Wrogowie all inclusive - R.S. Grey

Reflow text when sidebars are open.
Paige
To nie przypadek, że pracuję w takim miejscu jak Siesta Playa. Moi rodzice to biolodzy morscy, bardzo aktywni w swojej dziedzinie. Dwa absolutne czubki, które wolą pływać z żółwiami, niż mieć do czynienia z ludźmi. Dziwi mnie, że w ogóle chcieli mieć dziecko. Chociaż czarujący i oddani, byli nienajlepiej przygotowani na stworzenie mi czegoś w rodzaju zorganizowanego dzieciństwa. Nastoletnie lata spędziłam, jeżdżąc po świecie i przeskakując z jednej szkoły do drugiej, z jednej grupki przyjaciół do następnej. Rodzice nie rozumieli, czemu dziecko miałoby ich spowalniać. Potrzebni dwaj pracownicy naukowi do badania Oceanu Indyjskiego? Wspaniale! Paige umie pływać, powinno się udać.
Najwyraźniej przejęłam ten ich awanturniczy styl życia, bo nigdy nie umiałam nigdzie zagrzać miejsca na dłużej. Studiowałam za granicą, w Portugalii i Nowej Zelandii, i po odebraniu dyplomu spędziłam rok na morzu. A potem uznałam, że czegoś mi brakuje.
Trochę się martwiłam, że funkcjonuję w ten sposób dlatego, że to jedyne, co znam, a nie dlatego, że mnie to uszczęśliwia. W rzeczywistości beztroska i luz są trudniejsze, niż się wydaje - to prawdziwy koszmar obmyślać, co będzie się robić z tygodnia na tydzień. Taki styl życia wiąże się też z samotnością. Koniec końców czujesz się jak wieczny turysta, jakbyś nigdzie nie przynależał. Życie tylko dla nowych przygód ostatecznie zaczyna się nudzić. Co więcej, czułam, że tęsknię za trwałymi więziami i miejscem, do którego mogłabym się przyzwyczaić. Fajnie byłoby zostać stałym gościem w jakiejś kawiarni, gdzie ktoś wołałby do mnie od progu: "Waniliowe latte z dodatkowym espresso?". Ale ta wizja zaczęła się wydawać o wiele bardziej egzotyczna niż upychanie ubrań do plecaka i nieustanne wyruszanie w nieznane.
Pragnęłam korzeni. Pragnęłam rutyny. Pragnęłam domu.
Uznałam, że jeśli zamierzam zostać na dłużej w jednym miejscu, powinnam wybrać coś niezwykłego. I dlatego zdecydowałam, że najlepsze dla mnie będzie życie na wyspie.
Mieszkam na wyspach Turks i Caicos już od roku i czuję się tu cudownie. Wciąż czeka mnie wiele przygód. Codziennie zdarza się coś innego - od opalania się na plaży Long Bay czy eksplorowania jaskiń w Conch Bar po nurkowanie z rurką przy urwisku koralowym Grand Turk Wall.
Mogę sobie wyobrazić, że zostaję tu na bardzo długo.
Pomaga też to, że lubię swoją pracę i współpracowników. Niestety, na moim stanowisku naprawdę kiepsko płacą. W niektóre dni wydaje się, że to ja płacę im, żeby w ogóle pozwolili mi tu być. Na szczęście pokrywają koszt wyżywienia i zakwaterowania. Poza tym jakoś sobie radzę. Panuje między nami prawdziwe koleżeństwo, coś w stylu jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, co potwierdza dzisiejsze ognisko.
Poszperałam w pokoju i znalazłam nieotwartą butelkę wina i dwie puszki piwa. Ktoś pewnie przyniesie więcej alkoholu i, miejmy nadzieję, jakieś przekąski. Krzyżuję palce, licząc na pianki, bo jaki to wszystko ma sens bez nich?
Théo i Oscar już fajnie wszystko przygotowali, gdy zeszłam na plażę. Jako nieoficjalni organizatorzy imprezy wykopali dołek na ognisko i przynieśli parę leżaków. Niczego więcej nie potrzeba. Wyspa zajmie się resztą. Słońce urządza spektakl, obniżając się nad horyzontem i obdarowując nas niebem w landrynkowych odcieniach różu i pomarańczy, tak pięknych, że przystaję na chwilę, żeby je podziwiać. Nigdy mi się to nie znudzi. Turkusowa woda jest spokojna, fale łagodne, a piasek miękki. Zsuwam sandały i idę do chłopaków boso.
W przeciwieństwie do mnie Théo jest stąd - urodził się i wychował na wyspie. Oscar przeniósł się tu z Australii. Obaj pracują na polu golfowym i nigdy nie przestanie mnie śmieszyć związana z tym sprzeczność. Przez cały dzień pracy muszą nosić wyprasowane koszulki polo i spodnie khaki. Oscar ukrywa swoje krótko ostrzyżone, neonowo niebieskie włosy pod firmową bejsbolówką Siesta Playa, więc goście niczego się nie domyślają. Théo jest z kolei cały wytatuowany, od przegubów po obojczyki, ale nie da się tego odgadnąć, kiedy nosi służbową koszulę z długimi rękawami. Dziś wieczorem jednak możemy być sobą. Oscar ma na sobie szorty kąpielowe i tank top, a Théo krótkie bojówki i stary T-shirt z logo jakiegoś zespołu.
Przystaję przed nimi i dygam w głębokim ukłonie, jakby byli dwoma królami, a ja prostą chłopką.
- Składam wam w darze dwa letnie piwa - żartuję, wręczając im po jednym w ramach podziękowania za zorganizowanie ogniska.
- Cholera, chętnie wezmę - mówi Oscar i od razu je otwiera.
- Jak mogę pomóc? - pytam, lustrując wzrokiem stertę leżaków oraz stos przekąsek i napojów.
- Możesz zabawić nas opowieścią o swoim dniu - odpowiada z uśmiechem Théo. Nie ma idealnie równych zębów, ale ten krzywy uśmiech tylko dodaje mu uroku. - Słyszałem, że dostałaś opieprz za wycieczkę.
- Można tak powiedzieć - jęczę. - Mieliście w tym tygodniu do czynienia z Daughertymi?
- Tylko z mężem. Był na kursie golfa przez cały dzień, bo ukrywał się przed żoną.
- Trudno go winić.
- Ktoś mówił, że Cole pospieszył ci na ratunek... - wtrąca Oscar ze znaczącym uśmieszkiem.
- Nie sądzę.
Théo śmieje się i wskazuje na stos leżaków.
- Możesz je dla nas rozstawić?
- Już się robi!
Przyszłam tu jako jedna z pierwszych nie bez powodu. Mam na dziś wieczór zaplanowaną strategię, która obejmuje zapewnienie Blaze'owi łatwego dostępu do mojej osoby. Oczywiście pod kątem przestrzeni. Nie chcę ugrzęznąć ściśnięta między dwoma zajętymi leżakami, więc rozmyślnie rozkładam ręcznik na przyjemnym skrawku piasku w pobliżu wody, tak że po obu stronach jest sporo wolnego miejsca, i czekam.
Słońce całkiem zachodzi, zanim pojawia się więcej ludzi. Z wielką ulgą dostrzegam Camilę i Larę, które podchodzą do mnie powoli. To dwie siostry z Florydy, które zaczęły tu pracować mniej więcej w tym samym czasie co ja, czyli rok temu. Są trochę starsze i tworzą zgrany duet, ale zawsze są tak miłe, że pozwalają mi dołączyć do siebie, kiedy wychodzą do klubów i barów.
Wyglądają olśniewająco, naprawdę przepięknie. Mają długie, ciemne włosy i zmysłowe oczy. Nie mogłybyśmy bardziej się różnić. Moje duże, niebieskie oczy nie krzyczą: "Seks!", tak jak ich, tylko wołają litościwie: "Cześć! Szukasz przyjaciółki?".
Poza tym Camila i Lara zawsze uatrakcyjniają swoje służbowe uniformy i nigdy nie wyglądają tandetnie. Po pracy noszą odważne ciuchy - tak zestawiają ze sobą poszczególne elementy, że ja w życiu bym na to nie wpadła. To bluzka czy sukienka? Szorty czy bielizna modelująca? A tak w ogóle, to czy dżinsy z wysokim stanem są nadal modne, czy już nie? Niech mi ktoś pomoże!
Jestem w szoku, że te dziewczyny coś ze mną łączy - z moim sprzętem turystycznym, sportowymi ubraniami i stanikami. Te parę sukienek, które posiadam, dostałam od nich. Kiedy tu przyjechałam, zerknęły tylko na moją garderobę i krzyknęły ze zgrozy.
- Gdzie masz ciuchy na wyjścia? - spytała Lara z dezaprobatą, gorączkowo przeglądając moje praktyczne, odprowadzające wilgoć koszulki do ćwiczeń.
Wskazałam na kilka dżinsowych szortów, a potem przypomniałam sobie, że mam też prosty czarny tank top, zagrzebany gdzieś w torbie, jeszcze nierozpakowany. Uniosłam go z dumą. Lara przeżegnała się i odmówiła za mnie cichą modlitwę.
Od tamtego czasu Camila i Lara uznały, że ich jedyną życiową misją jest wystroić mnie tak, jakbym była ich osobistą Barbie. Jest to, jak się wyraziły, farsa, żeby pozwolić mojemu ciału tak się marnować.
- Te nogi! Ta talia! Te piersi!
Przeważnie pozwalam im na te przebieranki, bo to zabawne i skrycie schlebia mi, że są gotowe mi pomóc. Są seksowne i czuję przy nich, że też mogę taka być. Dlatego bardzo się cieszę, kiedy postanawiają rozłożyć swój koc plażowy obok mnie.
Dziś wieczorem, aby je udobruchać oraz, przyznaję, wyjść nieco z mojej strefy komfortu, założyłam na ognisko jedną z ich starych sukienek. To obcisła kiecka mini w lawendowym kolorze, z cienkim sznureczkiem wiązanym na karku. Poczułam się trochę głupio, kiedy pierwszy raz ją założyłam - w końcu odsłania sporo ciała - więc zanim opuściłam mój pokój, narzuciłam na nią dżinsową kurtkę.
- Ściągaj to - nakazuje Lara, gdy tylko zauważa, co wykombinowałam. Pstryka przy tym niecierpliwie palcami.
- Co? - Śmieję się. - Czemu? Zmarznę!
Ściąga brwi, nie dając się na to nabrać. Jej cierpliwość wobec mnie kurczy się z każdym dniem.
- Jesteśmy w tropikach. Tu nigdy nie jest zimno, a już zwłaszcza w sierpniu.
Camila włącza się ze wsparciem dla siostry.
- Masz świetny biust, Paige, i naprawdę mnie to boli, wręcz rani mi serce, gdy upierasz się, żeby go przed wszystkimi ukrywać.
- Ale...
- Nie.
- Ja...
- Nie - powtarza Lara ze stanowczym gestem, jakby kończyła negocjacje.
Udało im się przekonać mnie do ściągnięcia kurtki i, tak jak się spodziewałam, następuje niezręczny moment, kiedy wydaje się, że wszyscy siedzący wokół ogniska gapią się na mnie, mrugając powoli i myśląc to samo: "Zaraz, chwila. Czyli Paige to jednak dziewczyna?". Théo i Oscar bez skrępowania gwiżdżą i droczą się ze mną żarcikami, ale przebaczam im, bo wiem, że tylko próbują mnie rozśmieszyć. Cała reszta na szczęście zachowuje swoje uwagi dla siebie.
Wiem, że nie jestem brzydka. Wyglądam jak moja mama, a ona według mnie jest oszałamiająco piękna. Dlaczego więc Blaze od razu mi się nie oświadcza?
Lara rozumie moje kłopotliwe położenie i chce mi pomóc.
- Wygnij bardziej plecy. Tak, właśnie tak.
Ujmuje mnie za barki i siłą wypycha mój biust do przodu. Wygląda to tak, jakbym cierpiała na zaawansowany przypadek skoliozy, ale załatwia sprawę. Blaze zerka w moim kierunku i oczy mu się rozszerzają z wyraźnym uznaniem. Dzięki, geny. Uśmiecha się i lekko do mnie macha.
- Dobrze, a teraz odwróć wzrok. Odwróć wzrok! - syczy gorączkowo Camila.
Spoglądam na piasek, a potem w nocne niebo, na Camilę, na Larę i znów na Blaze'a, bo po prostu nie mogę się powstrzymać. Trochę się pogubiłam.
Lara śmieje się i kręci głową.
- Dziewczyno, jesteś beznadziejna.
Wzdycham i zmieniam pozycję, odwracając się od Blaze'a, jakby jego obecność nie robiła na mnie żadnego wrażenia.
- Wciąż tu patrzy? - szepczę kącikiem ust, jakby mógł mnie usłyszeć z tej odległości.
- Nie. Rozmawia teraz z Cole'em.
Co?!
Serce zamiera mi w piersi. Zacinam się, krztuszę, gram na zwłokę - niczym samochód z ręczną skrzynią biegów i z początkującym kierowcą za kółkiem. Wreszcie podnoszę wzrok, desperacko szukając spojrzeniem Cole'a pośród małej grupki. Nie zauważam go i przygarbiam się, czując się dosyć głupio. Oczywiście, że go tu nie ma. Przecież ostatecznie go nie zaprosiłam. Blaze nadal rozmawia ze swoim kumplem, innym barmanem. Nie z Cole'em. Nigdy z Cole'em.
Rzucam Camili gniewne spojrzenie, ale to tylko jeszcze bardziej rozśmiesza ją i Larę.
- Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać. Boże, tak łatwo cię zwieść.
Lara potwierdza, odrzucając swoje długie, ciemne włosy za ramię.
- No właśnie. Nie trzeba nawet wypowiadać całego jego imienia, a od razu panikuje. Wystarczy "Co..." i widzisz? Już ma gęsią skórkę.
- Wcale nie! - Przesuwam dłońmi po ramionach, żeby przygładzić najeżone włoski. - Nie tylko ja tak mam. Wszyscy tak na niego reagują. - I w obawie, że mogą opacznie zinterpretować, co mam na myśli, dodaję: - Wszyscy go nienawidzą.
- Nie tacy znów wszyscy. - Wzrusza ramionami Lara. - Słyszałam, jak Tamara mówiła o nim niedawno w socjalnym. Nawijała bez końca, jaki to z niego przystojniak.
- Tak, też przy tym byłam. - Camila przewraca oczami. - Jakby miała obsesję. Myślałam, że nie skończę lunchu, tak o nim ględziła.
Cole podoba się Tamarze? Pierwsze słyszę. Dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz? Choć to pewnie nowina dla wszystkich, nie tylko dla mnie.
Nachylam się ku nim, nagle spragniona odpowiedzi.
- Tamara? Czy to ta kelnerka z bistro? Ta z piskliwym głosem?
Kiwają potakująco głowami.
- Blondynka? Ale bardziej platynowa niż ja? - pytam, upewniając się trzykrotnie, czy myślę o właściwej osobie.
- Tak. - Kiwa głową Lara.
Kurczę. Widziałam Tamarę tylko parę razy, ale wiem, że jest ładna i urocza. Jest też wesoła, w tym stylu, który podoba się facetom. Rozchichotana i lubiąca dobrą zabawę. Co prawda za tymi wielkimi oczami chyba niewiele się dzieje, ale może się mylę. Może Cole dostrzega w niej coś, czego ja nie widzę.
Muszę być bardziej taka jak Tamara.
Próbuję na początek zachichotać, ale Camila mierzy mnie wzrokiem, jakbym straciła rozum.
- Co ty wyprawiasz? Co to było?
- Kaszel. - Kręcę głową, próbując rozwiać jej podejrzenia. - Do rzeczy. Potrzebna mi wasza pomoc. Jak mam przyciągnąć uwagę Blaze'a?
- Jesteś pewna, że chodzi ci o Blaze'a? - pyta mnie Lara ze zdrową dozą sceptycyzmu.
- A o kogo innego?
Wymieniają znaczące spojrzenia.
- O kogo innego miałoby mi chodzić? - dopytuję.
Camila uśmiecha się figlarnie.
O nie. Nie ma mowy. Nie będziemy znów bawić się w tę gierkę, kiedy one rzucają subtelne aluzje, że może nie cierpię Cole'a nieco bardziej, niż to normalne, że mówię o nim i skarżę się na niego tak często, że to aż chorobliwe. No i co z tego, jeśli nienawiść do niego to moje trzecie ulubione hobby, zaraz po nielubieniu go i pogardzie dla jego osoby? Trzeba mieć jakieś zainteresowania!
- Czyli, tak dla jasności, nie obchodziłoby cię, gdyby Tamara spotykała się z Cole'em? - zastanawia się Lara.
- On nigdy się z nią nie umówi.
Stwierdzam to jako fakt. Nie jako przepowiednię, którą wyczytałam z jakiegoś starożytnego zwoju. Widzicie? Piszą tu, że Cole umrze w smutku i samotności.
Lara wzrusza ramionami i unosi brwi.
- Nie byłabym taka pewna... Tamara, zdaje się, uważała, że jest nią oczarowany.
- A jakie przedstawiła dowody?!
Nachylam się teraz do Lary tak blisko, jakbym była detektywem, który w trakcie przesłuchania stracił zimną krew. Jakbym uderzała pięściami w metalowy stolik, powarkując: "Odpowiadaj, do cholery!".
Lara uśmiecha się, a ja chrząkam i prostuję się na moim ręczniku. Wyraźnie mnie poniosło.
Przypominam sobie, że nie obchodzi mnie życie miłosne Cole'a. Mam ważniejsze sprawy, takie jak Blaze. Postawny przystojniak z potężnymi bicepsami i idealnie nieidealnym uśmiechem. Jego brązowe włosy są na tyle długie, że może je lekko odgarniać za uszy. Zwykle za tym nie przepadam, ale teraz całkiem mi się to podoba.
Lara i Camila najwyraźniej nie są zainteresowane pomaganiem mi w usidleniu Blaze'a, więc będę musiała wziąć sprawy w swoje ręce. Raczej nie przyciągnę jego uwagi, siedząc tu w odosobnieniu, więc postanawiam upiec piankę. Tak. Dużą, puszystą, białą piankę, którą muszę uwodzicielsko nadziać na koniec długiego kijka, a jeśli będzie to wyglądało nieco erotycznie - jakbym... sama nie wiem, pieściła go ręką - to cóż, trudno! Przecież nie mam o tym pojęcia. Postanawiam, że wsunę następną, tym razem wolniej. Muszę ją wręcz wepchnąć na miejsce.
Och, super!
Już na mnie patrzy!
Nikt nie jest tak blisko płomieni jak ja, bo na dworze jest dziś gorąco i parno - ognisko służy raczej estetyce niż sztuce przetrwania - ale tak właśnie wolę. Jestem w centrum uwagi. Wyobrażam sobie, że łuna migocze mi kusząco na twarzy, ale to najwyraźniej nie wystarcza. Blaze nadal do mnie nie podchodzi. Dlatego - i nie jestem z tego dumna, wybacz, mamuś - nachylam się, by zbliżyć pianki bardziej do płomieni, wystawiając na pokaz zbyt wiele biustu. Omal mi nie wyskakuje z tej lawendowej sukienki.
I wtedy wyczuwam jakąś woń.
Ach tak, palących się włosów.
- Aaach! - Odskakuję od ognia, macając się po głowie. Nie spaliło się wiele, raptem parę kosmyków, ale skutecznie kończy to moje małe przedstawienie.
- Nic ci nie jest, Paige? - pyta Oscar, z trudem powstrzymując uśmiech.
- Nic - szczebioczę, próbując zignorować zakłopotanie.
Teraz, pomimo moich starań, nie mam nic do pokazania, oprócz dwóch okopconych pianek oraz nieco mniejszej ilości włosów niż ta, z którą przyszłam. Blaze nawet już nie zerka w moją stronę. Jaka szkoda. Powinnam naprawdę o to zawalczyć. Może nawet przypadkiem wetknąć w płomienie palec czy dwa, żeby Blaze mógł odegrać bohatera i pielęgnować mnie, póki nie wrócę do zdrowia.
Mogłabym naprawdę to rozdmuchać, zmusić go, żeby zaniósł mnie do hotelu, żebyśmy mogli obudzić doktora Missicka. Udawałabym z powodzeniem damę w opałach, napierając na Blaze'a biustem, wtulając głowę w zagłębienie jego szyi i jęcząc na zawołanie.
O tak, zaryzykuję obrażenia cielesne, byle przyciągnąć uwagę mężczyzny. Co tam feminizm!
Lara i Camila nie odzywają się ani słowem, gdy wracam na swoje miejsce obok nich. Lara podaje mi piwo, a ja siadam i piję, samotna i nienawidząca siebie za to, że myślę o Cole'u i o tym, co może porabiać o tej porze.
Cole
Wychowały mnie dwa roboty. Do dziś nie jestem pewien, na czym polegały tajniki działania moich rodziców - czy mieli prawdziwe uczucia, czy też tylko naśladowali wyraz twarzy ludzi, wśród których żyli? Czy krwawili krwią, czy może olejem silnikowym? Pewne kwestie nadal mnie prześladują: czy rodzice chodzili do lekarza na prawdziwe coroczne badania, czy tylko siedzieli na parkingu przez określoną ilość czasu, a potem jechali do domu na przegląd w naszym garażu? Czy musieli coś jeść dla podtrzymania życia, czy też robili to tylko ze względu na mnie? Mniam... kurczak.
Susan i Patrick Clarkowie wychowali mnie na przedmieściach Ohio - para księgowych, dla których szalona noc oznaczała wyskoczenie do pizzerii DiGiorno i pracę przed terminem nad audytami firmy. Mieszkają w parterowym domu na przedmieściach pełnych innych parterowych domów. Wszystkie meble w ich salonie mieszczą się w ograniczonej gamie kolorystycznej jasnej szarości z akcentami beżu.
Jestem inteligentny. Tak jak oni jestem też dobry z matematyki, więc wyjechałem na studia i ukończyłem dwie specjalności - zarządzanie i finanse. Niewiele nawet nad tym myślałem. To jasne, że specjalizowałbym się w tych kierunkach. Nie uważałem tego za istotne aż do dnia, gdy ukończyłem studia siedem lat temu. Rodzice zaprosili mnie wtedy do znanej na całym świecie restauracji ze stekami, gdzie oboje zamówili sałatkę w zestawie z zupą, bez chleba.
Tata monotonnym głosem oznajmił, że zarekomendował mnie w swojej firmie. Gdybym chciał, mam tam stanowisko. Mogę z nim pracować.
Mógłbym też kupić dom w ich dzielnicy, z moimi własnymi szarymi meblami.
Tamtego wieczoru złożyłem podanie na studia podyplomowe, na hotelarstwo. Szukając pracy, brałem pod uwagę jedynie te miejsca, gdzie moi rodzice nigdy nie dotrą.
To dlatego jestem tutaj, na Turks i Caicos.
Zdaję sobie sprawę, że idylla nie jest całkowita. Powinno się znać swoje życiowe pasje od maleńkości, od samego przyjścia na świat. Bam! Chcesz być lekarzem? Proszę, oto zabawkowy stetoskop. Tymczasem ja najwyraźniej powinienem udawać, jako dziecko, gońca hotelowego i konsjerża.
Mimo wszystko okazało się, że naprawdę lubię tę pracę. Nie powinno dziwić, że jako potomek pary robotów lubię wyszukiwać nieścisłości, cyfry, których suma się nie zgadza, systemy, które można zmodyfikować i udoskonalić. Szybko awansowałem dzięki mojej uważności na detale i teraz chciałbym objąć stanowisko dyrektora.
I dlatego umówiłem się na to wczesnoporanne spotkanie z Toddem Weaverem.
Todd Weaver ma wystający brzuch i źle dopasowany tupecik. Nieustannie wydłubuje coś językiem z zębów i nigdy, ani razu, nie użył wystarczająco dużo dezodorantu, by zamaskować bijącą od niego przykrą woń. Chcę jego fuchę. Chcę, żeby Todd zniknął z tej wyspy. Nie dam rady już dłużej wąchać tej szczególnej odmiany piżma.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej
Paige
Kocham moją pracę. Kocham moją pracę. Kocham moją pracę.
Muszę tylko powtarzać to jak mantrę.
Mam przecież wiele powodów, żeby lubić ten kurort. Siesta Playa słynie z krystalicznie czystej wody, białych, piaszczystych plaż, luksusowych pokoi oraz... skrajnie rozpuszczonych turystów, przekonanych, że zgromadzone przez rok punkty lojalnościowe na karcie kredytowej upoważniają ich. do wręcz królewskiego traktowania.
Wpatruję się teraz w jedną z takich turystek, która bez końca trajkocze o tym, jak rujnuję jej wakacje, oraz, co za tym idzie, jej życie. Stoi po drugiej stronie biurka, plując jadem. Jest tak rozwścieczona, że zaraz pękną jej żyłki na czole. Ten nastrój jaskrawo kontrastuje z jej hawajską sukienką oraz kiczowatymi kolczykami z muszli. Na okularach, zatkniętych na głowie, połyskuje wakacyjny slogan: "Wyspiarski luz!".
Teraz rozumiem, dlaczego jej mąż kuli się za nią na drżących nogach, próbując odnaleźć w sobie odwagę, którą ona już dawno temu w nim zdusiła.
Proszę, niech pan mrugnie trzy razy, jeśli potrzebuje pan pomocy.
- Pani Daugherty, bardzo mi przykro.
Tak dla jasności, to już moje czwarte przeprosiny, ale zostają zignorowane jak trzy poprzednie.
- Pani jest przykro? I co mi po tym? Przyleciałam tu aż z Miami!
To mniej więcej dwugodzinna podróż, licząc od jednego pasa startowego do drugiego. Tymczasem ona tak to podkreśla, że można by pomyśleć, że przywędrowała tu pieszo z plecakiem wprost z tybetańskiego szczytu.
- Jesteśmy wdzięczni, że przebyła pani taką drogę. I rozumiem pani zdenerwowanie.
Nie, wcale nie. Nie rozumiem.
- Przepraszam jeszcze raz, w imieniu całego zespołu hotelowego.
Tak naprawdę wszyscy chcielibyśmy zakazać ci wstępu do tego miejsca.
- I oczywiście chętnie zaoferujemy państwu vouchery na inne wycieczki. A może woleliby państwo skorzystać z prywatnej kolacji na plaży? Oczywiście na koszt hotelu.
Takie ustępstwa - pogodzenie się z sytuacją - to jedna z zasad hotelu. Dać tym rozpuszczonym socjopatom, czego chcą, by rozładować atmosferę, zanim inni goście - ci niegdyś kochani przez rodziców - coś zauważą. Nie cierpię tego.
Nieznośna turystka postukuje tłustym palcem wskazującym o biurko niczym dzięcioł dziobem o drzewo.
- Kolację na plaży mogę zjeść wszędzie. A ja chcę zobaczyć te cholerne wieloryby! Tak jak mi obiecywano!
Jedną z wycieczek oferowanych w Siesta Playa jest rejs z przewodnikiem poświęcony morskiej faunie, wieloryby. W szczycie sezonu, czyli od stycznia do początku kwietnia, wieloryby fałdowce płyną przez kanał między wyspami Turks i Caicos i rodzą młode na wysepce Salt Cay. Skoro jednak mamy środek sierpnia... fałdowce są zajęte czym innym gdzieś indziej, pewnie jakimiś wielorybimi sprawami. Daliśmy to jasno do zrozumienia naszym gościom, którym marzyło się zobaczyć te majestatyczne ssaki o tej porze roku, w tym pani Daugherty.
- Ja. Chcę. Wielorybów! - żąda znów natrętna turystka, podkreślając każde słowo niczym wyrośnięta wersja rozpieszczonej Veruki Salt z Charliego i fabryki czekolady.
Jej mąż, chwilowo rezygnując z prób odejścia w zapomnienie, wtrąca drżącym głosem:
- Beatrice, chyba moglibyśmy...
Jego żona nawet nie drgnie i nadal przygważdża mnie spojrzeniem.
- Nie, Mark. Przestań. To śmieszne! Wie pani co? - Wycelowuje we mnie palce, ledwie o parę centymetrów od mojej twarzy, i grozi mi nimi przed nosem. - Chcę rozmawiać z pani przełożonym. Natychmiast.
Spodziewałam się tego. Odwołanie się do mitycznej władzy to ostatnia metoda wszystkich sfrustrowanych zrzęd. Założyłabym się o ostatni grosz, że na łożu śmierci będzie wzywać Jezusa - nie prosząc o pociechę czy miłosierdzie, ale pragnąc się poskarżyć jego ojcu na kiepską obsługę, jaką miała na ziemi.
Jestem zmuszona wezwać kogoś przez radio, tyle że ten, kto przychodzi, to absolutnie ostatnia osoba, jaką chciałabym teraz widzieć.
Nie muszę się nawet odwracać, by wiedzieć, kto właśnie się za mną pojawił. Jego nadejściu równie dobrze mógłby towarzyszyć motyw z głębokim, złowieszczym dźwiękiem organów. Dum, dum, dummmm.
To stały gość w Mordorze.
Chętnie zapraszany na kolacje u diabła.
Korespondencyjny kumpel Voldemorta.
Cole Clark nie jest ani moim szefem, ani przyjacielem. To wrzód na moim tyłku. Już sama jego obecność podnosi mi poziom adrenaliny we krwi. Zaciskam dłonie w pięści.
- Witam. W czym mógłbym pomóc? - pyta zza mojego ramienia.
Prostuję się, próbując dodać sobie parę centymetrów. Wkurza mnie, że Cole góruje nade mną dzięki swojej postawnej sylwetce.
- Kim pan jest? - W tonie turystki słychać już nieco mniej protekcjonalności. Tak się dzieje z kobietami w obecności Cole'a. Łagodnieją, omdlewają, miękną im kolana. Nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego.
- Cole Clark, zastępca dyrektora operacyjnego w Siesta Playa.
- Tak, jest tylko zastępcą - podkreślam. - A pani powinna się poskar... to znaczy porozmawiać z Toddem Weaverem. To on tu jest prawdziwym szefem.
Pani Daugherty nie raczy mnie posłuchać czy nawet na mnie spojrzeć. Zapomniała o moim istnieniu. Wpatruje się w Cole'a z rozmarzeniem w oczach. Napięte tętnice na czole się wygładziły i pompują swoją bogatą w cholesterol zawartość do zakamarków szybciej bijącego serca. Gdyby mogła, wepchnęłaby swojego potulnego męża głową naprzód do jakiegoś czynnego wulkanu. Tak bardzo pragnie Cole'a. Fuj.
Widząc, że moja rola tutaj - w tym codziennym teatrzyku, jakim jest obsługa klienta - dobiegła, na szczęście, końca, już mam zamiar odsunąć się na bok i szybko czmychnąć, ale wtedy Cole zaciska mi dłoń na ramieniu, przytrzymując mnie w miejscu. Całkiem jakby chciał powiedzieć: "Nie tak szybko". W odpowiedzi następuję obcasem na czubek jego oksfordów w rozmiarze czterdzieści sześć. Puszczaj, dupku!
Co też niezwłocznie czyni.
Muszę tam stać i wysłuchiwać od nowa skarg pani Daugherty. Wskazuje palcem na mnie.
- Ta... ta dziewczyna obiecała mojemu mężowi i mnie, że spędzimy cudowne chwile na morzu, ale ze smutkiem donoszę, że tak się nie stało. W najmniejszym stopniu. Ta tutaj...
- Pani Young - podpowiada Cole.
- Pani Young zabrała nas na morze na całe popołudnie i nic nie zobaczyliśmy. Parę marnych płaszczek? Pieprzony delfin? Też mi coś. Kiedy usłyszy o tym mój kuzyn, pracownik biura podróży...
Cole zachowuje spokój podczas całej tej wściekłej przemowy o kuzynie, gróźb o jadowitej recenzji na Tripadvisorze, a nawet chaotycznej tyrady o tym, jak to córka pani Daugherty ma sporo fanów na TickClocku.
Dziesięć minut później pani Daugherty odchodzi - z pokaźnym stosikiem kuponów na drinki w ręku - wykrzykując rozkazy do swojego męża pantoflarza, żeby się pospieszył. Jej reklamacje wobec mnie zostały oficjalnie rozpatrzone.
Powinnam się odwrócić i podziękować Cole'owi, ale jeśli mam być szczera, wolałabym raczej pójść sączyć koktajle mai tai z państwem Daugherty.
Chciałabym, żeby zniknął w kłębach dymu lub chmurze nietoperzy i na tym zakończył, ale nie, nie może się oprzeć.
- Szczerze mówiąc, jestem zaskoczony, że skarżyła się tylko na brak wielorybów - zaczyna, a ja od razu się spinam. - Biorąc pod uwagę, że to była twoja wycieczka, oczekiwałbym raczej, że poleje się krew.
Odwracam się, przesadnie powoli, i rzucam mu miażdżące spojrzenie, które mówi: "Jesteś pyłkiem. Niczym".
Niestety wiem, o co mu chodzi, gdy wspomina o krwi. Jako pracownica działu rozrywki i obsługi gości mam za zadanie prowadzić wycieczki i zajęcia dla gości szukających przygód. Interesują was surfowanie, żagle albo wędrówki, kończące się pod majestatycznymi wodospadami? Jestem do waszych usług. I co z tego, że bardzo rzadko - cóż, aktuariusze naszego ubezpieczenia wspominają o jedenastu i siedmiu dziesiątych procent czasu - moje zwariowane pomysły kończą się łagodnymi lub umiarkowanymi obrażeniami? Statki najbezpieczniejsze są w przystani, ale nie po to się je buduje! Doktor Missick - nasz lekarz hotelowy - mnie nienawidzi, bo zamieniłam jego ciepłą posadkę na emeryturze w pełen etat na pogotowiu. Otarcia od wspinaczki na skałach, sińce i ugryzienia modnych, ale drażliwych kózek, towarzyszących w jodze, i od czasu do czasu oparzenie od cotygodniowych przechadzek po rozżarzonych węglach to tylko początek. Chciałabym jednak zaznaczyć, że równie dużo wypadków w naszym hotelu wydarza się w barze. Ledwie tydzień temu mieliśmy nadzianie się na kebaba oraz oparzenie fontanną czekolady. Chodzi mi o to, że wciąż wzrastająca liczba pacjentów doktora Missicka to nie tylko moja sprawka, dlatego wpienia mnie, że Cole trzyma w pokoju socjalnym tablicę z wielkim napisem: "Liczba dni od ostatniego wypadku naszego gościa". Łatwy sposób, żeby mnie dręczyć.
Podczas gdy pani Daugherty narzekała, Cole zapewne uważnie jej się przyjrzał, szukając jakiegoś temblaka czy opatrunku. To cudowne uczucie, że przynajmniej tym razem spowodowałam u gościa wyłącznie traumę emocjonalną, a nie obrażenia fizyczne, i nie dałam Cole'owi tej satysfakcji, by mógł zamienić na tej swojej śmiesznej tablicy wynik jednocyfrowy na dwucyfrowy.
Splatam ramiona i unoszę podbródek, spoglądając mu w oczy z całą odwagą, na jaką mnie stać.
- Żeby było jasne - to nie była moja wina.
Unosi żartobliwie ciemną brew.
-Tak, oczywiście.
- Wyłączyłam się w trakcie waszej rozmowy. Powiedziałeś jej, że zatrudniłeś wieloryby na kontrakt, żeby pociągnąć je do odpowiedzialności za nieobecność?
Omal się nie uśmiecha.
- Powiedziałem jej, żeby trzymała się baru. Wyjaśniłem, że twoje wycieczki mogą czasami przysparzać więcej kłopotów, niż są warte.
Mrużę oczy, próbując go przejrzeć.
Jestem pewna, że istnieją jakieś miłe, radosne przymiotniki, którymi można by opisać Cole'a, ale nie mam zamiaru rozważać żadnego z nich. Jego wzrost jest irytujący. Jego oczy w odcieniu głębokiego brązu są za ciemne. Krawat zdecydowanie zbyt schludny. Ja jestem blondynką o rozjaśnionych od słońca włosach, a on to pracoholik i zrzęda. Serio, czy coś by mu się stało, gdyby od czasu do czasu rozwichrzył tę swoją profesjonalnie ułożoną fryzurę?
Jesteśmy na tropikalnej wyspie, a ten facet ma na sobie eleganckie buty. Jego cała szafa składa się z koszul i marynarek. Na luźne wieczorne wyjścia zamiast garnituru zakłada parę nieformalnych ciemnych dżinsów. Jego garderoba warta jest pewnie tyle co moje roczne zarobki. Gdybym kiedykolwiek ujrzała go w T-shircie, umarłabym z szoku.
- Jakim cudem jesteś tak opalony? - spytałam go kiedyś. - Nigdy nie wychodzisz na zewnątrz.
Rzucił mi spojrzenie pełne udawanej podejrzliwości.
- Śledzisz mnie?
- Po prostu znam tę legendę. Gdy tylko wystawisz skórę na słońce... - Naśladuję gestem wybuch. - Puf. Koniec. To spotyka wszystkie stworzenia z, cóż... - Cmoknęłam językiem, wskazując palcem w dół, jakby w głębiny piekła.
Spojrzał na mnie z irytacją, częstym zjawiskiem w naszej relacji, i odparł:
- Moi dziadkowie są z Sycylii.
- Masz dziadków?
To była dla mnie nowość. Teoria, która zyskała najwięcej popularności w pokoju socjalnym, głosi, że Cole egzystuje na naszej wyspie niczym bohater filmu Joe Black - czyli jest Śmiercią, która przybrała postać młodego mężczyzny, aby zaznać ziemskiego życia. To wyjaśnia te wyraziste kości policzkowe oraz fakt, że potrafi liczyć z nadludzką szybkością i dokładnością.
A teraz tu stoimy i znów to robimy - rywalizujemy ze sobą na inteligencję.
Na szczęście nie muszę widywać Cole'a codziennie. Moje nerwy by tego nie wytrzymały. W końcu mamy tu całkiem odmienne zadania. Ja przez większość czasu eksploruję wyspę z gośćmi, a on tkwi w hotelu przy biurku, wykonując skomplikowane obliczenia. Krążą słuchy, że chciałby kiedyś objąć stanowisko dyrektora operacyjnego. Pewnie obmyślił sobie drobiazgowy pięcioletni plan. Jest oznaczony kolorami i oprawiony w skórę. Trzyma go nocą pod swoją twardą poduszką.
A mój plan?
Proste - korzystać z życia na wyspie.
To wszystko.
No dobra, nie wszystko. Chciałabym także spotkać tu miłość, a jeśli to okaże się nieosiągalne, chętnie zaakceptuję też pożądanie. Mam nawet wyznaczony cel. To Blaze, nowy barman w Siesta Playa. Uważam, że to właśnie on jest mężczyzną, którego szukam - zabawny, wyluzowany i wysportowany. I liczę, wbrew wszelkim nadziejom, że dziś przyjdzie na ognisko na plaży, żebym miała szansę z nim dłużej pogadać. Nasze ostatnie przelotne spotkania nie były zbyt obiecujące.
- Och! Też lubisz koktajle owocowe? - spytałam, mijając go niedawno w głównym lobby.
Zmarszczył brwi, kompletnie zdezorientowany.
Wskazałam na koktajl w jego ręku, wypity do połowy.
Nadal nie rozumiał.
- Ach, to? Miałem kupon.
Planowałam rozmowę o zdrowych napojach, nie o kuponach, więc jedyne, co zdołałam wymyślić, to:
- Super, to do potem.
A później jak idiotka wycelowałam w niego palcami niczym z rewolweru.
Następny raz zobaczyłam go, gdy wybrałam się do jednego z miejscowych barów z paroma moimi współpracownikami. Podeszłam do niego i spytałam, przekrzykując głośną muzykę:
- Skąd jesteś, Blaze?!
- Z hotelu.
Zaśmiałam się i ponowiłam pytanie:
- Nie, głuptasie. Skąd pochodzisz?
- Pochodzę z hotelu! - odkrzyknął.
No i spoko, kogo obchodzi, że nie grzeszy inteligencją... Wystarczy mi jej za nas dwoje, prawda? Poza tym widziałam go bez koszulki i jego brzuch z pewnością pomógłby nam ominąć drobne problemy, wynikające z topornych konwersacji.
Ale teraz to nieistotne. Nigdy nie dotrę na ognisko, jeśli nie skończę tej utarczki z Cole'em.
- I na tym kończymy? - pytam, krzyżując ramiona na piersiach, żeby nie zrobić czegoś głupiego, na przykład nie szarpnąć go za krawat. Tak bardzo mnie to kusi.
Cole mierzy mnie wzrokiem od stóp go głów, niewątpliwie uznając moje sandały Teva, sportowe szorty i bezrękawnik Siesta Playa za rażąco niestosowne. Gdyby to od niego zależało, zmusiłby mnie do noszenia eleganckiego kostiumu, dodałby mały identyfikator i upiąłby mi włosy w ciasny, usztywniony lakierem koczek.
- Czemu tak się spieszysz? Jakieś ważne plany?
Spoglądam na niego sceptycznie.
Wie o ognisku?
Trudno powiedzieć... Nie udaje mi się rozszyfrować jego miny. Jest nieprzenikniona jak forteca. Nie chcę się wygadać i wpędzić kogoś w kłopoty, ale czasami - bardzo rzadko - trochę mi szkoda Cole'a. Gdy nasze spojrzenia się spotykają, rozważam, czy nie wtajemniczyć go w ten sekret - czego pewnie bym pożałowała - ale wtedy on przewraca oczami.
- Wiem o ognisku.
I nagle zaczynam się bronić.
- To nie wbrew zasadom czy coś. T?héo nie organizuje go na terenie hotelu.
Marszczy brwi.
- Zachowujesz się, jakbyś się bała, że na ciebie doniosę.
Nie jestem do końca pewna, czy rzeczywiście by tego nie zrobił...
To znaczy wcześniej się to nie zdarzało - przynajmniej nic o tym nie wiem - ale Cole jest bardzo zasadniczy. I to dosłownie - przechowuje regulamin hotelu w szufladzie swojego biurka. Dlatego większość ludzi trzyma się od niego z daleka. Boją się, że pobiegnie i naskarży na nas szefostwu, jeśli coś przeskrobiemy.
Ale chodzi też o coś więcej. W Siesta Playa między zarządem a resztą z nas przebiega wyraźna granica. Jest grupka ludzi, którzy tu rządzą: dyrektor generalny, dyrektor operacyjny, dyrektor do spraw żywności i napojów i tak dalej. Widuję te szychy może raz w roku, jeśli dobrze pójdzie. Reszta z nas ma do odegrania o wiele mniej efektowne role: barmani, instruktorzy surfingu, kapitanowie łodzi, kucharze, ratownicy. Wszyscy mieszkamy w kwaterach dla pracowników na terenie ośrodka. Wyobraźcie sobie maleńki pokoik z podwójnym łóżkiem i niewiele więcej. Ale jakoś sobie radzimy. Większość z nas jest daleko od domu, zdana na siebie, i tworzymy eklektyczną zbieraninę: niedawni absolwenci studiów, emeryci, nomadzi, miłośnicy natury. Albo, jak w przypadku Cole'a, nudne typki prosto z sali konferencyjnej, które jarają się arkuszami kalkulacyjnymi i psują ludziom zabawę.
Cole nie należy do żadnej z tych dwóch grup. To całkowicie osobny byt. Jest za młody, żeby wpasować się w grono dyrektorów wyższego szczebla, i mieszka w kwaterach dla pracowników jak reszta z nas. Sprawa jest jednak skomplikowana, bo nie do końca pasuje również do mojego świata. Już sama myśl, że miałby ucinać sobie pogaduszki z Blaze'em albo Théo lub Oscarem, jest śmieszna.
A mimo to...
- Tak mi się wydaje... że gdybyś chciał... - wyduszam z siebie słowa. Więzną mi w gardle. Całkiem jakby ktoś przystawiał mi rewolwer do głowy.
Cole marszczy brwi, jakbym go rozczarowała, a potem kręci głową. Nic nowego.
Zanim zdołam powiedzieć coś jeszcze, odwraca się i odchodzi.