówniak, miał może piętnaście lat, ale szalik nosił w rękawie kurtki. Spuścili mu taki wpierdol, że ledwo przeżył.

A jego matka? Dała mu na ten żółto-zielono-czarny szalik. I zdziwiona, gdy się okazało, że nie nosił go na szyi, tylko w rękawie kurtki.

- I co, w środku zimy chodził z gołą szyją? - zapytała odklejona od rzeczywistości, pełna tej matczynej naiwności.

Ale przecież wiedziała. Wiedziała, dlaczego niemal zginął. I my wiedzieliśmy, że gdyby nosił ten szalik z dumą, to byłoby jedno kopnięcie mniej, może nie w głowę, może kość by nie pękła, żebro płuca nie przebiło, krew się do środka nie wylała? Ale wygrała pogarda dla gówniaka, który się bał nosić własne barwy.

Bo szalik trzeba nosić z dumą, nie wolno się z nim kryć. To byłoby tak, jakbyś się wyparł zasad, jakbyś był Judaszem. A wiadomo, jak gościu skończył.

Szal nosiłem kilka tygodni. Szeroki, miękki, niebieski, własny. Aż stanęli przede mną dwaj wyrośnięci troglodyci z ósmej klasy. Pierdolone żabole. Dali strzał w ryja, a potem kopa w dupę. I rechotali, że spalą szal podczas najbliższego meczu. Niedoczekanie.

Dziewczyny znają jednego z nich. Mieszka na sąsiednim osiedlu. W takim niskim bloku, środkowa klatka, drugie piętro. Razem z chłopakami czekam na niego. Żarówka przy wejściu wykręcona. W rękach kije. Jak ja go, kurwa, nienawidzę.

Jesień 1994

Jestem szczylem, chodzę do podstawówki. Mieszkam w Lipinach, dzielnicy Świętochłowic. Trójkąt bermudzki pomiędzy Chropaczowem, Piaśnikami a Godulą. Na jednym kilometrze kwadratowym 4560 osób - większe zagęszczenie niż w Berlinie czy Budapeszcie. Za komuny dzielnica robotnicza, ale od kilku lat jest już nowa Polska i przestępczość rośnie.

Z biedy, bo ludzie muszą jeść. W Lipinach mówi się, że są dwa rodzaje psów - szybkie i smaczne. W poniedziałek mój sąsiad obciął psu ogon, bo chciał, żeby wyglądał jak doberman. We wtorek poderżnął mu gardło. Zwłoki włożył do reklamówki i powiesił na drzwiach. Jak wyciekła krew, zjadł z apetytem.

Chciałbyś tam mieszkać? Ja nie miałem wyboru. Nie znałem innego miejsca.

Ojciec bez roboty, odkąd zamknęli jego zakład. Matka musiała szukać zajęcia, zaczęła sprzątać w szkole. Dwie siostry, ja i pies. Wszyscy razem w dwupokojowym mieszkaniu. Nie ma co narzekać, u nas codziennie jest zupa. Drugie danie tylko w niedziele.

Taki Baluś, mój kumpel z ekipy, ma gorzej. Matka o nim nie pamięta. Woła "mamo", a ona odpowiada "wypierdalaj". Stara nienawidzi, gdy odrywa się ją od kieliszka. I od kolegów, którzy zapewniają tanie wino.

Jego ojciec? Jak jeszcze pracował w kopalni Polska-Wirek, był nawet w porządku. Oczywiście pod warunkiem, że był trzeźwy. Potem rząd ogłosił reformę górnictwa. Kopalnie są nierentowne, trzeba zmniejszyć zatrudnienie. Ci, którzy dobrowolnie odejdą, dostaną odprawy, po 44 tysiące złotych na łapę. Warunek: już nigdy nie mogą zjechać pod ziemię. Zanim program wszedł w życie, ojciec Balusia miał wypadek na kopalni. Zamiast odprawy dostał rentę. Ochłap.

Ci, którzy odeszli z kopalń, zaczęli wariować. Kupili lanosy, wymienili telewizory, wyremontowali altany na działkach - a potem z nudów zaczęli pić. Stary Balusia z nimi, za ich kasę. Podobno potem miał sprawę, bo po pijaku molestował czternastoletnią dziewczynę z sąsiedztwa. Miał na dzielni przejebane.

Jak żyć z takimi starymi?

Baluś miał dwóch braci i dwie siostry. Zabrali ich do domu dziecka i rodzin zastępczych. Najmłodsza miała najwięcej szczęścia, znalazła nowych rodziców i teraz mieszka w Anglii. Baluś wylądował u babci w Lipinach. Była dla niego jak mama.

Ale życie w tej dzielni jest chore. Rozboje, pobicia, włamania do piwnic, znęcanie się nad rodziną, zabójstwa. 40 procent gnojków to dzieci panieńskie. Ludzie dzielą się na tych, którzy nie mogą znaleźć roboty, i na tych, którzy wcale jej nie szukają. Na 6 tysięcy mieszkańców połowa korzysta z pomocy społecznej.

W Lipinach na nocne sklepy mówi się "bankomaty", bo tam najłatwiej trafić kogoś z forsą. Kto ma smak na wódkę, cierpliwie czeka tam na ofiarę. Nie darują nawet inwalidzie. Kilka dni temu grupa gnojków napadła na faceta, co jeździł na wózku. Potem ukradli kurtkę rówieśnikowi. Na koniec włamali się do restauracji. Potem dorwały ich psy, ale tylko dlatego, że gówniarze schlali się do nieprzytomności.

Nawet ksiądz z parafii Świętego Augustyna nie może się czuć bezpiecznie. Ogląda telewizję, nagle ma śnieg na ekranie. Stuka, puka w obudowę - nic nie pomaga. Rano wiadomo - ktoś ukradł z probostwa antenę satelitarną.

I jeszcze policja zamyka komisariat w Lipinach. Taki rozkaz przyszedł z góry. Z trzydziestu policjantów połowę przenoszą do komendy w centrum miasta. Reszta, zniechęcona, odchodzi na emerytury. Na murze komisariatu ktoś maluje zamaszyste pożegnanie: "Wypierdalać". Obok duża litera R. Lipiny, jak Ruda Śląska, są podzielone. Jedni kibicują Ruchowi, drudzy Górnikowi.

Październik 1997

Ale to była napierdalanka! Trzydziestu chłopa wpadło na Chorzowskiej między familoki, w których mieszkali żabole. Nie było zmiłuj. Kop w jaja, z piąchy w ryja i potem jeszcze kop, piącha, i jeszcze raz kop. Aż żabol padł lub skrewił.

To lepsze niż kino. W dodatku za darmo.

Ktoś nie wytrzymał, zadzwonił po psiarnię. Pały przyjechały po kilku minutach. - Proszę się rozejść - prosił przez megafon jakiś mundurowy. - Proszę się rozejść - piszczał do tuby, ale nikt go nie słuchał. Kurwa, co za żenada.

Chłopaki nie napierdalały się już między sobą, tylko z policją. Latała kostka brukowa, kosze na śmieci. Psiarnia odpowiedziała gumowymi pociskami.

Zawsze i wszędzie policja jebana będzie!

Matka postanowiła przeprowadzić ze mną poważną rozmowę. - Żebyś mi nie był taki jak oni. Ty się ucz, żebyś mi wyszedł na ludzi - nakazała.

Ale buda jest nudna. Mnożenie, potęgi, ortografia, analiza wiersza, gramatyka, wzór na przyspieszenie, wyżyny, niziny, rzeki, nuty, jakieś pantofelki. Na chuj to komu?

Zajęcia techniczne są okej, bo można się pobawić wiertarką. Wszyscy czekamy na wuef. Na każdej lekcji gramy w bal, każdy chce być jak Mariusz Śrutwa, Krzysiu Bizacki, Damian Gorawski, Łukasz Surma albo Marek Wleciałowski. Bo Ruch ma zajebistą drużynę. Na szkolnym boisku nie ma spalonych, nikt nie gwiżdże fauli. Nie ma sędziego - jak coś się nie podoba, to w ryj. Jedno bez zmian: na bramce zawsze stoi gruby. Może być jak Marek Matuszek.

Baluś to największy wariat wśród nas. Jego przezwisko nie wzięło się z powietrza. Za balą goni na przerwach, opuszcza dla niej lekcje, harata też po szkole. Przyjdziesz na boisko, zawsze spotkasz Balusia. Nie dziwię się, bo co niby Baluś ma robić? Nie ma podręczników, starzy mu nie kupili. Jak nauczyciel prosi, żeby przeczytał coś z książki, to kłamie, że zapomniał ją przynieść. Ma dwa zeszyty do wszystkich przedmiotów, jedną parę skarpetek i ciuchy z lumpeksu.

Na przerwach nic nie je, bo nie ma kanapek, tylko gapi się po kumplach, co jedzą.

- Chcesz gryza?

- Niy chca!

Taki honorowy. Na jego miejscu też bym się wstydził chodzić do budy.

Po szkole ciągle lata na tory. Razem z kumplami napadają na pociągi. Gdy na torach leży powalone drzewo albo kilka podkładów, maszynista już wie, co się szykuje, ale musi zwolnić, żeby przeszkodę przepchać. Co odważniejsi, młodzi i starsi, wskakują na sunące wolniej po torach wagony i zakręcają hamulce. Spod kół wydobywa się morze ognia, jakby paliła się setka sztucznych ogni. Pisk jest przy tym wykurwisty.

Baluś ma takie numery opanowane do perfekcji. Maszynista zamyka się w kabinie, wtedy można otwierać wagony i sruuu... tony węgla wysypują się na tory. Kto może, łopatami zrzuca go z nasypu, tłum pakuje czarne bryły do worków, do siatek i wózków. Trzeba się spieszyć, bo sokiści dostali szybkie samochody i noktowizory. Już się nie pierdolą, strzelają bez ostrzeżenia.

I tak rzadko nadążają, bo ludzie jak piranie - w kilka minut wybierają węgiel do ostatniego czarnego okruszka. Kradziony węgiel roznoszą po familokach. Płatność tylko gotówką. Dzieciaki też nie biorą cukierków za węgiel. Gotówka, kurwa! A potem hamburger i cola w McDonaldzie. Da się żyć.

Przed reformą górnictwa złodzieje napadali na Śląsku na pociągi z węglem średnio raz dziennie. Podobno teraz policja dostaje takich zgłoszeń 15-20 na dobę. Kogo złapią, prawie od razu wypuszczają, bo usypywanie węgla uważane jest za czyn "społecznie nisko szkodliwy". Klawo jak cholera.

A złodzieje są potrzebni, bez nich połowa dzielni trzęsłaby się z zimna. Większość z nich to byli górnicy, którzy odeszli z kopalń. Kradną, bo potrzebują pieniędzy na rachunki i lekarstwa dla dzieci. Przede wszystkim na chlanie.

Baluś kradnie na jedzenie.

Byłem kilka razy na torach. Za każdym razem wracałem posrany ze strachu.

Że sokiści zastrzelą,

że policja złapie,

że matka się dowie i kablem po dupie przeciągnie.

Może na wiosnę spróbuję czegoś innego. Jak się robi ciepło i węgiel nie ma wzięcia, chłopaki przerzucają się na Hutę Florian. Kradną złom i zwożą wózkami do punktu skupu. W nocy włamują się do skupu i zabierają, co sprzedali. Rano zawożą fanty do innego punktu. Potem też się tam włamią. I tak, kurwa, w koło Macieju.

Jeszcze nie mam odwagi na takie numery. Baluś to co innego.

Styczeń 1998

Matka świruje z tą szkołą. Ogląda zeszyty, pilnuje, żebym odrabiał zadania, każe chodzić na lekcje. Ale kartkówki, sprawdziany, odpytywanie nie mają znaczenia. Wszyscy żyją wielką bitwą.

No więc w sobotę nasi napierdalali się w Spodku z szalikowcami Gieksy, Górnika i Wisły Kraków. Podobno chłopaki z naszej szkoły też brały w tym udział. Raczej bujda, bo oglądałem migawki w telewizji i żadnego z nich nie widziałem.

Gerard Cieślik, legenda Ruchu Chorzów, przed kamerą potępia bitwę. "Za moich czasów kibice byli normalni. Dziś zachowują się jak zwierzęta" - mówi.

Dziadek, niy fulej. Przecież teraz szanuje nas cała kibicowska Polska!

Jedni się grzali, bo w Spodku miały zagrać drużyny Górnika Zabrze, Ruchu Chorzów, GKS-u Katowice, Odry Wodzisław, Wisły Kraków, Lecha Poznań i Rakowa Częstochowa. Liczyli na widowisko.

My się grzaliśmy, bo wiadomo, że Ruch z Górnikiem nigdy się nie zgodzi. Już my wam damy widowisko! Bydzie nawalanka. Na ostro! Policja też wiedziała. Mówiła organizatorom, żeby odwołali turniej. A oni, że nie, bo święto sportu, święto sportu...

Wszyscy podminowani, bo kilka dni wcześniej w Słupsku policjant pobił na śmierć kibica "Czarnych". Trzynastolatka. Przez dwa dni ludzie się tam napieprzali z policją na ulicach. Psy mają przesrane w całej Polsce, działają na ludzi jak płachta na byka. Może dlatego w Katowicach mundurowi trzymali się z boku, w hali porządku mieli pilnować ochroniarze z prywatnej firmy. Przed bramkami ostrzegali, że do środka nie wolno wnosić żadnych niebezpiecznych przedmiotów, a nawet owoców. Frajerzy - na stadion wnosimy, co chcemy. Spodek to małe piwo.

Zaiskrzyło już przed pierwszym gwizdkiem. Sektory obiegła informacja, że policja zabiła jadącego na turniej kibica. Okazało się, że to jakiś pijany gościu wpadł pod tramwaj - gościu gapa, ale tak czy siak wypada go pomścić.

Najpierw zaczynają się napierdalać kibice Górnika i Gieksy. Nasi szybko dołączają. W powietrzu latają przemycone kulki z łożysk, łańcuchy, krzesełka wyrwane z widowni. Przeciwników zrzucamy na niższe sektory. Kilku gości wyciąga noże i dźga nimi na oślep. Turniej przerwany.

Wracamy na sektory. Ale na chwilę, bo podczas trzeciego meczu bijatyka przenosi się także do holu. Kibice Górnika, Wisły, Gieksy i Ruchu napierdalają się wyrywanymi z opraw świetlówkami, jak w Gwiezdnych wojnach.

Piłkarze uciekają do szatni, ochrona znosi rannych do centrum prasowego. - Jakiś facet walił mnie tasakiem - płacze gostek z rozbitym łbem.

Piłkarze Lecha Poznań uciekają do autokaru, organizatorzy próbują zapanować nad tłumem. Zapraszają do rozmów przywódców naszych grup.

Żadnych rozmów. - Rozpierdolimy cały Spodek - grozimy.

Walki trwają prawie dwie godziny, potem do hali wkracza policja. Kończy zabawę.

Turniej wygrywa GKS Katowice, jest ponad stu rannych, 47 osób karetki rozwożą do szpitali. Ponad tysiąc krzesełek zniszczonych, wybitych 14 szyb. Jesteśmy jak huragan i nikt nic nam nie może zrobić. Psy zatrzymują tylko jednego z naszych. Złapali go, jak rzucał w psiarnię koszem na śmieci.

Reszta ma luz. W Spodku nie ma kamer, policja pokazuje pokrzywdzonym własne nagrania z ręcznych kamer wideo. Oczywiście, że nikogo nie rozpoznają. Wiadomo - psom się nie pomaga.

Chłopaki z naszej budy, które - jak zapewniają - też tam były, chodzą jak gwiazdy rocka. Cała szkoła patrzy na nich z podziwem. Też tak chcemy.

 

[...]

Redakcja: Paweł Goźliński, Jacek Świąder

Korekta: Teresa Kruszona

Projekt okładki: Tomek Majewski

Zdjęcia na okładce: BM (góra), Grzegorz Celejewski/Agencja Wyborcza.pl (dół)

Pozostałe zdjęcia: monitoring sklepu spożywczego przy ul. Królowej Jadwigi w Rudzie Ślaskiej s. 6, Grzegorz Celejewski/Agencja Wyborcza.pl s. 22, 92, 284, 296, 310, 344, Robert Krzanowski/Agencja Wyborcza.pl s. 34, Mateusz Jaźwiński/Agencja Wyborcza.pl s. 42, Maciej Jarzębiński/Agencja Wyborcza.pl s. 60, archiwum Gazety Wyborczej s. 70, 128 góra, 196, 232, 258, Dawid Chalimoniuk/Agencja Wyborcza.pl s. 78, Adrian Ślązok/REPORTER s. 98, Komenda Miejska Policji w Chorzowie s. 106, Renata Dąbrowska/Agencja Wyborcza.pl s. 116, Marcin Pietraszewski s. 128 dół, Catherine Ivill - AMA/Getty Images s. 140, Komenda Miejska Policji w Gdyni s. 148, materiały policji s. 164, Jakub Ociepa/Agencja Wyborcza.pl s. 184, Kuba Atys/Agencja Wyborcza.pl s. 216, Centralne Biuro Śledcze Policji s. 248, Jakub Orzechowski/Agencja Wyborcza.pl s. 330

Fotoedycja: Agnieszka Żelazko

Przygotowanie zdjęć do druku: Paweł Bajer

Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf

Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ? by Marcin Pietraszewski, 2024

Copyright for this edition ? by Agora SA, 2024

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2024

 

ISBN: 978-83-268-4477-5 (EPUB); 978-83-268-4477-5 (MOBI)

 
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej