Wszyscy mamy tajemnice. Myron Bolitar. Tom 10 - Harlan Coben

Kup ebooka

28.50 zł
22.80 zł (22,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

SZEŚĆ DNI WCZE­ŚNIEJ

- Pro­szę, My­ro­nie, po­trze­bu­ję two­jej po­mo­cy.

Dla My­ro­na to było tro­chę jak sen: kształt­na, uro­dzi­wa dama w ta­ra­pa­tach, wkra­cza­ją­ca do jego biu­ra jak­by żyw­cem wzię­ta z fil­mu z Bo­gar­tem - tyle że, no cóż, bar­dziej czła­pa­ła, niż kro­czy­ła, a jej uro­cze ko­bie­ce kształ­ty uwy­dat­niał ósmy mie­siąc cią­ży, co w znacz­nym stop­niu ni­we­czy­ło efekt sen­ne­go ma­rze­nia.

Zwa­ła się Suz­ze T., skrót od Tre­van­ti­no, i była daw­ną gwiaz­dą te­ni­sa. Nie­gdyś sek­sow­na nie­grzecz­na dziew­czy­na, bar­dziej zna­na z pro­wo­ka­cyj­nych stro­jów, kol­czy­ków i ta­tu­aży niż suk­ce­sów spor­to­wych. Jed­nak wy­gra­ła kil­ka tur­nie­jów i za­ro­bi­ła kupę for­sy na re­kla­mach, naj­wię­cej wy­chwa­la­jąc za­le­ty (My­ron uwiel­biał ten eu­fe­mizm) La-La-Lat­te, czy­li sie­ci ba­rów to­pless, do któ­rych lu­bi­li za­glą­dać szu­ka­ją­cy pod­nie­ty chłop­cy z col­le­ge'u. Do­bre cza­sy.

My­ron roz­ło­żył ręce.

- Wiesz, Suz­ze, że je­stem do two­ich usług przez całą dobę i sie­dem dni w ty­go­dniu.

Znaj­do­wa­li się w jego biu­rze przy Park Ave­nue, sie­dzi­bie MB Reps. M to skrót od My­ron, B od Bo­li­tar, a Reps, po­nie­waż re­pre­zen­to­wa­li spor­tow­ców, ak­to­rów i pi­sa­rzy. Ge­niu­sze do­słow­no­ści to my.

- Po pro­stu po­wiedz mi, co mogę dla cie­bie zro­bić. Suz­ze za­czę­ła cho­dzić po po­ko­ju.

- Nie wiem, od cze­go za­cząć.

My­ron już miał coś po­wie­dzieć, gdy po­wstrzy­ma­ła go, pod­no­sząc rękę.

- A je­śli od­wa­żysz się po­wie­dzieć "Za­cznij od po­cząt­ku", urwę ci jed­no ją­dro.

- Tyl­ko jed­no?

- Je­steś za­rę­czo­ny. My­ślę o two­jej bied­nej na­rze­czo­nej. Zwięk­szy­ła tem­po i im­pet mar­szu, tak że My­ron za­czął się oba­wiać, iż może za­cząć ro­dzić w jego nie­daw­no od­no­wio­nym biu­rze.

- Hm, ten dy­wan jest nowy - na­po­mknął My­ron. Ścią­gnę­ła brwi, zro­bi­ła jesz­cze kil­ka kro­ków i za­czę­ła ogry­zać ja­skra­wo po­ma­lo­wa­ne pa­znok­cie.

- Suz­ze?

Przy­sta­nę­ła. Po­pa­trzy­ła mu w oczy.

- Mów - za­chę­cił.

- Pa­mię­tasz, jak się po­zna­li­śmy?

My­ron ski­nął gło­wą. Do­pie­ro co ukoń­czył stu­dia praw­ni­cze i otwo­rzył swo­ją fir­mę. Wów­czas, na po­cząt­ku dzia­łal­no­ści, no­si­ła na­zwę MB Spor­t­sReps, dla­te­go że po­cząt­ko­wo My­ron re­pre­zen­to­wał tyl­ko spor­tow­ców. Kie­dy za­czął re­pre­zen­to­wać ak­to­rów, pi­sa­rzy oraz in­nych ar­ty­stów oraz ce­le­bry­tów, usu­nął z na­zwy Sports i tak po­wsta­ła MB Reps.

Znów ta do­słow­ność.

- Oczy­wi­ście - od­parł.

- By­łam za­gu­bio­na, praw­da?

- By­łaś bar­dzo uta­len­to­wa­ną te­ni­sist­ką.

- I za­gu­bio­ną. Bądź­my szcze­rzy.

My­ron pod­niósł ręce.

- Mia­łaś osiem­na­ście lat.

- Sie­dem­na­ście.

- Do­brze, sie­dem­na­ście. - Przez mo­ment zo­ba­czył Suz­ze w słoń­cu: z blond wło­sa­mi zwią­za­ny­mi w ku­cyk, ło­bu­zer­skim uśmie­chem, ude­rza­ją­cą pił­kę, jak­by tają ob­ra­zi­ła.

- Wła­śnie prze­szłaś na za­wo­dow­stwo. Do­ra­sta­ją­cy chłop­cy wie­sza­li two­je pla­ka­ty w swo­ich po­ko­jach. Mia­łaś za­raz stać się le­gen­dą. Twoi ro­dzi­ce cię ty­ra­ni­zo­wa­li. To cud, że się nie wy­ko­le­iłaś.

- Słusz­na uwa­ga.

- Za­tem w czym pro­blem?

Suz­ze spoj­rza­ła na swój brzuch, jak­by do­pie­ro co urósł.

- Je­stem w cią­ży.

- Hm, taak, wi­dzę.

- Ży­cie jest pięk­ne, wiesz? - Te­raz jej głos był ła­god­ny, roz­ma­rzo­ny. - Po tych wszyst­kich la­tach, gdy by­łam taka za­gu­bio­na... zna­la­złam Lexa. Jego mu­zy­ka nig­dy nie była lep­sza. Szko­ła te­ni­sa wspa­nia­le się roz­wi­ja. I, no cóż, te­raz wszyst­ko tak do­brze się ukła­da.

My­ron cze­kał, a ona nie od­ry­wa­ła oczu od swo­je­go brzu­cha, obej­mu­jąc go, jak­by przy­trzy­my­wa­ła jego za­war­tość, co - jak po­dej­rze­wał My­ron - w pew­nym stop­niu było praw­dą.

- Po­do­ba ci się to, że je­steś w cią­ży? - za­py­tał, żeby pod­trzy­mać roz­mo­wę.

- To, że no­szę w brzu­chu dziec­ko?

- Tak.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Nie że­bym się tym na­pa­wa­ła. Chcę po­wie­dzieć, że je­stem go­to­wa uro­dzić. Nie­któ­re ko­bie­ty uwiel­bia­ją być w cią­ży.

- A ty nie?

- Mam wra­że­nie, że ktoś za­par­ko­wał spy­chacz na moim pę­che­rzu. My­ślę, że nie­któ­rym ko­bie­tom po­do­ba się to, iż są w cią­ży, po­nie­waż czu­ją się wte­dy waż­ne. Jak­by były ce­le­bryt­ka­mi. Więk­szość prze­cho­dzi przez ży­cie, nie przy­cią­ga­jąc ni­czy­jej uwa­gi, ale kie­dy są w cią­ży, lu­dzie ro­bią wo­kół nich dużo za­mie­sza­nia. Może to za­brzmi zło­śli­wie, ale cię­żar­ne ko­bie­ty lu­bią aplauz. Ro­zu­miesz, co chcę po­wie­dzieć?

- Tak są­dzę.

- Ja już chy­ba do­sta­łam swo­ją daw­kę aplau­zu. - Po­de­szła do okna i spo­glą­da­ła przez nie przez chwi­lę. Po­tem znów od­wró­ci­ła się do nie­go. - Na­wia­sem mó­wiąc, czy za­uwa­ży­łeś, ja­kie wiel­kie mam cyc­ki?

- Mhm - mruk­nął My­ron i po­sta­no­wił nie roz­wi­jać te­ma­tu.

- A sko­ro o tym mowa, to za­sta­na­wiam się, czy nie po­wi­nie­neś za­pro­po­no­wać La-La-Lat­te no­wej se­sji zdję­cio­wej.

- Zdję­cia stra­te­gicz­nie waż­nych miejsc?

- Wła­śnie. Te me­lo­ny mo­gli­by wy­ko­rzy­stać w no­wej kam­pa­nii re­kla­mo­wej. - Uję­ła je w dło­nie, na wy­pa­dek gdy­by My­ron miał wąt­pli­wo­ści, o ja­kich me­lo­nach mówi.

- Co o tym my­ślisz?

- My­ślę, że krą­żysz wo­kół te­ma­tu.

Mia­ła łzy w oczach.

- Je­stem taka cho­ler­nie szczę­śli­wa.

- No cóż, ro­zu­miem, że to może być pro­blem.

Uśmiech­nę­ła się.

- Prze­pę­dzi­łam moje de­mo­ny. Na­wet po­go­dzi­łam się z mat­ką. Lex i ja je­ste­śmy wię­cej niż go­to­wi mieć to dziec­ko. Chcę, żeby te de­mo­ny trzy­ma­ły się z da­le­ka.

My­ron się wy­pro­sto­wał.

- Chy­ba nie za­czę­łaś znów brać?

- Boże, nie. Nie o ta­kich de­mo­nach mó­wię. Lex i ja skoń­czy­li­śmy z tym.

Lex Ry­der, mąż Suz­ze, był po­ło­wą le­gen­dar­ne­go du­etu zna­ne­go jako ze­spół Hor­se­Po­wer, choć, bądź­my szcze­rzy, znacz­nie mniej­szą po­ło­wą niż nad­zwy­czaj cha­ry­zma­tycz­ny li­der Ga­briel Wire. Lex był do­brym, choć nie­co za­gu­bio­nym mu­zy­kiem, ale za­wsze bę­dzie jak John Oates przy aniel­skim Da­ry­lu Hal­lu, An­drew Rid­ge­ley przy aniel­skim Geo­r­ge'u Mi­cha­elu, resz­ta Pus­sy­cat Dolls przy Ni­co­le Scherz­ja­kiejś­tam.

- Więc o ja­kich de­mo­nach mó­wisz?

Suz­ze się­gnę­ła do to­reb­ki i wy­ję­ła coś, co z jego miej­sca za biur­kiem wy­glą­da­ło jak fo­to­gra­fia. Pa­trzy­ła na to przez chwi­lę, a po­tem po­da­ła My­ro­no­wi. Zer­k­nął i zno­wu spró­bo­wał ją prze­cze­kać.

W koń­cu, tyl­ko żeby coś po­wie­dzieć, stwier­dził oczy­wi­sty fakt:

- To ul­tra­so­no­gra­ficz­ne zdję­cie two­je­go dziec­ka.

- Mhm. W wie­ku dwu­dzie­stu ośmiu ty­go­dni.

Znów za­pa­dła ci­sza. I znów prze­rwał ją My­ron.

- Czy coś jest nie tak z dziec­kiem?

- Skąd­że. Jest ide­al­nie zdro­wy.

- On?

Suz­ze T. się uśmiech­nę­ła.

- Będę mia­ła ma­łe­go męż­czy­znę.

- To su­per.

- Tak. Och, to je­den z po­wo­dów tego, że tu je­stem. Roz­ma­wia­li­śmy o tym z Le­xem. Obo­je chce­my, że­byś był oj­cem chrzest­nym.

- Ja?

- Mhm.

My­ron nic nie po­wie­dział.

- No?

Te­raz to My­ro­no­wi za­szkli­ły się oczy.

- Będę za­szczy­co­ny.

- Czy ty pła­czesz?

My­ron mil­czał.

- Ale z cie­bie baba - po­wie­dzia­ła.

- Co się sta­ło, Suz­ze?

- Może nic. - I do­da­ła: - My­ślę, że ktoś chce mnie znisz­czyć.

My­ron nie od­ry­wał oczu od so­no­gra­mu.

- Jak?

Wte­dy mu po­ka­za­ła. Po­ka­za­ła mu dwa sło­wa, któ­re głu­chym echem od­bi­ja­ły się w jego ser­cu przez bar­dzo dłu­gi czas.

1

Naj­gor­sza praw­da, jak ktoś kie­dyś po­wie­dział My­ro­no­wi, i tak jest lep­sza od naj­lep­sze­go kłam­stwa.

My­ron my­ślał o tym te­raz, pa­trząc na swo­je­go ojca le­żą­ce­go na szpi­tal­nym łóż­ku. W my­ślach cof­nął się o szes­na­ście lat do chwi­li, gdy ostat­ni raz okła­mał ojca, a kłam­stwo to spo­wo­do­wa­ło tyle bólu i cier­pie­nia, za­po­cząt­ko­wu­jąc ciąg tra­gicz­nych wy­da­rzeń, któ­ry w fa­tal­ny spo­sób za­koń­czy się tu­taj.

Oj­ciec nie otwie­rał oczu, od­dy­chał chra­pli­wie i nie­rów­no. Wy­da­wa­ło się, że rur­ki wy­cho­dzą ze­wsząd. My­ron spoj­rzał na jego przed­ra­mię. Przy­po­mniał so­bie, jak bę­dąc dzie­cia­kiem, od­wie­dził ojca w tam­tym ma­ga­zy­nie w Ne­wark, gdzie tata sie­dział za ogrom­nym biur­kiem, z pod­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi ko­szu­li. Przed­ra­mię było tak mu­sku­lar­ne, że na­pi­na­ło ma­te­riał i man­kiet ni­czym opa­ska uci­sko­wa za­ci­skał się na mię­śniach.

Te­raz te mię­śnie sta­ły się gąb­cza­ste, zwiot­cza­łe ze sta­ro­ści. Sze­ro­ka pierś, da­ją­ca My­ro­no­wi ta­kie po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, te­raz była kru­cha i wy­da­wa­ło się, że gdy­by ktoś ją na­ci­snął, że­bra trza­snę­ły­by jak su­che pa­ty­ki. Nie­ogo­lo­na twarz ojca była usia­na sza­ry­mi pla­ma­mi, nie zaś - jak zwy­kle - po­ciem­nia­ła od za­ro­stu, a ob­wi­sła skó­ra pod­bród­ka wi­sia­ła jak o je­den nu­mer za duży płaszcz.

Mat­ka My­ro­na - i żona Ala Bo­li­ta­ra od czter­dzie­stu trzech lat - sie­dzia­ła przy łóż­ku. Drżą­cą od cho­ro­by Par­kin­so­na dło­nią trzy­ma­ła jego dłoń. Ona też wy­glą­da­ła szo­ku­ją­co kru­cho. Za mło­du mat­ka była jed­ną z pierw­szych fe­mi­ni­stek. Pa­li­ła biu­sto­nosz ra­zem z Glo­rią Ste­inem, no­si­ła ko­szul­ki z ta­ki­mi na­pi­sa­mi, jak: "Miej­sce ko­bie­ty jest w domu... i w se­na­cie". Te­raz obo­je, El­len i Al Bo­li­ta­ro­wie ("Je­ste­śmy El-Al - za­wsze żar­to­wa­ła mama - jak izra­el­skie li­nie lot­ni­cze"), ste­ra­ni wie­kiem, wciąż byli ra­zem, szczę­śliw­si niż ogrom­na więk­szość sta­rze­ją­cych się ko­chan­ków - jed­nak wła­śnie tak wy­glą­dał fi­nał tego szczę­ścia.

Bóg ma spe­cy­ficz­ne po­czu­cie hu­mo­ru.

- A za­tem - ci­cho po­wie­dzia­ła mat­ka do My­ro­na - zga­dza­my się?

My­ron nie od­po­wie­dział. Naj­lep­sze z kłamstw prze­ciw naj­gor­szej praw­dzie. My­ron po­wi­nien na­uczyć się tego wów­czas, przed szes­na­sto­ma laty, gdy ostat­ni raz skła­mał temu wiel­kie­mu czło­wie­ko­wi, któ­re­go ko­chał jak ni­ko­go na świe­cie. Jed­nak nie, to nie ta­kie pro­ste. Naj­gor­sza praw­da może być dru­zgo­czą­ca. Może wstrzą­snąć świa­tem.

A na­wet za­bić.

Tak więc kie­dy oj­ciec otwo­rzył oczy, gdy ten czło­wiek, któ­re­go My­ron ce­nił jak ni­ko­go in­ne­go, spoj­rzał na swo­je­go naj­star­sze­go syna py­ta­ją­co, z nie­mal dzie­cin­nym zmie­sza­niem, My­ron po­pa­trzył na mat­kę i po­wo­li po­ki­wał gło­wą. Po­tem po­wstrzy­mał łzy, przy­go­to­wu­jąc się, by po­wie­dzieć ojcu jesz­cze jed­no, ostat­nie kłam­stwo.

5

My­ron ru­szył za nią.

Gdy biegł do drzwi loży dla VIP-ów, przez gło­wę prze­mknął mu taki ob­raz: je­de­na­sto­let­ni My­ron i jego brat, sze­ścio­let­ni Brad z roz­wi­chrzo­ną strze­chą krę­co­nych wło­sów, gra­ją w swo­im po­ko­ju w mi­ni­ko­szy­ków­kę. Ta­bli­ca była z cien­kiej tek­tu­ry, a za pił­kę słu­ży­ła im okrą­gła gąb­ka. Ob­ręcz przy­cze­pi­li do drzwi sza­fy za po­mo­cą dwóch przy­ssa­wek, któ­re trze­ba było po­li­zać, żeby chwy­ci­ły. Gra­li go­dzi­na­mi, wy­my­śla­jąc dru­ży­ny i na­da­jąc so­bie roz­ma­ite prze­zwi­ska. Był Strze­la­ją­cy Sam, Ska­czą­cy Stan i Pod­ska­ku­ją­cy Paul, a My­ron, jako star­szy brat, kon­tro­lo­wał wszyst­ko, two­rząc fik­cyj­ny świat do­brych i złych gra­czy, dra­ma­tycz­nych roz­gry­wek i me­czów wy­gra­nych tra­fie­niem rów­no z sy­re­ną. Jed­nak naj­czę­ściej w koń­cu po­zwa­lał Bra­do­wi wy­grać. Wie­czo­rem, gdy kła­dli się do pię­tro­we­go łóż­ka - My­ron na gó­rze, Brad na dole - po ciem­ku od­twa­rza­li me­cze, ni­czym ko­men­ta­to­rzy spor­to­wi ana­li­zu­ją­cy grę.

To wspo­mnie­nie na nowo zła­ma­ło mu ser­ce.

Espe­ran­za za­uwa­ży­ła bie­gną­ce­go My­ro­na.

- Co jest?

- Kit­ty.

- Co?

Nie było cza­su na wy­ja­śnie­nia. Do­padł do drzwi i prze­le­ciał przez nie. Znów zna­lazł się w klu­bie z ogłu­sza­ją­cą mu­zy­ką. Sta­ry czło­wiek w za­ka­mar­ku jego umy­słu za­sta­na­wiał się, kogo cie­szy ta­kie ży­cie to­wa­rzy­skie, je­śli nie sły­szysz, co do cie­bie mó­wią. Jed­nak za­raz sku­pił wszyst­kie my­śli na tym, jak zła­pać Kit­ty.

My­ron był wy­so­ki - metr dzie­więć­dzie­siąt trzy cen­ty­me­try - więc sto­jąc na pal­cach, pa­trzył nad gło­wa­mi więk­szo­ści obec­nych. Ani śla­du Może Kit­ty. Co mia­ła na so­bie? Tur­ku­so­wy top. Szu­kał tur­ku­so­we­go ko­lo­ru.

Tam. Ty­łem do nie­go. Kie­ro­wa­ła się do wyj­ścia.

Mu­siał dzia­łać. Gło­śno prze­pra­sza­jąc, pró­bo­wał prze­drzeć się przez tłum, lecz ten był zbyt gę­sty. Stro­bo­sko­po­we świa­tła i pro­mie­nie la­se­rów też mu nie po­ma­ga­ły. Kit­ty. Co ona tu robi, do dia­bła? Przed laty Kit­ty też była obie­cu­ją­cą te­ni­sist­ką i tre­no­wa­ła ra­zem z Suz­ze. Tak się po­zna­ły. Może przy­ja­ciół­ki znów były w kon­tak­cie, ale czy to wy­ja­śnia, dla­cze­go Kit­ty była dziś wie­czo­rem tu­taj, w tym klu­bie, bez jego bra­ta?

A może Brad też tu był?

My­ron przy­spie­szył kro­ku. Sta­rał się nie wpa­dać na ni­ko­go, ale to - rzecz ja­sna - było nie­moż­li­we. Lu­dzie rzu­ca­li mu nie­chęt­ne spoj­rze­nia i po­krzy­ki­wa­li "Hej!" albo "Gdzie się pali?", lecz My­ron igno­ro­wał ich i parł da­lej. Cała ta sy­tu­acja za­czy­na­ła przy­po­mi­nać sen, je­den z tych, w któ­rych bie­gniesz i nie mo­żesz do­trzeć do celu, a two­je nogi sta­ją się co­raz cięż­sze albo brniesz w śnie­gu.

- Au! - wrza­snę­ła ja­kaś dziew­czy­na. - Ba­ra­nie, na­dep­ną­łeś mi na pa­lec!

- Prze­pra­szam - rzu­cił My­ron, nadal pró­bu­jąc prze­ci­snąć się przez tłum.

Na ra­mie­niu My­ro­na wy­lą­do­wa­ło wiel­kie łap­sko i ob­ró­ci­ło go. Ktoś moc­no po­pchnął go od tyłu, o mało nie zwa­la­jąc z nóg. My­ron zła­pał rów­no­wa­gę i zo­ba­czył grup­kę jak­by żyw­cem wzię­tą z te­le­wi­zyj­ne­go se­ria­lu Jer­sey Sho­re. Mnó­stwo żelu na wło­sach, sztucz­na opa­le­ni­zna, wy­sku­ba­ne brwi, wy­de­pi­lo­wa­ne tor­sy i po­zer­skie mu­sku­ły. Na twa­rzach mie­li szy­der­cze gry­ma­sy, dziw­ne miny u fa­ce­tów, któ­rzy nie­ustan­nie się stro­ją i pie­lę­gnu­ją. Rąb­niesz ta­kie­go w nos, to go za­bo­li, ale jesz­cze bar­dziej bę­dzie cier­piał z po­wo­du ze­psu­tej fry­zu­ry.

Było ich czte­rech, pię­ciu, a może sze­ściu - zle­wa­li się w jed­ną masę, śli­ską i roz­ta­cza­ją­cą odór wody ko­loń­skiej Axe - i wy­raź­nie pod­nie­ca­ła ich moż­li­wość wy­ka­za­nia się mę­sko­ścią w obro­nie ho­no­ru pal­ca ja­kiejś dziew­czy­ny.

My­ron nadal pró­bo­wał dy­plo­ma­cji:

- Prze­pra­szam, lu­dzie, to na­gła spra­wa.

- O, a gdzie się pali? - po­wie­dział je­den z pięk­ni­siów.

4

Wy­tro­pie­nie Lexa Ry­de­ra nie za­bra­ło dużo cza­su.

Espe­ran­za Diaz, wspól­nicz­ka My­ro­na w MB Reps, za­dzwo­ni­ła do nie­go o dwu­dzie­stej trze­ciej.

- Lex wła­śnie użył swo­jej kar­ty kre­dy­to­wej w Do­wning Trzy - po­wie­dzia­ła.

My­ron no­co­wał, co czę­sto mu się zda­rza­ło, w apar­ta­men­cie Wina w le­gen­dar­nym bu­dyn­ku Da­ko­ta na rogu Sie­dem­dzie­sią­tej Dru­giej Uli­cy z wi­do­kiem na Cen­tral Park West. Win miał kil­ka po­koi go­ścin­nych. Ka­mie­ni­ca po­wsta­ła w 1884 roku i wy­glą­da­ła na bu­dy­nek z tam­te­go okre­su. Po­dob­na do for­te­cy, była pięk­na, mrocz­na i prze­dziw­nie, cu­dow­nie po­sęp­na. Ga­li­ma­tias dwu­spa­do­wych dasz­ków, bal­ko­nów, zwień­czeń, zdo­bień, ba­lu­strad, ko­puł, że­li­wa, ar­kad, ozdob­nych po­rę­czy i lu­karn two­rzył nie­zwy­kłą mie­sza­ni­nę, któ­ra wca­le nie była przy­gnę­bia­ją­ca, lecz sta­no­wi­ła har­mo­nij­ną, ide­al­ną ca­łość.

- Co to ta­kie­go? - za­py­tał My­ron.

- Nie znasz Do­wning Trzy? - spy­ta­ła Espe­ran­za.

- A po­wi­nie­nem?

- To te­raz chy­ba naj­mod­niej­szy bar w mie­ście. Did­dy, su­per­mo­del­ki, mod­ni­sie, taka klien­te­la. Znaj­du­je się w Chel­sea.

- Och...

- To tro­chę roz­cza­ro­wu­ją­ce - wes­tchnę­ła Espe­ran­za.

- Co?

- To, że za­wod­nik two­je­go ka­li­bru nie zna wszyst­kich mod­nych miejsc.

- Kie­dy ru­sza­my z Did­dym w mia­sto, bie­rze­my bia­łe­go hum­me­ra i uży­wa­my taj­nych wejść. Na­zwy lo­ka­li za­cie­ra­ją się w pa­mię­ci.

- Albo za­rę­czy­ny pod­cię­ły ci skrzy­dła - pod­su­nę­ła Espe­ran­za. - Za­mie­rzasz tam po­je­chać i go zgar­nąć?

- Je­stem w pi­ża­mie.

- No tak, za­wod­nik. Czy ta pi­ża­ma jest w dzie­cię­ce stóp­ki?

My­ron znów spoj­rzał na ze­ga­rek. Przed pół­no­cą po­wi­nien do­trzeć do śród­mie­ścia.

- Za­raz tam jadę.

- Czy jest tam Win? - za­py­ta­ła Espe­ran­za.

- Nie, jesz­cze nie wró­cił.

- Więc po­je­dziesz sam?

- Bo­isz się, co mogą zro­bić w noc­nym klu­bie z ta­kim sa­mot­nym sma­ko­wi­tym ką­skiem jak ja?

- Boję się, że cię nie wpusz­czą. Spo­tka­my się na miej­scu. Za pół go­dzi­ny. Wej­ście od Sie­dem­na­stej Uli­cy. Ubierz się tak, że­byś zro­bił wra­że­nie.

Espe­ran­za się roz­łą­czy­ła. My­ron był zdzi­wio­ny. Od kie­dy zo­sta­ła mat­ką, Espe­ran­za, daw­niej roz­ryw­ko­wa bi­sek­su­al­na dziew­czy­na, nig­dy nie cho­dzi­ła na noc­ne im­pre­zy. Za­wsze po­waż­nie trak­to­wa­ła swo­ją pra­cę, a te­raz była wła­ści­ciel­ką czter­dzie­stu dzie­wię­ciu pro­cent udzia­łów w MB Reps i pod­czas ostat­nich dziw­nych po­dró­ży My­ro­na mia­ła na swo­ich bar­kach dużo obo­wiąz­ków. Jed­nak po po­nad dzie­się­ciu la­tach he­do­ni­stycz­ne­go try­bu ży­cia, któ­ry wzbu­dził­by za­zdrość Ka­li­gu­li, Espe­ran­za ustat­ko­wa­ła się, wy­szła za nie­sa­mo­wi­cie po­rząd­ne­go fa­ce­ta i mia­ła syna imie­niem Hec­tor. W mgnie­niu oka zmie­ni­ła się z Lind­say Lo­han w Ca­rol Bra­dy.

My­ron zaj­rzał do sza­fy, za­sta­na­wia­jąc się, co wło­żyć do tego mod­ne­go lo­ka­lu. Espe­ran­za ka­za­ła mu ubrać się tak, żeby ro­bił wra­że­nie, więc wy­brał swój wy­pró­bo­wa­ny ele­ganc­ki strój - wy­glą­da­ją­ce na dro­gie dżin­sy, nie­bie­ski ble­ze­rek i mo­ka­sy­ny, czy­li ze­staw Szy­kow­ny Lu­zak - głów­nie dla­te­go, że tyl­ko te rze­czy z jego gar­de­ro­by speł­nia­ły ten wy­móg. W jego sza­fie było nie­wie­le wię­cej poza tym kom­ple­tem dżin­so­wo-ble­zer­ko­wym i gar­ni­tu­rem, a nie chciał wy­glą­dać jak eks­pe­dient ze skle­pu z elek­tro­ni­ką.

Zła­pał tak­sów­kę na Cen­tral Park West. Mówi się, że tak­sów­ka­rze na Man­hat­ta­nie to sami cu­dzo­ziem­cy, le­d­wo mó­wią­cy po an­giel­sku. To może być praw­da, ale My­ron co naj­mniej od pię­ciu lat z żad­nym nie roz­ma­wiał. Wbrew ostat­nio zmie­nio­nym prze­pi­som każ­dy no­wo­jor­ski tak­sów­karz miał w uchu słu­chaw­kę te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go i przez dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę, sie­dem dni w ty­go­dniu, ci­cho roz­ma­wiał z kimś w swo­im oj­czy­stym ję­zy­ku. Po­mi­ja­jąc kwe­stię do­brych ma­nier, My­ron za­wsze się za­sta­na­wiał, kto z ich bli­skich chce roz­ma­wiać z nimi przez cały dzień. Pod tym wzglę­dem moż­na było uwa­żać ich za szczę­ścia­rzy.

My­ron spo­dzie­wał się dłu­giej ko­lej­ki, ak­sa­mit­nych sznu­rów lub cze­goś ta­kie­go, lecz gdy do­tar­li pod po­da­ny ad­res przy Sie­dem­na­stej Uli­cy, nie było tam śla­du noc­ne­go klu­bu. W koń­cu zdał so­bie spra­wę z tego, że "Trzy" ozna­cza trze­cie pię­tro, a "Do­wning" to na­zwa ka­mie­ni­cy, przed któ­rą stoi. Ktoś tu ukoń­czył Szko­łę Do­słow­ne­go Na­zew­nic­twa MB Reps.

Win­da za­wio­zła go na trze­cie pię­tro. Gdy tyl­ko jej drzwi się roz­su­nę­ły, My­ron po­czuł w pier­si wi­bro­wa­nie ba­sów. Dłu­ga ko­lej­ka roz­pacz­li­wie pra­gną­cych wejść za­czy­na­ła się tuż za pro­giem. Po­dob­no lu­dzie cho­dzą do ta­kich klu­bów, żeby do­brze się ba­wić, lecz praw­da wy­glą­da tak, że więk­szość z nich stoi w ko­lej­ce, aby w koń­cu prze­ko­nać się, że nie są god­ni tego, żeby za­siąść do sto­łu w po­pu­lar­nej mło­dzie­żo­wej re­stau­ra­cji. VIP-y prze­cho­dzi­ły obok nich, le­d­wo za­szczy­ca­jąc ich spoj­rze­niem, co jesz­cze pod­sy­ca­ło ich chęć do­sta­nia się do środ­ka. Oczy­wi­ście był tam sy­gna­li­zu­ją­cy ich pod­rzęd­ny sta­tus ak­sa­mit­ny sznur, strze­żo­ny przez trzech na­pa­ko­wa­nych ste­ry­da­mi bram­ka­rzy z ogo­lo­ny­mi gło­wa­mi i wy­stu­dio­wa­ny­mi groź­ny­mi mi­na­mi.

My­ron pod­szedł do nich swo­im naj­lep­szym sty­li­zo­wa­nym na Wina kro­kiem.

- Cześć, chło­pa­ki.

Bram­ka­rze go zi­gno­ro­wa­li. Naj­więk­szy z nich no­sił czar­ny gar­ni­tur bez ko­szu­li. Na go­łym cie­le. Ma­ry­nar­ka, bez ko­szu­li. Pierś miał ład­nie wy­de­pi­lo­wa­ną, z ro­bią­cym wra­że­nie me­tro­sek­su­al­nym de­kol­tem. Wła­śnie roz­ma­wiał z czte­re­ma naj­wy­żej dwu­dzie­sto­jed­no­let­ni­mi dziew­czy­na­mi. Wszyst­kie mia­ły na no­gach prze­sad­nie wy­so­kie szpil­ki - szpil­ki zde­cy­do­wa­nie były mod­ne w tym roku - więc bar­dziej chwia­ły się, niż sta­ły. Stro­je mia­ły tak ską­pe, że kwa­li­fi­ko­wa­ły się do oskar­że­nia o ob­ra­zę mo­ral­no­ści, ale to aku­rat nie było ni­czym no­wym.

Bram­karz mie­rzył je tak­su­ją­cym spoj­rze­niem. Dziew­czy­ny eks­po­no­wa­ły swo­je wdzię­ki i uśmie­cha­ły się. My­ron nie­mal spo­dzie­wał się, że za­raz otwo­rzą usta, żeby bram­karz mógł obej­rzeć ich uzę­bie­nie.

- Wy trzy je­ste­ście w po­rząd­ku - oznaj­mił im Sze­ro­ki Tors. - Jed­nak wa­sza przy­ja­ciół­ka jest zbyt pulch­na.

Pulch­na dziew­czy­na, któ­ra była za­le­d­wie szczu­pła, za­czę­ła pła­kać. Jej trzy wy­chu­dzo­ne przy­ja­ciół­ki zbi­ły się w gro­mad­kę i roz­wa­ża­ły, czy po­win­ny wejść bez niej. Pulch­na dziew­czy­na ucie­kła z pła­czem. Jej przy­ja­ciół­ki wzru­szy­ły ra­mio­na­mi i we­szły. Trzej bram­ka­rze uśmie­cha­li się zło­śli­wie.

- Kla­sa - rzekł My­ron.

Uśmiech­nię­ci spoj­rze­li na nie­go. Sze­ro­ki Tors wy­zy­wa­ją­co po­pa­trzył My­ro­no­wi w oczy. Ten na­po­tkał jego spoj­rze­nie i nie od­wró­cił wzro­ku. Sze­ro­ki Tors naj­wy­raź­niej uznał go za jed­ne­go z roz­pacz­li­wie pra­gną­cych wejść.

- Ład­ny strój - rzekł. - Wy­bie­rasz się opro­te­sto­wać man­dat za nie­wła­ści­we par­ko­wa­nie w są­dzie miej­skim?

To spodo­ba­ło się jego kom­pa­nom, no­szą­cym ob­ci­słe jak opa­ski uci­sko­we ba­weł­nia­ne ko­szul­ki Eda Har­dy'ego.

- Ra­cja - rzekł My­ron, wska­zu­jąc sze­ro­ką pierś bram­ka­rza. - Po­wi­nie­nem zo­sta­wić ko­szu­lę w domu.

Bram­karz po le­wej ręce Sze­ro­kie­go Tor­su sze­ro­ko otwo­rzył usta ze zdzi­wie­nia.

Sze­ro­ki Tors wład­czym ge­stem wy­sta­wił kciuk.

- Na ko­niec ko­lej­ki, ko­leś. Albo jesz­cze le­piej, spa­daj stąd.

- Przy­sze­dłem zo­ba­czyć się z Le­xem Ry­de­rem.

- A kto mówi, że on tu jest?

- Ja to mó­wię.

- Czy­li kto?

- My­ron Bo­li­tar.

Ci­sza. Je­den z nich za­mru­gał. My­ron o mało nie za­wo­łał "ta-da", ale się po­wstrzy­mał.

- Je­stem jego agen­tem.

- Pań­skie­go na­zwi­ska nie ma na li­ście - rzekł Sze­ro­ki Tors.

- I nie wie­my, kim pan jest - do­dał Zdzi­wio­ny.

- A więc - trze­ci bram­karz po­ru­szał gru­by­mi jak pa­rów­ki pa­lu­cha­mi - baju-baj.

- Za­baw­ne - mruk­nął My­ron.

- Co?

- Nie wi­dzi­cie, ja­kie to za­baw­ne? - za­py­tał My­ron.

- Je­ste­ście stró­ża­mi lo­ka­lu, do któ­re­go nig­dy was nie wpusz­czą, a za­miast zda­wać so­bie z tego spra­wę i oka­zy­wać ludz­kie uczu­cia, za­cho­wu­je­cie się jak trzech na­dę­tych po­czu­ciem wła­snej waż­no­ści bła­znów.

Za­mru­ga­li, a po­tem wszy­scy trzej ru­szy­li na nie­go jak ścia­na mię­śni. Krew ży­wiej za­czę­ła krą­żyć mu w ży­łach. Za­ci­snął pię­ści. Po­tem roz­luź­nił pal­ce, od­dy­cha­jąc mia­ro­wo. Po­de­szli bli­żej. My­ron się nie cof­nął. Sze­ro­ki Tors, ich przy­wód­ca, na­chy­lił się do nie­go.

- Le­piej spa­daj stąd, fa­cet.

- Dla­cze­go? Ja też je­stem zbyt pulch­ny? Na­wia­sem mó­wiąc, po­waż­nie, czy w tych dżin­sach mój ty­łek wy­da­je się za duży? Po­wiedz mi.

Dłu­ga ko­lej­ka pra­gną­cych wejść za­mil­kła na wi­dok tego zaj­ścia. Bram­ka­rze spo­glą­da­li po so­bie. My­ron skar­cił się w my­ślach. To było bez sen­su. Przy­szedł tu­taj po Lexa, a nie bić się z mię­śnia­ka­mi.

- No, no, wy­glą­da na to, że mamy tu ko­mi­ka - po­wie­dział z uśmie­chem Sze­ro­ki Tors.

- Taak - za­wtó­ro­wał mu Zdzi­wio­ny. - Ko­mi­ka. Ha, ha.

- Taak - do­dał jego part­ner. - Je­steś praw­dzi­wym ko­mi­kiem, no nie, żar­tow­ni­siu?

- No cóż, ry­zy­ku­jąc, że wy­dam się chwa­li­pię­tą, po­wiem, że je­stem tak­że uta­len­to­wa­nym wo­ka­li­stą. Zwy­kle za­czy­nam od The Te­ars of a Clown, a po­tem prze­cho­dzę do okro­jo­nej wer­sji Lady, ra­czej Ken­ny'ego Ro­ger­sa niż Lio­ne­la Ri­chie­go. Wszy­scy pła­czą.

Sze­ro­ki Tors na­chy­lił się do ucha My­ro­na. Jego kum­ple sta­li w po­bli­żu.

- Oczy­wi­ście zda­jesz so­bie spra­wę z tego, że sko­pie­my ci ty­łek?

- A ty oczy­wi­ście zda­jesz so­bie spra­wę z tego, że od ste­ry­dów kur­czą ci się ją­dra? - od­pa­ro­wał My­ron.

- On jest ze mną, Kyle - po­wie­dzia­ła za jego ple­ca­mi Espe­ran­za.

My­ron od­wró­cił się, zo­ba­czył ją i zdo­łał nie po­wie­dzieć "o rany", cho­ciaż nie było to ła­twe. Znał Espe­ran­zę od dwu­dzie­stu lat, pra­co­wał z nią i cza­sem, kie­dy wi­du­jesz co­dzien­nie ko­goś, z kim je­steś za­przy­jaź­nio­ny, po pro­stu za­po­mi­nasz, jaka to po­wa­la­ją­ca pięk­ność. Kie­dy się po­zna­li, Espe­ran­za była ską­po odzia­ną za­wo­do­wą za­pa­śnicz­ką zna­ną jak Mała Po­ca­hon­tas. Ślicz­na, zgrab­na i olśnie­wa­ją­co uro­dzi­wa, prze­sta­ła być iko­ną WDW (Wspa­nia­łe Damy Wre­stlin­gu), aby zo­stać jego asy­stent­ką i uczęsz­czać na wie­czo­ro­we stu­dia praw­ni­cze. Z cza­sem awan­so­wa­ła, je­śli moż­na tak po­wie­dzieć, i te­raz była wspól­nicz­ką My­ro­na w MB Reps.

Twarz Kul­tu­ry­sty Kyle'a roz­pro­mie­nił uśmiech.

- Poca? Dziew­czy­no, to na­praw­dę ty? Wy­glą­dasz tak ape­tycz­nie, że moż­na by cię li­zać jak loda.

My­ron ski­nął gło­wą.

- Nie­zły tekst, Kyle.

Espe­ran­za na­sta­wi­ła po­li­czek do ca­łu­sa.

- Cie­bie też miło wi­dzieć - po­wie­dzia­ła.

- Daw­no się nie wi­dzie­li­śmy, Poca.

Śnia­da uro­da Espe­ran­zy wy­wo­ły­wa­ła my­śli o księ­ży­co­wych no­cach, noc­nych spa­ce­rach po pla­ży i oliw­ko­wych drze­wach ko­ły­sa­nych przez ła­god­ny wie­trzyk. W uszach mia­ła wiel­kie kol­czy­ki. Jej dłu­gie czar­ne wło­sy za­wsze były ide­al­nie ucze­sa­ne. Prze­świ­tu­ją­ca bia­ła bluz­ka zo­sta­ła do­pa­so­wa­na przez ja­kieś życz­li­we bó­stwo, może była ciut za bar­dzo roz­pię­ta, ale wszyst­ko to ro­bi­ło wra­że­nie.

Trzej sil­no­rę­cy się cof­nę­li. Je­den opu­ścił ak­sa­mit­ny sznur. Espe­ran­za na­gro­dzi­ła go olśnie­wa­ją­cym uśmie­chem. Gdy My­ron ru­szył za nią, Kyle usta­wił się tak, żeby go po­trą­cić. My­ron na­piął mię­śnie i po­sta­rał się, żeby Kyle go­rzej wy­szedł na tym zde­rze­niu.

- Męż­czyź­ni - mruk­nę­ła Espe­ran­za.

- Jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy, go­ściu - szep­nął do My­ro­na Kul­tu­ry­sta Kyle.

- Może zje­my ra­zem obiad? - spy­tał My­ron.

- I pój­dzie­my na po­po­łu­dnio­wy spek­takl So­uth Pa­ci­fic.

Kie­dy wcho­dzi­li do środ­ka, Espe­ran­za po­pa­trzy­ła na My­ro­na i po­krę­ci­ła gło­wą.

- No co?

- Mó­wi­łam, że­byś się ubrał tak, by ro­bić wra­że­nie. Wy­glą­dasz, jak­byś szedł na wy­wia­dów­kę pią­to­kla­si­sty.

My­ron wska­zał swo­je sto­py.

- W mo­ka­sy­nach od Fer­ra­ga­mo?

- I po co za­czy­na­łeś z tymi ne­an­der­tal­czy­ka­mi?

- Na­zwał dziew­czy­nę pulch­ną.

- A ty ru­szy­łeś jej na ra­tu­nek?

- Cóż, nie. Jed­nak po­wie­dział jej to pro­sto w oczy. "Two­je przy­ja­ciół­ki mogą wejść, ale ty nie, bo je­steś zbyt pulch­na". Kto tak po­stę­pu­je?

Głów­na sala klu­bu była mrocz­na, z neo­no­wy­mi ak­cen­ta­mi. W jed­nej jej czę­ści sta­ły sze­ro­ko­ekra­no­we te­le­wi­zo­ry, po­nie­waż - jak do­my­ślał się My­ron - przy­cho­dząc do noc­ne­go klu­bu, tak na­praw­dę chcesz so­bie po­oglą­dać te­le­wi­zję. Sys­tem na­gła­śnia­ją­cy, ma­ją­cy w przy­bli­że­niu roz­mia­ry i moc apa­ra­tu­ry uży­wa­nej na sta­dio­nach przez kon­cer­tu­ją­cy ze­spół Who, ata­ko­wał zmy­sły. Di­dżej pusz­czał "wła­sną mu­zy­kę", przez co ro­zu­mie się za­bieg po­le­ga­ją­cy na tym, że "uta­len­to­wa­ny" di­dżej bie­rze coś, co mo­gło być zwy­czaj­nie nie­złym utwo­rem, i go psu­je, do­da­jąc syn­te­tycz­ny bas lub elek­tro­nicz­ny pod­kład. Mi­go­ta­ły świa­tła la­se­rów, któ­re zda­niem My­ro­na wy­szły z mody po ob­jaz­do­wych kon­cer­tach Blue (Oy­ster Cult w 1979 roku, a na par­kie­cie tłum chu­dych jak pa­ty­ki dziew­czyn wy­da­wał "ochy" i "achy" na wi­dok tych efek­tów spe­cjal­nych, pod­czas gdy rze­czo­ny par­kiet wy­plu­wał kłę­by dymu, jak­by nie moż­na było tego zo­ba­czyć na uli­cy przy każ­dej fur­go­net­ce Con-Ed.

My­ron spró­bo­wał prze­krzy­czeć mu­zy­kę, ale bez­sku­tecz­nie. Espe­ran­za za­pro­wa­dzi­ła go w nie­co cich­szy kąt, gdzie sta­ły - nie do wia­ry - ter­mi­na­le kom­pu­te­ro­we. Wszyst­kie sta­no­wi­ska były za­ję­te. My­ron znów po­krę­cił gło­wą. Przy­cho­dzić do noc­ne­go klu­bu, żeby po­sur­fo­wać w sie­ci? Od­wró­cił się twa­rzą do par­kie­tu. W tym przy­ćmio­nym świe­tle wszyst­kie ko­bie­ty wy­glą­da­ły atrak­cyj­nie, choć mło­do, ubra­ne jak dzie­ci uda­ją­ce do­ro­słych. Więk­szość z nich trzy­ma­ła w rę­kach te­le­fo­ny ko­mór­ko­we, ko­ści­sty­mi pal­ca­mi wy­stu­ku­jąc wia­do­mo­ści tek­sto­we. Tań­czy­ły w ospa­łym ryt­mie, jak po­grą­żo­ne we śnie.

Espe­ran­za się uśmiech­nę­ła.

- Co zno­wu? - spy­tał My­ron.

Wska­za­ła par­kiet po pra­wej.

- Spójrz na ty­łek tej cizi w czer­wo­nym.

My­ron spoj­rzał na opię­te szkar­łat­nym ma­te­ria­łem po­ślad­ki i przy­po­mniał mu się tekst Ale­jan­dra Esco­ve­da: "Po­do­ba mi się bar­dziej, kie­dy od­cho­dzi". Od daw­na nie sły­szał, żeby Espe­ran­za mó­wi­ła coś ta­kie­go.

- Ład­ny.

- Ład­ny? - zdzi­wi­ła się Espe­ran­za.

- Fan­ta­stycz­ny?

Espe­ran­za ski­nę­ła gło­wą, wciąż uśmiech­nię­ta.

- Mo­gła­bym zro­bić parę rze­czy z po­sia­dacz­ką ta­kie­go tył­ka.

Gdy My­ron pa­trzył na zmy­sło­wo tań­czą­cą ko­bie­tę, a po­tem na Espe­ran­zę, ocza­mi du­szy uj­rzał sce­nę, o któ­rej po­sta­rał się na­tych­miast za­po­mnieć. W pew­ne rze­czy le­piej się nie za­głę­biać, je­śli pró­bu­jesz się sku­pić na in­nych spra­wach.

- Two­je­mu mę­żo­wi na pew­no by się to spodo­ba­ło.

- Je­stem za­męż­na, nie mar­twa. Mogę so­bie pa­trzeć.

My­ron ob­ser­wo­wał ją, pa­trzył na jej pod­eks­cy­to­wa­ną twarz, ma­jąc dziw­ne wra­że­nie, że Espe­ran­za znów jest w swo­im ży­wio­le. Kie­dy przed dwo­ma laty przy­szedł na świat jej syn Hec­tor, Espe­ran­za na­tych­miast prze­isto­czy­ła się w tro­skli­wą ma­mu­się. Na­gle na jej biur­ku po­ja­wił się sze­reg ty­po­wych zdjęć: Hec­tor z wiel­ka­noc­nym kró­licz­kiem, Hec­tor ze Świę­tym Mi­ko­ła­jem, Hec­tor z po­sta­cia­mi z kre­skó­wek Di­sneya i na ku­cy­ku w par­ku Her­shey. Jej naj­lep­sze biu­ro­we ubra­nia czę­sto były po­pla­mio­ne tym, co wy­pluł dzie­ciak, a ona za­miast to ukry­wać, z lu­bo­ścią opo­wia­da­ła, w jaki spo­sób te reszt­ki po­kar­mo­we zna­la­zły się na jej ubra­niu. Przy­jaź­ni­ła się z in­ny­mi ma­mu­sia­mi, któ­rych daw­niej nie zno­si­ła, roz­ma­wia­ła z nimi o wóz­kach spa­ce­ro­wych Mac­la­re­na, przed­szko­lach Mon­tes­so­ri i tra­wie­niu, a tak­że o tym, w ja­kim wie­ku ich po­tom­stwo za­czę­ło racz­ko­wać, cho­dzić lub mó­wić. Cały jej świat, tak jak wie­lu in­nych ma­tek - co owszem, jest nie­co sek­si­stow­ską uwa­gą - skur­czył się do roz­mia­rów dzie­cię­ce­go ciał­ka.

- Gdzie tu może być Lex? - za­sta­na­wiał się My­ron.

- Za­pew­ne w jed­nym z po­koi dla VIP-ów.

- Jak tam wej­dzie­my?

- Ro­ze­pnę jesz­cze je­den gu­zik - od­par­ła Espe­ran­za.

- A po­waż­nie, po­zwól mi po­pra­co­wać nad tym przez chwi­lę. Sprawdź ła­zien­kę. Za­ło­żę się o dwa­dzie­ścia do­lców, że nie wy­si­kasz się do pi­su­aru.

- Co ta­kie­go?

- Za­łóż się i idź - po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc na pra­wo.

My­ron wzru­szył ra­mio­na­mi i po­szedł do to­a­le­ty. Była ciem­na, czar­na i mar­mu­ro­wa. Pod­szedł do pi­su­aru i na­tych­miast zro­zu­miał, co mia­ła na my­śli Espe­ran­za. Pi­su­ary były przy­mo­co­wa­ne do ol­brzy­miej szkla­nej ta­fli przy­po­mi­na­ją­cej okno we­nec­kie­go lu­stra w po­li­cyj­nej sal­ce prze­słu­chań. Krót­ko mó­wiąc, wi­dać było przez nią cały par­kiet. Le­ni­wie tań­czą­ce ko­bie­ty znaj­do­wa­ły się do­słow­nie metr od nie­go, przy czym nie­któ­re prze­glą­da­ły się w tym lu­strze, nie wie­dząc (a może do­sko­na­le wie­dząc), że pa­trzą na męż­czy­znę usi­łu­ją­ce­go się wy­si­kać.

Wy­szedł. Espe­ran­za cze­ka­ła z wy­cią­gnię­tą ręką. My­ron po­ło­żył na jej dło­ni dwu­dzie­sto­do­la­ro­wy bank­not.

- Wi­dzę, że wciąż masz kło­po­ty z pę­che­rzem.

- Czy dam­ska to­a­le­ta wy­glą­da tak samo?

- Nie chcesz tego wie­dzieć.

- I co da­lej?

Espe­ran­za ru­chem bro­dy wska­za­ła męż­czy­znę z gład­ko za­cze­sa­ny­mi do góry wło­sa­mi, któ­ry prze­my­kał ku nim przez tłum. My­ron był prze­ko­na­ny, że wy­peł­nia­jąc po­da­nie o pra­cę, ten fa­cet w ru­bry­ce "na­zwi­sko" wpi­su­je "Śmieć", a jako imię po­da­je "Euro". My­ron spraw­dził, czy gość zo­sta­wia smu­gę ślu­zu na pod­ło­dze.

Euro uśmiech­nął się, uka­zu­jąc ostre jak u ła­si­cy zęby.

- Poca, mi amor.

- An­ton - po­wie­dzia­ła Espe­ran­za i po­zwo­li­ła, by z nie­co prze­sad­nym en­tu­zja­zmem uca­ło­wał jej dłoń.

My­ron oba­wiał się, że ła­si­co­wa­ty za­to­pi w niej ostre zęby, prze­gry­za­jąc cia­ło do ko­ści.

- Wciąż je­steś ta­kim wspa­nia­łym stwo­rze­niem, Poca.

Mó­wił z za­baw­nym ak­cen­tem, może wę­gier­skim, a może arab­skim, jak­by wy­gła­szał tekst ske­czu. Był nie­ogo­lo­ny i za­rost na jego twa­rzy nie­przy­jem­nie błysz­czał. Cho­ciaż w klu­bie było ciem­no jak w ja­ski­ni, An­ton no­sił oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne.

- To jest An­ton - po­wie­dzia­ła Espe­ran­za. - Mówi, że Lex jest w ser­wi­sie bu­tel­ko­wym.

- Och - sap­nął My­ron, nie ma­jąc po­ję­cia, co to ta­kie­go.

- Tędy - po­wie­dział An­ton.

Brnę­li przez mo­rze ciał. Espe­ran­za szła przed nim. My­ron z przy­jem­no­ścią pa­trzył, jak wszyst­kie gło­wy ob­ra­ca­ją się, żeby przyj­rzeć jej się do­kład­niej. Gdy tak się prze­dzie­ra­li, wie­le ko­biet spo­glą­da­ło My­ro­no­wi w oczy, cho­ciaż nie tyle co rok, dwa czy pięć lat temu. Czuł się jak pod­sta­rza­ły mio­tacz, któ­re­mu mier­nik ra­da­ro­wy mówi, że jego pił­ki tra­cą szyb­kość. A może cho­dzi­ło o coś in­ne­go? Może ko­bie­ty po pro­stu wy­czu­wa­ły, że My­ron jest za­rę­czo­ny i wy­padł z ryn­ku za spra­wą ślicz­nej Te­re­se Col­lins, tak więc nie na­le­ży go trak­to­wać jako żeru dla oczu.

Taak, po­my­ślał My­ron. Tak, na pew­no o to cho­dzi.

An­ton wy­jął klucz i otwo­rzył drzwi do po­miesz­cze­nia jak­by z in­nej epo­ki. Pod­czas gdy wła­ści­wy klub re­pre­zen­to­wał styl oszczęd­ne­go tech­no z ostry­mi ką­ta­mi i gład­ki­mi po­wierzch­nia­mi, ta loża dla VIP-ów mia­ła wy­strój wcze­sne­go ame­ry­kań­skie­go bur­de­lu. Sofy z plu­szo­wy­mi obi­cia­mi w ko­lo­rze bur­gun­da, krysz­ta­ło­we ży­ran­do­le, sztu­ka­te­rie na su­fi­cie, za­pa­lo­ne świe­ce w kin­kie­tach. W tym po­miesz­cze­niu jed­na ścia­na też była ze szkła, więc VIP-y mo­gły pa­trzeć na tań­czą­ce dziew­czy­ny i może wy­bie­rać so­bie nie­któ­re do to­wa­rzy­stwa. Szczo­drze ob­da­rzo­ne si­li­ko­nem pa­nien­ki, jak­by żyw­cem wzię­te z fil­mów soft por­no, w sty­lo­wych gor­se­tach z pod­wiąz­ka­mi, krą­ży­ły z bu­tel­ka­mi szam­pa­na. My­ron do­my­ślił się, że dla­te­go na­zwa­no to "ser­wi­sem bu­tel­ko­wym".

- Pa­trzysz na bu­tel­ki? - spy­ta­ła Espe­ran­za.

- Mmm, pra­wie.

Espe­ran­za kiw­nę­ła gło­wą i uśmiech­nę­ła się do szcze­gól­nie hoj­nie ob­da­rzo­nej ho­stes­sy w czar­nym gor­se­cie.

- Hmm... Chęt­nie sko­rzy­sta­ła­bym z tego bu­tel­ko­we­go ser­wi­su, je­śli wiesz, co mam na my­śli.

My­ron się za­sta­no­wił.

- Praw­dę mó­wiąc, nie wiem. Prze­cież obie je­ste­ście ko­bie­ta­mi, no nie? Dla­te­go nie je­stem pew­ny, czy ro­zu­miem wzmian­kę o bu­tel­ce.

- Boże, ależ ty wszyst­ko bie­rzesz do­słow­nie.

- Py­ta­łaś, czy pa­trzę na bu­tel­ki. Dla­cze­go?

- Po­nie­waż po­da­ją tu szam­pan Cri­stal - wy­ja­śni­ła Espe­ran­za.

- Co z tego?

- Ile wi­dzisz bu­te­lek?

My­ron się ro­zej­rzał.

- Nie wiem. Dzie­więć, może dzie­sięć.

- Bu­tel­ka kosz­tu­je osiem ty­się­cy plus na­pi­wek.

My­ron przy­ci­snął rękę do pier­si, uda­jąc, że do­stał pal­pi­ta­cji.

Za­uwa­żył Lexa Ry­de­ra wy­cią­gnię­te­go na so­fie z barw­ną grup­ką ślicz­no­tek. Po­zo­sta­li męż­czyź­ni w po­ko­ju wy­glą­da­li na pod­sta­rza­łych mu­zy­ków roc­ko­wych - dłu­gie wło­sy, opa­ski, bro­dy i wąsy, ży­la­ste ręce, wy­dat­ne brzu­chy. My­ron prze­ci­snął się mię­dzy nimi.

- Cześć. Lex.

Lex prze­krzy­wił gło­wę i po­pa­trzył.

- My­ron! - wy­krzyk­nął zbyt do­no­śnie.

Spró­bo­wał wstać, lecz nie zdo­łał, więc My­ron po­dał mu rękę. Lex chwy­cił ją, uda­ło mu się wstać i uści­skał My­ro­na z nie­zdar­nym en­tu­zja­zmem męż­czy­zny, któ­ry za dużo wy­pił.

- Och, czło­wie­ku, jak do­brze cię wi­dzieć.

Hor­se­Po­wer za­czy­na­li od przy­gry­wa­nia w lo­ka­lu w ro­dzin­nym mie­ście Lexa i Ga­brie­la - au­stra­lij­skim Mel­bo­ur­ne. Na­zwa ze­spo­łu po­wsta­ła w wy­ni­ku sko­ja­rzeń, ja­kie wy­wo­ły­wa­ło na­zwi­sko Lexa (Ry­der, stąd Hor­se-Ry­der) i Ga­brie­la (Wire, więc Po­wer-Wire), lecz od chwi­li gdy po­łą­czy­li siły, Ga­briel do­mi­no­wał. Oczy­wi­ście Ga­briel Wire miał cu­dow­ny głos, był nie­sa­mo­wi­cie przy­stoj­ny i miał nie­mal nie­ziem­ską cha­ry­zmę, ale tak­że ten nie­uchwyt­ny, wi­docz­ny na pierw­szy rzut oka ma­gne­tyzm, któ­ry wy­no­si wiel­kość do ran­gi le­gen­dy.

My­ron czę­sto my­ślał o tym, że Le­xo­wi - czy ko­mu­kol­wiek - musi się trud­no żyć w cie­niu ta­kiej oso­by. Ja­sne, Lex był sław­ny, bo­ga­ty i teo­re­tycz­nie wszyst­kie utwo­ry ze­spo­łu były wspól­ną wła­sno­ścią obu mu­zy­ków, ale My­ron, któ­ry zaj­mo­wał się jego fi­nan­sa­mi, wie­dział, że udział Lexa wy­no­si dwa­dzie­ścia pięć pro­cent, a Ga­brie­la sie­dem­dzie­siąt pięć. Pew­nie, ko­bie­ty wciąż do nie­go lgnę­ły, męż­czyź­ni nadal chcie­li się z nim za­przy­jaź­niać, ale Lex był tak­że obiek­tem nie­wy­bred­nych żar­tów, wy­śmie­wa­ją­cych jego pod­rzęd­ną rolę w du­ecie.

Hor­se­Po­wer wciąż był na to­pie, może bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek, mimo że Ga­briel Wire znik­nął z ży­cia pu­blicz­ne­go po tra­gicz­nym skan­da­lu sprzed po­nad pięt­na­stu lat. Oprócz paru zdjęć zro­bio­nych przez pa­pa­raz­zich i mnó­stwa plo­tek przez cały ten czas Ga­briel Wire nie da­wał zna­ku ży­cia - nie grał kon­cer­tów, nie udzie­lał wy­wia­dów, nie po­ka­zy­wał się pu­blicz­nie. Ta ta­jem­ni­czość jesz­cze bar­dziej pod­sy­ca­ła cie­ka­wość pu­blicz­no­ści.

- My­ślę, że po­wi­nie­neś iść do domu, Lex.

- Nie, My­ro­nie - rzekł Lex ochry­płym gło­sem. My­ron miał na­dzie­ję, że tyl­ko od pi­cia. - Daj spo­kój. Do­brze się ba­wi­my. Czy nie tak, ban­da?

My­ron usły­szał nie­skład­ny chór po­twier­dzeń. Ro­zej­rzał się. Może spo­tkał już paru tych fa­ce­tów, ale na pew­no znał tyl­ko Buz­za, dłu­go­let­nie­go ochro­nia­rza i asy­sten­ta Lexa. Buzz na­po­tkał jego spoj­rze­nie i wzru­szył ra­mio­na­mi, jak­by chciał po­wie­dzieć: "No i co na to po­ra­dzisz?".

Lex ob­jął My­ro­na, za­rzu­ca­jąc mu rękę na szy­ję ni­czym pa­sek apa­ra­tu fo­to­gra­ficz­ne­go.

- Sia­daj, sta­ry przy­ja­cie­lu. Na­pij się, roz­luź­nij, od­pręż.

- Suz­ze mar­twi się o cie­bie.

- Ach tak? - Lex uniósł brew. - I dla­te­go przy­sła­ła swo­je­go chłop­ca na po­sył­ki, żeby mnie przy­pro­wa­dził?

- For­mal­nie rzecz bio­rąc, Lex, je­stem tak­że two­im chłop­cem na po­sył­ki.

- Ach, agen­ci. Naj­bar­dziej na­jem­ny z za­wo­dów.

Lex miał na so­bie czar­ne spodnie oraz ka­mi­zel­kę z czar­nej skó­ry i wy­glą­dał, jak­by wła­śnie wró­cił z za­ku­pów w Roc­kers R Us. Wło­sy miał siwe, krót­ko ob­cię­te.

- Sia­daj, My­ro­nie - po­wtó­rzył, opa­da­jąc na sofę.

- Może się przej­dzie­my, Lex?

- Je­steś tak­że moim chłop­cem na po­sył­ki, praw­da?

Po­wie­dzia­łem: usiądź.

Miał tro­chę ra­cji. My­ron zna­lazł wol­ne miej­sce, po czym po­wo­li opadł na ka­na­pę. Lex prze­krę­cił gał­kę apa­ra­tu­ry po swo­jej pra­wej ręce i mu­zy­ka przy­ci­chła. Ktoś wrę­czył My­ro­no­wi kie­li­szek szam­pa­na, tro­chę przy tym roz­le­wa­jąc. Więk­szość dam w ob­ci­słych gor­se­tach - spójrz­my praw­dzie w oczy, ten strój dzia­ła na fa­ce­tów w każ­dej epo­ce - zni­kła gdzieś, jak­by wto­pi­ły się w ścia­ny. Espe­ran­za ga­wę­dzi­ła z tą, któ­rą za­uwa­ży­ła, gdy we­szli do tego po­ko­ju. Sie­dzą­cy tam męż­czyź­ni ob­ser­wo­wa­li flir­tu­ją­ce ko­bie­ty z fa­scy­na­cją ja­ski­niow­ców po raz pierw­szy wi­dzą­cych ogień.

Buzz pa­lił pa­pie­ro­sa, któ­ry pach­niał... hm, dziw­nie. Pró­bo­wał prze­ka­zać go My­ro­no­wi. Ten po­krę­cił gło­wą i od­wró­cił się do Lexa. Mu­zyk wy­cią­gnął się bez­wład­nie, jak­by ktoś po­dał mu śro­dek zwiot­cza­ją­cy mię­śnie.

- Suz­ze po­ka­za­ła ci ten ko­men­tarz? - za­py­tał Lex.

- Tak.

- I co o tym są­dzisz, My­ro­nie?

- Są­dzę, że to ja­kiś czu­bek pró­bu­ją­cy mie­szać lu­dziom w gło­wach.

Lex upił dłu­gi łyk szam­pa­na.

- Na­praw­dę tak my­ślisz?

- Na­praw­dę - od­parł My­ron. - Jed­nak tak czy in­a­czej mamy dwu­dzie­sty pierw­szy wiek.

- I co z tego?

- To, że to nic ta­kie­go. Je­śli tak się tym przej­mu­jesz, mo­żesz zro­bić ba­da­nie DNA i usta­lić, czy je­steś oj­cem.

Lex po­wo­li ski­nął gło­wą i upił ko­lej­ny łyk. My­ron pró­bo­wał wyjść z roli agen­ta, ale w bu­tel­ce było sie­dem­set pięć­dzie­siąt mi­li­li­trów, czy­li oko­ło dwu­dzie­stu pię­ciu un­cji, więc osiem ty­się­cy do­la­rów daje trzy­sta dwa­dzie­ścia za un­cję.

- Sły­sza­łem, że je­steś za­rę­czo­ny - rzekł Lex.

- Tak.

- Wy­pij­my za to.

- Albo wy­sącz­my. Są­cze­nie jest tań­sze.

- Od­pręż się, My­ro­nie. Je­stem obrzy­dli­wie bo­ga­ty.

Miał ra­cję. Wy­pi­li.

- Za­tem co cię drę­czy. Lex?

Mu­zyk zi­gno­ro­wał py­ta­nie.

- Jak to moż­li­we, że jesz­cze nie po­zna­łem przy­szłej pan­ny mło­dej?

- To dłu­ga hi­sto­ria.

- Gdzie ona te­raz jest?

My­ron uni­kał wy­ja­śnień.

- Za mo­rzem.

- Mogę dać ci radę w kwe­stii mał­żeń­stwa?

- Może taką: nie wierz w głu­pie in­ter­ne­to­we plot­ki o oj­co­stwie?

Lex się uśmiech­nął.

- Do­bre.

- Mhm - przy­tak­nął My­ron.

- Oto moja rada: bądź­cie szcze­rzy wo­bec sie­bie. Zu­peł­nie szcze­rzy.

My­ron cze­kał, ale Lex nie kon­ty­nu­ował.

- To wszyst­ko? - spy­tał My­ron.

- Ocze­ki­wa­łeś cze­goś głęb­sze­go?

My­ron wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Tak jak­by.

- Jest jed­na pio­sen­ka, któ­rą uwiel­biam - rzekł Lex.

- Ma taki re­fren: Two­je ser­ce jest jak spa­do­chron. Wiesz dla­cze­go?

- Zda­je się, że to cho­dzi o umysł, któ­ry jest jak spa­do­chron: do­brze dzia­ła, tyl­ko je­śli jest otwar­ty.

- Nie, znam tam­ten tekst. Ten jest lep­szy. Two­je ser­ce jest jak spa­do­chron: otwie­ra się tyl­ko wte­dy, gdy spa­dasz.

- Uśmiech­nął się. - Do­bre, nie?

- Chy­ba tak - mruk­nął My­ron.

- Wszy­scy mamy zna­jo­mych, no wiesz, tak jak ci tu­taj moi kum­ple. Ko­cham ich, ba­lu­ję z nimi, roz­ma­wia­my o po­go­dzie, spo­rcie i go­rą­cych la­skach, ale gdy­bym nie wi­dział ich przez rok, albo na­wet już nig­dy, nie­wie­le zmie­ni­ło­by to w moim ży­ciu. Tak jest z więk­szo­ścią lu­dzi, któ­rych zna­my.

Na­pił się szam­pa­na. Drzwi za nimi otwo­rzy­ły się i we­szła grup­ka roz­chi­cho­ta­nych ko­biet. Lex po­krę­cił gło­wą i na­tych­miast zni­kły.

- A od cza­su do cza­su - cią­gnął - spo­ty­kasz praw­dzi­we­go przy­ja­cie­la. Ta­kie­go jak Buzz. Roz­ma­wia­my o wszyst­kim. Wie­my o so­bie wszyst­ko, na­wet o pa­skud­nych, wstręt­nych wa­dach. Czy masz ta­kich przy­ja­ciół?

- Espe­ran­za wie, że mam kło­po­ty z pę­che­rzem - rzekł My­ron.

- Co?

- Nie­waż­ne. Mów da­lej. Wiem, co chcesz po­wie­dzieć.

- Wła­śnie, no cóż, praw­dzi­wych przy­ja­ciół. Po­zwa­lasz im zo­ba­czyć świń­stwa, któ­re przy­cho­dzą ci do gło­wy. Brzyd­kie my­śli. - Usiadł pro­sto, naj­wy­raź­niej się roz­grze­wał.

- I wiesz, co jest w tym na­praw­dę dziw­ne? Wiesz, co się dzie­je, kie­dy cał­kiem się otwo­rzysz i po­zwo­lisz ko­muś zo­ba­czyć, że je­steś de­ge­ne­ra­tem?

My­ron po­krę­cił gło­wą.

- Twój przy­ja­ciel ko­cha cię jesz­cze bar­dziej. Przy wszyst­kich in­nych ukry­wasz brud za fa­sa­dą, żeby cię lu­bi­li, jed­nak praw­dzi­wym przy­ja­cio­łom po­ka­zu­jesz ten brud, a im jesz­cze bar­dziej na to­bie za­le­ży. Kie­dy po­zby­wa­my się fa­sa­dy, zbli­ża­my się do sie­bie. Za­tem dla­cze­go nie ro­bi­my tego przy każ­dym, My­ro­nie? Py­tam się.

- Są­dzę, że za­mie­rzasz mi to po­wie­dzieć.

- Niech mnie dia­bli, je­śli wiem. - Lex opadł na opar­cie ka­na­py, upił spo­ry łyk i w za­du­mie prze­chy­lił gło­wę.

- Jed­nak jest tak. Fa­sa­da z na­tu­ry rze­czy jest kłam­stwem. Zwy­kle to jest w po­rząd­ku. Je­śli jed­nak nie otwo­rzysz się przed tym, kogo naj­bar­dziej ko­chasz, je­śli nie ujaw­nisz swo­ich wad, nie zdo­łasz się zbli­żyć. Po pro­stu bę­dziesz miał ta­jem­ni­ce. A te ta­jem­ni­ce ją­trzą i dzie­lą.

Drzwi zno­wu się otwo­rzy­ły. We­szły czte­ry ko­bie­ty i dwaj męż­czyź­ni, śmie­jąc się i trzy­ma­jąc w rę­kach kie­lisz­ki z kosz­mar­nie dro­gim szam­pa­nem.

- A więc ja­kie ta­jem­ni­ce skry­wa­łeś przed Suz­ze? - za­py­tał My­ron.

Lex tyl­ko po­krę­cił gło­wą.

- To uli­ca dwu­kie­run­ko­wa, ko­le­go.

- Więc ja­kie ta­jem­ni­ce Suz­ze mia­ła przed tobą?

Lex nie od­po­wie­dział. Pa­trzył na dru­gi ko­niec po­ko­ju. My­ron po­dą­żył wzro­kiem za jego spoj­rze­niem.

I wte­dy ją zo­ba­czył.

A przy­najm­niej tak mu się wy­da­wa­ło, gdy rzu­cił okiem na dru­gi ko­niec loży dla VIP-ów, za­dy­mio­nej i oświe­tlo­nej tyl­ko bla­skiem świec. My­ron nie wi­dział jej od tam­tej śnież­nej nocy przed szes­na­sto­ma laty, z brzu­chem, łza­mi pły­ną­cy­mi po po­licz­kach i krwią spły­wa­ją­cą przez pal­ce. Nie in­te­re­so­wał się nimi, ale kie­dy ostat­nio o nich sły­szał, miesz­ka­li gdzieś w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej.

Spoj­rze­li so­bie w oczy, przez se­kun­dę, nie dłu­żej. I choć to wy­da­wa­ło się nie­moż­li­we, My­ron już wie­dział.

- Kit­ty?

Gło­śna mu­zy­ka za­głu­szy­ła jego głos, ale Kit­ty się nie za­wa­ha­ła. Jej oczy lek­ko się roz­sze­rzy­ły - może ze stra­chu - a po­tem ob­ró­ci­ła się na pię­cie i po­bie­gła do drzwi. My­ron pró­bo­wał ze­rwać się z ka­na­py, ale mięk­kie obi­cie spo­wol­ni­ło jego ru­chy. Za­nim zdo­łał wstać, Kit­ty Bo­li­tar - szwa­gier­ka My­ro­na i ko­bie­ta, któ­ra tak dużo mu za­bra­ła - zni­kła za drzwia­mi.

3

Go­dzi­nę póź­niej Wind­sor Hor­ne Loc­kwo­od III - zna­ny tym, któ­rzy się go bali (czy­li prak­tycz­nie wszyst­kim), jako Win - wkro­czył do biu­ra My­ro­na. Kro­czył tak, jak­by no­sił cy­lin­der oraz frak i wy­wi­jał la­secz­ką. Za­miast tego miał na so­bie ró­żo­wo-zie­lo­ny kra­wat od Lil­ly Pu­lit­zer, nie­bie­ski ble­ze­rek z ja­kimś her­bem na pier­si i spor­to­we spodnie z kan­tem tak ostrym, że moż­na się było ska­le­czyć. No­sił mo­ka­sy­ny, nie miał skar­pe­tek i wy­glą­dał tak, jak­by wła­śnie za­mie­rzał wy­ru­szyć w rejs na SS "Kupa For­sy".

- Wpa­dła do mnie Suz­ze - po­wie­dział My­ron.

Win ski­nął gło­wą, wy­su­wa­jąc szczę­kę.

- Wi­dzia­łem, jak wy­cho­dzi­ła.

- Czy wy­glą­da­ła na wzbu­rzo­ną?

- Nie za­uwa­ży­łem - od­parł Win, sia­da­jąc.

- Po­więk­szy­ły jej się pier­si.

Cały Win.

- Ma pro­blem - rzekł My­ron.

Win usa­do­wił się wy­god­nie, za­kła­da­jąc nogę na nogę z ty­po­wą dla nie­go sprę­ży­stą swo­bo­dą.

- Wy­ja­śnij.

My­ron ob­ró­cił mo­ni­tor kom­pu­te­ra tak, żeby Win mógł wi­dzieć ekran. Go­dzi­nę wcze­śniej Suz­ze T. zro­bi­ła po­dob­nie. My­ślał o tych dwóch krót­kich sło­wach. Same w so­bie były nie­szko­dli­we, lecz w ży­ciu waż­ny jest kon­tekst. A w tym kon­tek­ście te dwa sło­wa mro­zi­ły krew.

Win zmru­żył oczy, pa­trząc na ekran, i się­gnął do kie­sze­ni na pier­si. Wy­jął oku­la­ry do czy­ta­nia. Miał je od oko­ło mie­sią­ca i cho­ciaż My­ron po­wie­dział­by, że to nie­moż­li­we, wy­glą­dał w nich jesz­cze bar­dziej wy­nio­śle i iry­tu­ją­co. Po­nad­to pie­kiel­nie przy­gnę­bia­ły My­ro­na. Win i on nie byli sta­rzy - w żad­nym ra­zie - ale, uży­wa­jąc ana­lo­gii do gry w gol­fa, jaką po­słu­żył się Win, gdy po raz pierw­szy wy­jął te oku­la­ry: "Je­ste­śmy ofi­cjal­nie za dzie­wią­tym doł­kiem ży­cia".

- Czy to stro­na Fa­ce­bo­oka? - za­py­tał Win.

- Tak. Suz­ze po­wie­dzia­ła, że wy­ko­rzy­stu­je ją do pro­mo­wa­nia swo­jej szko­ły gry w te­ni­sa.

Win na­chy­lił się do ekra­nu.

- Czy to jej so­no­gram?

- Tak.

- I jak ten so­no­gram pro­mu­je jej szko­łę gry w te­ni­sa?

- Też o to za­py­ta­łem. Po­wie­dzia­ła, że taki ak­cent oso­bi­sty jest po­trzeb­ny. Lu­dzie nie chcą czy­tać tek­stów re­kla­mo­wych. Win ścią­gnął brwi.

- I dla­te­go umie­ści­ła tam so­no­gram pło­du? - Zer­k­nął na My­ro­na. - Uwa­żasz, że to ma sens?

Praw­dę mó­wiąc, My­ron uwa­żał, że nie. I zno­wu - z po­wo­du tych oku­la­rów do czy­ta­nia Wina i tego, że obaj uty­ski­wa­li na ten nowy świat por­ta­li spo­łecz­no­ścio­wych - po­czuł się sta­ry.

- Spójrz na ko­men­ta­rze do zdję­cia - pod­su­nął.

Win po­słał mu bez­na­mięt­ne spoj­rze­nie.

- Lu­dzie ko­men­tu­ją so­no­gram?

- Prze­czy­taj.

Win zro­bił to. My­ron cze­kał. Znał te ko­men­ta­rze na pa­mięć. Wie­dział, że na tej stro­nie jest ich dwa­dzie­ścia sześć, prze­waż­nie z gra­tu­la­cja­mi. Na przy­kład mat­ka Suz­ze, pod­sta­rza­ła wzor­co­wa Nie­do­bra Ma­mu­sia Te­ni­sist­ki, na­pi­sa­ła: Hej, wszy­scy! Będę bab­cią! Su­per! Nie­ja­ka Amy stwier­dzi­ła: Ale ład­ne!!! Żar­to­bli­we: Po­dob­ny do swo­je­go taty;) umie­ścił per­ku­si­sta, któ­ry cza­sem pra­co­wał z Hor­se­Po­wer. Fa­cet imie­niem Ke­lvin na­pi­sał Gra­tu­la­cje!, a Tami py­ta­ła: Kie­dy dziec­ko przyj­dzie na świat, ko­cha­na?

Win za­trzy­mał się na trze­cim ko­men­ta­rzu od koń­ca.

- Za­baw­ny gość.

- Któ­ry?

- Ja­kiś gów­nia­ny hu­ma­no­id imie­niem Erik na­pi­sał...

- Win od­kaszl­nął i na­chy­lił się bli­żej ekra­nu. - Two­je dziec­ko wy­glą­da jak ko­nik mor­ski! A po­tem Erik Śmie­szek umie­ścił skrót LOL.

- To nie on sta­no­wi pro­blem.

To nie uspo­ko­iło Wina.

- Mimo to może war­to zło­żyć po­czci­we­mu Eri­ko­wi wi­zy­tę.

- Czy­taj da­lej.

- Do­brze.

Wy­raz twa­rzy Wina rzad­ko się zmie­niał. Na­uczył się nie oka­zy­wać uczuć, za­rów­no w in­te­re­sach, jak i w wal­ce. Jed­nak po kil­ku se­kun­dach My­ron za­uwa­żył, że oczy jego sta­re­go przy­ja­cie­la lek­ko po­ciem­nia­ły. Win spoj­rzał na nie­go. My­ron ski­nął gło­wą. Po­nie­waż te­raz wie­dział, że Win już na­tra­fił na te dwa sło­wa.

Były tam, na dole stro­ny. Dwa sło­wa ko­men­ta­rza umiesz­czo­ne­go przez "Abe­onę S." - nick, któ­ry nic mu nie mó­wił. Do­łą­czo­ny do pro­fi­lu ob­ra­zek przed­sta­wiał ja­kiś sym­bol, może chiń­ski znak. A na­pi­sa­ne wiel­ki­mi li­te­ra­mi, bez żad­ne­go zna­ku prze­stan­ko­we­go, dwa krót­kie, lecz szo­ku­ją­ce sło­wa gło­si­ły: NIE JEGO.

Za­pa­dła ci­sza.

Po chwi­li prze­rwał ją Win:

- Za­ska­ku­ją­ce.

- Istot­nie.

Win zdjął oku­la­ry.

- Czy mu­szę za­dać oczy­wi­ste py­ta­nie?

- Ja­kie?

- Czy to praw­da?

- Suz­ze przy­się­ga, że to dziec­ko Lexa.

- Wie­rzy­my jej?

- Wie­rzy­my - od­parł My­ron. - A ma to ja­kieś zna­cze­nie?

- Nie mo­ral­ny aspekt, skąd­że. Moja teo­ria? To ro­bo­ta ja­kie­goś świ­ra im­po­ten­ta.

My­ron po­ki­wał gło­wą.

- Oto wła­śnie za­le­ta in­ter­ne­tu: każ­dy może się wy­po­wie­dzieć. Na­to­miast wadą in­ter­ne­tu jest to, że każ­dy może się wy­po­wia­dać.

- To ba­stion tchó­rzy i ano­ni­mo­wych do­no­si­cie­li - zgo­dził się Win. - Suz­ze chy­ba po­win­na wy­ka­so­wać ten wpis, za­nim zo­ba­czy go Lex.

- Za póź­no. To wła­śnie część pro­ble­mu. Lex jak­by uciekł.

- Ro­zu­miem - mruk­nął Win. - A ona chce, że­by­śmy go zna­leź­li?

- Owszem. I spro­wa­dzi­li do domu.

- Od­na­le­zie­nie słyn­nej gwiaz­dy roc­ka nie po­win­no być trud­ne - orzekł Win. - A dru­ga część pro­ble­mu?

- Ona chce wie­dzieć, kto to na­pi­sał.

- Po­znać toż­sa­mość Świ­ra Im­po­ten­ta?

- Suz­ze są­dzi, że to grub­sza spra­wa. Uwa­ża, że ktoś na­praw­dę chce ją za­ła­twić.

Win po­krę­cił gło­wą.

- To świr im­po­tent.

- Daj spo­kój. Na­pi­sać "Nie jego"? To cho­re.

- Za­tem cho­ry świr im­po­tent. Czy ty w ogó­le czy­tasz te bzdu­ry w in­ter­ne­cie? Wejdź na ja­ką­kol­wiek stro­nę z wia­do­mo­ścia­mi i spójrz na ra­si­stow­skie, ho­mo­fo­bicz­ne, pa­ra­no­icz­ne "ko­men­ta­rze". - Na­kre­ślił w po­wie­trzu cu­dzy­słów. - Za­wy­jesz jak wilk.

- Wiem, ale obie­ca­łem to spraw­dzić.

Win wes­tchnął, za­ło­żył oku­la­ry i na­chy­lił się do ekra­nu.

- Oso­ba, któ­ra umie­ści­ła ten ko­men­tarz, to nie­ja­ka Abe­ona S. Czy mo­że­my za­ło­żyć, że to pseu­do­nim?

- Mhm. Abe­ona to rzym­ska bo­gi­ni. Nie mam po­ję­cia, co ozna­cza S.

- A ob­ra­zek do­łą­czo­ny do pro­fi­lu? Co to za znak?

- Nie wiem.

- Py­ta­łeś Suz­ze?

- Tak. Po­wie­dzia­ła, że nie ma po­ję­cia. To przy­po­mi­na ja­kiś chiń­ski znak.

- Może znaj­dzie­my ko­goś, kto nam go prze­tłu­ma­czy.

- Win usiadł wy­god­niej i splótł pal­ce. - Zwró­ci­łeś uwa­gę na go­dzi­nę za­miesz­cze­nia tego ko­men­ta­rza?

My­ron kiw­nął gło­wą.

- Trze­cia sie­dem­na­ście rano.

- Strasz­nie póź­na pora.

- Tak so­bie wła­śnie po­my­śla­łem - rzekł My­ron. - Może to po pro­stu in­ter­ne­to­wy od­po­wied­nik pi­sa­nia SMS-ów po pi­ja­ku.

- Albo ja­kiś były z pre­ten­sja­mi - pod­su­nął Win.

- A są ja­cyś bez pre­ten­sji?

- Kie­dy przy­po­mnę so­bie burz­li­wą mło­dość Suz­ze, to mo­gło­by być, ła­god­nie mó­wiąc, kil­ku kan­dy­da­tów.

- Jed­nak żad­ne­go z nich nie po­dej­rze­wa o coś ta­kie­go.

Win nadal wpa­try­wał się w ekran.

- Za­tem jaki bę­dzie nasz pierw­szy krok?

- Na­praw­dę?

- Słu­cham?

My­ron krą­żył po swo­im od­no­wio­nym biu­rze. Zni­kły pla­ka­ty sztuk wy­sta­wia­nych na Broad­wayu i ga­dże­ty Bat­ma­na. Zo­sta­ły zdję­te przed ma­lo­wa­niem i My­ron nie był pew­ny, czy chce umie­ścić je tam z po­wro­tem. Zni­kły rów­nież jego tro­fea i na­gro­dy z cza­sów, kie­dy grał: sy­gne­ty za mi­strzo­stwo NCAA, za­wia­do­mie­nia o po­wo­ła­niu do aka­de­mic­kiej dru­ży­ny kra­jo­wej, dy­plom aka­de­mic­kie­go gra­cza roku. Wszyst­kie oprócz jed­ne­go. Tuż przed swo­im pierw­szym me­czem w za­wo­do­wej dru­ży­nie Bo­ston Cel­tics, gdy jego ma­rze­nie mia­ło wresz­cie się zi­ścić, My­ron od­niósł po­waż­ną kon­tu­zję ko­la­na. "Sports Il­lu­stra­ted" za­mie­ścił na okład­ce jego zdję­cie z do­pi­skiem CZY JEST SKOŃ­CZO­NY? i cho­ciaż nie od­po­wie­dzie­li na to py­ta­nie, oka­za­ło się, że istot­nie był. Sam nie wie­dział, dla­cze­go za­cho­wał tę opra­wio­ną w ram­ki okład­kę. Za­py­ta­ny, od­po­wie­dział­by, że to ostrze­że­nie dla wszyst­kich przy­cho­dzą­cych do jego biu­ra "su­per­gwiazd", iż szyb­ko mogą prze­stać nimi być, ale My­ron po­dej­rze­wał, że ma to głęb­szy sens.

- To nie jest twój zwy­kły mo­dus ope­ran­di - za­uwa­żył.

- Och, a ja­kiż to?

- Zwy­kle w tym mo­men­cie mó­wisz mi, że je­stem agen­tem, nie pry­wat­nym de­tek­ty­wem, i nie wi­dzisz żad­ne­go sen­su w zaj­mo­wa­niu się tym, po­nie­waż to nie przy­nie­sie fir­mie żad­nych ko­rzy­ści.

Win nie od­po­wie­dział.

- Po­tem za­zwy­czaj na­rze­kasz, że mam kom­pleks bo­ha­te­ra i za­wsze mu­szę ko­goś ra­to­wać, żeby po­czuć się speł­nio­nym. I w koń­cu, a ra­czej po­wi­nie­nem po­wie­dzieć "ostat­nio", mó­wisz mi, że moje in­ter­wen­cje przy­no­szą wię­cej szko­dy niż po­żyt­ku i w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku czę­ściej ra­nię, a na­wet za­bi­jam, niż ra­tu­ję.

Win ziew­nął.

- Do cze­go zmie­rzasz?

- Są­dzi­łem, że to oczy­wi­ste, ale do tego: dla­cze­go na­gle chęt­nie, a na­wet en­tu­zja­stycz­nie, chcesz pod­jąć tę mi­sję ra­tun­ko­wą, pod­czas gdy w prze­szło­ści...

- W prze­szło­ści za­wsze ci po­ma­ga­łem, praw­da? - prze­rwał mu Win.

- Prze­waż­nie tak.

Win pod­niósł gło­wę i po­stu­kał się pal­cem wska­zu­ją­cym w bro­dę.

- Jak mam to wy­ja­śnić? - Za­milkł, za­sta­no­wił się i kiw­nął gło­wą. - Lu­bi­my my­śleć, że to, co do­bre, bę­dzie trwa­ło wiecz­nie. To leży w na­szej na­tu­rze. Na przy­kład Be­atle­si. Och, oni będą wiecz­ni. Ro­dzi­na So­pra­no za­wsze bę­dzie nada­wa­na. Tak jak kon­cer­ty Spring­ste­ena. Albo Hi­sto­rie Zuc­ker­ma­na Phi­li­pa Ro­tha. Do­bre rze­czy są rzad­ko­ścią. Trze­ba je ce­nić, po­nie­waż za­wsze koń­czą się zbyt szyb­ko.

Win wstał i ru­szył do drzwi. Za­nim opu­ścił po­kój, obej­rzał się.

- Zaj­mo­wa­nie się tym z tobą to jed­na z ta­kich do­brych rze­czy - po­wie­dział.