Czas polowania na męża
Dorota i Tomasz Cieślińscy, staż małżeński: 9 lat
Zawody: stomatolog i ekonomista
Dzieci: Mateusz (8 lat)
Michał (7 lat)
Marysia (4 lata)
Małgosia (rok)
NPR uczyliście się sami czy na kursie przedmałżeńskim?
Dorota: Mieliśmy pewne pojęcie na temat naturalnych metod rozpoznawania płodności, ale najwięcej dowiedzieliśmy się z książek. Na kursie przedmałżeńskim NPR przedstawiony był nieciekawie. Osoba prowadząca używała bardzo infantylnego języka, co zauważyła szczególnie męska część widowni.
Nie zraził Was poziom tego kursu? Zresztą, nie pierwszy raz spotykam się z opinią, że często prowadzą je osoby, które same nie do końca wierzą w to, czego uczą...
Dorota: Mieliśmy już wyrobione poglądy w tej materii. Myślę, że tamta pani nie przekonałaby kogoś, kto dopiero poznawałby tę metodę.
I nigdy w małżeństwie nie próbowaliście żadnej formy antykoncepcji?
Tomasz: No właśnie nie. Jako małżeństwo chcieliśmy rozwijać się w wierze. Czuliśmy, że naturalne metody są częścią tego "pakietu". Że jeśli naprawdę chcemy się rozwijać, to nie możemy sobie wybierać, co nam się podoba, a co nie. Postanowiliśmy, że spróbujemy. Poza tym, Dorota jest lekarzem...
Dorota: ...wprawdzie stomatologiem, ale studiowałam medycynę, więc te tematy także ze względu na wykształcenie bardziej mnie interesowały.
Tomasz: Nie przemawiało do nas faszerowanie się chemią. Mamy znajomych, którzy przez wiele lat stosowali pigułki i dziś wprost mówią, że gdyby ktoś im powiedział, jakie będą tego skutki uboczne, to nigdy by tego nie zrobili. Widzą, jak antykoncepcja hormonalna przełożyła się na długie lata, podczas których starali się o dziecko. Nasza decyzja była wynikiem tego, jak postanowiliśmy układać wspólne życie.
Mówi się, że rodziny katolickie mają dużo dzieci, bo nie umieją się zabezpieczać. Wy macie czworo dzieci po dziewięciu latach małżeństwa, wypisz, wymaluj - dzieci rodzą się Wam co dwa lata (śmiech).
Tomasz: Zdecydowanie, jesteśmy patologiczną rodziną wielodzietną.
Dorota: My od początku wiedzieliśmy, że chcemy mieć więcej dzieci. Kiedy pojawili się chłopcy (Mateusz i Michał), nie przywiązywaliśmy jakiejś ogromnej wagi do obserwacji. Owszem, robiliśmy pewne zapiski, ale nic ponadto. Poza tym, ja miałam takie obawy, że nie będę mogła mieć wielu dzieci. Byłam wręcz pozytywnie zaskoczona, kiedy zaszłam w ciążę z Michałem.
Tomasz: Michała tak szybko się nie spodziewaliśmy (śmiech).
Dorota: Oczywiście, wiedzieliśmy, że mogę zajść w ciążę, ale myśleliśmy sobie, że przecież nie tak od razu, że z rok będziemy się starać. A tu pierwszy miesiąc i już jestem w ciąży (śmiech). To było dla nas dużą radością. Wiedzieliśmy, że chcemy mieć więcej dzieci i było nam obojętne, czy one urodzą się teraz, czy za pięć lat. Chcieliśmy, aby różnica wieku pomiędzy kolejnymi dziećmi wynosiła maksymalnie trzy lata.
Tomasz: Po urodzeniu chłopaków był taki moment, w którym wiedzieliśmy, że chcemy troszkę zwolnić tempo. Pomiędzy chłopakami jest półtora roku różnicy, więc chcieliśmy, aby teraz przerwa była nieco większa. I wtedy zaczęliśmy trochę bardziej się pilnować.
Dorota: Gdy przychodzi czas otwierania się na nowe życie, temat pojawia się w naszych rozmowach. Piękna jest ta wolność i gotowość przyjęcia kolejnego dziecka w ufności Panu Bogu. Najdłużej czekaliśmy na Małgosię, na nasze czwarte dziecko. Od momentu, kiedy zdecydowaliśmy, że już jest ten czas, upłynął prawie rok. Ja myślałam, że tyle będziemy czekać na pierwsze dzieci, a tu się okazało, że na czwarte! (śmiech)
Cztery to już Wasz "max"?
Tomasz: Muszę zaznaczyć, że my tej czwórki też jakoś mocno nie planowaliśmy. Powiedzieliśmy sobie, że jeśli Pan Bóg ma taki plan, aby było więcej dzieci, to ok.
Dorota: Nie było tak, że kreska w kreskę, pilnowaliśmy się co miesiąc.
Bardziej pójście na żywioł?
Tomasz: Nie do końca. Staraliśmy się podchodzić do tematu na spokojnie. Mieliśmy swoją wizję, ale z założeniem tego marginesu, że być może Pan Bóg ma na to inny pomysł.
Dorota: Myślę, że to tak samo wygląda w kontekście tego, czy chcemy mieć kolejne dzieci...
Tomasz: ...ale nasza wizja na dziś jest taka, że powinniśmy poczekać, bo po prostu jest nas trochę dużo (śmiech). Tak nam się wydaje, choć z drugiej strony, są rodziny, które mają ośmioro dzieci. Punkt widzenia zależy od tego, kto patrzy. Koledzy z pracy, którzy mają jedno czy dwoje dzieci, powiedzą, że jest nas dużo, ale rodzina dziesięcioosobowa już nie.
Dorota: My tak sobie powiedzieliśmy. Zastanawiamy się teraz, czy taka sama jest wola Boga względem naszej rodziny. Czy mamy środki, aby tak dużą rodzinę utrzymać? No i to, że jest troszkę ciasno, czy jest to ważna przeszkoda (śmiech).
Tomasz: Na razie czujemy, że to jeszcze nie jest ten moment.
Dorota: A co będzie za rok, to się okaże.
To gdzie się kończy ta otwartość na życie? Siedmioro, ośmioro dzieci?
Tomasz: Patrząc czysto po ludzku, wiemy, ile wysiłku trzeba włożyć w wychowanie dzieci i wydaje nam się, że czworo to jest właśnie ta nasza granica. Ale to ludzkie patrzenie. Gdyby było więcej dzieci, to pewnie też dalibyśmy radę.
Dorota: U nas otwartość na życie przychodzi falami. Najmłodsza - Małgosia jest dla nas owocem dołączenia do Domowego Kościoła. We wspólnocie spotkaliśmy małżeństwa, których przykład życia bardzo nas zbudował i zachęcił do przyjęcia kolejnego dziecka. Mieliśmy troje dzieci i myśleliśmy sobie, że jesteśmy już dużą rodziną. Patrzymy teraz na Gosię i na to, jakim jest wyjątkowym członkiem naszej rodziny. Każde z naszych dzieci jest wyjątkowe! I tak się zastanawiamy, jakie wyjątkowe byłoby kolejne.
Tomasz: Jak mieliśmy troje, to myśleliśmy sobie, że może już wystarczy, że może na więcej nie mamy siły...
Dorota: Otwartość przyszła do nas z czasem.
Tomasz: Jak patrzymy teraz na Gosię, to myślimy sobie, jaką wielką stratą byłoby, gdybyśmy się nie zdecydowali na kolejne dziecko. Zastanawiamy się, czy Pan Bóg chce dla nas kolejnych dzieci, które wniosą w naszą rodzinę taką radość. Jeśli zamkniemy się na życie, to ich nie będzie. Na razie my mówimy, że robimy przerwę, ale przecież jak Pan Bóg będzie chciał, to znajdzie na to sposób (śmiech).
Skoro na razie planujecie zrobić przerwę, to pewnie więcej przerw będzie w Waszym współżyciu. I to bardziej uważnie pilnowanych. Czy po dziewięciu latach małżeństwa, przy czwórce dzieci i założeniu, że na razie nie planujecie piątego, jest jeszcze miejsce na spontaniczny seks?
Tomasz: To jest właśnie ta niesprawiedliwość metod naturalnych (śmiech). Właśnie wtedy, kiedy oboje mamy największą ochotę, to nie możemy współżyć. Jasne, można patrzeć na to, jak na jakieś wyrzeczenie albo na czas, w którym możemy za sobą zatęsknić, ale fakt - jest to największa trudność.
Dorota: Ten okres abstynencji ma też swoje blaski, mnie kojarzy się na przykład z takim powrotem do okresu narzeczeństwa. Tomek śmieje się wtedy, że to okres polowania na męża (śmiech). Pojawiają się wtedy między nami różne żarty, które sprawiają, że ten czas jest milszy, budujący. Nie spędzamy go w jakiejś izolacji!
Tomasz: Tak da się żyć, chociaż czasem pojawiają się takie myśli, że mogłoby to być inaczej ułożone. Ale za tym idzie jakaś konkretna logika - człowiek wzmacnia się, uczy wstrzemięźliwości, nie ulega chwilowym pragnieniom.
Trudno jest przy czwórce dzieci i w ściśle określonym tabelką czasie wygospodarować chwile tylko dla siebie?
Tomasz: Jakoś ogarniamy (śmiech).
Dorota: Może będzie trudniej, jak nasze dzieci podrosną.
Tomasz: Około dwudziestej, dwudziestej pierwszej dzieci kładą się spać, więc każdego wieczora mamy jakieś dwie godziny dla siebie.
Stosowanie naturalnych metod przydało się Wam w jakiś sposób w okresie połogu?
Dorota: Kobieta po porodzie to chyba w ogóle nie myśli o seksie. Na to pytanie to raczej panowie mogą więcej powiedzieć.
Tomasz: Zgadza się, jest to jakieś wyzwanie. Ale to ma swoje plusy - Dorota zauważa, że w okresach wstrzemięźliwości bardziej o nią dbam. Zwracam na nią większą uwagę.
Dorota: Pod tym względem bardzo lubię ten czas! Tomasz: Jest to jakieś poświęcenie, bo ma się na coś ochotę, a się tego nie robi. Jest to wyrzeczenie, ale patrząc z perspektywy czasu, do zrobienia. Mamy czworo dzieci, tych wyrzeczeń jest więcej niż to, że nie możemy współżyć, kiedy chcemy! To są wybory, jakich dokonuje się każdego dnia.
Ale życie samo z siebie przynosi wiele ograniczeń, po co więc wprowadzać sobie na siłę kolejne?
Dorota: Nie postrzegamy tego jako ograniczenia. Każdy wybór niesie ze sobą jakieś konsekwencje. Prócz trudności na dłuższą metę przynosi nam jednak wiele korzyści. Po latach widzę tych plusów znacznie więcej. Może też dlatego, że nauczyłam się z tym żyć, nie traktuję naturalnych metod jako ciężaru.
Tomasz: Staramy się podchodzić do tego z przymrużeniem oka, żartem, szukać pozytywów. Śmiejemy się na przykład ze wspomnianych okresów polowania na żonę/męża. To też jest jakaś frajda, że czujemy się jak nastolatkowie - czegoś byśmy chcieli, ale nie możemy (śmiech).
Ale tę abstynencję można spróbować obejść, na przykład jakąś inną formą aktywności seksualnej, bez współżycia w tradycyjnym i pełnym tego słowa znaczeniu.
Dorota: Nie eksperymentujemy w tej materii, bo myślę, że mogłoby to się skończyć nie tak, jak byśmy chcieli. Chyba raczej zachowujemy się wtedy jak w okresie narzeczeństwa. Ja mam znowu motylki w brzuchu, Tomek błysk w oku. Okazujemy sobie uczucia bardziej słowem lub gestem.
Tomasz: Okazujemy sobie bliskość, ale bez przekraczania pewnej granicy. Z doświadczenia wiemy, że kiedy przekroczy się pewien punkt, to jest już za późno (śmiech).
Dorota: Zawsze któreś z nas musi stać na straży (śmiech). Ale to jest bardzo budujący czas. Tomek ma ochotę zabrać mnie na spacer na przykład.
Tomasz: ... nie, na spacer to nie.
Dorota: A już myślałam! (śmiech)