Zabójstwo pani Timé
Zabójstwo pani Timé wywołało w swoim czasie sensację nie tylko w Petersburgu, ale i w całej Rosji. Za ogromnym wzburzeniem stał fakt, iż zabójcy pochodzili z uprzywilejowanego, żeby nie powiedzieć - arystokratycznego, kręgu. W owej grupie społecznej mordercy zdarzają się rzadko, a motorem ich działania jest najczęściej zazdrość, urażony honor i inne pobudki mniej lub bardziej wyższego rzędu. Jeśli zaś przemawia przez nich chęć zysku - zazwyczaj dotycząca niebotycznych sum - to może zostać w pełni zaspokojona jedynie bogatą zdobyczą.
Jednak w przypadku opisywanej zbrodni przestępców skusiła raptem para kolczyków, ale nie mogąc ich znaleźć ograniczyli się do skromnego pierścionka, który sprzedali za dwieście pięćdziesiąt rubli. I właśnie ta nieznaczna suma okazała się ich jedyną "nagrodą" - nagrodą, która zrujnowała ich honor, godność i dobre imię.
Przestępstwo to zostało ujawnione i rozwiązane w następujący sposób:
Latem 1912 roku jeden z naczelników okręgowych stolicy zawiadomił petersburską policję śledczą, że przy ulicy Kirocznej, w domu numer 12, w mieszkaniu znajdującym się na pierwszym piętrze, zajmowanym przez kontrolera wagonów sypialnych Timé i jego żonę, doszło do morderstwa. Funkcjonariusze policji śledczej niezwłocznie przybyli na miejsce. Zastali następujący widok: w czteropokojowym mieszkaniu panował zupełny chaos; w bawialni na podłodze leżał trup pani Timé z dosyć głęboką, ale nie śmiertelną - według opinii eksperta - raną na potylicy.
Najwyraźniej śmierć nastąpiła wskutek krwotoków wewnętrznych, spowodowanych licznymi ciosami zadawanymi przez morderców po całym ciele ofiary. Twarz zmarłej była posiniaczona, nos został złamany, a kilka zębów wybito. Wokół ciała walały się także narzędzia zbrodni: niewielki, niepozorny, niklowany toporek i obciągnięty skórą stalowy pręt, z ciężką ołowianą kulką na końcu. Skóra na czwartym palcu lewej ręki była miejscami obdarta, co wskazywało na to, iż zerwano z niej obrączkę. Toaletka, szafa, komoda - mordercy przegrzebali wszystko; widocznie długo i intensywnie czegoś szukali. Funkcjonariusz policji śledczej K., bardzo zdolny w swojej dziedzinie i odnoszący się do przydzielonych mu zadań z niezwykłą dokładnością, przeprowadził dokładne przeszukanie i znalazł - pośród sterty porozrzucanej bielizny - niewielkie i niepozorne na pierwszy rzut oka pudełeczko, w którym znajdowała się para kolczyków z dużymi, ośmiokaratowymi brylantami. Służąca mieszkająca u państwa Timé została natychmiast wezwana i, trzęsąc się ze strachu, zeznała, że zmarła Pani żyła razem z Panem, ale nie kochali się. Pan rzadko bywał w domu i coraz częściej wyjeżdżał służbowo. Pani miała inną miłość - markiza P. Zmarła żyła całkiem wesoło, goście przychodzili często, pili, śpiewali, tańczyli.
Na pytanie, kto ostatnio odwiedzał zmarłą, służąca odpowiedziała, że na cztery dni przed śmiercią Pani wróciła do domu z przyjaciółką i dwojgiem młodych ludzi. Dwóch ostatnich służąca widziała po raz pierwszy, a przyjaciółkę znała już wcześniej: to Francuzka i mieszka przy Oficerskiej w domu numer **. Jeden z młodych ludzi pojawił się znowu następnego dnia, ale nie zastał Pani Timé i zostawił bilet wizytowy.
- Młodzi mężczyźni - dodała służąca - przyszli jeszcze raz, na trzeci dzień. Grali, śmiali się, śpiewali i najwyraźniej Pani bardzo się im spodobała.
- Czy wczoraj wieczorem był ktoś u niej?
- Tak, był jakiś Pan. Ale kto - nie wiem, ponieważ moja pani wróciła z nim późno i otworzyła drzwi swoim kluczem. Mój pokój i kuchnia znajduje się z tyłu, a do tego Pani kazała mi nie wychodzić z niego po dwudziestej drugiej. Słyszałam więc tylko głosy, ale nie wiem kto to dokładnie był.
- A gdzie jest ten bilecik, który zostawił młody człowiek?
- Powinien tu być, gdzie mógłby się podziać! - powiedziała służąca i podeszła do tacy, stojącej na stoliku w przedpokoju. Od razu odnalazła właściwy bilet wizytowy wśród pół tuzina karteczek i wyciągnęła go. Na papierze widniało: Paweł Étienne Girard, a na dole, drobnym drukiem, Honorowy Obywatel Zurychu.
Przesłuchany portier zeznał, że rankiem, około dziesiątej, dwóch młodych ludzi wyszło z mieszkania zamordowanej, ale nie mógł powiedzieć niczego więcej na ich temat. Funkcjonariusz K. po otrzymaniu tych informacji natychmiast pojechał na ulicę Oficerską i bez problemu znalazł przyjaciółkę zmarłej.
Wiadomość o tragicznej śmierci przyjaciółki spadła na nią jak grom z jasnego nieba i z nieudawanymi łzami wyłożyła co następuje:
- Jakiś tydzień temu razem z zamordowaną wstąpiłyśmy do restauracji Wiedeń, aby zjeść śniadanie. Byłyśmy w dobrym nastroju, a po kilku kieliszkach wina miałyśmy ochotę podokazywać. I właśnie w tym miejscu, jakby celowo, zdarzył się następujący wypadek: przy stoliku naprzeciwko siedziało dwóch młodych mężczyzn, elegancko ubranych i radosnych. Puściłyśmy do nich oko, zaczęłyśmy się uśmiechać. Wypili za nasze zdrowie, ale - dla zachowania przyzwoitości - na tym się skończyło. Następnego dnia wraz z przyjaciółką ponownie jadłyśmy śniadanie w Wiedniu. Krótko po naszym przybyciu, w restauracji pojawili się ci sami młodzi mężczyźni i skinęli nam głowami jak starzy znajomi, następnie dołączyli do naszego stolika. Przedstawili się, i zawarliśmy znajomość, a po śniadaniu wszyscy razem udaliśmy się najpierw na ślizgawkę, a potem już, na zaproszenie mojej przyjaciółki, do niej na herbatę. Nowi znajomi bardzo nam się spodobali (zeznająca bardzo dokładnie opisała ich wygląd). Mieli przyjemny sposób bycia, swobodny, wesoły. Bardzo komplementowali zmarłą, chwalili jej gust, wystrój wnętrz, podziwiali jej piękne kolczyki - słowem, dzień i wieczór upłynęły nam w przemiłej atmosferze. Przez wszystkie następne dni byłam zajęta ze swoimi krawcowymi i dopiero wczoraj, dosłownie na chwilę, spotkałam się ze zmarłą na ulicy. Powiedziała, że nowa znajomość się zacieśnia i że jeden z młodych mężczyzn chce ją wieczorem odwiedzić.
Następnego dnia wrócił sam Timé ze swojej kolejnej podróży.
Był tak obojętny na to co się stało, że w pewnej chwili skierował podejrzenie na siebie. Szczegółowo opisał obrączkę, która zniknęła z ręki zmarłej i w ten sam dzień wszyscy jubilerzy i skupujący biżuterię zostali powiadomieni przez policję o skradzionej rzeczy.
Wkrótce pojawił się jeden z nich, przyniósł obrączkę, zaznaczając, że kupił ją za dwieście pięćdziesiąt rubli od jakiegoś młodego człowieka w dniu zabójstwa. Podany przez jubilera opis sprzedającego odpowiadał informacjom uzyskanym od przyjaciółki zabitej.
Funkcjonariusz K., który znał Petersburg jak własną kieszeń, z jakiegoś powodu przypomniał sobie nagle, że obok restauracji Wiedeń, przy ulicy Gogolewskiej, znajduje się duży sklep z artykułami metalowymi Peck i Pricefriend. Łącząc najwyraźniej częste wizyty młodych mężczyzn w restauracji, nowiutki wygląd toporka i wreszcie obecność w pobliżu lokalu sklepu z odpowiednimi produktami, wpadł na pomysł, aby wybadać grunt w tym ostatnim. Oczywiście, nie robił sobie wielkich nadziei i nie spodziewał się natychmiastowego sukcesu, ale uważał, że istnieje niewielka szansa na rozwiązanie sprawy i nie zamierzał lekceważyć tego faktu.
Miał szczęście. W sklepie Pecka rozpoznano toporek i, co więcej, subiekt, który sprzedał go trzy dni temu, zapamiętał kupującego, ponieważ klientelę stanowiły głownie kobiety, nabywające wszelkiego rodzaju metalowe sprzęty gospodarstwa domowego. Jeśli sklep odwiedzał mężczyzna, to był to albo robotnik, albo członek patriarchalnej rodziny. Toporek, według słów subiekta, zakupił młody pan, elegancko ubrany, nie przypominający robotnika, ani człowieka rodzinnego.
Ponownie wygląd kupującego całkowicie odpowiadał opisowi przekazanemu przez przyjaciółkę, służącą oraz jubilera. Niewątpliwie, poszukiwania były na dobrej drodze i trop mordercy został pochwycony.
Ale kim on jest? Gdzie się znajduje ten tajemniczy młody człowiek? Tego należało się dowiedzieć.
W rękach policji znajdował się tylko jeden koniec splątanego kłębka, którego postanowiono się trzymać: mam na myśli bilet wizytowy, który przekazała służąca. Oczywiście, nie ulegało wątpliwości, że nazwisko umieszczone na nim nie należało do zabójcy. Możliwe, że bilet został specjalnie sfingowany przez przestępców, jednak wydawało się to mało prawdopodobne. Raczej morderca po prostu posłużył się czyjąś wizytówką, którą przywłaszczył sobie specjalnie na tę okoliczność. Na wszelki wypadek sprawdzono wszystkie drukarnie i zakłady litograficzne w stolicy. Dowiedziano się, iż żadne z odwiedzonych przedsiębiorstw nie drukowało w ciągu ostatniego roku podobnych biletów. W międzyczasie od szwajcarskiego konsulatu postanowiono uzyskać informacje o Honorowym Obywatelu Miasta Zurych - Pawle Étiennem Girardzie.
Konsulat szybko odpowiedział, że pod podanym nazwiskiem kryje się nie kto inny, jak właściciel znanego sklepu z zegarkami znajdującego się na Newskim Prospekcie Paul Buhré. Ten ostatni okazał się czcigodnym starszym człowiekiem, który na wieść o okolicznościach w jakich użyto jego biletu o mało nie zemdlał. Uspokojono go i poproszono, aby przypomniał sobie czy nie wręczał swojej wizytówki jakiemuś młodemu człowiekowi o opisanej powierzchowności.
- Nie - odpowiedział. - Wśród moich znajomych nie ma żadnych młodych ludzi i w ogóle moje wizytówki rozdaję z ogromną ostrożnością. Tym niemniej, niech Panowie pozwolą mi uporządkować wszystko w pamięci, a jutro przekażę Panom listę osób, którym je wręczyłem.
Następnego dnia przysłał nam piętnaście-dwadzieścia adresów. Sprawdzone osoby okazały się poważnymi przedsiębiorcami. Przesłuchano ich i, w sposób niebudzący żadnych podejrzeń, poproszno, aby okazali wizytówki swojego znajomego - część z nich twierdziła, że zgubiła wspomniane karty wizytowe. Na liście przesłanej przez Girarda znalazło się również nazwisko jednego z ważniejszych dygnitarzy Ministerstwa Spraw Zagranicznych, pana A. Nie chcieliśmy, możliwe że nawet niepotrzebnie, niepokoić tak wysoko postawionej osoby, ale cóż było robić - naczelnik policji śledczej - W. G. Filippow - postanowił osobiście udać się do pana A. Po wyjaśnieniu powodu swojej wizyty zapytał, czy nie zachowała się u niego karta Girarda.
- Powinna być - odpowiedział dostojnik. - Tak się właśnie składa, że jeszcze parę dni temu ją widziałem, gdy pytałem się o nazwisko tego pana. Zresztą, zobaczymy.
Zaczął przegrzebywać stos kart, które leżały na pięknie wyrzeźbionej tacy, następnie jął niecierpliwie przeglądać każdą wizytówkę z osobna, aby na końcu, nie bez zdziwienia, powiedzieć:
- Dziwne - nie mogę jej znaleźć!
Bezskutecznie przeszukał biurko i skonsternowany rozłożył ręce:
- Nie ma jej, choć jestem pewien, że tam była!
Filippow poprosił czy mógłby osobiście poszukać, ale i on niczego nie znalazł.
- Wasza Ekscelencjo, czy nie odwiedzał Pana w tym tygodniu ktoś z młodzieży? - zapytał naczelnik.
- Nie, właściwie ja w ogóle bardzo mało przyjmuję, a młodzież - tym bardziej. Zresztą, niech Pan zaczeka! Wydaje mi się, że się pomyliłem. Tak, tak! To było pięć-sześć dni temu. Przyszedł do mnie na godzinkę mój współpracownik, tajny radca Dołmatow, najbardziej szanowany i miły człowiek, a przyszedł nie sam, lecz ze swoim synem - młodym człowiekiem, przydzielonym do naszego ministerstwa. Widzi Pan, prawie bym o tym zapomniał!
- Dobrze zna Pan tych Dołmatowów, Wasza Ekscelencjo?
- Ojca - tak! To mój stary przyjaciel, ale co się tyczy syna, to wszystkie informacje o nim może Pan otrzymać od kierownika działu personalnego ministerstwa.
Filippow ukłonił się i bezzwłocznie udał się do tego znakomitego urzędnika. Nie zastawszy go w ministerstwie, pojechał do mieszkania mężczyzny. Urzędnik mieszkał w tym samym domu, co Dołmatow.
Szef policji śledczej przeprowadził z nim dość ciekawą rozmowę.
- Pozwolę się przedstawić - powiedział Filippow. - Jestem naczelnikiem policji śledczej w Petersburgu i przyszedłem do Pana w ważnej sprawie.
- Proszę, niech Pan łaskawie usiądzie. Czym mogę służyć?
- Czy nie odmówi mi Wasza Ekscelencja podania informacji i swojej osobistej opinii o dwóch pracownikach Pańskiego ministerstwa - Dołmatowach?
- Informacje? Opinia? Jakiego rodzaju i o czym? Dołmatowowie rzeczywiście pracują u nas, a moja opinia na ich temat nie ma większego znaczenia... Zresztą, jest o nich jak najlepsza! - poprawił pospiesznie.
- Wasza Ekscelencjo, proszę, aby był Pan ze mną całkowicie szczery. Rozumie Pan, oczywiście, że nie kieruje mną pusta ciekawość. Mam powody, aby podejrzewać tych ludzi o ciężkie przestępstwo...!
- Och! - powiedział urzędnik i nagle spoważniał. Pomyślał chwilę i dodał: - Widzi Pan, o staruszku Dołmatowie mam jak najlepsze zdanie. To bardzo czcigodny człowiek, niezwykle rodzinny i do tego wspaniały urzędnik. Niestety, nie mogę powiedzieć tego samego o jego synu. Młodzieniec jest pusty, niedbały i w ogóle nie wzbudza we mnie zaufania. Oczywiście, nie wypada mi tak o nim mówić jedynie z urzędniczego punktu widzenia, zresztą to nawet nieprzyjemnie, ale liczę na Pana powściągliwość i wiem, że nie wykorzysta Pan źle mojej szczerości.
- Ma się rozumieć, może Pan być spokojny! - odpowiedział Filippow. - Proszę mi powiedzieć czy nie zauważył Pan czegoś nieuczciwego w jego zachowaniu?
- Oczywiście, że nie, w przeciwnym razie nie pracowałby z nami. Jednak jego zachowanie w Paryżu, gdzie pełnił funkcję attaché przy naszej ambasadzie, było, jak mówią, nie w pełni bez zarzutu. Zwolniono go z tamtejszych obowiązków, a następnie, dzięki wstawiennictwu starego ojca, podkreślam raz jeszcze - wielce szanowanej osoby, nasz minister zgodził się na pozostawienie młodego człowieka w naszym urzędzie. Ale, czy teraz nie mógłby Pan odpowiedzieć na moje pytanie i zdradzić mi, o co się podejrzewa Dołmatowa?
- O morderstwo, Wasza Ekscelencjo!
- Co-o-o? - i urzędnik najpierw otworzył ze zdziwienia usta, a potem roześmiał się głośno. - No, niech Pan posłucha, to już przesada! Cóż to za głupoty! Podejrzany o morderstwo?! Nie, Pan oczywiście żartuje? Dołmatow może i potrafi narobić długów, pożyć na cudzy rachunek, może nawet, i tak ledwo dopuszczam taką myśl, zdefraudować jakąś sumę... ale zabić człowieka... - niech Pan da spokój, przecież to bzdury! Nigdy, rozumie Pan, nigdy w to nie uwierzę! Po prostu Pański zawód zmusza do nadmiernej podejrzliwości: parę przypadkowych zbiegów okoliczności i tyle wystarczy aby wzbudzić w Panu podejrzenie. Ale nie wolno tak sceptycznie odnosić się do ludzi! Przecież, bądź co bądź, środowisko, wychowanie, rodzinne tradycje - to nie są puste słowa! Krótko mówiąc, powtarzam - Dołmatow nie może być mordercą!
Filippow nie uważał za konieczne sprzeciwiać się tym krasomówczym zapewnieniom i od razu przeszedł do rzeczy.
- Mam do Pana wielką prośbę, Wasza Ekscelencjo! Dla dobra sprawy niezwykle ważne jest zdobycie fotografii młodego Dołmatowa. My nie mamy takiej możliwości, ale czy nie mógłby nam Pan w tym pomóc?
- W czym dokładnie?
- Proszę zdobyć fotografię od jego ojca i przekazać ją mnie.
- To niemożliwe! Przecież to się mu wyda dziwne, że tak nagle zapałałem do niego przyjaźnią i przyczepiłem o jakiś kartonik? Nie jestem z nim w żadnych bliskich stosunkach, a po usłyszeniu Pana podejrzeń stał się on dla mnie zupełnie obojętny.
- Więc cóż robić?
- Nie wiem, nie wiem! Ale coś Panu poradzę. Starszy dozorca naszego domu, mówiąc przy okazji, wielki krętacz, to sprytny człowiek. Niech Pan przyśle do niego swojego agenta i poleci zdobyć zdjęcie - na pewno to zrobi.
- Dobrze, spróbuję - powiedział Filippow i zaczął się żegnać. - Ale pokornie Pana proszę, Wasza Ekscelencjo, aby ta rozmowa pozostała między nami. Na razie ważne jest, żeby nie przestraszyć domniemanego sprawcy.
Na tym rozmowa się zakończyła.
Z powodu tej samej obawy przed spłoszeniem Dołmatowa, Filippow postanowił nie wzbudzać w starszym dozorcy żadnych podejrzeń dotyczących ingerencji policji w jakiekolwiek sprawy jego lokatorów. Nie było pewności czy stróż się nie wygada, albo porostu powiadomi Dołmatowa, który na tę wieść gdzieś się ukryje. Z tego powodu Filippow uciekł się do podstępu: wezwał do siebie pojętnego agenta, kazał mu się starannie ucharakteryzować na starego kamerdynera z dobrego domu, szczegółowo wyłożył mu przyszłą rolę, po czym "postarzony" agent w siwej peruce, z rozczesanymi szpakowatymi bokobrodami i czysto wygolonym podbródkiem udał się do starszego dozorcy pracującego w domu Dołmatowa.
Później raportował:
- Wszedłem na podwórze, znalazłem mieszkanie starszego dozorcy i zapukałem: "Czy to tu mieszka Gawriła Nikiticz Ponomariew?" - zapytałem mężczyzny, który mi otworzył. "Sami tu będziemy". "Bardzo miło mi Pana poznać - powiedziałem życzliwie - a my przychodzimy do Pana, Gawriło Nikiticzu, z ważną sprawą!" "Proszę uprzejmie, proszę. Niech Pan siada i opowiada jak to sprawa i czego Pan sobie życzy" "Nazywają mnie Iwanem Maksymowiczem. Dwudziesty szósty rok służę jako kamerdyner u bogatych, dobrych Państwa. Państwo do mnie przywykli, można powiedzieć, że w domu uważają mnie za swojego człowieka. No i jak mogłoby być inaczej. Służę im wiernie dwadzieścia pięć lat, cały dom jest na moich rękach. Młodzi Państwo przy mnie się rodzili i przy mnie wyrośli. No, jednym słowem - ufają. A zawitałem do Pana, Gawriło Nikiticzu, w tajnej misji, w którą to zamieszana jest płeć żeńska". "No proszę!" - zdziwił się dozorca. "Owszem! Można powiedzieć, w subtelnej misji, Gawriło Nikiticzu. Ale jeśli mi Pan pomoże, to nie będzie Pan stratny!" "Co też Pan, my pomożemy z wielką przyjemnością, Iwanie Maksimowiczu, nic nas nie zatrzyma!" "Proszę wiec posłuchać. Czy w Pańskim domu mieszka rodzina Dołmatowów?" "A jakże, zajmują mieszkanie na drugim piętrze" "No, więc: jak to się wszystko stało - gdzie nasza panienka spotkała młodego panicza Dołmatowa - tego nie wiemy. A powiedzieć mogę tylko to, że zakochała się w nim bez pamięci. Długo z sobą walczyła, milczała, aż w końcu wzywa mnie pewnego razu i mówi: "Wyświadcz mi dyskretną przysługę, Maksimowyczu, zdobądź dla mnie jego fotografię" "Jakże tak, Droga Panienko, jak ja ją dostanę? Z chęcią bym to zrobił, ale gdzie mam jej szukać?" "Już rób jak uważasz, chociażby namów czy przekup kogoś, choćby spod ziemi wyciągnij, ale zdobądź! Masz tu - mówi - sto rubli na wydatki, a jeśli nie wystarczy - dam więcej!" "Tak, Pańska sprawa jest poważna - powiedział dozorca - ale myślę, że mogę Panu pomóc, tylko oczywiście proszę nie szczędzić pieniędzy, będą wydatki" "Rozumiemy, jakże bez tego! O, proszę, dam Panu pięćdziesiąt rubelków od razu, a drugie pięćdziesiąt wtedy, gdy dostarczy mi Pan fotografię".
Zdjęcie Dołmatowa zostało dostarczone już następnego dnia i okazane przyjaciółce zmarłej w celu identyfikacji. Kobieta natychmiast rozpoznała w nim jednego z "wesołych znajomych". Na pytanie, czy to właśnie ten Pan zostawił bilet wizytowy, służąca odpowiedziała: "On!". Jubiler, nie będąc całkowicie pewnym, dopatrzył się w opisie sprzedawcy pierścionka i "właściciela biletu" dużego podobieństwa, w końcu subiekt od Pecka powiedział z pewnością w głosie "On sam!".
Tak oto Dołmatow okazał się mordercą pani Timé!
Ale kim był jego przyjaciel, który bezpośrednio lub pośrednio uczestniczył w tym morderstwie? Przecież portier widział dwóch młodych mężczyzn, wychodzących z mieszkania zamordowanej. Postanowiono natychmiast aresztować Dołmatowa w nadziei, że w ten sposób wyjawi imię drugiego przestępcy.
Przed funkcjonariuszem K. stało ciężkie zadanie: miał zgłosić się do Dołmatowów, powiadomić ich o zbrodni popełnionej przez ich syna i aresztować ostatniego. Po dziś dzień wspominam, nie bez wzruszenia, tamtą smutną relację mojego współpracownika.
- Drzwi otworzyła mi jakaś starsza pani - mówił K. - ni to niańka, ni to gospodyni.
- Kogo Pan sobie życzy, Ojczulku? - spytała kobieta.
- Muszę się zobaczyć z Panem. Proszę przekazać mu moją wizytówkę.
- Już, już zamelduję! Proszę, niech Pan wejdzie do jego gabinetu! - i otworzyła boczne drzwi.
Wszedłem do gabinetu. Przedstawiał niezwykły widok: ale moją szczególną uwagę zwróciły liczne fotografie zamordowanej, wiszące na ścianach i stojące na biurku. Za plecami usłyszałem delikatne kroki. Przede mną stanął Dołmatow-ojciec, starszy pan około sześćdziesięciopięcioletni i, spoglądając na mnie łagodnie, życzliwie się do mnie uśmiechnął.
- Czym mogę Panu służyć? - zapytał, uprzejmie podsuwając mi fotel.
- Przyszedłem do Pana, Wasza Ekscelencjo, w bardzo smutnej sprawie!
Starszy człowiek wyraźnie zbladł i zaczął się we mnie pytająco wpatrywać.
- Przyszedłem aresztować Pańskiego syna!
Dołmatow stał się niespokojny, zaczął czegoś szukać na biurku, włożył i zaraz zdjął pince-nez, aż w końcu zapanował nad sobą i przemówił:
- Tak, oczywiście, ma się rozumieć! Widocznie coś się musiało stać! Przecież ten nasz jest taki narwany! Ale, na litość boską, niech się Pan postawi na moim miejscu! Może jeszcze nie wszystko stracone i pewna suma pieniędzy pomoże zatuszować całą sprawę? Prawdopodobnie jakieś długi, sprzeniewierzenie, jak to w młodym wieku z powodu romansu, przymusu. Ale któż z nas nie był młodym? Boże, cóż to się wtedy działo! Niech Pan nie gubi młodego człowieka i ulituje się też nade mną, starym. Masza-a-a! - krzyknął do swojej żony. Do gabinetu weszła Dołmatowa - kobieta około pięćdziesięcioletnia.
- Posłuchaj tylko, co mówi Pan Funkcjonariusz policji śledczej. Ile razy Cię ostrzegałem, że to rozpieszczanie go nie przyniesie niczego dobrego. No i się doczekaliśmy! - powiedział i złapał się za głowę.
- Co takiego? - trwożliwie spytała mnie kobieta. - O co chodzi? Niczego nie rozumiem!
- Przyjechałem aresztować Pani syna!
- Za co? Dlaczego?
- Jest oskarżony o ciężką zbrodnię.
- Jaką?
- Zabójstwo, Łaskawa Pani!
Na te słowa staruszek Dołmatow jakoś dziwnie podskoczył, chciał coś powiedzieć, ale zaraz opadł powoli na fotel po czym osunął się na podłogę.
- Borisowna! - krzyknęła głośno gospodyni.
Do gabinetu wbiegła kobieta, która otworzyła mi drzwi.
- Prędzej, prędzej Borisowna, lekarza! Panu jest niedobrze, no pomóżże mi go podnieść!
Wszyscy razem podnieśliśmy Dołmatowa z podłogi i przenieśliśmy go na kanapę. Lewa strona jego ciała zdrętwiała. Pani Dołmatowa, nie tracąc spokoju, udzieliła mężowi pierwszej pomocy, po czym spytała mnie drżącym głosem:
- Czy jest Pan tego pewny, może to tylko przypuszczenie, zwyczajny zbieg okoliczności? - i w oczach tej matki pojawiła się tak żarliwa nadzieja, że nie miałem serca powiedzieć jej prawdy.
- Pewności nie mam, ale wiele rzeczy przemawia przeciwko Pani synowi, podejrzenia w stosunku do niego są ciężkie i muszę go aresztować do czasu wyjaśnienia sprawy.
- No, proszę. Wiedziałam - powiedziała kobieta i odetchnęła z ulgą. - Czy mój chłopiec może być mordercą? Proszę jak najszybciej wyjaśnić tę sprawę i wybawić nas od tej niezasłużonej hańby! Syna nie ma teraz w Petersburgu. Trzy dni temu wyjechał ze swoim kuzynem do jego matki - mojej siostry, baronowej Geismar do Pskowa.
- Czy Łaskawa Pani mogłaby opisać jak wygląda kuzyn Pani syna, to znaczy Pani siostrzeniec?
Szczegółowo opisała aparycję barona Geismar, a opis ten był bardzo podobny do fizjonomii przyjaciela Dołmatowa, którego zapamiętała przyjaciółka zamordowanej pani Timé. Najwyraźniej trafiliśmy na ślad także i drugiego podejrzanego.
Do Pskowa został natychmiast oddelegowany asystent naczelnika petersburskiej policji śledczej - Marszałek, aby odwiedził starszych Państwa Geismar. I tu powtórzyła się równie przykra scena, co u Dołmatowów, z tą różnicą, iż starszy Geismar, generał w stanie spoczynku, mieszkający w Pskowie i pobierający emeryturę, na wieść o strasznym oskarżeniu doznał takiego wstrząsu, że w kilka dni później umarł. Baronowa, która najwyraźniej nie pałała sympatią do swojego siostrzeńca, powiedziała:
- Ani przez chwilę nie miałam wątpliwości co do tego, że mój syn nie ma z tym nic wspólnego. Jeśli ktoś jest winny - to oczywiście mój siostrzeniec. Zawsze uważałam go za wielkiego drania. W każdym razie, choćby ze względu na syna, pomogę Panu w tej sprawie. Wczoraj młody baron wyjechał wraz z Dołmatowem do majątku swoich przyjaciół. Myślę, aby nie wysłać im natychmiast depeszy i wezwać do siebie, żeby mógł Pan ich tu przesłuchać.
Tak też zrobili. Baronowa wysłała depeszę, a Marszałek ze swoimi agentami pojechali na dworzec Prieobrażeński. Przez dwie doby dyżurowali tam na próżno, postanowili już wyjechać do majątku, kiedy w końcu do dworca podjechała licha trojka i z powozu wysiedli Dołmatow i baron Geismar. Ujęto ich i aresztowano, przy czym Geismar stawiał zbrojny opór, otwierając ogień z browninga, na szczęście nikogo nie raniąc. Po przedstawieniu zarzutów i dowodów rzeczowych, przestępcom nie pozostało nic innego jak przyznać się do zarzucanej im winy. Ale baron Geismar nie był skłonny do rozmowy. Dołmatow wprost przeciwnie.
- Chce Pan wiedzieć, co skłoniło nas do zbrodni? Proszę bardzo! Opowiem Panu, choć to długa historia. W skrócie sprowadza się do następującego: jesteśmy z baronem ofiarami współczesnego porządku społecznego. Wychuchani, rozpieszczeni przez środowisko, zepsuci drogimi przyzwyczajeniami nie mieliśmy możliwości, aby choć w połowie zaspokoić nasze potrzeby. Zaczęło się od podpisywania weksli, tych blankietów przyjaźni, potem nastąpił okres kradzieży, aż wreszcie posunęliśmy się do zabójstwa. Jak do niego doszło? Całkiem zwyczajnie. W Wiedniu nawiązaliśmy znajomość z panią Timé, zwróciliśmy uwagę na jej kolczyki, a tak się złożyło, że w tamtym czasie pieniądze były nam potrzebne na gwałt - więc zarżnęliśmy ją. Kilka śniadań, parę zapowiedzianych wizyt i znajomość się umocniła. Późnym wieczorem przed zabójstwem zajechałem do niej na kolację. Zasiedziałem się, wypiło się dużo - w rezultacie gospodyni pozwoliła mi przenocować i położyłem się w pokoju w salonie. Ale ani nocą, ani rankiem nie znalazłem w sobie sił, aby zrobić to, co zaplanowałem, więc, pożegnawszy się wyszedłem o dziesiątej na ulicę, gdzie zgodnie z wcześniejszą umową, czekał na mnie baron. Na wieść o mojej słabości, zwymyślał mnie i oboje wróciliśmy do mieszkania.
"Proszę sobie wyobrazić - powiedziałem do pani Timé - nagle przy wejściu wpadam na barona, wywianego z klubu. Jest głodny, zły, proszę go ogrzać, napoić kawą". Pani Timé roześmiała się i zaczęła się krzątać. Baron mrugnął do mnie, a ja dyskretnie wyciągnąłem toporek i uderzyłem swoją ofiarę w tył głowy. Upadła, a baron zaczął ja dobijać szpicrutą z ołowianym zakończeniem. Kiedy z nią skończyliśmy, zaczęliśmy szukać kolczyków, ale diabli wiedzą, gdzie je podziała! W rezultacie zabraliśmy tylko tani pierścionek!
Dołmatow opowiadał to wszystko niespiesznie, spokojnie, jakoś skandując i rozciągając słowa. Nie było widać, aby odczuwał jakąkolwiek skruchę czy wyrzuty sumienia.
Sąd skazał obu przestępców na katorgę w twierdzy Szlisselburskiej, gdzie przebywali do rewolucji. Po przewrocie bolszewickim obu widziano w mundurach wojskowych, rozbijających się po ulicach Piotrogrodu powozami byłych stajni dworskich.