MIMO WSZYSTKO - UDANY URLOP
Przyznaję. Jestem snobem. Do tego stopnia, że urlopy spędzam w kraju. W tym roku pojechałem do Chałup. Kosztowało mnie to może drożej niż w Bułgarii, ale za to miałem pełny prymityw i znakomite towarzystwo.
Pogoda dopisała również. Na dwa tygodnie szesnaście dni słońca! Urlop był więc w pełni udany. Mimo że pod koniec miałem przykrą przygodę.
Otóż tego lata w Chałupach nie grało się w brydża, lecz w truskawki. To sezonowa odmiana gry w śliwki. Polega na tym, że bierze się do ręki truskawkę i pyta partnera: "Cała czy zgnieciona?".
W zależności od odpowiedzi partnera, gnieciemy truskawkę lub nie. Jeśli więc partner powie "zgnieciona", pokazujemy całą truskawkę. I wygrywamy.
Ponieważ załapany musi grać, przegrałem w truskawki sporo. Mam bowiem naturę hazardzisty.
I oto na dwa dni przed końcem mego urlopu przyjechała do Chałup była żona przyszłego męża mojej chwilowej narzeczonej. Raz zagrała w truskawki, a następnego dnia przyszła podekscytowana na plażę.
- Wymyśliłam nową grę! W sześćdziesiąt sześć!
- W sześćdziesiąt sześć grał już mój dziadek.
- Ale w karty! A ja wykombinowałam grę w sześćdziesiąt sześć zajęcy!
- Jak to?
- Tak to! Bierze się sześćdziesiąt sześć zajęcy, mogą być również samiczki, i następnie...
- Chwileczkę! Te zające mają być żywe?
- Jak najbardziej! No więc bierze się sześćdziesiąt sześć zajęcy, mogą być również samiczki...
- Ale skąd wziąć sześćdziesiąt sześć żywych zajęcy?!
- Z lasu najlepiej. Albo z pola. Obojętnie. Skąd komu wygodniej! No więc bierzemy sześćdziesiąt sześć żywych zajęcy...
- Ale kto złapie sześćdziesiąt sześć żywych zajęcy? Zastanów się!
- Myślisz, że to niemożliwe?
- Oczywiście!
- Poczekaj... w takim razie... - zastanowiła się - wiem! To nie będzie gra w sześćdziesiąt sześć, tylko w sześćdziesiąt pięć!
- Czego sześćdziesiąt pięć?
- Zajęcy, oczywiście! Skoro uważasz, że złapać sześćdziesiąt sześć zajęcy jest za trudno, wystarczy sześćdziesiąt pięć!
- Ale przecież...
- To naprawdę niewielka różnica, sześćdziesiąt sześć czy sześćdziesiąt pięć! Nieparzysta liczba jest nawet lepsza!
- Ale zrozum! Nieważne, czy sześćdziesiąt sześć, czy sześćdziesiąt pięć!
- No właśnie! Sześćdziesiąt pięć nawet lepiej!
- Nie chodzi o to ile, tylko czego!
- Aha!!! Nie rozumiem...
- Chodzi o to, że nikt nie złapie tylu żywych zajęcy! Ani sześćdziesięciu sześciu, ani sześćdziesięciu pięciu!
- Dlaczego?
- Bo nie!
- Aha... w takim razie... - wycofała się - nie muszą być zające... Ale mogą być tygrysy! Niekoniecznie bengalskie. Jakiekolwiek.
- Przecież to nonsens!
- Dlaczego?
- Po pierwsze, u nas tygrysy nie żyją...
- A do tej gry muszą być żywe, niestety! Nieżywe nie wchodzą w grę!
- Nawet gdyby wchodziły... to skąd wziąć sześćdziesiąt sześć martwych tygrysów?! Zastanów się!
- Nie mam co się zastanawiać, bo martwe nie wchodzą w grę! Tylko żywe! No więc słuchaj... Bierzemy sześćdziesiąt sześć tygrysów...
- Skąd?
- Z buszu! - wrzasnęła. - Albo z dżungli. Następnie rozdajemy grającym po równo. Jeśli grają dwie osoby, to po trzydzieści trzy. Jeśli sześć osób, to po jedenaście.
- Żywych tygrysów, tak? - upewniłem się.
- Tak. Przecież mówię! Następnie bierze się jednego myśliwego...
- Żywego?
- Obojętnie. Każdy z grających wręcza mu tyle naboi, ile ma tygrysów. W tym jeden ślepy.
- Tygrys?
- Tak! To znaczy - nie. Nabój. Następnie myśliwy bierze torbę truskawek i pyta pierwszego grającego: cała czy zgnieciona?
- To po co do tego tygrysy?
- Żeby gra była bardziej emocjonująca! Bo przecież taki tygrys w każdej chwili może się rzucić i pokąsać, nieprawdaż? A załapany musi grać, niestety! No więc emocji będzie mnóstwo! Nie uważasz?!
- Owszem.
- To kiedy gramy?
- Dzisiaj o szóstej. Odpowiada ci?
- W porządku.
Oczywiście, jak znałem byłą żonę przyszłego męża mojej chwilowej narzeczonej, nie wierzyła, że zdobędę sześćdziesiąt pięć żywych tygrysów! Ja zresztą też nie byłem tego taki pewien... W tym momencie ktoś, sądząc z wyglądu - mężczyzna, zajrzał do mego grajdołka.
- Dzień dobry... Jestem pana sąsiadem z grajdołka obok...
- Tak... Czym mogę służyć?
- Mam do pana wielką prośbę... Nagle muszę wrócić do Warszawy... Czy mógłby pan zaopiekować się moimi tygrysami? Jest ich sześćdziesiąt sześć, więc nie mogę zabrać ich ze sobą...
Nie wierzyłem własnym uszom!
- Jest pan pewien, że tych tygrysów jest sześćdziesiąt sześć?
- Niech pan mnie nie rozśmiesza! - oburzył się. - Gdybym nie miał kompletu, nie opłaciłoby mi się trzymać tych zwierząt! To jak? Zaopiekuje się pan nimi?
- Naturalnie!
Wyjąłem z koszyka termos na herbatę i wypiliśmy po koniaku. W kwadrans później otwierałem drzwi jego chałupy, gdzie trzymał swoich sześćdziesiąt sześć tygrysów. Nierzadko bengalskich.
Byłem szczęśliwy! Do momentu, w którym okazało się, że jeden z mych przyszłych podopiecznych nie był oswojony. Nawet w najmniejszym zakresie.
No cóż... w tym miesiącu skończyłbym czterdzieści lat.
A to zdarzyło się dokładnie miesiąc temu...
Jednakowoż nadal twierdzę, że to był wyjątkowo udany urlop! Poważnie! Pełny prymityw, znakomite towarzystwo i wspaniała pogoda! I wprawdzie na dwa dni przed powrotem do Warszawy pokąsał mnie, śmiertelnie zresztą, dziki tygrys, ale plusów było znacznie więcej! Nie można być malkontentem i wymagać za wiele, nieprawdaż? Prawdaż, niestety!
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI