Rozdział pierwszy
Rozdział pierwszy
Tomoka, 21 lat
Sprzedawczyni w dziale ubrań damskich
"Poznałam kogoś", napisała mi na LINE Saya. Na pytanie: "A coś więcej?"
przyszła krótka odpowiedź: "Lekarz".
Szczerze mówiąc, miałam nadzieję dowiedzieć raczej czegoś o jego
charakterze czy wyglądzie, Saya jednak pominęła takie nieistotne
szczegóły i od razu przeszła do zawodu.
Z drugiej strony, jeśli chcemy o kimś opowiedzieć, nie ma chyba
szybszego i bardziej komunikatywnego sposobu. Zawód określa w pewnym
sensie typ osobowości. Słowo "lekarz" faktycznie dało mi pewne
wyobrażenie o tym kolesiu. Oczywiście stereotypowe i bardzo subiektywne.
No dobrze, a z jakim typem osobowości kojarzy się mój zawód? Czy na jego
podstawie obca osoba mogłaby wyrobić sobie o mnie pojęcie?
Na jasnobłękitnym tle komunikatora przewijały się jedna po drugiej
kolejne wiadomości o tym nowym facecie, którego Saya poznała na grupowej
randce.
Jest moją przyjaciółką z rodzinnych stron. Znam ją jeszcze z czasów
liceum i wciąż co jakiś czas piszemy do siebie, mimo że wyjechałam na
tandai1 do Tokio, a potem znalazłam tu pracę.
"A co u Ciebie?"
Przez chwilę zastanawiałam się, co odpisać. Długo by opowiadać.
Nacisnęłam "n". Jako pierwsza wyskoczyła podpowiedź "nieźle". Wybrałam
ją i wysłałam. Tak naprawdę to chciałam napisać: "nuda".
Pracuję w Edenie.
Pod tą rajską nazwą kryje się wielobranżowy hipermarket, w którym
codziennie obsługuję kasę stoiska z damską odzieżą2 i doradzam
klientkom, ubrana w czarną kamizelkę i wąską spódnicę w tym samym
kolorze. Tak było wiosną i latem, tak jest jesienią i tak samo będzie
zimą. Minęło już pół roku, odkąd ukończyłam tandai i zaczęłam tu
pracować. Szybko zleciało.
Listopad, włączyli już ogrzewanie. Nogi gotują mi się w przyciasnych
pantoflach i pończochach. Czuję, jak podkurczają mi się ściśnięte i spocone palce u stóp. Podobne męki są pewnie nieobce każdej kobiecie,
która musi nosić w pracy przepisowy ubiór. W Edenie jest natomiast
jeszcze jeden element umundurowania -?charakterystyczne bluzki o barwie
koralowej, czyli różu o lekko pomarańczowym odcieniu. Na szkoleniu
mówili nam, że firma zamówiła go u wybitnej specjalistki od koordynacji
kolorów. Róż koralowy robi pogodne i przyjemne wrażenie, a poza tym
"pasuje kobietom w każdym wieku". O tak, kiedy już zaczęłam pracę,
przekonałam się o prawdziwości tych słów.
-?Już jestem. Może pani iść na przerwę, panno Fujiki -?powiedziała
zatrudniona na zlecenie pani Numauchi, kiedy wróciła do kasy. Jej świeżo
umalowane usta błyszczały soczyście.
Pani Numauchi, superweteranka naszego stoiska, pracuje tu już od
dwunastu lat. W zeszłym miesiącu powiedziała mi: "Miałam urodziny.
Dublecik". Nie wygląda ani na czterdzieści cztery ani na sześćdziesiąt
sześć, czyli pewnie pięćdziesiąt pięć. Mniej więcej tyle, co moja mama.
Pani Numauchi rzeczywiście było do twarzy w koralowej bluzce.
Niewątpliwie kolor ten wybrano właśnie z myślą o kobietach w średnim
wieku, których pracuje w Edenie najwięcej, zazwyczaj w niepełnym
wymiarze godzin.
-?I proszę uważać, panno Fujiki, bo coś za często wraca pani na ostatnią
chwilę.
-?Przepraszam...
Wśród doświadczonych pracownic na zleceniu pani Numauchi pełni funkcję
liderki i zarazem jednoosobowego komitetu dyscyplinarnego. Czepia się
każdego drobiazgu, ale nigdy nic sobie nie wymyśla, mogę więc tylko
zaciskać zęby.
-?No to idę. -?Ukłoniwszy się pani Numauchi, wyszłam zza kasy. Po drodze
zauważyłam porozrzucane towary na stoisku. Sięgnęłam, żeby je poprawić,
i wtedy zawołała mnie klientka.
-?Podejdzie tu pani?
Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam kobietę w wieku pani Numauchi. Była
nieumalowana, miała na sobie mocno znoszoną puchową kurtkę, a także
sfatygowany plecak.
-?Który mi bardziej pasuje?
Trzymała przed sobą dwa sweterki, po jednym w każdej ręce. Ciemnoróżowy
z dekoltem w serek i brązowy golf.
W przeciwieństwie do salonów firmowych u nas nie wymaga się zagadywania
klientek (i całe szczęście), ale gdy zostaniemy zawołane, oczywiście
trzeba od razu podejść.
"Świetnie. I po co brałam się za porządkowanie. Trzeba było od razu iść
na przerwę".
-?Niech pomyślę...
Porównałam oba swetry i wskazałam różowy.
-?Wydaje mi się, że ten. Jest żywszy.
-?Tak? A nie myśli pani, że jest zbyt krzykliwy jak dla mnie?
-?Ależ nie. Ale jeśli woli pani coś bardziej stonowanego, to brązowy
będzie lepszy. No i w golfie pani nie zmarznie.
-?Tylko że jest jakiś taki bez wyrazu.
Jałowa dyskusja się przeciągała.
-?Może pani przymierzy? -?zaproponowałam, ale klientka odparła, że za
dużo z tym zachodu. Powstrzymałam westchnienie i jeszcze raz wskazałam
ciemnoróżowy sweterek.
-?Wydaje mi się, że będzie w nim pani do twarzy, to naprawdę śliczny
kolor. -?Na te słowa atmosfera nareszcie zelżała.
-?Mówi pani? -?Klientka przez dłuższą chwilę wpatrywała się w różowy
sweterek, po czym spojrzała na mnie. -?No to chyba go wezmę.
Stanęła w kolejce do kasy. Złożyłam golf i odłożyłam go na półkę. Z ledwo czterdziestopięciominutowej przerwy ubył mi aż kwadrans.
W drzwiach dla personelu minęłam się z dziewczyną z markowego sklepu
odzieżowego dla młodych ludzi. Jej rozkloszowana spódnica w kratę, o barwie eleganckiej ciemnej zieleni poprzetykanej bielą, powiewała
swobodnie. Pewnie to jeden z towarów z ich oferty. Pracownice sklepów
firmowych mogą nosić się po dziewczęcemu, choć należymy do tego samego
działu. Miała na sobie rustykalną bluzkę, a ułożone w loki włosy
związane z tyłu. Z takim personelem nawet Eden może czasem sprawiać
gustowne wrażenie.
Zaszłam do mojej szafki po plastikową torbę na ramię, w której nosiłam
lunch, i skierowałam się w stronę stołówki pracowniczej. Nie podają tu
nic wyszukanego -?soba, udon, kar? i co tydzień inny zestaw ze smażoną
rybą czy krewetkami. Jadałam tu regularnie aż do dnia, w którym
zwróciłam uwagę babce z obsługi, że pomyliła moje zamówienie. Kiedy
powiedziałam, że prosiłam o coś innego, fuknęła na mnie, no i odechciało
mi się jeść stołówkowe obiady. Zaczęłam więc w drodze do pracy kupować w konbini pieczywo i przynosić je tutaj.
W stołówce tu i tam zwracały uwagę plamy koralowego różu poprzetykane
gdzieniegdzie bielą męskich koszul i różnorodnymi ubraniami pracowników
salonów markowych. Ze stolika obok rozległ się donośny śmiech.
Przyodziana w koralowe bluzki grupka czterech kobiet wesoło plotkowała o swoich mężach i dzieciach. Chyba dobrze się bawią. Widząc nas, zwykła
klientka uznałaby pewnie na podstawie stroju, że należę do ich grona,
ale prawdę mówiąc, trochę się ich boję. Nie dałabym im rady dotrzymać
tempa w rozmowie, więc w ogóle nie mam ochoty próbować... Czy coś jest ze
mną nie tak?
Dlaczego pracuję w Edenie? Tylko oni się do mnie odezwali i dali mi
etat. To jedyny powód. Poszłam na rozmowę, ot tak, bez szczególnego
zainteresowania, podobnie zresztą jak do innych firm. Świadoma, że nie
jestem zbyt uzdolniona, postanowiłam nawet, że pójdę tam, gdzie mnie
zechcą.
Wcześniej uczestniczyłam w rozmowach u trzech innych pracodawców, ale
wszędzie z miejsca mnie odrzucano; miałam już dość wszystkiego, gdy
nadeszło powiadomienie z Edenu. Dobra, niech będzie, pomyślałam i dałam
sobie spokój z dalszym szukaniem pracy. Ważne, że nadal mogłam mieszkać
w Tokio.
Nie znaczy to, że miałam jakieś ambitne plany związane ze stolicą albo
że koniecznie chciałam tu zostać. Nie, powiedziałabym raczej, że nie
uśmiechało mi się wracać w rodzinne strony.
Miejscowość, z której pochodzę, leży kawał drogi stąd. Gdzie okiem
sięgnąć, tylko pola ryżowe. Dosłownie. Dojazd samochodem z domu do
stojącego przy głównej drodze jedynego w naszej miejscowości konbini
zajmuje piętnaście minut. Czasopisma dochodzą nas z kilkudniowym
opóźnieniem. Nie ma kina ani domów towarowych. Nie ma też żadnej
restauracji godnej tego miana, co najwyżej jedno dobre bistro. Już od
gimnazjum miałam dość tego miejsca i marzyłam, żeby jak najszybciej
uciec.
Zapewne duży wpływ wywarły na mnie seriale, które oglądałam na jednym z zaledwie czterech dostępnych u nas kanałów. Byłam pewna, że jeśli tylko
wyjadę do Tokio, gdzie można znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie,
zacznę wieść eleganckie i dramatyczne życie niczym serialowe aktorki.
Zaczęłam więc uczyć się jak szalona i tak zdałam egzaminy na jeden z tokijskich tandaiów.
Właściwie zaraz po przyjeździe zrozumiałam, że wszystko to nic innego
jak jedna wielka iluzja, ale i tak uważałam Tokio za raj na ziemi.
Choćby dlatego, że gdzie bym się nie udała, w promieniu pięciu minut
piechotą zawsze miałam kilka konbini, a pociągi kursowały co trzy
minuty. Przedmioty codziennego użytku i jedzenie gotowe do podgrzania
zawsze znajdowały się w zasięgu ręki, tak więc całkiem przywykłam do
mojego wygodnego życia. Dojazd do pracy również nie stanowił problemu,
bo spośród kilku placówek Edenu w regionie Kant? oddelegowano mnie
akurat do sklepu znajdującego się o jedną stację od mojego mieszkania.
Czasem sobie jednak myślę -?co dalej?
Po gorączkowym entuzjazmie z czasu, gdy postanowiłam opuścić rodzinne
strony, po wulkanie emocji z okresu, gdy udało mi się zrealizować swój
zamiar, nie zostało już nic.
Mało kto z mojej miejscowości wyjeżdża na studia do Tokio, nic więc
dziwnego, że wszyscy wokół mówili mi, jaka to niby jestem super; w końcu
sama zaczęłam w to wierzyć. Koniec końców nie udało mi się jednak
osiągnąć nic wyjątkowego.
Właściwie to nawet nie przychodzi mi do głowy ani jedna rzecz, którą
naprawdę chciałabym robić; nie ma nic, co sprawiałoby mi jakąś większą
frajdę; nie mam nawet chłopaka. Jeśli nie wracam do rodziców, to tylko
dlatego, że nie wyobrażam już sobie życia bez wygód. Co więcej, nawet
gdybym wróciła, to przecież i tak do niczego bym tam nie doszła.
W takim razie chyba tak po prostu zostanę w Edenie, czas tak po prostu
będzie sobie upływał, a ja, pozbawiona pasji i marzeń, posunę się w latach w mojej koralowej bluzce. Przez to, że pracuję w weekendy, coraz
mniej widuję się ze znajomymi i nie mam okazji, by kogoś poznać, choć to
pewnie niejedyny powód.
"Zmień pracę". Często zdarza się, że taka myśl pojawia mi się gdzieś z tyłu głowy. Ale gdy zdaję sobie sprawę, jak dużo z tym zachodu, opuszcza
mnie cała energia. O to chyba chodzi. Brak mi tego minimum energii.
Nawet napisanie CV wydaje mi się czymś przytłaczającym.
Skoro tuż po ukończeniu szkoły dostałam się tylko do Edenu, to kto
chciałby mnie zatrudnić teraz, poza okresem rekrutacyjnym.
-?Hej, Tomoka.
Z tacą w rękach podszedł do mnie Kiriyama. Pracuje na stoisku z okularami marki ZAZ. Ma dwadzieścia pięć lat i jest jedyną osobą w Edenie, z którą mogę otwarcie rozmawiać. Przyszedł do nas przed czterema
miesiącami. Od pewnego czasu go nie widziałam. Ponieważ zatrudnia go
ZAZ, a nie Eden, zdarza się, że jest oddelegowywany do pomocy w innych
sklepach.
Na jego tacy ujrzałam zestaw ze smażonym ostrobokiem i udon z mięsem.
Kiriyama jest szczupły, ale je za dwóch.
-?Wolne?
-?Jasne.
Usiadł naprzeciwko mnie. Zaokrąglone okulary w cienkich oprawkach
pasowały do jego ciepłego spojrzenia. Oto człowiek, który świetnie
odnajduje się w swojej pracy, pomyślałam. A właśnie, chyba ktoś kiedyś
mówił, że Kiriyama przeniósł się do ZAZ z innej firmy.
-?Powiedz, gdzie pracowałeś wcześniej?
-?Ja? Robiłem w czasopismach i tym podobnych. No wiesz, redagowanie,
pisanie artykułów, takie tam.
-?No co ty. -?Zaskoczył mnie. Pracował w wydawnictwie! Nagle ten
delikatny i bezkonfliktowy mężczyzna wydał mi się dobrze zorientowanym w świecie intelektualistą. Zawód faktycznie decyduje o postrzeganiu
człowieka. Dotyczy to nawet dawnej pracy.
-?Coś taka zdziwiona?
-?Daj spokój, przecież taka praca jest super.
Kiriyama uśmiechnął się i zaczął siorbać udon.
-?Praca optyka też jest super.
-?No co ty? -?uśmiechnęłam się również, wgryzając się w bułkę z parówką.
-?"Super" to chyba twoje ulubione słowo.
-?Tak?
Możliwe, że ma rację. Kiedy Saya napisała mi o swoim nowym chłopaku, też
chyba kilka razy odpisałam "To super!". Ale tak właściwie, to co jest
dla mnie "super"? Wyjątkowy talent? Bogata wiedza? Niezwykłe
osiągnięcia?
-?Ciekawe, czy już na dobre utknę w Edenie -?powiedziałam pod nosem,
popijając truskawkowe mleko. Kiriyama uniósł brwi.
-?Co tam? Myślisz o zmianie pracy?
-?No tak... jakoś ostatnio mnie naszło... -?odparłam po cichu, z wahaniem.
-?Ale też w sprzedaży?
-?Nie, tym razem chciałabym popracować w jakimś biurze. Wiesz, bez
przepisowego stroju, z wolnymi weekendami, z własnym biurkiem.
Chodziłybyśmy z koleżankami na lunch w pobliskiej kawiarence, a w kuchni
narzekałabym na szefa.
-?A o samej pracy to już nie myślisz?
Kiriyama uśmiechnął się cierpko. Ale skąd niby mam wiedzieć, co się robi
w biurze, skoro nigdy tam nie pracowałam?
-?Jesteś na etacie. Jeśli wytrzymasz kilka lat, będziesz mogła przejść
do głównej siedziby, prawda?
-?No niby tak.
Fakt, to jedna ze ścieżek kariery w Edenie. Co najmniej pierwsze trzy
lata trzeba przepracować w sklepie, a potem, po nabraniu doświadczenia,
chętni mają możliwość aplikowania o przeniesienie do głównej siedziby
firmy; na przykład do działu ogólnego, do kadr albo do sekcji rozwoju
produktów, w skład której wchodzi obsługa kontrahentów czy planowanie
eventów. Innymi słowy, istnieje możliwość otrzymania stanowiska
biurowego.
Słyszałam jednak, że niewielu chętnych się dostaje. Najbardziej realny -
kiedy już pozna się tajniki pracy w sklepie -?jest awans na kierownika
działu. Jest nim na przykład mój przełożony, Uejima, apatyczny
trzydziestopięciolatek, który został kierownikiem jakieś pięć lat temu.
Kiedy na niego patrzę, myślę sobie, że to najlepsze, co mnie czeka.
Awans oznaczałby tę samą pracę, tylko ze zwiększoną odpowiedzialnością.
Najtrudniejsze byłoby utrzymanie w ryzach pracowników tymczasowych.
Dreszcz mnie przechodzi na samą myśl. Nie dałabym rady, co z tego, że z nieco wyższą pensją.
-?Jak znalazłeś pracę w ZAZ? -?zapytałam.
-?Założyłem konto w serwisie doradztwa zmiany kariery. Od razu przyszło
dużo ofert i tę wybrałem. -?Kiriyama pokazał mi stronę na smartfonie.
Wystarczyło wpisać typ poszukiwanej pracy, wymagania, doświadczenie i umiejętności, aby zacząć otrzymywać maile z ofertami zatrudnienia.
Rzuciłam okiem na przykładowy profil. Rubryki były bardzo szczegółowe:
wszelkie rodzaje kwalifikacji, wynik TOEIC, prawo jazdy, przy każdej
kwadratowe okienko do zaznaczenia.
-?No właśnie, umiejętności. Mam tylko trzeci poziom eikena3.
Kurczę, mogłam przynajmniej zrobić prawko. Tam, skąd pochodzę, nie da
się funkcjonować bez samochodu, dlatego w wakacje wiosenne po ukończeniu
liceum wszyscy zapisują się na kurs. Ja nie czułam takiej potrzeby -
pewna wyjazdu do Tokio wolałam się obijać. Natomiast certyfikat z angielskiego zrobiłam właściwie pod przymusem w gimnazjum, ale kogo
obejdzie mój trzeci poziom?
W części poświęconej obsłudze komputera formularz rejestracyjny robił
się jeszcze bardziej szczegółowy. Word, Excel, Power Point -?tyle
zrozumiałam, reszta wymienionych nazw była mi kompletnie obca.
Oczywiście mam laptop. Na studiach pisałam na nim prace zaliczeniowe i licencjat, ale w pracy nie miałam już okazji do tworzenia tego rodzaju
dokumentów. Teraz zaś komputer leżał w szafie, bo zepsuł mi się router,
a kupno nowego i zabawa z podłączaniem wi-fi wykraczała poza moje chęci
i umiejętności. Smartfon mi wystarczał.
-?Umiem pisać w Wordzie, ale na Excelu się nie znam.
-?Jeśli masz zamiar pracować w biurze, przynajmniej Excela powinnaś się
nauczyć.
-?Ale takie zajęcia są chyba drogie.
Kiriyama powiedział wtedy coś nieoczekiwanego.
-?Nie musisz od razu zapisywać się do specjalistycznej szkoły. W domach
kultury czy innych centrach osiedlowych organizują tanie kursy obsługi
komputera dla okolicznych mieszkańców.
-?Poważnie?
Zgniatając papierową torebkę po bułce, spojrzałam na zegarek. Zostało mi
mniej niż dziesięć minut przerwy. Jeśli nie będę przy kasie trzy minuty
przed końcem, pani Numauchi będzie się pieklić, a muszę jeszcze skoczyć
do toalety. Dopiwszy mleko truskawkowe, opuściłam stołówkę.
Tego wieczoru wyszukałam w smartfonie fraz "dzielnica Hatori" (tu
mieszkam) i "kursy komputerowe dla mieszkańców". Wyskoczyło zaskakująco
dużo wyników, nie spodziewałam się ich aż tyle. Zwróciło moją uwagę
miejsce o nazwie Hatori Community House, którego adres sugerował, że
znajduje się w bliskim sąsiedztwie mojego mieszkania, około dziesięciu
minut piechotą. Siedzibę dzielił z jakąś podstawówką.
Na stronie znalazłam informacje o rozmaitych kursach: sh?gi, haiku,
rytmika, taniec hula, gimnastyka zdrowotna. Dość często organizowano też
różne wydarzenia, jak pokaz układania kwiatów czy wykłady, w których
mógł wziąć udział każdy mieszkaniec dzielnicy.
Kto by pomyślał, że wszystko to może odbywać się w podstawówce. Nie
miałam o tym wszystkim pojęcia, chociaż mieszkałam tu już od jakichś
trzech lat.
Przeczytałam, że kursy obsługi komputera prowadzone są w sali
konferencyjnej. Można było przyjść z własnym sprzętem albo wypożyczyć
laptop na miejscu. Cena za jedne zajęcia wynosiła zaledwie dwa tysiące
jenów. Spotkania, które odbywały się w każdą środę od czternastej do
szesnastej, miały charakter indywidualny, dlatego wystarczyło zgłosić
się w dogodnym terminie. Ucieszyłam się, że zajęcia wypadały w dzień
powszedni, tym bardziej, że w grafiku na nadchodzący tydzień akurat w środę miałam wolne.
"Początkujący mile widziani. Kurs szczególnie polecamy osobom chcącym
uczyć się we własnym tempie. Każdemu uczestnikowi poświęcamy czas
indywidualnie. Nauczymy Państwa obsługi komputera, pracy z Wordem,
Excelem, a także projektowania stron internetowych czy programowania.
Zajęcia prowadzi: Gonno."
Może dałabym radę...
Wypełniłam i wysłałam formularz zgłoszeniowy. Chociaż nawet jeszcze nie
zaczęłam, oczami wyobraźni już ujrzałam siebie sprawnie obsługującą
Excela i po raz pierwszy od dawna poczułam szybsze bicie serca.
Dwa dni później z laptopem pod pachą udałam się do wzmiankowanej w ogłoszeniu szkoły podstawowej. Według zamieszczonej na stronie mapki
należało obejść szkolne ogrodzenie i odnaleźć wąziutkie przejście,
prowadzące do piętrowego białego budynku. Szklane drzwi wieńczył
symboliczny daszek, do którego przytwierdzono tablicę "Hatori Community
House". Weszłam do środka; zaraz za drzwiami znajdowała się recepcja. Za
kontuarem siedział starszy mężczyzna o bujnych siwych włosach, a w głębi
widać było biuro, w którym kobieta w średnim wieku z bandaną na głowie
wypisywała jakieś papiery.
-?Przyszłam na kurs komputerowy -?zagaiłam.
-?Pani się tu wpisze. Zajęcia są w sali A. -?Mężczyzna wskazał leżącą na
kontuarze podkładkę z kartką, zawierającą tabelę, w której widniały
rubryki: nazwisko, cel wizyty i godzina wejścia.
Sala A znajdowała się na parterze. Idąc wzdłuż kontuaru recepcji,
przechodziło się do pomieszczenia przypominającego hol, a stamtąd od
razu w prawo. Przez rozsunięte drzwi można było zajrzeć do środka. Po
obu stronach ustawionych naprzeciwko siebie długich stołów siedzieli już
z otwartymi laptopami nieco starsza ode mnie kobieta z puszystymi,
kręconymi włosami i mężczyzna w sile wieku, o kanciastych rysach.
Okazało się, że "Gonno", ku mojemu zaskoczeniu, jest kobietą w wieku
pięćdziesięciu kilku lat.
-?Proszę wybrać sobie miejsce -?powiedziała, gdy się przedstawiłam.
Usiadłam z brzegu, po tej samej stronie, co kobieta o kręconych włosach.
Ani ona, ani mężczyzna nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi,
zaprzątnięci swoją pracą.
Otworzyłam laptop. Na wszelki wypadek jeszcze w domu włączyłam go po raz
pierwszy od dawna. Długo go nie ładowałam, dlatego wybudzenie się zajęło
mu trochę czasu, ale wszystko zdawało się działać dobrze.
Chyba ostatnio za dużo korzystałam ze smartfona, bo zupełnie nie szło mi
pisanie na klawiaturze. Może konieczne będzie też poćwiczenie Worda.
-?Chciała pani nauczyć się obsługi Excela, prawda? -?powiedziała pani
Gonno i spojrzała na mój komputer.
Przekazano jej pewnie, co napisałam w zgłoszeniu.
-?Tak. Z tym że na tym laptopie nie mam Excela.
Pani Gonno rzuciła okiem na ekran i poruszyła lekko myszką.
-?Ma pani. Stworzę skrót.
Po prawej stronie pulpitu pojawiła się zielona kwadratowa ikonka z literką "x".
Tego się nie spodziewałam. Przez cały ten czas mój komputer ukrywał
przede mną Excela?
-?Widziałam, że używała pani Worda, więc pomyślałam, że ma pani
zainstalowanego całego Office'a.
Jakiego znowu Office'a? Nie miałam pojęcia, o co jej chodzi, ale ważne,
że dobrze się skończyło. Przypomniałam sobie, że na studiach z tym
Wordem też nie mogłam sobie poradzić, więc poprosiłam kogoś z grupy o pomoc w instalacji. Takie są skutki zbytniego polegania na innych.
Przez następne dwie godziny pani Gonno uczyła mnie Excela od podstaw.
Czasem zaglądała, jak sobie radzi pozostała dwójka, ale ponieważ byłam
tu po raz pierwszy, najwięcej czasu poświęcała mnie. Najbardziej
zdziwiłam się, gdy pokazała mi, że wystarczy zaznaczyć kilka kratek z wpisanymi liczbami i nacisnąć klawisz, żeby od razu wyskoczyła suma.
Ależ przydatna funkcja, aż krzyknęłam z wrażenia, a pani Gonno zaśmiała
się smutno.
Wykonując wskazane zadania, podsłuchałam co nieco z rozmów pani Gonno z pozostałymi kursantami. Zdaje się, że przychodzili tu już od dłuższego
czasu. Mężczyzna projektował stronę poświęconą dzikim ziołom, a kobieta
próbowała założyć sklep internetowy.
Przez cały czas, gdy gnuśniałam sobie w najlepsze, całkiem blisko inni
zapamiętale uczyli się nowych rzeczy... Im dłużej o tym myślałam, tym
bardziej beznadziejnie się czułam.
Po zajęciach pani Gonno powiedziała:
-?Nie używamy tu jakiegoś konkretnego podręcznika, ale mogę polecić pani
kilka książek. Warto też po prostu zajrzeć do księgarni czy biblioteki i znaleźć taką pozycję, która pani pasuje -?mówiła wesoło, pokazując mi
okładki paru podręczników. -?Tutaj też jest niewielka biblioteka.
Biblioteka.
Delikatne brzmienie tego słowa przeniosło mnie do czasów studenckich.
Biblioteka.
-?Ja też mogę wypożyczać książki?
-?Tak, może z niej korzystać każdy mieszkaniec dzielnicy. Do sześciu
tytułów. Zdaje się, że na dwa tygodnie.
Mężczyzna o kanciastych rysach zawołał panią Gonno. Podeszła do niego.
Zapisałam tytuły poleconych przez nią książek, zamknęłam laptop i wyszłam z sali.
Biblioteka również znajdowała się na parterze, w położonym w głębi
pomieszczeniu zaraz obok kuchni. Należało minąć dwie sale wykładowe i pokój w stylu japońskim.
Nad rozsuniętymi na oścież drzwiami zauważyłam przytwierdzoną tabliczkę
"Biblioteka". Dyskretnie zajrzałam do środka. W pomieszczeniu wielkości
sali lekcyjnej porozstawiane były regały z książkami, a zaraz za
wejściem znajdował się kontuar oznaczony "Wypożyczenia i zwroty".
Naprzeciwko drobna dziewczyna w granatowym fartuchu odstawiała wydania
kieszonkowe na półki.
-?Przepraszam, gdzie znajdę książki poświęcone obsłudze komputera?
Dziewczyna uniosła głowę. Wyglądała ledwo na licealistkę i miała
niesamowicie wielkie oczy. Jej spięte w koński ogon włosy zafalowały w powietrzu. Na wysokości piersi dojrzałam plakietkę z nazwiskiem -?Nozomi
Morinaga.
-?Tędy proszę.
Trzymając w ręce kilka książek w formacie kieszonkowym, Nozomi przeszła
obok stołu dla czytelników i zaprowadziła mnie do dużego regału przy
ścianie. Znajdowały się na nim trzy wyraźnie przegrodzone działy:
komputery, języki obce, kwalifikacje zawodowe.
-?Dziękuję.
-?Jeśli potrzebowałaby pani konsultacji, tam znajdzie pani
bibliotekarkę.
-?Konsultacji?
-?Tak, w razie potrzeby udzielimy porady w sprawie interesujących panią
książek.
Skinęłam głową. Nozomi zrobiła to samo i wróciła do regału.
Przejrzałam tytuły książek komputerowych, ale nie znalazłam nic z rekomendacji pani Gonno. Ponieważ sama nie byłam w stanie stwierdzić,
które są dla mnie przydatne, postanowiłam poradzić się bibliotekarki.
Gdzie to miało być? Wróciłam do kontuaru i spojrzałam w głąb
pomieszczenia. U przeciwległego końca znajdowało się przepierzenie, za
którym zwracała uwagę zwisająca z sufitu tabliczka: "Konsultacje".
Podeszłam bliżej, zajrzałam do środka i z zaskoczenia zrobiłam wielkie
oczy.
Bibliotekarka siedziała wciśnięta między przepierzenie a stół w kształcie litery "L".
Była bardzo... bardzo dużą kobietą. Nie tyle otyłą, co właśnie dużą. Jej
podbródek przechodził płynnie w białą szyję. Luźny, grubo pleciony
kardigan w kolorze złamanej bieli miała narzucony na beżowy fartuch,
przez co przypominała mi niedźwiedzia polarnego hibernującego w swej
jaskini. Mały kok wieńczący jej włosy przebity był szpilą kanzashi, z której końca zwisały trzy frędzle gustownie ozdobione białymi kwiatkami.
Siedziała ze spuszczoną głową. Chyba nad czymś pracowała, choć z miejsca, w którym stałam, nie mogłam dojrzeć, nad czym.
Przeczytałam plakietkę wiszącą u jej szyi: Sayuri Komachi. Jakie śliczne
nazwisko.
-?Przepraszam... -?Gdy podeszłam bliżej i zagaiłam, pani Komachi rzuciła
mi spojrzenie z ukosa. Jej przeszywający wzrok sprawił, że skuliłam się
w sobie. Popatrzyłam, czym się zajmowała po swojej stronie kontuaru. Na
podkładce wielkości pocztówki leżał przypominający piłkę do ping-ponga
okrągły przedmiot, w który pani Komachi raz za razem wkłuwała igłę.
Ledwo powstrzymałam okrzyk. Co ona wyprawia? Rzuca na kogoś klątwę?
-?N-nie... już nic...
Już miałam się wycofać, gdy pani Komachi odezwała się:
-?Czego szukasz?
Jej głos mnie pochwycił.
Nie wypowiadała słów ze szczególnym naciskiem, ale ciepło jej tonu
oplotło mnie i zatrzymało w miejscu. Kąciki ust pani Komachi ani
drgnęły, ale słowa, jakie skierowała do mnie, przeszyły mnie jakimś
tajemniczym ukojeniem.
"Czego szukasz?"
Czego ja właściwie szukam?
Szukam pracy, która ma sens. Szukam czegoś, co potrafię robić. Chyba
tego.
Trudno jednak oczekiwać by pani Komachi, bibliotekarka, udzieliła mi
takich porad. Jasne było, że pyta mnie o coś bardziej konkretnego.
-?No więc... Szukam czegoś o obsłudze komputerów.
Pani Komachi sięgnęła po leżące tuż obok niej ciemnopomarańczowe pudełko
i przysunęła je do siebie. Nadruk na wieczku przedstawiał białe kwiatki
w ozdobnej sześciokątnej ramce. Było to opakowanie miękkich ciastek
Honeydome, produkowanych od dawna przez firmę Kuremiyad?. Miały
kopułkowaty kształt. Bardzo je lubiłam. Nie były to może słodycze z najwyższej półki, ale też nie należały do takich, jakie kupowało się bez
namysłu w pierwszym lepszym konbini. Pozwalały poczuć tę odrobinę
luksusu. Gdy pani Komachi otworzyła wieczko, dojrzałam małe nożyczki i igły. A więc używała tego pudełka na przybory do szycia. Schowała do
niego igłę i kulkę, a potem bacznie mi się przyjrzała.
-?Do czego używasz komputera?
-?Chcę nauczyć się Excela. Żeby móc go zaznaczyć w rubryce umiejętności.
-?Rubryce umiejętności -?powtórzyła jak echo pani Komachi.
-?Zamierzam zarejestrować się na stronie pomagającej w zmianie kariery.
Widzi pani, moja obecna praca jest niesatysfakcjonująca i bezsensowna.
-?A co robisz?
-?Nic specjalnego. Pracuję na stoisku z odzieżą damską w hipermarkecie.
Pani Komachi przechyliła głowę lekko w bok. Kwiatki przy wbitym w kok
kanzashi pobłyskiwały w świetle.
-?Naprawdę tak myślisz? Że twoja praca... praca sprzedawczyni w hipermarkecie to nic specjalnego?
Odebrało mi mowę. Pani Komachi też milczała, spokojnie czekając na moją
odpowiedź.
-?No przecież... taką pracę może wykonywać każdy. Nie była moim marzeniem,
nie chciałam jej za wszelką cenę. Jakoś tak po prostu tam trafiłam. Ale
pracować muszę. Mieszkam sama, nie mogę liczyć na niczyje wsparcie.
-?Ale sama przeszłaś rekrutację, codziennie chodzisz do pracy i sama
zarabiasz na chleb, prawda? Świetnie sobie radzisz.
Trochę się wzruszyłam. Pierwszy raz ktoś tak po prostu zaakceptował mnie
taką, jaka jestem.
-?Niby tak, ale ledwo starcza mi na chleb z konbini -?odparłam trochę
bez składu, chcąc ukryć moje emocje. Przecież nie mówiła dosłownie. Pani
Komachi przechyliła głowę w drugą stronę.
-?Tak czy inaczej, chęć do nauki zasługuje na pochwałę, niezależnie od
motywacji. -?Pani Komachi przesunęła się ku komputerowi i położyła
dłonie na klawiaturze.
Nagle z niewiarygodną szybkością zaczęła w nią stukać z donośnym
"tatatata". Niemal przysiadłam z wrażenia. Na koniec mocno uderzyła w jakiś klawisz i lekko uniosła dłoń. W tej samej chwili stojąca obok
drukarka zaczęła pracować.
-?To powinno ci wystarczyć na pierwsze kroki z Excelem. -?Podała mi
wydruk. Na kartce widniała tabelka z tytułami, nazwiskami autorów oraz
numerami wskazującymi dział i regał. Word i Excel od zera, Excel -
pierwszy podręcznik, Excel -?kurs błyskawiczny, Wprowadzenie do
Office'a. Zaś na samym dole ujrzałam niepasujący do innych, zaskakujący
tytuł:
Guri i Gura
Ze zdziwienia szeroko otworzyłam oczy.
Guri i Gura? Ta książka dla dzieci? O dwóch polnych myszach?4
-?Aha, i jeszcze to.
Lekko obróciwszy się na krześle, sięgnęła pod kontuar. Wychyliłam się,
by zajrzeć, co tam miała, i dostrzegłam drewnianą komódkę z pięcioma
szufladami -?pani Komachi wysunęła pierwszą od góry. Zdało mi się, że
była ciasno wypchana różnokolorowymi puszystymi przedmiotami, ale nie
umiałam stwierdzić, co to. Pani Komachi wyjęła stamtąd jakieś
zawiniątko, które mi podała.
-?Proszę, to dla ciebie.
Moja dłoń otworzyła się machinalnie, a pani Komachi położyła na niej coś
lekkiego. Czarne kółko wielkości monety pięciojenowej, z doczepioną
rączką.
...Patelnia?
Była to malutka patelnia z wełnianego filcu. Do rączki przytwierdzone
było metalowe kółeczko.
-?Co to?
-?Dodatek.
-?Dodatek?
-?Zawsze miło, kiedy książka ma jakiś dodatek, prawda?
Wpatrywałam się w patelenkę. Dodatek do książki. No cóż, śliczny.
Pani Komachi ponownie wydobyła z pudełka Honeydome kulkę i igłę.
-?Filcowałaś kiedyś?
-?Nie, ale widziałam na Twitterze.
-?Wełna czesankowa to coś niezwykłego. Wystarczy wkłuwać się w nią
cierpliwie, aby zaczęła zmieniać formę. Przy każdym wbiciu igły drobne
niteczki zawijają się wokół jej zagiętego koniuszka, dzięki czemu całość
nabiera kształtu. -?To rzekłszy, pani Komachi wróciła do metodycznego
przebijania swojej kulki. Ta patelnia to pewnie także jej dzieło;
niewątpliwie cała szuflada wypełniona była po brzegi podobnymi pracami -
czyżby wszystkie miały stać się dodatkami do książek?
Pani Komachi ochoczo oddała się swojemu zajęciu, dając mi do
zrozumienia, że jej rola jako bibliotekarki została spełniona. Chętnie
dopytałabym o kilka rzeczy, ale wolałam nie przeszkadzać, dlatego
podziękowałam i się wycofałam. Następnie w miejscu wskazanym mi
wcześniej przez Nozomi odszukałam książki z tabelki, wyjęłam je z regału
i wybrałam dwie, które wyglądały na najbardziej przystępne.
Tylko jeden tytuł różnił się sygnaturą. Guri i Gura.
Kiedy chodziłam do przedszkola, bardzo lubiłam tę książkę. Chyba często
czytała mi ją mama. Ale co robiła na liście? Pani Komachi musiała się
pomylić przy wprowadzaniu danych.
Kącik z literaturą dziecięcą tworzyły niskie regały ustawione w czworobok pod oknem. Podłoga wyłożona była piankową matą składającą się
z kwadratowych elementów. Przed wejściem należało zdjąć buty.
Otoczona przez książki dla dzieci poczułam się lekko i błogo. Na półce
stały aż trzy egzemplarze Guriego i Gury. Taki klasyk na pewno cieszył
się powodzeniem. A może pożyczę? W końcu nic mnie to nie kosztuje.
Zaniosłam dwa podręczniki oraz Guriego i Gurę do stanowiska Nozomi,
która wyrobiła mi kartę, dzięki czemu mogłam wypożyczyć książki.
W drodze powrotnej wpadłam do konbini po bułeczkę cynamonową i mrożoną
kawę z mlekiem. Po spałaszowaniu ich przed telewizorem nabrałam ochoty
na coś wytrawnego, sięgnęłam więc do szafki po ramen w kubku. Spojrzałam
na zegar. Szósta. To powinno załatwić sprawę kolacji.
Napełniwszy czajnik, postawiłam go na gazie, po czym wyciągnęłam z torby
pożyczone książki. Oczami wyobraźni ujrzałam, jak siedzę w biurze i obsługuję komputer przepełniona wiedzą zaczerpniętą z podręczników.
No i jeszcze Guri i Gura.
Twarda, porządna oprawa w białym kolorze. W dzieciństwie książka ta
wydawała mi się większa, teraz jednak, kiedy znów miałam ją w rękach,
zdałam sobie sprawę, że zbliżona była formatem do zwykłego zeszytu B5.
Możliwe, że robiła takie wrażenie, bo otwierało się ją wzdłuż krótszej
krawędzi.
Pod odręcznie zapisanym tytułem maszerowały dwie wpatrzone w siebie
myszy, zgodnie trzymając duży koszyk. Nosiły identyczne wdzianka i czapeczki, z tym że mysz po lewej ubrana była na niebiesko, a ta po
prawej na czerwono.
Zaraz, który to był Guri, a który Gura? Są bliźniakami, to na pewno.
Zauważyłam, że w tytule "Guri" zapisano niebieskimi, a "Gura" czerwonymi
literami. Zagadka rozwiązana. Serce zabiło mi nieco szybciej; proste
spostrzeżenie zachęciło mnie do wejścia w świat opowieści.
Przerzucając strony, śledziłam na ilustracjach bieg historii. Guri i Gura idą do lasu. No tak, pamiętam, natrafiają na duże jajko... Pod koniec
książki znajdowała się ilustracja przedstawiająca rozciągającą się na
dwie karty dużą patelnię, którą wypełniał świeżo przygotowany wielki
pancake.
"Swoją drogą pani Komachi dała mi właśnie patelnię", pomyślałam i przeczytałam tekst towarzyszący ilustracji: "Żółciutka
castella5 pokazała swą puszystą buzię".
Zdziwiłam się. To była castella? Byłam przekonana, że myszy upiekły
pancake.
Wróciłam do wcześniejszej strony, na której Guri i Gura przygotowywali
składniki. Jajko i cukier. Mleko i mąka. Mieszają wszystko i pieką na
patelni. Castella jest chyba łatwiejsza, niż mi się wydawało.
Rozległ się gwizd czajnika. Wstałam, wyłączyłam gaz i rozpakowałam
ramen.
Można czytać coś tyle razy, a i tak się zapomni. A może nie tyle
zapomniałam, co niedokładnie zapamiętałam. Tak czy inaczej, dopiero
teraz zdałam sobie sprawę, jak ciekawe mogą być czytane po latach
książki z dzieciństwa.
Wlałam wrzątek do kubka i przymknęłam wieczko. W tej samej chwili
zadzwonił telefon.
Spojrzałam na ekran. Saya. Rzadko kiedy dzwoni. Opcje były dwie: albo
złapała strasznego doła, albo jest radosna jak skowronek. Przez trzy
sekundy wahałam się, rzucając okiem na mój dopiero co zalany wrzątkiem
ramen, w końcu jednak zdecydowałam się odebrać.
-?Hej, Tomoka. Sorry, że tak nagle dzwonię. Miałaś dziś wolne, prawda?
-?No.
-?Chciałam się ciebie poradzić w jednej sprawie. -?W jej głosie dało się
wyczuć pewne skrępowanie. -?Masz teraz chwilkę?
-?Jasne. O co chodzi?
-?Słuchaj, taka sytuacja. -?Głos Sai momentalnie się zmienił, gdy
dotarło do niej, że jej wysłucham. -?Za miesiąc święta, nie? No więc
umówiliśmy się, że powiemy sobie, co chcielibyśmy dostać. Nie wiem, o co
poprosić. Jak wybiorę coś zbyt drogiego, to wyjdzie głupio, a jak coś za
taniego, to mogę go rozczarować. Pomyślałam, że może coś mi doradzisz,
bo masz wyczucie w takich sprawach.
A więc tym razem opcja skowronek.
Pomyślałam o moim stygnącym, mięknącym ramenie i trochę pożałowałam
odebrania telefonu. Skoro chodzi o sprawę tego typu, równie dobrze
mogłam oddzwonić potem. Trudno, było już zbyt późno na pytanie, czy nie
mogłoby to poczekać. Odpowiedziawszy po prostu: "Mhm", włączyłam głośnik
i położyłam smartfon na stoliku kawowym. Starając się nie wydawać
głośniejszych dźwięków, rozdzieliłam jednorazowe pałeczki i zaczęłam
jeść ramen, co jakiś czas rzucając zdawkowe odpowiedzi. Saya szybko
zauważyła mój brak zaangażowania, bo po chwili zapytała:
-?Hę? Przeszkodziłam ci w czymś?
Tak, chciałam zjeść ramen. To znaczy jem. Żeby się nie wydało, odparłam
szybko:
-?Nie, nie. Wszystko okej. Oglądałam tylko książkę dla dzieci. Guri i Gura.
-?Guri i Gura? To ta o myszach, które robią omlet?
Spudłowała gorzej niż ja.
-?Nie omlet, tylko castellę.
-?Poważnie? To nie było tak, że znajdują w lesie duże jajko?
-?Zgadza się. Po krótkiej dyskusji decydują się na castellę.
-?No co ty? To była castella? Na pewno autor znał się na gotowaniu.
Trudno wpaść na taki pomysł, jeśli się dobrze nie wie, co można
przyrządzić z jajka.
A więc można na to spojrzeć i z tej strony.
Jednym łykiem wypiłam pozostałą w kubku zupę, tymczasem Saya mówiła
dalej.
-?Ty to jednak jesteś wyjątkowa, Tomoka. W wolny dzień czytasz książki
dla dzieci. Takie rzeczy to robią chyba tylko ludzie z klasą i intelektualiści. W Tokio to pewnie wszyscy tacy?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki