Rozdział 1
Zebulon, stolica hrabstwa Pike, miasteczko położone jakieś pięćdziesiąt
mil na południe od Atlanty, to w zasadzie tylko rynek, cztery odchodzące
od niego ulice i kilka domków stojących nieco bardziej na uboczu. Jak
wiele innych miejscowości w tej części Georgii, miasto ocieniają gęsto
rosnące drzewa: sosny, derenie, magnolie i buki. W upalne letnie dni ich
gałęzie tworzą liściastą kopułę, która więzi wilgotne, gorące powietrze
i sprawia, że wszystko pod nią rośnie niczym w szklarni. Cień daje
iluzoryczną nadzieję na schronienie przed potwornie wysokimi
temperaturami. Mając tu idealne warunki do rozwoju, roślina kudzu, jak
jakiś szmaragdowy pasożyt, pokrywa każdą dostępną przestrzeń, tworząc
niewinnie wyglądający kocyk ostrych, spiczastych liści.
Gmach sądu w Zebulonie to budynek z czerwonej cegły, zdobiony białymi
piernikowymi wykończeniami oraz alabastrową dzwonnicą, lśniącą na tle
jasnego nieba. Na terenach zielonych wokół budynku rosną gdzieniegdzie
magnolie, dęby i klony, a każde z czterech wejść do niego strzeżone jest
przez krwistoczerwone pelargonie w kamiennych donicach. W narożniku
błoni otaczających sąd znajduje się pochylony, szary, kamienny pomnik
upamiętniający siedemnastu białych chłopców z Zebulonu, którzy oddali
swoje życie w czasie II wojny światowej - na
liście znaleźć można między innymi dwóch Marshallów, dwóch Pressleyów i Pike'a. W prawym dolnym rogu tablicy, pod wyrzeźbionym napisem
"kolorowi", widnieje tylko jedno nazwisko. Nawet na pomniku dla
lokalnych bohaterów E.R. Parks nadal pozostawał ofiarą segregacji
rasowej.
Naprzeciw sądu ciągnęła się równa linia przylegających, choć w niczym do
siebie niepodobnych fasad budynków o różnej wysokości. Mieściły się tam
między innymi sklep odzieżowy, parę sklepów ze starociami, sklep meblowy
oraz sklep komputerowy. Redakcja "Reportera", lokalnego tygodnika,
ulokowana była przy końcu ulicy. Automaty z Coca-Colą i Dr. Pepperem
znajdowały się wzdłuż chodników co jakieś 20 metrów. Samochody - głównie
pikapy - stały zaparkowane skośnie do ulicy. Jasnobrązowy pies
spacerował sobie leniwie po spokojnej, pustej drodze.
Gdy producenci z Hollywood szukali typowego miasteczka z południa USA, w którym mogliby nakręcić Murder in Coweta
County (Morderstwo w hrabstwie Coweta) z Andym Griffithem i Johnnym
Cashem w rolach głównych, wybrali właśnie Zebulon. Pat Taylor i Tom
Allanson także zdecydowali się na to miasto, przy czym dla nich miało
być ono ucieleśnieniem ich własnych fantazji. Do miasteczka przyjechali
w 1973 roku. Początkowo mieszkali ze sobą jako kochankowie, po czasie
zaś wzięli ślub. Ona była smukłą kobietą o szmaragdowozielonych oczach i bujnych lokach. On był wysokim, opalonym mężczyzną. Ona piękna, on
przystojny, a razem zdawali się tworzyć parę tak w sobie zakochaną, że
zdolną do przezwyciężenia wszelkich przeciwności losu. Pat w ten sposób
opisała swoje uczucia względem Toma w notce do niego, którą skreśliła na
odwrocie ślubnej fotografii:
Jesteśmy złączeni ze sobą na całe życie... Cóż może być na tym świecie
piękniejszego niż dwie ludzkie dusze złączone ze sobą po grób,
wspierające się w codziennych trudach, stanowiące dla siebie oparcie w chwilach cierpienia, pocieszające się wzajemnie w bólu, będące ze sobą
zawsze, żyjące wspólnymi wspomnieniami i WSPÓLNĄ MIŁOŚCIĄ... Czuję, że
kochając swojego Toma, jestem u bram Nieba... Gdy przyszłam do ciebie,
Tom, oddałam się w Twoje ręce - oddałam Ci swoje ciało, serce i duszę.
Jesteś moją miłością i sprawiasz, że czuję się w pełni Twoja. To cudowne
uczucie jest potężniejsze niż wszelkie rygle i zamki. Nigdy cię nie
opuszczę, goniąc za marzeniami, ponieważ w Tobie, Tom, znalazłam
wszystko, czego potrzebuję... Moje ciało rozkwita, gdyż należę do Toma.
Oto porzucam dawną siebie i kawałek po kawałku rozstaję się z poprzednim
życiem...
I tak zrobiła.
Pat i Tom wyruszyli w podróż, aby zbudować idealną miłość w ich
wymarzonym, idealnym świecie. Nie przypuszczali, że do tego wyśnionego
raju zakradnie się zazdrość, gniew, zdrada i morderstwo - ponurzy,
brutalni intruzi z prawdziwego świata, wdzierający się w ich życie.
Każde z nich miało swoje własne, rodzinne więzi, które okazały się zbyt
silne, aby nie wpływały na ich związek. Powracając raz po raz, dawne
urazy zdawały się wyłącznie narastać, a nie zmniejszać. Duma, niczym
pokrywające wyschniętą ziemię kudzu, zasklepiła głębokie i bolesne rany,
nigdy ich jednak w pełni nie wyleczyła. Rozplątanie historii ich życia
przypomina podążanie śladem zielonych kłączy tej inwazyjnej rośliny,
która w końcu zabija każde żywe stworzenie, które stanie jej na drodze.
Rozdział 2
Trafili na siebie po trudnych przejściach w poprzednich małżeństwach.
Tom, młodszy od Pat o sześć lat, gdy kończył trzydziestkę, miał już za
sobą dwa krótkie, nieudane małżeństwa. Ona - jedno, ale za to długie, w którym czuła się uwięziona i ignorowana. Oboje przez większość życia
szukali swojej wymarzonej miłości. Mimo przeciwności losu wydawało się,
że znaleźli ją w sobie wzajemnie, chociaż - przynajmniej na zewnątrz -
zdawało się, że nie łączy ich nic poza gorącym pożądaniem seksualnym.
Tom był silny jak wół, Pat zaś drobna i delikatna - często chorowała. On
pracował jako kowal, ona kochała robótki ręczne, haftowanie i malowanie.
On był po studiach, ona wyszła za mąż po raz pierwszy, będąc jeszcze w dziesiątej klasie, i porzuciła szkołę. On był spokojny i łagodny, ona
zaś raz po raz podenerwowana i wystraszona.
Nie miało to żadnego znaczenia. Wystarczyło, że rozłożył swoje potężne
ramiona, a ona wskakiwała mu na kolana, znajdując w jego sile fizycznej
poczucie bezpieczeństwa, którego tak potrzebowała. Tom zawsze jej
powtarzał:
- Pamiętaj, słonko, że kocham cię najbardziej na świecie i nic więcej
się dla mnie nie liczy.
A ona odpowiadała mu swoim delikatnym, dziewczęcym głosikiem, w ogóle
niepasującym do tej dorosłej przecież kobiety:
- Kocham cię, skarbie. Kocham cię, słonko.
Tak naprawdę Pat Taylor spotkała Toma całe lata przed tym, nim zostali
parą. Jej rodzina - rodzice: emerytowany pułkownik armii amerykańskiej
Clifford Radcliffe i jego żona Margureitte; dzieci: Susan, Deborah i Ronnie - a także sama Pat utrzymywali się z pokazów koni w Atlancie. W swoich stajniach Radcliffe'owie mieli jedne z najlepszych koni w okolicy. Pat, która mieszkała ze swoimi rodzicami, uczyła jeździectwa
bogatą klientelę, a obie jej córki były mistrzyniami w jeździe konnej.
Tom Allanson, zatrudniony w Ralston Purina, także był związany z tą
branżą, bo sprzedawał między innymi paszę dla koni. Był synem prawnika,
ale zamiast pójść w ślady ojca, zdecydował się zostać weterynarzem, co
nie do końca mu wyszło. Tom przyjaźnił się z rodziną Pat, nic więcej,
choć w okolicy nie było kobiety, która nie zwróciłaby na niego uwagi,
widząc go przy pracy, a zwłaszcza jego nagi, potężny, umięśniony i spocony tors. Podkuwając należące do Radcliffe'ów, nagradzane medalami
morgany, gołymi rękoma podnosił ich kopyta z taką łatwością, jakby nie
były to muskularne konie, ale małe jagniątka.
I wtem nadeszła jesień 1973 roku, a wraz z nią seria wypadków, która
pchnęła ku sobie Toma i Pat. Pat miała już małżeństwo za sobą, a Tom,
który starał się wówczas o rozwód ze swoją drugą żoną, potrzebował
tymczasowego lokum. Radcliffe'owie mieli mnóstwo miejsca na swojej
farmie przy Tell Road w East Point, na południe od Atlanty, i zaoferowali mu, aby się do nich wprowadził. Mógł spać u nich na kanapie,
a oni w zamian korzystali z jego pomocy przy koniach.
Dla osoby myślącej pragmatycznie ich zejście się było łatwe do
przewidzenia. Dla romantyka - było to przeznaczenie. Tak czy inaczej,
Tom Allanson i Pat Taylor szybko zaczęli spędzać ze sobą każdą wolną
chwilę. On kochał w niej wszystko, ona nieustannie go zaskakiwała. Nie
wiedział niemal nic o jej wcześniejszym życiu, ale nic go to nie
obchodziło. Jej ciekawość z kolei była niemal nienasycona - chciała znać
każdy szczegół dotyczący jego rodziny i kobiet, z którymi był przed nią.
Mimo tego, że Tom wciąż był formalnie żonaty, stworzyli cudowną parę. On
nie mógł uwierzyć w to, jakie szczęście go dotknęło, że spotkał na
swojej drodze Pat, ona zaś była wniebowzięta, bo Tom odwzajemnia jej
uczucia. Jego największym koszmarem była myśl, że pewnego dnia zdrowie
ukochanej może załamać się do reszty. Gdy pewnego razu znów straciła
przytomność i została zabrana do szpitala, Tom stał przy jej łóżku
zrozpaczony, w poczuciu bezsilności ściskając swoimi potężnymi rękoma
jej delikatną, bladą dłoń. Na poduszce obok jej głowy położył pojedynczą
różę i wpatrywał się w ukochaną ze łzami w oczach.
Pat próbowała się go pozbyć: ostrzegała, że nie jest dla niego
wystarczająco dobra, że mężczyzna taki jak on zasługuje na prawdziwą
damę. Błagała go, by spojrzał prawdzie w oczy.
- Nie chcesz mnie, Tom - łkała. - Nie dam ci dzieci... Jestem po
histerektomii. Jestem tylko starą kobietą z blizną na brzuchu. Nikt mnie
nigdy nie będzie chciał.
Ale to sprawiło, że pokochał ją jeszcze bardziej. Nie potrzebował mieć
więcej dzieci - chciał wychować z Pat dwójkę swoich maluchów z poprzednich małżeństw oraz jej syna Ronniego, który był jeszcze
nastolatkiem.
Pat i jej rodzina stali się dla Toma wszystkim. W chwili, gdy nikogo nie
obchodził, zaoferowali mu swój dom i miłość. Matka Pat - Margureitte -
była najukochańszą osobą, jaką znał - dla swoich dzieci i wnuków mogła
zrobić wszystko, a Tom żywił ponadto głęboki szacunek wobec jej męża,
pułkownika, za jego służbę w wojsku i doświadczenie. Obiecał Pat, że
ożeni się z nią, gdy tylko zakończy sprawy związane z rozwodem.
Pat nie była w stanie znieść stresu, nieporozumień i niepowodzeń. Gdy
Tom jej słuchał, uświadomił sobie, że wcale nie pragnie ona tak wiele -
za to pragnie tego całą sobą. Obiecał sobie, że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby jej życie było szczęśliwe, spokojne i aby mogła wrócić do
zdrowia.
Pat miała jedno wyjątkowe marzenie - marzenie, którego jak dotąd nie był
w stanie spełnić żaden mężczyzna: chciała zamieszkać na swojej własnej
farmie. Od wojny secesyjnej minęło ponad sto lat, ale Pat pragnęła dla
siebie dystyngowanego życia piękności z Południa - takiego jak u Margaret Mitchell w Przeminęło z wiatrem. Chciała mieć swoją własną
Tarę i być jak Scarlett O'Hara. Wierzyła, że jakimś cudem, kiedyś, Tom
zapewni jej własny dom, kawałek ziemi, po którym będzie mogła
przechadzać się z dumnie uniesioną głową. Dom, w którym będzie mogła
rozkwitnąć tak jak ukochane przez nią róże.
- Jestem jak róża, Tom - oznajmiła mu pewnego dnia delikatnym głosem. -
Jak róża jestem samolubna. Chcę dla siebie całego słońca i całego
deszczu. Aby rozkwitnąć i być piękne, róże potrzebują idealnych
warunków.
Ale on wiedział, że Pat nie była samolubna. Jej słowa odnosiły się do
jej apetytu na życie, na miłość. Była to jedna z rzeczy, które w niej
podziwiał: obiema rękami sięgała po wszystko, co życie miało do
zaoferowania, chwytała wszystkie jego cudowności i przyciskała je mocno
do swojej piersi. Uświadomiła mu, jak może - jak powinna - wyglądać
ich codzienność.
W październiku odkryli miejsce, które wydawało się stworzone specjalnie
dla nich. Pat miała dobry tydzień, czuła się silna i zdrowa, postanowiła
więc, że wybierze się z Tomem polować na jelenie. Był z niej taki dumny.
Zszokowała go wprawa, z jaką przedzierała się wraz z nim przez las,
gotowała nad ogniskiem i ładowała własną broń, trzymając ją równie
profesjonalnie jak dowolny mężczyzna, którego znał.
- Wiedziała o broni więcej niż większość mężczyzn - wspominał po czasie.
- Namówiła mnie, żebym kupił jej karabin kaliber .44, ponieważ chciała
wybrać się ze mną na polowanie. To naprawdę potężna broń.
Była niezwykłą kobietą. Potrafiła w zasadzie wszystko. W czasie długich,
zimnych nocy w Georgii tulili się do siebie, rozgrzewając się wzajemnie
pożądaniem seksualnym, które wcale nie zmniejszało się w miarę tego, jak
się poznawali - wręcz przeciwnie, płonęło coraz silniej. Zdawało się
więc, że zbudowany z czerwonej cegły domek z gankiem, który znaleźli na
obrzeżach Zebulonu w czasie polowania na jelenie, przepowiadał im
szczęśliwą przyszłość. Przed posiadłością stała tabliczka z napisem "Na
sprzedaż". Była to własność Hoyta Wallera - sprzedawał ją, ponieważ na
stare lata pozbywał się części swoich nieruchomości.
Gdy tylko Pat opowiedziała mu, jaki potencjał tkwił w tej wielkiej
farmie i jak mogliby ją wspólnie rozwinąć, Tom natychmiast zapalił się
do kupna. Nieruchomość była położona tuż przy autostradzie numer 19,
zaledwie kilka mil na północ od Zebulonu. Farmę od drogi oddzielało
ogrodzenie o długości przekraczającej 120 metrów, wykonane ze świeżo
pomalowanych, poziomych desek. Za zielonym poboczem rosły strzeliste
sosny, a od drogi aż po sam dom i stodołę ciągnęła się alejka otoczona
ostrokrzewem.
- Farma była idealna - wspominał po latach Tom. - Chciałem na niej
mieszkać do końca życia. Było tam dokładnie to, czego zawsze pragnąłem.
Dom wzniesiono z cegły, w stylu wiejskim. Na dwudziestu pięciu akrach
ziemi rosły orzechowce, do tego dochodziło kolejnych dwadzieścia siedem.
Naprawdę, było tam wszystko, czego tylko człowiek mógł chcieć. Widok był
przepiękny. Winorośle... Jabłonie... Orzechowce... Grusze... Katalpy... Ogrody
różane... Z tyłu był staw bobrowy, pastwiska, jelenie, przepiórki... Było to
takie wspaniałe miejsce...
Musieli tylko wymyślić sposób, aby zdobyć na nie pieniądze. Waller żądał
za nie czterdziestu dwóch tysięcy dolarów, co wymagało od Pat i Toma
sporo kombinowania. Nie to, żeby rodzina Toma nie miała pieniędzy - nic
z tych rzeczy. Jego ojciec był wziętym prawnikiem w East Point, który
dorobił się na obracaniu nieruchomościami. Tom wiedział jednak, że
ojciec nie będzie skory do pomocy synowi. Nie pamiętał, kiedy po raz
ostatni jakakolwiek jego decyzja spotkała się ze zrozumieniem ze strony
rodziców. Nadal byli na niego wściekli za drugi rozwód, nie było więc
najmniejszego sensu, aby prosić ich o wsparcie. Odnosił wrażenie, że
tylko czekają, aż znowu powinie mu się noga.
Tom był najmłodszym z trzech Walterów Allansonów. Stary "Paw" - Walter
Allanson - był pierwszy, po nim był ojciec Toma - Walter O'Neal Allanson
i wreszcie Tom - Seaborn Walter Thomas, "Tommy". Paw i Nona, dziadkowie
Toma, byli już starszymi ludźmi, ale zawsze pozostawali mu bliżsi niż
prawdziwi rodzice - Walter i Carolyn Allansonowie. Paw nadal prowadził
swoją farmę przy Washington Road w East Point. Przez lata dorobił się
małej fortuny - był oszczędny, ale nie skąpy, w przeciwieństwie do
swojego syna.
Tom długo zastanawiał się nad tym, skąd wziąć pieniądze na kupno farmy
Wallera. Od dawna chciał, aby Nona i Paw mieszkali blisko niego,
szczególnie teraz, gdy byli już w podeszłym wieku. Jego babka chorowała
na serce, a Paw nie był przecież wieczny. Tom zabrał Pat, aby się ze
sobą poznali - zostawił ją z Noną, żeby sobie porozmawiały, podczas gdy
sam wyszedł z Pawem na spacer po farmie, aby podyskutować z nim o "interesach".
Paw i Nona byli mili dla Pat, chociaż nieco niepokoiło ich to, że w ciągu dziesięciu lat spotykają u boku Toma już trzecią kobietę. Na
pierwszy rzut oka było widać, że jest starsza od Toma o kilka lat, a w dodatku - zdaniem Nony - ubierała się strasznie krzykliwie. Staruszka
była zaskoczona, gdy Pat wyznała jej, że ma trójkę dzieci, a dwie
najstarsze córki są już dorosłe i założyły własne rodziny. Nona, która
od czasów udaru miała problemy z mówieniem i była ponadto zbyt uprzejma,
aby wypowiedzieć na głos to, co naprawdę myśli, siedziała tylko cichutko
i słuchała, jak Pat opowiada jej o swoich cudownych planach na życie z Tommym. Mimo wcześniejszych uprzedzeń nie potrafiła nie polubić Pat - i nie zarazić się jej entuzjazmem. W tym czasie Tom opowiedział Pawowi o farmie w Zebulonie: pięćdziesiąt akrów ziemi, do tego dom i stodoła, a to wszystko za jedyne czterdzieści dwa tysiące. Obok takiej okazji Tom
nie mógł przejść obojętnie - i musiał koniecznie skonsultować się z Pawem.
Obaj mężczyźni obmyślili plan. Paw da Tomowi pieniądze na dwadzieścia
pięć akrów, co będzie stanowiło zaliczkę na zakup całości. Do Toma
będzie należało znalezienie sposobu na opłacenie rat za resztę. Chciał
na tym terenie zbudować nowy dom dla swoich dziadków lub przenieść tam
stary. Pawowi bardzo się taka wizja spodobała - od udaru Nony sam robił
wszystko i w domu, i na zewnątrz. Był dumny z siebie, że potrafi tak
wspaniale opiekować się żoną, ale byłoby miło mieć po sąsiedzku jeszcze
jedną kobietę, która od czasu do czasu pomogłaby mu przyrządzić posiłek.
Tom zapewnił go, że Pat wprost zakochała się w nim i Nonie. Powiedział
Pawowi, jacy dobrzy zawsze byli dla niego wraz z babcią.
Pułkownik oraz pani Radcliffe, czyli rodzice Pat, także zgodzili się im
pomóc w kupnie nieruchomości w Zebulonie. Mieli tylko jeden warunek:
farma będzie nosiła nazwę Kentwood, aby upamiętnić brata Pat - Kenta -
który zmarł w wieku dwudziestu kilku lat. Chociaż Pat zdecydowanie
wolałaby nieco bardziej romantyczną nazwę, jak na przykład Farma Rose
Hill, Stadnina Holly Hedge czy Tara Orchards, ostatecznie nazwali ją
Farmą Kentwood Morgan.
Wreszcie doczekała się swojej wymarzonej miłości oraz swojego miejsca
na ziemi, pięknego murowanego domu i stodoły wystarczająco dużej, aby
pomieścić wszystkie konie, które mieli hodować wraz z Tomem. Na farmie
mogli zbudować wybieg, gdzie odbywałyby się wielkie zawody jeździeckie.
Tom mógłby podkuwać konie, a ona uczyć ludzi jeździectwa, po pracy zaś
oboje przechadzaliby się po ogrodzie różanym, trzymając się za ręce. Nie
była w stanie wyobrazić sobie nic piękniejszego niż spokojna, łagodna
noc w Georgii i bycie zakochaną.
Pat i Tom przeprowadzili się do swojego wspaniałego domu przy
autostradzie numer 19 pod koniec 1973 roku. Tom natychmiast zabrał się
do urządzania farmy, przekonany, że rozwód z drugą żoną przebiegnie bez
żadnych problemów. Gdy wreszcie będę wolny, myślał, natychmiast ożenię
się z moją Pat. Całym sercem oddał się budowie wymarzonego domu
ukochanej - stać go było na materiały, przebudowywał więc i odnawiał to,
co niezbędne.
- Przerobiłem wszystko zgodnie z planem - opowiadał. - W Fort McPherson
kupiliśmy drewno i odnowiliśmy stodołę oraz ogrodzenie. Miałem naprawdę
wielkie oczekiwania co do tej farmy.
W trakcie remontu okazało się, że Pat ma dwie lewe ręce do jakichkolwiek
prac budowlanych i chociaż od czasu do czasu próbowała coś odmalowywać,
większość roboty spoczywała na barkach Toma. Nie miał nic przeciwko
temu. Cieszyło go, że może być z Pat i mieć na własność Kentwood.
Piętnastoletni Ronnie przeprowadził się na farmę wraz ze swoją matką i Tomem, chociaż nic nie stało na przeszkodzie, by mieszkał ze swoimi
dziadkami. Pat kochała go ponad wszystko. I rozpieszczała. Zawsze
kupowała mu to, co tylko sobie wymarzył, i spełniała każdą jego prośbę -
oprócz odwiedzin u ojca. Zaniedbywał szkołę, a Pat nie przymuszała go do
nauki. Był rozpuszczony i zaniedbany. Gdy Tom próbował tłumaczyć Pat, że
chłopcy potrzebują nieco dyscypliny, aby wyrosnąć na porządnych
mężczyzn, ta zawsze przypominała mu, że Ronnie to jej dziecko i sama
wie, co dla niego najlepsze.
Ronnie wprost ubóstwiał swoją matkę - był gotów zrobić wszystko, byle
tylko ją zadowolić. Wystarczyło, że wspomniała o czymś, a Ronnie
natychmiast to robił. Jego oddanie nie powstrzymywało go jednak od
popadania od czasu do czasu w konflikt z prawem, zdarzało mu się na
przykład upijać i rozbijać samochodami lub robić inne tego typu rzeczy,
ale nie chciał, aby ją to niepokoiło. Jeśli odczuwała zbyt silny ból i potrzebowała leków, Ronnie zawsze znalazł sposób, aby je dla niej
zdobyć. Jeśli ktoś zranił jej uczucia i potrzebował lekcji, że nie
powinno się tak robić, Ronnie zawsze był gotowy do działania.
Jasne, nie wszystko w ich życiu układało się idealnie, ale Tom był tak
szczęśliwy, że nic go na dłuższą metę nie martwiło. W Boże Narodzenie
1973 roku wyprowadzał ze stodoły potężnego wałacha, który nagle zerwał
się w popłochu. Przytrzymał go, ale nawet siła Toma nie była w stanie
zatrzymać przerażonego konia. Zwierzę pociągnęło go za sobą, łamiąc mu
prawy obojczyk. Dla kowala była to poważna kontuzja, uniemożliwiająca mu
chwilowo jakąkolwiek pracę.
Pat była zazdrosna o żonę Toma, nazywaną przez wszystkich "Małą
Carolyn", ponieważ jej teściowa także miała na imię Carolyn, którą,
rzecz jasna, nazywano "Dużą Carolyn". Jeśli wierzyć plotkom, Tom miał
być nawet dumny z tego, że Pat była o niego tak zazdrosna, chociaż nie
miała ku temu żadnego powodu. Mała Carolyn była ładna, ale w porównaniu
z urodą Pat odpadała w przedbiegach. Ta druga była bowiem doskonałą
damą, piękną, namiętną, a jej pocałunki smakowały niczym miód. Nie mógł
doczekać się rozwodu.
Pat nie chciała mieć w domu niczego, co w najmniejszy choćby sposób
przypominałoby jej o Małej Carolyn.
- Pamiętam, jak któregoś razu wróciłem do domu - mówił po latach Tom - i nagle coś wyleciało przez drzwi i rozbiło się na chodniku. Było to
zupełnie nowe radio marki JCPenney. Stało w mojej sypialni i należało do mnie, ale zdaniem Pat było to radio
Carolyn, a nic, co miało jakikolwiek związek z moją żoną, nie miało
prawa znajdować się w domu Pat. Po prostu je wywaliła. Do tego stopnia
nienawidziła Carolyn, że pewnego razu próbowała mnie przekonać, że
dzieci ze związku z nią nie były tak naprawdę moje - miały należeć do
mojego ojca, jako spłodzone w wyniku romansu, który Carolyn miała mieć
już w czasie naszego małżeństwa.
Tom nie wierzył w to, że Pat serio mogła myśleć w ten sposób o jego
dzieciach. Często powtarzała, że ściągną do siebie Russa i Sherry i że
będzie dla nich jak rodzona matka. Uznał, że Pat była po prostu tak
spięta całą sytuacją, iż niekiedy zdarzało jej się mówić rzeczy, których
potem żałowała.
Mimo wszystko nie zgodziła się jednak, aby Tom trzymał na widoku zdjęcia
swoich dzieci.
Rozwód z Małą Carolyn przeciągał się w nieskończoność, a w Pat wzbierała
frustracja. Chciała wyjść za Toma, a nie tylko z nim mieszkać. Ale
rozprawa, która miała miejsce wczesną wiosną 1974 roku, nie zamknęła
sprawy - po raz kolejny rozstrzygnięcie zostało odroczone. Gdy sędzia
zorientował się, że Tom i Mała Carolyn Allansonowie są bardzo, bardzo
daleko od ugody co do podziału majątku, oznajmił po prostu:
- Tym razem nie udzielę jeszcze państwu rozwodu.
Kiedy Pat to usłyszała, zbladła i ścisnęła ramię Toma, wbijając w nie
paznokcie. Zdołała jakoś wyjść z sądu hrabstwa DeKalb, ale na trawniku
przed budynkiem straciła przytomność. Ktoś krzyknął przerażony, wezwano
sanitariuszy. Stopniowo dochodziła do siebie, a Tom, na wpół ją
podtrzymując, a na wpół niosąc, wyprowadził ją z dala od tłumu, który
zdążył się zgromadzić wokół. Zastanawiał się, ile jeszcze stresu zdoła
znieść jego nowa dziewczyna.
I wtem, niespodziewanie, wszystko się ułożyło, tak jakby ktoś nagle
pobłogosławił ich związek. Dziewiątego maja 1974 roku Tom miał kolejną
rozprawę rozwodową. Zakładał, że wydanie wyroku ponownie zostanie
odroczone, i spodziewał się przede wszystkim następnego, irytującego
posiedzenia. Wieczorem tego samego dnia Tom i Pat planowali być na
pokazie morganów w Stone Mountain, w Georgii.
Pat ogłosiła, że udadzą się do Stone Mountain przebrani za Scarlett oraz
Rhetta z Przeminęło z Wiatrem i zajęła się zorganizowaniem kostiumów.
Przebieranie się i udawanie kogoś innego zawsze poprawiało jej humor,
tak jakby w ten sposób mogła chociaż na moment porzucić swoje życie i wejść w buty wymyślonej przez siebie postaci. W dodatku była świetną
krawcową, co podkreślało wiele osób z jej otoczenia. Wiedziała, że Tom
stanie się prawdziwą sensacją pokazu w Stone Mountain. Na barwy Farmy
Kentwood Morgan wybrała błękit królewski, dopasowując pod niego krzesła,
namiot i narzuty.
Suknia Pat miała dekolt w kształcie serca, bufiaste rękawy i obszerną,
okrągłą spódnicę. Do tego planowała założyć białe rękawiczki, we włosy
wpiąć białe pióra, a na smukłej szyi zawiesić na wstążce swoją ulubioną
złotą kameę. Gdy pokazała się Tomowi, ten cofnął się o krok i obrócił
jej delikatną postać swoimi potężnymi rękoma. Nigdy nie wyglądała
piękniej niż w tej chwili i zdawała sobie z tego sprawę.
Gdy Tom zobaczył swój własny kostium, poczuł się nieco głupio, ale nic
nie powiedział - wzruszył ramionami i przymierzył go: czarna marynarka z wycięciem, biała satynowa kamizelka na koszuli z marszczonym
kołnierzykiem i rękawami oraz cylinder. Pat przygotowała mu nawet
sztuczne wąsy. Stojąc tak razem przed lustrem, wyglądali, jakby dopiero
co przez zakurzoną kotarę wrócili do Zebulonu z podróży w przeszłość. Do
złudzenia przypominali Scarlett i Rhetta - Pat była wniebowzięta.
Oboje poczuli przypływ emocji, gdy okazało się, że właśnie tego dnia, po
długim oczekiwaniu, rozwód Toma stał się faktem. Pośpiesznie
zarezerwowali więc kaplicę w Stone Mountain, aby natychmiast wziąć ślub.
Ale w życiu Pat chyba nic nie mogło obejść się bez wielkich fanfar. Nie
inaczej było ze ślubem z Tomem: wieść o nim trafiła na nagłówki gazet.
Nieco ckliwy reporter z "The Griffin Daily News" napisał, że Pat i Tom
nie tylko poznali się w "uroczy" sposób, ale że także sam ich ślub był
"uroczy". Pod krzykliwym nagłówkiem "MAŁŻEŃSTWO
BYŁO IM PISANE" umieszczono długi na trzy kolumny opis ślubu.
"Pat Radcliffe i Tom Allanson mieli, delikatnie mówiąc, bardzo wyjątkowy
ślub..." - brzmiało pierwsze zdanie. Pat wyjaśniła reporterowi, że znali
się z Tomem od piętnastu lat - odkąd tylko jej rodzina wynajęła Toma, by
w ostatniej chwili zastąpił jej etatowego kowala. Początkowo w ogóle nie
mogli się dogadać, śmiała się Pat, bo ona specjalizowała się w morganach, a on wolał quartery. No ale w końcu zdołała zdobyć jego
serce.
"Gdy Pat zachorowała i została przykuta do łóżka, rodzina regularnie
wzywała Toma do pomocy przy koniach", notował reporter. "I taki był
początek tego małżeństwa".
Tom śmiał się, mówiąc, że Pat taka była tym wszystkim podekscytowana, że
po raz pierwszy musiał ją przytrzymać.
W artykule nie wspomniano o tym, że rozwód Toma był bardzo świeżą
sprawą. Nie było w nim ani słowa o poprzednich małżeństwach - czy to
pani młodej, czy pana młodego - znalazły się tam jedynie romantyczne i chaotyczne szczegóły wydarzeń z 9 maja 1974 roku, kiedy to Pat i Tom
zarezerwowali kaplicę na czternastą i wynajęli na noc "jeden pokój w motelu".
"Tom jechał na pokaz ciężarówką wyładowaną końmi, gdy złapał gumę.
Chwilę później poszła kolejna opona, a on utknął na ruchliwej drodze
międzystanowej w pobliżu Atlanty", donosiła gazeta. "Dotarł jakoś do
warsztatu. Jak bardzo niewiarygodne by się to wydawało, zupełnym
przypadkiem przejeżdżał tamtędy ktoś, kto wiedział, gdzie można dostać
dwie duże opony pasujące do jego ciężarówki".
Przyszła żona Toma czekała cierpliwie w kaplicy na wyznaczoną godzinę
ślubu. Tom wysłał jej wiadomość, że ma problem i się spóźni, nim jednak
ją odebrała, Pat sama zdążyła się domyślić, że musiało się coś stać.
Odwołała uroczystość.
W artykule napisano, że "gdy Tom zdołał wreszcie naprawić ciężarówkę i dotrzeć na pokaz, wśród ludzi zdążyła już rozejść się informacja o tym,
co się stało. Zebrani podpowiedzieli młodej parze, że skoro namioty, w których mają odbyć się pokazy, są tak pięknie przyozdobione, to równie
dobrze mogą wziąć swój ślub w jednym z nich. Tom i Pat zgodzili się na
to rozwiązanie. Wezwano Williama Byingtona, pastora baptystów. Ten
stwierdził, że przez wszystkie lata, odkąd jest pastorem, po raz
pierwszy ktoś prosi go o udzielenie ślubu w tak dziwacznych
okolicznościach. Ale się zgodził. Wobec zgromadzonych w jednym z namiotów ludzi poprosił Toma i Pat, aby przyrzekli sobie wzajemną
miłość, i odprawił prostą, standardową ceremonię".
"Pat zdołała dorwać parę rzeczy dla swojej nowej szkoły jeździeckiej w Kentwood, wspominając przy tym, że nadal będzie uczyła jeździć konno w Woodward Academy na kampusie Riverdale. Codziennie miała dojeżdżać tam
ze swoimi końmi".
"Ale wróćmy do tematu małżeństwa", pisała gazeta z Griffin, najwyraźniej
bardzo zadowolona z tego, że hrabstwo Pike dorobiło się nowych, tak
fascynujących mieszkańców. "Para udała się na kolację do Western Sizzlin
Steak House. Gdy skończyli jeść, Tom wsiadł do ciężarówki, a Pat ruszyła
za nim swoim samochodem. Zjechał na drogę ekspresową, powoli włączając
się do ruchu. Spojrzał w tylne lusterko, aby upewnić się, że żona jedzie
tuż za nim. Nagle usłyszał hałas, jakby zderzyły się dwa samochody.
Zatrzymał się. Ktoś zderzył się z samochodem jego żony, a ona leżała w środku, ranna. Zabrano ją na obserwację i leczenie do szpitala
Griffin-Spaulding. Założono jej opatrunek i powiedziano, że może iść do
domu. Ale ból w ramieniu nie ustępował. Następnego dnia pojechała do
szpitala w Atlancie, gdzie zorientowano się, że ma złamany obojczyk.
Wróciła do domu w gipsie, i chodzi w nim do dziś. Nowożeńcy wspominają
jednak to wszystko z uśmiechem i nie mogą doczekać się otwarcia w naszej
okolicy swojej wymarzonej farmy".
Zdjęcie dołączone do artykułu idealnie, oczywiście, pasowało do tekstu.
Pat i Tom, przebrani w przedwojenne stroje Scarlett i Rhetta, uśmiechali
się do aparatu, złączeni węzłem małżeńskim w olbrzymim, udekorowanym
kwiatami budynku: przepiękna, smukła kobieta z piórami we włosach trzyma
w drobnych, odzianych w rękawiczki dłoniach otwarty wachlarz z kości
słoniowej, a obok niej stoi szeroko uśmiechnięty, potężny mężczyzna.
Dlaczego Pat zjechała na pas, którym z naprzeciwka nadjeżdżał inny
samochód, na zawsze pozostanie zagadką. Mogło oślepić ją słońce, ale
prawdopodobnie nie zachowała należytej uwagi na drodze. Nie dało się jej
nazwać szczególnie dobrym kierowcą, a tego dnia była w dodatku
rozkojarzona. Prowadziła ponadto ciężarówkę, ciągnąc za sobą przyczepę
dla koni, która ograniczała jej widoczność z tyłu i po bokach. Możliwe
także, że była po prostu wyczerpana po trzech wariackich dniach na
pokazie koni w Stone Mountain, ale było to z całą pewnością radosne
zmęczenie - w ciągu jednego wieczoru została "porzucona przy ołtarzu" i stała się zarazem panną młodą, której ślub zapisał się w pamięci
wszystkich jako główne wydarzenie całego pokazu. Zapewne nie wyobrażała
sobie tego nawet w najśmielszych marzeniach.
Na swój sposób uważała za romantyczne także to, że podobnie jak Tom
cierpiała z powodu złamanego obojczyka - łączyło ich po prostu wszystko.
Jego kontuzja była już co prawda dawno za nim, ale Tom doskonale
pamiętał, jak bardzo była bolesna, i jak tylko mógł, troszczył się o Pat, pilnując, aby nie dźwigała nic ciężkiego ani nie próbowała ściągać
niczego, co był w stanie sam jej podać.
Pat powoli wracała do dawania lekcji jazdy konnej, a Tom zaczął dzielić
swój czas między pracę dla Ralston Purina, podkuwanie koni i naprawianie
domu. Planowali, że gdy tylko się wzbogacą, kupią więcej morganów.
Chcieli być właścicielami najlepszej stajni morganów w Georgii. Już
teraz byli w końcu najlepszym małżeństwem. Tom nie miał co do tego
żadnych wątpliwości. "Dwie dusze, złączone ze sobą po grób..."
Rozdział 3
Ich szczęście przyćmiewała tylko jedna rzecz. O ile rodzina Pat cieszyła
się z jej małżeństwa z Tomem, a dziadkowie Toma uważali, że Pat to
urocza i rozsądna kobieta, o tyle jego rodzice mieli na całą tę sprawę
zupełnie inny pogląd. Walter i Duża Carolyn Allansonowie nie chcieli
mieć nic wspólnego z trzecią żoną Toma. W czasie rozprawy rozwodowej
wzięli nawet stronę jego byłej żony, wszystkimi siłami broniąc się przed
dostrzeżeniem tego, jak świetną kobietą była Pat.
Mając nadzieję, że poprawi to nieco sytuację, Margureitte Radcliffe
postanowiła uczynić przyjazny gest wobec Waltera Allansona. Zadzwoniła
do niego i zaprosiła go wraz z żoną, aby dołączyli do niej i pułkownika
Radcliffe'a na kolacji w klubie oficerskim w forcie McPherson.
- Nie byli zainteresowani - opowiadała po czasie Margureitte - a ja nie
mogłam tego po prostu pojąć: jak niby mogli nie być zainteresowani
spotkaniem z nami, skoro nawet nas nie znali?
Margureitte, która zawsze była dumna ze swoich manier i obycia
towarzyskiego, doznała szoku, gdy odkryła, jak wrogo są do nich
nastawieni rodzice Toma.
- Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że gdzieś na tym wielkim świecie
ludzie mogą się zachowywać w podobny sposób - wzdychała. Powtórzyła te
słowa w wielu rozmowach.
Po czym niespodziewanie przyszedł dzień, w którym Tom stracił pracę w Ralston Purina. Miał poważne podejrzenia, że maczał w tym swoje
nieskazitelne palce jego ojciec. Próbował zrównoważyć brak wypłaty,
pracując więcej jako kowal, ale to z kolei rodziło pewne napięcia w jego
związku z Pat. Był zaskoczony, że jego nowa żona nie tylko jest
zazdrosna o jego byłą, ale czuje zazdrość wobec w ogóle każdej
potencjalnej kobiety, która tylko odważyłaby się na niego spojrzeć. Było
jasne, że nie życzy sobie wokół niego jakichkolwiek przedstawicielek
płci pięknej, chyba że akurat była wraz z nim. Próbował ją przekonywać,
że końska stajnia nie jest najlepszym miejscem do poznawania nowych
kobiet i że dziewięćdziesiąt pięć procent życia spędza w otoczeniu
mężczyzn, ale na nic się to zdało. Pat upierała się, że będzie
towarzyszyła Tomowi w czasie jego wyjazdów.
Był z niej dumny, ale nie zmieniało to faktu, że jej obecność wymuszała
niekiedy na mężczyznach powściąganie języka. Zamiast gadać z facetami,
którzy kręcili się wokół, gdy podkuwał konie, Tom nieustannie zamartwiał
się, czy Pat czuje się dobrze i komfortowo. Jej obecność wprawiała także
w zakłopotanie klientów. Za bardzo ją jednak kochał, aby jej uwaga mogła
mu przeszkadzać. Skoro tego chciała, to mogła z nim przebywać
nieustannie.
Nawet nie przyszłoby mu do głowy, aby kazać jej zostać w domu.
Uniesiona miłością Toma, Pat powoli wracała do zdrowia - przynajmniej na
tyle, aby pomagać oporządzać rozległe tereny Kentwood. Zregenerowała
siły w takim stopniu, że była w stanie obsługiwać kosiarkę. Dawała
pojedyncze lekcje jazdy konnej, a od czasu do czasu wypożyczali wraz z Tomem powozy i konie na wystawy i parady. Często jeździli na pokazy.
Szybko zorientowali się jednak, że jeśli chcą zrobić z Kentwood farmę,
którą sobie wymarzyli, będą musieli zacisnąć pasa i bardziej przyłożyć
się do pracy. Pat chciała mieć wszystko natychmiast i Tom musiał ją
stopować, tłumacząc, że nie mogą pozwolić sobie od razu na kupno
potrzebnych rzeczy: większej stajni, wybiegu na pokazy konne, większej
liczby róż, żyrandoli, koni i powozów, elegantszych ubrań dla woźniców.
Wszystko to kosztowało, a pieniądze musiały płynąć z zewnątrz. Bez pracy
w Ralston Purina i ze złamanym obojczykiem, który przez kilka miesięcy
uniemożliwił Tomowi pracę przy podkuwaniu koni, stabilność finansowa w ich związku niebezpiecznie się chwiała. Był już co prawda w stanie
pracować, ale dochody z kowalstwa zamiast iść w górę, zaczęły spadać -
głównie z powodu nalegań Pat, aby nieustannie mu towarzyszyć, oraz jej
omdleń, które zmuszały go często do porzucania aktualnie wykonywanej
pracy i gnania czym prędzej do domu, aby zająć się chorą żoną.
Tom nigdy nie potrafił ocenić, kiedy może u niej dojść do kolejnego
omdlenia. Pewnego razu Pat jeździła po farmie dżipem i niespodziewanie
straciła przytomność za kierownicą, po czym wypadła z samochodu. Innym
razem Tom pędem wrócił do domu tylko po to, aby znaleźć ją nieprzytomną
koło telefonu. Nie, nie było możliwości, aby Pat pracowała na pełen etat
- nie chciał zresztą, aby się tak przemęczała. Zastanawiał się nawet,
czy nie powinna udzielać mniejszej liczby lekcji jeździectwa.
Tom pragnął przy tym także, aby na farmę przeprowadzili się jego
dziadkowie. W końcu obiecał im to, a do spełnienia obietnicy powinno
dojść jeszcze przed rozbudową Kentwood. Ale nawet przy wszystkich swoich
obawach o pieniądze i nieporozumieniach z rodzicami, Tom był szczęśliwy.
Gdy wraz z Pat siodłali konie i jeździli po swojej ziemi, uważał się za
najszczęśliwszego człowieka na świecie. Niekiedy Pat wkładała na
przejażdżkę jeden ze swoich kostiumów i na sam widok kwitnących,
wiosennych drzew za jej plecami płakał z radości. Mówili do siebie
"słoneczko", później skrócili to po prostu do "słonko". Mieli swoje
ulubione piosenki i powiedzonka, których nie znał nikt inny. "Wszystko w swoim czasie", powtarzali. Mieli świadomość, co jest w życiu
najważniejsze, i że cała reszta ich planów jakoś się ułoży.
Tom nigdy nie przyznał się przed Pat do tego, jak źle układały się
sprawy z jego rodzicami - szczególnie z ojcem. Walter Allanson miał
niekiedy niewyparzony język i lubił obgadywać Pat. Chociaż nigdy w życiu
jej nie spotkał, nienawidził jej z całego serca. Gdy Tom z nią
zamieszkał, wyrzucił synowi, że to zwykła dziwka, kobieta, której zła
reputacja jest powszechnie znana.
- Poszłaby do łóżka z pierwszym lepszym facetem, który ma ciężarówkę i przyczepę do koni. Naprawdę tego nie widzisz, idioto?
Walter Allanson wytknął mu, że Pat miała na boku mnóstwo romansów. Jeśli
Tom naprawdę chciał mieć z nią cokolwiek wspólnego, to był większym
kretynem, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.
- Trzymaj się od niej z daleka, Tommy - grzmiał Walter. - To nie jest
dobra kobieta.
Oczywiście ostrzeżenia ojca poskutkowały tym, że Tom jeszcze bardziej
pragnął być z Pat. Nic, co o niej usłyszał, nie mogło być prawdą: Tom
nie wierzył w ani jedno słowo. Przecież był to typowy dla jego ojca
sposób niszczenia wszystkiego, co miało dla niego jakąkolwiek wartość -
im większą, tym lepiej. Gdyby Pat usłyszała, co wygaduje o niej Walter
Allanson, chyba dostałaby zawału. Tom postanowił, że jego ukochana nigdy
się o tym nie dowie.
Nie było to jednak łatwe, bo ona sama nieustannie naciskała na Toma, aby
pogodził się ze swoją rodziną. Słusznie podejrzewała, że rodzina Toma ma
sporo pieniędzy, pomimo tego, że wszyscy, oprócz jego ciotki Jean Boggs,
siostry Waltera, żyli jak ostatnie sknery. Tom powiedział jej kiedyś, że
Paw był bardzo sprytny i w swoim domu przy Washington Road miał pełno
tajnych skrytek na pieniądze.
Z tego, co rozumiała Pat, wynikało, że Paw odsprzedał część swojej ziemi
ojcu Toma, Walter zaś podzielił ją na mniejsze działki i odsprzedał je
deweloperom, którzy wybudowali tam kilka osiedli: Forest Apartments,
Gray Estates oraz Club Candlewood Apartments. Jego rodzina musiała
zarobić na tym mnóstwo pieniędzy. Tom zdawał się w ogóle o to nie dbać,
ale był przecież jedynym dzieckiem Allansonów oraz ulubionym wnukiem
Pawa i Nony. Wszystko to - jak była przekonana - powinno w końcu stać
się jego własnością. Bóg jeden raczył wiedzieć, jak bardzo potrzebowali
tych pieniędzy - gdyby Tom nie dostał należnego mu spadku, nie mieliby
szans, aby doprowadzić Kentwood do wymarzonego stanu.
Ciotka Toma, Jean Boggs, oraz jej mąż Homer mieszkali w drogim domu w East Point, a Jean zdradzała swoim ubiorem, że jest zamożną kobietą. Tom
powiedział kiedyś Pat, że od czasu awantury o ziemię ojca Jean nie ma
nic wspólnego z Walterem - nie rozmawiali ze sobą od siedmiu, może ośmiu
lat. Ona też miała dzieci, ale starzy Allansonowie nie wychowywali ich
tak samo jak Toma, którego traktowali niemalże jak własne dziecko.
Pat była przekonana, że skoro udało jej się wyjść za Toma, to Walter i Duża Carolyn Allanson wreszcie ją zaakceptują. Ze strony matki Pat
wywodziła się z Silerów, porządnej rodziny z długimi tradycjami. Miała
rodziców, z których mogła być dumna - jej ojciec był w końcu
emerytowanym pułkownikiem armii amerykańskiej. Uważała się za znacznie
lepszą partię dla Toma od jego poprzedniej żony. Była prawdziwą damą,
a jej córki - mistrzyniami w jeździe konnej. Miała okazję osobiście
poznać gubernatora Jimmy'ego Cartera i japońską rodzinę cesarską.
Allansonowie musieli przecież to docenić i być wdzięczni, że wyszła za
ich syna. Wszystko musiało się jakoś ułożyć.
Tom nie był jednak specjalnie przekonany, że dojdzie do tego szybko.
Wiedział, że jego ojciec potrafi być uparty jak osioł, ale nie umiał
wytłumaczyć żonie, dlaczego nie wolno jej rozmawiać z jego rodzicami.
Pomimo tego, że ją kochał, zdawał sobie sprawę z faktu, że Pat często
denerwowała innych ludzi, mówiąc niewłaściwe rzeczy w nieodpowiedniej
chwili. Uwielbiał jej wygląd i to, jak się ubiera, ale na samą myśl o tym, jak przedstawiałaby się w oczach jego ojca, aż się wzdragał. Za
bardzo odsłaniała nogi i piersi. Nieco staromodne spinki, które służyły
jej do zapinania bluzki bez rękawów, miały tendencje do odpadania. Była
przepiękną kobietą, ale to, jak wyglądała, stanowiłoby wodę na młyn dla
jego ojca.
Nie mógł na to pozwolić.
Poza tym teraz, gdy już był jej mężem, odkrył, że Pat jest jeszcze
bardziej porywcza i wrażliwa, niż myślał. Jej babka zmarła tej samej
wiosny, gdy brali ślub, i cała rodzina Silerów zjechała się do Karoliny
Północnej, aby ją pochować - większość z nich widziała Toma po raz
pierwszy w życiu. W czasie procesji pogrzebowej doszło do zamieszania.
Ciotka Pat - Mary Adams, wraz ze swoim mężem Charlesem ustawili się
swoim cadillakiem tuż za karawanem i czekali na rozpoczęcie ostatniej
podróży ze zmarłą krewną. Ale Pat to nie odpowiadało.
- Mama Siler chciałaby, żebym to ja jechała jako pierwsza - stwierdziła,
płacząc. - Byłam jej ukochaną wnuczką. Tom, wymiń ich i ustaw się przed
cadillakiem.
Będąc w głębokim szoku, Tom posłusznie wyminął auto swoim pikapem z wymalowanym na drzwiach herbem Kentwood przedstawiającym konia rasy
morgan. Nikt mu nie przeszkodził. Nie mógł uwierzyć, jak bardzo
kulturalnie Silerowie zachowywali się wobec jego żony.
Gdy niekończący się sznur pojazdów ruszył w stronę cmentarza, Pat nieco
się uspokoiła - przestała płakać i siedziała wyprostowana, niemalże z dumą. Wyjaśniła Tomowi, że babka zawsze traktowała ją wyjątkowo, a on
sam widział, z jaką miłością i łagodnością krewni, córki, Ronnie i pozostali odnosili się do Pat - wszyscy, oprócz jego własnych rodziców,
którzy trwali w swoich przekonaniach, uparci niczym osły.
Pat była zbyt bystra, by nie zauważyć, że teściowie nie chcą mieć z nią
nic wspólnego. Była zraniona i zła. Czuła, że nie są uczciwi - przecież
nie zrobiła nic, co mogłoby ich urazić. Czy to taka wielka zbrodnia, że
nad życie zakochała się w ich synu? Była sześć lat starsza od Toma, ale
nikt nie mógł jej zarzucić, że marnuje mu życie. Dlaczego Walter i Duża
Carolyn musieli być tacy małostkowi?
Ich relacje z rodzicami Toma - czy raczej ich brak - irytowały Pat
nieustannie. Chociaż przeżywali z Tomem cudowny czas na farmie Kentwood,
w ich nieskrępowanej radości zaczęły pojawiać się drobne pęknięcia. Pat
narzekała przy każdym, kto tylko miał ochotę jej słuchać, na byłą żonę
Toma - Małą Carolyn oraz jego ojca. Uparcie twierdziła, że byli w jakiś
sposób odpowiedzialni za zwolnienie Toma z Ralston Purina.
- Ktoś do nich zadzwonił i powiedział, że w sprawie rozwodowej złożono
pozew wzajemny, że Tom trafi do więzienia i w ogóle, a Purina bardzo
poważnie traktuje kwestię dobrego imienia firmy i jej pracowników, więc
Tom stracił pracę...
Co więcej, Pat miała wrażenie, że Walter postawił sobie za cel życiowy,
aby Tom nigdy więcej nie znalazł sobie żadnej pracy.
- Wiele razy składał podania o naprawdę dobre posady - mówiła - ale jego
ojciec zawsze zdołał jakoś sprawić, że Tom nie dostawał pracy. Nawet gdy
chciał wstąpić do policji konnej, jego ojciec jakoś temu zapobiegł.
Możliwe, że faktycznie tak było. Wrogość, którą Walter Allanson żywił
wobec swego jedynego dziecka, była jasna jak słońce. Nigdy nie
zaakceptował rozwodu Toma i jego trzeciego małżeństwa, a Pat miała
wszelkie prawo, aby mieć do niego żal. Tom szybko przekonał się jednak,
że jego żona nie była pacyfistką i potrafiła się odgryźć. Zawsze stawała
po jego stronie - co było akurat dobre - ale zdecydowanie za dużo
wypowiadała się na pewne tematy, co docierało do jego ojca i tylko
zaogniało konflikt.
Gdy wiosna 1974 roku zamieniała się powoli w lato, Pat Allanson płonęła
już żywym ogniem. Z tą stroną jej osobowości Tom nie miał jeszcze do
czynienia. Wiedział, że potrafi być kochająca i namiętna, pochmurna i smutna, a niekiedy przerażona jak małe dziecko, ale nigdy nie widział
jej wściekłej. Zamiast cieszyć się z tego, że byli wreszcie z Tomem
małżeństwem, i odpuścić sobie, co myśli na ich temat reszta świata,
nieustannie męczyła go, aby "zrobił coś" ze swoim ojcem.
- I ty nazywasz siebie mężczyzną? - kpiła z niego. - Gdybyś był
mężczyzną, to nie pozwoliłbyś, aby ten człowiek traktował nas w ten
sposób!
Jej łzy raniły go znacznie mocniej niż słowa - nie mógł znieść widoku
płaczącej Pat - ale wiedział, że nigdy nie zdoła wygrać ze swoim ojcem.
Nie miał pojęcia, czego Pat od niego oczekuje. Chciał żyć swoim własnym
życiem, zajmować się swoją własną farmą, cieszyć się swoim małżeństwem -
ale Pat była nieustępliwa. Nie był w stanie jej przekonać, że do
szczęścia nie jest im potrzebny ani jego ojciec, ani jego pieniądze.
Pat uparcie trwała przy swoim. Chciała, aby Tom poukładał swoje sprawy z rodzicami, i domagała się zaakceptowania przez jego rodzinę - nie mogła
pogodzić się z tym, że jest traktowana przez nich jak śmieć. Mąż, który
naprawdę troszczy się o swoją żonę, nigdy nie pozwoliłby na to, aby tak
ją poniżano. Ich małżeństwo trwało ledwie ponad miesiąc, a już zdążyło z niego wyparować całe szczęście.
Pat zaczęła odsuwać się od Toma. Z nowożeńcami mieszkał już
piętnastoletni Ronnie, ale teraz Pat zaczęła coraz częściej zapraszać do
siebie swoje córki - Susan i Deborę oraz innych krewnych. Ciotka Pat -
Alma Studdert wraz ze swoją wnuczką Mary Jane Smith regularnie u nich
nocowały. Pat i Alma potrafiły całymi godzinami przesiadywać na
werandzie z tyłu domu, obserwując niebo ciemniejące powoli nad polami
Kentwood. Alma dziwiła się jednak, że Pat woli spędzać ten czas z nią
niż w łóżku ze swoim mężem. Córki Pat oraz pozostali krewni zauważyli,
że ta unika przebywania z Tomem sam na sam. Uderzyło ich to, ponieważ
para czysto teoretycznie nadal powinna przeżywać swój miesiąc miodowy i nie odrywać od siebie wzroku.
Bliskie relacje z rodziną nie były dla Pat niczym nowym - od zawsze
potrzebowała ich, aby zachować poczucie bezpieczeństwa. Ale teraz, gdy
miała Toma, który mógł się nią zaopiekować, jej krewni byli wyraźnie
zmieszani, widząc jej opory przed życiem z nim w pojedynkę - może nie
chciała powiedzieć czegoś, czego mogłaby później żałować? Zachowywała
się, jakby miała złamane serce, i choć jej urocza aparycja tego nie
zdradzała, bliscy Pat doskonale wiedzieli, że potrzebuje ona
nieustannego wsparcia emocjonalnego. Odrzucenie ze strony rodziców Toma
ją złamało - wysysało z jej życia wszelką radość i pozostawiło jej
małżeństwo blade i nijakie.
Rozdział 4
Miesiąc miodowy Toma i Pat skończył się zdecydowanie za szybko, a sytuacja pogorszyła się, jak tylko Margureitte, matka Pat, odebrała
telefon w gabinecie stomatologa dziecięcego, gdzie pracowała. Dzwonił
Walter Allanson we własnej osobie.
- Być może ma pani jakiś wpływ na Toma - oznajmił bez jakiegokolwiek
wstępu. - Czy mogłaby pani mu przekazać, aby przestał robić, to co robi...
i zaczął robić to, co do niego należy?
Margureitte Radcliffe była kobietą, która zapamiętywała z detalami
najdłuższe i najbardziej skomplikowane rozmowy. Najłatwiej zaś
przychodziło jej zapisywanie w pamięci dialogów, które wzbudzały w niej
szczególne poruszenie ze względu na zachowanie gorzej wychowanych ludzi
- najbardziej tych, którzy w nieprzychylny sposób wypowiadali się o jej
córce Patricii. Nie dopuszczała do siebie myśli, że Pat mogłaby zrobić
coś niewłaściwego.
Jak na ironię, ojciec Toma uważał, że jego syn nic nie potrafi zrobić
tak, jak należy.
Po pewnym czasie Margureitte - wciąż pełna niedowierzania - tak opisała
swoją rozmowę z Walterem Allansonem:
- Oznajmił mi, że Tommy pojawił się w mieszkaniu swojej byłej żony i dolał do mleka formaliny! Zapytałam: "Czy wezwali państwo policję?".
Odpowiedział mi, że tak, policja przebadała mleko i znalazła w nim
formalinę. Mleko było w szklance przeznaczonej dla ich córeczki. I wtedy
on, to znaczy pan Allanson, stwierdził: "Jestem pewien, że to sprawka
Toma".
Margureitte była przerażona. To nie miało żadnego sensu. Podobne
zachowanie nie było w stylu jej zięcia. Kochał swoje dzieci i nigdy by
ich nie skrzywdził. Oczywiście powiedziała o tej dziwnej rozmowie córce.
Gdy Pat usłyszała o oskarżeniach wysuwanych pod adresem jej męża przez
Waltera Allansona, niemal wybuchła na miejscu. Jak Tom mógł godzić się
na to, aby ktokolwiek rozpowiadał o nim takie kłamstwa? Pozwalał ojcu i byłej żonie rujnować swe dobre imię paskudnymi oszczerstwami!
Margureitte miała tego wszystkiego dość. Nie mogła pozwolić, aby
ktokolwiek ranił Patricię w podobny sposób. Postanowiła porozmawiać z Pawem i Noną, dziadkami Toma, o problemach między Walterem a Tomem i Pat. Ci odpowiedzieli jej jednak, że nie są w stanie nic na to poradzić.
Spokojnie oznajmili, że ich syn zawsze był "oziębłym człowiekiem".
- Od dziecka trwa w przekonaniu, że wszystko, co robi w swoim życiu,
jest właściwe, że nigdy nie popełnił błędu. I ani razu nie powiedział,
że czegokolwiek żałuje...
Margureitte, która od zawsze znana była z tego, że lubiła wtykać nos w cudze życie, postanowiła wziąć na siebie uregulowanie spraw między Pat a jej nowym teściem. W poniedziałek 21 czerwca 1974 roku bez żadnej
zapowiedzi udała się do kancelarii Waltera Allansona i zażądała
zaanonsowania swojego przybycia. Na recepcji siedziała Mary McBride,
której wnuczka Becky chodziła do szkoły z córkami Pat. Zapytała,
zaciekawiona, jak się mają. Margureitte była w szoku, gdy zorientowała
się, że Mary nie ma pojęcia, iż Tom i Pat są teraz małżeństwem.
Allansonowie wiedzieli, jak trzymać sprawy w tajemnicy.
Gdy Walter zakończył swoją rozmowę przez telefon, Margureitte
wmaszerowała gniewnie do jego gabinetu, w ogóle niezmieszana jego
zaskoczonym spojrzeniem. Pamięć o ich pierwszym spotkaniu głęboko wryła
jej się w pamięć.
- Panie Allanson - zaczęła. - Nie chciałam tu przychodzić i spotykać się
z panem, ale nie miałam wyboru... Chciałabym bowiem, aby spotkali się
państwo z nami. Nie wierzę w to, co słyszę z pana ust. Jest pan twardym
i surowym człowiekiem, ale nie mogę uwierzyć, że jakikolwiek ojciec może
w ten sposób traktować własne dziecko. Tommy nic nie mówi, ale widzę, że
serce mu się łamie przez to, w jaki sposób pan i pańska żona go
traktujecie...
Trudno powiedzieć, aby oburzone słowa stojącej przed nim kobiety zrobiły
jakiekolwiek wrażenie na Walterze Allansonie.
- Pani Radcliffe - oznajmił złowieszczo. - Pozwoli pani, że coś
wyjaśnię. Jestem Szkotem: zdyscyplinowanym i twardym człowiekiem. Gdy
zrywam z kimś kontakt, to robię to raz na zawsze. Ja nie mam syna.
- Panie Allanson - odparła Margureitte. - Nie wierzę, że mówi pan to na
poważnie. Gdzieś w środku musi pan czuć inaczej... Musi pan żywić wobec
niego jakiekolwiek uczucia.
- Nie, pani Radcliffe, wręcz przeciwnie. Gdyby Tommy padł dziś trupem,
to nie pofatygowałbym się, aby pojechać na jego pogrzeb, a gdyby był
umierający i zadzwonił do mnie z prośbą o pomoc, to nie kiwnąłbym nawet
palcem. Raczej zrobiłbym wszystko, by doprowadzić go do ruiny.
- Panie Allanson! Zawsze go tak pan traktował?
- Nie. Zmienił się jakiś rok temu. Chłopak ma pewnie jakiegoś guza.
Margureitte się wyprostowała.
- No wie pan... - zaczęła. - Gdyby moje dziecko miało guza, to nie
wymyślałabym pod jego adresem takich oskarżeń, tylko zrobiłabym
wszystko, co w mojej mocy, aby przekonać je do odwiedzenia lekarza.
- Nie dbam o to - odparł Walter Allanson. Ponownie opowiedział historię
o tym, jak to Tom dolał do mleka swojego dziecka formaliny, i dołożył do
tego kolejną: o tym, że 9 maja dosypał do baku jego samochodu cukier.
- To niemożliwe - zaprotestowała Margureitte. - Tom był tego dnia w Stone Mountain, brał ślub. Na weselu było ze trzysta osób. Naprawdę,
panie Allanson, na pana miejscu bardziej skupiłabym się na prowadzonych
sprawach niż na roztrząsaniu tego, że wszystkie niepowodzenia w pańskim
życiu to wina Tommy'ego.
- No cóż - odparł Allanson, pochylając się nad biurkiem i wpatrując
twardym wzrokiem w Margureitte. - Powiem pani w takim razie, czego
jeszcze się dopuścił. Wczoraj rano, jakoś między dziewiątą a trzynastą
trzydzieści, włamał się do naszego domu i ukradł z niego trzy pistolety.
Walter Allanson zażądał zwrotu broni i poinstruował Margureitte, że Tom
ma odesłać ją pocztą.
- Niech nie przynosi mi ich osobiście, bo zabiję go na miejscu. Jeśli
nie odeśle mi broni, a policja nie zdecyduje się na przeprowadzenie
śledztwa w tej sprawie, dorwę go.
Margureitte zbladła.
- Panie Allanson, pan chyba nie mówi poważnie. Zrobi pan coś takiego,
mimo że pański syn nie wyrządził panu żadnej krzywdy? Nawet jeśli
przyszedłby do pana i oznajmił: "Tato, nie wiem, o co w tym wszystkim
chodzi, ale może usiądźmy i przedyskutujmy to na spokojnie, puśćmy
wszystko w niepamięć...". Nawet wtedy nie zdecydowałby się pan wybaczyć
własnemu synowi?
- Nie. Ten rozdział jest już zamknięty. Nie mam syna. Nie mam także
synowej. Pani córka nie jest moją synową.
Margureitte Radcliffe wyszła z kancelarii z przerażoną miną. Jej wizyta
tylko wszystko pogorszyła. Odczuła to cała rodzina. Atmosfera w Kentwood
była w czerwcu tak gęsta, że można byłoby ją kroić nożem.
Liza Price, dawna znajoma Toma, która pomagała Pat w organizacji pokazów
konnych, miała farmę jakieś siedem mil na południe od Kentwood. Jej
córka Johnette trenowała jeździectwo trzy lub cztery razy w tygodniu i niekiedy dosiadała na pokazach morgany. Liz była akurat obecna, gdy
któregoś wieczoru Tom wszedł do kuchni i z dumą pokazał Pat cebulę,
którą udało mu się wyhodować w ogrodzie. Liz była w szoku, widząc, jak
Pat z irytacją odpycha na bok jego rękę.
- Bez przerwy coś do niego miała - wspominała potem Liz.
Córka Pat - Susan Alford, która tamtego lata miała dwadzieścia jeden lat
i często wpadała do Kentwood ze swoim maleńkim synkiem Seanem, zawsze
bezbłędnie odczytywała nastroje matki. Widziała, że Pat chodzi napięta
jak struna. Bez żadnego powodu urządzała Tomowi awantury. Żądała od
niego, by bronił jej honoru, udał się do swoich rodziców i zmusił ich,
aby przyjęli ją do rodziny i uznali oficjalnie za jego żonę. Susan
dostrzegała, że Tom był bezgranicznie zakochany w Pat i że zrobiłby
wszystko, aby tylko ją zadowolić - a przynajmniej wszystko, co w jego
mocy.
Ale Tom dobrze wiedział, że w starciu ze swoim ojcem nie ma żadnych
szans. Nigdy ich nie miał.
Ciotka Pat - Alma pewnego czerwcowego wieczoru wylegiwała się na
werandzie domu w Kentwood, nie była jednak w stanie się odprężyć.
- Nie wiem, o co dokładnie chodzi - wyznała w rozmowie z Liz Price - ale
czuję, że stanie się coś niedobrego.
?
Dwudziestego ósmego czerwca Pat była w Kentwood zupełnie sama. Tom
pojechał do Barnesville podkuwać konie, a Ronnie powiedział, że wybiera
się do Zebulonu, bo podłapał tam jakąś robótkę malarską. Był przepiękny
słoneczny dzień i Pat wreszcie czuła się na siłach, aby zabrać się do
jakichś prac na farmie. Wyciągnęła kosiarkę samobieżną. W zeznaniu
złożonym później przed zastępcą szeryfa hrabstwa Pike Pat opisała
koszmar, który przeżyła tamtego popołudnia.
- Byłam sama na farmie, a mamy mnóstwo ziemi, jakieś pięćdziesiąt parę
akrów... i postanowiłam skosić trawę od strony drogi, to dość daleko od
domu. Jechałam na małej kosiarce, przycinając bezmyślnie trawę. Dopiero
co zaczęłam pracę, gdy nagle zobaczyłam przejeżdżającą ciężarówkę.
Wyglądała jak nasza: niebieski kamper. Ale nie mogła należeć do nas, bo
nasza ma zdemontowany dach. Wie pan, jak to jest, jak coś przyjdzie
nagle człowiekowi do głowy i jakoś tak zapada mu nagle w pamięć? No więc
jeździłam tak kosiarką po okolicy, obrobiłam już dobry akr ziemi. Między
naszą farmą i sąsiednim polem jest żywopłot, ma może ze cztery metry,
widziałam zza niego tę ciężarówkę. Pomyślałam sobie: kurczę, facet musi
mieć jakieś problemy z autem. I nagle dojeżdżam do końca żywopłotu,
gdzie rośnie takie wielkie drzewo. I on tam stał. Rękawy podwinięte,
spodnie opuszczone. Nie miałam pojęcia, co robić. Wcisnęłam hamulec i stałam tak nieruchomo. Wydawało mi się, że minęła jakaś godzina, zanim
cokolwiek zrobiłam, ale nie mogła to być więcej niż sekunda.
Po tym Pat opowiedziała o najbardziej szokującej części zajścia.
Rozpoznała tamtego mężczyznę. Latami widywała go w East Point, a ostatnimi czasy jego zdjęcie drukowano we wszelkich możliwych gazetach i na plakatach wyborczych. Obnażał się przed nią Walter Allanson, ojciec
jej męża!
- Byłam pewna, że to on. Jedyne, co mi nie pasowało, to to, że w ustach
miał cygaro. Nigdy nie widziałam, aby jego tata używał cygara. Zawsze
palił tylko papierosy. Wrzuciłam trzeci bieg. Kosiarka ruszyła powoli.
Pojechałam do sąsiadów, ale nie zauważyłam u nich żadnych samochodów,
zawróciłam więc po szerokim łuku i skosiłam jeszcze kawałek pola,
wracając do domu. Gdy tylko zajechałam na miejsce, pognałam do środka.
Tom zawsze trzymał w domu, jak to nazywali, "książkę adresową", aby Pat
wiedziała dokładnie, gdzie aktualnie przebywa. To na wypadek, gdyby
dostała kolejnego "ataku". Pat nie zadzwoniła do szeryfa, tylko najpierw
wybrała numer do Toma. Była tak spanikowana, że ledwie rozumiał, o co
jej chodzi, ale nagle wyrzuciła z siebie, że widziała przy żywopłocie
jego ojca, który stał tam z penisem na wierzchu. Do Toma ledwie
docierało, co Pat próbuje mu powiedzieć - wpadła w histerię.
- Powiedział wtedy: "Słonko, na miłość boską, rozłącz się i dzwoń po
szeryfa!".
I Pat tak zrobiła. Szeryf oznajmił jej, że jest już w drodze, a nim Pat
zdołała ponownie wybrać numer, rozległ się dźwięk dzwonka. Po drugiej
stronie usłyszała głos Ronniego, który telefonował z Atlanty - pojechał
tam odwiedzić Margureitte. Później Pat zeznała szeryfowi, że była tak
przerażona, iż nie rozumiała do końca, gdzie tak naprawdę jest Ronnie.
Była pewna, że odmalowuje czyjś dom w Zebulonie.
Ale czy istniał ktokolwiek, kto mógłby powiedzieć, że zawsze wie, gdzie
dokładnie przebywa Ronnie? Wraz ze swoim kolegą Cecilem "Rockym"
Kenwayem, który często nocował u niego w Kentwood, jak większość
nastolatków włóczył się Bóg jeden raczy wiedzieć gdzie.
Ronnie powiedział wówczas matce, że ma jakieś dziwne przeczucie.
- Mamo, sam nie wiem, dlaczego... ale po prostu musiałem zadzwonić i upewnić się, że wszystko w porządku.
Pat zaczęła opowiadać swojemu synowi, co się stało, gdy Ronnie przerwał
jej nagle:
- Mamo, czy wszystkie drzwi są pozamykane?
- Boże, nie wiem. Zaczekaj chwilę. Zaraz oddzwonię.
Odłożyła słuchawkę i pobiegła zamknąć wszystkie drzwi, ale wtedy
przyszła jej do głowy straszliwa myśl: "Boże, a co, jeśli zamknę się
przypadkiem w domu wraz z nim? Mógł dostać się tu przez żywopłot, który
biegnie z tyłu domu...".
Ronnie został na linii, dopóki zastępca szeryfa hrabstwa Pike - Billy
Riggins nie przyjechał z położonego dwie i pół mili od Kentwood
Zebulonu. Riggins zastał na miejscu piękną, ale rozhisteryzowaną
kobietę, w jednej ręce ściskającą słuchawkę od telefonu, w drugiej zaś
nienaładowaną strzelbę kaliber .22. Riggins nie wiedział, że broń nie
jest naładowana, delikatnie wyjął ją więc z jej dłoni, a ona podała mu
słuchawkę.
- Proszę, niech powie pan mojemu synowi, że jest pan tu ze mną i że
wszystko jest już w porządku.
Po tym, jak Riggins porozmawiał z Ronniem i się rozłączył, został
dosłownie zalany potokiem słów Pat, która wyrzucała z siebie, jak bardzo
przerażona była, widząc swojego teścia przy żywopłocie, wymachującego
przed nią intymnymi częściami ciała.
- Chorowałam - oznajmiła szeryfowi Rigginsowi. - Mam problemy z krzepnięciem krwi i potrzebuję dużo świeżego powietrza. A jakiś czas
temu uległam wypadkowi i miałam z tego powodu podwyższone ciśnienie.
Dopiero co wyszłam ze szpitala. To pierwszy dzień, gdy czułam się na
tyle dobrze, aby móc skosić trawę. Syn powiedział mi, że mam pana
poprosić, aby załadował mi pan strzelbę, żebym miała jak się bronić, gdy
już pan odjedzie. Przynajmniej do momentu, gdy nie wróci mój mąż.
- Gdzie trzymają państwo naboje? - zapytał Riggins.
- Nie wiem.
Akurat w tej chwili oddzwonił Tom, który wyjaśnił Rigginsowi, gdzie
znajdzie klucze do skrytki na broń. Wyjął z niej naboje i pokazał Pat,
jak załadować strzelbę. Nie to, żeby nie miała doświadczenia z bronią
palną. Potrafiła załadować taki sprzęt i nim strzelać, a minionej
jesieni, będąc na polowaniu z Tomem, korzystała z nawet mocniejszej
broni. Ale była zbyt przerażona, aby jasno myśleć, a do tego trzęsły jej
się ręce.
Riggins odnotował, że Pat była potwornie zawstydzona, ale do diabła!
Która kobieta nie byłaby zawstydzona w takiej sytuacji? Oglądanie
intymnych części ciała krewnego jest upokarzające. Nie jest naturalne.
- Czy mogłaby pani opisać mężczyznę, którego pani widziała? - poprosił.
- Tak - odpowiedziała ostrożnie. - Oczywiście... To znaczy chodzi mi o to,
że wiem, iż to mój teść... Stał tam, na głowie miał ten sam kapelusz, co
zawsze: z szerokim rondem. Rękawy koszuli miał podwinięte, a gdy tylko
mnie zobaczył, to opuścił spodnie. Jednocześnie myślałam sobie jednak:
"Jakim cudem to może być jego ojciec?". Rozumie pan? Ale wiem, że to on.
Zastępca szeryfa zdołał jakoś uspokoić Pat i zasugerować, aby
zastanowiła się z mężem, czy chcą wystosować oskarżenie wobec jego ojca.
Gdy odjeżdżał do kolejnego wezwania, Pat wydawała się spokojna.
Była to druga wizyta Rigginsa na farmie Kenwood Morgan. Na początku
kwietnia Tom Allanson powiadomił go telefonicznie, że ktoś podziurawił
jeden z jego samochód amunicją kaliber .22. Samochód stał za stajnią i wyglądał, jakby ktoś zrobił sobie z niego tarczę strzelniczą. Riggins
nigdy nie zdołał ustalić żadnego podejrzanego, a sam Tom też nie miał
pomysłu, kto mógłby zrobić coś podobnego. Kentwood odwiedzało wówczas
mnóstwo gości, do tego poza Tomem i Pat mieszkał tam jeszcze Ronnie i okazjonalnie jego kolega. Tym razem jednak podejrzany został bez
problemu zidentyfikowany.
Gdy kilka minut po odjeździe Rigginsa do domu wrócił Tom, z głębokim
wzburzeniem wysłuchał oskarżeń, które Pat wysunęła przeciwko teściowi.
Ojciec był niekiedy wrednym sukinsynem, ale Tom nie potrafił wyobrazić
go sobie w roli ekshibicjonisty. Walter był zbyt wyrachowany, aby
dopuścić się czegoś takiego - a przynajmniej tak zawsze wydawało się
Tomowi. Ale przecież jego ojciec poprzysiągł sobie, że na wszelkie
możliwe sposoby uprzykrzy im życie.
Tom zadzwonił do kancelarii ojca, ale nikt nie odebrał. Życie powoli
wymykało mu się spod kontroli. Złość jego ojca wobec niego to jedno - do
tego był przyzwyczajony. Ale od pewnego czasu każdy kolejny dzień
przynosił nową katastrofę. Margureitte przekazała mu, że jego ojca nie
obchodzi, czy Tom będzie żył, czy nie, a gdy umrze, to nawet nie
pofatyguje się, aby splunąć na jego grób. Ojciec oskarżył go ponadto o próbę dodania trucizny do mleka podanego jemu własnemu dziecku oraz o kradzież broni. Do tego Pat była przekonana, że jego niepowodzenia
zawodowe były sprawką ojca i że gdyby tylko ten miał ku temu okazję, to
bez wahania zabiłby Toma. Dokładnie to samo powiedziała mu też pani
Radcliffe. Nawet Nona i Paw ostrzegali go, że może być w niebezpieczeństwie.
Tom czuł, jak wzbiera w nim wściekłość. Biedna Pat była przecież taka
chora, że ledwo chodziła, nieustannie cierpiała na ból w obojczyku, a mimo to próbowała pomóc z prowadzeniem farmy, kosząc trawę. Jak jego
ojciec śmiał ją tak przerazić i wyprowadzić z równowagi? W tej chwili
Tom zrozumiał, że Pat miała rację: wyczynów Waltera Allansona nie można
było tak zostawić. Nie mogli pozwolić sobie na takie traktowanie. Jak
bardzo by się tego nie bał, Tom wiedział, że musi się zmierzyć ze swoim
rodzicem.
Rozdział 5
Walter O'Neal Allanson i jego żona Milford - przez wszystkich nazywana
Carolyn - w czerwcu 1974 roku mieli po pięćdziesiąt jeden lat. Od
trzydziestu dwóch - czyli przez ponad połowę swojego życia - byli
małżeństwem. Mieszkali w East Point, przepięknym przedmieściu Atlanty,
przylegającym do miasta od północnego zachodu. Według zgodnych opinii
stanowili szczęśliwą parę, chociaż niektórzy twierdzili, że w wieku
czterdziestu kilku lat Walter miał romans. Nawet jeśli, Carolyn puściła
to w niepamięć - kobieta, z którą miał być rzekomo związany, nie żyła
już od wielu lat. Po pięćdziesiątce Walter Allanson niczym zreformowana
prostytutka dorobił się niemal purytańskiego poglądu na temat świętości
małżeństwa. Jeśli w grę wchodziły dzieci, to ze wszystkich sił
sprzeciwiał się rozwodowi - był to pogląd potencjalnie dość
problematyczny dla adwokata zajmującego się prawem cywilnym.
Walter był przystojnym mężczyzną o siwych włosach, krystalicznie
błękitnych oczach i równo ogolonej twarzy - oprócz krótkiej bródki,
której dorobił się w średnim wieku. Duża Carolyn była piękną kobietą i rzadko kiedy nakładała makijaż. Jej brązowe, upięte z tyłu włosy okalały
jej twarz nierównymi falami. Nie była ani szczupła, ani otyła - miała po
prostu solidną, pełną figurę.
Kolejne miesiące po tym, jak Walter ogłosił, że będzie startował w wyborach na sędziego, zanosiły się na najtrudniejsze, ale i najbardziej
ekscytujące, Allansonowie z czymś takim jeszcze się bowiem nie mierzyli.
Walter cieszył się dobrą opinią, nie było więc żadnego powodu, dla
którego miałby nie wierzyć w swoje zwycięstwo w jesiennych wyborach.
Carolyn z radością pracowała jako pielęgniarka w gabinecie miejscowego
lekarza, ale wraz z Walterem każdego dnia wracała do domu na lunch.
Zawsze przebywali razem. Nawet jeśli początkowy żar podtrzymujący ich
małżeństwo przygasł, to nadal byli dla siebie oddanymi towarzyszami.
Walter pochodził z prostej rodziny - jego krewni byli niewykształceni,
cechowali się jednak pewną wrodzoną inteligencją. Za dziecka doświadczył
biedy, w dorosłym życiu ważne było zatem dla niego, aby zawsze mieć
pieniądze, które pozwoliłyby mu stawić czoła przeciwnościom jutra. Kupił
w dobrej cenie dom przy Norman Berry Drive 1458 w East Point. Okolica
uchodziła wówczas za jedną z najlepszych, a jego uliczka była uroczym
zakątkiem, przeciętym równym, zielonym rzędem młodych drzewek z niewielkim zagajnikiem na wysepce pośrodku. Russell High School, Alma
Mater Waltera, była tuż obok, po drugiej stronie Norman Berry.
Dom pochodził z lat czterdziestych. Zbudowany był z czerwonej cegły,
przykryty skośnym dachem, z którego wystawały niewielkie okienka. Był to
porządny dom, ulokowany na płaskim terenie wysoko ponad Norman Berry
Drive - człowiek mógł dostać solidnej zadyszki od samego wspinania się
po podjeździe. Gęsto rosnące dęby, sosny, laurowe żywopłoty i rododendrony wygłuszały gwar dobiegający z ulicy i oddzielały dom
Allansonów od sąsiadów.
Dom matki Carolyn, "Mamy Mae" Lawrence, stał na zachód od nich, ale
gęsto rosnące drzewa w zasadzie uniemożliwiały zobaczenie go. Za domem
Walter zbudował altanę winogronową, która bujnie rozkwitała. Pośrodku
podjazdu wylał niedużą, betonową zatoczkę, aby mógł zawracać na niej
samochodem bez konieczności wyjeżdżania na wstecznym za każdym razem 60
metrów do samej ulicy. Nie wyglądała szczególnie pięknie, ale była
praktyczna. A jeśli o Walterze Allansonie można było powiedzieć coś
pewnego, to to, że był nad wyraz praktyczny.
Pragmatyczne spojrzenie na życie sprawiło, że przed kilku laty zerwał
wszelkie kontakty ze swoją siostrą Jean, która mieszkała wraz z mężem
zaledwie kilka ulic dalej. Teraz zaś surowe poglądy na kwestie
moralności doprowadziły go do zerwania stosunków z synem. Walter
szczerze nienawidził Pat i wolał stracić Toma niż wykonać w stronę jego
nowej żony jakikolwiek przyjazny gest. Walter nie potrzebował w swoim
życiu nikogo, kto kwestionowałby jego autorytet. Tom od dzieciństwa
zdawał sobie z tego doskonale sprawę.
Wielu ludzi nie przepada za osobami takimi jak Walter Allanson. Prawnicy
często dorabiają się wrogów, czasami nawet nieświadomie. Na przestrzeni
lat Walter reprezentował sporą grupkę klientów, którzy mieli poczucie,
że nie otrzymali z jego strony należytej uwagi. Ale jego to nie
przerażało. Zawsze uważał, że jest w stanie obronić się przed tym, co
tylko los postawi mu na drodze. Mimo wszystko jego partner z kancelarii
Al Roberts, jego asystent oraz sekretarz zgodnie zauważyli, że pod
koniec czerwca 1974 roku Walter zrobił się strasznie nerwowy i spięty -
w ogóle nie przypominał dawnego siebie.
?
W sobotę 29 czerwca 1974 roku Carolyn i Walter Allansonowie wyszli z domu przy Norman Berry Drive krótko po dziewiątej i wsiedli do ich
białego forda rocznik 1963. Walter chciał przyjrzeć się jednej ze swoich
nieruchomości. Gdy ruszali w stronę jeziora Lanier w hrabstwie Forsyth,
na północny wschód od Atlanty, był piękny, ciepły poranek, nieśmiało
zwiastujący upał, który miał nastąpić za kilka godzin. Walter posiadał w tamtych stronach trochę ziemi. Nie było tam jeszcze żadnych domów, ale
okolica przedstawiała się cudownie, a niedaleko stało mnóstwo bogatych
domów - zarówno letniskowych, jak i całorocznych. Wraz z Tommym
zbudowali tam kiedyś porządną przystań. Ale niespodziewanie nadeszła
fatalna zima 1971 roku, a przystań pokryła się tak grupą warstwą lodu,
że zatonęła pod tym ciężarem. Tommy nurkował wielokrotnie w jeziorze, by
obwiązać spoczywającą na dnie konstrukcję linami i wraz z Walterem
wyciągnąć ją na powierzchnię, co w końcu się powiodło. Z pomocą Jake'a Daileya, najlepszego przyjaciela Waltera, udało im się całość wyczyścić
i zaczęli budowę od początku. Tommy przez jakiś czas pracował przy
wznoszeniu nowej przystani, ale rzucił to, gdy Walter zaczął używać
sobie na Pat. Ten drugi musiał więc dokończyć robotę sam, bez pomocy
syna.
Jezioro znajdowało się najwyżej godzinę jazdy od Atlanty, ale równie
dobrze hrabstwo Forsyth mogłoby leżeć na zupełnie innej planecie:
dokądkolwiek by się tam poszło, człowiek ze wszystkich stron
bombardowany był ofertą smażonego suma z dodatkiem zapiekanej kukurydzy,
kapusty, batatów, chleba kukurydzianego, ciasteczek czy sosu barbeque -
a wszystko to po ledwie kilka dolarów za porcję. Było powszechnie
wiadomo, że w hrabstwie Forsyth czarnoskórzy mieli zakaz przemieszczania
się po zmroku. Ostrzeżenia pod ich adresem nie wisiały już na każdym
murze, ale dawne resentymenty nadal były żywe. W okolicy podobno nadal
aktywnie działał Ku Klux Klan.
Stary ford Allansonów, nieco przerdzewiały w okolicach drzwi, nie był
może najbardziej reprezentatywnym samochodem dla przyszłego sędziego,
ale dobrze się sprawował. Walter i Carolyn jechali z opuszczonymi
szybami, rozkoszując się zapachem nagrzanych od słońca sosnowych igieł
oraz wypalanej czerwonej gliny. Wszędzie wokół rosło kudzu, wspinając
się niekiedy aż do połowy słupów telefonicznych i pnąc się uparcie wyżej
i wyżej, tak jakby chciało pochłonąć wszystkie rośliny, ogrodzenia i wszelkie inne przeszkody na swojej drodze. Przejechali przez rzekę
Chattahoochee i rosnące po bokach sosny się zagęściły. Betonowe kanaliki
czekały cierpliwie na wysuszonym poboczu, aż ulewa napełni je
deszczówką. W czerwcu były jednak równie przydatne, co ozdoby
świąteczne. Na wysuszoną okolicę od dawna nie spadła choćby kropla
deszczu.
Z każdą kolejną milą za Atlantą atmosfera powoli się zmieniała. Wokół
wykwitały znaki reklamujące syrop z sorgo, gotowane orzeszki ziemne i tytoń do żucia. W Cumming, stolicy hrabstwa, starsi faceci siedzieli
przed domkami z czerwonej cegły stojącymi wzdłuż Main Street i plotkowali, obgadując innych, wspominając lepsze dni i wypluwając pod
nogi przeżuty tytoń.
Walter zwolnił przy skrzyżowaniu przy Hammond Corners, zatrzymał się, po
czym ruszył przed siebie drogą 306, jadąc nią do samego końca, to znaczy
do autostrady numer 53. Pokonywał tę trasę tyle razy, że praktycznie nie
zwracał uwagi na znaki. Skręcił w pięćdziesiątkę trójkę, a na
rozwidleniu odbił w lewo, kierując się ku jeziorze położonemu przy
Truman Mountain Road.
Walter zgasił papierosa w szklanej popielniczce stojącej chwiejnie na
desce rozdzielczej i zerknął w stronę sklepu J.C. Jonesa. Był to
dziwaczny, kanciasty budynek z pomalowanych na biało betonowych bloków,
ale dla Jonesa stanowił istną kopalnię złota. Przed sklepem stały
dystrybutory z benzyną i wisiały stare znaki: "PEPSI", "LÓD" oraz "PRZYNĘTY NA RYBY". Jones był bystrym, korpulentnym i wesołym
facetem. Walter doskonale wiedział, że swego czasu kupił on długi na
ponad milę pas ziemi wzdłuż pięćdziesiątki trójki, gdy ten kosztował
jeszcze grosze. Wraz ze swoją uroczą żoną pracowali od szóstej rano aż
do północy, sprzedając przyjezdnym wszystko, czego tylko potrzebowali -
od haczyków do łowienia ryb po ręcznie robione, domowe kanapki i lemoniadę. Nieustannie odgrażali się, że przejdą w końcu na emeryturę i zamkną interes, ale na razie były to tylko groźby.
Walter zastanowił się przez moment, czy nie zajechać do sklepu, ale
stwierdził w końcu, że jeśli będą czegokolwiek potrzebować nad jeziorem,
to zawsze mogą podjechać te parę mil. Zwolnił, skręcając w lewo w wąską
drogę Truman Mountain. Dęby, pinie i sosny rosły tu tak gęsto, że
jechało się w przyjemnym cieniu. Promienie słoneczne rozlewały się
delikatnie w gęstwinie. Było tak cicho i spokojnie, że człowiek słyszał
samochody przemykające niemal 60 metrów dalej autostradą numer 53,
odgrodzoną od drogi wąskim pasem lasu. Walter zapalił kolejnego
papierosa i obrócił się do żony, aby coś jej powiedzieć.
Strzały padły bez żadnego ostrzeżenia. Ktoś celował do nich z prawej, od
strony lasu, rosnącego może z dwa metry od nich. Nie było szansy, aby
próbować się bronić lub robić uniki samochodem. Walter i Carolyn
Allansonowie byli całkowicie bezradni, uwięzieni w ostrzeliwanym
samochodzie.
- Co się dzieje?! - Tylko tyle zdołała wykrzyknąć Carolyn, nim jej mąż
pchnął ją na podłogę i dodał gazu.
Oberwali, a przynajmniej oberwał ich samochód. Raz, może dwa. Nie,
więcej. I nie, nie tylko samochód - oni też dostali. Walter czuł, jak
po twarzy spływa mu strużka krwi, i czuł, że oboje z żoną krwawią. Kule
raz po raz trafiały w wóz. Najpierw szyba na wprost Carolyn pokryła się
pajęczynką pęknięć, później to samo stało się z szybą przed nim, aż
wreszcie pocisk trafił w boczną szybę, która rozsypała się w drobny mak,
zalewając wnętrze drobinkami szkła.
Jechał na oślep przed siebie, słysząc, jak niespodziewanie kula trafia w tylną szybę, rozbijając ją na kawałki.
Gdy skończyły się strzały, zapanowała taka cisza, że Walter słyszał
wyraźnie wiatr szumiący między drzewami. Zerknął za siebie, ale nie
wypatrzył nikogo. Drżącą ręką pomógł żonie się podnieść, nie tracąc ani
chwili. Oboje mieli skórę pociętą odłamkami szkła i krwawili.
Ale żyli.
Mieszczące się w Cumming biuro szeryfa hrabstwa Forsyth odebrało
wezwanie o jedenastej dwadzieścia. Szeryf Donald Pirkle wraz ze swoimi
zastępcami: Jimem Averym, Randallem Parkerem i Richardem Satterfieldem
udali się do sklepu J.C. Jonesa. Samochód Allansonów został trafiony w sumie dziewięć razy. W czasie oględzin funkcjonariusze znaleźli
fragmenty czterech pocisków, które utkwiły wewnątrz pojazdu.
Jadąc w stronę jeziora, szeryf i jego ludzie natknęli się na miejsce
doskonale przygotowane na zasadzkę. Ścięte, równo ułożone sosnowe
gałęzie tworzyły zasłonę, za którą z całą pewnością ukrył się strzelec,
całkowicie niewidoczny od strony drogi. Na ziemi leżała wciąż jeszcze
zimna puszka z niedopitym piwem i sześć paczek amunicji kalibru .22. Za
kryjówką śledczy odkryli także leśną ścieżkę biegnącą w stronę
autostrady numer 53. Na piaszczystym gruncie zachowały się ledwie
widoczne ślady w kształcie zygzaka, świadczące o tym, że niedawno stał
tu duży samochód.
Ktoś najwyraźniej czekał cierpliwie w potwornym czerwcowym upale, aż to
jedno konkretne auto będzie przejeżdżać drogą Truman Mountain. Odstępy
między połamanymi gałęziami dawały strzelcowi doskonały widok na drogę,
aż do samego sklepu Jonesów. To cud, że Allansonowie nie oberwali ani
jedną kulą. No chyba że zamiarem oddającego strzały było ich tylko
nastraszyć.
Bez względu na to, kim był napastnik, zdecydowanie udało mu się osiągnąć
pożądany efekt. Ręka Waltera Allansona drżała, gdy próbował zapalić
papierosa. "Tak", odpowiedział na pytanie Satterfielda. Domyślał się,
kto mógł urządzić na nich zasadzkę.
- Mój syn. Myślę, że był to mój syn. Mieliśmy już z nim problemy. Kilka
miesięcy temu ukradł mi z domu broń.
Allanson podał imię swojego syna.
- Tommy. Walter Thomas Allanson. Mieszka w miejscowości Zebulon w Georgii.
?
Tamtego wieczoru Pat i Tom jedli kolację z pułkownikiem i Margureitte na
ich ranczu przy Tell Road w East Point. Było około osiemnastej
trzydzieści. Tam dotarła do nich wiadomość, że Nona i Paw koniecznie
muszą z nimi porozmawiać - to właśnie od nich dowiedzieli się, że ktoś
ostrzelał samochód rodziców Toma w pobliżu jeziora Lanier.
Tom zastanawiał się, dlaczego jego życie z dnia na dzień staje się coraz
dziwniejsze i brutalniejsze. Nie miał pojęcia, kto mógłby chcieć
ostrzelać samochód jego ojca. Jego zdaniem równie dobrze mógł to być
nawet wypadek, może w auto trafił jakiś niewydarzony idiota polujący na
jelenie. Pat w ogóle się tym nie przejmowała. Skoro Walter Allanson
postanowił traktować ją jak zwykłego śmiecia, to jego problemy nie były
jej sprawą. Uważała, że był złym człowiekiem, co przypomniała Tomowi, i w związku z tym miał prawdopodobnie mnóstwo wrogów. Możliwe nawet, że
próbował obnażać się przed czyjąś żoną lub córką - i jakiegoś faceta
rozwścieczyło to tak bardzo, że nie zawracał sobie głowy oficjalnymi,
legalnymi kanałami załatwiania tego typu spraw.
Ale Tom był inny - Tom załatwiał sprawy jak należy. W poniedziałek 1
lipca Pat i Tom pojawili się o siedemnastej piętnaście na posterunku
policji w East Point. Mówiła głównie Pat - roztrzęsiona i zapłakana.
Żądała nakazu aresztowania Waltera O. Allansona, oskarżała go o nieobyczajne zachowanie i dzwonienie z pogróżkami. Sierżant Charles
Butts poinformował Pat i Toma, że policja z East Point nie sprawuje
jurysdykcji nad Zebulonem, i poinstruował ich, że powinni zgłosić się do
szeryfa hrabstwa Pike albo na policję w Zebulonie.
Dopóki Pat nie rozsypała się zupełnie i nie zaczęła zanosić się płaczem,
Tom stał cicho za jej plecami. Gdy ta nie była już w stanie mówić,
wysunął się do przodu i oznajmił Buttsowi:
- Mój ojciec kandyduje w tym hrabstwie na sędziego. Ale taki człowiek
nie powinien ubiegać się o żadne stanowisko.
Butts zarzekał się później, że Tom dodał pod nosem coś w stylu: "Jak to
się nie skończy, to sam zabiję tego drania".
Możliwe, że faktycznie to powiedział. Doszło więc do tego, że zarówno
ojciec, jak i syn grozili sobie wzajemnie. Tom nie wiedział jeszcze, że
ojciec posądził go o strzelaninę nad jeziorem Lanier. Z kolei Walter
Allanson nie miał pojęcia, że Pat oskarżyła go o ekshibicjonizm.
We wtorek 2 lipca Margureitte odebrała telefon w swoim gabinecie. Była
zaskoczona, słysząc w słuchawce głos Waltera Allansona. Nie spodziewała
się, że jeszcze kiedykolwiek do niej zadzwoni. Po pierwszym spotkaniu,
do którego doszło w jego kancelarii, tak bardzo obawiała się Allansona,
że zgłosiła się na policję w East Point, aby powiedzieć o tym, jak
niebezpiecznym jest on człowiekiem - szczególnie dla Toma. O swoich
obawach względem ojca Toma opowiedziała także koleżankom w pracy. A teraz, nagle, znów z nim rozmawiała.
- Z tej strony Allanson.
- Tak, panie Allanson?
- Pani Radcliffe, o której godzinie jada pani lunch?
Odpowiedziała mu, że zwykle je między dwunastą a trzynastą, w zależności
od liczby pacjentów.
- Dzisiaj pewnie wyjdę nieco później - dodała.
- Chciałbym coś pani powiedzieć... i pokazać.
- Dobrze, panie Allanson, z przyjemnością się z panem spotkam.
- Czy zgodziłaby się pani przyjechać do mnie do domu?
Zgodziła się, ale gdy tylko odłożyła słuchawkę, natychmiast otoczyli ją
współpracownicy, przerażeni tym, jak mogła w ogóle o czymś takim
pomyśleć. Uważali, że facet był ewidentnie niezrównoważony i narażała
się na poważne niebezpieczeństwo. Było nie było, "coś" pokazał już Pat.
- Nigdy w życiu nie pójdziesz do domu tego człowieka - stwierdziła
ostro jedna z jej koleżanek. - Jeśli tylko spróbujesz, to natychmiast
zadzwonię do pułkownika Radcliffe'a i mu o wszystkim opowiem.
Jak się jednak okazało, Walter Allanson nie miał żadnego problemu z tym,
aby przyjechać do gabinetu dentystycznego. Zajechał przed budynek swoim
samochodem - obtłuczone szyby sklejone były taśmą. Wyglądał, jakby
żywcem wyciągnięto go z pola bitwy podczas drugiej wojny światowej.
Zaprezentował jej samochód, a Margureitte zadrżała, uświadomiwszy sobie,
że stoi obok bardzo niebezpiecznego mężczyzny.
Walter oznajmił Margureitte, że winą za ostrzelanie samochodu obciąża
Toma. Błyskawicznie zaprotestowała, odpowiadając, że w chwili, gdy
doszło do zasadzki na Allansonów, Tom i Pat przebywali w Lithonii,
podkuwając konie. Może to potwierdzić całe mnóstwo świadków.
- Panie Allanson, powtórzę to panu raz jeszcze. Dlaczego nie zacznie pan
szukać kogoś innego, kto mógłby za tym stać?
Allanson otworzył drzwi pojazdu i zaprosił ją do środka.
- Tym razem naprawdę byłam cała roztrzęsiona - wspominała później
Margureitte. - "Nie, panie Allanson", odpowiedziałam mu. "Jest gorąco, a ja nie mam wiele czasu na pogaduszki z panem". A potem dodałam: "Panie
Allanson, byłą żonę Toma spotkałam osobiście tylko raz, ale wiele razy
rozmawiałam z nią przez telefon. Niech mi pan powie, tak szczerze: jaka
ona jest? Jest nerwowa? Czy miałaby jakiś powód, aby chcieć pana
skrzywdzić? Czy miałaby z tego jakąś korzyść, poza tym, że zraniłaby
Toma?".
- No cóż - miał według Margureitte odpowiedzieć Allanson - jest nerwowa
i szybko wpada w złość, ale nie mam pojęcia, dlaczego miałaby chcieć
zrobić coś podobnego.
Margureitte dalej próbowała pomóc mu ustalić, kto mógł zorganizować
zasadzkę. Walcząc o to, aby zachować spokój, raz jeszcze zasugerowała,
że sprawcą mógł być były klient, który szczerze go za coś znienawidził.
Przy okazji wyciągnęła temat incydentu z Kentwood z poprzedniego piątku,
chociaż rozmawianie o męskich organach intymnych z kimś, kogo znała tak
słabo, było dla niej, dobrze wychowanej damy, potwornie krępujące.
Szczególnie, że rozmawiała z mężczyzną oskarżonym o ekshibicjonizm.
Allanson spojrzał na nią, jakby postradała zmysły.
- Pani Radcliffe - westchnął. - Jako mason i dżentelmen mogę przysiąc,
że w ubiegły piątek nie pojawiłem się w hrabstwie Pike i nie obnażyłem
się przed pani córką. Od bardzo, bardzo dawna nie odwiedzałem tamtych
okolic. Proszę pani, cierpię na silne nadciśnienie i jestem pod opieką
lekarza. Przyjmuję leki, które ograniczają moje życie seksualne. Od
pewnego czasu w ogóle nie uprawiam seksu. Po co więc miałbym jechać tam
i obnażać się przed pani córką? Pani Radcliffe, gdyby ktoś chciał mnie
zaprezentować na wystawie kwiatów, to musiałby mnie zgłosić w kategorii
suszonego bukietu!
Jak wspominała później Margureitte Radcliffe, całe to spotkanie z ojcem
Toma było dla niej na wskroś przerażające, szokujące i odrażające -
takie samo byłoby dla każdej delikatnej kobiety. Ona jednak walczyła w obronie swojej córki i jej małżeństwa. Z trudem przyszło jej kontynuować
rozmowę z Allansonem po jego bezceremonialnym stwierdzeniu na temat
seksu, ale mimo wszystko zdobyła się na to.
- I wtedy, zbierając się już do odjazdu, nagle odwrócił się do mnie
jeszcze raz i powiedział: "Pani Radcliffe, niech przekaże pani
Tommy'emu, że go dorwę, bo teraz naprawdę zalazł mi za skórę. Nie
obchodzi mnie, co ma pani na ten temat do powiedzenia ani jakich
świadków nie wygrzebie. Wiem, że to on odpowiada za te wszystkie
przestępstwa. I zabiję go za to przy pierwszej okazji. Wie pani co?
Myślę, że to będzie w ten weekend. Myślę, że wtedy spróbuje znowu mnie
dostać. Niech mu pani przekaże, że lepiej dla niego, żeby był lepszy w robieniu uników niż w strzelaniu, bo ja się nie boję umrzeć za sprawę.
Tak, myślę, że cała ta awantura rozstrzygnie się w najbliższy weekend".
Margureitte wróciła do biura i poinformowała swoje koleżanki, że
podejrzewa, iż Walter Allanson jest chory, że prawdopodobnie ma guza i że jest bardzo, bardzo niebezpiecznym człowiekiem.
W taki sposób działała Margureitte. Jeśli nie mogła nagiąć czyjegoś
zachowania do swojego światopoglądu, od razu odsyłała taką osobę do
"specjalisty". Teraz jedyną rzeczą "na całym świecie", jakiej pragnęła,
było ochronić Pat. Spędziła godzinę, rozmawiając z człowiekiem, którego
uważała za wariata. Być może Pat powinna była to lepiej przemyśleć, nim
wżeniła się do takiej rodziny. Tak czy inaczej, Margureitte była
gotowa walczyć na śmierć i życie, byle tylko ją ochronić. Dla szczęścia
Pat zrobiłaby wszystko.
Absolutnie wszystko.
?
Margureitte opowiedziała o ostatnim spotkaniu z Allansonem Pat i Tomowi,
ale mimo całego poruszenia, jakie to wywołało, a może po prostu dlatego,
że potrzebowali czegoś, co odwróci na moment ich uwagę od bardziej
stresujących problemów, Pat z niecierpliwością czekała na paradę z okazji Dnia Niepodległości, na której mieli wystąpić wraz z Tomem, jadąc
w przebraniach na dwóch najlepszych morganach z ich stajni. Pat
uwielbiała przebieranki. Tom uśmiechał się tylko na widok tego, jak
dziecinnie potrafiła się niekiedy zachowywać, strojąc się i przymierzając kostiumy.
Aby sprawić radość Pat, zgodził się pojechać u jej boku, ale 3 lipca był
już absolutnie pewien, że zginie 6 lipca, w czasie parady organizowanej
w Atlancie w pierwszą sobotę po Dniu Niepodległości. Czuł, że ojciec
zastrzeli go na oczach całego miasta, gdy Tom będzie jechał konno. Nie
miało to absolutnie żadnego sensu, szczególnie że jego ojciec kandydował
na sędziego, ale co innego mógł myśleć Tom w tamtej chwili? Pani
Radcliffe oznajmiła mu, że jego ojciec chce go zabić, Pat powtarzała, że
jego ojciec chce go zabić, i nawet Nona i Paw byli tego samego zdania.
Tom miał wówczas trzydzieści jeden lat i był głęboko, na zabój wręcz
zakochany w Pat. Ale po zaledwie siedmiu tygodniach małżeństwa, co
dobrego, u licha ciężkiego, mu z niego przyszło? Z powodu ojca
rozsypywało się całe jego życie. Czuł, że w najbliższy weekend znajdzie
się na ustach wszystkich - szkoda tylko, że jego samego nie będzie już
na tym świecie, żeby mógł tego posłuchać.
Rozdział 6
Trzeci lipca 1974 roku był w Zebulonie dniem zimnym i deszczowym -
nadchodzące święto nie zapowiadało się najlepiej. Z jednej strony
wszystko wydawało się normalne: Pat mierzyła Toma, aby zrobić poprawki
do jego kostiumu i przymierzała długą spódnicę i gorset, które
zamierzała założyć. Z radością opowiadała o tym, jaką cudowną reklamą
dla farmy Kentwood Morgan będzie zbliżająca się parada. Z drugiej jednak
strony nic nie było normalne. Pat i Tom zgłosili się do policji hrabstwa
Pike z prośbą o aresztowanie ojca Toma. Ale ani policja, ani szeryf z Zebulonu nie wzięli ich słów na poważnie.
- Wszyscy w tamtej okolicy znali mojego ojca - stwierdził po czasie Tom.
- Wszystko więc poszło na marne.
Tom uznał, że dla bezpieczeństwa Pat nie może zostawać sama na farmie
dłużej niż przez chwilę. Niemal przekonała go do spotkania z ojcem i wyciągnięcia sprawy na światło dzienne: musieli znaleźć jakiś sposób na
dojście do porozumienia. Tom drżał na samą myśl o tym. Wiedział, że
ojciec spróbuje go zabić, ale Pat nieustannie naciskała na niego, aby
coś zrobił. Nie mogli zostawić tej sprawy tak jak teraz.
Walter Allanson i jego znajomi także byli podenerwowani. Trwało to już
od miesięcy. Wiosną owego roku Jake Dailey pożyczył Walterowi swój
własny pistolet kaliber .32 - na wszelki wypadek, gdyby ten wpadł w jakieś kłopoty. W środę 3 lipca o godzinie dziesiątej Jake podjechał do
Allansonów z nowym akumulatorem do silnika dla jednej z łodzi Waltera.
Stał na podjeździe najwyżej minutę, nim Lee i Mary Dortonowie -
mieszkający dwa domy dalej - przybiegli zobaczyć, co się dzieje. Nie
rozpoznali auta, a wiedzieli, że Walter i Carolyn są w pracy.
Wszyscy mieli nerwy napięte do granic możliwości. Dailey i Dortonowie,
gdy tylko na siebie wpadli, uśmiechnęli się nerwowo, ale skoro już byli
na miejscu, to zdecydowali się sprawdzić dom Allansonów i uzyskać
pewność, że wszystko jest w porządku. Lee Dorton i Jake Dailey
zauważyli, że w piwnicy jest włączone światło. Wyglądało to podejrzanie,
więc Jake uznał, że obejdzie dom dookoła i sprawdzi drzwi. Wszystkie
były zamknięte.
Wszystko wydawało się normalne.
Na farmie Kentwood w Zebulonie atmosfera także była napięta. Pat
chorowała przez całą noc z 2 na 3 lipca. Powiedziała Tomowi, że
siodłając konia, nadwyrężyła sobie uszkodzony obojczyk. Do tego doszło
jej nowe zmartwienie.
- Twój ojciec... a jeśli nie on, to ktoś inny, wydzwaniał przez całą noc i dyszał w słuchawkę - zaczęła. - Nic nie słyszałeś? - zapytała Toma z niedowierzaniem. - Przez tego wariata i obojczyk w ogóle nie mogłam
zasnąć.
Jako że w piątek mieli mieć pokaz koni, a w sobotę paradę, Tom uparł
się, aby Pat zgłosiła się do lekarza. Początkowo się opierała -
twierdziła, że najpierw musi skończyć swój strój - ale w końcu
skapitulowała.
- Odkąd jego ojciec zaczął nastawać na nasze życie, w ogóle nie spałam -
stwierdziła później. - Tom uznał, że nie mogę dłużej tak funkcjonować.
Nie przy moim nadciśnieniu i pozostałych problemach ze zdrowiem.
Pat nie była w stanie umówić się na spotkanie ze swoim lekarzem
rodzinnym, ale Tom przekonał ją, że powinna udać się do swojego
ortopedy, doktora Thompsona. Jego gabinet mieścił się przy Cleveland
Avenue, tuż obok Norman Berry Drive, zaledwie dwie ulice od miejsca,
gdzie znajdował się dom rodziców Toma, ale za to aż sześćdziesiąt mil od
ich domu w Zebulonie. Pat zgodziła się tam zadzwonić.
Tamtego poranka, jeszcze zanim udali się do East Point, Tom, podkuwając
konie, podjął pewną decyzję. Wiedział, że aby zawrzeć pokój ze swoim
ojcem, będzie musiał najpierw porozmawiać z matką. Ale to nie było takie
proste. Próbował dzwonić do gabinetu lekarskiego, w którym pracowała,
ale to tylko ją zdenerwowało. Do domu nie dzwonił, bo wiedział, że jego
ojciec przebywa tam zwykle w dokładnie tych samych godzinach, co jego
matka. Jedyną opcją było spotkać się z nią osobiście, zanim ojciec wróci
z pracy. Przy odrobinie szczęścia będzie miał jakąś godzinę, aby
spróbować przemówić jej do rozumu.
?
To, co dokładnie wydarzyło się przy Norman Berry Drive 3 lipca 1974
roku, miało być przez niemal dwie kolejne dekady tematem nieustannych
rozważań i domysłów. Pewne fakty są bezsporne: Duża Carolyn i Walter,
jak zwykle, wyszli w środę do pracy - ona ubrana w swój przepisowy biały
strój pielęgniarki, on w niebiesko-szarych spodniach w paski, białej
koszuli i ciemnoszarym krawacie. Jak zwykle punkt o dwunastej zjedli
razem lunch. Carolyn skończyła pracę parę minut po szesnastej, Walter
miał wyjść z kancelarii o osiemnastej.
Tego dnia miała miejsce pewna dziwna rzecz: Walter wyszedł ze swojej
kancelarii na kilka minut między czternastą czterdzieści pięć a piętnastą. Gdy wrócił, pokazał swojej sekretarce Mary McBride, co kupił.
Był to marlin kaliber .45/70 - karabin dźwigniowy wraz z dołączoną do
niego paczką amunicji. Największy kaliber dostępny w obiegu. W sklepie
sportowym Berrymana w East Point zapłacił za niego 201 dolarów i 15
centów. Na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy Walter dorobił się zatem
dwóch nowych broni - pożyczonego od Jake'a Daileya pistoletu i nowego,
potężnego karabinu.
Z Zebulonu do East Point była co najmniej godzina drogi. Pat i Tom
wyjechali z Kentwood późnym popołudniem. Tom prowadził ostrożnie,
ponieważ deszcz zostawił na drodze śliskie plamy - nie chciał ryzykować
żadnych nowych kontuzji u Pat. Ona zaś pożegnała się z mężem przed
gabinetem doktora Thompsona przy Cleveland Avenue około piętnastej
trzydzieści i obserwowała go przez chwilę, jak szedł w stronę banku,
gdzie miał do załatwienia jakieś sprawy.
Mniej więcej w tym samym czasie Horace Smith, strażak służący w oddziale
strażackim w East Point, przejeżdżał przez Norman Berry Drive, testując
nowy wóz, który otrzymała jego jednostka. Zauważył, że południową stroną
ulicy szedł jakiś wysoki mężczyzna z długimi, jasnobrązowymi włosami,
ubrany w dżinsy Levisa i kowbojskie buty. Nagle Smith rozpoznał
mężczyznę - był to jego stary znajomy.
- Hej, Tom! - zawołał za nim.
Ale wysoki mężczyzna w żaden sposób nie zareagował.
?
Do drugiego nietypowego wydarzenia tego dnia doszło po południu - raz
jeszcze naruszyło ono zwykle idealnie ułożony plan dnia Waltera
Allansona. Najpierw opuścił biuro, aby kupić karabin, a potem wyszedł z pracy przed czasem. Przepytywana po czasie jego pracowniczka pamiętała,
że około siedemnastej trzydzieści odebrała w kancelarii telefon od
kobiety, która nie podała jednak swojego imienia. Była obcesowa.
- Niech pani lepiej przekaże panu Allansonowi, aby czym prędzej wracał
do domu - oznajmiła. - Jego syn zmierza w tamtym kierunku i ma złe
zamiary.
Allanson natychmiast wskoczył w samochód i pomknął do domu.
Duża Carolyn była tam już z wnukami - Russem i Sherry, które odebrała ze
żłobka. Na stole postawiła zgrzewkę coli, kupioną na piknik, który miał
się odbyć następnego dnia, oraz dmuchanego niebieskiego dinozaura do
dziecięcego baseniku. Gdy Walter wszedł do środka, odpakował swój nowy
karabin i położył opakowanie po nim obok napojów.
- Tatuśku - zwróciła się do niego Duża Carolyn - stało się coś dziwnego.
Nie było dzisiaj burzy, a żarówki i telewizor nie działają.
Walter zbiegł szybko do piwnicy i zobaczył, że ktoś wyłączył główny
bezpiecznik. Wcisnął przełącznik, przekręcił go i pociągnął z powrotem
do siebie - w całym domu włączyło się światło, a lodówka zaczęła cicho
pracować.
Kilka minut później przyjechała Mała Carolyn - albo po prostu "Młoda",
jak nazywał ją Walter. Podejrzewając, że w trakcie dnia ktoś wszedł do
nich do piwnicy, Walter i Mała Carolyn przeszukali cały dom, podczas gdy
Duża Carolyn została w kuchni z wnukami. Sprawdzili każde okno i drzwi,
upewniając się, że są zamknięte, i sprawdzając, czy nic nie zginęło.
Przeszukując dom, Walter i Młoda odkryli, że ktoś przeciął kabel od ich
telefonu.
Walter stwierdził także, że zginęły mu dwie rzeczy: stara, skórzana
walizka i strzelba Excel kaliber .20, które miał od lat. Poszedł do
mieszkających dwa domy dalej Lee i Mary Dortonów, aby zadzwonić na
policję w East Point. Dortonowie wrócili do domu wraz z nim - gdy
czekali na przyjazd policji, Walter pokazał im równo przecięty kabel od
telefonu.
Zdaniem Dortonów Walter nie był ani zdenerwowany, ani szczególnie
poruszony. Cała sprawa rozegrała się w słoneczny, wczesny, letni
wieczór. Do sytuacji podchodził raczej rzeczowo - w kocu przecież
spodziewał się kłopotów.
Sierżant C.T. Callahan z wydziału policji w East Point zaparkował
radiowóz na podjeździe przy Norman Berry dokładnie minutę po
dziewiętnastej. Walter Allanson spotkał się z nim na zewnątrz. Chciał
zgłosić włamanie.
- Nie mam pojęcia, którędy wszedł - oznajmił. - Ale zabrał moją walizkę
i strzelbę Excel kaliber .20.
- On?
- Mój syn, Walter Thomas Allanson.
Callahan ruszył w stronę domu, oznajmiając Walterowi, że chciałby
wszystko obejrzeć osobiście, ale Allanson zastąpił mu drogę.
- Nie ma takiej potrzeby. Sam już to zrobiłem. Sprawdziłem cały dom i nie ma potrzeby, aby ktoś robił to ponownie.
Mimo wątpliwości, które miał Callahan, wobec wykonanych przez cywila
oględzin miejsca zbrodni, do których to on jako funkcjonariusz był w końcu przygotowany, Allanson pozostawał nieugięty. Służył niegdyś jako
policjant rezerwy - znał procedury, wiedział, co robić. Nie było
potrzeby, aby policja wchodziła do środka. Chciał tylko, aby oficjalnie
odnotowane zostało, że jego kabel telefoniczny został przecięty -
zaprowadził funkcjonariusza do wschodniej części domu i pokazał mu luźno
zwisający drut. Ktoś zrobił to celowo - a ktokolwiek tego dokonał,
musiał w tym celu przecisnąć się przez gęste zarośla, które tworzył
rosnący tam rododendron.
Allanson wszedł na moment do domu i wrócił z karabinem kaliber .45,
który pokazał Callahanowi.
- Mam w domu taki karabin - powiedział do funkcjonariusza. - Wiem, kto
jest za to wszystko odpowiedzialny, i zamierzam sam się z nim policzyć.
- Proszę nie robić żadnych agresywnych ruchów - ostrzegł go Callahan. -
Gdyby coś się działo, proszę w pierwszej kolejności zadzwonić po nas.
Kręcąc z dezaprobatą głową, Callahan wsiadł do samochodu i ruszył
podjazdem w stronę ulicy. Rodzinne waśnie zawsze przysparzały kłopotów -
trudno było określić, kto mówi prawdę. Ale z Walterem O'Nealem
Allansonem nikt nie miał odwagi się sprzeczać - był zasłużonym
obywatelem East Point. Znała go przynajmniej połowa tamtejszych
funkcjonariuszy. Callahan nie mógł zmusić go do przyjęcia policyjnej
ochrony, skoro ten jej nie chciał.
Walter wrócił do domu i odłożył swoją czterdziestkę piątkę z powrotem do
opakowania na stole kuchennym. Następnie Mała Carolyn zawiozła go do
swojego mieszkania, aby upewnić się, że w środku nie czeka na nią nikt,
kto mógłby ją napaść i aby upewnić się, że nic nie zostało skradzione -
w tym czasie dziećmi zajmowała się Duża Carolyn, która została w domu.
Wrócili na Norman Berry Drive. Po drodze Mała Carolyn zauważyła
niebieskiego dżipa z tablicą rejestracyjną hrabstwa Pike i zawołała:
- Tato, spójrz, to Pat!
- No dobra, Młoda, to jedź za nią i przekonamy się, dokąd zmierza.
Ruszyli za dżipem, który najpierw skręcił w Norman Berry Drive, a następnie zajechał na podjazd, tuż obok domu Allansonów. Był to dom
matki Dużej Carolyn. Mama Mae Lawrence była coraz starsza i nie chcieli,
aby ktokolwiek ją czymś kłopotał. Dżip stał przez moment na podjeździe,
ale gdy tylko Walter wysiadł z samochodu i zaczął iść w tamtą stronę,
Pat szybko zjechała na drogę i pomknęła w głąb ulicy.
- Jedź za nią! - krzyknął do Małej Carolyn Walter.
Zrobiła dokładnie tak, jak kazał - objechała powoli okoliczne ulice, ale
niebieskiego dżipa nie było nigdzie widać. Gdy wróciła, Walter kazał jej
zaczekać na trawniku i wypatrywać, czy Pat nie nadjedzie przypadkiem
ponownie. Podeszła do skraju drogi i rozejrzała się w obie strony.
Wtedy jednak Sherry zaczęła płakać i Mała Carolyn wbiegła do kuchni, aby
zobaczyć, co się stało. Po czasie, próbując zrekonstruować kolejne
zdarzenia, była żona Toma zeznała, że oglądała wszystko jak na filmie
puszczonym w zwolnionym tempie. Duża Carolyn odwróciła się do Mary
Dorton, która stała, trzęsąc się nerwowo w jadalni.
- Gdzie Walter? - zapytała.
- Poszedł do piwnicy - odparła Mary.
- Po co?
Mary wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia.
Chociaż przeszukiwał już wcześniej piwnicę, "Tatusiek" Allanson zszedł
na dół raz jeszcze, tym razem z bronią w ręce. Trzy kobiety zbiły się w kupkę z płaczącym dzieckiem. Wydawało im się, że słyszą z dołu głos
jeszcze jednego mężczyzny, chociaż mógł to być sam Walter, mruczący coś
do siebie w piwnicy.
Nagle Carolyn usłyszała, jak jej teść krzyczy do niej z dołu:
- Młoda! Zabieraj dzieciaki i uciekaj z domu! Osaczyłem go w dziurze!
Obie Carolyn pchnęły dzieci w stronę Mary Dorton, która złapała je w ramiona i ruszyła biegiem do swojego domu.
Walter zawołał z dołu jeszcze raz.
- Matka! Dawaj mi tu tę nową spluwę!
Nadal w zwolnionym tempie - a przynajmniej tak jej się wydawało - Duża
Carolyn wyciągnęła z leżącego na stole opakowania karabin i ruszyła w stronę piwnicy. Mała Carolyn błagała ją, by nie schodziła na dół.
?
Cztery minuty po dwudziestej, a więc niemal dokładnie godzinę po
odebraniu pierwszego wezwania od Allansonów, radio sierżanta Callahana
zatrzeszczało, a ten usłyszał znajomy adres. Zbyt znajomy. Tym razem
sprawę zgłaszała sąsiadka: Mary Dorton.
- Samochód dwadzieścia sześć, wieczór. Sygnał sześć, ujęcie. Norman
Berry Drive tysiąc czterysta pięćdziesiąt osiem.
- Przyjąłem - odpowiedział Callahan. - Byłem tam godzinę temu.
Dla policji w East Point, "sygnał sześć" oznaczał włamywacza w domu, a "ujęcie", że któryś z obywateli ujął go, obezwładniając fizycznie. Był
to pilne wezwanie, skierowane do radiowozu będącego w okolicy na
patrolu. Pozostałe radiowozy powinny do niego dołączyć w celu udzielenia
wsparcia.
Callahan był na miejscu w ciągu dwóch lub trzech minut - dotarł tam
przed pozostałymi funkcjonariuszami. Gdy zajechał na podjazd pod domem
Allansonów, w jego stronę ruszyła z krzykiem młoda kobieta o szeroko
otwartych oczach. Callahan nie mógł nic zrozumieć z tego, co mówiła -
była o włos od całkowitej histerii.
Wezwał wsparcie i detektywów. Zmianę tego wieczoru nadzorował porucznik
Gus Thornhill Junior, weteran policji z dziewięcioletnim stażem w East
Point. Popędził na miejsce zdarzenia, gdy tylko wydał przez radio
polecenie pozostałym jednostkom.
Callahan jechał ostrożnie dookoła domu. Z tyłu zobaczył dwa zaparkowane
samochody: forda rocznik 1963 z kilkoma wybitymi oknami oraz chevroleta
typu sedan z 1964. Większość okien znajdowała się dwa i pół metra nad
ziemią, ale tuż nad poziomem gruntu było kilka okien piwnicznych. Drzwi
zostawiono uchylone, ale Callahan postanowił zrezygnować z tego wejścia
do czasu, aż nie dostanie wsparcia. Zamiast tego przykucnął przy jednym
z okien od piwnicy i zajrzał do środka.
Mimowolnie wypuścił z siebie powietrze. W środku zobaczył sztywno
wyprostowaną kobietę w jakimś białym stroju, siedzącą na schodach
prowadzących do piwnicy. Na jej piersi widniała wielka plama krwi.
Kobieta się nie ruszała.
Czy była tu od początku? Nie, niemożliwe. Niemożliwe... chyba że
zastrzelił ją sam Walter Allanson i dlatego nie pozwolił przeszukać mu
domu. Postanowił pokierować się pierwszą zasadą prowadzenia śledztwa:
"Nigdy niczego nie zakładaj z góry".
Callahan nie miał czasu zastanawiać się nad tym, co mogło zajść. Nagle
rozbrzmiała kakofonia policyjnych syren i tłum radiowozów policji z East
Point wpadł na podjazd przed domem Allansonów przy Norman Berry Drive.
Policjanci otoczyli dom. Nie mieli pojęcia, kto może być w środku, żywy
lub martwy. Wiedzieli tylko, że w domu przebywa włamywacz i że na
schodach do piwnicy usadzone jest ciało martwej kobiety. Funkcjonariusze
zerkający przez okna do piwnicy widzieli krew rozbryzganą po ścianach i przedmiotach w schowku. Znajdowała się dosłownie wszędzie. Do
czegokolwiek doszło w tym domu, było to straszne.
?
Oficer policji Cecil McBurnett Junior tego akurat wieczoru był
przydzielony do "złomiarki", czyli samochodu oddelegowanego do wypadków
drogowych. Gdy usłyszał "sygnał sześć", przebywał zaledwie trzy ulice od
Norman Berry, potwierdził więc, że jedzie udzielić wsparcia Callahanowi.
Zawrócił Martin Street i pojechał prosto w stronę Norman Berry. Jadąc
powoli ulicą, sprawdzał uważnie numery domów, gdy nagle ujrzał mężczyznę
zeskakującego z trawnika w pobliżu domu Mamy Mae Lawrence i puszczającego się biegiem chodnikiem. Mężczyzna kilkukrotnie obejrzał
się za siebie na jadący radiowóz i McBurnett mógł dokładnie przyjrzeć
się jego twarzy.
McBurnett nie dostał jeszcze opisu podejrzanego, ale nie mógł ot tak
zignorować mężczyzny przebiegającego w pobliżu miejsca zbrodni. Zawrócił
samochód, gotowy ruszyć za mężczyzną, gdy nagle usłyszał przez radio:
- Funkcjonariusz potrzebuje wsparcia. Mam na miejscu postrzeloną
kobietę. Sprawca znajduje się w piwnicy i ma zakładnika.
Naturalną reakcją McBurnetta było ruszyć, aby wspomóc drugiego
policjanta, odpuścił więc pościg za biegnącym mężczyzną i zjechał na
podjazd przed domem Allansonów, tuż za kolejnym radiowozem. Zapamiętał
jednak dokładnie wygląd mężczyzny: miał na sobie dżinsy Levisa, buty i zielono-brązową koszulę w paski. Mężczyzna biegł nieco przygarbiony,
więc McBurnett nie był do końca pewien jego wzrostu. Mógł być i wysoki,
i niski.
Gdy McBurnett zajechał przed dom Allansonów, zastał na miejscu kompletny
chaos. Przerażona młoda kobieta krzyczała na całe gardło, zupełnie
straciwszy nad sobą kontrolę, na miejsce zjeżdżało się coraz więcej
radiowozów i karetek, błyskających czerwono-niebieskimi światłami,
pławiącymi okolicę w psychodelicznych barwach, a padający deszcz w niczym nie przypominał typowego przedednia Dnia Niepodległości w Atlancie.
Sierżant William Vance i detektyw J.E. Lambert zauważyli wyżłobienia na
otwartych drzwiach od piwnicy - doszli do wniosku, że prawdopodobnie
zostały one wyważone. Zwrócili także uwagę na światło, włączone u szczytu schodów, niepokojąco oświetlające ciało martwej kobiety. Reszta
piwnicy pławiła się w czerni i szarości. Lambert był przekonany, że
widzi ramię wysuwające się zza klimatyzacji. Przerażony, wymierzył i strzelił w tamtym kierunku.
Pocisk trafił w coś metalowego, rozległ się brzęk, ale nie towarzyszyło
temu żadne poruszenie. Domniemane ramię okazało się tylko cieniem.
Kapitan J.D. Lynn nakazał wrzucenie do piwnicy pojemnika z gazem
łzawiącym i zabarykadowanie wszystkich drzwi. Jeśli włamywacz znajdował
się w domu godzinę wcześniej, w czasie pierwszej wizyty Callahana, to
nadal mógł przebywać w środku. Policjanci otaczający dom byli
przekonani, że w środku przetrzymywani są zakładnicy.
Czekali, ustawieni przy wszystkich drzwiach i oknach. Pięć minut.
Dziesięć. Nikt nie wybiegł na zewnątrz, wymiotując, oślepiony gazem. Po
piętnastu minutach porucznik Thornhill, detektyw Lambert i sierżant
Vance założyli maski tlenowe dostarczone im przez strażaków z East Point
i weszli do piwnicy.
Trudno było im cokolwiek dostrzec: mimo założonych masek i wiatraków,
które strażacy zamontowali, aby przewietrzyć schowek, łzy spływały im po
twarzach. Potykali się o różne graty i narzędzia. Wpadli na do połowy
wykończoną łódkę, deskę surfingową i miniaturową kolejkę górską stojącą
na arkuszu sklejki. Piwnica wyglądała jak typowy schowek, składzik na
rzeczy do wykorzystania później albo na zużyte śmieci, których nikt już
nie potrzebował.
Dostrzegli ubrane na biało, posadzone na schodach ciało kobiety.
Naprzeciw, za piecem, znajdowała się ceglana podstawa komina. Ział z niego prostokątny otwór, wystarczająco duży, aby zmieścił się w nim
dorosły mężczyzna. Nie mieli pojęcia, jak głęboko on sięga.
Na zewnątrz, przed otworem, znaleźli poplamioną krwią, wyłączoną latarkę
i pistolet kaliber .32 wciśnięty pomiędzy deskę surfingową i sklejkę z kolejką górską. Światło z ich latarek uchwyciło wciąż świeże,
niezaschnięte drobinki krwi na podłodze, tuż przy podstawie komina.
Przy schodach znaleźli karabin kaliber .45/70 i leżący koło drzwi łom.
Gaz sprawiał, że podrażnione oczy policjantów silnie piekły i widzieli
wszystko jak przez mgłę, ale za drzwiami zauważyli coś, co wyglądało jak
noga w niebieskiej nogawce.
Z wyciągniętą bronią, podeszli bliżej.
Rozdział 7
Kapitan Lynn nakazał jednostce terenowej przeczesanie okolicy w poszukiwaniu podejrzanego. W tym momencie jedyne, co wiedzieli, to że
mieli na miejscu starszą, martwą kobietę. Młodsza była w stanie zbyt
silnego wzburzenia, aby przydać im się na cokolwiek, udało im się jednak
wyciągnąć z niej, że nazywa się Carolyn Allanson i że jest byłą synową
Waltera Allansona. W kółko powtarzała tylko, że ktoś był w piwnicy, a "tatusiek" Allanson zszedł na dół, aby go "dorwać". Paplała przerażona o "tatusiu" i "matce". Jej "tatuś" "osaczył kogoś", a ona błagała "matkę"
Allanson, aby nie schodziła na dół. Niemal mimochodem przerażona kobieta
wspomniała, że widziała, jak "nowa żona Toma" jeździ po okolicy swoim
niebieskim dżipem. Poza tym nie nadawała się absolutnie do niczego. Gdy
próbowali wydobyć od niej więcej informacji, ponownie straciła nad sobą
panowanie. Nie mogli liczyć na to, że w tym stanie powie im cokolwiek
więcej.
Policja w East Point doskonale zdawała sobie sprawę z napięć pomiędzy
Walterem Allansonem a jego synem Tomem. Do ich uszu doszły plotki o zasadzce nad jeziorem Lanier oraz o tym, że Tom i Pat kilka dni
wcześniej zgłosili się na policję, oskarżając Waltera o nieobyczajne
zachowanie. Jeśli Pat Allanson przebywała w okolicy, to policja z East
Point zamierzała odnaleźć ją najszybciej, jak się da. Do dyspozycji
policji byli jednak jedynie kapitan Lynn oraz sierżanci R.W. Jones i Callahan, którzy krążyli po okolicy, zataczając coraz szersze kręgi
wokół Norman Berry Drive i wypatrując wszelkich nietypowych szczegółów,
uciekających ludzi oraz niebieskiego pikapa Toma i niebieskiego dżipa
Pat.
Jakieś pięćset metrów od domu Allansonów znajdował się teren należący do
King Professional Building, wciśnięty pomiędzy Bayard Street oraz punkt,
gdzie ulica Norman Berry wcinała się w Cleveland Avenue. Wznoszono tam
zupełnie nową, wielokondygnacyjną budowlę, wyglądem przywodzącą na myśl
w ogóle niepasujący do tej okolicy meczet. O dwudziestej dwadzieścia, w deszczowy wieczór, ogromny betonowy parking był niemal pusty,
funkcjonariusze z East Point zauważyli jednak, że stoi na nim
poszukiwany przez nich niebieski dżip.
Podejrzewali, że był to pojazd, który miała widzieć Carolyn Allanson -
zarówno wobec niego, jak i kierowcy, czyli Patricii Taylor Allanson, był
już wystosowany ogólnostanowy list gończy. Callahan spisał numer
rejestracyjny samochodu: CY 242. Numer był
nadany w 1974 roku w stanie Georgia. Szybko sprawdził przez radio, że
tablica została przypisana do nowego dżipa, kupionego trzy miesiące
wcześniej w Marietcie również w stanie Georgia. Wóz zarejestrowany był
na Patricię R. Taylor z farmy Kentwood Morgan w Zebulonie.
Zapadał zmierzch, kiedy trzech policjantów dostrzegło w dżipie postać
siedzącej kobiety. Nie sposób było powiedzieć, czy jest sama ani czy
ktoś nie chowa się obok niej lub za nią.
Wyszli z radiowozu i z wyciągniętą bronią zbliżyli się do jej samochodu.
Kobieta się nie ruszała - nawet nie obróciła głowy, aby na nich
spojrzeć.
- Wychodź z dżipa! - zawołał Callahan. - Wychodź z rękami w górze!
Przez moment nie było z jej strony żadnej reakcji, ale w końcu piękna,
smukła kobieta w miniówce i topie na ramiączkach wystawiła nogę na
zewnątrz i wyszła z samochodu, po czym obróciła się w stronę
policjantów. Jedną rękę trzymała w górze, dając znać, że drugiej nie
jest w stanie podnieść z powodu urazu.
- Czy w środku jest ktoś jeszcze? - krzyknął Callahan.
Pokręciła głową.
- Na pewno?
- Jestem sama.
Callahan i Jones podeszli z dwóch stron do kobiety, którą, jak
przypuszczali, była Pat Allanson, i poprowadzili ją do radiowozu. Nie
stawiała oporu, ale krzywiła się, jakby bolało ją ramię.
- Co się dzieje? - zapytała. - Co się stało? Gdzie jest Tom?
- Czy nazywa się pani Allanson?
- Tak.
- Pani mąż zastrzelił swoją matkę.
Pat jakby opadła na moment z sił, ale po chwili odpowiedziała ostro:
- Nie, to nie możliwe. Nie mógł zastrzelić swojej matki. Nie Tom. Nie
mój Tom!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki