Wolność urojona - Edward Strun

Reflow text when sidebars are open.
Dlaczego małpa ta
Nie mogła nadal tylko małpą pozostać?
Co sprawiło, że człowiekiem
Dumnie się nazwała?
I wyruszył ów człowiek w podróż daleką,
By odnaleźć samego siebie.
Lecz wnet drogę zgubił,
I zapomniał, czego miał szukać.
- Budzę się rano i od razu czuję, że jestem królową życia! Myślisz, że jestem wyjątkowa?! Lecz ty również możesz się tak czuć! Wystarczy jedna tabletka Mertix total humor plus podwójna dawka, a każda chwila przepełniona będzie szczęściem i radością!
Alan powoli otworzył oczy i spojrzał na zawieszony pod sufitem głośnik, z którego wydobywał się krzykliwy, pełen entuzjazmu głos. Jego świadomość przez parę sekund balansowała na granicy dwóch światów: jawy oraz snu. Wciąż widział obrazy, które podsuwał mu umysł. Były takie wyraźne, niemal żywe, prawdziwsze niż sypialnia i głośnik pod sufitem. Pamiętał dobrze każdy szczegół przerwanego przed momentem snu: stał na korytarzu pośród gwaru i zgiełku; ludzie wokół biegli gdzieś na oślep, trącając go barkami; ich twarze były bez wyrazu; oczy patrzyły w dal, w jakieś nieokreślone, odległe punkty. Kobiety i mężczyźni krzyczeli do siebie. Coraz głośniej i głośniej. Wrzawa, tumult, hałas. Alan zatkał uszy dłońmi, jednak to nie pomogło. Przez palce do umysłu wdzierały się tysiące ludzkich głosów i wierciły dziurę w czaszce.
I nagle wszyscy ci ludzie znikli, a on został sam. Ogarnął go strach. Rozglądał się nerwowo, biegał tam i z powrotem po pustych korytarzach, nawoływał, lecz odpowiadało mu tylko echo. Nigdzie nie było żywego ducha.
Wszyscy odeszli - pomyślał i poczuł ulgę.
Spacerował po tarasach widokowych, przechadzał się po pasażach i napawał się samotnością, chłonął ją, wciągał głęboko do płuc niczym świeże powietrze. Wytężał słuch, ale wokół słyszał tylko ciszę. Błogą, przepiękną ciszę.
- Mertix total humor plus podwójna dawka dostępny jest bez recepty w każdej aptece. Przed zażyciem jednak skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany może zagrażać twojemu życiu bądź zdrowiu.
Ostatnie zdanie wypowiedziane zostało z szybkością dorównującą serii z karabinu maszynowego. Alan już nie słuchał. Umysł po pierwszym szoku spowodowanym nagłym przerwaniem snu zaczął funkcjonować poprawnie i mężczyzna zorientował się, że jak co dzień powitał go obowiązkowy, poranny blok reklamowy.
- Ziomal, ale rurę dziś zarwałem! - Z głośnika zagrzmiał kolejny podniecony głos, tym razem męski. - Nie uwierzysz, ale tak się napaliła, że chciała od razu przejść do konkretu.
- Jasne, bujasz - odpowiedział z niedowierzaniem drugi głos.
- Nie bujam! Odkąd używam dezodorantu Prixon plus orzeźwienie morza, wszystkie laseczki są moje, a funfle mi zawiszczą.
Alan leżał na plecach w bezruchu, a jego oczy na powrót zaczęły się zamykać. Wtedy krzykliwe reklamy ucichły, a pomieszczenie wypełnił łagodny, pełen ciepła ton:
- Dzień dobry, Alanie. Wiem, że nie lubisz wcześnie wstawać i chciałbyś jeszcze trochę pospać, ale dochodzi dwadzieścia po siódmej. Chyba nie chcesz spóźnić się do pracy?
Słowa płynęły powoli z głośników. Były niczym anielska muzyka; niemal pieszczotliwie łechtały bębenki.
- Już wstaję, Fred - wybełkotał Alan, przecierając oczy.
- Nie miej znów do mnie pretensji - tłumaczył się Fred. - Wiesz przecież, że dbanie o punktualność należy do moich obowiązków.
- Ile razy już to słyszałem?
- Bo codziennie muszę siłą wyciągać cię z łóżka.
- Dobrze, dobrze...
Alan odchylił kołdrę i wstał. Gdy wszedł do łazienki, światło wewnątrz zapaliło się automatycznie. Spojrzał niechętnie w lustro. Wyglądał na zwyczajnego gościa po trzydziestce: na czole miał pierwsze, subtelne zmarszczki, jego kruczoczarne włosy były lekko przerzedzone, a zaspane, zmęczone oczy patrzyły na świat z niechęcią.
Sięgnął po pudełko, z którego wydobył soczewki kontaktowe, przemył je ostrożnie specjalnym płynem, a następnie założył. Robił to machinalnie, w zasadzie dłonie same wykonywały poszczególne ruchy, nie angażując mózgu. Kiedy soczewki znalazły się na swoich miejscach, implanty mózgowe nawiązały z nimi połączenie. Oczom od razu ukazał się zawieszony w przestrzeni, półprzeźroczysty napis:
ŁADOWANIE
PROSZĘ CZEKAĆ
Po kilku sekundach litery rozpłynęły się w powietrzu, a w ich miejscu pojawiły się nowe:
SYNCHRONIZACJA URZĄDZEŃ DŹWIĘKOWYCH I NAWIĄZYWANIE POŁĄCZENIA Z SIECIĄ
Ten tekst również szybko zniknął. Wtedy, w samym środku pola widzenia Alana, rozbłysnął wielki, błękitny prostokąt w białej obwódce. Wewnątrz widniał komunikat:
SYSTEM ZAŁADOWANY POPRAWNIE
SUKCES!
GRATULACJE!
- Masz trzy nowe wiadomości - powiedział delikatny, acz nazbyt syntetyczny głos, który Alan słyszał dzięki mikroskopijnym głośnikom wszczepionym w małżowiny uszne.
Później - pomyślał.
System natychmiast przyjął polecenie. Mężczyzna powoli otworzył szafkę, wydobył z niej elektryczną szczoteczkę do zębów i raz jeszcze zerknął niechętnie w lustro.
Każdy dzień taki sam - przemknęło mu przez myśl. - Każdy poranek podobny do poprzednich.
Westchnął głośno i wycisnął pastę z tubki. Czasem dopadało go dziwne uczucie, coś na kształt zwątpienia połączonego z niemocą. Nie widział jednak powodów, by za ten stan rzeczy obwiniać kogokolwiek, a tym bardziej tego faceta po drugiej stronie lustra. Takie chyba musi być życie. Najważniejsze, żeby nie stracić szacunku do samego siebie.
Jemu ta sztuka na razie się udawała.
Nagle jego rozważania zostały brutalnie przerwane przez świdrujący dźwięk, dobiegający z nanogłośników.
WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJ CHWILI
- Do serii wybuchów doszło w Zachodniej Guberni! - krzyczał reporter, a w lewym dolnym rogu Alan zobaczył trójwymiarowe zdjęcia budynku w płomieniach oraz ludzi uciekających przed pożarem. Ruchome, kolorowe obrazki przykuwały wzrok i chciałoby się instynktownie spojrzeć wprost na nie. Alan wiedział, że nie ma to sensu. Od dziecka przyzwyczajony był do soczewek iCompact. Zamiast gonić wzrokiem okienka wskakujące, które siłą rzeczy poruszają się razem z gałką oczną, wystarczyło w myślach wypowiedzieć komendę: "powiększ".
Nie zrobił tego jednak. Patrzył beznamiętnie w lustro, poruszając szczoteczką, która wibrowała w ustach.
- Niespełna dwadzieścia metrów od miejsca, w którym teraz stoję, wydarzyła się gigatragedia!
Alan kątem oka zauważył mężczyznę z mikrofonem. Za jego plecami unosił się dym z dogorywającego pogorzeliska.
- Dosłownie przed piętnastoma minutami doszło tutaj do dwóch wybuchów, które w znacznym stopniu zniszczyły sektor mieszkalny budynku. Agencja Bezpieczeństwa szacuje, że śmierć mogło ponieść nawet pięćset sześćdziesiąt osób, a około tysiąc trzysta czterdzieści zostało poważnie rannych. Wśród ofiar są również dzieci z Przyjaznej Wychowalni Roberta Watsona. Do zamachu przyznało się pięć organizacji terrorystycznych, w tym: Alternative Future, Wolny Świat, Bojownicy Prawdy...
- Zmień kanał - rzucił Alan.
Obraz natychmiast się zmienił. Na pierwszym planie pojawiła się kobieta w czerwonym płaszczu, za nią grupka ludzi, a w oddali kłęby dymu.
- Co wydarzyło się po tym, jak usłyszał pan pierwszy wybuch? - Dziennikarka podsunęła mikrofon mężczyźnie, który stał najbliżej.
- Podbiegłem do okna i spojrzałem na sąsiedni wieżowiec. Zauważyłem dym na wysokości mniej więcej sto dwudziestego piętra. Nie wiedziałem, co robić. Wtedy eksplodował kolejny ładunek. Zobaczyłem wybuch jakieś pięćdziesiąt pięter niżej. Bałem się o swoje życie...
- Przepraszam, że przerywam - kobieta szybkim ruchem odsunęła mikrofon od ust mężczyzny - ale mam dla państwa wiadomość z ostatniej chwili. Agencja Bezpieczeństwa zwiększyła szacunkową liczbę ofiar. Aktualna wersja to pięćset siedemdziesięciu czterech zabitych i tysiąc czterysta osiemdziesięciu rannych, w tym trzydzieścioro dzieci. Powtarzam: pięćset siedemdziesięciu czterech zabitych i tysiąc czterysta osiemdziesięciu rannych. Do zamachu doszło dosłownie kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym teraz...
Zmień kanał - wydał w myślach polecenie Alan.
- Tutaj, tuż za moimi plecami - przekrzykiwał gwar mężczyzna w garniturze - zginęły pięćset siedemdziesiąt cztery osoby...
- Wyłącz.
Obraz natychmiast zniknął, a dźwięki ucichły.
- Tuż za moimi plecami. - Alan powtórzył słowa dziennikarza.
Po co ta rywalizacja o to, kto będzie bliżej miejsca katastrofy? Przecież to nie ma żadnego wpływu na jakość przekazywanych informacji.
- Alanie - zabrzmiał łagodny głos Freda - myjesz zęby od dziesięciu minut. Naprawdę nie mam zamiaru cię znów poganiać, jednak czas ucieka. Musisz wyjść z mieszkania za osiem ósma, bo inaczej spóźnisz się do pracy. W kuchni czeka na ciebie śniadanie. Jajka na miękko, jak lubisz.
- Mhm. Dzięki. - Alan odłożył szczoteczkę na swoje miejsce w szafce, przepłukał szybko usta i ruszył w kierunku kuchni.
Światło w łazience zgasło, na moment zapaliły się kinkiety w przestronnym hallu, w końcu rozbłysły LED-y nad kuchennymi meblami. Alan otworzył przeszklone drzwiczki eat makera i wydobył dwa tosty oraz dwa jajka.
Jedząc posiłek, spoglądał przez wielkie kuchenne okno. O tej porze, tuż przed nastaniem świtu, widok z jego apartamentu na sto trzydziestym drugim piętrze był naprawdę imponujący. Jak daleko Alan sięgał wzrokiem, widział dziesiątki multikondygnacyjnych drapaczy chmur, podobnych do tego, w którym mieszkał. W ciemności każdy z nich świecił mrowiem malutkich światełek o różnej jasności i barwie, tworzących nieregularne, abstrakcyjne wzory. Alan lubił przyglądać się tym światełkom.
Jest ich tak wiele - myślał. - Tyle osób co dzień rano wstaje o tej samej porze i wykonuje te same czynności. Zupełnie jakby stanowili jeden wielki organizm. Albo ogromne mrowisko, w którym każda mrówka posłusznie wypełnia wyznaczone zadania.
Był pewien, że wielu z tych ludzi siedzi teraz gdzieś tam i, jedząc śniadanie, spogląda w stronę wieżowca, w którym przy jednym z okien przebywał Alan. Był on jednak dla nich tylko jedną z milionów lampek błyszczących dokoła aż po widnokrąg.
U podstaw wieżowców poruszały się inne, nieco mniejsze światełka, czasem zatrzymując się, potem znów ruszając, niekiedy gasnąc zupełnie, by w innym miejscu na powrót rozbłysnąć. Alan wiedział, że to światła bezzałogowych pojazdów dostawczych.
Nagle przed oczami błysnął mu napis:
NOWA OFERTA
KUPIŁEŚ U NAS PRODUKT: STEP SUPPORTING SYSTEM TS 65
MAMY NOWĄ OFERTĘ, PRZYGOTOWANĄ SPECJALNIE DLA CIEBIE
Kątem oka zobaczył filmik. Facet, ubrany w elegancki garnitur, siedział na krześle i przyczepiał efektownie wyglądające urządzenia do zelówek butów. Kiedy skończył, wstał i ruszył przed siebie. Kroki stawiał lekko, z gracją, niemal bez wysiłku. Można było odnieść wrażenie, że nogi same go niosą. Nagle coś dziwnego zaczęło dziać się z ubraniem mężczyzny - z każdą chwilą stawało się coraz bardziej przeźroczyste, aż wreszcie znikło zupełnie i jegomość szedł całkowicie nagi. Wówczas ten sam proces objął również skórę, przez którą coraz bardziej prześwitywały poszczególne mięśnie i ścięgna. Tym sposobem spacerujący aktor płynnie przeistoczył się w cyfrowego manekina, anatomiczny model ludzkiego ciała. Manekin szedł tym samym sprężystym krokiem, którym wcześniej przechadzał się jego ludzki odpowiednik. Niespodziewanie zatrzymał się, stanął w lekkim rozkroku, wyprostował ręce, uniósł je i rozłożył na boki. Teraz śmiało można było obserwować każdy, najdrobniejszy szczegół jego budowy anatomicznej. Kamera kręciła się wokół manekina jednostajnie, powoli, obrót za obrotem. Nagle wykonała gwałtowniejszy zwrot, po czym nastąpiło szybkie zbliżenie i cały kadr wypełniły nogi modelu, na których miarowo pulsowało kilkadziesiąt czerwonych punkcików.
- Aż czterdzieści dwa piezoelektryczne nanoczujniki - w uszach Alana zadźwięczał aksamitny baryton - wszczepione pod skórę i przytwierdzone do mięśni ud, łydek i stóp, odczytują najdrobniejsze ruchy nóg, a następnie informacje przesyłają do modułu sterującego. Ten z kolei przewiduje dalszą aktywność mięśni i pobudza do działania cały zestaw przymocowanych do zelówek, elektronicznych sprężyn o różnej twardości i sile wybicia. Najnowsze TS 65 Golden Edition wyposażone zostały w urządzenia przesyłowe i amortyzatory, których łączny czas reakcji nie przekracza trzech pikosekund. To ponad pięciokrotnie szybciej niż reakcja poszczególnych mięśni odpowiedzialnych za stawianie kroków. Technologia TS 65 Golden Edition to coś więcej niż tylko zwykłe wspomaganie chodzenia! Dzięki niej będziesz poruszał się znacznie szybciej niż dotąd pozwalała ci na to natura i prawie w ogóle się nie zmęczysz. Wszczepione pod skórę czujniki wysyłają informacje do modułów sterujących za pomocą fal radiowych, dzięki czemu nie ma potrzeby podłączania dziesiątek kabli pod skórę. Po zabiegu implantacji pozostają jedynie maleńkie ranki, które goją się już po paru dniach.
Ręka Alana automatycznie powędrowała w kierunku prawego uda, gdzie niedawno znajdowała się ostatnia z owych "ranek". Na szczęście palce nie napotkały ani śladu strupa.
Kupił step supporty w zeszłym tygodniu i jeszcze nie zdążył się do nich przyzwyczaić. "Efekciarskie gadżety" - tak zazwyczaj je nazywał. Gdyby nie Fred, pewnie nigdy nie zainwestowałby we wspomagacze chodzenia. "Nie znajdziesz dziewczyny" - powtarzał jego KSOP. "W dzisiejszych czasach każda patrzy tylko na buty". Temu argumentowi trudno było zaprzeczyć. "Chcesz, żeby brali cię za szóstkę?" - to pytanie również dawało Alanowi do myślenia. Jako dobrze wykształcony pracownik trzeciej kategorii, nie mógł dłużej znosić pełnych wyższości spojrzeń mijanych na korytarzu piątek, które po krótkim i dyskretnym rzuceniu okiem na obuwie kierowały pogardliwy wzrok wprost na twarz i, biorąc Alana za pracownika niższej klasy, czekały, aż pierwszy grzecznie się ukłoni.
Kiedy postanowił już wydać pieniądze na step supporty, Fred przekonał go, że powinien zainwestować w porządny model: "Taki dumny pracownik trzeciej kategorii jak ty, zasługuje na coś więcej niż tanie podróbki, w których przechadzają się czwórki". W tej kwestii Alan także przyznał mu rację.
Doskonale pamiętał dzień, kiedy po raz pierwszy pojawił się w pracy wyposażony w nowy nabytek. Natychmiast zauważył pełne zazdrości spojrzenia kolegów. Zawistne kutafony - myślał wtedy. Wcale nie chciał im zaimponować, miał gdzieś, co o nim sądzą. Starał się ignorować dyskretne łypnięcia. Momentami nawet trochę żałował, że po raz kolejny uległ modzie na "efekciarski gadżet".
Mięśnie manekina zaczęły na powrót okrywać się skórą. Po chwili pojawiło się również ubranie mężczyzny. Aktor, odziany w ten sam co wcześniej, elegancki garnitur, ruszył przed siebie. Znów szedł sprężystym krokiem, stąpając bez wysiłku. Spojrzał wprost do kamery i powiedział:
- Mam zaszczyt zaprezentować ci, jako jednemu z naszych najlepszych klientów, nowy produkt: Step supporting system TS 65 Golden Edition. Najnowszy model wprowadza wiele udoskonaleń, które zadowolą nawet najbardziej wymagającego użytkownika: system potrójnych sprężyn wspomaganych elektronicznie dopasuje idealnie siłę wybicia do twojego naturalnego kroku, powodując, że mięśnie nóg będą pracować w znikomym zakresie, a chodzenie w ogóle nie będzie wymagało wysiłku. Porty SSHDM i SHDM zapewnią pełną kompatybilność z najnowszymi modelami soczewek iCompact...
- Wyłącz - warknął Alan.
Teraz dopiero rozpoznał Yashia Guzika, sławnego influencera, osobowość telewizyjną, cieszącą się ogromną popularnością. Yashio Guzik był wszędzie. Nawet nie chcąc go zobaczyć, Alan był skazany na wielokrotne oglądanie go w reklamach, serialach i teleturniejach.
Uwinął się ze śniadaniem, żeby nie wysłuchiwać kolejnych ponagleń Freda, i po kilkunastu minutach stał w drzwiach, ubrany w elegancki garnitur, gotowy do wyjścia. Na butach miał nowe TS 65, a do klapy marynarki w widocznym miejscu wpiął urządzenie sterujące soczewkami iCompact.
- Do zobaczenia wieczorem - rzucił na odchodne i, nie czekając na odpowiedź, wyszedł.
Znalazł się w szerokim korytarzu, przedzielonym wzdłuż rzędem masywnych kolumn. Chciał już iść przed siebie, gdy zauważył, że klamka sąsiednich drzwi poruszyła się. Wiedział, że jakiś czas temu do mieszkania obok wprowadził się nowy lokator i ciekawość kazała mu poczekać chwilę, aby go zobaczyć.
Na korytarz wyszła kobieta. Kiedy zauważyła Alana, szybkim ruchem zamknęła za sobą drzwi. Sprawiała wrażenie speszonej. Spojrzała na nieznajomego raz jeszcze, a w jej wzroku było coś niesamowitego. Alan mimowolnie zastygł; nie śmiał poruszyć nawet małym palcem u nogi w obawie, że dziewczyna nagle gdzieś przepadnie, zniknie bez śladu, a czar pryśnie. Patrzył oniemiały w wielkie, szare oczy i marzył o tym, by ta chwila trwała w nieskończoność. Kobieta odgarnęła czarne kosmyki, opadające jej na czoło. Była piękna i jakoś nie pasowała do tego miejsca, w którym znajdowały się apartamenty pracowników trzeciej klasy. Alan nie potrafiłby uzasadnić, dlaczego nie pasowała, jednak takie przeświadczenie od razu wryło się gdzieś głęboko w jego podświadomość. Może to przez jej ubiór, który pomimo że był elegancki, odstawał od ekskluzywnych i bardzo sztampowych strojów kobiet mieszkających tutaj? Może nawet nie chodziło o samo ubranie, a o sposób, w jaki je nosiła: bluzka rozpięta pod szyją odsłaniała dekolt, żakiet niedbale przewieszony przez ramię świadczył o tym, że nie spędziła wiele czasu przed lustrem, nim wyszła z mieszkania. I ten subtelny makijaż... a może nawet jego brak - Alan nie potrafił jednoznacznie określić. Wiedział tylko na pewno, że była piękna.
- Dzień dobry - dziewczyna odezwała się cicho.
Alan wciąż stał jak wryty.
- D... dobry - wydukał.
Nieznajoma uśmiechnęła się nieznacznie, po czym ruszyła w kierunku wind. Alan stał jeszcze chwilę i patrzył, jak odchodzi, kołysząc biodrami.
WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJ CHWILI
- Agencja Bezpieczeństwa zwiększyła szacowaną liczbę ofiar dzisiejszego zamachu do pięćset osiemdziesięciu trzech zabitych i tysiąc sześćset pięćdziesięciu rannych. - Alan kątem oka zobaczył dziennikarkę z mikrofonem, stojącą na tle zniszczonego budynku. - Za moimi plecami ratownicy wciąż wydobywają spod gruzów kolejne zwłoki. Szansa na odnalezienie żywych jest coraz mniejsza.
- Wyłącz - wypowiedział komendę na głos.
Jakie tak naprawdę znaczenie ma to, czy zginęło kilka osób więcej czy mniej? - rozważał w myślach. - Przecież liczba ofiar w żaden sposób nie umniejsza ani nie powiększa tragedii tych ludzi.
Ruszył w kierunku wind. Zapomniał, że na podeszwach ma nowe step supporty, do których jeszcze nie przywykł, i pierwszych kilka kroków musiało wyglądać dosyć komicznie. Siła, z jaką zwykle unosił nogę, zsumowała się z wybiciem elektronicznych sprężyn, sprawiając, że kolana wystrzeliły nienaturalnie wysoko w górę. Wyglądało to niczym marsz początkującego szeregowca. Alan rozejrzał się dokoła, chcąc mieć pewność, że nikt nie był świadkiem kompromitującego zachowania. Spostrzegł jedynie jakąś damulkę na drugim końcu korytarza, która była zbyt pochłonięta grzebaniem w torebce, by cokolwiek zauważyć. Rzucił także niechętnie okiem na najbliższą kamerę monitoringu i westchnął. Wszystkie korytarze, pasaże, windy, parki i inne miejsca publiczne w wieżowcu stale monitorowano.
Taką cenę płacimy za nasze bezpieczeństwo - pomyślał.
Był nieco spóźniony, więc postanowił udać się krótszą drogą: na przełaj przez wewnętrzny park. Zazwyczaj wybierał mniej zatłoczoną trasę, prowadzącą korytarzem okalającym skwer, ale tym razem zdecydował się na odstępstwo od codziennej rutyny.
Krok wciąż miał niepewny.
- Kiedy w końcu nauczę się chodzić w tym dziadostwie? - zamruczał pod nosem.
Pokonał korytarz i znalazł się w zatłoczonej alejce parkowej. Wkroczył w rejon zieleni, gdzie bujna roślinność rozkwitała dzięki sztucznemu oświetleniu. Spojrzał obojętnie na równy żywopłot i nienagannie przystrzyżone drzewka rosnące w regularnych odstępach.
Ciekawe, jak często je przycinają - przemknęło mu przez myśl. - Nawet rośliny nie mają tutaj ani krzty swobody. Wszystko trzeba zawczasu ukrócić.
Gęsta trawa, ledwie odstająca od ziemi, wyglądała niczym wielki, zielony dywan. Tylko donice, obsadzone pięknymi kwiatami, nadawały jakiegoś kolorytu temu miejscu.
Wreszcie dotarł do celu. Wcisnął guzik. Po chwili nadjechała winda, a jej stalowe drzwi rozsunęły się bezgłośnie. Wewnątrz stało kilku mężczyzn. Alan rzucił na nich obojętnie okiem, wszedł do środka i wystukał 242 na klawiszach. Mógł być dumny z tego, że jedzie tak wysoko. W wieżowcu obowiązywała hierarchia pracowników; zasada była prosta: im wyższa klasa, tym wyższe piętro. Szybkie spojrzenie na zapamiętane przez windę numery oraz na garnitury pozostałych pasażerów pozwalało Alanowi bezbłędnie ocenić, że poza nim znajdowały się tu tylko szóstki i piątki. Winda ruszyła. Przez przeszklone ściany można było obserwować mijane po drodze kondygnacje. Alan jednak tego nie robił; znał na pamięć trasę i dobrze wiedział, co będzie po sobie następowało: najpierw sektor mieszkalny trójek; na sto pięćdziesiątym piątym pasaż handlowy; powyżej apartamenty jedynek i dwójek - tutaj nawet Alan nie miał wstępu - następnie sektor rekreacyjny z basenem, siłowniami, kortami, kręgielnią; dalej szpital; potem wyższe uczelnie... Alan westchnął głośno.
- Kurwa, znowu trza iść do jebanej roboty - jęknęła jakaś szóstka, stojąca w rogu.
Kolega odpowiedział mu posępnym, przeciągłym spojrzeniem.
Winda zatrzymywała się parokrotnie, szóstki i piątki wysiadały, a wsiadali pracownicy wyższych klas. Alan nie zwracał na to uwagi. Rozmyślał o niedawnym spotkaniu z nieznajomą. Dlaczego dziewczyna była tak speszona, gdy go zobaczyła? Dlaczego tak szybko zamknęła za sobą drzwi?
ZAPOWIEDŹ PROGRAMU
- Dziś wieczorem rusza nowa edycja programu Łóżkowe sekrety gwiazd, w którym seksowne gwiazdy zdradzą intymne szczegóły ze swojego życia. Gośćmi pierwszego odcinka będą Yashio Guzik i Ella Capusta.
Alan kątem oka zauważył mężczyznę w krzykliwym garniturze oraz kobietę o blond włosach, ubraną w bardzo krótką, obcisłą sukienkę i buty na wysokim obcasie.
- Yashio Guzik wyzna otwarcie, jaki ma sposób na zaspokojenie kobiety - krzyczał dalej lektor - a niezwykle seksowna Ella Capusta zdradzi, że tylko kilka razy w życiu przeżyła prawdziwy orgazm.
Nastąpiło zbliżenie na twarz Elli. Miała nadęte, pomalowane błyszczykiem wargi, które sprawiały wrażenie tłustych. Jej policzki były nienaturalnie wybrzuszone, a długie, sztuczne rzęsy trzepotały, gdy wdzięczyła się do kamery.
- Jeśli jesteś ciekaw, ilu partnerów seksualnych miały gwiazdy i w jakim wieku straciły dziewictwo, oglądaj koniecznie program pierwszy o godzinie ósmej wieczorem.
Na dużym wyświetlaczu nad drzwiami pojawiła się liczba 242, dzwonek cicho zadzwonił, drzwi rozsunęły się i Alan dotarł na właściwe piętro. Przez spotkanie z nieznajomą i przygodę z nowymi step supportami znalazł się w pracy kilkanaście sekund za późno. Nie zwlekając, przyłożył nadgarstek do czytnika i drzwi firmy stanęły przednim otworem. Gdy przeszedł przez próg, soczewki iCompact wyświetliły komunikat:
DOSTĘP DO SIECI OGRANICZONY
POWÓD: POLITYKA FIRMY
PORADA: W CELU WYJAŚNIENIA PROBLEMU SKONTAKTUJ SIĘ Z ADMINISTRATOREM SIECI LOKALNEJ
Przemierzył śpiesznie korytarz, kłaniając się paru mijanym po drodze dwójkom. Gdy dotarł do swojego biurka, zauważył, że komputer czekał na niego włączony. Spojrzał na ekran monitora z niechęcią.
Znowu pieprzone cyferki - pomyślał.
Alan pracował w DZIALE FINANSÓW SEKTORA TRZECIEGO SZCZEBLA ANALIZ STRATEGICZNYCH, STATYSTYK RYNKU ORAZ MONITOROWANIA PŁYNNOŚCI FINANSOWEJ POSZCZEGÓLNYCH KOMÓREK STRUKTURALNYCH. On sam często twierdził, że jego praca polega na przepisywaniu cyferek z jednej kolumny do drugiej, lecz było to znaczne uproszczenie. W ciągu każdego dnia z sektora niższego szczebla napływały do niego tysiące danych, które następnie wprowadzał do specjalistycznych programów. Komputer wykonywał miliardy obliczeń, po czym wypluwał szczegółowe wyniki w postaci wykresów, nomogramów, ciągów liczbowych i różnego rodzaju współczynników. Wszystkie otrzymane rezultaty Alan wysyłał natychmiast do sektora drugiego szczebla, gdzie były poddawane dalszej obróbce. Nie miał zielonego pojęcia, co potem dzieje się z opracowanymi przez niego wynikami i nawet nie chciał tego wiedzieć.
- Siemka - wyszeptał ktoś obok.
Alan spojrzał w tym kierunku i zobaczył Arthura, który stał, opierając się o przepierzenie dzielące ich biurka.
- Przenieśli mnie tutaj. Od dziś będziemy sąsiadami. - Arthur uśmiechnął się, szczerząc zęby.
Jego łysina odbijała światło LED-ów, a nienaturalnie wielki, w porównaniu z resztą drobnej sylwetki, brzuch wystawał zza parawanu.
Alan spojrzał na najbliższą kamerę monitoringu. Mógłby przysiąc, że skierowana jest wprost na niego. Przez moment poczuł nawet drobny niepokój, który dodatkowo potęgowała świadomość, że spóźnił się do pracy. Pewnie teraz jest obserwowany ze szczególną uwagą.
- Masz jakieś plany na piątek? - zapytał Arthur.
Alan rozejrzał się dokoła. Ogromna sala aż roiła się od przylegających do siebie boksów, przedzielonych sięgającymi do ramion parawanami i upchniętych ciasno tak, by pomieścił się ich jak najwięcej. W każdym boksie stało jedno biurko, przy którym siedział jeden człowiek. Mrowie ludzi trwało w milczeniu, wpatrzone w ekrany monitorów, a ciszę zakłócały tylko setki uderzanych równocześnie klawiszy. Nikt nie zwracał uwagi na rozmawiających.
- Dlaczego pytasz? - Alan odpowiedział machinalnie pytaniem na pytanie i od razu tego pożałował. Niepotrzebnie przedłużył rozmowę.
- Wybieram się z ekipą do kina na sto sześćdziesiątym pierwszym. Może chciałbyś dołączyć?
Alan popatrzył na rozmówcę ze zdziwieniem. Jeszcze kilka dni temu Arthur nie utrzymywał z nim żadnych kontaktów; podczas przerw wręcz udawał, że go nie zauważa. Stał zazwyczaj z grupką znajomych, a gdy Alan przechodził w pobliżu, odwracał wzrok, dyskutując zawzięcie, czasem żywo gestykulując. Najwidoczniej wystarczyło, że Alan pojawił się w pracy z markowymi step supportami i nagle został zaproszony do "ekipy".
- Niestety, piątek wieczór mam zajęty.
- Nie ściemniaj. - Arthur nieco podniósł głos, co tylko jeszcze bardziej poirytowało Alana.
Odruchowo popatrzył w kierunku przeszklonego pomieszczenia na końcu sali. Tam, na podwyższeniu górującym nad równymi rzędami parawanów, siedział menedżer zmiany. Barczysty, wysoki mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu uważnie obserwował uwijających się na dole pracowników. Alan odniósł wrażenie, że surowy wzrok przełożonego skierowany jest na niego. Nie mógł jednak mieć co do tego pewności, bo odległość, która dzieliła go od pokoju dyrektora, była zbyt duża. Skulił się na krześle, mając nadzieję, że dzięki temu menedżer go nie dostrzeże.
- Mam już plany na piątkowy wieczór - wycedził, zupełnie nie kryjąc podenerwowania.
Natrętowi to nie przeszkodziło.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.