Wszystkie życia Heleny P - Danuta Noszczyńska

Kup ebooka

23.90 zł
19.83 zł (13,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Niby nic, a jednak sensacja

To wszyst­ko prze­cho­dzi ludz­kie po­ję­cie. I wszel­kie gra­ni­ce zdro­we­go roz­sąd­ku. Ba! Nie­zdro­we­go rów­nież, a na­wet naj­bar­dziej zwi­chro­wa­ne­go...

Wła­ści­wie nie wiem na­wet, jak za­cząć. Każ­de, na­wet naj­bar­dziej sta­ran­nie uło­żo­ne zda­nie, po krót­kiej chwi­li ist­nie­nia na mo­ni­to­rze mo­je­go lap­to­pa za­czy­na wy­glą­dać co naj­mniej ba­nal­nie. Tak wie­le zdań na­raz ci­śnie mi się na kla­wia­tu­rę, ale żad­ne­go wła­ści­we­go. Ta­kie­go, któ­re­go za­rów­no treść, jak i brzmie­nie mo­gły­by za­pew­nić o wy­jąt­ko­wo­ści za­czy­na­ją­cej się wła­śnie opo­wie­ści. Nie, nie "wy­jąt­ko­wo­ści". Cho­ler­ka, na­wet to jed­no sło­wo nie jest tu aku­rat­ne. Cho­dzi mi o to, że... A mo­że... "praw­dzi­wo­ści"? Nie, to sło­wo z ko­lei jest zbyt zo­bo­wią­zu­ją­ce. No bo jak mam prze­ko­nać ko­go­kol­wiek, by uwie­rzył w ca­łą tę hi­sto­rię, sko­ro ja sa­ma nie bar­dzo wiem, co o niej my­śleć? No, do­bra, więc spró­bu­ję ina­czej: cho­dzi mi o to, aby czy­tel­nik (tak jak ja), przy­naj­mniej za­ło­żył, że wie­rzy. I że­by w naj­bar­dziej sza­lo­nych mo­men­tach, za­miast od­są­dzać nas od czci i wia­ry (nas, czy­li mnie i He­le­nę) przy­jął, że wła­ści­wie to wszyst­ko mo­gło wy­da­rzyć się na­praw­dę... Bo ni­by cze­mu nie? Bo brzmi głu­pio, śmiesz­nie, nie­wia­ry­god­nie? Mo­że głu­pio. Nie­wia­ry­god­nie? Na pew­no. Ale ab­so­lut­nie nie śmiesz­nie. A w każ­dym ra­zie ab­so­lut­nie nie wte­dy, gdy spró­bu­je­my się po­sta­wić w sy­tu­acji mo­jej bo­ha­ter­ki. Oooo! Wów­czas by­ło­by strasz­nie. Tak strasz­nie, że ucho­waj nas Bo­że!

Po­za tym mam je­den słusz­ny i nie­pod­wa­żal­ny ar­gu­ment, prze­ma­wia­ją­cy za au­ten­tycz­no­ścią opi­sa­nych prze­ze mnie zda­rzeń (któ­rym sa­ma chwi­la­mi po­sił­ko­wa­łam się za­po­zna­jąc się z re­la­cją He­le­ny), a mia­no­wi­cie, że je­śli coś nie jest nie­moż­li­we, to zna­czy, że jest moż­li­we. I te­go się trzy­maj­my.

-

Pa­mię­tam, jak dwa la­ta te­mu na­tknę­łam się na in­for­ma­cję w ga­ze­cie o do­mnie­ma­nej śmier­ci pew­nej ak­tor­ki. Na­szej, pol­skiej, nie­gdy­siej­szej seks­bom­by, śmia­ło ko­rzy­sta­ją­cej przed ka­me­rą ze swych na­tu­ral­nych atu­tów. Przy­znam, że in­for­ma­cja ta wstrzą­snę­ła mną dość znacz­nie, a to z dwóch po­wo­dów: po pierw­sze, przy­po­mnia­łam so­bie wów­czas o ist­nie­niu owej gwiaz­dy, dzi­wiąc się jed­no­cze­śnie, że mo­głam ją tak do­kład­nie wy­ma­zać z pa­mię­ci. A prze­cież w cza­sach mo­jej mło­do­ści ża­den ki­no­wy hit nie mógł się obejść bez tej do­rod­nej dzie­woi o wiel­kich, błę­kit­nych oczach i twa­rzy smut­ne­go anio­ła.

Po dru­gie, wstrzą­snę­ły mną oko­licz­no­ści jej "do­mnie­ma­nej" śmier­ci, a wła­ści­wie... ofi­cjal­ny brak oko­licz­no­ści. Spra­wa drą­ży­ła mnie wi­dać dość moc­no, sko­ro wkle­pa­łam so­bie w Go­ogle na­zwi­sko gwiazd­ki, chcąc się cze­goś wię­cej o niej do­wie­dzieć. Re­asu­mu­jąc (fil­mo­gra­fię, ar­ty­ku­ły, a tak­że ko­men­ta­rze in­ter­nau­tów pod ar­ty­ku­ła­mi), moż­na wy­snuć wnio­sek, że jej burz­li­wa ka­rie­ra ak­tor­ska, któ­ra za­czę­ła się dla niej w wie­ku lat 15-tu, przy­pa­dła na ko­niec lat 80-tych i pierw­szą po­ło­wę 90-tych. Za­gra­ła po­nad czter­dzie­ści ról w fil­mach ki­no­wych i te­le­wi­zyj­nych, po czym cał­ko­wi­cie zni­kła z ży­cia pu­blicz­ne­go. Po­dob­no ka­rie­ra ją prze­ro­sła. Po­tem prze­ro­sło ją mał­żeń­stwo. Na ko­niec prze­ro­sło ją ży­cie. Je­dy­ną wier­ną i nie­od­stę­pu­ją­cą to­wa­rzysz­ką sta­ła się dla niej "cza­ro­dziej­ka go­rzał­ka" ...

Za­raz, jak to by­ło z tą "do­mnie­ma­ną śmier­cią"? Czy też "do­mnie­ma­ny­mi oko­licz­no­ścia­mi"? Zda­je się, że do­ko­na­ła ży­wo­ta w ja­kimś par­ku, a ze­szła na ser­ce, gdyż prze­sy­co­ny al­ko­ho­lem or­ga­nizm od­mó­wił po­słu­szeń­stwa. Nie po­ja­wił się nikt z ro­dzi­ny. Po­grzeb od­był się na koszt mia­sta, a o da­nych per­so­nal­nych zwłok za­świad­czy­li współ­bie­siad­ni­cy. Stąd ta "śmierć do­mnie­ma­na". Choć wła­ści­wie po­win­no być "do­mnie­ma­ne zwło­ki", ale to już by­ły opi­nie in­ter­nau­tów, bo nikt z na­ocz­nych świad­ków nie miał wąt­pli­wo­ści co do oso­by de­nat­ki.

To by­ło dwa la­ta te­mu. Wio­sną te­go ro­ku na­to­miast wy­bra­łam się z ko­le­żan­ką z pra­cy do mia­sta Ł. Po­je­cha­łam służ­bo­wo, lecz bar­dzo chęt­nie, bo mia­sto jest pięk­ne i bar­dzo "kli­ma­tycz­ne". Ko­rzy­sta­jąc z wio­sen­nej po­go­dy, pod­czas każ­dej z chwil wol­nych od za­jęć snu­ły­śmy się cud­ny­mi, za­byt­ko­wy­mi ulicz­ka­mi, na­pa­wa­jąc się uro­kiem ich nie­po­wta­rzal­nej ar­chi­tek­tu­ry. W cza­sie któ­re­goś z tych krót­kich spa­cer­ków do­zna­łam sil­ne­go, emo­cjo­nal­ne­go wstrzą­su: oto ni stąd, ni zo­wąd sta­nę­łam na­prze­ciw wiel­kie­go pla­ka­tu tu­tej­sze­go te­atru, pro­mu­ją­ce­go... "do­mnie­ma­ne zwło­ki" He­le­ny P.! Tak so­bie wów­czas z roz­pę­du po­my­śla­łam, choć w rze­czy­wi­sto­ści by­ło to zdję­cie jak naj­bar­dziej ży­wej i w peł­ni kra­sy ak­tor­ki! W do­dat­ku pod­pi­sa­ne jej imie­niem i na­zwi­skiem. Wszyst­ko się zga­dza­ło. Po­za, oczy­wi­ście, do­mnie­ma­nym sta­nem fi­zycz­nym.

A więc jed­nak - oznaj­mi­łam na głos, wska­zu­jąc na pla­kat. - Słu­chaj no, ja mu­szę do

te­go te­atru! - zwró­ci­łam się do ko­le­żan­ki spon­ta­nicz­nie.

Nie mo­żesz - od­par­ła ko­le­żan­ka z roz­wa­gą.

Cze­mu?

Bo za­raz wra­ca­my.

Fakt. Po krót­kiej prze­rwie mia­ło się od­być pod­su­mo­wa­nie na­szych za­jęć, z wy­szyn­kiem oraz wrę­cze­niem za­słu­żo­ne­go pa­pier­ka, a po­tem w au­to­kar i do do­mu. Nie by­ło cza­su na nic in­ne­go.

-

Ca­łą trzy­go­dzin­ną po­dróż z mia­sta Ł. do mo­je­go ro­dzin­ne­go spę­dzi­łam na go­rącz­ko­wych pró­bach lo­gicz­ne­go wy­ja­śnie­nia ca­łej tej sy­tu­acji. Dzię­ki te­mu od­zy­wa­łam się do ko­le­żan­ki z rzad­ka i pół­gęb­kiem, co ona so­bie w koń­cu zin­ter­pre­to­wa­ła ja­ko ura­zę z po­wo­du tej hi­sto­rii z te­atrem. Bo mo­ja ko­le­żan­ka za­wsze bra­ła wszyst­ko do sie­bie. No cóż, po­sta­no­wi­łam roz­mó­wić się z nią bar­dziej szcze­gó­ło­wo na­za­jutrz, bo te­raz na­praw­dę nie mia­łam po­my­słu na tę roz­mo­wę. Zwłasz­cza, że pró­bo­wa­łam, ale po­grą­ży­łam się jesz­cze bar­dziej. Pró­ba ta wy­glą­da­ła mniej wię­cej na­stę­pu­ją­co:

- No co ty, nie ob­ra­zi­łam się na cie­bie, tyl­ko.... Wi­dzia­łaś ten pla­kat?

- Ten przy te­atrze?

- No.

- No.

- By­ła na nim jed­na nie­boszcz­ka ta­ka. I to mi te­raz za­przą­ta my­śli i dla­te­go się nie od­zy­wam. No więc zro­zum.

Ko­le­żan­ka wol­no od­wró­ci­ła się w mo­ją stro­nę i spoj­rza­ła mi tak ja­koś bo­le­śnie w oczy.

- Żar­ty so­bie ze mnie ro­bisz, tak?

- Nie, se­rio ci mó­wię.

- To ja nie ro­zu­miem. Ona umar­ła, ta He­le­na... Ja­kaś­tam?

- Wła­śnie. Umar­ła, a te­raz jest so­bie, jak­by ni­g­dy nic, na pla­ka­cie. Ja­ko ży­wa.

- Ale... cze­mu?

- No wła­śnie te­go nie wiem. I o tym roz­my­ślam.

Ko­le­żan­ka od­wró­ci­ła się do okna i ga­piąc się w nie spę­dzi­ła dal­szą po­dróż w mil­cze­niu. Bied­na. Pew­nie wpra­wi­łam ją, nie pierw­szy zresz­tą raz, w cięż­ką kon­ster­na­cję. Mo­ja mi­ła, do­bra, pulch­niut­ka ko­le­żan­ka-blon­dyn­ka, przy czym sło­wu "blon­dyn­ka" na­le­ży się tu­taj ogrom­ny ła­du­nek czu­ło­ści, ckli­wo­ści wręcz. Za­wsze mo­głam na nią li­czyć. Po­nad­to ma ona sze­reg nie­spo­ty­ka­nych, jak na ko­bie­tę, za­let: dys­kre­cję, praw­do­mów­ność, szcze­rość, bez­względ­ną lo­jal­ność i cał­ko­wi­cie praw­dzi­we, do­bre ser­ce. My­ślę, że naj­wyż­szy czas, by na­zwać ją ja­kimś imie­niem, mo­że na­wet jej wła­snym, ale bę­dę mu­sia­ła za­py­tać, czy się zgo­dzi...

-

Tej no­cy nie mo­głam za­snąć. Cią­gle mia­łam przed ocza­mi to pla­kat z ży­wą He­le­ną P., to znów ar­ty­kuł o jej na­głym zgo­nie. Pew­nie każ­dy in­ny nor­mal­ny oby­wa­tel bę­dą­cy na mo­im miej­scu wzru­szył­by w koń­cu ra­mio­na­mi i za­jął się so­bą. Ale nie ja. Nie dość, że od za­wsze fa­scy­no­wa­ły mnie róż­ne pa­ra­nor­mal­ne hi­sto­rie, to jesz­cze mo­ja wro­dzo­na do­cie­kli­wość i po­dejrz­li­wość do­le­wa­ły oli­wy do ognia. Mia­łam za­tem dwa wyj­ścia: al­bo prze­wra­cać się z bo­ku na bok do bia­łe­go ra­na, al­bo... dać się po­nieść swo­jej na­tu­ral­nej skłon­no­ści do sen­sa­cji i zja­wisk nad­przy­ro­dzo­nych. Po chwi­li zde­cy­do­wa­łam się na to dru­gie i z lap­to­pem pod pa­chą, otu­lo­na wło­cha­tym szla­fro­kiem, ci­chut­ko, by nie obu­dzić mo­je­go Bo­gu du­cha win­ne­go Fa­ce­ta - wy­mknę­łam się na ta­ras.

Roz­gwież­dżo­ne nie­bo i wiel­ki, bla­do­li­cy księ­życ do­da­ły mo­im po­czy­na­niom cał­kiem od­po­wied­niej at­mos­fe­ry. Bra­ko­wa­ło tyl­ko po­hu­ki­wa­nia so­wy i wy­cia wil­ków... Umo­ści­łam się pręd­ko w ra­ta­no­wym fo­te­lu i moc­no pod­eks­cy­to­wa­na wkle­pa­łam w wy­szu­ki­war­kę imię i na­zwi­sko mo­jej ak­tor­ki. Wy­świe­tli­ła się ca­ła ma­sa roz­ma­itych wia­do­mo­ści, głów­nie do­ty­czą­ca jej naj­now­szych ról te­atral­nych. Prze­glą­da­łam je go­rącz­ko­wo, stro­na po stro­nie, je­dy­nie mu­ska­jąc wzro­kiem ty­tu­ły. Wresz­cie na sa­mym koń­cu, po­śród co­raz bar­dziej od­bie­ga­ją­cych od in­te­re­su­ją­ce­go mnie te­ma­tu in­for­ma­cji, zna­la­złam! "Ak­tor­ka uzna­na za zmar­łą wra­ca na sce­nę" - krzy­czał do mnie na­głó­wek ar­ty­ku­łu. "He­le­na P., gwiaz­da lat 90-tych ży­je!" - wo­łał na­stęp­ny.

Zro­bi­ło mi się chłod­no. Otu­li­łam się szczel­niej szla­fro­kiem i za­czę­łam czy­tać, nie­któ­re zda­nia na­wet kil­ka­krot­nie. Wy­glą­da­ło na to, że po­cho­wa­na kil­ka lat te­mu ko­bie­ta w isto­cie nie by­ła He­le­ną P., z ar­ty­ku­łów nie wy­ni­ka­ło jed­nak, kim by­ła. Nie wy­ni­ka­ło rów­nież, gdzie przez ten czas po­dzie­wa­ła się i co po­ra­bia­ła praw­dzi­wa He­le­na, bo je­śli rze­czy­wi­ście za­ję­ta by­ła wy­łącz­nie (jak plot­ko­wa­no wów­czas) sta­cza­niem się na dno w to­wa­rzy­stwie bar­dziej do­świad­czo­nych w tej kwe­stii "przy­ja­ciół", to ja­kim cu­dem na­gle po­ja­wi­ła się ta­ka świe­ża i cał­ko­wi­cie nie­na­ru­szo­na dzia­ła­niem uży­wek, w bar­dzo sze­ro­kim te­go sło­wa zna­cze­niu?

In­ter­net już nie­ste­ty, na te mo­je py­ta­nia nie od­po­wie­dział. Spoj­rza­łam w nie­bo. Ni z te­go, ni z owe­go po­ja­wi­ło się na nim wiel­kie, czar­ne chmu­rzy­sko, za­snu­wa­jąc po­wo­li tłu­sty py­zior księ­ży­ca i oko­licz­ne gwiaz­dy. Zro­bi­ło się ciem­no i jak­by chłod­niej. Coś gdzieś przej­mu­ją­co za­wy­ło...

Za­bra­łam szyb­ko sprzęt i we­szłam do do­mu. Uzna­łam, że ta­ki ak­cent bę­dzie na dziś bar­dzo do­brym za­koń­cze­niem mo­jej upior­nej ła­mi­głów­ki.

-

Przy­pusz­czam, że co pręd­si czy­tel­ni­cy chcie­li­by, abym do mi­ni­mum skró­ci­ła ten mo­że i nud­ny wstęp - i wresz­cie prze­szła do rze­czy. W tym miej­scu pra­gnę za­pew­nić, że skró­ci­łam go do mi­ni­mal­ne­go mi­ni­mum, ale bez ma­łe­go wpro­wa­dze­nia w spra­wę na sa­mym po­cząt­ku, mo­że się ona póź­niej oka­zać jesz­cze bar­dziej nie­po­ję­ta.

No więc przez kil­ka ko­lej­nych dni pra­co­wa­łam przy­kład­nie, za­rów­no za­wo­do­wo, jak i w do­mu, aby nie daj Bo­że nie na­ro­bić so­bie ja­kichś za­le­gło­ści z ko­niecz­no­ścią nad­ro­bie­nia ich w week­end. W związ­ku z tym od­wa­la­łam wszyst­ko na za­pas: na za­pas pra­łam i pra­so­wa­łam, go­to­wa­łam i od­ku­rza­łam, pie­li­łam ogró­dek oraz oka­zy­wa­łam Fa­ce­to­wi du­żą ilość czu­ło­ści i uczu­cio­we­go za­an­ga­żo­wa­nia. W pra­cy zro­bi­łam mo­je­mu te­atrzy­ko­wi dwie do­dat­ko­we pró­by, na­dru­ko­wa­łam pla­ka­tów, ulo­tek i re­gu­la­mi­nów na ca­ły kwar­tał, a w roz­pę­dzie spo­rzą­dzi­łam szcze­gó­ło­we spra­woz­da­nie z im­prez, któ­re się jesz­cze nie od­by­ły. Mój chy­try plan za­kła­dał bo­wiem trzy­dnio­wy wy­jazd do mia­sta Ł. Mia­łam już na­wet te­le­fo­nicz­ną re­zer­wa­cję na dwa ko­lej­ne spek­ta­kle z He­le­ną P. w ro­li głów­nej. Okej, ale po co to wszyst­ko? - spy­tał­by ktoś. No wła­śnie... po co? Nie wiem. Coś mnie tam po pro­stu nie­od­par­cie cią­gnę­ło i pcha­ło za­ra­zem. A ta­kiej si­le nikt nie był­by w sta­nie się oprzeć.

-

W te­atrze w Ł. mia­łam być po raz pierw­szy, więc wy­obra­ża­jąc so­bie sie­bie wcze­śniej na wi­dow­ni, a póź­niej w gar­de­ro­bie He­le­ny P., na po­trze­bę tej­że wi­zji wy­ko­rzy­sta­łam wnę­trze naj­czę­ściej prze­ze mnie od­wie­dza­ne­go te­atru w K. Jesz­cze w cza­sie jaz­dy po­cią­giem po raz ko­lej­ny usi­ło­wa­łam zwi­zu­ali­zo­wać so­bie mój po­byt w Ł., za każ­dym ra­zem za­koń­czo­ny peł­nym suk­ce­sem - czy­li wy­ja­śnie­niem spra­wy do ostat­nie­go szcze­gó­łu. Po­dob­no ta­ka po­zy­tyw­na wi­zu­ali­za­cja jest bar­dzo sku­tecz­na przed pod­ję­ciem ja­kichś waż­nych dla nas dzia­łań; sły­sza­łam, że ta­ką tech­ni­ką po­sił­ko­wał się przed sko­kiem sam mistrz Ma­łysz. Sku­pio­na na wie­lo­krot­nym po­wta­rza­niu w my­ślach ca­łe­go ce­re­mo­nia­łu, o ma­ło nie za­snę­łam. Tak czy owak, wy­sia­dłam w koń­cu szczę­śli­wie na dwor­cu "Ł. Gł.", po czym za­in­sta­lo­wa­łam się w tym sa­mym ho­te­lu, któ­ry wy­na­ję­ła dla nas fir­ma na owo pa­mięt­ne szko­le­nie. Był naj­bli­żej mo­je­go do­ce­lo­we­go obiek­tu.

Zbli­żał się wie­czór, a ja do­słow­nie nie mo­głam usie­dzieć na tył­ku. Po­go­da by­ła bar­dzo po­dob­na do tej, ja­ka to­wa­rzy­szy­ła mo­je­mu od­kry­ciu pla­ka­tu z He­le­ną, co uzna­łam za do­bry omen. W koń­cu, ko­rzy­sta­jąc z przy­chyl­nej au­ry, wy­szłam z ho­te­lu po­nad go­dzi­nę wcze­śniej, by po­wa­łę­sać się po mie­ście. Uwiel­biam ta­kie miej­sca, z re­gu­lar­ną za­bu­do­wą wie­ko­wych ka­mie­ni­czek, sze­ro­kie, lud­ne uli­ce bez ru­chu ko­ło­we­go, wiel­kie kwa­dra­to­we pod­wor­ce i wresz­cie ma­leń­kie, cia­sne i nie­co mrocz­ne ulicz­ki, w któ­re zwy­czaj­ni tu­ry­ści ra­czej nie ma­ją po­trze­by się za­pusz­czać. Kar­mię ty­mi miej­sca­mi nie tyl­ko wzrok, ale i węch. Za­pach sta­re­go drew­na, stę­chłe­go ka­mie­nia, po­mie­sza­ny z wo­nią roz­ma­itych po­traw... a na­wet in­ny­mi, znacz­nie mniej atrak­cyj­ny­mi wo­nia­mi - każ­do­ra­zo­wo spra­wia, że prze­ży­wam ja­kieś déja vu. I nie jest to nie­mi­łe uczu­cie, ra­czej coś w ro­dza­ju eks­cy­ta­cji, że za­raz znaj­dę się w miej­scu, któ­re bar­dzo do­brze znam i któ­re bli­skie jest mo­je­mu ser­cu. Moi zna­jo­mi, któ­rzy kie­dy­kol­wiek to­wa­rzy­szy­li mi w po­dob­nej prze­chadz­ce, by­wa­li ra­czej znie­sma­cze­ni, bo dla nich to, czym de­lek­to­wa­łam się na­mięt­nie, to zwy­kły odór. Nie by­ła tym zgor­szo­na je­dy­nie mo­ja przy­ja­ciół­ka - blon­dyn­ka, E. (E. po­zwo­li­ła mi użyć praw­dzi­we­go i peł­ne­go imie­nia, ale ja­koś nie mam ser­ca). Na­wet w cza­sie na­sze­go po­by­tu na szko­le­niu, pro­po­nu­jąc mi spa­cer uży­ła sfor­mu­ło­wa­nia: "chodź­my so­bie po­wdy­chać miej­skie smrod­ki". Bo E., mi­mo iż nie za­wsze ro­zu­mia­ła mo­je nie­ty­po­we po­trze­by i fa­scy­na­cje, po pro­stu uzna­wa­ła je za na­tu­ral­ny skład­nik mo­jej oso­bo­wo­ści. Nie gor­szy­ła się, nie wy­dzi­wia­ła, a co naj­waż­niej­sze, nie po­tę­pia­ła. Ba, ma­ło te­go, czę­sto bra­ła w nich czyn­ny udział! Praw­dzi­wa przy­ja­ciół­ka.

Dla­cze­go wspo­mi­nam o niej w tym miej­scu? Po­nie­waż ca­łe la­ta te­mu, kie­dy mój Fa­cet nie doj­rzał jesz­cze do szcze­re­go in­for­mo­wa­nia go o mo­ich ide­ach fiks, E. bar­dzo po­ma­ga­ła mi w róż­nych, hm... non­sza­lanc­kich przed­się­wzię­ciach. Kie­dyś, gdy po­sta­no­wi­łam spę­dzić sa­mot­nie noc w do­mu, w któ­rym stra­szy, aby wilk był sy­ty i owca ca­ła, mu­sia­łam miej­sca­mi nie­co mi­nąć się z praw­dą, a E. mia­ła za za­da­nie udzie­lić mi so­lid­ne­go ali­bi. Pech jed­nak chciał, że Fa­cet, mi­mo ab­so­lut­ne­go za­ka­zu kon­tak­to­wa­nia się ze mną (wy­tłu­ma­czo­ne­go mu prze­ze mnie grun­tow­nie i po­zor­nie lo­gicz­ne­go), za­kaz ów zła­mał. A po­nie­waż ja mia­łam te­le­fon wy­łą­czo­ny, Fa­cet, bę­dąc w świę­tym prze­ko­na­niu, że prze­by­wam ra­zem z E., za­dzwo­nił do niej. Mo­ja przy­ja­ciół­ka, ja­ko oso­ba bar­dzo su­mien­na i gor­li­wa, szła w za­par­te, że ow­szem, jak naj­bar­dziej, sie­dzę tuż obok niej, ale (nie wia­do­mo cze­mu) nie mo­gę ode­brać te­le­fo­nu. Za­nie­po­ko­jo­ny fa­cet udał się wprost do miesz­ka­nia E., gdzie ta da­lej szła w za­par­te, że ow­szem, jak naj­bar­dziej prze­by­wam u niej, ale wła­ści­wie... nie wia­do­mo, gdzie kon­kret­nie. Bo prze­cież na tych jej prze­past­nych trzy­dzie­stu pię­ciu me­trach kwa­dra­to­wych moż­na się za­wie­ru­szyć jak nic! I wy­trwa­ła dziel­nie w tym za­par­ciu do sa­miuś­kie­go koń­ca, czy­li do wyj­ścia Fa­ce­ta. Je­śli zaś cho­dzi o mój po­byt w "strasz­nym do­mu", obec­no­ści du­chów ra­czej nie stwier­dzi­łam. Ra­czej, bo jesz­cze przed pół­no­cą mi się nie­chcą­cy za­snę­ło.

- No i co, uwie­rzył ci? - za­py­ta­łam po­tem, krztu­sząc się ze śmie­chu.

- Chy­ba nie - zmar­twi­ła się E. - A to­bie?

- Mnie tak, ale mu­sia­łam wy­my­ślić coś... bar­dziej sens... eee... coś in­ne­go.

- No co ty? To on mi te­raz już w nic nie uwie­rzy, zo­ba­czysz!

- Gdy­bym po­twier­dzi­ła two­ją wer­sję, nie uwie­rzył­by i mnie. Do koń­ca ży­cia. Tak czy ina­czej, zro­bi­łaś do­brą ro­bo­tę: nie wy­ga­da­łaś, gdzie na­praw­dę je­stem.

E. ode­tchnę­ła z ulgą. Od tej po­ry za­czę­łam sys­te­ma­tycz­nie, acz sub­tel­nie przy­go­to­wy­wać Fa­ce­ta na po­dob­ne hi­sto­rie, dzię­ki cze­mu dziś wy­je­cha­łam do Ł. cał­ko­wi­cie le­gal­nie i z je­go peł­nym za­ufa­nia bło­go­sła­wień­stwem.

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła siód­ma. Naj­wyż­szy czas, by zmie­nić kie­ru­nek mar­szu i udać się w stro­nę te­atru. Spek­takl za­czy­nał się o dzie­więt­na­stej pięt­na­ście. Spek­takl... To sło­wo uświa­do­mi­ło mi w ca­łej roz­cią­gło­ści cel mo­jej wy­ciecz­ki. Za­drża­łam z emo­cji i przy­śpie­szy­łam kro­ku.

-

He­le­na P., w isto­cie by­ła He­le­ną P. Zdro­wą, gład­ką i pro­mien­ną. Krwi­sto­czer­wo­na, po­włó­czy­sta suk­nia do­sko­na­le pod­kre­śla­ła jej nie­zwy­kłą, choć doj­rza­łą uro­dę, szczu­płą ta­lię, dłu­gie no­gi i jędr­ny nie­wiel­ki biust. Czer­wień suk­ni rzu­ca­ła ogni­ste re­flek­sy na buj­ne, psze­nicz­ne wło­sy, kon­tra­sto­wa­ła z bie­lą drob­nej twa­rzy o tym sa­mym co za­wsze wy­glą­dzie nie­win­ne­go dziec­ka. Nie­ste­ty. Bo o ile mo­głam jesz­cze się łu­dzić, że ten "myk" z jej świet­nym wy­glą­dem mo­że być dzie­łem pho­to­sho­pa, te­raz, na ży­wo, złu­dzeń już nie mia­łam. I że­by ktoś mnie źle nie zro­zu­miał: wca­le nie do­skwie­ra­ła mi przy­ziem­na, bab­ska za­zdrość, lecz tra­pi­ła mnie ko­lej­na po­dej­rza­na kwe­stia. Dla­te­go kom­plet­nie nie sku­pia­łam się na spek­ta­klu, tyl­ko wy­łącz­nie na He­le­nie. Na jej wy­glą­dzie, gło­sie, spo­so­bie po­ru­sza­nia się. To bez wąt­pie­nia by­ła ona. Ciut peł­niej­sza, star­sza i jak­by nie­co smut­niej­sza, ale jed­nak ona. A za­tem - za­raz po wyj­ściu z te­atru mo­głam wsiąść w po­ciąg i ru­szać do do­mu. Po­sta­no­wi­łam jed­nak, że sko­ro już tu je­stem, mu­szę za­mie­nić z nią choć kil­ka słów.

Jak tyl­ko umil­kły bra­wa, la­wi­ru­jąc po­mię­dzy wy­cho­dzą­cy­mi ludź­mi prze­mknę­łam z po­wro­tem w stro­nę kas. Tam za­gad­nę­łam sa­mot­nie sto­ją­cą pa­nią w gra­na­to­wej ko­szul­ce, na któ­rej wid­nia­ło lo­go te­atru, czy He­le­nie P. zda­rza się cza­sem przy­jąć ko­goś z wi­dzów w swo­jej gar­de­ro­bie. Oka­za­ło się, że ab­so­lut­nie nie, wręcz prze­ciw­nie: He­le­na P. do te­go stop­nia ce­ni swo­ją pry­wat­ność, że nie spo­ty­ka się w ogó­le z ni­kim, nie roz­ma­wia na­wet z dzien­ni­ka­rza­mi.

Ja­kiś ta­ki dziw­ny upór wy­rósł we mnie w tym mo­men­cie i po­sta­no­wi­łam do­stać się do niej za wszel­ką ce­nę. Nie, nie wal­czy­łam z re­cep­cją ani z ochro­ną - ot, zwy­czaj­nie: za­cza­iłam się przy wyj­ściu dla ak­to­rów. A po­nie­waż cier­pli­wość za­wsze by­wa na­gra­dza­na, po pew­nym cza­sie w drzwiach po­ja­wił się cel mo­jej ope­ra­cji, odzia­ny w czar­ny trencz z po­sta­wio­nym koł­nie­rzem i ciem­ne oku­la­ry.

- Pa­ni He­le­no... - ode­zwa­łam się nie­śmia­ło, bo rze­czy­wi­ście po­czu­łam w jej obec­no­ści spo­re onie­śmie­le­nie.

Ak­tor­ka za­trzy­ma­ła się wy­raź­nie nie­chęt­nie. Nie od­po­wie­dzia­ła, co jesz­cze bar­dziej zbi­ło mnie z pan­ta­ły­ku. Po­ża­ło­wa­łam, że nie wpa­dło mi do gło­wy, że­by ku­pić kwia­ty. Ale cóż, sko­ro nie ku­pi­łam, mu­sia­łam wy­si­lić się bar­dziej.

- Pa­ni He­le­no... By­ła pa­ni świet­na w tej ro­li, chcia­ła­bym po­dzię­ko­wać za do­sko­na­łe przed­sta­wie­nie, i... - cią­gnę­łam głu­pa­wo, aż w koń­cu utknę­łam.

Spoj­rza­ła na mnie spod wiel­kich oku­la­rów, jak­by nie­co zdzi­wio­na.

- Nie ma cze­go. Ta­ka so­bie, ko­mer­cyj­na rzecz - od­par­ła zmę­czo­nym, czy mo­że znu­dzo­nym gło­sem.

- Bo ja... szcze­rze mó­wiąc, chcia­łam po­wie­dzieć, że bar­dzo się cie­szę, że pa­ni ży­je - wy­pa­li­łam. - To zna­czy... że po­gło­ska o pa­ni śmier­ci oka­za­ła się nie­praw­dzi­wa.

W tym mo­men­cie ko­bie­ta po­wo­li zdję­ła oku­la­ry i przyj­rza­ła mi się z uwa­gą.

- Prze­pra­szam, ale nie do­sły­sza­łam na­zwi­ska?

- Nie, to ja prze­pra­szam, że się nie przed­sta­wi­łam - na­pra­wi­łam pręd­ko swo­ją ga­fę, oprócz imie­nia i na­zwi­ska do­da­jąc nie wiem cze­mu, że je­stem pi­sar­ką. Mo­że li­czy­łam na ja­kąś przy­chyl­ność, al­bo ja wiem na co? Krzty­nę za­in­te­re­so­wa­nia?

- Ro­zu­miem - He­le­na uśmiech­nę­ła się pół­gęb­kiem, a mnie zmro­zi­ło.

No prze­cież tam­ta bab­ka z te­atru mó­wi­ła mi, że ona omi­ja sze­ro­kim łu­kiem dzien­ni­ka­rzy! Być mo­że so­bie po­my­śla­ła, że i ja chcę coś o niej na­sma­ro­wać!

- Nie, nie ro­zu­mie pa­ni! Nie dla­te­go tu je­stem, ja po pro­stu... wi­dzia­łam wszyst­kie pa­ni fil­my i wia­do­mość o pa­ni śmier­ci bar­dzo mną wstrzą­snę­ła - kle­pa­łam z szyb­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go - bar­dzo! A tu rap­tem kil­ka dni te­mu przy­jeż­dżam do Ł. i wi­dzę pla­kat z pa­ni wi­ze­run­kiem. No więc... bar­dzo chcia­łam pa­nią zo­ba­czyć! I to wszyst­ko.

He­le­na wsu­nę­ła rę­ce do kie­sze­ni płasz­cza i uśmiech­nę­ła się nie­co bar­dziej po ludz­ku.

- Aha, czy­li mam do czy­nie­nia ze swo­ją wie­lo­let­nią... ja to się te­raz mó­wi... fan­ką, czy tak?

No i co ja te­raz mia­łam po­wie­dzieć? Ni­g­dy nie by­łam wiel­bi­ciel­ką ta­len­tu tej gwiaz­dy, szcze­rze mó­wiąc, na­wet nie­spe­cjal­nie go u niej do­strze­ga­łam. Oglą­da­łam fil­my z jej udzia­łem, bo naj­zwy­czaj­niej w świe­cie pol­skich fil­mów wte­dy bez niej po pro­stu nie by­ło. Ob­sa­dza­no ją we wszyst­kich pro­duk­cjach ki­no­wych i wie­lu te­le­wi­zyj­nych. Być mo­że He­le­na P. sa­mą tyl­ko uro­dą przy­cią­ga­ła rze­sze lu­dzi do kin i przed te­le­wi­zo­ry?

- Nie? - zdzi­wi­ła się He­le­na, prze­dłu­ża­ją­cą się ci­szą.

- Nnnie... wiem... By­ła mi pa­ni w ja­kimś sen­sie bar­dzo bli­ska - si­li­łam się na dy­plo­ma­cję. - Pew­nie chcia­łam wy­glą­dać tak jak pa­ni. Tak są­dzę. Ale je­śli cho­dzi o grę, wy­da­je mi się, że dziś jest pa­ni znacz­nie lep­sza.

- Dziś je­stem lep­sza??? - He­le­na ro­ze­śmia­ła się, jak­by roz­ba­wio­na. - Se­rio? Uwa­ża pa­ni, że dziś je­stem lep­sza?

No i masz, ba­łam się, że tym stwier­dze­niem już cał­kiem jej pod­pad­nę, a ją to naj­wy­raź­niej szcze­rze ra­du­je!

- No, tak. Tak uwa­żam.

- Stwier­dzi­ła to pa­ni na pod­sta­wie jed­ne­go spek­ta­klu?

- Tak są­dzę. Ale mam bi­let rów­nież na ju­tro, więc bę­dę mo­gła sko­ry­go­wać swój po­gląd - od­par­łam dość su­cho, bo za­czę­ło mi się wy­da­wać, że bab­ka so­bie ze mnie żar­tu­je.

- Wo­bec te­go - He­le­na cał­kiem nie­ocze­ki­wa­nie po­da­ła mi rę­kę - za­pra­szam na po­ga­węd­kę ju­tro po spek­ta­klu. Do mo­jej gar­de­ro­by.

O ile do­brze pa­mię­tam, nie po­wie­dzia­łam już ani sło­wa. Zo­sta­łam tak po pro­stu, jak sie­ro­ta ja­kaś pod tym te­atrem, a He­le­na od­da­li­ła się spo­koj­nie do tak­sów­ki.

A za­mie­rza­łam zmie­nić plan i jesz­cze dziś wró­cić do do­mu! - wy­dzi­wia­łam pod no­sem. - Zi­den­ty­fi­ko­wa­łam so­bie na wła­sny uży­tek do­mnie­ma­ną de­nat­kę i mia­łam dać te­mu spo­kój. Ale nie! Bo za­wsze, jak już coś za­cznę tro­pić, to kło­dy pod no­gi, ale jak mi się tyl­ko od­wi­dzi, to ahoj, przy­go­do!

--

II

Tropem pewnego niusa

Ho­tel, jak na złość ział pust­ką. Na ko­ry­ta­rzach ży­we­go du­cha, w ka­wiar­ni nie­wiel­ka grup­ka za­gra­nicz­nych, są­dząc z kar­na­cji, go­ści. W ho­lu, za la­dą drze­mał spryt­nie tę­ga­wy re­cep­cjo­ni­sta. Jed­nym sło­wem - nie wy­ty­po­wa­łam ni­ko­go, ko­go mo­gła­bym po­cią­gnąć za ję­zyk. Zre­zy­gno­wa­na uda­łam się do po­ko­ju, choć po dro­dze do ho­te­lu opra­co­wa­łam so­bie w szcze­gó­łach me­to­dę zręcz­ne­go, nie­zau­wa­żal­ne­go dla po­ten­cjal­ne­go roz­mów­cy prze­słu­cha­nia. Ja­każ by­ła mo­ja ra­dość, gdy na­tknę­łam się na ta­ko­we­go, a wła­ści­wie ta­ko­wą, nie gdzie in­dziej, jak u sie­bie wła­śnie! Ko­bie­ta na mój wi­dok wy­pro­sto­wa­ła się jak stru­na i moc­no zmie­sza­ła na twa­rzy.

- Sprzą­ta­łam! - oznaj­mi­ła szyb­ko. - Ni­ko­go nie by­ło, więc chcia­łam tro­chę ogar­nąć.

Ogar­niać zu­peł­nie nie by­ło cze­go, ale mniej­sza z tym. Nie do­cie­ka­łam.

- Oczy­wi­ście, pro­szę się nie krę­po­wać - ze­zwo­li­łam uprzej­mie.

Bab­ka ro­zej­rza­ła się do­oko­ła nie­pew­nie.

- Ale... tu nie ma co ogar­niać.

- No cóż, w isto­cie. Nie zdą­ży­łam się roz­go­ścić, by­łam w te­atrze.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na mnie po­dejrz­li­wie.

- Pa­ni jest tu­tej­sza? - spy­ta­łam, bo od te­go mia­łam prze­cież za­cząć.

- Ale... że... cze­mu?

- Bo tak so­bie po­my­śla­łam, że je­śli pa­ni jest stąd, to mo­że pa­ni ko­goś znać. Mam na my­śli pew­ną ak­tor­kę.

- A, to ow­szem, znam - przy­zna­ła z wy­raź­ną ulgą.

- Ko­go? - tym ra­zem ja po­czu­łam się nie­co zbi­ta z tro­pu.

- No a o ko­go pa­ni się py­ta?

- Cho­dzi mi kon­kret­nie o He­le­nę P.

- Prze­cież mó­wię, że znam. Każ­dy zna.

- No tak, każ­dy, bo to sław­na oso­ba... - wes­tchnę­łam.

- Ale tu, w Ł. każ­dy ją zna. Z wi­dze­nia przy­naj­mniej. Jesz­cze ja­kiś czas te­mu co­dzien­nie mo­gła ją pa­ni spo­tkać ko­ło Te­sco, a jak nie, to w par­ku Jed­ne­go Wiesz­cza al­bo na Zio­ło­wej.

- Ona na­praw­dę... pi­ła?

- Pi­ła? To ma­ło po­wie­dzia­ne. Nie trzeź­wia­ła w ogó­le. By­ły mąż mo­jej sio­stry, opój pierw­sze­go ga­tun­ku, na­le­żał do jej kół­ka. Ale ona od ja­kichś dwóch lat już nie pi­je i ma się cał­kiem do­brze. Ty­le, że ze sta­ry­mi kum­pla­mi wi­du­je się po­dob­no na­dal.

- A ja sły­sza­łam, że umar­ła...

- Ow­szem, by­ła ta­ka plot­ka. Ci jej ko­le­sie zna­leź­li w par­ku zwło­ki ja­kiejś bez­dom­nej, a że He­le­ny wten­czas z ni­mi nie by­ło, ra­zem z nie­boszcz­ką fre­kwen­cja im się zgo­dzi­ła w sam raz. No więc zro­bi­li ra­ban na po­go­to­wiu, na po­li­cji, opła­ka­li i opi­li bar­dzo do­kład­nie zej­ście ko­le­żan­ki, a po pew­nym cza­sie ta zja­wi­ła się, jak­by ni­g­dy nic.

- I co?

- I nic. Wi­dać wia­do­mość o wła­snej śmier­ci tak nią za­trzę­sła, że wy­trzeź­wia­ła na sta­łe.

- Hm... To nie­sa­mo­wi­te. Ale że tak pręd­ko wró­ci­ła do for­my i do za­wo­du?

- Po­dob­no do te­atru chęt­nie ją przy­ję­li, bo li­czy­li na to, że im się pu­bli­ka dźwi­gnie. I się nie prze­li­czy­li. Bo o ile przed­tem cięż­ko im by­ło ze­brać lu­dzi na przed­sta­wie­niu, to po­tem lu­dzie wa­li­li drzwia­mi i okna­mi, że­by ją zo­ba­czyć na wła­sne oczy. Ży­wą i trzeź­wą. I tak zresz­tą chy­ba jest do dziś.

- Ow­szem. Ale ona chy­ba nie lu­bi szu­mu wo­kół swo­jej oso­by?

- A kto by lu­bił ta­ki szum? Pew­nie wie­le by da­ła, że­by lu­dzie za­po­mnie­li to i owo. Ale lu­dzie pa­mię­tli­we są.

- Pa­ni jest po­ko­jo­wą w tym ho­te­lu? - spy­ta­łam, tak­su­jąc wzro­kiem jej zwy­kłą, kwie­ci­stą po­dom­kę.

- Nie - od­par­ła po­nu­ro. - Ja je­stem zwy­czaj­na sprzą­tacz­ka, ale ro­bię za po­ko­jo­wą, bo ona jest cho­ra.

- Dzię­ku­ję pa­ni bar­dzo - wsu­nę­łam jej do kie­sze­ni bank­not o roz­sąd­nym no­mi­na­le.

Sprzą­tacz­ka zaj­rza­ła do kie­sze­ni.

- Ale kie­dy nie ma za co - od­par­ła z nie­ukry­wa­nym za­do­wo­le­niem.

- Pro­szę mi wie­rzyć, że jest!

Sko­ro mia­łam po­skła­dać so­bie ca­łą tę hi­sto­rię do ku­py, mu­sia­łam wie­dzieć, czy po­gło­ski o na­ło­gu al­ko­ho­lo­wym mo­jej bo­ha­ter­ki nie by­ły rów­nie nie­praw­dzi­we jak jej zgon. Bo prze­cież jej kil­ku­na­sto­let­nia nie­obec­ność w ży­ciu pu­blicz­nym mo­gła być spo­wo­do­wa­na czymś in­nym, na przy­kład po­by­tem za gra­ni­cą. Al­bo de­pre­sją. Al­bo jesz­cze in­nym, cał­kiem przy­zwo­itym czyn­ni­kiem. Ale o tym się ra­czej od sa­mej He­le­ny nie do­wiem...

-

Ten spek­takl wi­dzia­łam już wie­le ra­zy, w in­nych te­atrach i in­nej ob­sa­dzie. Fakt, nie by­ła to żad­na am­bit­na kla­sy­ka, ale dzi­siaj te­atr, że­by się utrzy­mać, oprócz rze­czy am­bit­nych mu­si dość czę­sto do­sto­so­wy­wać re­per­tu­ar do gu­stów szer­szych mas. Mo­ja pra­ca ma ta­ki cha­rak­ter, że mię­dzy in­ny­mi dzia­ła­nia­mi kul­tu­ral­ny­mi or­ga­ni­zu­ję cza­sem wy­jaz­dy do te­atru dla lo­kal­nej lud­no­ści. I są to wła­śnie spek­ta­kle o po­dob­nym cha­rak­te­rze: ko­niecz­nie śmiesz­ne, ra­czej pi­kant­ne i z ele­men­ta­mi roz­sąd­ne­go ne­gli­żu. Mo­że wczo­raj prze­sa­dzi­łam nie­co pie­jąc pe­any na cześć przed­sta­wie­nia, cho­ciaż He­le­nę P. chwa­li­łam cał­kiem szcze­rze - by­ła naj­lep­szą Ja­nie, ja­ką kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam. Dla­te­go z wy­jąt­ko­wą przy­jem­no­ścią obej­rza­łam ją dziś po raz ko­lej­ny. I nie śpie­szy­łam się wy­cho­dząc, że­by dać jej czas na prze­bra­nie i po­zby­cie się cha­rak­te­ry­za­cji.

Oka­za­ło się, że He­le­na cze­ka­ła już na mnie sie­dząc w fo­te­lu.

- Wi­tam - po­wie­dzia­ła pierw­sza.

- Do­bry wie­czór - po­ło­ży­łam na ma­leń­kim sto­li­ku pu­deł­ko cze­ko­la­dek.

He­le­na le­d­wo mu­snę­ła je wzro­kiem.

- Na­pi­je się pa­ni cze­goś? - spy­ta­ła. - Sok? Wo­da? A mo­że coś moc­niej­sze­go?

Się­gnę­ła za sie­bie po bu­tel­kę ko­nia­ku.

- Do­bry na wy­ci­sze­nie emo­cji - po­da­ła mi lamp­kę mio­do­we­go pły­nu. - Przy­je­cha­ła pa­ni sa­mo­cho­dem? - uśmiech­nę­ła się na wi­dok mo­jej ewi­dent­nej kon­ster­na­cji.

- Nie, nie - za­prze­czy­łam szyb­ko. - Za­trzy­ma­łam się w ho­te­lu przy są­sied­niej uli­cy.

- Wo­bec te­go w czym pro­blem?

- W ni­czym - upi­łam szyb­ko nie­wiel­ki ły­czek. - Po pro­stu... nie spo­dzie­wa­łam się... ta­kie­go po­czę­stun­ku.

- Niech­że pa­ni sia­da!

He­le­na zi­ry­to­wa­ła się chy­ba mo­ją po­sta­wą, z eks­pre­sji i wy­mo­wy przy­po­mi­na­ją­cą egip­ską mu­mię. A ja na­praw­dę nie mia­łam po­ję­cia, co po­wie­dzieć. Z re­gu­ły nie za­po­mi­nam ję­zy­ka w gę­bie, na­wet w naj­bar­dziej eks­tre­mal­nych sy­tu­acjach, ale ta ko­bie­ta chwi­la­mi przy­pra­wia­ła mnie o kom­plet­ną nie­mo­tę. Wy­obra­ża­łam so­bie, że to ona za­cznie roz­mo­wę, ale naj­wy­raź­niej cze­ka­ła z tym na mnie. - Mo­że fak­tycz­nie, przy­da mi się łyk al­ko­ho­lu - po­my­śla­łam i wy­chy­li­łam ko­niak do dna.

- Na­praw­dę, jest pa­ni świet­na w tej ro­li - za­czę­łam szyb­ko, że­by nie mieć cza­su na za­sta­no­wie­nie, czy to, co mó­wię, brzmi głu­pio czy nie. - Uwa­żam, że ni­g­dy do­tąd nikt nie za­grał Ja­nie tak jak pa­ni. Tak przej­mu­ją­co wia­ry­god­nie.

- Jest pa­ni mi­ło­śnicz­ką te­atru? - He­le­na spoj­rza­ła na mnie z uwa­gą.

- Tak. Te­atru w ogó­le. W każ­dej for­mie, że tak po­wiem...

- I na­praw­dę uwa­ża pa­ni, że je­stem dzi­siaj lep­sza... od... Od sie­bie sprzed lat?

- Ow­szem. Cho­ciaż ni­g­dy przed­tem nie wi­dzia­łam pa­ni na sce­nie. Mo­że po pro­stu ży­wa pu­bli­ka le­piej pa­ni od­po­wia­da niż ka­me­ra?

- Mo­że. Ja nie.... Ja daw­no nie gra­łam w fil­mie. Ale być mo­że ma pa­ni ra­cję. O czym pa­ni pi­sze?

- Te­raz? - prze­lę­kłam się tro­chę. - Te­raz aku­rat ni­cze­go nie pi­szę. Ta­ki czas, że bar­dzo po­chła­nia­ją mnie obo­wiąz­ki za­wo­do­we. A tak w ogó­le pi­szę o ko­bie­tach, dla ko­biet. Ku po­krze­pie­niu serc i dusz, z ta­kim głów­nym prze­sła­niem, że wszyst­ko się mo­że zda­rzyć, je­śli się te­go na­praw­dę bar­dzo pra­gnie.

- Aha... Co zna­czy: obo­wiąz­ki za­wo­do­we? Ro­bi pa­ni coś jesz­cze, po­za pi­sa­niem?

- Ow­szem. Pra­cu­ję w do­mu kul­tu­ry. Głów­nie z mło­dzie­żą i dzieć­mi. Lu­bię dzie­ci.

- Dzie­ci... - He­le­na od­wró­ci­ła się do mnie ty­łem. - Ja... nie mam... dzie­ci.

Prze­stra­szy­łam się, że nie­chcą­cy po­ru­szy­łam ja­kąś jej czu­łą stru­nę.

- Prze­pra­szam...

- Nie, nic się nie sta­ło.

- Jest pa­ni do­brą ak­tor­ką i pięk­ną ko­bie­tą. Mo­im zda­niem wie­le jesz­cze przed pa­nią. I w ży­ciu za­wo­do­wym i... w ogó­le.

Głu­pia! Głu­pia, dur­na ba­bo! - sklę­łam się na­tych­miast w my­śli. - Cóż to za ba­na­ły? Pa­te­tycz­ne, głu­pie i nie­po­trzeb­ne?

- Nie. Nie są­dzę. I dla­te­go mu­si mi wy­star­czyć to, co mam. Ale wła­ści­wie to ja na­dal nie wiem, dla­cze­go chcia­ła się pa­ni ze mną wi­dzieć? - He­le­na od­wró­ci­ła się wol­no w mo­ją stro­nę.

- Jak już wczo­raj wspo­mnia­łam, bar­dzo mną wstrzą­snął ar­ty­kuł o pa­ni śmier­ci. Kil­ka dni te­mu do­wie­dzia­łam się, że z kimś pa­nią po­my­lo­no, więc przy­je­cha­łam, chcąc pa­nią zo­ba­czyć na wła­sne oczy.

- Wspo­mnia­ła pa­ni rów­nież, że nie­spe­cjal­nie pa­ni za mną prze­pa­da­ła.

- Ta­aak... - w tym mo­men­cie po­sta­wi­łam na szcze­rość i na "raz ko­zie śmierć". - Ale na­praw­dę, ja­koś tak... by­łam z pa­nią zży­ta przez bli­sko de­ka­dę. Póź­niej pa­ni zni­kła na ja­kiś czas, póź­niej pa­ni umar­ła, te­raz oka­za­ło się, że to po­mył­ka... Sa­ma nie wiem. Nie da­wa­ło mi to spo­ko­ju.

- Czy wo­bec te­go do­brze ro­zu­miem, że przy­wio­dła tu pa­nią zwy­kła cie­ka­wość?

- Nie! A w każ­dym ra­zie nie ta­ka, ja­ką ma pa­ni na my­śli. To coś w ro­dza­ju fa­scy­na­cji ta­jem­ni­cą, chęć po­zna­nia nie­ba­nal­nej, a mo­że na­wet mrocz­nej za­gad­ki, to tro­chę jak... po­szu­ki­wa­nie skar­bu. Chy­ba. Ale na pew­no nie ja­ko ma­te­riał na książ­kę.

- A gdy­by mo­ja hi­sto­ria na­praw­dę oka­za­ła się wy­jąt­ko­wo fa­scy­nu­ją­ca? Nie chcia­ła­by jej pa­ni opi­sać?

- Ja­sne, że bym chcia­ła. Ale, jak już wspo­mnia­łam, nie po to tu przy­szłam. I nie za­mie­rzam w ten spo­sób wy­ko­rzy­stać mo­jej wi­zy­ty.

He­le­na ro­ze­śmia­ła się peł­ną pier­sią. Śmia­ła się bar­dzo dłu­go i bar­dzo szcze­rze.

- Świet­nie! Na­praw­dę, pro­szę pa­ni. To do­sko­na­le! Wy­śmie­ni­cie! - po­wie­dzia­ła wresz­cie.

I zno­wu spra­wi­ła, że utknę­łam na amen, ale te­raz zro­zu­mia­łam, na czym po­le­ga­ła ta jej wła­ści­wość: po pro­stu w pew­nych mo­men­tach nie po­tra­fi­łam wy­czuć, czy iro­ni­zu­je, czy mó­wi se­rio. I czy w ogó­le mó­wi se­rio, czy tyl­ko iro­ni­zu­je. W chwi­lach po­dob­nych wąt­pli­wo­ści tra­ci­łam wą­tek, pew­nie dla zy­ska­nia cza­su do na­my­słu.

- A sko­ro tak - tym ra­zem He­le­na pod­trzy­ma­ła roz­mo­wę - w na­gro­dę i do­wód uzna­nia coś pa­ni po­wiem: otóż nie po­my­lo­no mnie z ni­kim. To mnie po­cho­wa­no. To był mój po­grzeb! - do­da­ła gło­śniej, my­śląc, że nie do­tar­ło do mnie, co mó­wi.

I mia­ła ra­cję, bo nie do­tar­ło.

- Czy­li... Jak to? Zmar­twych­wsta­ła pa­ni czy co?

- Nie. Spra­wa by­ła o wie­le mniej ro­man­tycz­na. Po pro­stu: po­grze­ba­no mnie żyw­cem.

Pa­trzy­łam na He­le­nę i pa­trzy­łam... I pa­trzy­łam. Zda­wa­ło mi się, że pa­trzę już tak ca­łą wiecz­ność, a wszyst­ko do­oko­ła za­trzy­ma­ło się w bez­ru­chu, cze­ka­jąc, aż się ock­nę z te­go pa­trze­nia.

- Ja nie żar­tu­ję. Tu na­praw­dę nie ma z cze­go żar­to­wać: by­ło stwier­dze­nie zgo­nu, był po­grzeb, był po­chó­wek.

- O mój Bo­że mi­ło­sier­ny! - wy­do­sta­ło się ja­ko pierw­sze z mo­jej krta­ni.

- Tak, to jest naj­wła­ściw­szy ko­men­tarz.

- Ale... prze­cież pa­ni ży­je!

- Ja nie twier­dzę, że nie ży­ję.

- To zna­czy... jest pa­ni tu­taj! - po­pra­wi­łam się, od­zy­sku­jąc po­wo­li zdol­ność lo­gicz­ne­go my­śle­nia.

- Mia­łam... jak­by to na­zwać? Szczę­ście? Tak. Nie­wąt­pli­wie szczę­ściem jest unik­nię­cie strasz­li­wej śmier­ci, z gło­du i pra­gnie­nia, ko­na­jąc ty­go­dnia­mi w ciem­nym, zim­nym gro­bow­cu.

W tej chwi­li po ca­łym cie­le prze­szedł mi gwał­tow­ny dreszcz. He­le­na nie żar­to­wa­ła. Nie mo­gła być aż tak do­brą ak­tor­ką. W każ­dym ra­zie z pew­no­ścią ina­czej wy­my­śli­ła­by so­bie ode­gra­nie emo­cji: nie sta­ła­by te­raz sta­ła opar­ta o ścia­nę, bia­ła jak kre­da, a po jej twa­rzy nie spły­wał­by gru­by­mi kro­pla­mi pot. Te­go nie da się za­grać bez po­mo­cy cha­rak­te­ry­za­cji.

Po­my­śla­łam, że mo­że po­win­nam już iść... Unio­słam się ci­cho z fo­te­la i zro­bi­łam pa­rę kro­ków w kie­run­ku drzwi.

- Nie jest pa­ni cie­ka­wa, co by­ło da­lej? - He­le­na spoj­rza­ła na mnie spod przy­mknię­tych po­wiek.

- Je­stem, na­wet bar­dzo. Ale po­my­śla­łam, że to pew­nie dla pa­ni... zbyt trud­ne prze­ży­cie, by o nim mó­wić.

- Ni­g­dy do­tąd ni­ko­mu o tym nie opo­wia­da­łam, choć wie­lu bar­dzo by chcia­ło. Ma pa­ni ra­cję: to zbyt trud­ne.

Spoj­rza­łam na nią py­ta­ją­co, bo a nuż te­raz ze­chce wszyst­ko z sie­bie wy­rzu­cić? He­le­na jed­nak zro­bi­ła tyl­ko krok w mo­ją stro­nę i...

.

.

.

(frag­ment)