Wszystkie żony Henryka VIII - Iwona Kienzler

Kup ebooka

35.90 zł
29.80 zł (28,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Pano­wa­nie Hen­ryka VIII Tudora było bez wąt­pie­nia punk­tem zwrot­nym w histo­rii Anglii, porów­ny­wa­nym przez histo­ry­ków do prze­łomu, jaki doko­nał się pod­czas pod­boju nor­mandz­kiego. Władca pano­wał w kato­lic­kim kraju, z prze­ko­na­niem zwal­cza­jąc sze­rzącą się nie tylko na kon­ty­nen­cie, ale także w Anglii here­zję Lutra, za co otrzy­mał od papieża tytuł obrońcy wiary. Kiedy umie­rał, w oczach Rzymu i wyznaw­ców kato­li­cy­zmu nie był już poboż­nym kró­lem, ale wiel­kim schi­zma­ty­kiem, dla Angli­ków nato­miast twórcą Kościoła naro­do­wego. Jemu też Anglia zawdzię­cza poli­tykę izo­la­cjo­ni­zmu, kształ­tu­jącą roz­wój tego pań­stwa przez kolejne pięć­set lat.

Z jego rzą­dami wią­zano duże nadzieje. Wybitny huma­ni­sta Erazm z Rot­ter­damu, który miał oka­zję poznać mło­dego Hen­ryka, był nim zachwy­cony, a na wieść o obję­ciu przez niego tronu napi­sał nawet, że młody król zosta­nie zapa­mię­tany jako ten, który wskrze­sił ide­ały rycer­skie. Tak się jed­nak nie stało, mimo że Hen­ryk VIII jest bez wąt­pie­nia, oprócz swo­jej córki Elż­biety I, naj­bar­dziej zna­nym władcą w histo­rii Anglii. Ale ta sława nie wynika z nad­zwy­czaj­nych osią­gnięć, lecz raczej z burz­li­wej histo­rii jego mał­żeństw, które spra­wiły, że nazywa się go czę­sto "angiel­skim Sino­bro­dym". Jak wia­domo, Tudor był sze­ścio­krot­nie żonaty, a losy jego żon dosko­nale obra­zuje wyli­czanka, uło­żona przez nie­zna­nego autora już po śmierci monar­chy: "roz­wie­dziona, ścięta, zmarła, roz­wie­dziona, ścięta, prze­żyła". Pod­czas swo­jego dłu­giego, bo prze­szło trzy­dzie­sto­sied­mio­let­niego pano­wa­nia, król prze­obra­ził się w tyrana, krwawo roz­pra­wia­ją­cego się nie tylko z prze­ciw­ni­kami poli­tycz­nymi i here­ty­kami. Co wię­cej, nawet jego przy­jaźń i sym­pa­tia, podob­nie jak miłość, nie gwa­ran­to­wały nikomu bez­pie­czeń­stwa. Para­dok­sal­nie, im ser­decz­niej­sze uczu­cia żywił do kogoś, tym moc­niej go potem krzyw­dził, czego dowo­dem są nie tylko losy jego mał­żo­nek, ale także współ­pra­cow­ni­ków i zaufa­nych dorad­ców, z Tho­ma­sem More'em na czele, albo fawo­ry­tów, któ­rych z dnia na dzień bez słowa odda­lał z dworu, kiedy stra­cili jego przy­chyl­ność. Zapo­zna­jąc się z bio­gra­fią tego władcy, odnosi się wra­że­nie, że naj­więk­szą przy­jem­ność spra­wiało mu udo­wad­nia­nie ludziom, jak wielką ma nad nimi wła­dzę, co dosko­nale widać na przy­kła­dzie Anny Boleyn.

Tema­tem tej publi­ka­cji są losy sze­ściu żon Hen­ryka VIII, i to wła­śnie osoba monar­chy jest wspól­nym mia­now­ni­kiem łączą­cym opo­wie­dziane tu histo­rie. Dra­ma­tyczne dzieje jego związ­ków z kobie­tami stały się nie tylko tema­tem nie­zli­czo­nej ilo­ści publi­ka­cji popu­lar-no-nauko­wych i nauko­wych, ale także kanwą wielu powie­ści oraz fil­mów. Wyobraź­nię sce­na­rzy­stów naj­bar­dziej roz­pa­lają losy bodaj naj­słyn­niej­szej ze wszyst­kich mał­żo­nek Tudora, Anny Boleyn, w któ­rej rolę wcie­lały się naj­pięk­niej­sze, a zara­zem naj­wy­bit­niej­sze aktorki teatralne i kinowe. A każda ekra­ni­za­cja jej histo­rii cie­szyła się wiel­kim zain­te­re­so­wa­niem widzów na całym świe­cie. Nie­wąt­pli­wie jest to bar­dzo inte­re­su­jąca postać, gdyż w jej losach znaj­dziemy ide­alny mate­riał na powieść czy sce­na­riusz fil­mowy: jest w nich skan­dal, romans, wiel­kie uczu­cie i okrutna śmierć z ręki kata.

Zara­zem jed­nak jest to histo­ria mło­dej, ambit­nej, nie­za­leż­nej, jak rów­nież wyzwo­lo­nej kobiety, która miała nie­szczę­ście poko­chać czło­wieka ogar­nię­tego patriar­chalną obse­sją i pra­gnie­niem poczę­cia syna. I z całą pew­no­ścią druga żona Tudora nie jest jed­no­wy­mia­rową posta­cią, dla­tego sta­nowi wyzwa­nie dla akto­rek, co dosko­nale widać na przy­kła­dzie licz­nych fil­mów będą­cych ekra­ni­za­cją romansu króla i Anny Boleyn. Na wiel­kim i małym ekra­nie mie­li­śmy zatem oka­zję oglą­dać Annę jako nie­winną, deli­katną pannę, ofiarę ambi­cji jej żąd­nego suk­cesu ojca, ale też jako magne­ty­zu­ją­cego wampa, istną femme fatale, hip­no­ty­zu­jącą swoim uro­kiem zarówno Hen­ryka, jak i widzów śle­dzą­cych jej pery­pe­tie. Nie­wielu aktor­kom udało się jed­nak tak dobrze oddać zło­żo­ność jej cha­rak­teru jak Nata­lie Dormer, która bra­wu­rowo wcie­liła się w rolę dru­giej mał­żonki Tudora w tele­wi­zyj­nym serialu Dyna­stia Tudo­rów z lat 2007-2008.

Ale pozo­stałe pięć żon "angiel­skiego Sino­bro­dego" także zasłu­guje na uwagę, począw­szy od Kata­rzyny Ara­goń­skiej, nazy­wa­nej czę­sto jedną z naj­bar­dziej tra­gicz­nych postaci w histo­rii Anglii, przez Jane Sey­mour, matkę jego jedy­nego syna, odrzu­coną Annę Kli­wij­ską i nie­wierną Kata­rzynę Howard, a skoń­czyw­szy na Kata­rzy­nie Parr - wier­nej towa­rzyszce jesieni życia króla. A bycie żoną Hen­ryka VIII nie było ani łatwe, ani przy­jemne: jako władca abso­lutny, w dodatku wyznawca patriar­chal­nych poglą­dów, sam wyzna­czał wszel­kie stan­dardy, regu­lu­jąc swoje rela­cje mał­żeń­skie według wła­snego uzna­nia. Nie liczył się z nikim i z niczym, co wię­cej, w zdu­mie­wa­jący spo­sób potra­fił pod­po­rząd­ko­wy­wać sumie­nie swoim potrze­bom, uspra­wie­dli­wia­jąc przed sobą zarówno unie­waż­nie­nie kolej­nych związ­ków, jak i wysła­nie dwóch mał­żo­nek na sza­fot. Nie wspo­mi­na­jąc o zerwa­niu z Kościo­łem i łama­niu prawa kano­nicz­nego. Z całą pew­no­ścią kobiety sta­rały się wzbu­dzić zain­te­re­so­wa­nie króla, ale każda, która stała się obiek­tem jego pożą­da­nia, musiała się liczyć z tym, że jej szczę­ście, a nawet życie i życie jej bli­skich zależy od kaprysu władcy.

Hen­ryk VIII, młod­szy syn króla Hen­ryka VII, w prze­ci­wień­stwie do star­szego brata Artura nie był przy­go­to­wy­wany do roli władcy, dla­tego pro­wa­dził bez­tro­skie życie, które się nie zmie­niło, kiedy zrzą­dze­niem losu, po nagłej śmierci brata, został następcą tronu. Przy­stojny, kochany i podzi­wiany nie tylko za powierz­chow­ność, ale też za walory umy­słowe i nie­spo­ty­kany u więk­szo­ści monar­chów pęd do wie­dzy, uwie­rzył w swoją wyjąt­ko­wość i ponad­prze­ciętny inte­lekt. W efek­cie uwa­żał się za mędrca, któ­rego decy­zji nikt nie ma prawa pod­wa­żać ani wąt­pić w ich słusz­ność. Tak był zresztą postrze­gany przez więk­szość swo­ich pod­da­nych, mimo że oce­nia­jąc z dzi­siej­szej per­spek­tywy, nale­ża­łoby go uznać za krwa­wego tyrana. Nie­mal do końca życia wie­rzył, że wywiera wręcz magne­tyczny urok na kobiety i żadna nie będzie w sta­nie mu się oprzeć. To prze­ko­na­nie nie opu­ściło go nawet wtedy, kiedy z przy­stoj­nego męż­czy­zny prze­obra­ził się w tłu­stego, cho­dzą­cego o lasce potwora, z opuch­nię­tymi i pokry­tymi ropie­ją­cymi wrzo­dami nogami. Bo życie tego władcy poto­czyło się zupeł­nie ina­czej niż w bajce, w któ­rej z brzyd­kiej żaby wyła­nia się przy­stojny książę. W jego przy­padku uro­dziwy kró­le­wicz prze­po­czwa­rzył się w brzydką żabę, w dodatku olbrzy­mią i tłu­stą. I nie maczała w tym pal­ców żadna zło­śliwa cza­row­nica.

Tak się szczę­śli­wie zło­żyło, że pery­pe­tie miło­sne Hen­ryka VIII, podob­nie jak losy jego mał­żeństw, są dość dobrze udo­ku­men­to­wane. Nie­oce­nioną skarb­nicę wie­dzy sta­no­wią zapi­ski i raporty amba­sa­dora cesa­rza Karola V na angiel­skim dwo­rze w latach 1529-1545, Eustace,a Cha­puysa. Cesar­ski poseł przez szes­na­ście lat śle­dził życie angiel­skiego władcy, miał oka­zję poznać wszyst­kie jego żony, a raporty wysy­łane do cesa­rza czyta się jak kro­nikę towa­rzy­ską albo, jak kto woli, plot­kar­skie por­tale. Dyplo­mata bowiem nie tylko rela­cjo­no­wał swo­jemu władcy poczy­na­nia Tudora jako panu­ją­cego czy jego poli­tykę reli­gijną, bo tą kwe­stią cesarz był żywot­nie zain­te­re­so­wany, ale także pery­pe­tie miło­sne Hen­ryka. Wystar­czyło, że wzrok monar­chy z zain­te­re­so­wa­niem spo­czął na jakiejś damie, a Cha­puys już infor­mo­wał o tym w swo­ich rapor­tach, opi­su­jąc zarówno wygląd, jak i cha­rak­ter wybranki. To samo doty­czy mał­żo­nek króla, o któ­rych amba­sa­dor nie zawsze wyra­żał się korzyst­nie i z sza­cun­kiem należ­nym żonom władcy.

Życie sze­ściu mał­żo­nek Hen­ryka deter­mi­no­wały nie tylko związki z kró­lem, ale także nie­zmier­nie skom­pli­ko­wane kwe­stie reli­gijne zwią­zane z ode­rwa­niem przez niego Kościoła Anglii od Rzymu. Tym bar­dziej że dla żad­nej z nich kwe­stie wyzna­nia i wiary nie były obo­jętne, co wię­cej, dwie z nich, Anna Boleyn i Kata­rzyna Parr, opo­wie­działy się po stro­nie refor­ma­cji, a Kata­rzyna omal nie przy­pła­ciła tego życiem.

Udajmy się zatem w podróż w cza­sie do szes­na­sto­wiecz­nej Anglii, by poznać skom­pli­ko­wane dzieje sze­ściu żon Hen­ryka VIII.

I

Kata­rzyna Ara­goń­ska - kró­lowa zza morza

Księżniczka Catalina, córka królów katolickich

"Nie­wiele jest w dzie­jach Anglii postaci rów­nie tra­gicz­nych, dotknię­tych tak okrut­nym losem"1 - pisał o kró­lo­wej Kata­rzy­nie Ara­goń­skiej bio­graf jej dru­giego męża Hen­ryka VIII, A.F. Pol­lard. I trudno nie przy­znać mu racji, gdyż życie pierw­szej żony Tudora nazna­czone było cier­pie­niem i upo­ko­rze­niami. Z dru­giej jed­nak strony nie spo­sób nie zauwa­żyć, że ze wszyst­kich mał­żo­nek tego władcy to ona zaznała z nim naj­wię­cej szczę­ścia, cho­ciaż doświad­czyła rów­nież gory­czy porzu­ce­nia i wygna­nia. Spo­śród wszyst­kich sze­ściu żon tego "Sino­bro­dego" na tro­nie, jak nazy­wano króla, miała też naj­dłuż­szy staż mał­żeń­ski i naj­dłu­żej ze wszyst­kich cie­szyła się tytu­łem kró­lo­wej Anglii. Żoną, a zara­zem monar­chi­nią była aż dwa­dzie­ścia cztery lata, tyle bowiem czasu upły­nęło od dnia jej ślubu i koro­na­cji do dnia, w któ­rym biskup Tho­mas Cran­mer, prze­wod­ni­czący spe­cjal­nego sądu, uro­czy­ście orzekł, że jej mał­żeń­stwo z Hen­ry­kiem Tudo­rem jest nie­ważne. Wów­czas też stra­ciła kró­lew­ski tytuł na rzecz przy­słu­gu­ją­cego jej do śmierci tytułu księż­nej wdowy Walii, acz­kol­wiek ona sama do końca swych dni uwa­żała się zarówno za mał­żonkę monar­chy, jak i pra­wo­witą kró­lową. Tak też zwra­cała się do niej jej służba.

Tym­cza­sem jej następ­czyni Anna Boleyn cie­szyła się tytu­łem kró­lew­skim znacz­nie kró­cej, bo nie­spełna trzy lata, i skoń­czyła na sza­fo­cie, Jane Sey­mour zaś była żoną Hen­ryka jesz­cze kró­cej, zale­d­wie sie­dem­na­ście mie­sięcy, i zmarła, wyda­jąc na świat syna, upra­gnio­nego dzie­dzica korony. Czwarta kró­lew­ska mał­żonka, Anna Kli­wij­ska, nie docze­kała się nawet skon­su­mo­wa­nia mał­żeń­stwa, o koro­na­cji nie wspo­mi­na­jąc, czego nie można powie­dzieć o jej następ­czyni Kata­rzy­nie Howard, któ­rej pano­wa­nie u boku Tudora trwało dwa lata i która, tak jak spo­krew­niona z nią Anna Boleyn, poło­żyła swą młodą głowę na katow­skim pniu. Wię­cej szczę­ścia miała ostat­nia żona króla Kata­rzyna Parr, któ­rej dane było być żoną i kró­lową nie­spełna cztery lata, ale, jak się prze­ko­namy, była raczej opie­kunką i przy­ja­ciółką Hen­ryka niż jego part­nerką.

Nad wszyst­kimi pozo­sta­łymi mał­żon­kami Tudora Kata­rzyna Ara­goń­ska miała jesz­cze jedną prze­wagę: jako jedyna była dla swo­jego męża rów­no­rzędną part­nerką w rzą­dach i poli­tyce, do niej zwra­cał się o radę, z nią kon­sul­to­wał swoje poczy­na­nia. Wpraw­dzie jako kró­lew­ska mał­żonka i kobieta miała mniej do powie­dze­nia niż doradcy Hen­ryka, ale to wła­śnie ona peł­niła funk­cję regentki, kiedy w 1513 roku król wojo­wał z Fran­cją. I w tej roli spi­sała się wyśmie­ni­cie.

Kata­rzyna miała też oka­zję poznać Tudora od jego naj­lep­szej strony, w cza­sach kiedy huma­ni­ści, na przy­kład Erazm z Rot­ter­damu czy Tho­mas More, widzieli w nim oświe­co­nego władcę, wią­żąc z nim wiel­kie nadzieje, i kiedy nic nie zapo­wia­dało, że w naj­bliż­szej przy­szło­ści zmieni się w tyrana. Dys­po­nu­jemy dowo­dami, że Hen­ryka i jego pierw­szą żonę łączyła miłość zarówno w rozu­mie­niu roman­tycz­nym, jak i zmy­sło­wym, a parze udało się stwo­rzyć wyjąt­kowo dobrane i szczę­śliwe sta­dło. Tym­cza­sem wciąż się ją postrzega przez pry­zmat póź­niej­szego roz­wodu i lat spę­dzo­nych samot­nie w zgry­zo­cie i smutku oraz uważa za naj­bar­dziej nie­szczę­śliwą i naj­bar­dziej skrzyw­dzoną ze wszyst­kich sze­ściu żon Hen­ryka VIII.

Kata­rzyna Ara­goń­ska była szó­stym, a zara­zem ostat­nim dziec­kiem Iza­beli Kasty­lij­skiej i jej męża Fer­dy­nanda Ara­goń­skiego. Kró­lowa powiła ją 16 grud­nia 1485 roku w pałacu znaj­du­ją­cym się w jed­nym z naj­star­szych miast Hisz­pa­nii, Alcalá de Hena­res. Poród był długi i ciężki, ale dumna wład­czyni jak zwy­kle nie wydała z sie­bie słowa skargi. Jeden z zagra­nicz­nych dyplo­ma­tów prze­by­wa­ją­cych wów­czas na dwo­rze Fer­dy­nanda i Kata­rzyny tak pisał: "Kobiety, które słu­żyły w jej kom­na­cie, oznaj­miły, iż ni­gdy nie sły­szały, aby się skar­żyła, gdy cho­ro­wała lub stra­ciła dziecko [...] ale zno­siła wszystko z nie­zwy­kłym męstwem"2.

Matka boha­terki tej opo­wie­ści była nie­zwy­kłą kobietą i wybitną kró­lową, bez wąt­pie­nia naj­słyn­niej­szą wład­czy­nią w histo­rii Hisz­pa­nii, która jej zawdzię­cza nie tylko zjed­no­cze­nie i pozby­cie się Mau­rów oku­pu­ją­cych te zie­mie od ośmiu­set lat, ale także roz­kwit i póź­niej­szą potęgę. Iza­bela wspar­ciem udzie­lo­nym Krzysz­to­fowi Kolum­bowi wal­nie przy­czy­niła się także do zapo­cząt­ko­wa­nia epoki wiel­kich odkryć geo­gra­ficz­nych, a odkry­cie przez niego Nowego Świata miało uczy­nić Hisz­pa­nię wiel­kim i zamoż­nym impe­rium.

22 kwiet­nia 1451 roku, kiedy uro­dziła się matka przy­szłej kró­lo­wej Anglii, znana w histo­rii jako Iza­bela Kasty­lij­ska, Hisz­pa­nia w dzi­siej­szym rozu­mie­niu jesz­cze nie ist­niała. W śre­dnio­wie­czu ter­min "Hisz­pa­nia" był poję­ciem czy­sto geo­gra­ficz­nym, a Hisz­pa­nami nazy­wano wszyst­kich miesz­kań­ców Pół­wy­spu Ibe­ryj­skiego, z Por­tu­gal­czy­kami na czele, podob­nie zresztą, jak Niem­cami okre­ślano wszyst­kich miesz­kań­ców środ­ko­wej i pół­noc­nej czę­ści naszego kon­ty­nentu, z Pola­kami włącz­nie. Pół­wy­sep nato­miast w świa­do­mo­ści więk­szo­ści Euro­pej­czy­ków był miej­scem, w któ­rym prze­bie­gała gra­nica pomię­dzy świa­tem chrze­ści­jań­skim a muzuł­mań­skim, ponie­waż jego część od 711 roku znaj­do­wała się pod pano­wa­niem arab­skim. Od VIII wieku chrze­ści­ja­nie sta­rali się wypę­dzić Mau­rów z zaj­mo­wa­nych przez nich tery­to­riów, roz­po­czy­na­jąc tym samym wojnę, która do histo­rii prze­szła pod nazwą rekon­kwi­sty. Pod­czas tych walk na Pół­wy­spie Ibe­ryj­skim wyod­ręb­niło się kilka nie­za­leż­nych kró­lestw chrze­ści­jań­skich, z któ­rych naj­więk­szą potęgę zyskały Kasty­lia oraz Ara­go­nia. I to wła­śnie w Kasty­lii, która swą nazwę zawdzię­cza prawdopodob­nie licz­nym zam­kom wybu­do­wa­nym na jej obsza­rze, w 1451 roku przy­szła na świat Iza­bela.

Wpraw­dzie uro­dziła się w rodzi­nie udziel­nego władcy Kasty­lii Jana II Kasty­lij­skiego i była jego naj­star­szym dziec­kiem, nie naro­dziła się jako następ­czyni tronu. Tytuł ten nale­żał do star­szego od niej o dwa­dzie­ścia sie­dem lat przy­rod­niego brata, księ­cia Astu­rii Hen­ryka, wywo­dzą­cego się z pierw­szego mał­żeń­stwa Jana z Marią Ara­goń­ską. I to wła­śnie on objął pano­wa­nie po ojcu, który zmarł 20 lipca 1454 roku, usu­wa­jąc w cień przy­brane rodzeń­stwo. Mimo to po wielu pery­pe­tiach 20 stycz­nia 1479 roku Iza­beli udało się zasiąść na tro­nie Kasty­lii, a wcze­śniej zdo­łała okpić star­szego brata, wbrew jego woli wycho­dząc za Fer­dy­nanda, syna Jana II,wła­da­ją­cego księ­stwem Ara­go­nii.

Wycho­wana w głę­bo­kiej wie­rze, reli­gijna księżna nie wie­działa, że jej zwią­zek został zawarty za pomocą oszu­stwa, ponie­waż łączące ją z narze­czo­nym dale­kie pokre­wień­stwo wyma­gało na ślub dys­pensy papieża. Tym­cza­sem zasia­da­jący wów­czas na tro­nie Pio­tro­wym Paweł II nie kwa­pił się z wyda­niem sto­sow­nego doku­mentu, gdyż oba­wiał się nara­zić prze­ciw­ni­kom tego związku: Kasty­lii, Por­tu­ga­lii i Fran­cji. Ponie­waż jed­nak władcy Ara­go­nii rów­nież zale­żało na tym mał­żeń­stwie, Fer­dy­nand poszu­kał pomocy w Rzy­mie. Za pośred­nika i sojusz­nika wybrał czło­wieka obda­rzo­nego nie tylko wyjąt­kową inte­li­gen­cją oraz iście lisim spry­tem, ale także pozba­wio­nego krę­go­słupa moral­nego i wszel­kich skru­pu­łów - Rodriga Bor­gię, póź­niej­szego nie­sław­nego papieża Alek­san­dra VI. Za jego sprawą sfał­szo­wano bullę papie­ską i to wystar­czyło, by 14 paź­dzier­nika 1469 roku Fer­dy­nand i nie­świa­doma owych machi­na­cji Iza­bela sta­nęli na ślub­nym kobiercu.

Pięć lat póź­niej, po śmierci Hen­ryka, para sto­czyła zwy­cię­ską dla Iza­beli wojnę o suk­ce­sję tronu kasty­lij­skiego z bra­ta­nicą Joanną, wyzna­czoną przez zmar­łego władcę na jego następ­czy­nię. Wpraw­dzie ist­niały uza­sad­nione podej­rze­nia, że suk­ce­sorka nie jest bio­lo­gicz­nym dziec­kiem Hen­ryka, który miał podobno poważne pro­blemy z wypeł­nia­niem mał­żeń­skich obo­wiąz­ków, a co za tym idzie - pło­dze­niem potom­stwa, o czym świad­czy nie tylko jego przy­do­mek Bez­silny, który można tłu­ma­czyć wręcz jako "impo­tent", ale także fakt, że jego pierw­sza żona, ode­słana do domu rodzi­ców po trzy­na­stu latach mał­żeń­stwa, wciąż była dzie­wicą. A Joannę, któ­rej docze­kał się z dru­giego mał­żeń­stwa z Joanną Por­tu­gal­ską, zwano la Bel­tra­neja, co sta­no­wiło alu­zję do jej pocho­dze­nia z nie­pra­wego łoża. Jak gło­siła oparta na moc­nych pod­sta­wach plotka, jej praw­dzi­wym ojcem był kocha­nek kró­lo­wej, a zara-zem doradca monar­chy, Beltrán de la Cueva. Pomimo owych wąt­pli­wo­ści trzy­na­sto­let­nią wów­czas Joannę poparli nie tylko kasty­lij­scy możni, któ­rzy oba­wiali się, że zamężna z dzie­dzi­cem potęż­nej Ara­go­nii Iza­bela nie będzie potrze­bo­wała wspar­cia i ukróci ich samo­wolę, ale także Por­tu­ga­lia, o co zadbał jesz­cze za życia Hen­ryk. Władca nie tylko obsy­pał swo­ich szla­chec­kich pod­da­nych licz­nymi przy­wi­le­jami, ale także wydał Joannę za jej wuja, rodzo­nego brata jej matki, wła­da­ją­cego Por­tu­ga­lią Alfonsa V Afry­kań­czyka.

Obrona praw mał­żonki, a zara­zem sio­strze­nicy leżała zatem w żywot­nym inte­re­sie Alfonsa. Iza­bela i Fer­dy­nand wal­czyli nie tylko prze­ciwko woj­skom Kasty­lii, ale także z potężną Por­tu­ga­lią, lecz po czte­rech latach zma­gań udało im się zwy­cię­żyć w bitwie pod Toro 12 marca 1476 roku. W tym cza­sie zyskali też popar­cie Syk­stusa IV, który zastą­pił zmar­łego Pawła II. Przy­chylny im papież unie­waż­nił także mał­żeń­stwo rywalki Iza­beli, Joanny, z powodu zbyt bli­skiego pokre­wień­stwa łączą­cego ją z kró­lem Por­tu­ga­lii. W takiej sytu­acji Alfons osta­tecz­nie zre­zy­gno­wał z walki i 4 wrze­śnia 1479 roku w Alcáçovas pod­pi­sał trak­tat poko­jowy. Król Por­tu­ga­lii uznał wów­czas Iza­belę za pra­wo­witą wład­czy­nię Kasty­lii, z pra­wem do Wysp Kana­ryj­skich. Zawar­cie ugody z Por­tu­ga­lią zbie­gło się w cza­sie z innym, zna­mien­nym wyda­rze­niem w życiu Iza­beli i Fer­dy­nanda. W stycz­niu 1479 roku zmarł ojciec Fer­dy­nanda Jan. W ten spo­sób Iza­bela wraz z mał­żonkiem zostali wład­cami Ara­go­nii i pod­le­głych jej posia­dło­ści śród­ziem­no­mor­skich.

Wygrana wojna nie zakoń­czyła jed­nak kło­po­tów Iza­beli, która musiała pora­dzić sobie z kolej­nym kon­flik­tem: wojną domową pomię­dzy naj­waż­niej­szymi i naj­bo­gat­szymi rodami Kasty­lii. I wów­czas po raz kolejny dowio­dła swo­jej deter­mi­na­cji, wkra­cza­jąc na czele swo­ich wojsk do Sewilli. Oso­bi­ste popro­wa­dze­nie wojsk przez kró­lową spo­wo­do­wało, że naj­więksi opo­nenci, oszo­ło­mieni jej ener­gią, auto­ry­te­tem i cha­ry­zmą, a także splen­do­rem jej dworu, bez szem­ra­nia zło­żyli hołd wład­czyni, która oka­zała im wielką łaska­wość, co z per­spek­tywy czasu było bar­dzo trafną decy­zją. Iza­beli udało się odzy­skać dla korony część zagar­nię­tych kró­lewsz­czyzn, ale pozo­sta­wiła swoim opo­nen­tom więk­szość ich mająt­ków, aby nie czy­nić sobie wśród nich nowych wro­gów. Rów­nie łaska­wie potrak­to­wała więk­szość przed­sta­wi­cieli opo­zy­cji, któ­rzy opo­wia­dali się w zakoń­czo­nej nie­dawno woj­nie po stro­nie Por­tu­ga­lii. Osią­gnąw­szy swój cel, zabrała się do reform w pań­stwie, i na tym polu rów­nież odnio­sła suk­ces.

Iza­beli udało się także wzmoc­nić wła­dzę kró­lew­ską pozor­nie pro­stymi meto­dami: zaka­zu­jąc szlach­cie umiesz­cza­nia w her­bach koron, któ­rych wize­ru­nek został zastrze­żony jedy­nie dla monar­chów, jak rów-nież sto­so­wa­nia na swo­ich dwo­rach okre­ślo­nych zwro­tów i cere­mo­nia­łów, wła­ści­wych odtąd wyłącz­nie dla dworu kró­lew­skiego. Ukró­ciw­szy samo­wolę i potęgę miej­sco­wych moż­no­wład­ców, kró­lowa umoż­li­wiła roz­wój mia­stom, a pod­jęte wspól­nie z mężem, władcą Ara­go­nii, posu­nię­cia eko­no­miczne, w tym reforma mone­tarna, jak rów­nież zła­go­dze­nie poli­tyki cel­nej, wpły­nęły na roz­wój han­dlu.

Obję­cie wła­dzy przez Iza­belę w jej ojczyź­nie spo­wo­do­wało pro­blemy z tytu­la­turą jej mał­żonka, zwłasz­cza że ambitna kobieta została koro­no­wana w Sego­wii na udzielną wład­czy­nię pod nie­obec­ność męża. Kiedy Fer­dy­nand przy­był do Kasty­lii, wyra­ził głę­bo­kie nie­za­do­wo­le­nie, że na sku­tek poczy­nań żony został jedy­nie kró­lem mał­żon­kiem. Obo­wią­zu­jące wów­czas w Ara­go­nii prawo salic­kie, na które nie omiesz­kał się powo­łać Fer­dy­nand, dawało pierw­szeń­stwo w dzie­dzi­cze­niu męż­czy­znom. Tym­cza­sem przy­wo­łane przez Fer­dy­nanda prawo nie obo­wią­zy­wało w Kasty­lii, a gdyby nawet obo­wią­zy­wało, jego mał­żonka z całą pew­no­ścią zna­la­złaby pre­tekst, by nie odda­wać mu wła­dzy, uza­sad­nia­jąc to, swoim zwy­cza­jem, pra­wem pocho­dzą­cym od samego Stwórcy. Osta­tecz­nie osią­gnięto kom­pro­mis i na początku 1475 roku Fer­dy­nand został uznany za współ­rządcę Kasty­lii, a jego imię wymie­niano odtąd we wszyst­kich doku­men­tach przed imie­niem Iza­beli, cho­ciaż tytuły pary monar­szej miały zaczy­nać się od kasty­lij­skich i być wymie­niane na prze­mian z ara­goń­skimi. Fer­dy­nand zaś zasiadł na tro­nie Ara­go­nii w 1479 roku, po śmierci ojca, jako udzielny władca.

Ale Iza­bela miała znacz­nie więk­sze ambi­cje, posta­no­wiła bowiem pozbyć się osta­tecz­nie z Pół­wy­spu Ibe­ryj­skiego muzuł­ma­nów i zakoń­czyć rekon­kwi­stę. I tu także odnio­sła suk­ces, wypo­wia­da­jąc muzuł­ma­nom wojnę totalną, pole­ga­jącą na utrzy­my­wa­niu wojsk w obcym kraju i zdo­by­wa­niu kolejno każ­dej twier­dzy i każ­dego mia­sta. Była to dość kosz­towna, ale bar­dzo efek­tywna stra­te­gia, a Iza­bela nie wahała się zasta­wić swo­jej biżu­te­rii, by pokryć koszty kam­pa­nii. Ofen­sywę pro­wa­dzono tylko wio­sną i latem, zdo­by­wa­jąc kolejne tery­to­ria. Jak pod­kre­ślają histo­rycy woj­sko­wo­ści, choć wojna była pro­wa­dzona w tra­dy­cyjny spo­sób, to zdo­byto się na zasto­so­wa­nie arty­le­rii, która oka­zała się przy­datna zwłasz­cza pod­czas oblę­żeń potęż­nie ufor­ty­fi­ko­wa­nych arab­skich twierdz. Poza tym kró­lowa oso­bi­ście inspi­ro­wała swo­ich żoł­nie­rzy do wzmo­żo­nych dzia­łań, sta­jąc wśród nich i modląc się na środku pola bitwy. W efek­cie do 1491 roku Iza­bela i jej mąż opa­no­wali więk­szość Emi­ratu Gre­nady, z wyjąt­kiem sil­nie ufor­ty­fi­ko­wa­nej sto­licy. Ich woj­ska przy­stą­piły do oblę­że­nia mia­sta, a na roz­kaz kró­lo­wej, prze­ko­na­nej oczy­wi­ście, że wszyst­kimi jej dzia­ła­niami kie­ruje Bóg, zbu­do­wano twier­dzę w kształ­cie krzyża, skąd Fer­dy­nand i jego żona mogli swo­bod­nie obser­wo­wać oblę­że­nie. Wkrótce stało się jasne, że prze­peł­niona uchodź­cami Gre­nada ska­zana jest na klę­skę. Lud­ność cier­piała głód, a kwiat arab­skiego rycer­stwa ginął w potycz­kach toczo­nych pod murami z chrze­ści­jań­skimi ryce­rza-mi. W końcu ostatni emir Gre­nady Muham­mad XII, znany jako Boad­bil, pod­jął decy­zję o przy­stą­pie­niu do nego­cja­cji w spra­wie pod­da­nia mia­sta. 2 stycz­nia 1492 roku Muham­mad XII ska­pi­tu­lo­wał przed parą kró­lew­ską, otwie­ra­jąc przed nią bramy swej sto­licy i pod­da­jąc Alham­brę. Kró­lową roz­pie­rała duma i szczę­ście. W tym samym roku, w któ­rym otwo­rzyły się przed nią mury Alham­bry, kró­lowa wypra­wiła w rejs Krzysz­tofa Kolumba, finan­su­jąc jego wyprawę do Indii. Jak wia­domo, słynny żeglarz osta­tecz­nie tam nie dotarł, ale 12 paź­dzier­nika 1492 roku jego statki dobiły do brze­gów Ame­ryki, kon­ty­nentu nie­zna­nego wcze­śniej Euro­pej­czy­kom, zapo­cząt­ko­wu­jąc w ten spo­sób złotą erę odkryć geo­gra­ficz­nych.

Cztery lata póź­niej, 19 grud­nia 1496 roku, rodzi­ców Kata­rzyny spo­tkał wielki zaszczyt - ówcze­sny papież Alek­san­der VI (znany nam Rodrigo Bor­gia) nadał Iza­beli i Fer­dy­nan­dowi doży­wotni i dzie­dziczny tytuł Kró­lów Kato­lic­kich. W ten spo­sób stali się wład­cami rów­nymi Kró­lom Arcy­chrze­ści­jań­skim, czyli monar­chom fran­cu­skim. Papież, nada­jąc doży­wotni tytuł Kró­lów Kato­lic­kich wład­com Hisz­pa­nii, dał wyraz swo­jej poli­tyce anty­fran­cu­skiej, ponie­waż kró­lo­wie fran­cu­scy od wie­ków dążyli do decy­do­wa­nia w spra­wach Kościoła, przy­naj­mniej na tere­nie swego pań­stwa. Przy­glą­da­jąc się tej kwe­stii, trzeba jed­nak przy­znać, że papież, przy­zna­jąc ten zaszczytny tytuł parze kró­lew­skiej, poniósł porażkę. Za cza­sów jej pano­wa­nia usta­liły się bowiem pod­stawy abso­lu­ty­zmu w Hisz­pa­nii i pry­mat wła­dzy kró­lew­skiej nad papie­ską. Każda bulla wydana przez Ojca Świę­tego musiała być zatwier­dzona przez parę kró­lew­ską, wyroki sądów duchow­nych pod­le­gały ape­la­cji sądów świec­kich, a kan­dy­da­tów na sta­no­wi­ska kościelne zatwier­dzali wyłącz­nie władcy. Także powo­łana przez Iza­belę w 1478 roku inkwi­zy­cja hisz­pań­ska nie pod­le­gała papie­żowi, ale hisz­pań­skim monar­chom.

Wiel­kim uzna­niem następcy Świę­tego Pio­tra cie­szyła się nato­miast poli­tyka wzglę­dem żydów, któ­rym kró­lowa dała do wyboru: albo kon­wer­sję na kato­li­cyzm, albo wygna­nie z kraju. W efek­cie Pół­wy­sep Ibe­ryj­ski opu­ściła ponad połowa lud­no­ści żydow­skiej żyją­cej dotąd na tym obsza­rze, a ci, któ­rzy zostali i się nawró­cili, bar­dzo szybko prze­ko­nali się, że przy­ję­cie narzu­co­nego przez wład­czy­nię wyzna­nia by­naj­mniej nie chro­niło przed prze­śla­do­wa­niami.

Choć Iza­bela i Fer­dy­nand pozor­nie nie byli dobraną parą i wię­cej ich dzie­liło, niż łączyło, stwo­rzyli udany zwią­zek. Mał­żon­ko­wie doszli do poro­zu­mie­nia nie tylko na polu poli­tyki ale, co było bar­dzo rzad­kie w przy­padku mał­żeństw aran­żo­wa­nych ze wzglę­dów poli­tycz­nych i dyna­stycz­nych, odna­leźli praw­dziwą miłość. Jak słusz­nie zauwa­żają histo­rycy, nie­ba­ga­telne zna­cze­nie miał zbli­żony wiek i zapewne bar­dzo podobny tem­pe­ra­ment kró­lew­skiej pary. Dzięki żonie Fer­dy­nand, wcze­śniej stro­niący od ksiąg, prze­kształ­cił się w wiel­kiego mece­nasa kul­tury i sztuki, nauczył się też ukry­wać swoje uczu­cia, pre­zen­tu­jąc pod­da­nym nie­prze­nik­nione, chłodne obli­cze roz­sąd­nego władcy i trzeź­wego poli­tyka.

Ambitna i dumna Iza­bela w prze­rwach pomię­dzy wojo­wa­niem, rzą­dze­niem i refor­mo­wa­niem pań­stwa rodziła i wycho­wy­wała dzieci, któ­rych docze­kała się z Fer­dy­nan­dem, przy czym wieku doro­słego dożyło jedy­nie sze­ścioro. Jak na wojow­niczkę z krwi i kości oraz pogrom­czy­nię Mau­rów przy­stało, kró­lowa rodziła kolejne córki i synów, nie wyda­jąc żad­nych okrzy­ków i jęków. Iza­bela uwa­żała bowiem, że monar­chini nie przy­stoi oka­zy­wa­nie sła­bo­ści wła­ści­wych "zwy­czaj­nym" nie­wia­stom. Z pokorą przyj­mo­wała też śmierć kolej­nych nowo­rod­ków płci męskiej, cie­sząc się jedy­nym synem Janem, który dożył wieku doro­słego. Pierw­szym potom­kiem kró­lew­skiej pary była uro­dzona 2 paź­dzier­nika 1470 roku Iza­bela, która do histo­rii prze­szła jako księżna Astu­rii, kolej­nym - wspo­mniany już syn Jan, znany jako Jan z Astu­rii, który uro­dził się 28 czerwca 1478 roku. Po nim na świat przy­szły kolejne córki: uro­dzona 6 listo­pada 1479 roku Joanna, a po niej, 29 czerwca 1482 roku, Maria. Jak wia­domo, swoje naj­młod­sze dziecko, córkę Kata­rzynę, kró­lowa uro­dziła trzy lata póź­niej. Być może imię nadano jej na cześć pra­babki ze strony matki, Kata­rzyny Lan­ca­ster, ale mała księż­niczka uży­wała jego kasty­lij­skiej wer­sji - Cata­lina. Zresztą jej angiel­ska pra­babka, córka Jana z Gan­dawy, która w 1388 roku przy­była na Pół­wy­sep Ibe­ryj­ski z dale­kiej Anglii, by poślu­bić Hen­ryka III Cho­ro­wi­tego i docze­kać się z nim trójki dzieci, w tym Jana, ojca Iza­beli, była nazy­wana przez pod­da­nych swo­jego męża wła­śnie Cata­liną. Los spra­wił, że pra­wnuczka, a zara­zem imien­niczka Kata­rzyny Lan­ca­ster, odbyła iden­tyczną podróż jak przed laty jej pra­babka, ale w prze­ciwną stronę, i została kró­lową Anglii.

Narzeczony z Albionu

Kiedy mała Cata­lina pła­czem oznaj­miła wszyst­kim swoje przyj­ście na świat, Anglia była widow­nią dra­ma­tycz­nych zmian. Zale­d­wie dwa lata wcze­śniej Ryszard III York ogło­sił synów i dzie­dzi­ców swo­jego brata Edwarda IV bękar­tami, by prze­jąć tron. Lecz wła­dzą nie cie­szył się zbyt długo, 22 sierp­nia 1485 roku, a więc nie­spełna pięć mie­sięcy przed naro­dzi­nami naj­młod­szej córki Fer­dy­nanda i Iza­beli, zgi­nął w bitwie pod Bosworth, a korona spo­częła na skro­niach Hen­ryka Tudora, zwy­cięzcy owej bata­lii koń­czą­cej wojnę Dwóch Róż3. Kiedy księż­niczka Cata­lina miała zale­d­wie mie­siąc, świeżo upie­czony władca Anglii oże­nił się z Elż­bietą York. Wów­czas jed­nak na dwo­rze hisz­pań­skim nikt nie mógł przy­pusz­czać, że dwóch synów wywo­dzą­cych się z tego związku zosta­nie kolej­nymi mężami małej księż­niczki, leżą­cej wów­czas w koły­sce. Kiedy jed­nak się oka­zało, że głów­nie dzięki mał­żeń­stwu oraz przyj­ściu na świat pier­wo­rod­nego kró­lew­skiej pary, księ­cia Artura, pozy­cja Tudora na tro­nie znacz­nie się umoc­niła, Fer­dy­nand i Iza­bela posta­no­wili sko­ja­rzyć dzie­dzica korony z małą Cata­liną i jako pierwsi, w 1487 roku, zapro­po­no­wali kró­lowi Anglii rękę księż­niczki dla liczą­cego sobie wów­czas zale­d­wie pół roku Artura. Ponie­waż angiel­ski dwór zapa­try­wał się na pro­jekt mariażu z wiel­kim entu­zja­zmem, posta­no­wiono przejść do kon­kre­tów, powie­rza­jąc nego­cja­cje ówcze­snemu, a zara­zem pierw­szemu w histo­rii, amba­sa­do­rowi Hisz­pa­nii w Anglii, dok­to­rowi Rodri­gowi Gonzálezowi de la Puebli, który przy­stą­pił do dzia­ła­nia w maju 1488 roku. Sojusz Hen­ryka i Fer­dy­nanda był wymie­rzony prze­ciwko Fran­cji zmie­rza­ją­cej do domi­na­cji na kon­ty­nen­cie, Tudor zaś widział w nim także szansę na osta­teczne uniesz­ko­dli­wie­nie Plan­ta­ge­ne­tów, szu­ka­ją­cych sojusz­ni­ków w sta­ra­niach o odzy­ska­nie tronu wła­śnie na Pół­wy­spie Ibe­ryj­skim.

Osoba Iza­beli Kasty­lij­skiej, udziel­nej wład­czyni cie­szą­cej się takimi samymi pra­wami jak jej mał­żo­nek i opro­mie­nio­nej sławą pogrom­czyni Mau­rów, nie­wąt­pli­wie budziła podziw w całej Euro­pie, w tym także na dwo­rze Tudo­rów. Elż­bieta York, nosząca wpraw­dzie dumny tytuł kró­lo­wej, ale będąca jedy­nie kró­lew­ską mał­żonką, nie­mal w każ­dym liście do przy­szłej teścio­wej swego star­szego syna powo­ły­wała się na "zna­ko­mite dosto­jeń­stwo i cnotę, czym Wasza Wyso­kość tak jaśnieje i tak się wyróż­nia, aż twe sławne imię wszę­dzie roz­cho­dzi się i roz­brzmiewa"4. Adre­satka owych słów wcale nie zamie­rzała im zaprze­czać, gdyż była świę­cie prze­ko­nana o ich słusz­no­ści. Z całą pew­no­ścią bowiem sto­czona w prze­szło­ści walka o suk­ce­sję kasty­lij­ską wywarła wpływ na oso­bo­wość Iza­beli, a zwłasz­cza na jej poglądy doty­czące istoty i upraw­nień wła­dzy kró­lew­skiej. Zdo­byte wów­czas doświad­cze­nia wyro­biły w niej prze­ko­na­nie, że wła­dza monar­sza pocho­dzi od Boga, dla­tego kró­lo­wie powinni być posłuszni jedy­nie woli Stwórcy. Wbrew pozo­rom takie poj­mo­wa­nie kró­lew­skiej wła­dzy było też zwią­zane z jej płcią. Pamię­tajmy, że ta ambitna i nie­by­wale aktywna wład­czyni żyła w śre­dnio­wie­czu, a więc w okre­sie, kiedy miej­scem kobiety był dom, a jedy­nym, czego od niej ocze­ki­wano, było uro­dze­nie gro­madki zdro­wych dzieci, naj­le­piej synów. Wywo­dząc swą wła­dzę od Boga, młoda kró­lowa znaj­do­wała zna­ko­mite uza­sad­nie­nie swych śmia­łych i zapewne dla nie­któ­rych szo­ku­ją­cych poczy­nań. Skoro za każdą decy­zją wład­czyni stał Bóg, jej pod­dani musieli bez szem­ra­nia pogo­dzić się z wła­dzą spra­wo­waną przez kobietę. W owym mnie­ma­niu utwier­dziły ją także suk­cesy w wal­kach z Mau­rami, jak rów­nież tytuł przy­znany parze kró­lew­skiej przez papieża.

Takie prze­ko­na­nie wpa­jała też wszyst­kim swoim dzie­ciom, dla­tego Kata­rzyna dora­stała w prze­ko­na­niu o wyż­szo­ści księż­niczki krwi nad malucz­kimi. Z rodzin­nego domu wynio­sła też obraz zgod­nej rodziny kró­lew­skiej, w któ­rej mał­żon­ko­wie współ­pra­cują na polu poli­tyki i wspie­rają się w nie­ła­twej sztuce rzą­dze­nia pań­stwem. Matka wpo­iła jej także głę­boką wiarę w boski cha­rak­ter wszyst­kich mał­żeństw, jak rów­nież prze­ko­na­nie, że to Bóg zsyła ludziom mężów i żony, a kobieta, wcho­dząc w zwią­zek mał­żeń­ski, nawet jeżeli ma prawa do tronu, auto­ma­tycz­nie pod­lega mężowi, z któ­rym jest zwią­zana nie­ro­ze­rwal­nym węzłem mał­żeń­skim do końca życia. Wierne naukom matki dwie córki Iza­beli, Joanna i Kata­rzyna, będą potem trwać przy swo­ich mężach, któ­rych, jak wie­rzyły, poślu­biły nie tylko z powo­dów poli­tycz­nych czy kie­ru­jąc się racją stanu, ale przede wszyst­kim - z woli Boga. Pobożna do bólu Iza­bela, podob­nie jak więk­szość ówcze­snych żon, z iście sto­ic­kim spo­ko­jem tole­ro­wała mężow­ską nie­wier­ność, bo Fer­dy­nand, mimo że darzył mał­żonkę sil­nym uczu­ciem, był nie­by­wale czuły na wdzięki nie­wie­ście. Dosko­nale wie­działa, że monar­cha prę­dzej czy póź­niej znu­dzi się nawet naj­pięk­niej­szą kochanką i potul­nie do niej wróci, miała też świa­do­mość, że żadna z nich, choćby wywo­dziła się z naj­moż­niej­szego rodu, nie ma naj­mniej­szych szans, by zostać żoną władcy. Taka ewen­tu­al­ność nie mie­ściła się rów­nież w gło­wach córek kró­lew­skiej pary.

Możemy przy­pusz­czać, że Iza­bela zapewne była matką dość surową i wyma­ga­jącą. Z całą pew­no­ścią wielką miło­ścią darzyła syna, uwiel­bia­nego także przez sio­stry, z któ­rym wią­zała wiel­kie plany na przy­szłość. Wia­domo, że była też bar­dzo zżyta z naj­młod­szą córką Kata­rzyną. Naj­bar­dziej skon­flik­to­wana była nato­miast z Joanną, a powo­dem bez­u­stan­nych kłótni mię­dzy matką a córką stała się zapewne neu­ro­tyczna nad­wraż­li­wość Joanny, odzie­dzi­czona zresztą, podob­nie jak imię, po jej babce po kądzieli. Zarówno Iza­bela, jak i jej mąż dokła­dali wszel­kich sta­rań, by nale­ży­cie wycho­wać swoje potom­stwo. Korzy­stali przy tym z pomocy wycho­waw­ców i licz­nych nauczy­cieli, dzięki któ­rym ich córki i syn wła­dali kil­koma języ­kami, w tym rów­nież łaciną, mimo że Iza­bela nie miała talentu do nauki języ­ków obcych i ponoć ni­gdy nie opa­no­wała języka Hora­cego. Duży nacisk kła­dziono też na przy­go­to­wa­nie kró­lew­skich dzieci do ewen­tu­al­nych rzą­dów, jak rów­nież na ety­kietę obo­wią­zu­jącą na ówcze­snych dwo­rach. Trze­cie z kolei dziecko Iza­beli i Fer­dy­nanda, córka Joanna, sły­nęło z uzdol­nień muzycz­nych i nad­zwy­czaj­nych umie­jęt­no­ści tanecz­nych, ale edu­ka­cja wszyst­kich dziew­cząt z rodziny kró­lew­skiej obej­mo­wała naukę muzyki, śpiewu i tańca. Wszyst­kie uczyły się także haftu, szy­cia i koron­kar­stwa.

Kata­rzyna żywiła wielki podziw i sza­cu­nek dla ojca, po któ­rym prze­jęła nie­uf­ność do Fran­cji, ze względu na poło­że­nie geo­gra­ficzne uwa­ża­nej przez Fer­dy­nanda za głów­nego nie­przy­ja­ciela Ara­go­nii. Ta wro­gość zawa­żyła także na wybo­rach mężów dla córek, przede wszyst­kim dla Joanny, którą w wieku szes­na­stu lat wydał za syna cesa­rza Mak­sy­mi­liana Habs­burga, arcy­księ­cia Filipa, a rok póź­niej oże­nił Jana, swo­jego jedy­nego syna i następcę tronu, z arcy­księż­niczką Mał­go­rzatą. Naj­star­szą córkę, Iza­belę, wypra­wił nato­miast do sąsied­niej Por­tu­ga­lii, gdzie w 1490 roku poślu­biła kuzyna, infanta Alfonsa Por­tu­gal­skiego, następcę tronu. Nie­stety, parze nie było pisane dłu­gie i szczę­śliwe poży­cie mał­żeń­skie, gdyż kilka mie­sięcy po ślu­bie Alfons zmarł w wyniku poważ­nych obra­żeń, któ­rych doznał na sku­tek upadku z konia. Zale­d­wie sześć lat póź­niej Iza­bela ponow­nie sta­nęła na ślub­nym kobiercu, za sprawą swo­jego ojca poślu­bia­jąc bra­tanka ówcze­snego władcy Por­tu­ga­lii, Manu­ela I Szczę­śli­wego. Przy­do­mek, który mu nadano, z całą pew­no­ścią jed­nak nie odno­sił się do jego mał­żeń­stwa z księż­niczką kasty­lij­ską, Iza­bela zmarła bowiem zale­d­wie rok po ślu­bie na sku­tek kom­pli­ka­cji po uro­dze­niu syna, Migu­ela da Paz, który żył tylko dwa lata. W 1500 roku jej miej­sce u boku Manu­ela zajęła młod­sza od Iza­beli o dwa­na­ście lat jej sio­stra Maria, która obda­rzyła swego mał­żonka aż ośmior­giem dzieci, w tym także następcą tronu.

Anglia, pań­stwo, które sta­tus impe­rium zyskało dużo póź­niej, nie była atrak­cyj­nym sojusz­ni­kiem i nie mogła się rów­nać ani z Hisz­pa­nią Ara­go­nów, ani z cesar­stwem Habs­bur­gów, ani z Fran­cją. Była kra­jem dość słabo zalud­nio­nym - jej lud­ność, wli­cza­jąc miesz­kań­ców Walii, nie prze­kra­czała dwóch i pół miliona, pod­czas gdy Kasty­lię i Ara­go­nię, któ­rymi wła­dali Kró­lo­wie Kato­liccy, zamiesz­ki­wało sie­dem i pół miliona, a król Fran­cji mógł się pochwa­lić aż pięt­na­stoma milio­nami pod­da­nych. Jedy­nym, acz­kol­wiek waż­kim atu­tem w ręku Tudora były angiel­skie porty, z któ­rych musieli korzy­stać zmie­rza­jący do Nider­lan­dów kupcy hisz­pań­scy, porty fran­cu­skie bowiem z powodu napię­tych sto­sun­ków mię­dzy Fran­cją a ich ojczy­zną były dla nich wów­czas zamknięte. Sporną kwe­stią w sto­sun­kach z Fran­cją były rosz­cze­nia angiel­skich kró­lów do korony fran­cu­skiej, które przed laty dopro­wa­dziły do wybu­chu wojny stu­let­niej. Angiel­scy władcy, mimo prze­gra­nej, poczy­na­jąc od króla Hen­ryka VI Lan­ca­stera, tytu­ło­wali się kró­lami Fran­cji. Fer­dy­nand musiał sobie zda­wać sprawę, że w przy­padku ewen­tu­al­nego kon­fliktu zbroj­nego z Fran­cją Anglicy powinni sta­nąć po jego stro­nie.

Mimo wszystko Król Kato­licki nie pałał entu­zja­zmem do mał­żeń­stwa swo­jej córki z Tudo­rem. Jak mówił, nie jest zachwy­cony per­spek­tywą jej wej­ścia do "rodziny, która lada dzień może zostać prze­pę­dzona z Anglii"5. I było w tym sporo racji, Hen­ryk VII bowiem nie sie­dział zbyt pew­nie na tro­nie, cho­ciaż jego pozy­cję z pew­no­ścią umoc­niły naro­dziny syna Artura, któ­rego docze­kał się z Elż­bietą York. Chło­piec nazy­wany "krze­wem róża­nym Anglii" cho­wał się zaska­ku­jąco zdrowo, co może być argu­men­tem prze­ciw tezie, jakoby był wcze­śnia­kiem, ale też jej nie wyklu­cza. Był ład­nym dziec­kiem o blond wło­sach, nie spra­wiał pro­ble­mów wycho­waw­com i budził powszechny podziw manie­rami. Nic zatem dziw­nego, że był oczkiem w gło­wie kró­lew­skiego taty. Kiedy pod­rósł na tyle, by mógł peł­nić dwor­skie funk­cje, które powie­rzył mu ojciec, wywią­zy­wał się z nich nale­ży­cie, zapo­wia­da­jąc się na dobrego władcę. Bez wąt­pie­nia pozy­cję Hen­ryka VII na tro­nie umoc­niły naro­dziny jego dru­giego syna, a trze­ciego z kolei dziecka, księ­cia Hen­ryka, ale mimo wszystko monar­cha czuł się dość zagro­żony, co rusz bowiem poja­wiał się jakiś pre­ten­dent, który powo­ły­wał się na rze­czy­wi­ste lub uro­jone prawa do tronu, na przy­kład uda­jąc zagi­nio­nego w dzie­ciń­stwie Edwarda V. Każdy z nich gro­ma­dził wokół sie­bie licz­nych zwo­len­ni­ków, dopro­wa­dza­jąc do zamie­szek i fer­mentu w pań­stwie.

Hen­ryk jakoś sobie z tym radził, ale sytu­acja mogła ulec zmia­nie, gdyby któ­re­muś z kolej­nych pre­ten­den­tów udało się zdo­być pomoc z zagra­nicy. Monar­cha także zra­ził do sie­bie wielu swo­ich wcze­śniej­szych zwo­len­ni­ków, cho­ciażby dla­tego, że wolał rzą­dzić przy pomocy legi­stów i duchow­nych, nie powo­łu­jąc na wyso­kie urzędy przed­sta­wi­cieli angiel­skiej ary­sto­kra­cji. Czy­nił tak z dość oczy­wi­stego powodu - pra­cu­ją­cych dla niego dostoj­ni­ków kościel­nych mógł nagra­dzać wyłącz­nie tytu­łami i biskup­stwami, które i tak for­mal­nie były wła­sno­ścią Kościoła, a on jako władca mógł nimi dowol­nie dys­po­no­wać, nie uszczu­pla­jąc przy tym wła­snych wło­ści. Nastro­jów nie popra­wiały także inne jego posu­nię­cia, jak cho­ciażby zaka­za­nie boga­tej ary­sto­kra­cji posia­da­nia wła­snej armii, a wszy­scy, któ­rzy nie sto­so­wali się do tego, zostali obcią­żeni wyso­kimi podat­kami. Jego dwaj poborcy podat­kowi, wywo­dzący się zresztą z nizin spo­łecz­nych i bar­dzo lojalni wobec monar­chy, wywią­zy­wali się skru­pu­lat­nie z obo­wiązku pobie­ra­nia podat­ków, sys­te­ma­tycz­nie zasi­la­jąc kró­lew­ski skar­biec, zie­jący pustką po zakoń­czo­nej woj­nie Dwóch Róż. Osta­tecz­nie jed­nak Fer­dy­nand pozbył się wszel­kich obiek­cji i wąt­pli­wo­ści, godząc się wydać Cata­linę za Artura.

Pod­pi­sa­nie przed­mał­żeń­skiej umowy nie ozna­czało jesz­cze mał­żeń­stwa, czego dowo­dzi przy­kład Marii Bur­gundz­kiej, która była zarę­czona aż sie­dem razy z sied­mioma róż­nymi męż­czy­znami, by osta­tecz­nie poślu­bić ósmego - Mak­sy­mi­liana Austriac­kiego. Ale Kata­rzyna od dziecka była prze­ko­nana, że kiedy osią­gnie sto­sowny wiek, zosta­nie żoną Artura. Zapo­zna­wano ją z legen­dami o królu Artu­rze i jego rycer­zach, bo w boga­tych zbio­rach kró­lo­wej Iza­beli znaj­do­wało się hisz­pań­skie tłu­ma­cze­nie tych opo­wie­ści, ale zazna­ja­miano ją także z histo­rią monar­chii angiel­skiej, w tym rów­nież z barw­nymi przy­go­dami Jana z Gan­dawy, pra­dziadka jej przy­szłego mał­żonka. W 1497 roku sprawy przy­brały poważ­niej­szy obrót: dwu­na­sto­let­nia infantka upo­waż­niła Rodriga Gonzáleza de Pueblo do roz­po­czę­cia roko­wań zarę­czy­no­wych w jej imie­niu. Amba­sa­dor spi­sał się na tyle dobrze, że w sierp­niu tego samego roku w Wood­stock odbyły się uro­czy­ste zarę­czyny pary, pod­czas któ­rych Kata­rzynę zastę­po­wał Pueblo. Od tej pory dziew­czynkę okre­ślano księżną Walii, tytu­łem przy­na­leż­nym żonom następcy angiel­skiego tronu, a król Hen­ryk VII w listach do jej rodzi­ców nazy­wał ją "ich wspólną córką". Rów­nież Artur słał do niej listy pisane po łaci­nie, w tym samym języku odpo­wia­dała mu narze­czona. Ze strony księ­cia owe listy pełne były czu­ło­ści, cho­ciaż ni­gdy nie widział przy­szłej mał­żonki.

Za pióro chwy­ciły też przy­szła teściowa Kata­rzyny, jak rów­nież babka jej męża po mie­czu Mał­go­rzata Beau­fort, cie­sząca się silną pozy­cją na dwo­rze syna, obie bowiem czuły się w obo­wiązku wspo­móc przy­szłą kró­lową w jej przy­go­to­wa­niach do życia w nowej ojczyź­nie. Mał­go­rzata nale­gała, by dziew­czyna uczyła się kon­wer­sa­cji w języku fran­cu­skim, aby mogła się poro­zu­mieć z człon­kami nowej rodziny, obie panie wysy­łały jej też kolejne instruk­cje na temat życia na angiel­skim dwo­rze. Elż­bieta nale­gała, by Kata­rzynę przy­zwy­czaić do picia wina, gdyż woda w Anglii "nie nadaje się do picia, a nawet gdyby się nada­wała, tutej­szy kli­mat by na to nie pozwo­lił"6. Zasta­na­wia­jące jest nato­miast, dla­czego nie zadbano o naucze­nie przy­szłej księż­nej Walii języka jej męża i jego pod­da­nych ani nie zapo­znano z ety­kietą obo­wią­zu­jącą na tam­tej­szym dwo­rze. Jak się miało oka­zać, było to poważne nie­do­pa­trze­nie.

W 1490 roku Artur otrzy­mał tytuł księ­cia Walii, przy­na­leżny wszyst­kim następ­com tronu Anglii. Wciąż żywa w monar­chii bry­tyj­skiej tra­dy­cja nada­wa­nia następ­com tronu tytułu księ­cia Walii została zapo­cząt­ko­wana w 1301 roku przez króla Edwarda I, obda­rzo­nego oso­bli­wym przy­dom­kiem Dłu­go­nogi, który pra­gnął w ten spo­sób pod­kre­ślić powią­za­nie Walii z koroną. Jeżeli wie­rzyć legen­dzie, kiedy Walij­czycy oble­gali angiel­skiego króla na zamku Caer­nar­fon, u jego żony zaczęły się bóle poro­dowe. Aby pozy­skać przy­chyl­ność roz­sier­dzo­nych i nie­chęt­nych jego pano­wa­niu miesz­kań­ców Walii, monar­cha przy­rzekł im, że da im władcę, który uro­dzi się na ich ziemi i nie będzie wła­dał ani angiel­skim, ani fran­cu­skim, będą­cym wów­czas ofi­cjal­nym języ­kiem na dwo­rze Plan­ta­ge­ne­tów, dyna­stii, z któ­rej wywo­dził się Edward. Dotrzy­ma­nie owej obiet­nicy nie­wiele go kosz­to­wało, gdyż 25 kwiet­nia 1294 roku jego mał­żonka powiła zdro­wego chłopca, wtedy sprytny król wziął syna w ramiona, wspiął się na mury zamku, poka­zał dziecko oble­ga­ją­cym, rado­śnie krzy­cząc w ich stronę: "Oto wasz książę Walii!". Nowo naro­dzone dziecko rze­czy­wi­ście uro­dziło się w Walii i jako nowo­ro­dek nie wła­dało jesz­cze ani angiel­skim, ani fran­cu­skim, walij­skim zresztą też nie. Osta­teczna decy­zja o przy­zna­niu ksią­żę­cego tytułu małemu Edwar­dowi, bo malec odzie­dzi­czył imię po ojcu, została potwier­dzona przez par­la­ment w Lin­coln 7 lutego 1301 roku, i odtąd każdy następca tronu Anglii tytu­łuje się księ­ciem Walii.

Artur Tudor, objąw­szy wła­dzę w Walii, prze­niósł się wraz ze swym dwo­rem do zamku w Ludlow. Tam też, pod okiem sta­ran­nie wybra­nych guwer­ne­rów i nauczy­cieli, pobie­rał nauki. Jego pro­gram naucza­nia obej­mo­wał nie tylko histo­rię, lite­ra­turę, nauki kla­syczne czy reto­rykę, ale rów­nież łucz­nic­two i taniec. W Ludlow zamiesz­ka­łaby także Kata­rzyna po uro­czy­stej cere­mo­nii zaślu­bin, która miała się odbyć w Lon­dy­nie. Na mocy trak­tatu z Medina del Campo, pod­pi­sa­nego przez Iza­belę i jej męża w marcu 1489 roku i raty­fi­ko­wa­nego przez Tudora w następ­nym roku, ure­gu­lo­wano kwe­stię posagu Kata­rzyny, jak rów­nież jej wiana, czyli zabez­pie­cze­nia posagu, który po ślu­bie prze­cho­dził na wła­sność męża. 19 maja 1499 roku w przy­pa­da­jące wów­czas Zie­lone Świątki odbył się ślub per pro­cura Artura i hisz­pań­skiej księż­niczki, która wciąż prze­by­wała w rodzin­nym domu, dla­tego w roli Ara­gonki wystą­pił ponow­nie hisz­pań­ski amba­sa­dor. Zanim doszło do cere­mo­nii, angiel­ski dwór uzy­skał papie­ską dys­pensę, gdyż pan młody nie był peł­no­letni, nie ukoń­czył jesz­cze czter­na­stego roku życia. Mał­żeń­stwo zostało zawarte, nawet odbyły się ofi­cjalne pokła­dziny, pole­ga­jące na tym, że de Pueblo sym­bo­licz­nie wsu­nął nogę w łoże mał­żeń­skie, ale cere­mo­nia miała być powtó­rzona, tym razem z więk­szą pompą, gdy Kata­rzyna przy­bę­dzie do Anglii.

Zanim Iza­bela i Fer­dy­nand zde­cy­do­wali się wysłać córkę za morze, zadbali o pozby­cie się poten­cjal­nego kon­ku­renta do tronu Anglii, Edwarda Plan­ta­ge­neta, hra­biego War­wick. Nie­szczę­śnik, wyka­zu­jący ewi­dentne oznaki cho­roby umy­sło­wej, od czter­na­stu lat był uwię­ziony w Tower, gdzie tra­fił jako dzie­się­cio­letni chłop­czyk, i nikomu nie zagra­żał. Miał jed­nak jako Plan­ta­ge­net oraz bra­ta­nek dwóch kolej­nych wład­ców z dyna­stii York dość mocne prawa do korony. A to wystar­czyło, by w oczach kró­lów kasty­lij­skich sta­no­wił nie­bez­pie­czeń­stwo dla dzie­dzic­twa Artura i jego potom­stwa z Kata­rzyną. I prawdę mówiąc, mieli sporo racji, gdyż hra­bia War­wick wpraw­dzie był nie­szko­dliwy, ale mógł się stać mario­netką w rękach prze­ciw­ni­ków Tudo­rów, a tych na Wyspach nie bra­ko­wało. W efek­cie Fer­dy­nand i Iza­bela wymo­gli na Hen­ryku egze­ku­cję nie­szczę­śnika, który zakoń­czył swą smętną egzy­sten­cję 28 listo­pada 1499 roku, odda­jąc głowę katu. Pueblo z rado­ścią dono­sił Iza­beli i Fer­dy­nandowi, że w Anglii "nie ma już ani jed­nej wąt­pli­wej krwi kró­lew­skiej"7, co nie do końca odpo­wia­dało praw­dzie.

W 1500 roku usta­lono, że Kata­rzyna wyje­dzie do Anglii bez­zwłocz­nie po swo­ich szes­na­stych uro­dzi­nach. Możemy przy­pusz­czać, że ostat­nie trzy lata spę­dzone w rodzin­nym domu nie były szczę­śliwe ani dla samej infantki, ani dla jej rodzi­ców. Na rodzinę Iza­beli i Fer­dy­nanda spa­dły bowiem liczne nie­szczę­ścia: 4 paź­dzier­nika 1497 roku jedyny syn kró­lew­skiej pary, książę Jan, od kwiet­nia żonaty z córką cesa­rza Mak­sy­mi­liana Mał­go­rzatą, zmarł nagle po krót­kiej cho­ro­bie. Dla czter­dzie­sto­sze­ścio­let­niej Iza­beli jego odej­ście było wielką tra­ge­dią i ni­gdy już nie podźwi­gnęła się po tym cio­sie, zwłasz­cza że wkrótce spadł na nią kolejny - zgon naj­star­szej córki, Iza­beli. Dwa lata póź­niej zmarł wnuk kró­lo­wej, jedyny syn zmar­łej Iza­beli, Miguel, który w pla­nach dziad­ków, jako król Por­tu­ga­lii i Hisz­pa­nii, miał w przy­szło­ści zjed­no­czyć cały Pół­wy­sep Ibe­ryj­ski. Pewną pocie­chę mogła sta­no­wić wieść o naro­dzi­nach 24 lutego 1500 roku arcy­księ­cia Karola, naj­star­szego syna kolej­nej pod wzglę­dem star­szeń­stwa córki Kró­lów Kato­lic­kich, Joanny. Zarówno Fer­dy­nand, jak i Iza­bela byli świa­domi, że to wła­śnie on jako pra­wo­wity następca zasią­dzie na tro­nie zjed­no­czo­nej Hisz­pa­nii, która w ten spo­sób przej­dzie pod pano­wa­nie Habs­bur­gów. Ambitne plany dyna­styczne pary kró­lew­skiej legły zatem w gru­zach. Zroz­pa­czona Iza­bela, przy­bita serią zgo­nów w naj­bliż­szej rodzi­nie, nie chciała roz­sta­wać się ze swoją naj­młod­szą lato­ro­ślą, dla­tego robiła, co mogła, by zatrzy­mać ją przy sobie jak naj­dłu­żej, z tego względu wyjazd Kata­rzyny kil­ka­krot­nie prze­kła­dano. Osta­tecz­nie jed­nak wład­czyni, pra­gnąca tronu Anglii dla swo­jej córki, wygrała z kocha­jącą matką i narze­czona, a w zasa­dzie żona Artura, 24 czerwca 1501 roku wyru­szyła w drogę ku swemu prze­zna­cze­niu.

Na obcej ziemi

Kata­rzyna dotarła do La Coru?i dopiero 17 sierp­nia, gdzie zgod­nie z pla­nem miała wsiąść na sta­tek pły­nący do Anglii. Księż­niczka w dro­dze do portu odwie­dziła sank­tu­arium św. Jakuba w San­tiago de Com­po­stela. Nie­stety, po wypły­nię­ciu z portu sztorm sza­le­jący wów­czas w Zatoce Biskaj­skiej zepchnął flotę hisz­pań­ską z powro­tem ku lądowi. Okręty omal nie zato­nęły i za cud uznano bez­pieczne dopły­nię­cie stat­ków do portu Laredo w pobliżu Bil­bao, skąd wyru­szono ponow­nie w morze dopiero 27 wrze­śnia, kie­ru­jąc się do Southamp­ton, cie­szą­cego się zasłu­żoną opi­nią naj­bez­piecz­niej­szego portu w Anglii. Oka­zało się jed­nak, że sztorm sza­le­jący w Zatoce Biskaj­skiej nie był ostat­nią prze­szkodą, jaka cze­kała podróż­ni­ków: po wpły­nię­ciu do kanału La Man­che statki musiały się zma­gać z sil­nym wia­trem i burzami, a pasa­że­ro­wie modlili się o prze­ży­cie. Te wyda­rze­nia spra­wiły, że flota wio­ząca Kata­rzynę dopiero 2 paź­dzier­nika dobiła do naj­bliż­szego portu w Anglii - Ply­mo­uth.

Księż­niczka Kata­rzyna pierw­sze kroki po zej­ściu na ląd skie­ro­wała do naj­bliż­szego kościoła, by podzię­ko­wać Bogu za bez­pieczne dotar­cie do celu. Jeden z Hisz­pa­nów, który wcho­dził w skład towa­rzy­szą­cej jej świty, zauwa­żył w liście pisa­nym do domu: "Trzeba mieć nadzieję, że Bóg daje jej wszyst­kie te zie­mie w posia­da­nie na czas dość długi, by mogła nacie­szyć się życiem i wydać na świat następ­ców tronu"8. Nie­stety, czas poka­zał, że były to tylko pobożne życze­nia.

Obser­wu­jąc jed­nak entu­zjazm pod­da­nych Henry-ka VII na widok narze­czo­nej księ­cia Walii, można było odnieść wra­że­nie, że przed księż­niczką rysuje się świe­tlana przy­szłość, jak donie­siono bowiem w liście do kró­lo­wej Iza­beli: "Nie mogłaby się spo­tkać z rado­śniej­szym przy­ję­ciem, choćby była samym Zba­wi­cie­lem"9. A prze­cież miesz­kańcy Ply­mo­uth zacho­wali się spon­ta­nicz­nie, bo flota wio­ząca Kata­rzynę miała przy­bić do odle­głego o dwie­ście kilo­me­trów w linii pro­stej portu Southamp­ton. W Ply­mo­uth nie było też przy­go­to­wa­nej dla niej sie­dziby, zamor­ska księż­niczka zatrzy­mała się więc w domu pew­nego "zacnego" i jak się można domy­ślić, zamoż­nego kupca, któ­rego domo­stwo odpo­wia­dało wymo­gom przy­szłej żony następcy tronu.

Nie były to wszyst­kie pro­blemy, z któ­rymi musiał się zmie­rzyć angiel­ski dwór: przed­sta­wi­ciele monar­chy cze­kali prze­cież na księż­niczkę w zupeł­nie innym miej­scu, a mister­nie uło­żone plany jej powi­ta­nia trzeba było zmie­nić, i to w iście eks­pre­so­wym tem­pie. Ze względu na sporą odle­głość dzie­lącą Ply­mo­uth i Southamp­ton usta­lono, że Kata­rzyna wyru­szy w drogę, podob­nie uczyni dele­ga­cja Hen­ryka VII, i spo­tkają się w leżą­cym mniej wię­cej w poło­wie drogi Exe­ter. W tym celu do Ply­mo­uth wysłano wraz z eskortą sto­sun­kowo skromną lek­tykę dla Kata­rzyny oraz dwa­na­ście ruma­ków dla towa­rzy­szą­cych jej dam dworu. W Exe­ter cze­kał na nią wysłan­nik kró­lew­ski, lord Wil­lo­ughby de Broke, jeden z naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków, a zara­zem naj­bar­dziej zaufany przy­ja­ciel angiel­skiego monar­chy. Potem orszak wyru­szył w stronę Lon­dynu, gdzie miała się odbyć ofi­cjalna cere­mo­nia powi­ta­nia przy­szłej mał­żonki księ­cia Walii.

Bez wąt­pie­nia Kata­rzyna prze­żyła swo­isty szok już w momen­cie pierw­szego zetknię­cia się z dwo­rza­nami króla. Wpraw­dzie jej rodzice byli znacz­nie potęż­niej­szymi wład­cami niż jej przy­szły teść, ale na ich dwo­rze nie było sztyw­nej i sfor­ma­li­zo­wa­nej ety­kiety ani roz­bu­do­wa­nego pro­to­kołu dwor­skiego (w przy­szło­ści, kiedy wła­dzę w Hisz­pa­nii przejmą Habs­bur­go­wie, to się zmieni). Ale w cza­sach Kata­rzyny i Hen­ryka to wła­śnie angiel­ski dwór sły­nął ze sztyw­nej ety­kiety i pom­pa­tycz­nych cere­mo­nia­łów, co dało się odczuć już pod­czas podróży, która musiała prze­bie­gać zgod­nie z usta­lo­nym har­mo­no­gra­mem, nie było więc miej­sca na nie­pla­no­wane, przy­pad­kowe postoje czy popasy.

A jed­nak doszło do wyłomu, król bowiem posta­no­wił zoba­czyć synową, zanim orszak zawita do Lon­dynu, dla­tego wraz z księ­ciem Artu­rem, który przy­był ze swego walij­skiego księ­stwa, wybrał się do Dogmers­field, gdzie orszak Kata­rzyny zatrzy­mał się na noc­leg. Dowie­dziaw­szy się o tym, ara­goń­ska księż­niczka sta­now­czo zapro­te­sto­wała, powo­łu­jąc się na zale­ce­nia ojca, który kate­go­rycz­nie zaka­zał jej jakich­kol­wiek spo­tkań z przy­szłym mężem i jego rodziną aż do dnia uro­czy­stych zaślu­bin. Jak można się domy­ślić, Hen­ryk nie miał zamiaru tole­ro­wać zale­ceń obcego monar­chy, dla­tego oświad­czył Kata­rzy­nie, że skoro "zawę­dro­wała już tak daleko w głąb jego kró­le­stwa", to pod­lega jego wła­dzy. Księż­niczka nie miała wyj­ścia, jak tylko ustą­pić, osta­tecz­nie więc naj­pierw spo­tkała się z Hen­rykiem, a dopiero potem, oczy­wi­ście pod czuj­nym okiem monar­chy, ze swoim narze­czo­nym. Nie wiemy, czy mło­dzi od razu przy­pa­dli sobie do gustu, ale nawet gdyby było ina­czej, to i tak byli ska­zani na wspólne życie. Możemy przy­pusz­czać, że Artur był zachwy­cony Kata­rzyną, podob­nie zresztą jak towa­rzy­szący mu dwo­rza­nie, bo hisz­pań­ska księż­niczka wyróż­niała się spo­śród swo­ich czar­no­wło­sych dwó­rek o ciem­nej cerze, a jej uroda wpi­sy­wała się w kanony piękna obo­wią­zu­jące na Wyspach. Dzięki pły­ną­cej w jej żyłach krwi angiel­skich przod­ków miała jasną cerę i włosy o lekko ruda­wym poły­sku. Była co prawda niską, ale szczu­płą dziew­czyną o zgrab­nej figu­rze.

Wpraw­dzie, głów­nie za sprawą króla Fran­cji Fran­ciszka I, w histo­rio­gra­fii i lite­ra­tu­rze upo­wszech­nił się pogląd, że kró­lowa Kata­rzyna Ara­goń­ska była brzydka, ale nie jest to zgodne z prawdą. Kiedy fran­cu­ski monar­cha wyra­ził swój nega­tywny osąd o jej uro­dzie, kró­lowa była już kobietą nie pierw­szej mło­do­ści, w dodatku wynisz­czoną przez ciąże i porody, o figu­rze i rysach twa­rzy znie­kształ­co­nych przez tuszę. Z zacho­wa­nych rela­cji z epoki wynika, że urodę odzie­dzi­czyła po matce, a Iza­beli nikt nie uwa­żał za brzydką, wręcz prze­ciw­nie. "Kró­lowa ta była śred­niego wzro­stu o dobrze uło­żo­nych i pro­por­cjo­nal­nych człon­kach, bar­dzo blada blon­dynka: jej oczy miały zie­lo­no­nie­bie­ski kolor, twarz miała śliczną i wesołą, spoj­rze­nie pełne wdzięku oraz szczere, rysy twa­rzy regu­larne"10 - odno­to­wał Her­nando del Pul­gar, nadworny kro­ni­karz Kró­lów Kato­lic­kich. O ile dzie­jo­pisa dzia­ła­ją­cego na dwo­rze Fer­dy­nanda i Iza­beli można posą­dzać o chęć przy­po­do­ba­nia się swo­jej chle­bo­daw­czyni, o tyle tego samego zarzutu nie można sta­wiać innemu kro­ni­karzowi, Alfon­sowi de Palen­cii, który nie lubił monar­chini i kry­ty­ko­wał ją przy każ­dej oka­zji. Także on, pisząc o kró­lo­wej w 1474 roku, przy­zna­wał, że żona Fer­dy­nanda jest kobietą "nie­zwy­kłej urody".

O uro­dzie mło­dej Kata­rzyny świad­czą nie tylko jej por­trety, cho­ciaż histo­rycy nie są pewni, czy naprawdę wid­nieje na nich naj­młod­sza córka Iza­beli, ale także rela­cje z epoki, w tym świa­dec­two dwu­dzie­sto­trzy­let­niego stu­denta towa­rzy­stwa praw­ni­czego Lin­coln's Inn sir Tho­masa More'a, który będąc świad­kiem powi­ta­nia Kata­rzyny w Lon­dy­nie, był przy­szłą kró­lową zachwy­cony. Napi­sał potem, że "posia­dała wszystko, co przy­daje urody nie­zwy­kle cza­ru­ją­cej mło­dej dziew­czy-nie", wyra­ża­jąc jed­no­cze­śnie nadzieję, że mał­żeń­stwo następcy tronu i hisz­pań­skiej księż­niczki "okaże się dla Anglii szczę­śli­wym zwia­stu­nem"11.

O ile Artur zapewne był zado­wo­lony z wyglądu swo­jej mał­żonki, o tyle Kata­rzyna mogła być nim roz­cza­ro­wana: książę był bowiem wątłym, nie­pew­nym sie­bie chłop­cem, niż­szym o pół głowy od swo­jej żony, która prze­cież też nie była wysoka. Tak przy­naj­mniej opi­suje go więk­szość bio­gra­fów i źró­deł z epoki, cho­ciaż część histo­ry­ków zaprze­cza temu, twier­dząc, że star­szy syn Hen­ryka VII był wyso­kim i szczu­płym mło­dzień­cem, bar­dzo podob­nym do ojca. Oglą­da­jąc zacho­wane por­trety star­szego z braci, nie możemy wpraw­dzie nic powie­dzieć na temat jego wzro­stu, ale możemy orzec, że wdał się w ojca i przod­ków po mie­czu, głów­nie Beau­for­tów, po któ­rych odzie­dzi­czył pocią­głą twarz, orli nos i głę­boko osa­dzone oczy.

Po spo­tka­niu, które zakoń­czyło się balem, towa­rzy­stwo się roz­je­chało: Kata­rzyna kon­ty­nu­owała podróż do sto­licy Anglii, król zaś wraz z synem udali się do Wind­soru. Po dro­dze przy­szłą kró­lową cze­kało jesz­cze spo­tka­nie z naj­bo­gat­szym ary­sto­kratą ówcze­snej Anglii księ­ciem Buc­kin­gham, któ­rego pocho­dze­nie pre­de­sty­no­wało go nawet do zasia­da­nia na tro­nie pań­stwa. Swoim bogac­twem i wystaw­nym spo­so­bem bycia hisz­pań­skiej księż­niczce musiał się koja­rzyć ze zna­nymi jej z ojczy­stego kraju hisz­pań­skimi gran­dami.

Cere­mo­nia powi­ta­nia księż­niczki z domu Ara­go­nów, jak rów­nież jej ślub z Artu­rem przy­go­to­wy­wano od 1499 roku, a więc jedy­nym zmar­twie­niem orga­ni­za­to­rów tych donio­słych wyda­rzeń była pogoda. Zna­jąc kaprysy i nie­prze­wi­dy­wal­ność angiel­skiej aury, usta­lono zatem, aby w przy­padku nagłego desz­czu uro­czy­sty wjazd mał­żonki księ­cia Walii prze­ło­żyć z 11 listo­pada na następny dzień albo pocze­kać, aż aura się poprawi. Pogoda na szczę­ście dopi­sała, oka­zało się jed­nak, że Kata­rzyna wpro­wa­dziła swoim zacho­wa­niem sporo zamie­sza­nia, nie zgo­dziła się bowiem na wjazd do mia­sta w lek­tyce, decy­du­jąc się, że zrobi to na mule, sie­dząc po dam­sku, ale ina­czej niż miały to w zwy­czaju Angielki, po pra­wej stro­nie. Zwie­rzę, na któ­rym wjeż­dżała do Lon­dynu, witana owa­cjami miesz­kań­ców mia­sta, było osio­dłane i przy­brane na hisz­pań­ską modłę. Mał­żonka następcy tronu przy­wdziała tra­dy­cyjny hisz­pań­ski strój, który jed­nak nie­zbyt przy­padł do gustu pod­da­nym jej teścia.

Kata­rzyna jechała uli­cami Lon­dynu w towa­rzy­stwie księ­cia Hen­ryka, młod­szego brata Artura, który wła­dał zarówno fran­cu­skim, jak i łaciną. Mię­dzy bajki należy jed­nak wło­żyć tezę, lan­so­waną zwłasz­cza przez nie­któ­rych pisa­rzy, jakoby Kata­rzy­nie zabiło moc­niej serce na widok szwa­gra, bo Hen­ryk był uro­czym chłop­cem z nie­na­gan­nymi manie­rami, ale miał dopiero dzie­sięć lat, w oczach hisz­pań­skiej księż­niczki był zatem dziec­kiem. Możemy jed­nak przy­pusz­czać, że tłu­ma­czył Kata­rzy­nie treść tek­stów wygła­sza­nych pod jej adre­sem przez akto­rów w trak­cie przed­sta­wień zor­ga­ni­zo­wa­nych na tra­sie prze­jazdu. Arty­ści (w owych cza­sach akto­rami byli wyłącz­nie męż­czyźni) wcie­la­jący się w rolę jej patronki św. Kata­rzyny czy też św. Urszuli, dekla­mo­wali tek­sty po angiel­sku, któ­rego to języka księż­niczka jesz­cze się nie nauczyła. Słu­chała więc Hen­ryka, który tłu­ma­czył je na fran­cu­ski, któ­rym oboje wła­dali, bądź na łacinę. Oglą­dała też naj­prze­róż­niej­sze ruchome machiny w rodzaju modelu księ­ży­co­wego cyklu.

Orszak, po krót­kiej prze­rwie przy kate­drze, w któ­rej Kata­rzyna modliła się przy gro­bie św. Erken­balda, pierw­szego biskupa Lon­dynu, dotarł w końcu do pałacu bisku­piego. Panna młoda miała tam miesz­kać nie tylko do dnia ślubu, wyzna­czo­nego na 14 listo­pada, ale i cały mio­dowy mie­siąc. Tam cze­kał ją jesz­cze jeden obo­wią­zek - spo­tka­nie z teściową, kró­lową Elż­bietą. Ponie­waż żona Hen­ryka VII od początku była przy­chyl­nie nasta­wiona do mariażu swego syna z Kata­rzyną, odbyło się ono w przy­ja­znej i miłej atmos­fe­rze.

Zgod­nie z uświę­coną tra­dy­cją wszyst­kie ważne uro­czy­sto­ści zwią­zane z panu­ją­cym monar­chą i człon­kami jego rodziny odby­wały się w opac­twie West­min­ster, tym razem jed­nak zde­cy­do­wano się na ślub w kate­drze św. Pawła. Przy­czyny tej decy­zji były pro­za­iczne - świą­ty­nia znaj­do­wała się w cen­trum naj­więk­szej poten­cjal­nej widowni w całym kraju, w dodatku można było tam sto­sun­kowo łatwo dojść nie­mal z każ­dej czę­ści mia­sta, a plac przed kate­drą mógł pomie­ścić ponad dzie­sięć tysięcy ludzi. Oczy­wi­ście nie wszy­scy weszli do wnę­trza kate­dry, ale mogli liczyć na obej­rze­nie pary przy­by­wa­ją­cej na cere­mo­nię i wyjeż­dża­ją­cej już jako mał­żeń­stwo. Żeby jed­nak zebrani w kościele mieli co oglą­dać, pośrodku głów­nej nawy świą­tyni usta­wiono spe­cjalną scenę, dzięki czemu cere­mo­nia była widoczna dla wszyst­kich. W dodatku pro­wa­dził na nią spe­cjalny pomost o dłu­go­ści 150 metrów, po któ­rym król Hen­ryk, odziany w piękne szaty z bia­łego aksa­mitu wyszy­wa­nego zło­tem, popro­wa­dził Kata­rzynę do cze­ka­ją­cego na nią Artura. Zaślu­biny odby­wały się na oczach zapro­szo­nych gości, w tym posłów zagra­nicz­nych dwo­rów i miej­sco­wych dostoj­ni­ków oraz dworu i pary monar­szej, a wzru­szona do głębi bab­cia pana mło­dego Mał­go­rzata Beau­fort roniła szczere łzy.

Czy­ta­jąc opisy i rela­cje doty­czące cere­mo­nii zaślu­bin Kata­rzyny i Artura, można współ­czuć pań­stwu mło­dym, trwała bowiem aż trzy godziny, a potem nastę­po­wała druga część - msza święta, która trwała nie­mal tyle samo. Z powodu tak dłu­gich uro­czy­sto­ści dla pań­stwa mło­dych przy­go­to­wano na wszelki wypa­dek prze­no­śne toa­lety - osobne kabiny z zasło­nami i dachem. Nato­miast już po mszy podano im w celu wzmoc­nie­nia nad­wą­tlo­nych sił wino z korze­niami. Po zakoń­cze­niu cere­mo­nii książę Hen­ryk podał ramię swo­jej bra­to­wej, by odpro­wa­dzić ją na przy­ję­cie weselne, a tym­cza­sem jego brat dopeł­niał wszyst­kich for­mal­no­ści zwią­za­nych z prze­ka­za­niem mał­żonce trze­ciej czę­ści docho­dów pły­ną­cych z Walii, Korn­wa­lii oraz Che­ster jako wiana.

Księżna Walii

Po ślu­bie Kata­rzyna auto­ma­tycz­nie stała się księżną Walii, wkra­cza­jąc w nowy etap swo­jego życia. Nic zatem dziw­nego, że pod­czas uczty wesel­nej to głów­nie na niej sku­piało się zain­te­re­so­wa­nie dworu i zapro­szo­nych na uro­czy­stość gości. Kiedy wybiła godzina sie­dem­na­sta, earl Oxfordu, pia­stu­jący jed­no­cze­śnie sta­no­wi­sko wiel­kiego szam­be­lana, a więc wyso­kiego urzęd­nika zaj­mu­ją­cego się orga­ni­za­cją i funk­cjo­no­wa­niem dworu monar­chy, wezwał grono wcze­śniej wybra­nych dam do przy­go­to­wa­nia mał­żeń­skiej łoż­nicy. Wśród nich pierw­sze skrzypce ode­grały guwer­nantki mło­dej pary - lady Elż­bieta Darcy oraz donna Elwira Manuel, awan­so­wana przed wyjaz­dem z ojczy­zny na pierw­szą damę dworu i pierw­szą damę sypialni Kata­rzyny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. A.F. Pol­lard, Hen­ryk VIII, War­szawa 1988, s. 128. [wróć]

2. Za: A. Licence, Sześć żon i wiele kocha­nek. Histo­rie kobiet Hen­ryka VIII, Kra­ków 2015, s. 27. [wróć]

3. Wojna Dwóch Róż (ang. The Wars of The Roses) - wojna domowa, a ści­ślej bio­rąc - cykl wojen trwa­ją­cych od 1455 do 1485 r. mię­dzy dwiema liniami dyna­stii Plan­ta­ge­ne­tów - Lan­ca­ste­rami i Yor­kami. Nazwa serii kon­flik­tów wzięła się od róż wid­nie­ją­cych w her­bach obu rodów: czer­wo­nej - Lan­ca­ste­rów i bia­łej - Yor­ków. Tudo­ro­wie, któ­rzy osta­tecz­nie odnie­śli zwy­cię­stwo i zasie­dli na tro­nie, byli spad­ko­bier­cami praw Lan­ca­ste­rów do korony. Ich pano­wa­nie trwało od 1485 do 1603 roku i zakoń­czyło się wraz ze śmier­cią Elż­biety I Tudor. [wróć]

4. Za: A. Fra­ser, Sześć żon Hen­ryka VIII, War­szawa 1996, s. 18. [wróć]

5. Za: tamże, s. 26. [wróć]

6. Za: tamże. [wróć]

7. Za: tamże, s. 27. [wróć]

8. Za: D. Star­key, Kró­lowe. Sześć żon Hen­ryka VIII, Poznań 2004, s. 61-62. [wróć]

9. Za: tamże, s. 62. [wróć]

10. Za: Maria Tudor, księżna Suf­folk czy Iza­bela Kato­licka? [na:] anne-boleyn.com [online], dostępne w inter­ne­cie: http://www.anne-boleyn.com/page/4/. [wróć]

11. Za: A. Licence, Sześć żon..., dz. cyt., s. 35. [wróć]