4
Sosny kąpały się w złocistym blasku i błękitnym cieniu, a jasne listowie ustępowało przed nim, gdy maszerował ścieżkami okalającymi granice miasta. Daleko przed sobą widział Loess Hills nad rzeką Missouri i gęste od przemysłowych wyziewów powietrze, unoszące się nad zabudowaniami i polami uprawnymi, w które powtykano srebrzyste silosy.
Ogołocony z kół dodge bez błotnika, zagrzebany w ziemi i pozostawiony na pastwę losu i dzieciaków, które rzucały kamieniami w przednią szybę.
Ulotka schwytana w gałęzie judaszowca. Różowe kwiatki rośliny otaczające uśmiechniętego Jimmy'ego Cartera, który w koszuli z podwiniętymi rękawami stylizował się na jednego z tych, których chciał zachęcić, by na niego głosowali.
W polu widzenia pojawiło się jezioro. Wyblakły znak ostrzegał przed podwodnymi prądami. Latem dzieciaki skakały tu do wody ze śliskich skał o szmaragdowej barwie. Jeden taki, Colson, przyszedł tu popływać i nigdy nie wrócił. Chodziły słuchy, że mieszka na dnie i patrzy na nogi kąpiących się dziewcząt, czekając na odpowiedni moment, by sięgnąć i zabrać którąś do siebie.
Patch podniósł płaski kamyk, rzucił i naliczył sześć pluśnięć, a wodne kręgi rozeszły się w stronę szuwarów.
Z rozłożonymi na boki rękami balansował na zardzewiałej szynie starej kolei Monta Clare; stal była czerwonawa i powyginana.
Patrzył, jak tyran różany wystrzeliwuje ku niebu ze swojej gałęzi.
Zatrzymał go czyjś krzyk.
Przeraźliwy krzyk.
W głębokiej dolince w oddali zobaczył coś przypominającego zarys granatowej furgonetki, ale zarośla były tak gęste, że choć podchodził coraz bliżej, wciąż nie widział, czy to ford, czy jakiś stary złom.
Przyklęknął na ziemi, gdy ją zobaczył.
Misty Meyer.
Przez moment myślał, że źle ocenił sytuację, a ona umówiła się tu z chłopakiem. Misty chodziła z nim do klasy matematycznej i była w jego wieku, ale wyglądała na starszą.
A potem ujrzał plecy mężczyzny, który mimo panującego upału miał kaptur naciągnięty na głowę.
Patch rozpaczliwie rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu właściwie kogokolwiek. Kogoś, kto mógłby sobie z tym poradzić; kto zdjąłby z niego choć część odpowiedzialności, dotkliwego ciężaru związanego z natknięciem się na dziewczynę w tarapatach.
Kolejny krzyk.
Szepnął przekleństwo, uniósł rękę i dotknął opaski, a jego myśli pobiegły ku Silver-Tongue Martinowi, Wildowi Nedowi Lowe'emu i całej bandzie nieustraszonych.
Ruszył przed siebie.
Misty znów krzyczała, gdy zsuwał się po brzegu.
Pochylił się nisko i podniósł kamień, żałując, że nie zabrał procy.
Z odległości pięciu stóp mężczyzna usłyszał go i odwrócił się.
Kominiarka zasłaniała wszystko oprócz nieruchomych oczu.
Patch wstrzymał oddech, cisnął kamieniem i przywarł do ziemi, kiedy napastnik padł na kolana.
- Uciekaj! - wrzasnął.
Misty stała jak słup soli, strach zmroził jej mięśnie. Oszołomiona, jakby zmagała się z nocnym koszmarem. Koszulka podarta, torba w błocie.
Mężczyzna przetoczył się po nim.
- Uciekaj - zdołał powtórzyć szeptem Patch, gdy powietrze uleciało mu z płuc. Poczuł dłoń na krtani i spojrzał na Misty błagalnie.
Przebudź się z tego.
Wreszcie jakby go zobaczyła.
Była wysoka, gwiazda bieżni. Ich spojrzenia spotkały się tylko na moment; potem odwróciła się i mocno pracując rękami, śmignęła przez las.
Mężczyzna zerwał się i ruszył w pogoń, a Patch deptał mu po piętach.
Po raz drugi tego ranka wyciągnął sztylet.
Napastnik złapał go za nadgarstek i wykręcił.
Słońce ślizgało się po ostrzu, dopóki nóż nie zatonął w brzuchu Patcha.
Upadł na ziemię i przycisnął dłonie do rany, a w lesie zapadła ciemność, ale on nie widział gwiazd ani księżyca.
Następnego dnia armia piechurów przemierzy las i znajdzie fioletową opaskę na oko ze srebrną gwiazdą.
Chief Nix prześwietli każdego zbira w promieniu stu mil.
Jego matka zupełnie się rozpadnie.
Jego najlepsza przyjaciółka Saint będzie krążyć po ulicach, gdy wszyscy inni dawno stracą resztki nadziei, i wpakuje się w kolejne tarapaty.
Żadne z nich nie zdawało sobie jeszcze sprawy z nadciągającej tragedii, która stanie się ich udziałem.