Jak wygrałam wojnę z Hitlerem
(kolejna rozmowa z Zosią, Warszawa)
Warszawska kawiarnia. Prosimy, by przyciszyli muzykę. Czasem łatwiej jest się schować, a czasem, gdy już się podjęło decyzję, usiąść w samym środku miasta i rozmawiać jakby nigdy nic.
Przecież mówiłam pani, że nie mam co opowiadać. Moja mama przeżyła i ja przeżyłam - taka historia.
Pani powiedziała, że była szczęśliwa, a ja muszę mieć historię, która się dobrze kończy, żeby potem ktoś, kto to będzie czytał, miał siłę na te pozostałe...
Nie powiedziałam, że byłam szczęśliwa, tylko że miałam szczęście. To wielka różnica. W naszym stowarzyszeniu[2] są dzieci, które nic nie wiedzą o swoich rodzicach ani swoim pochodzeniu, tyle tylko, że zostały przygarnięte, że miały zbyt ciemne włosy. Ja uratowałam się razem z mamą. Dziecko odbiera świat zastany jako oczywistość. Dlatego mu jednocześnie i łatwiej, i trudniej. Łatwiej, bo nie wie, co jest normą, a co odstępstwem od niej. Niech pani pyta!
Co dla pani było normą?
Mama powtarzała mi: "Musimy wygrać tę wojnę. Mamy przeżyć Hitlera - to jest nasze główne zadanie. Musimy temu wszystko podporządkować, żeby na koniec zwyciężyć". Przeżycie traktowałam więc w kategoriach osobistej walki ze strasznym panem Hitlerem i jego przedstawicielami. A mama była moją ostoją, bezpieczeństwem, przy niej nic złego nie mogło mi się stać. Ludzie wkoło, nasi bliscy ginęli, lecz ja miałam poczucie nieśmiertelności. Oczywiście były okresy, kiedy mama musiała się oddalić. Wtedy było gorzej. Lecz wówczas tym bardziej sobie uświadamiałam, że przy niej jestem strzeżona całkowicie. Że ani jej, ani mnie nic nie ruszy! I kiedy wojna się skończyła, mama powiedziała: "No widzisz, udało się". Pomyślałam: właśnie wygrałyśmy wojnę.
Przyniosłam ze sobą zdjęcie mamy, żeby pani wiedziała, o kim mowa. Tak, śliczna młoda kobieta. Maleństwo takie, blond drobiażdżek, metr pięćdziesiąt w kapeluszu z piórkiem. Ależ nie, zupełnie niepodobna do mnie! Ona miała piękną cerę, a ja cała piegowata. Wątła, w przeciwieństwie do mnie. Wyglądała, jakby byle podmuch wiatru mógł ją przewrócić, a tymczasem była najdzielniejszą osobą, jaką w życiu znałam. Przemyślną, mądrą i cwaną. Dzięki niej żyjemy. Dostałam od niej życie nie raz, lecz wiele razy. Ale kiedyś to ja ją uratowałam. Na Majdanie Tatarskim. Wyselekcjonowali zdrowe kobiety i one w każdy poniedziałek o świcie musiały być przy bramie. Wywożono je do fabryki muchołapek gdzieś pod Lublin. Pracowały tam do soboty wieczór, a na niedzielę przywożono je do getta.
Słusznie pani zauważyła! Dopiero po szabasie je przywozili. Byłam bardzo spokojnym dzieckiem. Starałam się nie sprawiać kłopotów. Zawsze towarzyszyłam mamie do bramy i się z nią żegnałam, a ona solennie mi obiecywała, że wróci i że będzie dobrze. W tamtym czasie jednak nagle zniknęła babcia. Do tej pory była w Lublinie razem z nami. I moja ciotka, młodsza siostra mamy, siedemnastoletnia Gienia, też zniknęła. W czasie kolejnego pożegnania z mamą ni stąd, ni zowąd dostałam regularnego ataku histerii, jak się potem dowiedziałam. Według podręczników to się nazywa łuk histeryczny. Krzyczałam: "Mamusiu, nie odchodź, bo umrę!". Zupełnie nad sobą nie panowałam. "Nie puszczę cię, nie puszczę!" Mama powiedziała: "Trudno, niech mnie zabiją, ale dziecka w takim stanie nie zostawię". Jakoś się jej nie doliczyli. I proszę sobie wyobrazić, że następnego dnia wszystkie te kobiety zostały wywiezione i zagazowane w ciężarówkach. Żadna z nich nie wróciła. Mama jedyna ocalała.
Pani pierwsze wspomnienie?
Wrzesień 1939 roku. Miałam niecałe cztery lata. Ogłosili alarm dla miasta Warszawy. Jesteśmy w piwnicy, gdzieś tam leżą resztki węgla i trochę zgniłych kartofli. Są też ludzie, którzy wynieśli stołki z mieszkań i na nich siedzą. Charakterystyczny, kwaśny zapach: węgla, zgniłych kartofli, lampki karbidowej, którą ktoś przyniósł z mieszkania. Świst w powietrzu, hałasy. I w pewnym momencie na nasz dom spada bomba. Dzieci płaczą, starsi się modlą, a ja z tego wszystkiego nagle dostaję zeza. Nie wiem, jak się stamtąd wydostaliśmy. Mama zdecydowała, że pojedziemy do jej wuja do Lublina. Mój dziadek stamtąd pochodził, tam nikt nas nie znał.
Na miejscu od razu zapędzili nas do getta... Majdanek zrobili dopiero później. Bardzo liczna rodzina mojej mamy, która tam trafiła, zaczęła się gwałtownie kurczyć. Pewnego dnia ogłoszono przez megafony, że wszyscy mają się stawić na placu. Większość została zastrzelona na miejscu, resztę wywieźli. Z mamą tkwiłyśmy w skrytce, którą zrobił wujek. Za drewnianym przepierzeniem: z przodu półki, na nich resztki alkoholu, jakieś słoiki. Jedzenia było już bardzo niewiele. Pamiętam potężny głód. Gdy wspominam czas wojny, to pamiętam przede wszystkim głód. I strach. Ale głód stale. Tam byłyśmy w czasie wielkiej czystki. Potem usłyszałyśmy z głośników, że kto się schował i przetrwał, niech wyjdzie, bo jest ocalony. Opuściłyśmy kryjówkę za przepierzeniem.
Człowiek w ogóle nie zdaje sobie sprawy, ile jest w stanie wytrzymać. Na ziemi leżały zwały trupów. Pytałam mamę, jak iść, skoro one tu leżą. A mama mówiła: "Idź, tylko nie po głowach". Wsadzili nas do baraku z kilkunastoma innymi osobami. Była tam pani z niemowlęciem. Wyrzucałam mamie, że nie jestem jak ta dzidzia, która nic nie rozumie. Wiedziałam, że możemy umrzeć, a chciałam żyć. Płakałam i mówiłam: "Mamo, zrób coś!". Uciekłyśmy. Mama była już wtedy trochę zrezygnowana, ale moja histeria dała jej ostróg. Nasz barak znajdował się bardzo blisko drutów. Akurat była jakaś hitlerowska rocznica. Wśród strażników zostali głównie Ukraińcy. Mama wcześniej zrobiła rekonesans. Zauważyła, że w jednym miejscu druty są dość szeroko rozstawione. Zaopatrzyła się w czarną płachtę, która nas zakrywała. Padał deszcz, było ciemno, szaro, ponuro. Mama rozsunęła druty i kazała mi przeskoczyć, a potem sama skoczyła. Pokrwawiłyśmy się. Przed nami było ogromne, świeżo zaorane pole. Wydawało się nie mieć końca. Orali je codziennie, żeby można było na nim dostrzec ślady stóp potencjalnych uciekinierów... Reflektory z wieżyczek rzucały smugi światła na ziemię. Padał deszcz. Mama kazała mi się położyć w błocie i pełznąć. Gdy światło się zbliżało, przypadałyśmy do ziemi i przykrywałyśmy się płachtą. Błoto właziło nam do oczu i ust. W pewnym momencie powiedziałam, że już dalej nie mogę, nie dam rady. Wtedy jeszcze strasznie marudziłam, potem zhardziałam. Mama jedną ręką złapała mnie za włosy, a drugą rozgarniała ziemię i odpychała się nogami. Tak czołgałyśmy się dalej, aż wbiłyśmy się w twardy grunt, gdzie rosły krzaki. Dotknęłam głowy i poczułam, że coś jest nie tak - nie miałam już gęstego kłębu włosów. Mama mi je wydarła, ciągnąc mnie za sobą. Ale przeżyłam.
Dotarłyśmy do domku kolejarza. Powiedział, że nie możemy u niego zostać, bo ciągle ma kontrole, ale że wyglądamy nie jak ludzie, więc pozwoli nam się umyć i wyczyścić z wierzchu ubrania. Dał nam też jeść. Przed świtem włożył mundur kolejarski, wziął latarkę i zaprowadził nas torami do miejsca, gdzie pociągi zwalniają przed stacją Lublin. Jeden nadjechał, nie wiedziałyśmy, dokąd zmierza. Wskoczyłyśmy do środka i przesiedziałyśmy w ubikacji do jakiejś stacji pod Warszawą. Stamtąd ruszyłyśmy pieszo. W Warszawie nie było już nikogo, ani z rodziny, ani ze znajomych. I oczywiście nie miałyśmy grosza przy duszy.
Miały panie "dobry" wygląd?
Oczywiście! Inaczej nie miałybyśmy szans. Mama była jasną, szarooką blondynką. Ja byłam ruda, więc mama myła mi włosy w ziołach, żeby je rozjaśnić, bo się uważało, że ruda to "Ryfka" albo "Rachela". Na dworcach, na ulicach czy w pociągach jeśli ktoś wyglądał jak Żyd, długo nie pożył. Grozili nam i Niemcy, i nasi rodacy. Byli ludzie, zwykłe rzezimieszki, którzy zarabiali na wojnie i na Żydach, nakładali kontrybucję, kazali się co dwa dni meldować z pieniędzmi albo szli do Niemców. Ci dawali kilo cukru za wydanie Żyda. Lub ćwiartkę wódki. Byli też młodzi chłopcy, którzy dla hecy łapali Żydów i prowadzili do Gestapo. Byli szmalcownicy, którzy zabierali mamie torebkę, kazali się prowadzić pod nasz dom i płacić.
Mama miała papiery?
Papierów nikt na piękne oczy nie dawał. Początkowo spałyśmy przeważnie w kapliczkach z Matką Boską. I na klatkach schodowych. Ale mama była zaradna i to nie trwało długo. Znalazła pracę. Coś tam ściemniła, że doniesie papiery. I doniosła. Miałam łącznie jedenaście nazwisk. Codziennie rano mama odpytywała mnie: "Jak się nazywasz? Skąd jesteś? Kiedy się urodziłaś?". Na ogół miałam bardzo ładne, polskie nazwiska, ale imię zawsze to samo: Zosia.
Mój wiek w papierach mniej więcej zgadzał się z tym prawdziwym, plus minus rok. Mama natomiast miała fantazyjne papiery. Wojnę zakończyła jako osoba o dziesięć lat młodsza, niż była w rzeczywistości. I przy tym trwała do śmierci. Kiedy ją chowałam, miałam problem, jaką datę umieścić na grobie. Prawdziwą? Czy tę dziesięć lat późniejszą? W końcu doszłam do wniosku, że skoro postanowiła trwać w tym, że jest dziesięć lat młodsza, to nie powinnam jej po śmierci niczego dorzucać. Tym bardziej że nawet mój ojczym na łożu śmierci powiedział: "Wiesz, mama chyba myśli, że jestem głupi. Kiedy by zdążyła to wszystko zrobić w życiu, gdyby miała te dziesięć lat mniej? Ale mnie to zupełnie nie przeszkadzało i nie chciałem jej zasmucać, że się intryga nie udała. Nie mów jej, że wiedziałem".
Wracając do okupacji: mama przyjęła strategię (ludzie stosowali wówczas różne strategie przeżycia), że zawsze wynajmowała pokój przy porządnej, katolickiej rodzinie, od lat mieszkającej w danym domu. To nas nie uchroniło od wpadek, nieraz trzeba było opuszczać mieszkania. Raz na przykład przyszedł nagle, ni stąd, ni zowąd nasz kuzyn. Dowiedział się od kogoś, że widziano moją mamę po aryjskiej stronie. Poszedł za nami do naszego mieszkania. Miał wybitnie semicką urodę. Od razu było jasne, że jest Żydem. A to był młody chłopak, nie pomyślał i zapytał: "Tu podobno mieszka moja ciocia z kuzynką?". Nasi gospodarze powiedzieli potem mamie: "Nic nie mamy do pani, nie jesteśmy ostatni... ale mamy dzieci, nie możemy ich narażać". Mama to rozumiała. Tylko że zbliżała się godzina policyjna. Więc znowu ukrywanie, znowu szmalcownicy. Ona już nie miała sił. Uznała, że w getcie będzie bezpieczniej. Z niego też potem uciekłyśmy.
Jak tym razem?
Mama zapisała się do brygady wykonującej roboty ziemne, pracującej poza gettem. Wyprowadzali ich pod eskortą. Deszcz znów nam sprzyjał. Mama zdobyła pelerynę. Brezentową, grubą i długą do samej ziemi. Pod nią przywiązała mnie do siebie sznurami i poszła do pracy w brygadzie. Byłam z nią umówiona, że gdy tylko ona zwolni sznur, mam biec prosto przed siebie i się nie oglądać, dopóki nie opadnę z sił. Miałyśmy się spotkać w określonym miejscu. Pani sobie wyobraża? Byłam małą dziewczynką, ale jakoś tam dotarłam. Instynktownie. Czekałam, nawet ktoś mnie zaczepiał, chciał odprowadzać, ale ja się uparłam i doczekałam się mamy. Ona podobno znalazła dobry moment i się schowała. W każdym razie się udało. Z getta wyszła z jakimiś pieniędzmi, za które mogła kupić kenkartę, a dla mnie metrykę urodzenia na kolejne nazwisko. Ukrywałyśmy się. I wtedy mamę zawiadomiono, że jej ukochany siostrzeniec umiera w getcie, cały we wrzodach. Tamtejszy lekarz stwierdził, że jeśli nie zostanie porządnie odżywiony, umrze. Jego rodzice się rozdzielili. Ojciec wziął Jerry'ego, a drugiego syna, Bronka (Bronisława Geremka), wzięła matka, siostra mojej mamy. Wyjechała z Warszawy i ukrywała się z nim między innymi w wykopanej w lesie ziemiance. Jej mąż w przeciwieństwie do niej i szwagierki, czyli mojej mamy, był niezaradny. Mama poszła do getta i przyprowadziła czternastoletniego Jerry'ego, nie wiem, w jakich okolicznościach, bo nigdy o tym nie mówiła.
Z nim związana jest śmieszna historia. Był pięknym chłopcem, uosobieniem nordyckiej urody. Jego mama zresztą też. W rodzinie się mówiło, że Bronek zebrał inteligencję, a Jerry urodę nas wszystkich. Moja mama kupiła mu buty oficerskie i bryczesy. Gdy szła z nim ulicą, zatrzymał ich idący z naprzeciwka młody niemiecki oficer. Zapytał, czy chłopak jest Niemcem. Mama odpowiedziała, że nie, że Polakiem. A on na to, że jego rodzice muszą być z rasy nordyckiej. Wyjął kartkę i zapisał na niej swoje namiary, mówiąc, że jak Jerry będzie miał ochotę wstąpić do Hitlerjugend, to niech przyjdzie i powoła się na niego - będzie ich ozdobą.
Jerry zaprzyjaźnił się z dwoma chłopcami z rodziny, u której mieszkaliśmy. Niestety, kolejny szmalcownik uznał, że mama za mało mu daje, i powiedział naszym gospodarzom, że jesteśmy Żydami. Znów trzeba było uciekać.
Niebawem wydarzyła się historia z Hotelem Polskim[3]. Tata Jerry'ego uciekł z getta i spotkał przyjaciela, który namówił go, żeby razem z synem zgłosił się do hotelu. Moja mama uważała, że to podejrzana sprawa, że to do Niemców niepodobne, by tak nagle puszczali ludzi wolno. Była przeciwna, mówiła, że nie po to wyprowadziła Jerry'ego z getta, żeby teraz tak ryzykować. Schowała mu nawet buty, żeby nie mógł wyjść. Ale Jerry z ojcem się dogadali. Gdy mama poszła do pracy, Jerry po prześcieradłach spuścił się z okna. Wywieźli ich do Oświęcimia. Ojciec przy pierwszej selekcji od razu poszedł do gazu. A Jerry dotrwał do końca. Ledwo, bo był ciężko chory. Chyba ta nordycka uroda go ratowała. Najstarszy brat mojej mamy Rudolf też się skusił na Hotel Polski. A to był niezwykle łebski facet, wszystko, czego się dotknął, zamieniało się w złoto. Miał kilka fabryk, piękną żonę, trójkę udanych dzieci. Przed pójściem do Hotelu Polskiego zamienił majątek na brylanty i umieścił je w kiszce stolcowej. Mama zaczęła mieć wątpliwości: może nie jest mądrzejsza od innych i też powinna spróbować z hotelem? I poszła do brata prosić go o pomoc. Powiedział, że nic nie może zrobić, bo musi mieć pieniądze na utrzymanie żony i dzieci w nowym kraju. O ironio, przed wyjazdem było dużo stresujących sytuacji, biegał po mieście i coś załatwiał, spieszył się, poszedł do toalety i całe bogactwo przepadło. Nie było już czasu na nic. Zresztą nie pojechali za granicę, tylko do gazu... Z całej rodziny zostały tylko dwie siostry (później dowiedziałyśmy się, że najmłodszą, Gienię, zastrzelono, gdy próbowała ratować narzeczonego) i babcia. Babcia zamieszkała z nami u pewnej prostytutki, która wiedziała, że jesteśmy Żydówkami. Dostawała od nas pieniądze za przechowanie. Gdy przychodzili do niej klienci, wpychałyśmy babcię do szafy. Z wojny wyszła z garbem, ale żywa. A po naszą gospodynię przyszli chłopcy z AK, by ogolić jej głowę. Mama spytała ich, czy nie rozumieją, że ona tylko dla niepoznaki zadawała się z tymi Niemcami, bo tak naprawdę to ratowała nam życie? Zresztą akurat jej klienci Austriacy bardzo psioczyli na Hitlera. Również po wojnie mama zeznawała na jej korzyść. A jednego z chłopaków, którzy na nas donieśli Gestapo, spotkałyśmy z mamą w latach pięćdziesiątych w tramwaju na Woli. Był już dorosłym mężczyzną, mnie nie poznał, ale mamę tak. Przestraszył się. Chciałam od razu biec do motorniczego, żeby zatrzymał tramwaj i wezwał milicję, mama jednak mnie powstrzymała. "On był strasznym gówniarzem - mówiła - może zmądrzał. Narażałyśmy życie jego rodziców, naszych gospodarzy, oni nie znali prawdy o nas. Nie mamy prawa go oceniać". Ja krzyczałam: "Jak to nie mamy? Doniósł na nas, cudem żyjemy!". Długo nie mogłam mamie wybaczyć, że mi nie pozwoliła.
Na koniec znalazłyśmy się na Pradze. Tam mama poznała Zygmusia Bielskiego. Zygmuś zastrzelił szmalcownika, który nas sadystycznie gnębił. Na kilometr zresztą było widać, że Bielski walczy z Niemcami. Miał wojskowy sznyt i sposób bycia. Wcielił mamę do oddziału. Potrzebowali sanitariuszek. To były jej najlepsze wojenne chwile. Brała udział w powstaniu warszawskim, poznała wtedy mojego przyszłego ojczyma, ratując go przed rozstrzelaniem. Mnie dla bezpieczeństwa oddali do klasztoru sióstr szarytek w Warszawie. Zygmuś powiedział, że jestem jego kuzynką, że mój ojciec był kiedyś jego dowódcą. Kłamał jak z nut, bo nie był pewien, czy zakonnice zechcą przyjąć żydowskie dziecko. Wtedy nie wiedziałam, że oprócz mnie całkiem świadomie przechowywały dwie inne żydowskie dziewczynki. Poznałam jedną z nich po latach w naszym stowarzyszeniu.
Tam też miałam szczęście. Bomba zapalająca trafiła w dach klasztoru. Ogłoszono alarm, zakonnice z dziećmi zbiegły do piwnicy, a ja miałam taki twardy sen, że nie zbiegłam. Zbudziłam się w południe, raziło mnie słońce, otwarłam oczy, a nade mną niebo. Sypialnie były na piętrze - dach urwało, a ja spałam. Tymczasem okazało się, że wejście do piwnic zasypało. Moje koleżanki i zakonnice trzeba było stamtąd wydobywać, a mnie robotnicy ulokowali w kubełku, którym zwożono cegły, i pierwsza znalazłam się na bezpiecznym gruncie.
Mogłyśmy stracić życie ze dwadzieścia razy. Lecz ja po prostu wierzyłam, że moja mama ma moc. Ona mi to zresztą powtarzała, żeby podbudować moją pewność siebie.
Całą wojnę kłamałyśmy, udawałyśmy kogoś innego. Ukrywanie tożsamości opanowałam do perfekcji. Wiele lat się tego oduczałam. Właściwie do nastego roku życia oszukiwałam jak najęta. Zmieniałam tożsamość, opowiadałam nieprawdziwe historie, wymyślałam sobie życiorysy. Mama skończyła wojnę jako Branicka, a ja aż do zamążpójścia byłam Wróblewska. Ostatnio w szpitalu spytali mnie o nazwisko panieńskie matki. Przypomniałam sobie wtedy, że w ostatniej metryce mama rzekomo była z domu Maliniak. Po co w szpitalu pytać osiemdziesięciojednoletnią kobietę o nazwisko panieńskie matki? To po prostu idiotyzm. Może dla celów identyfikacyjnych? Nie wiem. Moja identyfikacja jest ciągle wątpliwa.