Wprowadzenie
Wprowadzenie
W dzisiejszym społeczeństwie naukowcy to
postacie pozytywne - na ogół. Są mądrzy, są cool, myślą jasno i racjonalnie, spokojnie rozpracowując sekrety otaczającego nas świata.
Czasem jednak, czego dobrą ilustracją jest historia Kleopatry, ogarnia
ich obsesja. Wówczas wszystko im się odwraca, a ich chwalebne dociekania
nabierają nagle mrocznego charakteru. W tym stanie pozyskanie wiedzy
staje się nie tylko najważniejsze, lecz jest jedynym, co zaprząta ich
uwagę.
Ta książka skupia się na powodach, które popychają mężczyzn i kobiety do
przekraczania granic i popełniania przestępstw lub innych występków w imię nauki. Każdy rozdział poświęcono innemu naruszeniu zasad, m.in.
oszustwu, morderstwu, sabotażowi, szpiegostwu, rabowaniu grobów; to dość
wyczerpujący katalog przypadków łamania obowiązujących praw. Trzeba
przyznać, że wiele tych historii jest przy okazji ponuro-zabawnych -
któż nie lubi soczystych opowieści o piratach lub zemście? Inne jednak
wciąż mogą powodować ścisk żołądka, mimo że opisują wydarzenia sprzed
setek lat. A choć niektóre z opisanych incydentów trafiały w swoim
czasie na okładki ówczesnych tabloidów, nie wszystkie na trwałe zapisały
się w historii lub też pamięć o nich, mimo ich sensacyjnego charakteru,
z czasem zbladła. Niniejsza książka niejako je wskrzesza; pochyla się
także nad motywami, które kierowały ludźmi łamiącymi największe tabu.
Z zebranych tu opowieści dowiemy się też sporo zaskakujących rzeczy o zasadach, jakie rządzą nauką. Wszyscy wiemy, jak najczęściej dochodzi do
nowych odkryć. Ktoś zauważa w przyrodzie niezwykłe zjawisko lub wpada na
genialne wyjaśnienie przebiegu jakiegoś procesu, lub też przychodzi mu
do głowy, dlaczego dana cząstka zachowuje się tak, a nie inaczej. Potem
testuje swoją hipotezę, przeprowadzając eksperyment lub wyruszając w teren. Przy odrobinie szczęścia wszystko przebiega gładko (ha!).
Znacznie częściej jednak pojawiają się liczne powody do frustracji:
doświadczenia się nie udają, fundusze zostają przycięte, myślący
utartymi schematami koledzy nie chcą przyjąć do wiadomości przełomowych
wyników. W końcu, dzięki wytrwałości badacza, dowody stają się zbyt
oczywiste, by można było dalej zamykać na nie oczy, i opór materii
topnieje. Naukowiec powraca z zesłania, a inni okrzykują go geniuszem.
Świat korzysta z nowej terapii, nowoczesnego materiału, a może dowiaduje
się, skąd się wzięło życie albo jaka przyszłość czeka kosmos.
Aby podjąć tę rękawicę, potrzeba specyficznych cech charakteru,
cierpliwości i gotowości do poświęceń. To dlatego nasze społeczeństwo na
ogół uważa naukowców za bohaterów. Ale nauka to coś więcej niż ciąg
odizolowanych od siebie momentów olśnienia. Podobnie jak pozostała część
społeczeństwa, naukowcy i nauka jako taka podlegają, szczególnie
ostatnio, moralnym rozrachunkom. Zdolność do rozpoznania, co w nauce
jest dobre, a co złe, i jaka droga prowadzi z jednego z tych miejsc w drugie, stały się ważniejsze niż kiedykolwiek. Naukę obciążają różne
grzechy, z których powinna się wyspowiadać.
Jeszcze bardziej zaskakujące dla niektórych może być uświadomienie
sobie, że nieetycznie uprawiana nauka jest najczęściej, ipso facto, po
prostu złą nauką - badania wątpliwe pod względem moralnym często są też
wątpliwe naukowo. Na pierwszy rzut oka może się to wydać dziwne. W końcu
wielu ludzi twierdzi, że wiedza sama w sobie nie jest ani dobra, ani
zła, jedynie jej wykorzystanie przez ludzi może być takie lub inne. Ale
nauka to także przedsięwzięcie zbiorowe - otrzymane wyniki muszą być
sprawdzone, zweryfikowane i uznane przez innych. W proces ten są
bezpośrednio zaangażowani ludzie, a jak pokazują przedstawione w tej
książce historie, nauka, która ignoruje ludzkie lęki lub nie zważa na
prawa człowieka, często zatraca naukowy charakter. W najlepszym razie
prowadzi do ostrych podziałów w środowisku badaczy, marnowania czasu i energii na spory; w najgorszym podkopuje same kulturowe i polityczne
wolności niezbędne do jej rzetelnego uprawiania. Krzywdzenie i oszukiwanie ludzi szkodzi nauce i zdradza jej ideały.
Dlatego też znaczenie przedstawionych w książce historii wykracza poza
wymiar akademicki czy biograficzny. Tylko w nielicznych opowieściach
naukowi złoczyńcy pojawiają się w pełni uformowani, niczym Atena
wyskakująca z głowy Zeusa. W większości przypadków rozkład zasad
moralnych postępuje powoli; ludzie przechodzą na ciemną stronę mocy krok
po kroku. Jeśli dobrze pojmiemy, czym właściwie opisani tu badacze się
zajmowali i dlaczego uważali, że ich postępowanie jest usprawiedliwione,
być może uda nam się dostrzec podobnie wątpliwe wnioskowanie w dzisiejszych czasach i badaniach, a może nawet zdusić w zarodku niektóre
fatalne zjawiska. Rozłożenie na czynniki pierwsze niektórych haniebnych
uczynków stwarza nam bowiem okazję, byśmy nauczyli się tłumić złe
impulsy i zachęcać ludzi do słusznego postępowania.
Wiele z opisanych poniżej historii zgłębia motywacje towarzyszące danym
występkom. Jacy są myślący naukowo przestępcy? Czym się różnią od
zwykłych łotrów? Czy inteligencja i pogłębiona wiedza o otaczającym ich
świecie pomagają w dokonywaniu złych czynów? W czwartym rozdziale
zajmiemy się na przykład sensacyjnym morderstwem na Harvardzie, gdzie
profesor medycyny wykorzystał wiedzę anatomiczną do pokawałkowania i pozbycia się ciała członka rady zarządzającej uczelnią. (Stał się też
drugim w historii absolwentem Harvardu straconym za popełnione
przestępstwo. W jednym z późniejszych rozdziałów poznamy też kogoś, kto
niemal został trzecim). Wielu z nas wydaje się, że co bardziej
inteligentni przedstawiciele społeczeństwa są też bardziej oświeceni i moralni; rzecz w tym, że naprawdę wiele przesłanek wskazuje na coś
przeciwnego.
Wreszcie, dowiemy się, jak właściwie naukowcy usprawiedliwiają swoje
grzechy przed sobą i innymi. Psycholodzy zidentyfikowali liczne
sztuczki, jakie badacze wykorzystują, by racjonalizować swoje
postępowanie i minimalizować poczucie winy - oto krótki skrypt pt.
Dlaczego dobrzy naukowcy robią złe rzeczy. Na przykład osoby te są
szybciej gotowe przekroczyć granice etycznego postępowania, jeśli czują
nadmierną presję na osiągnięcie danego celu. Naukowi łajdacy często też
posługują się eufemizmami, by zamaskować swoje uczynki, nawet przed
samymi sobą. Albo uciekają się do złożonej umysłowej arytmetyki, według
której ich wcześniejsze dobre uczynki mają jakoby "unieważniać" zło
czynione obecnie.
Badacze są też szczególnie podatni na widzenie tunelowe. Wiadomo, że
akurat w nauce intensywne skupienie na danej rzeczy popłaca. Widzenie
tunelowe w tym wypadku to po prostu efekt uboczny. Pochłonięci swoimi
badaniami, świata poza nimi nie widzą, a niektórzy gotowi są
podporządkować im całe życie, poświęcić wszystko, nie wyłączając zasad
etycznych. Wtedy kwestia moralności projektów lub też jej braku może w ogóle nie zaprzątać ich głów. W drugim rozdziale opisuję wielu słynnych
europejskich pionierów nauki z XVII i XVIII wieku - w tym gigantów, jak
Isaaka Newtona i Karola Linneusza - korzystających z transatlantyckiego
handlu niewolnikami, dzięki któremu pośrednio pozyskiwali informacje i różne okazy z odległych zakątków globu. Dopóki napływały nowe dane,
żaden z nich ani przez chwilę się nie zastanawiał nad swoim udziałem we
wspieraniu niewolnictwa.
W jeszcze innych przypadkach etyczne rozumowanie ulega wypaczeniu. W porównaniu z, dajmy na to, polityką, nauka wydaje się czysta. Pomyślmy
tylko o wszystkich przekleństwach, od których nas uwolniła, o lekarstwach i terapiach, technologiach oszczędzających nam pracy.
Naukowcy mają dobre powody, by być dumni z tych osiągnięć. Ale zbyt
łatwo przychodzi nam stawianie znaku równości między słowami "nauka" i "dobro". Z tej perspektywy bowiem wszystko, co służy naukowemu
postępowi, jest z definicji dobre. Rozwój nauki staje się więc celem
samym w sobie, zyskuje przyrodzoną legitymację moralną. Na podobnej
zasadzie badacze z urojeniami wielkości łatwo ulegają przekonaniu, że
cel uświęca środki. Bezgranicznie wierzą, że wyniki ich badań dadzą
początek idealnemu światu, a wiążące się z nimi powszechne korzyści
zrekompensują po stokroć krótkoterminowe cierpienia, jakie towarzyszą
dążeniu do ostatecznego celu. W rozdziale piątym dowiemy się na
przykład, jak w tę pułapkę wpadł Thomas Edison, torturujący prądem
elektrycznym psy i konie, by udowodnić wyższość jednego z rodzajów prądu
elektrycznego nad innym. Jeszcze okropniejszą historię opisałem w rozdziale siódmym, dotyczącym badań nad chorobami wenerycznymi, w trakcie których celowo zakażano syfilisem i rzeżączką zdrowych ludzi. W obu tych przypadkach rozumowano dość prosto: cóż, musi jeszcze polecieć
parę wiórów. Kiedy jednak poświęca się zasady moralne, by przyspieszyć
postęp, często zostaje się i bez cnoty, i bez rubelka.
Jednak poza zagadnieniem mechanizmów racjonalizacji ciekawe jest też
pytanie, czy występki czynione na ołtarzu nauki są w jakiś sposób
wyjątkowe. Kiedy zwykli ludzie naruszają prawo, robią tak przeważnie dla
pieniędzy, władzy lub czegoś podobnie przyziemnego. Tylko naukowcy
sprzeniewierzają się zasadom, by uzyskać nowe dane - polepszające nasze
rozumienie świata. Oczywiście, liczne z opisanych poniżej przestępstw
były skomplikowane, podobnie jak motywacje ich sprawców; ludzie to w końcu złożone stworzenia. Jednak ponad wszystko występki te brały się z faustowskiej chęci pozyskania nowej wiedzy. Na przykład ze względu na
silne tabu związane z sekcjami zwłok wielu dziewiętnastowiecznych
anatomów zaczęło płacić tzw. zmartwychwstańcom za rabowanie świeżych
grobów. Pobrudzenie sobie rąk było dla tych anatomów jedynym sposobem,
by pozyskać wiedzę, jakiej pragnęli. Niektórzy z nich posuwali się nawet
do samodzielnego rabowania grobów lub kupowali ciała od morderców.
Obsesja na punkcie badań ogarnęła ich do tego stopnia, że wszystko inne
przestało się dla nich liczyć, na czym ucierpiało ich człowieczeństwo.
Wbrew pozorom zebrane tu historie nie są zapomnianymi reliktami, z których można zdmuchnąć kurz, by potem troszkę postraszyć nimi
studentów. Współczesna nauka wciąż zmaga się z następstwami wielu z nich. Weźmy choćby przytoczony wcześniej przykład badań, które zyskały
dzięki handlowi niewolnikami. Wiele pozyskanych tą drogą okazów jest
nadal wystawianych w muzeach, niektóre z nich to najważniejsze elementy
kolekcji. I bez nich, i bez niewolnictwa wiele z tych muzeów dziś by nie
istniało - i tak oto niewolnictwo setki lat później splata się z nauką.
Albo weźmy doświadczenia wykonywane przez nazistowskich lekarzy na
więźniach podczas drugiej wojny światowej. Wrzucano ich na przykład do
lodowatej wody, by badać efekty hipotermii. Było to czyste
barbarzyństwo, które często prowadziło do okaleczenia lub śmierci. Ale w kilku przypadkach pozyskano w ten sposób jedyne dane, z których
korzystamy do dziś podczas przywracania do życia ciężko wyziębionych
osób. Cóż więc powinniśmy zrobić, chcąc się kierować etyką? Zamknąć oczy
na pozyskane w ten sposób informacje czy jednak z nich korzystać? Co
pozwoli lepiej uczcić pamięć ofiar tych doświadczeń? Zło może prowadzić
do dylematów w nauce nawet wiele lat po śmierci tych, którzy je
wyrządzili.
Poza przytaczaniem historii z przeszłości niniejsza książka zawiera
kilka opowieści osadzonych we współczesnych czasach, przypadków wciąż
pamiętanych przez niektórych ludzi. Znajdziecie w niej też dodatek, w którym zastanowimy się nad możliwymi przyszłymi oszustwami w nauce.
Jakie niegodziwe uczynki popełnią przyszli badacze? W niektórych
przypadkach, jak choćby przestępstw, które się pojawią, gdy
skolonizujemy Marsa i inne planety, możemy pokusić się o pewne
przypuszczenia, opierając je na historii chociażby wypraw polarnych, gdy
ponure przestrzenie i wysiłek doprowadzały ludzi na skraj szaleństwa.
Będą jednak też precedensy. Jakie kategorie przestępstw mogą powstać,
gdy w codziennym życiu zaczną towarzyszyć nam programowalne roboty lub
gdy tania, genetycznie zmodyfikowana żywność zaleje świat?
Podsumowując, niniejsza książka łączy dramatyzm odkryć naukowych i ekscytujące historie o prawdziwych zbrodniach. Zebrane tu opowieści
pochodzą z różnych okresów, od samych początków nauki w XVII wieku do
wysoko wyspecjalizowanych występków przyszłości, i dotyczą bardzo
różnych zakątków globu. Jeśli będziemy ze sobą szczerzy, prawdopodobnie
przyznamy, że każdy z nas kiedyś wpadł w króliczą norę obsesji lub
nagiął zasady, pragnąc uzyskać coś, na czym mu bardzo zależało. Ale też
zapewne niewielu z nas uległo zepsuciu do szpiku kości, tak jak to się
stało w niektórych przypadkach opisanych na kartach tej książki. Uważamy
naukę za siłę postępu, siłę zmieniającą świat na lepsze. I na ogół
rzeczywiście tak jest. Na ogół.
1. Piractwo: bukanier-biolog
1
Piractwo: bukanier-biolog
Kiedy sędzia stuknął młotkiem i zamknął
rozprawę, William Dampier ze wstydem zwiesił głowę. Oto jeden z najbardziej cenionych badaczy swojej ery został właśnie skazany za
przestępstwo.
Wydarzenia te miały miejsce w czerwcu 1702 roku, a ponieważ sprawa
dotyczyła marynarki, rozprawa odbywała się na pokładzie statku, w przesyconym solą powietrzu. Wszyscy zaangażowani wiedzieli, że większość
zarzutów pod adresem Dampiera nie ma szans się utrzymać. Oskarżenia
dotyczące zabójstwa miały bardzo wątłe podstawy, a te dotyczące braku
umiejętności nawigowania były wręcz zabawne: chodziło bowiem o prawdopodobnie najlepszego z ówczesnych nawigatorów, światowej renomy
eksperta w dziedzinie wiatrów, pływów i pogody. Jednak w miarę rozwoju
sprawy Dampier - z długimi, opadającymi włosami, wzrokiem zbitego psa i wyglądem winowajcy - uświadomił sobie, że sąd zamierza go w jakiś sposób
ukarać. I tak też się stało: sędziowie uznali, że podczas niedawnej
wyprawy dopuścił się wychłostania oficera w stopniu kapitana i uznali go
za "niezdolnego do pełnienia funkcji dowódczych na statkach JKM".
Ukarano go grzywną w wysokości trzyletnich poborów i wydalono z marynarki.
Dampier, podłamany i rozgoryczony, chwiejnym krokiem zszedł ze statku,
zastanawiając się, jak właściwie do tego doszło. Wszak był też jednym z największych przyrodników swoich czasów, poważanym na tyle, że wiele lat
później za jego ucznia podawał się sam Darwin. Sensacyjne zapiski z dziennika podróży Dampiera wpłynęły na powstanie Przypadków Robinsona
Crusoe oraz Podróży Guliwera. Jednak bez względu na te osiągnięcia w oczach władzy William Dampier był winny i zasługiwał na karę. Tak,
niewątpliwie był świetnym naukowcem i wybitnym nawigatorem. Problem w tym, że przez dużą część swego dorosłego życia był też piratem.
Biorąc pod uwagę ubóstwo Dampiera, a także jego obsesję na punkcie
biologii zainteresowanie się przez niego piractwem można uznać zapewne
za nieuniknione. Kiedy w wieku 14 lat został sierotą, odwiedził Jawę i Nową Fundlandię, a potem na krótko wstąpił do marynarki. W kwietniu 1674
roku, w wieku 22 lat, pożeglował na Karaiby. Po krótkiej poniewierce po
tym rejonie osiadł na nieco dłużej w zatoce Campeche we wschodnim
Meksyku, gdzie zarabiał na życie ścinaniem i obrabianiem modrzejców
kampechiańskich, których miazgę wykorzystywano do produkcji doskonałego
szkarłatnego barwnika. Dampier wspominał później, że inni drwale
stanowili bardzo barwne towarzystwo "hulające i strzelające z muszkietów
przez trzy lub cztery dni w tygodniu... nie potrafili się odnaleźć pod
niczyimi rządami, pogrążając się w niegodziwościach". Choć zapewne i sam
Dampier nie stronił od hulanek, znajdował też czas na długie wyprawy
terenowe po całym Campeche, gdzie urzekały go widoki morskich (i nie
tylko) stworzeń, o których wcześniej słyszał jedynie w najróżniejszych
bajaniach i przesadzonych opowieściach - jeżozwierzy, leniwców,
kolibrów, pancerników. Dla kogoś zakochanego w historii naturalnej był
to raj.
Pirat, biolog i wredna szumowina William Dampier wywarł wielki wpływ na
Karola Darwina. Obraz Thomasa Murraya. Więcej ilustracji do każdego z rozdziałów można obejrzeć pod adresem
http://samkean.com/books/the-icepick-surgeon/extras/photos/
Jego problemy rozpoczęły się w czerwcu 1676 roku. Któregoś z wyjątkowo
uroczych dni wczesnego lata, sprawiających, że praca pod gołym niebem
wydaje się niemal przywilejem, kiedy kompani Dampiera wylegiwali się na
słońcu, zauważył on, że wiatr w dziwny sposób zmienia kierunki:
"Najpierw wiało ku południowi, a potem na wschód". Następnie drwale
zobaczyli nad głowami wielkie stado fregat. Ptaki te często towarzyszą
statkom płynącym w stronę lądu, dlatego większość kompanów Dampiera
uznała to za dobry znak, myśląc, że być może nadpływają jakieś statki z zaopatrzeniem. Dampier jednak mocno się zaniepokoił. Stado fregat
wyglądało niczym w filmie Hitchcocka, tak jakby ptaki przed czymś
uciekały. Jednak najbardziej niepokojące zjawisko wiązało się z lokalnym
strumieniem. Powodzie były stałym elementem rzeczywistości w Campeche;
mieszkańcom tego rejonu często zdarzało się po przebudzeniu stawiać
stopy na zalanej podłodze. Tego samego dnia jednak strumyk zaczął
gwałtownie wysychać, jakby ktoś wyssał z niego wodę gigantyczną słomką,
aż wysechł niemal całkowicie.
Dwa dni po tych dziwacznych zdarzeniach niebo zasnuło się prawdziwie
demonicznymi czarnymi chmurami i rozpętało się piekło. Żaden z drwali
wcześniej nawet sobie nie wyobrażał sztormu o takiej sile. Krople
deszczu uderzały w nich jak szerszenie i kompletnie oślepiały, a wiatr
niszczył ich chaty jedną po drugiej, aż ostała się tylko jedna.
Mężczyźni brnęli do niej w błocie, krzycząc do siebie, by w ogóle się
usłyszeć, a następnie zaczęli ją wzmacniać drewnianymi belkami i linami
przywiązywanymi do kikutów drzew. Przemoczeni i trzęsący się z zimna, w końcu skryli się w jej wnętrzu. Chata ledwo ocalała, a kiedy mogli z niej bezpiecznie wyjść, ich oczom ukazał się zupełnie obcy świat. Niemal
wyschnięty wcześniej strumień wystąpił z brzegów, zalewając wszystko
wokół. Wszędzie leżały powalone drzewa, a ich odsłonięte korzenie
tworzyły przeszkody nie do sforsowania. Dampier i reszta drwali
powiosłowali jedynym ocalałym kanoe do zatoki, na której powierzchni
unosiły się niezliczone, pływające brzuchem do góry, śnięte ryby. Siedem
z ośmiu zakotwiczonych wcześniej w zatoce statków wiatr porwał w morze.
Drwale zaczęli błagać załogę ocalałego statku o jedzenie, ale "spotkało
nas bardzo chłodne przyjęcie" - wspominał Dampier. "Nie dostaliśmy ani
chleba, ani ponczu, nie mówiąc już o kwaterce rumu".
Obrazowa relacja Dampiera dotycząca sztormu to pierwszy znany i tak
dokładny pod względem meterologicznym opis huraganu, a jego
doświadczenie wyzwoliło w Dampierze trwające do końca życia
zainteresowanie wiatrem i pogodą. Ale w krótkiej perspektywie huragan
także zmienił bieg jego życia. Cały sprzęt, jakiego używał jako drwal -
wszystkie siekiery, piły, maczety - zabrała powódź. Nie miał pieniędzy,
a bez narzędzi - także żadnych widoków na ich zarobienie. Jak to później
ujął, "zboczyłem nieco z kursu, poszukując źródła utrzymania". To dość
eufemistyczne określenie. "Zboczenie z kursu" oznaczało bowiem, że
Dampier został bukanierem.
W tym czasie bukanierów uznawano za szczególną klasę piratów1.
Inną byli korsarze, działający w służbie krajów pochodzenia, atakujący
wrogie im statki. Angielscy korsarze na przykład zwykle skupiali się na
napadaniu na statki hiszpańskie, w związku z czym w wielu angielskich
domach na Karaibach można było się natknąć na jedwabie, naczynia z pewteru i rzeźbione krzesła, które początkowo miały trafić do Barcelony
lub Madrytu. Korsarstwo więc, choć mało chwalebne, było tolerowane.
Bukanierzy jednak nie mieli prawa atakować kogokolwiek. Byli to zwykli,
wyjęci spod prawa rabusie, a ich macierzyste kraje pogardzały nimi tak
samo jak inne. Załoga Dampiera sytuowała się w tej hierarchii jeszcze
niżej, ponieważ zamiast napadać na statki przewożące luksusowe towary,
okradała wieśniaków równie biednych jak ona.
Nie wiemy, jaką rolę odgrywał Dampier podczas tych wypraw, niemal w ogóle bowiem nie wspomina on o tym w swoich dziennikach, być może ze
wstydu. Opisując na przykład atak na Veracruz, w kilku słowach
prześlizguje się nad śmiercią tuzina kompanów, podobnie jak nie rozwija
wątku, że był to zupełnie nieudany napad: na widok piratów wieśniacy
wraz z całym dobytkiem uciekli, pozostawiając miasto ogołocone z jakichkolwiek cennych rzeczy. Skupia się za to na klatkach z papugami,
które zabrano na statek, tak jakby były wyjątkowo cennym łupem. "Były
wśród nich ptaki ubarwione na żółto i czerwono, z dużymi kolorowymi
plamami", a do tego "pięknie gadały". Nie ma łupu, trudno - wystarczały
mu papugi.
Dampier powrócił do Anglii w sierpniu 1678 roku, po czym w tajemniczych
okolicznościach poślubił niejaką Judith, damę dworu pewnej księżnej.
Starając się postępować właściwie, wykorzystał jej posag do zakupu
różnych rzeczy na handel i w styczniu 1679 roku ponownie pożeglował na
Karaiby, by sprzedać towary, obiecał przy tym oblubienicy, że powróci w ciągu roku. Obietnicę tę jednak złamał. Kilka miesięcy po przybyciu na
miejsce dołączył do grupy żeglarzy i wyruszył w rejs handlowy do
Nikaragui, w trakcie którego zatrzymano się na Jamajce, wówczas
ulubionej przystani piratów. Później Dampier tłumaczył, że był
zszokowany - tak, kompletnie zszokowany! - gdy załoga postanowiła
zrezygnować z dalszej podróży i przystać do braci wybrzeża. Większość
historyków jednak uważa, że tak naprawdę Dampier dobrze wiedział, iż na
Jamajce spotka piratów, i wybrał się tam specjalnie po to, by wrócić do
dawnego życia i pływania po morzach i oceanach.
Zrobił tak zapewne z kilku powodów. Przede wszystkim, jak chyba każdy w tej historii, Dampier chciał zostać bogaty, a wszak zawsze istniała
szansa, że razem ze swoją bandą bukanierów natrafi na wyładowany
dublonami hiszpański galeon i zdobędzie fortunę. Ale chyba bardziej niż
ta myśl liczyły się dla niego wspomnienia z Campeche - włóczęgi po
lasach, egzotyczna flora i fauna, całe dni spędzone na łonie natury.
Piractwo było jedynym sposobem, by znów poczuć coś podobnego. Rzecz
jasna piractwo to także brudne zajęcie, pełne przemocy i morderstw.
Przez lata Dampier naoglądał się zasztyletowanych księży, więźniów
wyrzucanych za burtę, Indian mordowanych przy użyciu strzelb i torturowanych dla pozyskania informacji. Nie ma powodów, by
przypuszczać, że Dampier trzymał się od tego z daleka lub że był zbyt
wrażliwy, by samemu się w to mieszać. Ale pobyt w Campeche obudził w nim
też pasję do historii naturalnej, o sile dorównującej niemal pożądaniu
seksualnemu, i bez względu na to, jak bardzo żałował udziału w pirackich
przedsięwzięciach, chęć ujrzenia nowych lądów, przestrzeni, nowych
roślin i zwierząt była zbyt silna. Wspominał, że "zawsze czerpał
zadowolenie" z pobytu w miejscach, do których trafiał, bowiem, jak
pisał: "Im dalej się udam, tym więcej Wiedzy i Doświadczenia zdobędę, co
liczy się dla mnie najbardziej".
Dampier dołączył do piratów z Jamajki jako nawigator, a jego pierwsza
wyprawa była dość chaotyczną włóczęgą, w której uczestniczyło kilka
statków i załóg i którą trudno zgrabnie podsumować w kilku słowach.
Zaczął od rabowania osad w Panamie, potem pożeglował do Wirginii, gdzie
z niejasnych powodów go aresztowano; w swoich wspomnieniach nazwał ten
incydent tylko "kłopotami". Potem znalazł się na pacyficznym wybrzeżu
Ameryki Południowej, odwiedził też Galapagos.
Od czasu do czasu jego załodze trafił się dobry łup: kamienie
szlachetne, bele jedwabiu, zapas cynamonu czy muślinu. Kiedyś w ich ręce
wpadło osiem ton marmolady. Jednak znacznie częściej napotkany na pełnym
morzu galeon zdołał uciec, a oni musieli wracać do portu. Nieraz
prowadzili długie oblężenie nadbrzeżnego miasta tylko po to, by po jego
zdobyciu przekonać się, że mieszkańcy zdążyli ukryć przed nimi co
cenniejsze rzeczy.
Zamiast więc dorobić się w Ameryce Południowej fortuny, "spotykały nas
tylko kłopoty, dotykało zmęczenie i straty" - wspominał Dampier. Czasem
zmuszeni byli pijać "miedzianą czy aluminiową wodę" ze "śmierdzących
dziur w skałach" i spędzać wiele nocy pod gołym niebem, z "posłaniem z chłodnej gleby i gwiaździstym niebem jako kołdrą". Podczas pewnego
silnego sztormu zdarzyło się, że - nie chcąc ryzykować utraty żagli -
Dampier i jeszcze jeden załogant wdrapali się na olinowanie, a za napęd
żaglowy posłużyły ich płaszcze.
Dampier i jego załoga niemal się potopili podczas gwałtownego sztormu w trakcie wyprawy do Indonezji (rycina - Caspar Luiken).
Licząc na odmianę losu, załoga postanowiła wreszcie popłynąć na wyspę
Guam, co oznaczało przemierzenie ponad 7 tysięcy mil morskich. Do
wybrzeży wyspy dotarli po 51 dniach podróży, ledwo żywi z głodu. Jak
Dampier się potem dowiedział, załoga planowała już zamordowanie i zjedzenie kapitana i oficerów, jego nie wyłączając. (Kapitan przyjął to
jednak pogodnie. Słysząc o tych planach, zwrócił się do Dampiera ze
śmiechem i stwierdził: "Ach, Dampier, kiepski byłby z ciebie posiłek!".
Ponieważ, jak zaraz dodał ten ostatni: "Ja byłem szczupły, kapitan zaś
krzepki i umięśniony"). Z Guam załoga wyprawiała się na wycieczki do
Chin i Wietnamu, a jakiś czas później Dampier stał się pierwszym
Anglikiem, który postawił stopę w Australii. Wszędzie, gdzie trafił,
uważnie przyglądał się miejscowej florze i faunie, a ponadto, gdy
przebywał na otwartym morzu, studiował układy wiatrów i prądów morskich,
co sprawiło, że zmienił się w pierwszorzędnego nawigatora. Nawet ci,
którzy go potępiali, przyznawali, że miał niemal nadnaturalną zdolność
do rozpoznawania, gdzie za widnokręgiem skrywa się ląd, tylko na
podstawie "czytania" wiatru i prądów morskich.
Podczas tych wypraw Dampier kilkukrotnie zmieniał załogi. Czasem
odbywało się to na pokojowych zasadach: pragnął nowych podróży i "nie
mógł przegapić żadnej możliwości udania się w miejsce, w którym jeszcze
go nie było". Ale zdarzało się też, że w dramatycznych okolicznościach
musiał uciekać przed despotycznym kapitanem, w samym środku nocy
przeciskając się przez iluminator. Podczas takich ucieczek zabierał ze
sobą z reguły jedynie najcenniejszą dla siebie rzecz - notatnik z wpisami na temat napotkanych dziwów historii naturalnej.
Jego finałowa ucieczka, czy raczej powrót z południowego Pacyfiku,
okazała się szczególnie trudnym przedsięwzięciem. Tęskniąc za domem,
razem z grupą kompanów, w tym czterema indonezyjskimi więźniami,
odłączył się od reszty załogi na jednej z wysp, na której zdobyli kanoe.
Jednak podczas pierwszego rejsu łódź się wywróciła, a Dampier spędził
trzy dni, strona po stronie susząc swoje notatki nad ogniskiem. Podczas
drugiej próby mężczyzn dopadł sztorm, z powodu którego spędzili sześć
dni na otwartym oceanie, modląc się, gdy żywioł robił z ich łódeczką, co
chciał. "Wokół nas morze tylko ryczało, pokryte białą pianą... a naszej
maleńkiej arce każda fala groziła pochłonięciem" - wspominał Dampier. Ku
swojemu przerażeniu uświadomił sobie wówczas, że od lat nie był u spowiedzi, a na jego duszy ciążyły niezliczone grzechy. "Naszły mnie
bardzo smutne refleksje... patrzyłem w przeszłość z przerażeniem i obrzydzeniem, na moje czyny, z których nie byłem dumny i wcześniej, lecz
teraz trząsłem się na samo ich wspomnienie". Jakimś cudem jednak
mężczyźni wylądowali na Sumatrze, gdzie Dampier osunął się na ląd i przez sześć tygodni wracał do siebie, odzyskując siły. W końcu,
przesiadając się ze statku na statek, we wrześniu 1691 roku znalazł się
w Londynie, 12 lat po tym, jak złożył żonie obietnicę szybkiego powrotu.
Jako kobieta oczekująca2 Judith wiodła udane życie i świetnie sobie radziła bez męża-łajdaka. Były pirat musiał się teraz
jakoś utrzymać. Nie mając zaś zbyt wielu możliwości - "doświadczenie w bukanierstwie" niezbyt się jednak przydaje przy poszukiwaniu pracy -
Dampier przystąpił do porządkowania swoich notatek i tworzenia
prawdziwego dziennika z podróży. Graniczyło z cudem, że te notatki
przetrwały wszystkie jego wojaże. Kilka razy nieco zaszkodziła im woda,
a raz, by je zabezpieczyć, musiał umieścić zwoje w wydrążonych łodygach
bambusa. Ale te starania się opłaciły3. A New Voyage Round
the World, które ukazało się w 1697 roku, z miejsca zyskało wielką
popularność, a niektóre ustępy dotyczące historii naturalnej i antropologii to jedne z najlepiej czytających się fragmentów, jakie do
tej pory napisano na ten temat.
Po pobycie na Sumatrze Dampier po raz pierwszy wspomina w języku
angielskim o "gandzi", czyli marihuanie: "niektórych usypia, niektórych
rozwesela, inni dostają ataku śmiechu, a jeszcze inni wariują". Opisuje
widziany na Filipinach obrzęd, w trakcie którego przeprowadzono masowe
obrzezanie dwunastolatków, po którym "chłopcy przez dwa tygodnie siadali
okrakiem". Wspomniał o tatuażach wykonywanych na Polinezji i krępowaniu
stóp dziewcząt w Chinach (które potępił jako "fortel" służący mężczyznom
do dominowania nad kobietami i trzymania ich zamkniętych w domu). Po
zasłyszeniu lokalnej legendy w Indiach Zachodnich zjadł tuzin
konserwowanych gruszek i z radością się przekonał, że mówiła prawdę -
jego mocz zmienił barwę na czerwoną. Dampier doczekał się niemal tysiąca
cytowań w Oxford English Dictionary, odnoszących się do jego zapisków,
z których zresztą do angielszczyzny przeniknęło mnóstwo słów, m.in.:
banana (banan), posse (grupa, paczka ludzi), smugglers
(przemytnicy), tortilla (tortilla), avocado (awokado), cashews
(nerkowce) oraz chopsticks (pałeczki).
Ale w jego zapiskach nie brakowało też naukowych fragmentów. Nawet dziś
Dampier zasługuje na miano niezrównanego obserwatora przyrody. W porównaniu z jego charakterystykami inne opisy flory i fauny wydają się
pozbawione życia - jakbyśmy porównywali wypchanego lwa stojącego w muzeum z żywą, ryczącą bestią. Zapewne częściowo są tak wyraziste dzięki
temu, że podczas obserwacji Dampier wykorzystywał wszystkie zmysły, nie
wyłączając smaku. Kosztował mięsa każdego nowo napotkanego zwierzęcia.
Języki flamingów, jak stwierdził, mają "u podstawy tłuste zgrubienie,
wręcz wyśmienite w smaku; danie z języków flamingów jest godne
książęcego stołu". Zdarzało mu się przyrządzać sznycel z manata, zupę z iguany, pierogi z tłuszczem żółwi i wiele innych niespotykanych dań.
Jeśli nabraliście właśnie apetytu, zapiski Dampiera mogą go wam jednak
szybko odebrać. W pewnej ich dość ohydnej części autor opisuje, jak
pewnego razu przebił cystę na nodze, a potem powoli wyciągnął z rany
śluzowatego robaka. Szczegółowo też opisał - z góry przepraszam - jeden
z najbardziej epickich ataków rozwolnienia, jaki kiedykolwiek trafił do
annałów angielskiej literatury. Rozpoczął się on tuż po tym, jak
poszukując lekarstwa przeciwgorączkowego, dał się przekonać lokalnemu
"lekarzowi" do przeprowadzenia kuracji przeczyszczającej. Nie był to
dobry pomysł. Ataki biegunki utrzymywały się przez rok, a czasem Dampier
dostawał 30 skurczów za jednym posiedzeniem, aż wydalił z siebie
wszystko do ostatniej drobiny. Nikt nie mówił, że badania polowe to
zajęcie pełne uroku.
Typowo Dampierowski styl opisywania przyrody spotykamy na przykład w opowieści o ataku aligatora. Historia zaczyna się od opisu różnic między
krokodylami i aligatorami. Biorąc pod uwagę, że notatki te powstawały w czasach, gdy wielu naukowcom wieloryby myliły się z rybami, zdolność
zauważania tak drobnych różnic musi budzić podziw, a dokładność ich
opisu zapewne nawet dziś pozwoliłaby znaleźć dla nich miejsce w tekstach
herpetologicznych. Nagle jednak narracja zbacza z kursu, przeskakując na
opis pewnej nocnej wyprawy łowieckiej w Campeche. Podczas niej pewien
Irlandczyk o imieniu Daniel potknął się o aligatora, który natychmiast
się obrócił i pochwycił jego nogę. Mężczyzna zaczął krzyczeć na pomoc.
Jednak jego kompani, jak zauważył Dampier, "przypuszczając, że ich
kolega wpadł w ręce pewnych Hiszpanów", zostawili go w ciemnościach na
pożarcie.
Co niebywałe, Daniel jednak zachował przytomność umysłu i wymyślił
pewien plan. W przeciwieństwie do ssaków gady nie mają warg i nie żują
pokarmu. Pożerają wielkie fragmenty pożywienia, a co jakiś czas muszą
rozewrzeć szczęki i spróbować przemieścić pokarm głębiej. Kiedy więc
jego oprawca otworzył szczęki, Daniel szarpnął się do przodu, wpychając
w miejsce swojej nogi strzelbę. Oszukany aligator chwycił za nią, a mężczyzna rzucił się do ucieczki.
Wciąż pod wpływem adrenaliny, wspiął się na drzewo i ponowił wołanie o pomoc. Jego kompani, uświadomiwszy sobie, że w pobliżu nie ma żadnych
Hiszpanów, powrócili z płonącymi pochodniami, by odstraszyć bestię. Po
wszystkim, jak stwierdził Dampier, Daniel "był w opłakanym stanie,
niezdolny do stanięcia na nodze, której kolano aligator poszarpał
zębami. Broń Daniela znaleziono następnego dnia, z ponaddwucentymetrowymi dziurami w kolbie, po dwóch jej stronach". Ta
opowieść to kwintesencja opisów Dampiera - pouczająca, dokładna i przyprawiająca o dreszcze.
Niektórzy historycy uznają A New Voyage za utwór, który zapoczątkował
nowy gatunek pisania o podróżach, a po opublikowaniu tego dzieła jego
autora zaproszono do wygłoszenia wykładu dla prestiżowego Royal Society
w Londynie, najszacowniejszego wówczas klubu naukowego na świecie. Nie
najgorzej jak na bukaniera. Dampier przyjął też wiele zaproszeń na
obiady od słynnych mężów stanu, m.in. znanego diarysty Samuela Pepysa.
Grube ryby chciały, rzecz jasna, pokonwersować o przyrodzie, ale też
niewątpliwie wiele z nich odczuwało dreszcz emocji, że gości przy stole
najprawdziwszego pirata.
Wskutek nacisków publiczności domagającej się więcej i więcej, w 1699
roku Dampier opublikował sequel A New Voyage. Zawierał on słynny esej
Na temat wiatrów, który wielu późniejszych kapitanów, takich jak
choćby James Cook i Horatio Nelson, uznawało za najlepszy z praktycznych
przewodników pomocnych w żegludze, jakie zdarzyło im się czytać. Esej
znacząco też zwiększył zasób ówczesnej wiedzy na temat wiatrów i prądów.
Dwóch współczesnych Dampierowi naukowców, Isaac Newton i Edmond Halley
(ten od komety), niewiele wcześniej opublikowało prace na temat źródeł
pływów i burz (odpowiednio). Esej Dampiera zaś wyjaśnił, jak powstają
wiatry i prądy morskie. Niemal za jednym pociągnięciem ta trójka
rozwiązała więc liczące setki lat zagadki związane z morzem i cyrkulacją
wód wokół globu. Zwykle nie wspomina się o piratach, mówiąc o Halleyu
lub sir Isaacu, ale w tej dziedzinie Dampier był im równy.
Co może się jednak wydać dziwaczne, gdy dzieło to ukazywało się drukiem,
Dampiera nie było już w Anglii. Na swej pierwszej książce zarobił bardzo
niewiele, częściowo dlatego, że nie istniała wówczas ochrona praw
autorskich i większość zysków ze sprzedaży dzieła trafiła w ręce - co za
ironia - literackich piratów. Dampier wciąż musiał więc szukać źródła
utrzymania. Co więcej, za wszelką cenę chciał porzucić piractwo i wymyślić się na nowo jako naukowiec. Kiedy więc przewodniczący Royal
Society przedstawił Dampiera Pierwszemu Lordowi Admiralicji, a ten
zaoferował mu kapitaństwo statku Roebuck, na którym miał się udać do
Nowej Holandii (w Australii), mimo obiekcji, jakie mógł mieć, ponownie
wstępując do marynarki, Dampier przyjął ofertę. Choć nakazano mu
rozpoznać możliwości handlowe we wskazanym rejonie, główny cel wyprawy
był naukowy; była to więc pierwsza przede wszystkim badawcza wyprawa w historii. Nie słyszano jeszcze o tak szlachetnym przedsięwzięciu.
Niestety pod przywództwem Dampiera było ono skazane na porażkę.
Dampier miał w sobie wiele z Thoreau: on także był mrukiem i samotnikiem, zachwycającym się przyrodą, ale z wyłączeniem istot
ludzkich. Był też arogantem. Na pirackich okrętach, z którymi Dampier
wiązał swój los, wyznawano zaskakująco demokratyczny etos; na niektórych
obowiązywało nawet coś w rodzaju ubezpieczenia zdrowotnego4
z przesuwną skalą odszkodowań za utratę oka lub kończyny. Chcąc wyraźnie
zdystansować się od swej przeszłości, Dampier zadbał, by na pokładzie
Roebucka nie było mowy o tego rodzaju braterstwie. Kapitan uznawał, że
na wszystkim zna się najlepiej, zarówno w kwestiach naukowych, jak i innych - niestety brakło mu uroku osobistego i zdolności politycznych do
tłumienia niepokojów, jakie to wywoływało.
Szczególnie wśród oficerów. Zastępca Dampiera, kapitan George Fisher,
pogardzał nim jako pirackim nasieniem. Zaklinał się, że jest przekonany,
iż Dampier zamierzał przejąć pełną władzę na Roebucku i zająć się
korsarstwem od razu po wypłynięciu na otwarte wody. Roebuck postawił
żagle w styczniu 1699 roku i jeszcze zanim zrobił pierwszy postój (na
Kanarach, by uzupełnić zapasy brandy i wina), Dampier i Fisher wściekle
się pokłócili. Jak to określił jeden ze świadków w dosadnym marynarskim
języku, Fisher "zwrócił się do kapitana słowami najgłębszego potępienia,
mówiąc, że ten go może w dupę pocałować i że w tejże dupie też go ma".
Konflikt rozgorzał z nową siłą w połowie marca. Tak jak wiele kłopotów w życiu, wszystko zaczęło się od beczki piwa. Jest morską tradycją
odszpuntowanie beczki z piwem po przekroczeniu równika, by załoga
zmęczona spiekotą mogła się nieco wyluzować. Jednak ludzie Dampiera
uporali się z beczułką bardzo szybko, po czym dalej narzekali na
nieznośne wysuszenie gardeł. Zaczęli błagać Fishera o pozwolenie na
otwarcie kolejnej. Ten zaś, nie konsultując tej decyzji z Dampierem,
wyraził zgodę.
Trudno to uznać za bunt na pokładzie. Dampier jednak od dawna był na
granicy wytrzymałości: krążyły plotki, że Fisher zamierza wyrzucić go
którejś nocy za burtę, by nakarmić nim rekiny. To celowe naruszenie jego
autorytetu spowodowało, że Dampier stracił resztki kontroli nad sobą.
Kiedy zobaczył drugą beczkę, chwycił trzcinę, znalazł tego, który odbił
szpunt, po czym wychłostał go po głowie. Następnie udał się do Fishera,
domagając się wyjaśnień, dlaczego zgodził się na wydanie drugiej beczki.
Zanim ten odpowiedział, Dampier zaczął go tłuc do krwi. Kazał zakuć w żelazne kajdany jego nogi i zamknął go w kabinie na dwa tygodnie, nie
pozwalając mu nawet korzystać z toalety, tak że Fisher musiał siedzieć
we własnych nieczystościach. Kiedy statek dotarł do Bahii, na wybrzeżu
Brazylii, Dampier kazał oficera aresztować i umieścić w celi bez
jedzenia.
Jeśli jednak Dampierowi wydawało się, że w ten sposób wygrał próbę sił,
mocno się przeliczył. Gdy zamknięto drzwi celi Fishera, ten wspiął się
do okna i zaczął krzyczeć do wszystkich przechodniów, skarżąc się na
swoje uwięzienie i odsądzając Dampiera od czci i wiary na wszystkie
możliwe sposoby. Później zaś przygotował liczne listy do władz w Anglii,
przedstawiając pirata i naukowca jako tyrana. Na wszelkie sposoby chciał
zniszczyć Dampiera.
Ten ostatni zaś radził sobie z kłopotami, uciekając od nich w świat
historii naturalnej. Kiedy Fisher spiskował, Dampier znikał w buszu
wokół Bahii, opisując indygowce, orzechy kokosowe i tropikalne ptaki.
Jedno z jego poczynionych wówczas spostrzeżeń szczególnie się wyróżnia
ze względu na znaczenie historyczne. Po zaobserwowaniu stad pewnych
"długonogich ptaków" w kilku różnych miejscach Dampier uświadomił sobie,
że choć każde z nich różniło się od pozostałych, to jednak nie na tyle,
by można było je zaliczyć do osobnych gatunków. Dostrzegł, że istnieje
pewne kontinuum odmienności. Ukuł więc nowe słowo, podgatunek, które
dobrze oddawało to, co właśnie zaobserwował. Może nam się to wydać
drobnym spostrzeżeniem, ale najwyraźniej Dampier zbliżał się do
uświadomienia sobie pewnej ważnej idei, dotyczącej zmienności w przyrodzie i związkach między różnymi gatunkami, którą jego wielbiciel,
Karol Darwin, zajmie się później na kartach książki O powstawaniu
gatunków.
Terenowym wyprawom Dampiera kres położyła brazylijska inkwizycja. Nie
podobało jej się, że jakiś protestant łazi po okolicy i sporządza
notatki na każdy temat. Zaczęły krążyć plotki, że miejscowy Kościół
zaplanował jego aresztowanie, a nawet otrucie. Być może obawiając się,
że wkrótce skończy w kajdanach obok swego zastępcy, Dampier zaplanował
szybkie wypłynięcie. Załatwił także transport na statku do Anglii dla
Fishera, gdzie, jak mniemał, czekał na niego upokarzający proces za
niesubordynację. Miał rację tylko połowicznie - w Anglii szykował się
proces i sporo upokorzeń dla jego bohatera, ale to nie Fisher miał być
oskarżony.
Bez Fishera napięcie na pokładzie Roebucka nieco opadło i w połowie
sierpnia załoga ujrzała zachodnie wybrzeże Australii, w końcu wylądowano
na lśniących białym piaskiem plażach Zatoki Rekina. Kilka kolejnych
tygodni uczestnicy wyprawy spędzili, obserwując dingo, węże morskie,
humbaki i wiele innych zwierząt - był to świetny początek ekspedycji
badawczej.
Ale szczęście przestało jej sprzyjać. Australia Zachodnia to wypalona
słońcem pustynia i mimo prowadzonych wzdłuż wybrzeża poszukiwań nie
znaleziono źródła świeżej wody. Załogantom zaczęło wkrótce doskwierać
nieznośne pragnienie, a niektórzy zdesperowani próbowali nawet zwracać
się o pomoc do Aborygenów, zakładając, że ci muszą znać jakieś sposoby
zdobycia wody (i rzeczywiście mieli oni swoje sztuczki - śledzili ptaki
i płazy, ścinali też drzewa przy korzeniach). Kiedy jednak żeglarze
próbowali się zbliżyć do Aborygenów, ci w popłochu uciekali. Dampier
opracował więc desperacki plan. Po wyjściu na brzeg razem z dwojgiem
kompanów ukrył się za wydmą, by zrobić zasadzkę na miejscowych. Plan był
prosty - należało schwytać jednego z nich i zmusić, by zaprowadził ich
do źródła. Kiedy jednak Anglicy wyskoczyli z ukrycia, Aborygeni rzucili
się do ucieczki. Anglicy zaczęli więc ich ścigać, nie zdając sobie
sprawy, że sami wpadają w pułapkę. Gdy tylko Dampier i spółka znaleźli
się na otwartym terenie, Australijczycy natarli na nich z oszczepami.
Jeden z towarzyszy Dampiera odniósł paskudną ranę twarzy, a on sam omal
nie został przebity włócznią. Kiedy strzały ostrzegawcze nie odstraszyły
miejscowych, Dampier wycelował i strzelił do jednego z nich, raniąc go.
To jeden z nielicznych momentów w jego książkach, w których przyznaje
się do stosowania przemocy5.
Uświadomiwszy sobie, że w tej sytuacji już z pewnością nie znajdą wody,
pohańbiona załoga Dampiera opuściła Australię, a sprawy zaczęły się od
tej pory jeszcze pogarszać. Po odpłynięciu od kontynentu Dampier
zamierzał zrealizować cele wyprawy i pozyskać nowe okazy i próbki w Nowej Gwinei. Tyle tylko że angielska flota nie oddała pod jego komendę
najlepszego i najbardziej zadbanego okrętu ze swoich zasobów. Roebuck
mocno przeciekał, a jego kadłub był przeżarty robactwem; w końcu okręt
stał się tak zawodny, że Dampier postanowił z podwiniętym ogonem wrócić
do Anglii. Roebuck jednak nigdy tam nie dotarł. Nieopodal Wyspy
Wniebowstąpienia na południowym Atlantyku w jego poszyciu doszło do
poważnego przecieku. Dampier, obawiając się, że to przede wszystkim jego
obciąży wina utraty okrętu, próbował zatamować rozszczelnienie
wszystkim, czym się da, w tym połciami wołowiny i własną piżamą.
Niestety, prowizoryczne rozwiązania nie zdały egzaminu. Załoga zmuszona
była porzucić okręt u wybrzeży wyspy, a Dampier stracił praktycznie
wszystkie okazy, które wcześniej zgromadził. Mężczyźni spędzili pięć
tygodni, obserwując inne statki przepływające w pobliżu, zanim wreszcie
pewna flotylla ich spostrzegła i uratowała.
Powrót do Anglii z pustymi rękami, bez okazów, nie wspominając już o okręcie, musiał być sporym upokorzeniem. Kiedy jednak Dampier dotarł na
wyspy w sierpniu 1701 roku, przekonał się, że George Fisher nie tracił
czasu i od dawna robił, co w jego mocy, by usposobić przeciwko niemu
opinię publiczną - atakując byłego pirata z taką zajadłością, że
admiralicja poczuła się zobowiązana do przeprowadzenia nad nim sądu
polowego.
Dampier bronił się jak mógł, przedstawiając m.in. świadków wskazujących,
że Fisher planował przeciwko niemu bunt. Grał też nie do końca czysto,
oskarżając Fishera - nie wiadomo, ile w tym prawdy - o zgwałcenie dwóch
majtków. (Piraci w pewnym stopniu akceptowali homoseksualizm; marynarka
- nie). Fisher z kolei skupiał się na charakterze Dampiera, nazywając go
tchórzem i łajdakiem. Wymyślił też zarzuty, według których Dampier
jakoby zamordował buntowniczego członka załogi, zamykając go w kabinie;
choć człowiek ten zmarł tak naprawdę 10 miesięcy po zakończeniu kary.
Trzeba oddać, że sędziowie odrzucili to oskarżenie, podobnie jak to
dotyczące zaniedbań, które miały doprowadzić do zatonięcia Roebucka. Nie
mogli jednak zignorować wychłostania trzciną Fishera, czyli innego
oficera, i w związku z tym uznali Dampiera winnego "ostrego i okrutnego
postępowania" wobec swojego zastępcy. Ukarano go zakazem dowodzenia na
angielskich statkach i grzywną w wysokości trzyletnich zarobków.
I tak, gdy William Dampier postanowił zachowywać się przyzwoicie, w żaden sposób na tym nie zyskał. Miał jeszcze mniej pieniędzy niż
kiedykolwiek, no i stał się pariasem w kręgach rządowych. Pozostało mu
tylko jedno: czterdziestodziewięcioletni przyrodnik postanowił powrócić
do piractwa.
Życiorys Dampiera i jego czasy mogą się nam wydawać odległe, ale kwestie
etyczne związane z jego postępowaniem wciąż są aktualne. Przede
wszystkim związki nauki z piractwem nie skończyły się w XVIII wieku. W gruncie rzeczy prace terenowe podobne do tych, jakie przeprowadzał, są
obecnie nawet bardziej niebezpieczne niż kilkaset lat temu.
Przez lata na podobnych wyprawach zmarła niezliczona liczba
przyrodników. Większość na choroby tropikalne, malarię, żółtą febrę i inne przypadłości, ale na liście znajdziemy też ukąszenia jadowitych
węży, krocionogów, pokiereszowanie przez pumę, osunięcia błota czy
przypadkowe zatrucia. Niektórzy badacze padli ofiarą morderstwa. W 1942
roku samochód brytyjskiego biologa Ernesta Gibbinsa, badającego w Ugandzie przenoszące się przez krew choroby zakaźne, zatrzymali
miejscowi wojownicy, którzy następnie zadźgali go na śmierć, ponieważ
uznali, że kradnie krew miejscowych, by wykorzystać ją w "czarownictwie
uprawianym przez białych". Oficer policji wspominał później, że ciało
Anglika było najeżone włóczniami tak, że przypominało "krwawego jeża".
Od tamtej pory nasilenie się konfliktów plemiennych, a także tych na tle
etnicznym w XX wieku, pogłębione przez globalny handel bronią palną, w wielu miejscach świata jeszcze zwiększyło zagrożenie prowadzenia
terenowych prac badawczych. Dampier i jemu współcześni często narażeni
byli na różnego rodzaju cierpienia, ale nie groziło im na przykład
uprowadzenie dla okupu w wysokości 6 milionów dolarów przez członków
uzbrojonej milicji, co zdarzyło się pewnemu badaczowi ryżu w Kolumbii w latach 90. Z tych powodów obecnie wiele instytucji badawczych mniej
tolerancyjnie podchodzi do przeprowadzania improwizowanych badań w terenie, znacznie bardziej popularnych w dawniejszych czasach.
Jeśli zaś chodzi o związki nauki z piractwem, ich charakter także się
zmienił od czasów Dampiera. Przypomnijmy, że został on piratem głównie
po to, by zadośćuczynić swoim naukowym obsesjom; nie miał innej
możliwości dotarcia do odległych lądów. Z kolei prace późniejszych
badaczy miały przestępcze zabarwienie w tym sensie, że wiązały się z rabunkiem zasobów naturalnych - tzw. biopiractwem.
Jednym z najbardziej pożądanych dóbr w czasach kolonialnych była
chinina, pozyskiwana z kory drzewa o cynamonowym kolorze, chinowca.
Starta na proszek kora podawana z wodą pomaga leczyć malarię,
najbardziej zabójczą chorobę w historii ludzkości. (Według niektórych
ocen przenoszone przez komary zarazy zabiły połowę z około 108 miliardów
ludzi, którzy kiedykolwiek żyli na naszej planecie, a malaria ma wśród
tych chorób największy udział). Niestety, gdy malaria zbierała
śmiertelne żniwo na całym świecie - w Afryce, Indiach, Włoszech,
Południowo-Wschodniej Azji - chinowce rosły jedynie w Ameryce
Południowej. Europejskie państwa zaczęły więc wysyłać w te rejony
botaników pod przykrywką, mających wykraść nasiona tego drzewa. Okazało
się to zadaniem praktycznie nie do zrealizowania. Najbardziej
wartościowe, bogate w chininę drzewa rosły w najbardziej stromych
częściach Andów, przez trzy czwarte roku okrytych mgłą. W efekcie
żadnemu z przemytników nie udało się zrealizować zamierzenia, a wielu z nich zginęło podczas prób jego realizacji.
Celu dopiął dopiero boliwijski Indianin Manuel Incra Mamani. Bardzo
niewiele wiadomo na jego temat. Historie o tym, że pochodził z linii
inkaskich królów, są niemal na pewno zmyślone, aczkolwiek mógł pochodzić
z rodu zajmującego się medycyną, ceniącego wiedzę botaniczną. W każdym
razie potrafił przemierzać Amazonię tygodniami, funkcjonując na niewiele
większym napędzie niż liście koki, no i dysponował niezrównanym talentem
dostrzegania wśród nieskończonej zieleni szkarłatnych przebłysków liści
chinowca. Po napełnieniu w 1865 roku jego nasionami kilku woreczków
przemierzył ponad tysiąc kilometrów na piechotę, poprzez mroźne
andyjskie płaskowyże, aż dotarł do angielskiego zleceniodawcy. Za to
dokonanie otrzymał 500 dolarów, cztery osły i nową strzelbę. Jego kraj
skazał go za to in absentia na śmierć za zdradę. Chciwy Anglik wysłał
go jednak w dżunglę ponownie, po więcej nasion - tym razem Mamani został
schwytany i oskarżony o przemyt. Wtrącono go do więzienia bez jedzenia i wody, a następnie ciężko pobito. Wypuszczono po dwóch tygodniach w tak
ciężkim stanie, że nie mógł nawet stać. Jego osły skonfiskowano, a sam
Indianin zmarł kilka dni później.
Historycy wciąż się spierają, czy postępowanie Mamaniego można
usprawiedliwić. Z jednej strony Peru i Ekwador kontrolowały podaż
niezbędnego leku, każąc sobie płacić za niego bardzo wygórowaną cenę,
czerpiąc w ten sposób korzyści z ludzkiego cierpienia i śmierci. Co
więcej, tak kiepsko dbały o uprawy chinowca, że w połowie XIX wieku był
to gatunek zagrożony wyginięciem. Dzięki Mamaniemu i przeszmuglowanym
nasionom kilka europejskich państw założyło plantacje chinowca w Azji6, a to pozwoliło ocalić na całym świecie miliony istnień.
(Tak się złożyło, że brytyjscy oficerowie przyjmowali sproszkowaną korę
w postaci gorzkiej wody, którą mieszali z alkoholem, by lepiej się
przyjmowała. W ten sposób narodził się gin z tonikiem). Z drugiej strony
plantacje w Azji uderzyły w oryginalny przemysł chinowy w Ameryce, a z czasem doprowadziły do jego upadku, co z kolei spowodowało zubożenie
wielu ludzi. A biorąc pod uwagę wartość chininy jako leku, pewien
historyk nazwał wykradzenie nasion "największym skokiem w historii" i chyba tylko nieznacznie przesadził. Istotnie, był to akt kolonializmu w swej najbardziej rabunkowej postaci. Jednocześnie jednak pozwolił ocalić
niezliczoną liczbę ludzi w Afryce i Azji.
Jednak dla innych przypadków biopiractwa trudno znaleźć
usprawiedliwienie. Jednym z kluczowych surowców ery industrializacji
była guma, pozyskiwana z żywicy pewnych drzew rosnących naturalnie w Amazonii. Bez gumowych opon nie narodziłyby się samochody i rowery, a gumowe probówki i korki przetarły szlak współczesnej chemii i medycynie,
nie mówiąc już o gumowej izolacji przewodów elektrycznych. Ale guma
długo pozostawała dobrem niszowym, aż do czasu, gdy brytyjski odkrywca
Henry Wickham przełamał brazylijski monopol na jej produkcję w 1876
roku, przemycając 70 tysięcy nasion kauczukowca, które posłużyły
następnie do założenia plantacji w Azji. Świat niewątpliwie na tym
skorzystał, ale kradzież nasion służących do produkcji dobra użytkowego
wydaje się mniej etyczna niż kradzież nasion drzewa przydatnego w medycynie. Inne przypadki podobnego przemytu wydają się jeszcze mniej
moralne. Rozważmy choćby przykład szkockiego botanika, który w latach
40. XIX wieku założył lokalny ubiór, ostrzygł głowę, pozostawiając
jedynie kucyk, dostał się na państwową chińską plantację, a następnie
wykradł z niej 20 tysięcy cennych sadzonek krzewu herbacianego,
przewiezionych następnie do Indii. Trudno dostrzec humanitarne
uzasadnienie dla filiżanki earl greya.
Ale przypadki biopiractwa nie należą do rzadkości także w naszych
czasach. Miliarderzy z Chin płacą fortuny za rogi nosorożców i innych
specyfików jakoby poprawiających potencję. Firmy farmaceutyczne
opracowują przełomowe leki z jadu żmii, barwinka albo jakichś innych
surowców pozyskiwanych z tropików, jednak bardzo rzadko się zdarza, by
jakiekolwiek pieniądze trafiły do przedstawicieli miejscowych ludów,
którzy często odkryli ich lecznicze właściwości. Nie zawsze jednak
chodzi tylko o bogaczy: także zwykli ludzie na całym świecie swoimi
decyzjami podtrzymują istnienie czarnego rynku egzotycznych kwiatów i zwierząt. Choć dzisiaj wchodzący w konflikt z prawem nie polują już na
dublony i hiszpańskie dolary, duch piractwa spod znaku Dampiera wciąż ma
się dobrze.
W 1703 roku William Dampier zwietrzył okazję. Wybuchła kolejna wojna
między Hiszpanią i Francją, a Anglia potrzebowała korsarzy, by atakować
wrogów. Mimo że Dampier miał zakaz dowodzenia na statkach JKM, królowa
Anna wyraziła łaskawą zgodę na audiencję pięćdziesięciojednoletniego
pirata. Niczym uniżony sługa Dampier ucałował królewski pierścień i królewski tyłek i wkrótce potem objął kapitaństwo nad St. George.
Niestety pokład St. George'a także okazał się pełen zamieszania i buntowników. Ludzie Dampiera oskarżyli go o branie łapówek (na przykład
srebrnej zastawy) od kapitanów przejętych statków. W zamian Dampier miał
przeprowadzać jedynie pobieżną inspekcję ich ładowni i pozwalał odpłynąć
z niemal nietkniętą zawartością. Plotki głosiły też, że Dampier sporo
pił, choć chyba trudno mu się dziwić. Całe dni spędzał na pływaniu tam i z powrotem i niekończącym się halsowaniu, przepatrując widnokrąg w poszukiwaniu obcych statków. Było to śmiertelnie nużące, a nie mógł
odpuścić sobie patrolowania i udać się do jakiegoś odległego portu, jak
to robił w bukanierskich czasach. Teraz miał obowiązki, a brak
możliwości oddania się przyrodniczej pasji mocno go unieszczęśliwiał.
(Współczesne badania pokazują ścisłą korelację między IQ a nadużywaniem
alkoholu i jest jasne, że ludzie piją więcej, gdy czują, że ich intelekt
się marnuje). Kiedy wreszcie w 1707 roku wyprawa dobiegła końca,
reputacja Dampiera jako kapitana sięgnęła dna, potem już nigdy więcej
nie dowodził okrętem.
Choć Dampier był kiepskim kapitanem, to nawigator był z niego wyśmienity
i kilka lat później dołączył do innego korsarskiego rejsu, który
dosłownie przeszedł do historii. Podczas pobytu na Pacyfiku załodze
zaczęło brakować wody, żeglarzy przetrzebiał też szkorbut. Dampier
pokierował więc statek w stronę najbliższego lądu, ku wyspom Juan
Fernandez nieopodal Chile. Zbliżając się do wybrzeży jednej z nich,
załoga ujrzała na brzegu dziwnego dwunożnego stwora, wymachującego ku
nim rękami. Był to rozbitek Alexander Selkirk. Przybrany w kozie skóry
wyglądał - jak to określił jeden ze świadków - "bardziej dziko niż ich
pierwsze właścicielki". Przez cztery lata, cztery miesiące i cztery dni
Selkirk jakoś sobie na wyspie radził - polując na kozy, pogryzając dziką
kapustę, sporządzając noże i haczyki na ryby z części beczek wyrzucanych
przez morze na brzeg. Skóra na jego podeszwach była równie gruba co
skóra iguany, a po czterech latach osamotnienia ochrypł tak bardzo, że z trudnością mówił. Załoga Dampiera uratowała go i zabrała do Anglii. Jego
historia zainspirowała następnie Daniela Defoe do napisania Przypadków
Robinsona Cruzoe.
Ale zdarzenia, które przytrafiły się Dampierowi, zainspirowały znacznie
więcej osób. Jonathan Swift podkradł sporo jego przygód i zamieścił w Podróżach Guliwera, podobnie jak Samuel Taylor Coleridge w Rymach o starym marynarzu. Najbardziej wpływowy ze wszystkich wielbicieli
Dampiera, Karol Darwin, zabrał nawet jego książki w formacyjną podróż na
okręcie Beagle w latach 30. XIX wieku. Darwin często z rozbawieniem
wypowiadał się o pirackich wybrykach swojego duchowego przodka,
nazywając go we własnych notatkach "Starym Dampierem". Co jednak
ważniejsze, uważnie przestudiował Dampierowskie opisy gatunków oraz
podgatunków i obficie z nich w niektórych miejscach korzystał, jak
choćby na Galapagos, wykorzystując je jako przewodnik. Bardzo możliwe,
że Darwin nie zostałby tym Darwinem, gdyby nie stary pirat.
O ile pisarze książek przygodowych zawsze wybaczali Dampierowi grzechy
przeszłości, o tyle wciąż znajdowali się też późniejsi Georgowie
Fisherowie. Kiedy na początku XX wieku w miasteczku, z którego pochodził
Dampier, dyskutowano nad uczczeniem go pamiątkową tablicą, pewien
bogobojny obywatel wstał z miejsca i odsądził go od czci i wiary,
nazywając "pirackim łotrem, który powinien był zawisnąć [sic!]".
Współcześni krytycy posuwają się nawet dalej. Twierdzą bowiem, że
odkrycia i spostrzeżenia Dampiera, choć może przełomowe, przygotowały
grunt pod nadejście kolonializmu, a tym samym były zbrodnią przeciwko
ludzkości.
Rzecz w tym, że obie strony mają swoje racje. Dampier był nikczemny i genialny, inspirujący i łajdacki. Jego dokonania posunęły do przodu
niemal każdą z ówczesnych naukowych dziedzin - nawigację, zoologię,
botanikę, meteorologię - w międzyczasie ich autor dokonywał jednak
również czynów haniebnych. Jak zauważył jeden z jego biografów: "Defoe,
Swift i wielu innych skorzystało dzięki niemu, nie tylko odnosząc się do
jego życiorysu. Można zupełnie szczerze stwierdzić, że dzięki niemu
uchwycili ducha nowej epoki". Niestety, w ramach tej nowej epoki
popełniano też niewybaczalne okrucieństwa, z których najgorsze było
chyba upowszechnienie niewolnictwa. Na pozór nauka i niewolnictwo nie
wydają się mieć ze sobą wiele wspólnego. Oba te zjawiska okazały się
jednak fundamentalnymi siłami, które ukształtowały współczesny świat, a historycy odkrywają obecnie niepokojące fakty dotyczące ich wzajemnych
zależności.
2. Niewolnictwo: muchołap, który zszedł na złą drogę
2
Niewolnictwo: muchołap, który zszedł na złą drogę
Kiedy Anglik Henry Smeathman w październiku
1771 roku wyruszył w rejs do Sierra Leone, mógł zakładać, że jego
wyprawa zakończy się sukcesem. Miał 29 lat, był więc w idealnym dla
przyrodnika wieku - już na tyle stary, by nabrać nieco doświadczenia,
ale też wystarczająco młody, by znosić trudy przygód. Biorąc zaś pod
uwagę napływające do Europy z całego świata okazy niesłychanych zwierząt
- orangutanów, chrząszczy goliatów, muchołówek, "latających kotomałp"
(tj. polatuch) - miał wielkie nadzieje, że jemu także uda się dokonać w Afryce niezwykłych odkryć.
Nie tracąc czasu, Smeathman wraz ze swoim asystentem zaczęli zbierać
okazy już podczas podróży na południe, rozpinając siatki na pokładzie i chwytając w nie motyle oraz szarańczę wywiane przez wiatr na morze. Co
prawda większość schwytanych okazów była natychmiast pożerana przez
mrówki i karaluchy - doskonale mające się na zapuszczonym statku,
nazwanym zresztą bardzo trafnie Fly (mucha). Jednak zawsze pogodny
Smeathman szybko odkrył na to sposób. Umieściwszy przypadkowo kilka
okazów na beczce z rumem, spostrzegł, że jego wyziewy odstraszają
szkodniki. Zapisał to w swoim dzienniku jako "użyteczną radę dla innych
przyrodników".
Ich statek dotarł do Afryki 13 grudnia, a kotwicę rzucono nieopodal
archipelagu Îles de Los, miejsca handlu kością słoniową i drewnem;
Smeathman opisał go jako "małe górzyste wysepki, porośnięte krzewami i drzewami". Musiał to być przyjemny moment: koniec podróży w ciasnocie,
rozpoczęcie pracy naukowej. Ale schodząc po trapie, Smeathman musiał
odczuwać też spore napięcie. Na wyspach, na których wylądował, nie
handlowano jedynie dobrami luksusowymi. Wszędzie było też słychać brzęki
kajdan i świsty batów - było to bowiem także centrum atlantyckiego
handlu niewolnikami.
Z pewnością przed wyruszeniem Smeathman zdawał sobie sprawę, że
niewolnictwo będzie się przewijać w tle jego wyprawy. Był jego
zdeklarowanym przeciwnikiem, a prezentując koncepcję wyprawy przed
sponsorami, nawoływał do ujawnienia gorzkiej prawdy o losie "tych mało
znanych i niereprezentowanych przez nikogo ludzi, Negrów". Nawet jednak
spora doza determinacji nie mogła przygotować go na szok, jakiego doznał
po ujrzeniu niewolnictwa własnymi oczami.
Po dotarciu na wyspy Smeathman i współpasażerowie zwiedzili statek do
przewozu niewolników Africa. Zanim jeszcze wkroczyli na pokład, zostały
zaatakowane ich zmysły, co Smeathman opisał tak: "Do naszych uszu
dotarły już z pewnej odległości zmieszane dźwięki szczękających
łańcuchów i ludzkich głosów, które... napełniały każdego wrażliwego
człowieka nieopisanym przerażeniem". Na pokładzie statku niewolnicy
mężczyźni byli nadzy, zapewne ze względów higienicznych, kobiety zaś
miały na sobie jedynie przepaski biodrowe. Smeathmana wyprowadził z równowagi szczególnie widok dwóch kobiet, karmiących piersią dzieci
pośród panującego wokół chaosu; jak stwierdził, nigdy nie widział
"smutku wyraźniej malującego się na ludzkim obliczu". Reszta grupy
przechadzała się i dyskutowała, ale wzrok Smeathmana wciąż wracał do
karmiących matek. "Z pewnością płakałyby - dodał - gdyby miały możliwość
wywołania współczucia lub gdyby jeszcze pozostały w nich jakieś uczucia.
Ogarnęły mnie niezliczone, melancholijne refleksje i prawie nie brałem
udziału w dalszej rozmowie".
Smeathman poznał też kapitana statku Africa, Johna Tittle'a, który był
draniem nawet jak na standardy handlarzy niewolnikami, co zresztą kilka
lat później doprowadziło do jego makabrycznej śmierci. Pewnego dnia
wrzucił swój kapelusz do portowego basenu, po czym kazał małemu
czarnoskóremu chłopcu zanurkować i go wyłowić. Chłopiec odmówił: bał się
rekinów i nie umiał pływać. Tittle jednak i tak wrzucił go do wody, a chłopiec utonął. Gdyby chodziło o niewolnika, nikt nie odważyłby się
wystąpić przeciwko kapitanowi. Ale Tittle zamordował syna lokalnego
kacyka, który zażądał rekompensaty w postaci rumu. Tittle odpowiedział,
wysyłając wodzowi kilka beczek - wypełnionych jednak nie rumem, a "odpadami jego niewolników", być może także odchodami. Rozwścieczony
kacyk zapolował na kapitana, dopadł go i zakuł w kajdany. Następnie
głodził Tittle'a i torturował aż do śmierci, przy udziale lokalnych
mieszkańców, którzy mając dość poczynań kapitana, wyli z radości,
przyglądając się jego kaźni.
Mimo sadystycznej reputacji Tittle'a (a może ze względu na nią) spółki
handlujące niewolnikami bez oporów powierzały w jego ręce los swojego
"towaru". Africa przewidziana była do przewozu 350 niewolników, ale
niedługo po wizycie Smeathmana Tittle umieścił w ładowni 466 osób, po
czym wyruszył na Karaiby. Podczas rejsu zmarło 86 mężczyzn, kobiet i dzieci.
Ku uldze Smeathmana ich statek wkrótce opuścił te wyspy i udał się ku
położonej w rozlewisku wcinającej się w kontynent rzeki Sierra Leone
wyspie Bunce (Bunce Island). Jednak ślady niewolnictwa również tam były
wyraźnie dostrzegalne. Wyspa Bunce była dziwacznym, niemal
schizofrenicznie rozdartym miejscem, opisanym pewnego razu jako w połowie port niewolniczy, a w połowie "posiadłość ziemska", gdzie
zadbano nawet o dwudołkowe pole golfowe. Stojący tam fort wyposażono w działa i pięciometrowe mury, tworzące zabezpieczenie przed najazdami
piratów w rodzaju Dampiera.
Handlarze niewolników, spragnieni wieści z domu, zaczepiali Smeathmana i zasypywali pytaniami. Jeśli ubierali się jak typowi przedstawiciele tej
profesji, mieli na sobie koszule w kratę i czarne chusty zawiązane wokół
szyi lub nadgarstków. Smeathman z przyjemnością rozprawiał z nimi o starej Anglii, ale konwersacja się popsuła, gdy rozmówcy zaczęli go
wypytywać o powody, które sprowadziły go do Afryki; kiedy wyznał, że
przyjechał na kontynent ze względu na historię naturalną, zaczęli wręcz
śmiać mu się w twarz. Jak stwierdził jeden z nich: "Im dłużej człowiek
żyje, tym więcej się dowiaduje! Pomyśleć tylko, że ktoś przemierza dwa
czy trzy tysiące mil, żeby łapać motylki i zbierać zielsko". Inni wprost
z niego szydzili.
Smeathman fuknął i porzucił ich towarzystwo - pocieszając się, że
podczas gdy oni przybyli do Afryki sprzedawać w niewolę kobiety i dzieci, on zjawił się tu w roli naukowca, by poszerzać wiedzę i poprawiać los ludzkości. Nie miał z tymi barbarzyńcami nic wspólnego.
Utrzymanie tego poczucia wyższości okazało się jednak niełatwe.
Wybierając się do Afryki, młody przyrodnik nie tylko zmierzał ku czemuś,
ale też od czegoś uciekał - dawnego wcielenia Henry'ego Smeathmana.
Tamten Smeathman był biedakiem, dorobkiewiczem, któremu nie wyszło,
kimś, o kim chciał zapomnieć i kogo chciał na dobre zostawić w Anglii.
Podczas tej ekspedycji miał się narodzić nowy Smeathman, dżentelmen i przyrodnik. Podobnie jak Dampier uważał, że nauka to także środek do
stworzenia dla siebie nowego, lepszego życia. Nie chcąc mieć do
czynienia z handlarzami niewolników, odrzucał zarówno ich moralność, jak
i niski status społeczny.
W końcu jednak ambicja wymyślenia się na nowo jako naukowca okazała się
silniejsza niż zasady moralne. Mimo jego oporów ekonomiczna
rzeczywistość Sierra Leone była tak zdominowana przez niewolnictwo, że
wkrótce nasz badacz musiał zaopatrywać się u handlarzy niewolników w sprzęt i prowiant. Nie upłynęło wiele czasu, a zaczął robić jeszcze
gorsze rzeczy. Co było do przewidzenia, im bardziej sam wikłał się w układy z handlarzami, tym bardziej czuł się zobowiązany do znajdowania
usprawiedliwień dla partnerów handlowych - i zarazem dla siebie. Był to
wręcz podręcznikowy mechanizm psychicznej samoobrony: Jestem dobrym
człowiekiem i nigdy nie przyjaźniłbym się ze złymi ludźmi. Tak więc
ludzie, z którymi się zadaję, nie mogą być aż tak okropni. Kiedy jednak
wkroczył już na drogę tego typu racjonalizacji, okazała się ona znacznie
bardziej śliska, niż przypuszczał.
W zestawieniu z niezliczonymi okrucieństwami handlu niewolnikami
stoczenie się pojedynczego "muchołapa" takiego jak Smeathman trudno
uznać za wielką tragedię. (Może wydaje się to oczywiste, ale ze względu
na to, jak drażliwy to temat, warto napisać wprost: prawdziwymi ofiarami
byli tu Afrykanie, a nie biały Europejczyk). Mimo to życiu Smeathmana
wciąż warto przyjrzeć się bliżej, ponieważ jego historia rzuca światło
na pewien aspekt narodzin współczesnej nauki, który większość historyków
zwykle pomija - jej ścisły związek z niewolnictwem. Historia Smeathmana
pokazuje też, jak łatwo niewolnictwo mogło korodować moralność zwykłych,
przyzwoitych ludzi. Handel niewolnikami nie był jedynie niewielkim
elementem tła w Sierra Leone, ale zasadniczym komponentem ówczesnej
rzeczywistości. Kroczek po kroczku, kompromis po kompromisie odwracał
igłę moralnego kompasu przyrodnika.
Niewolnictwo jest tak stare jak cywilizacja, ale transatlantycki handel
niewolnikami, odbywający się od XVI do XIX wieku, był szczególnie
brutalny. Oceny się różnią, ale szacuje się, że podczas wojen i najazdów
pojmano co najmniej 10 milionów Afrykanów, z czego połowa zmarła w portach lub nie przeżyła podróży przez ocean. Sama statystyka jednak nie
oddaje okrucieństwa panującego na statkach do przewozu niewolników.
Mężczyźni, kobiety i dzieci przykuwano łańcuchami w ładowniach tak
gorących i cuchnących, że smród odczuwany na wejściu przyprawiał co
wrażliwszych o wymioty. Małe dzieci wpadały czasem do zbiorników z odchodami i w nich tonęły. Szalały choroby zakaźne, a zainfekowanych
często wyrzucano za burtę, by zmniejszyć ryzyko zakażenia pozostałych
niewolników. (Rekiny lubiły podążać za statkami z niewolnikami i korzystać z częstych posiłków). Czasem zaś niewolników wyrzucano za
burtę za nieposłuszeństwo lub karano w jeszcze okrutniejszy sposób. Po
pewnym nieudanym buncie na statku z niewolnikami w latach 20. XVIII
wieku kapitan zmusił dwóch prowodyrów do zabicia trzeciego, a następnie
zjedzenia jego wątroby i serca.
Dlaczego więc naukowcy wchodzili w układy z ludźmi odpowiedzialnymi za
ten horror? Chodziło o dostęp. Europejskie rządy od czasu do czasu
sponsorowały naukowe ekspedycje, ale zdecydowana większość statków
docierających do Afryki i Ameryk była prywatna i uczestniczyła w tzw.
handlu trójkątnym - wymianie, w ramach której broń i gotowe wyroby
trafiały do Afryki z Europy; niewolnicy do Ameryk, a barwniki, leki i cukier do Europy. Poza tym handlem praktycznie nie było innej możliwości
odbycia podróży do Afryki lub Ameryk. Terenowi badacze zdeterminowani,
by dotrzeć do wymienionych odległych lądów, korzystali więc z "podwózek"
statkami przewożącymi niewolników. Z kolei w miejscach, do których
docierali, byli zależni od handlarzy niewolnikami pod względem
zaopatrzenia w żywność, wyposażenia, miejscowego transportu i poczty.
Z istnienia handlu niewolnikami korzystali także przyrodnicy, którzy
pozostali w Europie7. Bardzo często współpracowali z członkami
załóg statków niewolniczych, zbierającymi dla nich różne okazy - a już
szczególnie z chirurgami pokładowymi8, mającymi pewne
naukowe przygotowanie, a jednocześnie dysponującymi zasobami wolnego
czasu, gdy po zacumowaniu reszta załogi sprzedawała niewolników i kupowała zaopatrzenie. Pozyskiwane przez nich próbki - strusie jaja,
węże, motyle, gniazda, leniwce, muszle, pancerniki - trafiały do Europy
przewożone na statkach niewolniczych, zanim ostatecznie docierały do
instytutów badawczych i prywatnych kolekcji. Karol Linneusz, ojciec
taksonomii i jeden z najbardziej wpływowych biologów w historii, w dużej
mierze korzystał z tego typu kolekcji, przygotowując monumentalną
Systema Naturae w 1735 roku - dzieło, w którym zaprezentował
dwuczłonowy system klasyfikacji gatunków i rodzajów, dzięki czemu do
dziś posługujemy się nazwami takimi jak Tyrannosaurus rex i Homo
sapiens.
Ogólnie rzecz biorąc, kolekcje te były projektami "wielkiej nauki"
tamtych czasów - scentralizowanymi repozytoriami wiedzy kluczowymi dla
innych projektów naukowych. Wszystkie powstały dzięki infrastrukturze i ekonomii opartej na handlu niewolnikami.
Henry Smeathman sądził, że uda mu się ominąć moralne bagno. Do dziś nie
zachował się żaden jego portret, a jedyny opis, jakim dysponujemy, brzmi
dość enigmatycznie: "wysoki i szczupły, energiczny i bardzo
interesujący, choć nie przystojny". W szczenięcych latach kolekcjonował
muszle i owady, ale jego formalna edukacja zakończyła się wraz z samobójczą śmiercią jego nauczyciela, wikarego. Później Smeathman
próbował robić kabinety i tapicerować inne meble, sprzedawać
ubezpieczenia, dystrybuować napoje alkoholowe i udzielać lekcji. Nie
udawało mu się w żadnej z tych profesji i wyglądało na to, że nie
osiągnie w życiu zbyt wiele. W końcu szansa na zmianę tego stanu rzeczy
pojawiła się latem 1771 roku, gdy lekarz i botanik John Fothergill
zapowiedział wyprawę mającą na celu sprowadzenie mnóstwa próbek z Sierra
Leone. Fothergill był kwakrem i zaprzysięgłym wrogiem niewolnictwa. W tym wypadku poszedł jednak na kompromis i wysłał Smeathmana do kolonii
handlarzy niewolników, ponieważ w Sierra Leone po prostu nie było do
wyboru innych osad.
Mimo własnych skrupułów dotyczących niewolnictwa Smeathman z entuzjazmem
przyjął ofertę, ponieważ zajmowanie się nauką było wówczas dobrą drogą
do zostania szanowanym dżentelmenem. W karierze naukowca częściowo
pociągała go możliwość zawierania różnych znajomości. Wiedział, że jeśli
dobrze to rozegra, będzie miał szansę wstąpienia do prestiżowego Royal
Society. Ale była też zachęta finansowa. Każdy z trzech głównych
sponsorów wyprawy Smeathmana wykładał około 100 funtów (mniej więcej 12
tysięcy dolarów obecnie) na jej sfinansowanie. W zamian oczekiwał
możliwości wybrania sobie okazów o tej samej wartości z kolekcji, którą
prześle do kraju. Resztę Smeathman mógł sprzedać z zyskiem dla siebie.
Takie porozumienia nie były wówczas rzadkością w przypadku aspirujących
naukowców z rodzin o niskim statusie społecznym. Osiemdziesiąt lat
później Alfred Russel Wallace, współodkrywca teorii ewolucji drogą
doboru naturalnego, zawrze podobną umowę dotyczącą jego pobytu w Malezji9. W styczniu 1772 roku, kilka tygodni po dotarciu do
Afryki, Smeathman założył bazę na Wyspach Bananowych, dwóch i pół
piaszczystych spłachetkach u wybrzeży Sierra Leone (podczas przypływu
wyspy są trzy, jednak przy odpływie między dwiema z nich ukazuje się
połączenie; uśredniając - dwie i pół wyspy). Spędził tam kilka tygodni,
wracając do siebie po pierwszych atakach malarii, które go dotknęły, a następnie spotkał się z rządzącym na wyspach Jamesem
Clevelandem10, wyjątkowo barwną postacią.
Z jego błogosławieństwem Smeathman zbudował na wyspie dom w stylu
angielskim, w komplecie z ogródkiem. Cleveland zadbał też o żonę dla
Anglika. Młoda kobieta - jak ocenił Smeathman, trzynastoletnia - była
córką miejscowego wodza. Mieszane małżeństwa w tym stylu były wówczas w Afryce dość popularne, jednak w przeciwieństwie do wielu innych
Europejczyków Smeathman był zadurzony po uszy w nowo poślubionej żonie.
"Zaślubiny uczczono setką wystrzałów z dział przybrzeżnej baterii... i jedyny byk w promieniu wielu kilometrów został zarżnięty z tej okazji" -
przechwalał się jednemu ze sponsorów. "Moja mała Brunetta z jej wełnistą
czupryną leży obok mnie w łóżku... dobry Boże! Wydaje mi się, że ją
kocham! Ma kształty Wenus Medycejskiej z dwoma pięknymi, wystającymi,
tańczącymi wzgórkami na klatce piersiowej". Przyznanie się do tego
stopnia afektu jest zdumiewające. Większość Europejczyków oczekiwała
wówczas od żon seksu oraz pełnej miski i niczego poza tym.
Poślubienie córki wodza sprawiało też, że Smeathman dostawał się pod
jego opiekę i otrzymywał od niego wsparcie. To z kolei pozwoliło mu
pozyskać lokalnych wolnych Afrykanów jako przewodników, dzięki którym
rozpoczął wyprawy naukowe. Głównie polegało to na chodzeniu po okolicy i zbieraniu okazów roślin i zwierząt, a następnie wysyłaniu ich do Anglii.
Tam wnikliwie je analizowano i klasyfikowano zgodnie z zasadami
Linneusza, obowiązującego wówczas paradygmatu. Smeathman jednak robił
coś więcej - zajął się pionierskimi badaniami w dziedzinach ekologii i zachowania zwierząt. Dotyczyły one m.in. legendarnych kopców termitów w zachodniej Afryce.
Skomplikowane wnętrze kopca bugga bug, na które wskazuje jeden z lokalnych przewodników Henry'ego Smeathmana. Warto zwrócić uwagę na
grupę miejscowych, stojących na kolejnej termitierze na dalszym planie
(rycina Henry'ego Smeathmana).
Kopce te - nazywane też lokalnie "wzgórzami bugga bug" - sterczały na
afrykańskich równinach niczym małe wulkany, ich stożki wznosiły się
nawet na cztery metry. Choć składały się głównie z gleby i śliny
termitów, były stabilne na tyle, że potrafiły utrzymać ciężar nawet
pięciu mężczyzn stojących na ich szczycie. Uznawano je też za najlepsze
punkty do obserwacji statków zbliżających się do lokalnych portów.
Rozpoczynając badanie, Smeathman i jego przewodnicy zabierali motyki i kilofy, podkradali się w pobliże kopca, a następnie atakowali jego
zbudowane z wysuszonego błota ściany. Kiedy uczynili wyłom, rękami
szybko go poszerzali i czym prędzej zaglądali do środka. Pośpiech był
wskazany, bowiem kilka sekund od pierwszego uderzenia rozlegał się
złowieszczy, trzeszczący sygnał, "o wysokim tonie i powtarzany szybciej
niż tykanie zegara", jak opisywał to Smeathman. Był to alarm, po którym
błyskawicznie zjawiały się zastępy termitów, wylewając się z dziury
niepowstrzymaną falą i atakując wszystko w pobliżu. Owady te potrafią
naprawdę paskudnie kąsać, co sprawiało, że bosonodzy przewodnicy musieli
się szybko ewakuować w bezpieczniejsze miejsce. Początkowo Europejczycy
radzili sobie lepiej, w końcu jednak termity znajdowały drogę do środka
obuwia i po jakimś czasie białe pończochy badaczy pokrywały się
czerwonymi kropkami. (Będąc prawdziwym człowiekiem nauki, Smeathman
wykorzystał później te plamy jako źródło informacji, ustalając, że
przeciętny termit podczas jednego ugryzienia wytacza mniej więcej tyle
krwi, ile sam waży).
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki