Wszystko, czego zawsze pragnęła. Amerykański True Crime - Ann Rule

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (49,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Zebu­lon, sto­lica hrab­stwa Pike, mia­steczko poło­żone jakieś pięć­dzie­siąt mil na połu­dnie od Atlanty, to w zasa­dzie tylko rynek, cztery odcho­dzące od niego ulice i kilka dom­ków sto­ją­cych nieco bar­dziej na ubo­czu. Jak wiele innych miej­sco­wo­ści w tej czę­ści Geo­r­gii, mia­sto ocie­niają gęsto rosnące drzewa: sosny, dere­nie, magno­lie i buki. W upalne let­nie dni ich gałę­zie two­rzą liścia­stą kopułę, która więzi wil­gotne, gorące powie­trze i spra­wia, że wszystko pod nią rośnie niczym w szklarni. Cień daje ilu­zo­ryczną nadzieję na schro­nie­nie przed potwor­nie wyso­kimi tem­pe­ra­tu­rami. Mając tu ide­alne warunki do roz­woju, roślina kudzu, jak jakiś szma­rag­dowy paso­żyt, pokrywa każdą dostępną prze­strzeń, two­rząc nie­win­nie wyglą­da­jący kocyk ostrych, spi­cza­stych liści.

Gmach sądu w Zebu­lo­nie to budy­nek z czer­wo­nej cegły, zdo­biony bia­łymi pier­ni­ko­wymi wykoń­cze­niami oraz ala­ba­strową dzwon­nicą, lśniącą na tle jasnego nieba. Na tere­nach zie­lo­nych wokół budynku rosną gdzie­nie­gdzie magno­lie, dęby i klony, a każde z czte­rech wejść do niego strze­żone jest przez krwi­sto­czer­wone pelar­go­nie w kamien­nych doni­cach. W naroż­niku błoni ota­cza­ją­cych sąd znaj­duje się pochy­lony, szary, kamienny pomnik upa­mięt­nia­jący sie­dem­na­stu bia­łych chłop­ców z Zebu­lonu, któ­rzy oddali swoje życie w cza­sie II wojny świa­to­wej - na liście zna­leźć można mię­dzy innymi dwóch Mar­shal­lów, dwóch Pres­sleyów i Pike'a. W pra­wym dol­nym rogu tablicy, pod wyrzeź­bio­nym napi­sem "kolo­rowi", wid­nieje tylko jedno nazwi­sko. Nawet na pomniku dla lokal­nych boha­te­rów E.R. Parks na­dal pozo­sta­wał ofiarą segre­ga­cji raso­wej.

Naprze­ciw sądu cią­gnęła się równa linia przy­le­ga­ją­cych, choć w niczym do sie­bie nie­po­dob­nych fasad budyn­ków o róż­nej wyso­ko­ści. Mie­ściły się tam mię­dzy innymi sklep odzie­żowy, parę skle­pów ze sta­ro­ciami, sklep meblowy oraz sklep kom­pu­te­rowy. Redak­cja "Repor­tera", lokal­nego tygo­dnika, ulo­ko­wana była przy końcu ulicy. Auto­maty z Coca-Colą i Dr. Pep­pe­rem znaj­do­wały się wzdłuż chod­ni­ków co jakieś 20 metrów. Samo­chody - głów­nie pikapy - stały zapar­ko­wane sko­śnie do ulicy. Jasno­brą­zowy pies spa­ce­ro­wał sobie leni­wie po spo­koj­nej, pustej dro­dze.

Gdy pro­du­cenci z Hol­ly­wood szu­kali typo­wego mia­steczka z połu­dnia USA, w któ­rym mogliby nakrę­cić Mur­der in Coweta County (Mor­der­stwo w hrab­stwie Coweta) z Andym Grif­fi­them i John­nym Cashem w rolach głów­nych, wybrali wła­śnie Zebu­lon. Pat Tay­lor i Tom Allan­son także zde­cy­do­wali się na to mia­sto, przy czym dla nich miało być ono ucie­le­śnie­niem ich wła­snych fan­ta­zji. Do mia­steczka przy­je­chali w 1973 roku. Począt­kowo miesz­kali ze sobą jako kochan­ko­wie, po cza­sie zaś wzięli ślub. Ona była smu­kłą kobietą o szma­rag­do­wo­zie­lo­nych oczach i buj­nych lokach. On był wyso­kim, opa­lo­nym męż­czy­zną. Ona piękna, on przy­stojny, a razem zda­wali się two­rzyć parę tak w sobie zako­chaną, że zdolną do prze­zwy­cię­że­nia wszel­kich prze­ciw­no­ści losu. Pat w ten spo­sób opi­sała swoje uczu­cia wzglę­dem Toma w notce do niego, którą skre­śliła na odwro­cie ślub­nej foto­gra­fii:

Jeste­śmy złą­czeni ze sobą na całe życie... Cóż może być na tym świe­cie pięk­niej­szego niż dwie ludz­kie dusze złą­czone ze sobą po grób, wspie­ra­jące się w codzien­nych tru­dach, sta­no­wiące dla sie­bie opar­cie w chwi­lach cier­pie­nia, pocie­sza­jące się wza­jem­nie w bólu, będące ze sobą zawsze, żyjące wspól­nymi wspo­mnie­niami i WSPÓLNĄ MIŁO­ŚCIĄ... Czuję, że kocha­jąc swo­jego Toma, jestem u bram Nieba... Gdy przy­szłam do cie­bie, Tom, odda­łam się w Twoje ręce - odda­łam Ci swoje ciało, serce i duszę. Jesteś moją miło­ścią i spra­wiasz, że czuję się w pełni Twoja. To cudowne uczu­cie jest potęż­niej­sze niż wszel­kie rygle i zamki. Ni­gdy cię nie opusz­czę, goniąc za marze­niami, ponie­waż w Tobie, Tom, zna­la­złam wszystko, czego potrze­buję... Moje ciało roz­kwita, gdyż należę do Toma. Oto porzu­cam dawną sie­bie i kawa­łek po kawałku roz­staję się z poprzed­nim życiem...

I tak zro­biła.

Pat i Tom wyru­szyli w podróż, aby zbu­do­wać ide­alną miłość w ich wyma­rzo­nym, ide­al­nym świe­cie. Nie przy­pusz­czali, że do tego wyśnio­nego raju zakrad­nie się zazdrość, gniew, zdrada i mor­der­stwo - ponu­rzy, bru­talni intruzi z praw­dzi­wego świata, wdzie­ra­jący się w ich życie. Każde z nich miało swoje wła­sne, rodzinne więzi, które oka­zały się zbyt silne, aby nie wpły­wały na ich zwią­zek. Powra­ca­jąc raz po raz, dawne urazy zda­wały się wyłącz­nie nara­stać, a nie zmniej­szać. Duma, niczym pokry­wa­jące wyschniętą zie­mię kudzu, zaskle­piła głę­bo­kie i bole­sne rany, ni­gdy ich jed­nak w pełni nie wyle­czyła. Roz­plą­ta­nie histo­rii ich życia przy­po­mina podą­ża­nie śla­dem zie­lo­nych kłą­czy tej inwa­zyj­nej rośliny, która w końcu zabija każde żywe stwo­rze­nie, które sta­nie jej na dro­dze.

Rozdział 2

Tra­fili na sie­bie po trud­nych przej­ściach w poprzed­nich mał­żeń­stwach. Tom, młod­szy od Pat o sześć lat, gdy koń­czył trzy­dziestkę, miał już za sobą dwa krót­kie, nie­udane mał­żeń­stwa. Ona - jedno, ale za to dłu­gie, w któ­rym czuła się uwię­ziona i igno­ro­wana. Oboje przez więk­szość życia szu­kali swo­jej wyma­rzo­nej miło­ści. Mimo prze­ciw­no­ści losu wyda­wało się, że zna­leźli ją w sobie wza­jem­nie, cho­ciaż - przy­naj­mniej na zewnątrz - zda­wało się, że nie łączy ich nic poza gorą­cym pożą­da­niem sek­su­al­nym.

Tom był silny jak wół, Pat zaś drobna i deli­katna - czę­sto cho­ro­wała. On pra­co­wał jako kowal, ona kochała robótki ręczne, hafto­wa­nie i malo­wa­nie. On był po stu­diach, ona wyszła za mąż po raz pierw­szy, będąc jesz­cze w dzie­sią­tej kla­sie, i porzu­ciła szkołę. On był spo­kojny i łagodny, ona zaś raz po raz pode­ner­wo­wana i wystra­szona.

Nie miało to żad­nego zna­cze­nia. Wystar­czyło, że roz­ło­żył swoje potężne ramiona, a ona wska­ki­wała mu na kolana, znaj­du­jąc w jego sile fizycz­nej poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, któ­rego tak potrze­bo­wała. Tom zawsze jej powta­rzał:

- Pamię­taj, słonko, że kocham cię naj­bar­dziej na świe­cie i nic wię­cej się dla mnie nie liczy.

A ona odpo­wia­dała mu swoim deli­kat­nym, dziew­czę­cym gło­si­kiem, w ogóle nie­pa­su­ją­cym do tej doro­słej prze­cież kobiety:

- Kocham cię, skar­bie. Kocham cię, słonko.

Tak naprawdę Pat Tay­lor spo­tkała Toma całe lata przed tym, nim zostali parą. Jej rodzina - rodzice: eme­ry­to­wany puł­kow­nik armii ame­ry­kań­skiej Clif­ford Radc­liffe i jego żona Mar­gu­re­itte; dzieci: Susan, Debo­rah i Ron­nie - a także sama Pat utrzy­my­wali się z poka­zów koni w Atlan­cie. W swo­ich staj­niach Radc­liffe'owie mieli jedne z naj­lep­szych koni w oko­licy. Pat, która miesz­kała ze swo­imi rodzi­cami, uczyła jeź­dziec­twa bogatą klien­telę, a obie jej córki były mistrzy­niami w jeź­dzie kon­nej.

Tom Allan­son, zatrud­niony w Ral­ston Purina, także był zwią­zany z tą branżą, bo sprze­da­wał mię­dzy innymi paszę dla koni. Był synem praw­nika, ale zamiast pójść w ślady ojca, zde­cy­do­wał się zostać wete­ry­na­rzem, co nie do końca mu wyszło. Tom przy­jaź­nił się z rodziną Pat, nic wię­cej, choć w oko­licy nie było kobiety, która nie zwró­ci­łaby na niego uwagi, widząc go przy pracy, a zwłasz­cza jego nagi, potężny, umię­śniony i spo­cony tors. Pod­ku­wa­jąc nale­żące do Radc­liffe'ów, nagra­dzane meda­lami mor­gany, gołymi rękoma pod­no­sił ich kopyta z taką łatwo­ścią, jakby nie były to musku­larne konie, ale małe jagniątka.

I wtem nade­szła jesień 1973 roku, a wraz z nią seria wypad­ków, która pchnęła ku sobie Toma i Pat. Pat miała już mał­żeń­stwo za sobą, a Tom, który sta­rał się wów­czas o roz­wód ze swoją drugą żoną, potrze­bo­wał tym­cza­so­wego lokum. Radc­liffe'owie mieli mnó­stwo miej­sca na swo­jej far­mie przy Tell Road w East Point, na połu­dnie od Atlanty, i zaofe­ro­wali mu, aby się do nich wpro­wa­dził. Mógł spać u nich na kana­pie, a oni w zamian korzy­stali z jego pomocy przy koniach.

Dla osoby myślą­cej prag­ma­tycz­nie ich zej­ście się było łatwe do prze­wi­dze­nia. Dla roman­tyka - było to prze­zna­cze­nie. Tak czy ina­czej, Tom Allan­son i Pat Tay­lor szybko zaczęli spę­dzać ze sobą każdą wolną chwilę. On kochał w niej wszystko, ona nie­ustan­nie go zaska­ki­wała. Nie wie­dział nie­mal nic o jej wcze­śniej­szym życiu, ale nic go to nie obcho­dziło. Jej cie­ka­wość z kolei była nie­mal nie­na­sy­cona - chciała znać każdy szcze­gół doty­czący jego rodziny i kobiet, z któ­rymi był przed nią.

Mimo tego, że Tom wciąż był for­mal­nie żonaty, stwo­rzyli cudowną parę. On nie mógł uwie­rzyć w to, jakie szczę­ście go dotknęło, że spo­tkał na swo­jej dro­dze Pat, ona zaś była wnie­bo­wzięta, bo Tom odwza­jem­nia jej uczu­cia. Jego naj­więk­szym kosz­ma­rem była myśl, że pew­nego dnia zdro­wie uko­cha­nej może zała­mać się do reszty. Gdy pew­nego razu znów stra­ciła przy­tom­ność i została zabrana do szpi­tala, Tom stał przy jej łóżku zroz­pa­czony, w poczu­ciu bez­sil­no­ści ści­ska­jąc swo­imi potęż­nymi rękoma jej deli­katną, bladą dłoń. Na poduszce obok jej głowy poło­żył poje­dyn­czą różę i wpa­try­wał się w uko­chaną ze łzami w oczach.

Pat pró­bo­wała się go pozbyć: ostrze­gała, że nie jest dla niego wystar­cza­jąco dobra, że męż­czy­zna taki jak on zasłu­guje na praw­dziwą damę. Bła­gała go, by spoj­rzał praw­dzie w oczy.

- Nie chcesz mnie, Tom - łkała. - Nie dam ci dzieci... Jestem po histe­rek­to­mii. Jestem tylko starą kobietą z bli­zną na brzu­chu. Nikt mnie ni­gdy nie będzie chciał.

Ale to spra­wiło, że poko­chał ją jesz­cze bar­dziej. Nie potrze­bo­wał mieć wię­cej dzieci - chciał wycho­wać z Pat dwójkę swo­ich malu­chów z poprzed­nich mał­żeństw oraz jej syna Ron­niego, który był jesz­cze nasto­lat­kiem.

Pat i jej rodzina stali się dla Toma wszyst­kim. W chwili, gdy nikogo nie obcho­dził, zaofe­ro­wali mu swój dom i miłość. Matka Pat - Mar­gu­re­itte - była naj­uko­chań­szą osobą, jaką znał - dla swo­ich dzieci i wnu­ków mogła zro­bić wszystko, a Tom żywił ponadto głę­boki sza­cu­nek wobec jej męża, puł­kow­nika, za jego służbę w woj­sku i doświad­cze­nie. Obie­cał Pat, że ożeni się z nią, gdy tylko zakoń­czy sprawy zwią­zane z roz­wo­dem.

Pat nie była w sta­nie znieść stresu, nie­po­ro­zu­mień i nie­po­wo­dzeń. Gdy Tom jej słu­chał, uświa­do­mił sobie, że wcale nie pra­gnie ona tak wiele - za to pra­gnie tego całą sobą. Obie­cał sobie, że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby jej życie było szczę­śliwe, spo­kojne i aby mogła wró­cić do zdro­wia.

Pat miała jedno wyjąt­kowe marze­nie - marze­nie, któ­rego jak dotąd nie był w sta­nie speł­nić żaden męż­czy­zna: chciała zamiesz­kać na swo­jej wła­snej far­mie. Od wojny sece­syj­nej minęło ponad sto lat, ale Pat pra­gnęła dla sie­bie dys­tyn­go­wa­nego życia pięk­no­ści z Połu­dnia - takiego jak u Mar­ga­ret Mit­chell w Prze­mi­nęło z wia­trem. Chciała mieć swoją wła­sną Tarę i być jak Scar­lett O'Hara. Wie­rzyła, że jakimś cudem, kie­dyś, Tom zapewni jej wła­sny dom, kawa­łek ziemi, po któ­rym będzie mogła prze­cha­dzać się z dum­nie unie­sioną głową. Dom, w któ­rym będzie mogła roz­kwit­nąć tak jak uko­chane przez nią róże.

- Jestem jak róża, Tom - oznaj­miła mu pew­nego dnia deli­kat­nym gło­sem. - Jak róża jestem samo­lubna. Chcę dla sie­bie całego słońca i całego desz­czu. Aby roz­kwit­nąć i być piękne, róże potrze­bują ide­al­nych warun­ków.

Ale on wie­dział, że Pat nie była samo­lubna. Jej słowa odno­siły się do jej ape­tytu na życie, na miłość. Była to jedna z rze­czy, które w niej podzi­wiał: obiema rękami się­gała po wszystko, co życie miało do zaofe­ro­wa­nia, chwy­tała wszyst­kie jego cudow­no­ści i przy­ci­skała je mocno do swo­jej piersi. Uświa­do­miła mu, jak może - jak powinna - wyglą­dać ich codzien­ność.

W paź­dzier­niku odkryli miej­sce, które wyda­wało się stwo­rzone spe­cjal­nie dla nich. Pat miała dobry tydzień, czuła się silna i zdrowa, posta­no­wiła więc, że wybie­rze się z Tomem polo­wać na jele­nie. Był z niej taki dumny. Zszo­ko­wała go wprawa, z jaką prze­dzie­rała się wraz z nim przez las, goto­wała nad ogni­skiem i łado­wała wła­sną broń, trzy­ma­jąc ją rów­nie pro­fe­sjo­nal­nie jak dowolny męż­czy­zna, któ­rego znał.

- Wie­działa o broni wię­cej niż więk­szość męż­czyzn - wspo­mi­nał po cza­sie. - Namó­wiła mnie, żebym kupił jej kara­bin kali­ber .44, ponie­waż chciała wybrać się ze mną na polo­wa­nie. To naprawdę potężna broń.

Była nie­zwy­kłą kobietą. Potra­fiła w zasa­dzie wszystko. W cza­sie dłu­gich, zim­nych nocy w Geo­r­gii tulili się do sie­bie, roz­grze­wa­jąc się wza­jem­nie pożą­da­niem sek­su­al­nym, które wcale nie zmniej­szało się w miarę tego, jak się pozna­wali - wręcz prze­ciw­nie, pło­nęło coraz sil­niej. Zda­wało się więc, że zbu­do­wany z czer­wo­nej cegły domek z gan­kiem, który zna­leźli na obrze­żach Zebu­lonu w cza­sie polo­wa­nia na jele­nie, prze­po­wia­dał im szczę­śliwą przy­szłość. Przed posia­dło­ścią stała tabliczka z napi­sem "Na sprze­daż". Była to wła­sność Hoyta Wal­lera - sprze­da­wał ją, ponie­waż na stare lata pozby­wał się czę­ści swo­ich nie­ru­cho­mo­ści.

Gdy tylko Pat opo­wie­działa mu, jaki poten­cjał tkwił w tej wiel­kiej far­mie i jak mogliby ją wspól­nie roz­wi­nąć, Tom natych­miast zapa­lił się do kupna. Nie­ru­cho­mość była poło­żona tuż przy auto­stra­dzie numer 19, zale­d­wie kilka mil na pół­noc od Zebu­lonu. Farmę od drogi oddzie­lało ogro­dze­nie o dłu­go­ści prze­kra­cza­ją­cej 120 metrów, wyko­nane ze świeżo poma­lo­wa­nych, pozio­mych desek. Za zie­lo­nym pobo­czem rosły strze­li­ste sosny, a od drogi aż po sam dom i sto­dołę cią­gnęła się alejka oto­czona ostro­krze­wem.

- Farma była ide­alna - wspo­mi­nał po latach Tom. - Chcia­łem na niej miesz­kać do końca życia. Było tam dokład­nie to, czego zawsze pra­gną­łem. Dom wznie­siono z cegły, w stylu wiej­skim. Na dwu­dzie­stu pię­ciu akrach ziemi rosły orze­chowce, do tego docho­dziło kolej­nych dwa­dzie­ścia sie­dem. Naprawdę, było tam wszystko, czego tylko czło­wiek mógł chcieć. Widok był prze­piękny. Wino­ro­śle... Jabło­nie... Orze­chowce... Gru­sze... Katalpy... Ogrody różane... Z tyłu był staw bobrowy, pastwi­ska, jele­nie, prze­piórki... Było to takie wspa­niałe miej­sce...

Musieli tylko wymy­ślić spo­sób, aby zdo­być na nie pie­nią­dze. Wal­ler żądał za nie czter­dzie­stu dwóch tysięcy dola­rów, co wyma­gało od Pat i Toma sporo kom­bi­no­wa­nia. Nie to, żeby rodzina Toma nie miała pie­nię­dzy - nic z tych rze­czy. Jego ojciec był wzię­tym praw­ni­kiem w East Point, który doro­bił się na obra­ca­niu nie­ru­cho­mo­ściami. Tom wie­dział jed­nak, że ojciec nie będzie skory do pomocy synowi. Nie pamię­tał, kiedy po raz ostatni jaka­kol­wiek jego decy­zja spo­tkała się ze zro­zu­mie­niem ze strony rodzi­ców. Na­dal byli na niego wście­kli za drugi roz­wód, nie było więc naj­mniej­szego sensu, aby pro­sić ich o wspar­cie. Odno­sił wra­że­nie, że tylko cze­kają, aż znowu powi­nie mu się noga.

Tom był naj­młod­szym z trzech Wal­te­rów Allan­so­nów. Stary "Paw" - Wal­ter Allan­son - był pierw­szy, po nim był ojciec Toma - Wal­ter O'Neal Allan­son i wresz­cie Tom - Seaborn Wal­ter Tho­mas, "Tommy". Paw i Nona, dziad­ko­wie Toma, byli już star­szymi ludźmi, ale zawsze pozo­sta­wali mu bliżsi niż praw­dziwi rodzice - Wal­ter i Caro­lyn Allan­sonowie. Paw na­dal pro­wa­dził swoją farmę przy Washing­ton Road w East Point. Przez lata doro­bił się małej for­tuny - był oszczędny, ale nie skąpy, w prze­ci­wień­stwie do swo­jego syna.

Tom długo zasta­na­wiał się nad tym, skąd wziąć pie­nią­dze na kupno farmy Wal­lera. Od dawna chciał, aby Nona i Paw miesz­kali bli­sko niego, szcze­gól­nie teraz, gdy byli już w pode­szłym wieku. Jego babka cho­ro­wała na serce, a Paw nie był prze­cież wieczny. Tom zabrał Pat, aby się ze sobą poznali - zosta­wił ją z Noną, żeby sobie poroz­ma­wiały, pod­czas gdy sam wyszedł z Pawem na spa­cer po far­mie, aby pody­sku­to­wać z nim o "inte­re­sach".

Paw i Nona byli mili dla Pat, cho­ciaż nieco nie­po­ko­iło ich to, że w ciągu dzie­się­ciu lat spo­ty­kają u boku Toma już trze­cią kobietę. Na pierw­szy rzut oka było widać, że jest star­sza od Toma o kilka lat, a w dodatku - zda­niem Nony - ubie­rała się strasz­nie krzy­kli­wie. Sta­ruszka była zasko­czona, gdy Pat wyznała jej, że ma trójkę dzieci, a dwie naj­star­sze córki są już doro­słe i zało­żyły wła­sne rodziny. Nona, która od cza­sów udaru miała pro­blemy z mówie­niem i była ponadto zbyt uprzejma, aby wypo­wie­dzieć na głos to, co naprawdę myśli, sie­działa tylko cichutko i słu­chała, jak Pat opo­wiada jej o swo­ich cudow­nych pla­nach na życie z Tom­mym. Mimo wcze­śniej­szych uprze­dzeń nie potra­fiła nie polu­bić Pat - i nie zara­zić się jej entu­zja­zmem. W tym cza­sie Tom opo­wie­dział Pawowi o far­mie w Zebu­lo­nie: pięć­dzie­siąt akrów ziemi, do tego dom i sto­doła, a to wszystko za jedyne czter­dzie­ści dwa tysiące. Obok takiej oka­zji Tom nie mógł przejść obo­jęt­nie - i musiał koniecz­nie skon­sul­to­wać się z Pawem.

Obaj męż­czyźni obmy­ślili plan. Paw da Tomowi pie­nią­dze na dwa­dzie­ścia pięć akrów, co będzie sta­no­wiło zaliczkę na zakup cało­ści. Do Toma będzie nale­żało zna­le­zie­nie spo­sobu na opła­ce­nie rat za resztę. Chciał na tym tere­nie zbu­do­wać nowy dom dla swo­ich dziad­ków lub prze­nieść tam stary. Pawowi bar­dzo się taka wizja spodo­bała - od udaru Nony sam robił wszystko i w domu, i na zewnątrz. Był dumny z sie­bie, że potrafi tak wspa­niale opie­ko­wać się żoną, ale byłoby miło mieć po sąsiedzku jesz­cze jedną kobietę, która od czasu do czasu pomo­głaby mu przy­rzą­dzić posi­łek. Tom zapew­nił go, że Pat wprost zako­chała się w nim i Nonie. Powie­dział Pawowi, jacy dobrzy zawsze byli dla niego wraz z bab­cią.

Puł­kow­nik oraz pani Radc­liffe, czyli rodzice Pat, także zgo­dzili się im pomóc w kup­nie nie­ru­cho­mo­ści w Zebu­lo­nie. Mieli tylko jeden waru­nek: farma będzie nosiła nazwę Ken­twood, aby upa­mięt­nić brata Pat - Kenta - który zmarł w wieku dwu­dzie­stu kilku lat. Cho­ciaż Pat zde­cy­do­wa­nie wola­łaby nieco bar­dziej roman­tyczną nazwę, jak na przy­kład Farma Rose Hill, Stad­nina Holly Hedge czy Tara Orchards, osta­tecz­nie nazwali ją Farmą Ken­twood Mor­gan.

Wresz­cie docze­kała się swo­jej wyma­rzo­nej miło­ści oraz swo­jego miej­sca na ziemi, pięk­nego muro­wa­nego domu i sto­doły wystar­cza­jąco dużej, aby pomie­ścić wszyst­kie konie, które mieli hodo­wać wraz z Tomem. Na far­mie mogli zbu­do­wać wybieg, gdzie odby­wa­łyby się wiel­kie zawody jeź­dziec­kie. Tom mógłby pod­ku­wać konie, a ona uczyć ludzi jeź­dziec­twa, po pracy zaś oboje prze­cha­dza­liby się po ogro­dzie róża­nym, trzy­ma­jąc się za ręce. Nie była w sta­nie wyobra­zić sobie nic pięk­niej­szego niż spo­kojna, łagodna noc w Geo­r­gii i bycie zako­chaną.

Pat i Tom prze­pro­wa­dzili się do swo­jego wspa­nia­łego domu przy auto­stra­dzie numer 19 pod koniec 1973 roku. Tom natych­miast zabrał się do urzą­dza­nia farmy, prze­ko­nany, że roz­wód z drugą żoną prze­bie­gnie bez żad­nych pro­ble­mów. Gdy wresz­cie będę wolny, myślał, natych­miast oże­nię się z moją Pat. Całym ser­cem oddał się budo­wie wyma­rzo­nego domu uko­cha­nej - stać go było na mate­riały, prze­bu­do­wy­wał więc i odna­wiał to, co nie­zbędne.

- Prze­ro­bi­łem wszystko zgod­nie z pla­nem - opo­wia­dał. - W Fort McPher­son kupi­li­śmy drewno i odno­wi­li­śmy sto­dołę oraz ogro­dze­nie. Mia­łem naprawdę wiel­kie ocze­ki­wa­nia co do tej farmy.

W trak­cie remontu oka­zało się, że Pat ma dwie lewe ręce do jakich­kol­wiek prac budow­la­nych i cho­ciaż od czasu do czasu pró­bo­wała coś odma­lo­wy­wać, więk­szość roboty spo­czy­wała na bar­kach Toma. Nie miał nic prze­ciwko temu. Cie­szyło go, że może być z Pat i mieć na wła­sność Ken­twood.

Pięt­na­sto­letni Ron­nie prze­pro­wa­dził się na farmę wraz ze swoją matką i Tomem, cho­ciaż nic nie stało na prze­szko­dzie, by miesz­kał ze swo­imi dziad­kami. Pat kochała go ponad wszystko. I roz­piesz­czała. Zawsze kupo­wała mu to, co tylko sobie wyma­rzył, i speł­niała każdą jego prośbę - oprócz odwie­dzin u ojca. Zanie­dby­wał szkołę, a Pat nie przy­mu­szała go do nauki. Był roz­pusz­czony i zanie­dbany. Gdy Tom pró­bo­wał tłu­ma­czyć Pat, że chłopcy potrze­bują nieco dys­cy­pliny, aby wyro­snąć na porząd­nych męż­czyzn, ta zawsze przy­po­mi­nała mu, że Ron­nie to jej dziecko i sama wie, co dla niego naj­lep­sze.

Ron­nie wprost ubó­stwiał swoją matkę - był gotów zro­bić wszystko, byle tylko ją zado­wo­lić. Wystar­czyło, że wspo­mniała o czymś, a Ron­nie natych­miast to robił. Jego odda­nie nie powstrzy­my­wało go jed­nak od popa­da­nia od czasu do czasu w kon­flikt z pra­wem, zda­rzało mu się na przy­kład upi­jać i roz­bi­jać samo­cho­dami lub robić inne tego typu rze­czy, ale nie chciał, aby ją to nie­po­ko­iło. Jeśli odczu­wała zbyt silny ból i potrze­bo­wała leków, Ron­nie zawsze zna­lazł spo­sób, aby je dla niej zdo­być. Jeśli ktoś zra­nił jej uczu­cia i potrze­bo­wał lek­cji, że nie powinno się tak robić, Ron­nie zawsze był gotowy do dzia­ła­nia.

Jasne, nie wszystko w ich życiu ukła­dało się ide­al­nie, ale Tom był tak szczę­śliwy, że nic go na dłuż­szą metę nie mar­twiło. W Boże Naro­dze­nie 1973 roku wypro­wa­dzał ze sto­doły potęż­nego wała­cha, który nagle zerwał się w popło­chu. Przy­trzy­mał go, ale nawet siła Toma nie była w sta­nie zatrzy­mać prze­ra­żo­nego konia. Zwie­rzę pocią­gnęło go za sobą, łamiąc mu prawy oboj­czyk. Dla kowala była to poważna kon­tu­zja, unie­moż­li­wia­jąca mu chwi­lowo jaką­kol­wiek pracę.

Pat była zazdro­sna o żonę Toma, nazy­waną przez wszyst­kich "Małą Caro­lyn", ponie­waż jej teściowa także miała na imię Caro­lyn, którą, rzecz jasna, nazy­wano "Dużą Caro­lyn". Jeśli wie­rzyć plot­kom, Tom miał być nawet dumny z tego, że Pat była o niego tak zazdro­sna, cho­ciaż nie miała ku temu żad­nego powodu. Mała Caro­lyn była ładna, ale w porów­na­niu z urodą Pat odpa­dała w przed­bie­gach. Ta druga była bowiem dosko­nałą damą, piękną, namiętną, a jej poca­łunki sma­ko­wały niczym miód. Nie mógł docze­kać się roz­wodu.

Pat nie chciała mieć w domu niczego, co w naj­mniej­szy choćby spo­sób przy­po­mi­na­łoby jej o Małej Caro­lyn.

- Pamię­tam, jak któ­re­goś razu wró­ci­łem do domu - mówił po latach Tom - i nagle coś wyle­ciało przez drzwi i roz­biło się na chod­niku. Było to zupeł­nie nowe radio marki JCPenney. Stało w mojej sypialni i nale­żało do mnie, ale zda­niem Pat było to radio Caro­lyn, a nic, co miało jaki­kol­wiek zwią­zek z moją żoną, nie miało prawa znaj­do­wać się w domu Pat. Po pro­stu je wywa­liła. Do tego stop­nia nie­na­wi­dziła Caro­lyn, że pew­nego razu pró­bo­wała mnie prze­ko­nać, że dzieci ze związku z nią nie były tak naprawdę moje - miały nale­żeć do mojego ojca, jako spło­dzone w wyniku romansu, który Caro­lyn miała mieć już w cza­sie naszego mał­żeń­stwa.

Tom nie wie­rzył w to, że Pat serio mogła myśleć w ten spo­sób o jego dzie­ciach. Czę­sto powta­rzała, że ścią­gną do sie­bie Russa i Sherry i że będzie dla nich jak rodzona matka. Uznał, że Pat była po pro­stu tak spięta całą sytu­acją, iż nie­kiedy zda­rzało jej się mówić rze­czy, któ­rych potem żało­wała.

Mimo wszystko nie zgo­dziła się jed­nak, aby Tom trzy­mał na widoku zdję­cia swo­ich dzieci.

Roz­wód z Małą Caro­lyn prze­cią­gał się w nie­skoń­czo­ność, a w Pat wzbie­rała fru­stra­cja. Chciała wyjść za Toma, a nie tylko z nim miesz­kać. Ale roz­prawa, która miała miej­sce wcze­sną wio­sną 1974 roku, nie zamknęła sprawy - po raz kolejny roz­strzy­gnię­cie zostało odro­czone. Gdy sędzia zorien­to­wał się, że Tom i Mała Caro­lyn Allan­so­no­wie są bar­dzo, bar­dzo daleko od ugody co do podziału majątku, oznaj­mił po pro­stu:

- Tym razem nie udzielę jesz­cze pań­stwu roz­wodu.

Kiedy Pat to usły­szała, zbla­dła i ści­snęła ramię Toma, wbi­ja­jąc w nie paznok­cie. Zdo­łała jakoś wyjść z sądu hrab­stwa DeKalb, ale na traw­niku przed budyn­kiem stra­ciła przy­tom­ność. Ktoś krzyk­nął prze­ra­żony, wezwano sani­ta­riu­szy. Stop­niowo docho­dziła do sie­bie, a Tom, na wpół ją pod­trzy­mu­jąc, a na wpół nio­sąc, wypro­wa­dził ją z dala od tłumu, który zdą­żył się zgro­ma­dzić wokół. Zasta­na­wiał się, ile jesz­cze stresu zdoła znieść jego nowa dziew­czyna.

I wtem, nie­spo­dzie­wa­nie, wszystko się uło­żyło, tak jakby ktoś nagle pobło­go­sła­wił ich zwią­zek. Dzie­wią­tego maja 1974 roku Tom miał kolejną roz­prawę roz­wo­dową. Zakła­dał, że wyda­nie wyroku ponow­nie zosta­nie odro­czone, i spo­dzie­wał się przede wszyst­kim następ­nego, iry­tu­ją­cego posie­dze­nia. Wie­czo­rem tego samego dnia Tom i Pat pla­no­wali być na poka­zie mor­ga­nów w Stone Moun­tain, w Geo­r­gii.

Pat ogło­siła, że uda­dzą się do Stone Moun­tain prze­brani za Scar­lett oraz Rhetta z Prze­mi­nęło z Wia­trem i zajęła się zor­ga­ni­zo­wa­niem kostiu­mów. Prze­bie­ra­nie się i uda­wa­nie kogoś innego zawsze popra­wiało jej humor, tak jakby w ten spo­sób mogła cho­ciaż na moment porzu­cić swoje życie i wejść w buty wymy­ślo­nej przez sie­bie postaci. W dodatku była świetną kraw­cową, co pod­kre­ślało wiele osób z jej oto­cze­nia. Wie­działa, że Tom sta­nie się praw­dziwą sen­sa­cją pokazu w Stone Moun­tain. Na barwy Farmy Ken­twood Mor­gan wybrała błę­kit kró­lew­ski, dopa­so­wu­jąc pod niego krze­sła, namiot i narzuty.

Suk­nia Pat miała dekolt w kształ­cie serca, bufia­ste rękawy i obszerną, okrą­głą spód­nicę. Do tego pla­no­wała zało­żyć białe ręka­wiczki, we włosy wpiąć białe pióra, a na smu­kłej szyi zawie­sić na wstążce swoją ulu­bioną złotą kameę. Gdy poka­zała się Tomowi, ten cof­nął się o krok i obró­cił jej deli­katną postać swo­imi potęż­nymi rękoma. Ni­gdy nie wyglą­dała pięk­niej niż w tej chwili i zda­wała sobie z tego sprawę.

Gdy Tom zoba­czył swój wła­sny kostium, poczuł się nieco głu­pio, ale nic nie powie­dział - wzru­szył ramio­nami i przy­mie­rzył go: czarna mary­narka z wycię­ciem, biała saty­nowa kami­zelka na koszuli z marsz­czo­nym koł­nie­rzy­kiem i ręka­wami oraz cylin­der. Pat przy­go­to­wała mu nawet sztuczne wąsy. Sto­jąc tak razem przed lustrem, wyglą­dali, jakby dopiero co przez zaku­rzoną kotarę wró­cili do Zebu­lonu z podróży w prze­szłość. Do złu­dze­nia przy­po­mi­nali Scar­lett i Rhetta - Pat była wnie­bo­wzięta.

Oboje poczuli przy­pływ emo­cji, gdy oka­zało się, że wła­śnie tego dnia, po dłu­gim ocze­ki­wa­niu, roz­wód Toma stał się fak­tem. Pośpiesz­nie zare­zer­wo­wali więc kaplicę w Stone Moun­tain, aby natych­miast wziąć ślub. Ale w życiu Pat chyba nic nie mogło obejść się bez wiel­kich fan­far. Nie ina­czej było ze ślu­bem z Tomem: wieść o nim tra­fiła na nagłówki gazet. Nieco ckliwy repor­ter z "The Grif­fin Daily News" napi­sał, że Pat i Tom nie tylko poznali się w "uro­czy" spo­sób, ale że także sam ich ślub był "uro­czy". Pod krzy­kli­wym nagłów­kiem "MAŁ­ŻEŃ­STWO BYŁO IM PISANE" umiesz­czono długi na trzy kolumny opis ślubu.

"Pat Radc­liffe i Tom Allan­son mieli, deli­kat­nie mówiąc, bar­dzo wyjąt­kowy ślub..." - brzmiało pierw­sze zda­nie. Pat wyja­śniła repor­te­rowi, że znali się z Tomem od pięt­na­stu lat - odkąd tylko jej rodzina wyna­jęła Toma, by w ostat­niej chwili zastą­pił jej eta­to­wego kowala. Począt­kowo w ogóle nie mogli się doga­dać, śmiała się Pat, bo ona spe­cja­li­zo­wała się w mor­ga­nach, a on wolał quar­tery. No ale w końcu zdo­łała zdo­być jego serce.

"Gdy Pat zacho­ro­wała i została przy­kuta do łóżka, rodzina regu­lar­nie wzy­wała Toma do pomocy przy koniach", noto­wał repor­ter. "I taki był począ­tek tego mał­żeń­stwa".

Tom śmiał się, mówiąc, że Pat taka była tym wszyst­kim pod­eks­cy­to­wana, że po raz pierw­szy musiał ją przy­trzy­mać.

W arty­kule nie wspo­mniano o tym, że roz­wód Toma był bar­dzo świeżą sprawą. Nie było w nim ani słowa o poprzed­nich mał­żeń­stwach - czy to pani mło­dej, czy pana mło­dego - zna­la­zły się tam jedy­nie roman­tyczne i cha­otyczne szcze­góły wyda­rzeń z 9 maja 1974 roku, kiedy to Pat i Tom zare­zer­wo­wali kaplicę na czter­na­stą i wyna­jęli na noc "jeden pokój w motelu".

"Tom jechał na pokaz cię­ża­rówką wyła­do­waną końmi, gdy zła­pał gumę. Chwilę póź­niej poszła kolejna opona, a on utknął na ruchli­wej dro­dze mię­dzy­sta­no­wej w pobliżu Atlanty", dono­siła gazeta. "Dotarł jakoś do warsz­tatu. Jak bar­dzo nie­wia­ry­godne by się to wyda­wało, zupeł­nym przy­pad­kiem prze­jeż­dżał tam­tędy ktoś, kto wie­dział, gdzie można dostać dwie duże opony pasu­jące do jego cię­ża­rówki".

Przy­szła żona Toma cze­kała cier­pli­wie w kaplicy na wyzna­czoną godzinę ślubu. Tom wysłał jej wia­do­mość, że ma pro­blem i się spóźni, nim jed­nak ją ode­brała, Pat sama zdą­żyła się domy­ślić, że musiało się coś stać. Odwo­łała uro­czy­stość.

W arty­kule napi­sano, że "gdy Tom zdo­łał wresz­cie napra­wić cię­ża­rówkę i dotrzeć na pokaz, wśród ludzi zdą­żyła już rozejść się infor­ma­cja o tym, co się stało. Zebrani pod­po­wie­dzieli mło­dej parze, że skoro namioty, w któ­rych mają odbyć się pokazy, są tak pięk­nie przy­ozdo­bione, to rów­nie dobrze mogą wziąć swój ślub w jed­nym z nich. Tom i Pat zgo­dzili się na to roz­wią­za­nie. Wezwano Wil­liama Bying­tona, pastora bap­ty­stów. Ten stwier­dził, że przez wszyst­kie lata, odkąd jest pasto­rem, po raz pierw­szy ktoś prosi go o udzie­le­nie ślubu w tak dzi­wacz­nych oko­licz­no­ściach. Ale się zgo­dził. Wobec zgro­ma­dzo­nych w jed­nym z namio­tów ludzi popro­sił Toma i Pat, aby przy­rze­kli sobie wza­jemną miłość, i odpra­wił pro­stą, stan­dar­dową cere­mo­nię".

"Pat zdo­łała dorwać parę rze­czy dla swo­jej nowej szkoły jeź­dziec­kiej w Ken­twood, wspo­mi­na­jąc przy tym, że na­dal będzie uczyła jeź­dzić konno w Woodward Aca­demy na kam­pu­sie River­dale. Codzien­nie miała dojeż­dżać tam ze swo­imi końmi".

"Ale wróćmy do tematu mał­żeń­stwa", pisała gazeta z Grif­fin, naj­wy­raź­niej bar­dzo zado­wo­lona z tego, że hrab­stwo Pike doro­biło się nowych, tak fascy­nu­ją­cych miesz­kań­ców. "Para udała się na kola­cję do Western Siz­zlin Steak House. Gdy skoń­czyli jeść, Tom wsiadł do cię­ża­rówki, a Pat ruszyła za nim swoim samo­cho­dem. Zje­chał na drogę eks­pre­sową, powoli włą­cza­jąc się do ruchu. Spoj­rzał w tylne lusterko, aby upew­nić się, że żona jedzie tuż za nim. Nagle usły­szał hałas, jakby zde­rzyły się dwa samo­chody. Zatrzy­mał się. Ktoś zde­rzył się z samo­cho­dem jego żony, a ona leżała w środku, ranna. Zabrano ją na obser­wa­cję i lecze­nie do szpi­tala Grif­fin-Spaul­ding. Zało­żono jej opa­tru­nek i powie­dziano, że może iść do domu. Ale ból w ramie­niu nie ustę­po­wał. Następ­nego dnia poje­chała do szpi­tala w Atlan­cie, gdzie zorien­to­wano się, że ma zła­many oboj­czyk. Wró­ciła do domu w gip­sie, i cho­dzi w nim do dziś. Nowo­żeńcy wspo­mi­nają jed­nak to wszystko z uśmie­chem i nie mogą docze­kać się otwar­cia w naszej oko­licy swo­jej wyma­rzo­nej farmy".

Zdję­cie dołą­czone do arty­kułu ide­al­nie, oczy­wi­ście, paso­wało do tek­stu. Pat i Tom, prze­brani w przed­wo­jenne stroje Scar­lett i Rhetta, uśmie­chali się do apa­ratu, złą­czeni węzłem mał­żeń­skim w olbrzy­mim, ude­ko­ro­wa­nym kwia­tami budynku: prze­piękna, smu­kła kobieta z pió­rami we wło­sach trzyma w drob­nych, odzia­nych w ręka­wiczki dło­niach otwarty wachlarz z kości sło­nio­wej, a obok niej stoi sze­roko uśmiech­nięty, potężny męż­czy­zna.

Dla­czego Pat zje­chała na pas, któ­rym z naprze­ciwka nad­jeż­dżał inny samo­chód, na zawsze pozo­sta­nie zagadką. Mogło ośle­pić ją słońce, ale praw­do­po­dob­nie nie zacho­wała nale­ży­tej uwagi na dro­dze. Nie dało się jej nazwać szcze­gól­nie dobrym kie­rowcą, a tego dnia była w dodatku roz­ko­ja­rzona. Pro­wa­dziła ponadto cię­ża­rówkę, cią­gnąc za sobą przy­czepę dla koni, która ogra­ni­czała jej widocz­ność z tyłu i po bokach. Moż­liwe także, że była po pro­stu wyczer­pana po trzech wariac­kich dniach na poka­zie koni w Stone Moun­tain, ale było to z całą pew­no­ścią rado­sne zmę­cze­nie - w ciągu jed­nego wie­czoru została "porzu­cona przy ołta­rzu" i stała się zara­zem panną młodą, któ­rej ślub zapi­sał się w pamięci wszyst­kich jako główne wyda­rze­nie całego pokazu. Zapewne nie wyobra­żała sobie tego nawet w naj­śmiel­szych marze­niach.

Na swój spo­sób uwa­żała za roman­tyczne także to, że podob­nie jak Tom cier­piała z powodu zła­ma­nego oboj­czyka - łączyło ich po pro­stu wszystko. Jego kon­tu­zja była już co prawda dawno za nim, ale Tom dosko­nale pamię­tał, jak bar­dzo była bole­sna, i jak tylko mógł, trosz­czył się o Pat, pil­nu­jąc, aby nie dźwi­gała nic cięż­kiego ani nie pró­bo­wała ścią­gać niczego, co był w sta­nie sam jej podać.

Pat powoli wra­cała do dawa­nia lek­cji jazdy kon­nej, a Tom zaczął dzie­lić swój czas mię­dzy pracę dla Ral­ston Purina, pod­ku­wa­nie koni i napra­wia­nie domu. Pla­no­wali, że gdy tylko się wzbo­gacą, kupią wię­cej mor­ga­nów. Chcieli być wła­ści­cie­lami naj­lep­szej stajni mor­ga­nów w Geo­r­gii. Już teraz byli w końcu naj­lep­szym mał­żeń­stwem. Tom nie miał co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. "Dwie dusze, złą­czone ze sobą po grób..."

Rozdział 3

Ich szczę­ście przy­ćmie­wała tylko jedna rzecz. O ile rodzina Pat cie­szyła się z jej mał­żeń­stwa z Tomem, a dziad­ko­wie Toma uwa­żali, że Pat to uro­cza i roz­sądna kobieta, o tyle jego rodzice mieli na całą tę sprawę zupeł­nie inny pogląd. Wal­ter i Duża Caro­lyn Allan­so­no­wie nie chcieli mieć nic wspól­nego z trze­cią żoną Toma. W cza­sie roz­prawy roz­wo­do­wej wzięli nawet stronę jego byłej żony, wszyst­kimi siłami bro­niąc się przed dostrze­że­niem tego, jak świetną kobietą była Pat.

Mając nadzieję, że poprawi to nieco sytu­ację, Mar­gu­re­itte Radc­liffe posta­no­wiła uczy­nić przy­ja­zny gest wobec Wal­tera Allan­sona. Zadzwo­niła do niego i zapro­siła go wraz z żoną, aby dołą­czyli do niej i puł­kow­nika Radc­liffe'a na kola­cji w klu­bie ofi­cer­skim w for­cie McPher­son.

- Nie byli zain­te­re­so­wani - opo­wia­dała po cza­sie Mar­gu­re­itte - a ja nie mogłam tego po pro­stu pojąć: jak niby mogli nie być zain­te­re­so­wani spo­tka­niem z nami, skoro nawet nas nie znali?

Mar­gu­re­itte, która zawsze była dumna ze swo­ich manier i oby­cia towa­rzy­skiego, doznała szoku, gdy odkryła, jak wrogo są do nich nasta­wieni rodzice Toma.

- Ni­gdy nie przy­szłoby mi do głowy, że gdzieś na tym wiel­kim świe­cie ludzie mogą się zacho­wy­wać w podobny spo­sób - wzdy­chała. Powtó­rzyła te słowa w wielu roz­mo­wach.

Po czym nie­spo­dzie­wa­nie przy­szedł dzień, w któ­rym Tom stra­cił pracę w Ral­ston Purina. Miał poważne podej­rze­nia, że maczał w tym swoje nie­ska­zi­telne palce jego ojciec. Pró­bo­wał zrów­no­wa­żyć brak wypłaty, pra­cu­jąc wię­cej jako kowal, ale to z kolei rodziło pewne napię­cia w jego związku z Pat. Był zasko­czony, że jego nowa żona nie tylko jest zazdro­sna o jego byłą, ale czuje zazdrość wobec w ogóle każ­dej poten­cjal­nej kobiety, która tylko odwa­ży­łaby się na niego spoj­rzeć. Było jasne, że nie życzy sobie wokół niego jakich­kol­wiek przed­sta­wi­cie­lek płci pięk­nej, chyba że aku­rat była wraz z nim. Pró­bo­wał ją prze­ko­ny­wać, że koń­ska staj­nia nie jest naj­lep­szym miej­scem do pozna­wa­nia nowych kobiet i że dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent życia spę­dza w oto­cze­niu męż­czyzn, ale na nic się to zdało. Pat upie­rała się, że będzie towa­rzy­szyła Tomowi w cza­sie jego wyjaz­dów.

Był z niej dumny, ale nie zmie­niało to faktu, że jej obec­ność wymu­szała nie­kiedy na męż­czy­znach powścią­ga­nie języka. Zamiast gadać z face­tami, któ­rzy krę­cili się wokół, gdy pod­ku­wał konie, Tom nie­ustan­nie zamar­twiał się, czy Pat czuje się dobrze i kom­for­towo. Jej obec­ność wpra­wiała także w zakło­po­ta­nie klien­tów. Za bar­dzo ją jed­nak kochał, aby jej uwaga mogła mu prze­szka­dzać. Skoro tego chciała, to mogła z nim prze­by­wać nie­ustan­nie.

Nawet nie przy­szłoby mu do głowy, aby kazać jej zostać w domu.

Unie­siona miło­ścią Toma, Pat powoli wra­cała do zdro­wia - przy­naj­mniej na tyle, aby poma­gać opo­rzą­dzać roz­le­głe tereny Ken­twood. Zre­ge­ne­ro­wała siły w takim stop­niu, że była w sta­nie obsłu­gi­wać kosiarkę. Dawała poje­dyn­cze lek­cje jazdy kon­nej, a od czasu do czasu wypo­ży­czali wraz z Tomem powozy i konie na wystawy i parady. Czę­sto jeź­dzili na pokazy. Szybko zorien­to­wali się jed­nak, że jeśli chcą zro­bić z Ken­twood farmę, którą sobie wyma­rzyli, będą musieli zaci­snąć pasa i bar­dziej przy­ło­żyć się do pracy. Pat chciała mieć wszystko natych­miast i Tom musiał ją sto­po­wać, tłu­ma­cząc, że nie mogą pozwo­lić sobie od razu na kupno potrzeb­nych rze­czy: więk­szej stajni, wybiegu na pokazy konne, więk­szej liczby róż, żyran­doli, koni i powo­zów, ele­gant­szych ubrań dla woź­ni­ców.

Wszystko to kosz­to­wało, a pie­nią­dze musiały pły­nąć z zewnątrz. Bez pracy w Ral­ston Purina i ze zła­ma­nym oboj­czy­kiem, który przez kilka mie­sięcy unie­moż­li­wił Tomowi pracę przy pod­ku­wa­niu koni, sta­bil­ność finan­sowa w ich związku nie­bez­piecz­nie się chwiała. Był już co prawda w sta­nie pra­co­wać, ale dochody z kowal­stwa zamiast iść w górę, zaczęły spa­dać - głów­nie z powodu nale­gań Pat, aby nie­ustan­nie mu towa­rzy­szyć, oraz jej omdleń, które zmu­szały go czę­sto do porzu­ca­nia aktu­al­nie wyko­ny­wa­nej pracy i gna­nia czym prę­dzej do domu, aby zająć się chorą żoną.

Tom ni­gdy nie potra­fił oce­nić, kiedy może u niej dojść do kolej­nego omdle­nia. Pew­nego razu Pat jeź­dziła po far­mie dżi­pem i nie­spo­dzie­wa­nie stra­ciła przy­tom­ność za kie­row­nicą, po czym wypa­dła z samo­chodu. Innym razem Tom pędem wró­cił do domu tylko po to, aby zna­leźć ją nie­przy­tomną koło tele­fonu. Nie, nie było moż­li­wo­ści, aby Pat pra­co­wała na pełen etat - nie chciał zresztą, aby się tak prze­mę­czała. Zasta­na­wiał się nawet, czy nie powinna udzie­lać mniej­szej liczby lek­cji jeź­dziec­twa.

Tom pra­gnął przy tym także, aby na farmę prze­pro­wa­dzili się jego dziad­ko­wie. W końcu obie­cał im to, a do speł­nie­nia obiet­nicy powinno dojść jesz­cze przed roz­bu­dową Ken­twood. Ale nawet przy wszyst­kich swo­ich oba­wach o pie­nią­dze i nie­po­ro­zu­mie­niach z rodzi­cami, Tom był szczę­śliwy. Gdy wraz z Pat sio­dłali konie i jeź­dzili po swo­jej ziemi, uwa­żał się za naj­szczę­śliw­szego czło­wieka na świe­cie. Nie­kiedy Pat wkła­dała na prze­jażdżkę jeden ze swo­ich kostiu­mów i na sam widok kwit­ną­cych, wio­sen­nych drzew za jej ple­cami pła­kał z rado­ści. Mówili do sie­bie "sło­neczko", póź­niej skró­cili to po pro­stu do "słonko". Mieli swoje ulu­bione pio­senki i powie­dzonka, któ­rych nie znał nikt inny. "Wszystko w swoim cza­sie", powta­rzali. Mieli świa­do­mość, co jest w życiu naj­waż­niej­sze, i że cała reszta ich pla­nów jakoś się ułoży.

Tom ni­gdy nie przy­znał się przed Pat do tego, jak źle ukła­dały się sprawy z jego rodzi­cami - szcze­gól­nie z ojcem. Wal­ter Allan­son miał nie­kiedy nie­wy­pa­rzony język i lubił obga­dy­wać Pat. Cho­ciaż ni­gdy w życiu jej nie spo­tkał, nie­na­wi­dził jej z całego serca. Gdy Tom z nią zamiesz­kał, wyrzu­cił synowi, że to zwy­kła dziwka, kobieta, któ­rej zła repu­ta­cja jest powszech­nie znana.

- Poszłaby do łóżka z pierw­szym lep­szym face­tem, który ma cię­ża­rówkę i przy­czepę do koni. Naprawdę tego nie widzisz, idioto?

Wal­ter Allan­son wytknął mu, że Pat miała na boku mnó­stwo roman­sów. Jeśli Tom naprawdę chciał mieć z nią cokol­wiek wspól­nego, to był więk­szym kre­ty­nem, niż kto­kol­wiek mógł przy­pusz­czać.

- Trzy­maj się od niej z daleka, Tommy - grzmiał Wal­ter. - To nie jest dobra kobieta.

Oczy­wi­ście ostrze­że­nia ojca poskut­ko­wały tym, że Tom jesz­cze bar­dziej pra­gnął być z Pat. Nic, co o niej usły­szał, nie mogło być prawdą: Tom nie wie­rzył w ani jedno słowo. Prze­cież był to typowy dla jego ojca spo­sób nisz­cze­nia wszyst­kiego, co miało dla niego jaką­kol­wiek war­tość - im więk­szą, tym lepiej. Gdyby Pat usły­szała, co wyga­duje o niej Wal­ter Allan­son, chyba dosta­łaby zawału. Tom posta­no­wił, że jego uko­chana ni­gdy się o tym nie dowie.

Nie było to jed­nak łatwe, bo ona sama nie­ustan­nie naci­skała na Toma, aby pogo­dził się ze swoją rodziną. Słusz­nie podej­rze­wała, że rodzina Toma ma sporo pie­nię­dzy, pomimo tego, że wszy­scy, oprócz jego ciotki Jean Boggs, sio­stry Wal­tera, żyli jak ostat­nie sknery. Tom powie­dział jej kie­dyś, że Paw był bar­dzo sprytny i w swoim domu przy Washing­ton Road miał pełno taj­nych skry­tek na pie­nią­dze.

Z tego, co rozu­miała Pat, wyni­kało, że Paw odsprze­dał część swo­jej ziemi ojcu Toma, Wal­ter zaś podzie­lił ją na mniej­sze działki i odsprze­dał je dewe­lo­pe­rom, któ­rzy wybu­do­wali tam kilka osie­dli: Forest Apart­ments, Gray Esta­tes oraz Club Can­dle­wood Apart­ments. Jego rodzina musiała zaro­bić na tym mnó­stwo pie­nię­dzy. Tom zda­wał się w ogóle o to nie dbać, ale był prze­cież jedy­nym dziec­kiem Allan­so­nów oraz ulu­bio­nym wnu­kiem Pawa i Nony. Wszystko to - jak była prze­ko­nana - powinno w końcu stać się jego wła­sno­ścią. Bóg jeden raczył wie­dzieć, jak bar­dzo potrze­bo­wali tych pie­nię­dzy - gdyby Tom nie dostał należ­nego mu spadku, nie mie­liby szans, aby dopro­wa­dzić Ken­twood do wyma­rzo­nego stanu.

Ciotka Toma, Jean Boggs, oraz jej mąż Homer miesz­kali w dro­gim domu w East Point, a Jean zdra­dzała swoim ubio­rem, że jest zamożną kobietą. Tom powie­dział kie­dyś Pat, że od czasu awan­tury o zie­mię ojca Jean nie ma nic wspól­nego z Wal­te­rem - nie roz­ma­wiali ze sobą od sied­miu, może ośmiu lat. Ona też miała dzieci, ale sta­rzy Allan­so­no­wie nie wycho­wy­wali ich tak samo jak Toma, któ­rego trak­to­wali nie­malże jak wła­sne dziecko.

Pat była prze­ko­nana, że skoro udało jej się wyjść za Toma, to Wal­ter i Duża Caro­lyn Allan­son wresz­cie ją zaak­cep­tują. Ze strony matki Pat wywo­dziła się z Sile­rów, porząd­nej rodziny z dłu­gimi tra­dy­cjami. Miała rodzi­ców, z któ­rych mogła być dumna - jej ojciec był w końcu eme­ry­to­wa­nym puł­kow­ni­kiem armii ame­ry­kań­skiej. Uwa­żała się za znacz­nie lep­szą par­tię dla Toma od jego poprzed­niej żony. Była praw­dziwą damą, a jej córki - mistrzy­niami w jeź­dzie kon­nej. Miała oka­zję oso­bi­ście poznać guber­na­tora Jimmy'ego Car­tera i japoń­ską rodzinę cesar­ską. Allan­so­no­wie musieli prze­cież to doce­nić i być wdzięczni, że wyszła za ich syna. Wszystko musiało się jakoś uło­żyć.

Tom nie był jed­nak spe­cjal­nie prze­ko­nany, że doj­dzie do tego szybko. Wie­dział, że jego ojciec potrafi być uparty jak osioł, ale nie umiał wytłu­ma­czyć żonie, dla­czego nie wolno jej roz­ma­wiać z jego rodzi­cami. Pomimo tego, że ją kochał, zda­wał sobie sprawę z faktu, że Pat czę­sto dener­wo­wała innych ludzi, mówiąc nie­wła­ściwe rze­czy w nie­od­po­wied­niej chwili. Uwiel­biał jej wygląd i to, jak się ubiera, ale na samą myśl o tym, jak przed­sta­wia­łaby się w oczach jego ojca, aż się wzdra­gał. Za bar­dzo odsła­niała nogi i piersi. Nieco sta­ro­modne spinki, które słu­żyły jej do zapi­na­nia bluzki bez ręka­wów, miały ten­den­cje do odpa­da­nia. Była prze­piękną kobietą, ale to, jak wyglą­dała, sta­no­wi­łoby wodę na młyn dla jego ojca.

Nie mógł na to pozwo­lić.

Poza tym teraz, gdy już był jej mężem, odkrył, że Pat jest jesz­cze bar­dziej poryw­cza i wraż­liwa, niż myślał. Jej babka zmarła tej samej wio­sny, gdy brali ślub, i cała rodzina Sile­rów zje­chała się do Karo­liny Pół­noc­nej, aby ją pocho­wać - więk­szość z nich widziała Toma po raz pierw­szy w życiu. W cza­sie pro­ce­sji pogrze­bo­wej doszło do zamie­sza­nia. Ciotka Pat - Mary Adams, wraz ze swoim mężem Char­le­sem usta­wili się swoim cadil­la­kiem tuż za kara­wa­nem i cze­kali na roz­po­czę­cie ostat­niej podróży ze zmarłą krewną. Ale Pat to nie odpo­wia­dało.

- Mama Siler chcia­łaby, żebym to ja jechała jako pierw­sza - stwier­dziła, pła­cząc. - Byłam jej uko­chaną wnuczką. Tom, wymiń ich i ustaw się przed cadil­la­kiem.

Będąc w głę­bo­kim szoku, Tom posłusz­nie wymi­nął auto swoim pika­pem z wyma­lo­wa­nym na drzwiach her­bem Ken­twood przed­sta­wia­ją­cym konia rasy mor­gan. Nikt mu nie prze­szko­dził. Nie mógł uwie­rzyć, jak bar­dzo kul­tu­ral­nie Sile­ro­wie zacho­wy­wali się wobec jego żony.

Gdy nie­koń­czący się sznur pojaz­dów ruszył w stronę cmen­ta­rza, Pat nieco się uspo­ko­iła - prze­stała pła­kać i sie­działa wypro­sto­wana, nie­malże z dumą. Wyja­śniła Tomowi, że babka zawsze trak­to­wała ją wyjąt­kowo, a on sam widział, z jaką miło­ścią i łagod­no­ścią krewni, córki, Ron­nie i pozo­stali odno­sili się do Pat - wszy­scy, oprócz jego wła­snych rodzi­ców, któ­rzy trwali w swo­ich prze­ko­na­niach, uparci niczym osły.

Pat była zbyt bystra, by nie zauwa­żyć, że teścio­wie nie chcą mieć z nią nic wspól­nego. Była zra­niona i zła. Czuła, że nie są uczciwi - prze­cież nie zro­biła nic, co mogłoby ich ura­zić. Czy to taka wielka zbrod­nia, że nad życie zako­chała się w ich synu? Była sześć lat star­sza od Toma, ale nikt nie mógł jej zarzu­cić, że mar­nuje mu życie. Dla­czego Wal­ter i Duża Caro­lyn musieli być tacy małost­kowi?

Ich rela­cje z rodzi­cami Toma - czy raczej ich brak - iry­to­wały Pat nie­ustan­nie. Cho­ciaż prze­ży­wali z Tomem cudowny czas na far­mie Ken­twood, w ich nie­skrę­po­wa­nej rado­ści zaczęły poja­wiać się drobne pęk­nię­cia. Pat narze­kała przy każ­dym, kto tylko miał ochotę jej słu­chać, na byłą żonę Toma - Małą Caro­lyn oraz jego ojca. Upar­cie twier­dziła, że byli w jakiś spo­sób odpo­wie­dzialni za zwol­nie­nie Toma z Ral­ston Purina.

- Ktoś do nich zadzwo­nił i powie­dział, że w spra­wie roz­wo­do­wej zło­żono pozew wza­jemny, że Tom trafi do wię­zie­nia i w ogóle, a Purina bar­dzo poważ­nie trak­tuje kwe­stię dobrego imie­nia firmy i jej pra­cow­ni­ków, więc Tom stra­cił pracę...

Co wię­cej, Pat miała wra­że­nie, że Wal­ter posta­wił sobie za cel życiowy, aby Tom ni­gdy wię­cej nie zna­lazł sobie żad­nej pracy.

- Wiele razy skła­dał poda­nia o naprawdę dobre posady - mówiła - ale jego ojciec zawsze zdo­łał jakoś spra­wić, że Tom nie dosta­wał pracy. Nawet gdy chciał wstą­pić do poli­cji kon­nej, jego ojciec jakoś temu zapo­biegł.

Moż­liwe, że fak­tycz­nie tak było. Wro­gość, którą Wal­ter Allan­son żywił wobec swego jedy­nego dziecka, była jasna jak słońce. Ni­gdy nie zaak­cep­to­wał roz­wodu Toma i jego trze­ciego mał­żeń­stwa, a Pat miała wszel­kie prawo, aby mieć do niego żal. Tom szybko prze­ko­nał się jed­nak, że jego żona nie była pacy­fistką i potra­fiła się odgryźć. Zawsze sta­wała po jego stro­nie - co było aku­rat dobre - ale zde­cy­do­wa­nie za dużo wypo­wia­dała się na pewne tematy, co docie­rało do jego ojca i tylko zaogniało kon­flikt.

Gdy wio­sna 1974 roku zamie­niała się powoli w lato, Pat Allan­son pło­nęła już żywym ogniem. Z tą stroną jej oso­bo­wo­ści Tom nie miał jesz­cze do czy­nie­nia. Wie­dział, że potrafi być kocha­jąca i namiętna, pochmurna i smutna, a nie­kiedy prze­ra­żona jak małe dziecko, ale ni­gdy nie widział jej wście­kłej. Zamiast cie­szyć się z tego, że byli wresz­cie z Tomem mał­żeń­stwem, i odpu­ścić sobie, co myśli na ich temat reszta świata, nie­ustan­nie męczyła go, aby "zro­bił coś" ze swoim ojcem.

- I ty nazy­wasz sie­bie męż­czy­zną? - kpiła z niego. - Gdy­byś był męż­czy­zną, to nie pozwo­lił­byś, aby ten czło­wiek trak­to­wał nas w ten spo­sób!

Jej łzy raniły go znacz­nie moc­niej niż słowa - nie mógł znieść widoku pła­czą­cej Pat - ale wie­dział, że ni­gdy nie zdoła wygrać ze swoim ojcem. Nie miał poję­cia, czego Pat od niego ocze­kuje. Chciał żyć swoim wła­snym życiem, zaj­mo­wać się swoją wła­sną farmą, cie­szyć się swoim mał­żeń­stwem - ale Pat była nie­ustę­pliwa. Nie był w sta­nie jej prze­ko­nać, że do szczę­ścia nie jest im potrzebny ani jego ojciec, ani jego pie­nią­dze.

Pat upar­cie trwała przy swoim. Chciała, aby Tom poukła­dał swoje sprawy z rodzi­cami, i doma­gała się zaak­cep­to­wa­nia przez jego rodzinę - nie mogła pogo­dzić się z tym, że jest trak­to­wana przez nich jak śmieć. Mąż, który naprawdę trosz­czy się o swoją żonę, ni­gdy nie pozwo­liłby na to, aby tak ją poni­żano. Ich mał­żeń­stwo trwało led­wie ponad mie­siąc, a już zdą­żyło z niego wypa­ro­wać całe szczę­ście.

Pat zaczęła odsu­wać się od Toma. Z nowo­żeń­cami miesz­kał już pięt­na­sto­letni Ron­nie, ale teraz Pat zaczęła coraz czę­ściej zapra­szać do sie­bie swoje córki - Susan i Deborę oraz innych krew­nych. Ciotka Pat - Alma Stud­dert wraz ze swoją wnuczką Mary Jane Smith regu­lar­nie u nich noco­wały. Pat i Alma potra­fiły całymi godzi­nami prze­sia­dy­wać na weran­dzie z tyłu domu, obser­wu­jąc niebo ciem­nie­jące powoli nad polami Ken­twood. Alma dzi­wiła się jed­nak, że Pat woli spę­dzać ten czas z nią niż w łóżku ze swoim mężem. Córki Pat oraz pozo­stali krewni zauwa­żyli, że ta unika prze­by­wa­nia z Tomem sam na sam. Ude­rzyło ich to, ponie­waż para czy­sto teo­re­tycz­nie na­dal powinna prze­ży­wać swój mie­siąc mio­dowy i nie odry­wać od sie­bie wzroku.

Bli­skie rela­cje z rodziną nie były dla Pat niczym nowym - od zawsze potrze­bo­wała ich, aby zacho­wać poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Ale teraz, gdy miała Toma, który mógł się nią zaopie­ko­wać, jej krewni byli wyraź­nie zmie­szani, widząc jej opory przed życiem z nim w poje­dynkę - może nie chciała powie­dzieć cze­goś, czego mogłaby póź­niej żało­wać? Zacho­wy­wała się, jakby miała zła­mane serce, i choć jej uro­cza apa­ry­cja tego nie zdra­dzała, bli­scy Pat dosko­nale wie­dzieli, że potrze­buje ona nie­ustan­nego wspar­cia emo­cjo­nal­nego. Odrzu­ce­nie ze strony rodzi­ców Toma ją zła­mało - wysy­sało z jej życia wszelką radość i pozo­sta­wiło jej mał­żeń­stwo blade i nija­kie.

Rozdział 4

Mie­siąc mio­dowy Toma i Pat skoń­czył się zde­cy­do­wa­nie za szybko, a sytu­acja pogor­szyła się, jak tylko Mar­gu­re­itte, matka Pat, ode­brała tele­fon w gabi­ne­cie sto­ma­to­loga dzie­cię­cego, gdzie pra­co­wała. Dzwo­nił Wal­ter Allan­son we wła­snej oso­bie.

- Być może ma pani jakiś wpływ na Toma - oznaj­mił bez jakie­go­kol­wiek wstępu. - Czy mogłaby pani mu prze­ka­zać, aby prze­stał robić, to co robi... i zaczął robić to, co do niego należy?

Mar­gu­re­itte Radc­liffe była kobietą, która zapa­mię­ty­wała z deta­lami naj­dłuż­sze i naj­bar­dziej skom­pli­ko­wane roz­mowy. Naj­ła­twiej zaś przy­cho­dziło jej zapi­sy­wa­nie w pamięci dia­lo­gów, które wzbu­dzały w niej szcze­gólne poru­sze­nie ze względu na zacho­wa­nie gorzej wycho­wa­nych ludzi - naj­bar­dziej tych, któ­rzy w nie­przy­chylny spo­sób wypo­wia­dali się o jej córce Patri­cii. Nie dopusz­czała do sie­bie myśli, że Pat mogłaby zro­bić coś nie­wła­ści­wego.

Jak na iro­nię, ojciec Toma uwa­żał, że jego syn nic nie potrafi zro­bić tak, jak należy.

Po pew­nym cza­sie Mar­gu­re­itte - wciąż pełna nie­do­wie­rza­nia - tak opi­sała swoją roz­mowę z Wal­te­rem Allan­so­nem:

- Oznaj­mił mi, że Tommy poja­wił się w miesz­ka­niu swo­jej byłej żony i dolał do mleka for­ma­liny! Zapy­ta­łam: "Czy wezwali pań­stwo poli­cję?". Odpo­wie­dział mi, że tak, poli­cja prze­ba­dała mleko i zna­la­zła w nim for­ma­linę. Mleko było w szklance prze­zna­czo­nej dla ich córeczki. I wtedy on, to zna­czy pan Allan­son, stwier­dził: "Jestem pewien, że to sprawka Toma".

Mar­gu­re­itte była prze­ra­żona. To nie miało żad­nego sensu. Podobne zacho­wa­nie nie było w stylu jej zię­cia. Kochał swoje dzieci i ni­gdy by ich nie skrzyw­dził. Oczy­wi­ście powie­działa o tej dziw­nej roz­mo­wie córce. Gdy Pat usły­szała o oskar­że­niach wysu­wa­nych pod adre­sem jej męża przez Wal­tera Allan­sona, nie­mal wybu­chła na miej­scu. Jak Tom mógł godzić się na to, aby kto­kol­wiek roz­po­wia­dał o nim takie kłam­stwa? Pozwa­lał ojcu i byłej żonie ruj­no­wać swe dobre imię paskud­nymi oszczer­stwami!

Mar­gu­re­itte miała tego wszyst­kiego dość. Nie mogła pozwo­lić, aby kto­kol­wiek ranił Patri­cię w podobny spo­sób. Posta­no­wiła poroz­ma­wiać z Pawem i Noną, dziad­kami Toma, o pro­ble­mach mię­dzy Wal­te­rem a Tomem i Pat. Ci odpo­wie­dzieli jej jed­nak, że nie są w sta­nie nic na to pora­dzić. Spo­koj­nie oznaj­mili, że ich syn zawsze był "ozię­błym czło­wie­kiem".

- Od dziecka trwa w prze­ko­na­niu, że wszystko, co robi w swoim życiu, jest wła­ściwe, że ni­gdy nie popeł­nił błędu. I ani razu nie powie­dział, że cze­go­kol­wiek żałuje...

Mar­gu­re­itte, która od zawsze znana była z tego, że lubiła wty­kać nos w cudze życie, posta­no­wiła wziąć na sie­bie ure­gu­lo­wa­nie spraw mię­dzy Pat a jej nowym teściem. W ponie­dzia­łek 21 czerwca 1974 roku bez żad­nej zapo­wie­dzi udała się do kan­ce­la­rii Wal­tera Allan­sona i zażą­dała zaanon­so­wa­nia swo­jego przy­by­cia. Na recep­cji sie­działa Mary McBride, któ­rej wnuczka Becky cho­dziła do szkoły z cór­kami Pat. Zapy­tała, zacie­ka­wiona, jak się mają. Mar­gu­re­itte była w szoku, gdy zorien­to­wała się, że Mary nie ma poję­cia, iż Tom i Pat są teraz mał­żeń­stwem. Allan­so­no­wie wie­dzieli, jak trzy­mać sprawy w tajem­nicy.

Gdy Wal­ter zakoń­czył swoją roz­mowę przez tele­fon, Mar­gu­re­itte wma­sze­ro­wała gniew­nie do jego gabi­netu, w ogóle nie­zmie­szana jego zasko­czo­nym spoj­rze­niem. Pamięć o ich pierw­szym spo­tka­niu głę­boko wryła jej się w pamięć.

- Panie Allan­son - zaczęła. - Nie chcia­łam tu przy­cho­dzić i spo­ty­kać się z panem, ale nie mia­łam wyboru... Chcia­ła­bym bowiem, aby spo­tkali się pań­stwo z nami. Nie wie­rzę w to, co sły­szę z pana ust. Jest pan twar­dym i suro­wym czło­wie­kiem, ale nie mogę uwie­rzyć, że jaki­kol­wiek ojciec może w ten spo­sób trak­to­wać wła­sne dziecko. Tommy nic nie mówi, ale widzę, że serce mu się łamie przez to, w jaki spo­sób pan i pań­ska żona go trak­tu­je­cie...

Trudno powie­dzieć, aby obu­rzone słowa sto­ją­cej przed nim kobiety zro­biły jakie­kol­wiek wra­że­nie na Wal­te­rze Allan­so­nie.

- Pani Radc­liffe - oznaj­mił zło­wiesz­czo. - Pozwoli pani, że coś wyja­śnię. Jestem Szko­tem: zdy­scy­pli­no­wa­nym i twar­dym czło­wie­kiem. Gdy zry­wam z kimś kon­takt, to robię to raz na zawsze. Ja nie mam syna.

- Panie Allan­son - odparła Mar­gu­re­itte. - Nie wie­rzę, że mówi pan to na poważ­nie. Gdzieś w środku musi pan czuć ina­czej... Musi pan żywić wobec niego jakie­kol­wiek uczu­cia.

- Nie, pani Radc­liffe, wręcz prze­ciw­nie. Gdyby Tommy padł dziś tru­pem, to nie pofa­ty­go­wał­bym się, aby poje­chać na jego pogrzeb, a gdyby był umie­ra­jący i zadzwo­nił do mnie z prośbą o pomoc, to nie kiw­nął­bym nawet pal­cem. Raczej zro­bił­bym wszystko, by dopro­wa­dzić go do ruiny.

- Panie Allan­son! Zawsze go tak pan trak­to­wał?

- Nie. Zmie­nił się jakiś rok temu. Chło­pak ma pew­nie jakie­goś guza.

Mar­gu­re­itte się wypro­sto­wała.

- No wie pan... - zaczęła. - Gdyby moje dziecko miało guza, to nie wymy­śla­ła­bym pod jego adre­sem takich oskar­żeń, tylko zro­bi­ła­bym wszystko, co w mojej mocy, aby prze­ko­nać je do odwie­dze­nia leka­rza.

- Nie dbam o to - odparł Wal­ter Allan­son. Ponow­nie opo­wie­dział histo­rię o tym, jak to Tom dolał do mleka swo­jego dziecka for­ma­liny, i doło­żył do tego kolejną: o tym, że 9 maja dosy­pał do baku jego samo­chodu cukier.

- To nie­moż­liwe - zapro­te­sto­wała Mar­gu­re­itte. - Tom był tego dnia w Stone Moun­tain, brał ślub. Na weselu było ze trzy­sta osób. Naprawdę, panie Allan­son, na pana miej­scu bar­dziej sku­pi­ła­bym się na pro­wa­dzo­nych spra­wach niż na roz­trzą­sa­niu tego, że wszyst­kie nie­po­wo­dze­nia w pań­skim życiu to wina Tommy'ego.

- No cóż - odparł Allan­son, pochy­la­jąc się nad biur­kiem i wpa­tru­jąc twar­dym wzro­kiem w Mar­gu­re­itte. - Powiem pani w takim razie, czego jesz­cze się dopu­ścił. Wczo­raj rano, jakoś mię­dzy dzie­wiątą a trzy­na­stą trzy­dzie­ści, wła­mał się do naszego domu i ukradł z niego trzy pisto­lety.

Wal­ter Allan­son zażą­dał zwrotu broni i poin­stru­ował Mar­gu­re­itte, że Tom ma ode­słać ją pocztą.

- Niech nie przy­nosi mi ich oso­bi­ście, bo zabiję go na miej­scu. Jeśli nie ode­śle mi broni, a poli­cja nie zde­cy­duje się na prze­pro­wa­dze­nie śledz­twa w tej spra­wie, dorwę go.

Mar­gu­re­itte zbla­dła.

- Panie Allan­son, pan chyba nie mówi poważ­nie. Zrobi pan coś takiego, mimo że pań­ski syn nie wyrzą­dził panu żad­nej krzywdy? Nawet jeśli przy­szedłby do pana i oznaj­mił: "Tato, nie wiem, o co w tym wszyst­kim cho­dzi, ale może usiądźmy i prze­dys­ku­tujmy to na spo­koj­nie, puśćmy wszystko w nie­pa­mięć...". Nawet wtedy nie zde­cy­do­wałby się pan wyba­czyć wła­snemu synowi?

- Nie. Ten roz­dział jest już zamknięty. Nie mam syna. Nie mam także syno­wej. Pani córka nie jest moją synową.

Mar­gu­re­itte Radc­liffe wyszła z kan­ce­la­rii z prze­ra­żoną miną. Jej wizyta tylko wszystko pogor­szyła. Odczuła to cała rodzina. Atmos­fera w Ken­twood była w czerwcu tak gęsta, że można byłoby ją kroić nożem.

Liza Price, dawna zna­joma Toma, która poma­gała Pat w orga­ni­za­cji poka­zów kon­nych, miała farmę jakieś sie­dem mil na połu­dnie od Ken­twood. Jej córka Joh­nette tre­no­wała jeź­dziec­two trzy lub cztery razy w tygo­dniu i nie­kiedy dosia­dała na poka­zach mor­gany. Liz była aku­rat obecna, gdy któ­re­goś wie­czoru Tom wszedł do kuchni i z dumą poka­zał Pat cebulę, którą udało mu się wyho­do­wać w ogro­dzie. Liz była w szoku, widząc, jak Pat z iry­ta­cją odpy­cha na bok jego rękę.

- Bez prze­rwy coś do niego miała - wspo­mi­nała potem Liz.

Córka Pat - Susan Alford, która tam­tego lata miała dwa­dzie­ścia jeden lat i czę­sto wpa­dała do Ken­twood ze swoim maleń­kim syn­kiem Seanem, zawsze bez­błęd­nie odczy­ty­wała nastroje matki. Widziała, że Pat cho­dzi napięta jak struna. Bez żad­nego powodu urzą­dzała Tomowi awan­tury. Żądała od niego, by bro­nił jej honoru, udał się do swo­ich rodzi­ców i zmu­sił ich, aby przy­jęli ją do rodziny i uznali ofi­cjal­nie za jego żonę. Susan dostrze­gała, że Tom był bez­gra­nicz­nie zako­chany w Pat i że zro­biłby wszystko, aby tylko ją zado­wo­lić - a przy­naj­mniej wszystko, co w jego mocy.

Ale Tom dobrze wie­dział, że w star­ciu ze swoim ojcem nie ma żad­nych szans. Ni­gdy ich nie miał.

Ciotka Pat - Alma pew­nego czerw­co­wego wie­czoru wyle­gi­wała się na weran­dzie domu w Ken­twood, nie była jed­nak w sta­nie się odprę­żyć.

- Nie wiem, o co dokład­nie cho­dzi - wyznała w roz­mo­wie z Liz Price - ale czuję, że sta­nie się coś nie­do­brego.

?

Dwu­dzie­stego ósmego czerwca Pat była w Ken­twood zupeł­nie sama. Tom poje­chał do Bar­ne­sville pod­ku­wać konie, a Ron­nie powie­dział, że wybiera się do Zebu­lonu, bo pod­ła­pał tam jakąś robótkę malar­ską. Był prze­piękny sło­neczny dzień i Pat wresz­cie czuła się na siłach, aby zabrać się do jakichś prac na far­mie. Wycią­gnęła kosiarkę samo­bieżną. W zezna­niu zło­żo­nym póź­niej przed zastępcą sze­ryfa hrab­stwa Pike Pat opi­sała kosz­mar, który prze­żyła tam­tego popo­łu­dnia.

- Byłam sama na far­mie, a mamy mnó­stwo ziemi, jakieś pięć­dzie­siąt parę akrów... i posta­no­wi­łam sko­sić trawę od strony drogi, to dość daleko od domu. Jecha­łam na małej kosiarce, przy­ci­na­jąc bez­myśl­nie trawę. Dopiero co zaczę­łam pracę, gdy nagle zoba­czy­łam prze­jeż­dża­jącą cię­ża­rówkę. Wyglą­dała jak nasza: nie­bie­ski kam­per. Ale nie mogła nale­żeć do nas, bo nasza ma zde­mon­to­wany dach. Wie pan, jak to jest, jak coś przyj­dzie nagle czło­wie­kowi do głowy i jakoś tak zapada mu nagle w pamięć? No więc jeź­dzi­łam tak kosiarką po oko­licy, obro­bi­łam już dobry akr ziemi. Mię­dzy naszą farmą i sąsied­nim polem jest żywo­płot, ma może ze cztery metry, widzia­łam zza niego tę cię­ża­rówkę. Pomy­śla­łam sobie: kur­czę, facet musi mieć jakieś pro­blemy z autem. I nagle dojeż­dżam do końca żywo­płotu, gdzie rośnie takie wiel­kie drzewo. I on tam stał. Rękawy pod­wi­nięte, spodnie opusz­czone. Nie mia­łam poję­cia, co robić. Wci­snę­łam hamu­lec i sta­łam tak nie­ru­chomo. Wyda­wało mi się, że minęła jakaś godzina, zanim cokol­wiek zro­bi­łam, ale nie mogła to być wię­cej niż sekunda.

Po tym Pat opo­wie­działa o naj­bar­dziej szo­ku­ją­cej czę­ści zaj­ścia. Roz­po­znała tam­tego męż­czy­znę. Latami widy­wała go w East Point, a ostat­nimi czasy jego zdję­cie dru­ko­wano we wszel­kich moż­li­wych gaze­tach i na pla­ka­tach wybor­czych. Obna­żał się przed nią Wal­ter Allan­son, ojciec jej męża!

- Byłam pewna, że to on. Jedyne, co mi nie paso­wało, to to, że w ustach miał cygaro. Ni­gdy nie widzia­łam, aby jego tata uży­wał cygara. Zawsze palił tylko papie­rosy. Wrzu­ci­łam trzeci bieg. Kosiarka ruszyła powoli. Poje­cha­łam do sąsia­dów, ale nie zauwa­ży­łam u nich żad­nych samo­cho­dów, zawró­ci­łam więc po sze­ro­kim łuku i sko­si­łam jesz­cze kawa­łek pola, wra­ca­jąc do domu. Gdy tylko zaje­cha­łam na miej­sce, pogna­łam do środka.

Tom zawsze trzy­mał w domu, jak to nazy­wali, "książkę adre­sową", aby Pat wie­działa dokład­nie, gdzie aktu­al­nie prze­bywa. To na wypa­dek, gdyby dostała kolej­nego "ataku". Pat nie zadzwo­niła do sze­ryfa, tylko naj­pierw wybrała numer do Toma. Była tak spa­ni­ko­wana, że led­wie rozu­miał, o co jej cho­dzi, ale nagle wyrzu­ciła z sie­bie, że widziała przy żywo­pło­cie jego ojca, który stał tam z peni­sem na wierz­chu. Do Toma led­wie docie­rało, co Pat pró­buje mu powie­dzieć - wpa­dła w histe­rię.

- Powie­dział wtedy: "Słonko, na miłość boską, roz­łącz się i dzwoń po sze­ryfa!".

I Pat tak zro­biła. Sze­ryf oznaj­mił jej, że jest już w dro­dze, a nim Pat zdo­łała ponow­nie wybrać numer, roz­legł się dźwięk dzwonka. Po dru­giej stro­nie usły­szała głos Ron­niego, który tele­fo­no­wał z Atlanty - poje­chał tam odwie­dzić Mar­gu­re­itte. Póź­niej Pat zeznała sze­ry­fowi, że była tak prze­ra­żona, iż nie rozu­miała do końca, gdzie tak naprawdę jest Ron­nie. Była pewna, że odma­lo­wuje czyjś dom w Zebu­lo­nie.

Ale czy ist­niał kto­kol­wiek, kto mógłby powie­dzieć, że zawsze wie, gdzie dokład­nie prze­bywa Ron­nie? Wraz ze swoim kolegą Ceci­lem "Roc­kym" Ken­wayem, który czę­sto noco­wał u niego w Ken­twood, jak więk­szość nasto­lat­ków włó­czył się Bóg jeden raczy wie­dzieć gdzie.

Ron­nie powie­dział wów­czas matce, że ma jakieś dziwne prze­czu­cie.

- Mamo, sam nie wiem, dla­czego... ale po pro­stu musia­łem zadzwo­nić i upew­nić się, że wszystko w porządku.

Pat zaczęła opo­wia­dać swo­jemu synowi, co się stało, gdy Ron­nie prze­rwał jej nagle:

- Mamo, czy wszyst­kie drzwi są poza­my­kane?

- Boże, nie wiem. Zacze­kaj chwilę. Zaraz oddzwo­nię.

Odło­żyła słu­chawkę i pobie­gła zamknąć wszyst­kie drzwi, ale wtedy przy­szła jej do głowy strasz­liwa myśl: "Boże, a co, jeśli zamknę się przy­pad­kiem w domu wraz z nim? Mógł dostać się tu przez żywo­płot, który bie­gnie z tyłu domu...".

Ron­nie został na linii, dopóki zastępca sze­ryfa hrab­stwa Pike - Billy Rig­gins nie przy­je­chał z poło­żo­nego dwie i pół mili od Ken­twood Zebu­lonu. Rig­gins zastał na miej­scu piękną, ale roz­hi­ste­ry­zo­waną kobietę, w jed­nej ręce ści­ska­jącą słu­chawkę od tele­fonu, w dru­giej zaś nie­na­ła­do­waną strzelbę kali­ber .22. Rig­gins nie wie­dział, że broń nie jest nała­do­wana, deli­kat­nie wyjął ją więc z jej dłoni, a ona podała mu słu­chawkę.

- Pro­szę, niech powie pan mojemu synowi, że jest pan tu ze mną i że wszystko jest już w porządku.

Po tym, jak Rig­gins poroz­ma­wiał z Ron­niem i się roz­łą­czył, został dosłow­nie zalany poto­kiem słów Pat, która wyrzu­cała z sie­bie, jak bar­dzo prze­ra­żona była, widząc swo­jego teścia przy żywo­pło­cie, wyma­chu­ją­cego przed nią intym­nymi czę­ściami ciała.

- Cho­ro­wa­łam - oznaj­miła sze­ry­fowi Rig­gin­sowi. - Mam pro­blemy z krzep­nię­ciem krwi i potrze­buję dużo świe­żego powie­trza. A jakiś czas temu ule­głam wypad­kowi i mia­łam z tego powodu pod­wyż­szone ciśnie­nie. Dopiero co wyszłam ze szpi­tala. To pierw­szy dzień, gdy czu­łam się na tyle dobrze, aby móc sko­sić trawę. Syn powie­dział mi, że mam pana popro­sić, aby zała­do­wał mi pan strzelbę, żebym miała jak się bro­nić, gdy już pan odje­dzie. Przy­naj­mniej do momentu, gdy nie wróci mój mąż.

- Gdzie trzy­mają pań­stwo naboje? - zapy­tał Rig­gins.

- Nie wiem.

Aku­rat w tej chwili oddzwo­nił Tom, który wyja­śnił Rig­gin­sowi, gdzie znaj­dzie klu­cze do skrytki na broń. Wyjął z niej naboje i poka­zał Pat, jak zała­do­wać strzelbę. Nie to, żeby nie miała doświad­cze­nia z bro­nią palną. Potra­fiła zała­do­wać taki sprzęt i nim strze­lać, a minio­nej jesieni, będąc na polo­wa­niu z Tomem, korzy­stała z nawet moc­niej­szej broni. Ale była zbyt prze­ra­żona, aby jasno myśleć, a do tego trzę­sły jej się ręce.

Rig­gins odno­to­wał, że Pat była potwor­nie zawsty­dzona, ale do dia­bła! Która kobieta nie byłaby zawsty­dzona w takiej sytu­acji? Oglą­da­nie intym­nych czę­ści ciała krew­nego jest upo­ka­rza­jące. Nie jest natu­ralne.

- Czy mogłaby pani opi­sać męż­czy­znę, któ­rego pani widziała? - popro­sił.

- Tak - odpo­wie­działa ostroż­nie. - Oczy­wi­ście... To zna­czy cho­dzi mi o to, że wiem, iż to mój teść... Stał tam, na gło­wie miał ten sam kape­lusz, co zawsze: z sze­ro­kim ron­dem. Rękawy koszuli miał pod­wi­nięte, a gdy tylko mnie zoba­czył, to opu­ścił spodnie. Jed­no­cze­śnie myśla­łam sobie jed­nak: "Jakim cudem to może być jego ojciec?". Rozu­mie pan? Ale wiem, że to on.

Zastępca sze­ryfa zdo­łał jakoś uspo­koić Pat i zasu­ge­ro­wać, aby zasta­no­wiła się z mężem, czy chcą wysto­so­wać oskar­że­nie wobec jego ojca. Gdy odjeż­dżał do kolej­nego wezwa­nia, Pat wyda­wała się spo­kojna.

Była to druga wizyta Rig­ginsa na far­mie Ken­wood Mor­gan. Na początku kwiet­nia Tom Allan­son powia­do­mił go tele­fo­nicz­nie, że ktoś podziu­ra­wił jeden z jego samo­chód amu­ni­cją kali­ber .22. Samo­chód stał za staj­nią i wyglą­dał, jakby ktoś zro­bił sobie z niego tar­czę strzel­ni­czą. Rig­gins ni­gdy nie zdo­łał usta­lić żad­nego podej­rza­nego, a sam Tom też nie miał pomy­słu, kto mógłby zro­bić coś podob­nego. Ken­twood odwie­dzało wów­czas mnó­stwo gości, do tego poza Tomem i Pat miesz­kał tam jesz­cze Ron­nie i oka­zjo­nal­nie jego kolega. Tym razem jed­nak podej­rzany został bez pro­blemu ziden­ty­fi­ko­wany.

Gdy kilka minut po odjeź­dzie Rig­ginsa do domu wró­cił Tom, z głę­bo­kim wzbu­rze­niem wysłu­chał oskar­żeń, które Pat wysu­nęła prze­ciwko teściowi. Ojciec był nie­kiedy wred­nym sukin­sy­nem, ale Tom nie potra­fił wyobra­zić go sobie w roli eks­hi­bi­cjo­ni­sty. Wal­ter był zbyt wyra­cho­wany, aby dopu­ścić się cze­goś takiego - a przy­naj­mniej tak zawsze wyda­wało się Tomowi. Ale prze­cież jego ojciec poprzy­siągł sobie, że na wszel­kie moż­liwe spo­soby uprzy­krzy im życie.

Tom zadzwo­nił do kan­ce­la­rii ojca, ale nikt nie ode­brał. Życie powoli wymy­kało mu się spod kon­troli. Złość jego ojca wobec niego to jedno - do tego był przy­zwy­cza­jony. Ale od pew­nego czasu każdy kolejny dzień przy­no­sił nową kata­strofę. Mar­gu­re­itte prze­ka­zała mu, że jego ojca nie obcho­dzi, czy Tom będzie żył, czy nie, a gdy umrze, to nawet nie pofa­ty­guje się, aby splu­nąć na jego grób. Ojciec oskar­żył go ponadto o próbę doda­nia tru­ci­zny do mleka poda­nego jemu wła­snemu dziecku oraz o kra­dzież broni. Do tego Pat była prze­ko­nana, że jego nie­po­wo­dze­nia zawo­dowe były sprawką ojca i że gdyby tylko ten miał ku temu oka­zję, to bez waha­nia zabiłby Toma. Dokład­nie to samo powie­działa mu też pani Radc­liffe. Nawet Nona i Paw ostrze­gali go, że może być w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Tom czuł, jak wzbiera w nim wście­kłość. Biedna Pat była prze­cież taka chora, że ledwo cho­dziła, nie­ustan­nie cier­piała na ból w oboj­czyku, a mimo to pró­bo­wała pomóc z pro­wa­dze­niem farmy, kosząc trawę. Jak jego ojciec śmiał ją tak prze­ra­zić i wypro­wa­dzić z rów­no­wagi? W tej chwili Tom zro­zu­miał, że Pat miała rację: wyczy­nów Wal­tera Allan­sona nie można było tak zosta­wić. Nie mogli pozwo­lić sobie na takie trak­to­wa­nie. Jak bar­dzo by się tego nie bał, Tom wie­dział, że musi się zmie­rzyć ze swoim rodzi­cem.

Rozdział 5

Wal­ter O'Neal Allan­son i jego żona Mil­ford - przez wszyst­kich nazy­wana Caro­lyn - w czerwcu 1974 roku mieli po pięć­dzie­siąt jeden lat. Od trzy­dzie­stu dwóch - czyli przez ponad połowę swo­jego życia - byli mał­żeń­stwem. Miesz­kali w East Point, prze­pięk­nym przed­mie­ściu Atlanty, przy­le­ga­ją­cym do mia­sta od pół­noc­nego zachodu. Według zgod­nych opi­nii sta­no­wili szczę­śliwą parę, cho­ciaż nie­któ­rzy twier­dzili, że w wieku czter­dzie­stu kilku lat Wal­ter miał romans. Nawet jeśli, Caro­lyn puściła to w nie­pa­mięć - kobieta, z którą miał być rze­komo zwią­zany, nie żyła już od wielu lat. Po pięć­dzie­siątce Wal­ter Allan­son niczym zre­for­mo­wana pro­sty­tutka doro­bił się nie­mal pury­tań­skiego poglądu na temat świę­to­ści mał­żeń­stwa. Jeśli w grę wcho­dziły dzieci, to ze wszyst­kich sił sprze­ci­wiał się roz­wo­dowi - był to pogląd poten­cjal­nie dość pro­ble­ma­tyczny dla adwo­kata zaj­mu­ją­cego się pra­wem cywil­nym.

Wal­ter był przy­stoj­nym męż­czy­zną o siwych wło­sach, kry­sta­licz­nie błę­kit­nych oczach i równo ogo­lo­nej twa­rzy - oprócz krót­kiej bródki, któ­rej doro­bił się w śred­nim wieku. Duża Caro­lyn była piękną kobietą i rzadko kiedy nakła­dała maki­jaż. Jej brą­zowe, upięte z tyłu włosy oka­lały jej twarz nie­rów­nymi falami. Nie była ani szczu­pła, ani otyła - miała po pro­stu solidną, pełną figurę.

Kolejne mie­siące po tym, jak Wal­ter ogło­sił, że będzie star­to­wał w wybo­rach na sędziego, zano­siły się na naj­trud­niej­sze, ale i naj­bar­dziej eks­cy­tu­jące, Allan­so­no­wie z czymś takim jesz­cze się bowiem nie mie­rzyli. Wal­ter cie­szył się dobrą opi­nią, nie było więc żad­nego powodu, dla któ­rego miałby nie wie­rzyć w swoje zwy­cię­stwo w jesien­nych wybo­rach. Caro­lyn z rado­ścią pra­co­wała jako pie­lę­gniarka w gabi­ne­cie miej­sco­wego leka­rza, ale wraz z Wal­terem każ­dego dnia wra­cała do domu na lunch. Zawsze prze­by­wali razem. Nawet jeśli począt­kowy żar pod­trzy­mu­jący ich mał­żeń­stwo przy­gasł, to na­dal byli dla sie­bie odda­nymi towa­rzy­szami.

Wal­ter pocho­dził z pro­stej rodziny - jego krewni byli nie­wy­kształ­ceni, cecho­wali się jed­nak pewną wro­dzoną inte­li­gen­cją. Za dziecka doświad­czył biedy, w doro­słym życiu ważne było zatem dla niego, aby zawsze mieć pie­nią­dze, które pozwo­li­łyby mu sta­wić czoła prze­ciw­no­ściom jutra. Kupił w dobrej cenie dom przy Nor­man Berry Drive 1458 w East Point. Oko­lica ucho­dziła wów­czas za jedną z naj­lep­szych, a jego uliczka była uro­czym zakąt­kiem, prze­cię­tym rów­nym, zie­lo­nym rzę­dem mło­dych drze­wek z nie­wiel­kim zagaj­ni­kiem na wysepce pośrodku. Rus­sell High School, Alma Mater Wal­tera, była tuż obok, po dru­giej stro­nie Nor­man Berry.

Dom pocho­dził z lat czter­dzie­stych. Zbu­do­wany był z czer­wo­nej cegły, przy­kryty sko­śnym dachem, z któ­rego wysta­wały nie­wiel­kie okienka. Był to porządny dom, ulo­ko­wany na pła­skim tere­nie wysoko ponad Nor­man Berry Drive - czło­wiek mógł dostać solid­nej zadyszki od samego wspi­na­nia się po pod­jeź­dzie. Gęsto rosnące dęby, sosny, lau­rowe żywo­płoty i rodo­den­drony wygłu­szały gwar dobie­ga­jący z ulicy i oddzie­lały dom Allan­so­nów od sąsia­dów.

Dom matki Caro­lyn, "Mamy Mae" Law­rence, stał na zachód od nich, ale gęsto rosnące drzewa w zasa­dzie unie­moż­li­wiały zoba­cze­nie go. Za domem Wal­ter zbu­do­wał altanę wino­gro­nową, która buj­nie roz­kwi­tała. Pośrodku pod­jazdu wylał nie­dużą, beto­nową zatoczkę, aby mógł zawra­cać na niej samo­cho­dem bez koniecz­no­ści wyjeż­dża­nia na wstecz­nym za każ­dym razem 60 metrów do samej ulicy. Nie wyglą­dała szcze­gól­nie pięk­nie, ale była prak­tyczna. A jeśli o Wal­terze Allan­so­nie można było powie­dzieć coś pew­nego, to to, że był nad wyraz prak­tyczny.

Prag­ma­tyczne spoj­rze­nie na życie spra­wiło, że przed kilku laty zerwał wszel­kie kon­takty ze swoją sio­strą Jean, która miesz­kała wraz z mężem zale­d­wie kilka ulic dalej. Teraz zaś surowe poglądy na kwe­stie moral­no­ści dopro­wa­dziły go do zerwa­nia sto­sun­ków z synem. Wal­ter szcze­rze nie­na­wi­dził Pat i wolał stra­cić Toma niż wyko­nać w stronę jego nowej żony jaki­kol­wiek przy­ja­zny gest. Wal­ter nie potrze­bo­wał w swoim życiu nikogo, kto kwe­stio­no­wałby jego auto­ry­tet. Tom od dzie­ciń­stwa zda­wał sobie z tego dosko­nale sprawę.

Wielu ludzi nie prze­pada za oso­bami takimi jak Wal­ter Allan­son. Praw­nicy czę­sto dora­biają się wro­gów, cza­sami nawet nie­świa­do­mie. Na prze­strzeni lat Wal­ter repre­zen­to­wał sporą grupkę klien­tów, któ­rzy mieli poczu­cie, że nie otrzy­mali z jego strony nale­ży­tej uwagi. Ale jego to nie prze­ra­żało. Zawsze uwa­żał, że jest w sta­nie obro­nić się przed tym, co tylko los postawi mu na dro­dze. Mimo wszystko jego part­ner z kan­ce­la­rii Al Roberts, jego asy­stent oraz sekre­tarz zgod­nie zauwa­żyli, że pod koniec czerwca 1974 roku Wal­ter zro­bił się strasz­nie ner­wowy i spięty - w ogóle nie przy­po­mi­nał daw­nego sie­bie.

?

W sobotę 29 czerwca 1974 roku Caro­lyn i Wal­ter Allan­so­no­wie wyszli z domu przy Nor­man Berry Drive krótko po dzie­wią­tej i wsie­dli do ich bia­łego forda rocz­nik 1963. Wal­ter chciał przyj­rzeć się jed­nej ze swo­ich nie­ru­cho­mo­ści. Gdy ruszali w stronę jeziora Lanier w hrab­stwie For­syth, na pół­nocny wschód od Atlanty, był piękny, cie­pły pora­nek, nie­śmiało zwia­stu­jący upał, który miał nastą­pić za kilka godzin. Wal­ter posia­dał w tam­tych stro­nach tro­chę ziemi. Nie było tam jesz­cze żad­nych domów, ale oko­lica przed­sta­wiała się cudow­nie, a nie­da­leko stało mnó­stwo boga­tych domów - zarówno let­ni­sko­wych, jak i cało­rocz­nych. Wraz z Tom­mym zbu­do­wali tam kie­dyś porządną przy­stań. Ale nie­spo­dzie­wa­nie nade­szła fatalna zima 1971 roku, a przy­stań pokryła się tak grupą war­stwą lodu, że zato­nęła pod tym cię­ża­rem. Tommy nur­ko­wał wie­lo­krot­nie w jezio­rze, by obwią­zać spo­czy­wa­jącą na dnie kon­struk­cję linami i wraz z Wal­terem wycią­gnąć ją na powierzch­nię, co w końcu się powio­dło. Z pomocą Jake'a Daileya, naj­lep­szego przy­ja­ciela Wal­tera, udało im się całość wyczy­ścić i zaczęli budowę od początku. Tommy przez jakiś czas pra­co­wał przy wzno­sze­niu nowej przy­stani, ale rzu­cił to, gdy Wal­ter zaczął uży­wać sobie na Pat. Ten drugi musiał więc dokoń­czyć robotę sam, bez pomocy syna.

Jezioro znaj­do­wało się naj­wy­żej godzinę jazdy od Atlanty, ale rów­nie dobrze hrab­stwo For­syth mogłoby leżeć na zupeł­nie innej pla­ne­cie: dokąd­kol­wiek by się tam poszło, czło­wiek ze wszyst­kich stron bom­bar­do­wany był ofertą sma­żo­nego suma z dodat­kiem zapie­ka­nej kuku­ry­dzy, kapu­sty, bata­tów, chleba kuku­ry­dzia­nego, cia­ste­czek czy sosu bar­be­que - a wszystko to po led­wie kilka dola­rów za por­cję. Było powszech­nie wia­domo, że w hrab­stwie For­syth czar­no­skó­rzy mieli zakaz prze­miesz­cza­nia się po zmroku. Ostrze­że­nia pod ich adre­sem nie wisiały już na każ­dym murze, ale dawne resen­ty­menty na­dal były żywe. W oko­licy podobno na­dal aktyw­nie dzia­łał Ku Klux Klan.

Stary ford Allan­so­nów, nieco prze­rdze­wiały w oko­li­cach drzwi, nie był może naj­bar­dziej repre­zen­ta­tyw­nym samo­cho­dem dla przy­szłego sędziego, ale dobrze się spra­wo­wał. Wal­ter i Caro­lyn jechali z opusz­czo­nymi szy­bami, roz­ko­szu­jąc się zapa­chem nagrza­nych od słońca sosno­wych igieł oraz wypa­la­nej czer­wo­nej gliny. Wszę­dzie wokół rosło kudzu, wspi­na­jąc się nie­kiedy aż do połowy słu­pów tele­fo­nicz­nych i pnąc się upar­cie wyżej i wyżej, tak jakby chciało pochło­nąć wszyst­kie rośliny, ogro­dze­nia i wszel­kie inne prze­szkody na swo­jej dro­dze. Prze­je­chali przez rzekę Chat­ta­ho­ochee i rosnące po bokach sosny się zagę­ściły. Beto­nowe kana­liki cze­kały cier­pli­wie na wysu­szo­nym pobo­czu, aż ulewa napełni je desz­czówką. W czerwcu były jed­nak rów­nie przy­datne, co ozdoby świą­teczne. Na wysu­szoną oko­licę od dawna nie spa­dła choćby kro­pla desz­czu.

Z każdą kolejną milą za Atlantą atmos­fera powoli się zmie­niała. Wokół wykwi­tały znaki rekla­mu­jące syrop z sorgo, goto­wane orzeszki ziemne i tytoń do żucia. W Cum­ming, sto­licy hrab­stwa, starsi faceci sie­dzieli przed dom­kami z czer­wo­nej cegły sto­ją­cymi wzdłuż Main Street i plot­ko­wali, obga­du­jąc innych, wspo­mi­na­jąc lep­sze dni i wyplu­wa­jąc pod nogi prze­żuty tytoń.

Wal­ter zwol­nił przy skrzy­żo­wa­niu przy Ham­mond Cor­ners, zatrzy­mał się, po czym ruszył przed sie­bie drogą 306, jadąc nią do samego końca, to zna­czy do auto­strady numer 53. Poko­ny­wał tę trasę tyle razy, że prak­tycz­nie nie zwra­cał uwagi na znaki. Skrę­cił w pięć­dzie­siątkę trójkę, a na roz­wi­dle­niu odbił w lewo, kie­ru­jąc się ku jezio­rze poło­żo­nemu przy Tru­man Moun­tain Road.

Wal­ter zga­sił papie­rosa w szkla­nej popiel­niczce sto­ją­cej chwiej­nie na desce roz­dziel­czej i zer­k­nął w stronę sklepu J.C. Jonesa. Był to dzi­waczny, kan­cia­sty budy­nek z poma­lo­wa­nych na biało beto­no­wych blo­ków, ale dla Jonesa sta­no­wił istną kopal­nię złota. Przed skle­pem stały dys­try­bu­tory z ben­zyną i wisiały stare znaki: "PEPSI", "LÓD" oraz "PRZY­NĘTY NA RYBY". Jones był bystrym, kor­pu­lent­nym i weso­łym face­tem. Wal­ter dosko­nale wie­dział, że swego czasu kupił on długi na ponad milę pas ziemi wzdłuż pięć­dzie­siątki trójki, gdy ten kosz­to­wał jesz­cze gro­sze. Wraz ze swoją uro­czą żoną pra­co­wali od szó­stej rano aż do pół­nocy, sprze­da­jąc przy­jezd­nym wszystko, czego tylko potrze­bo­wali - od haczy­ków do łowie­nia ryb po ręcz­nie robione, domowe kanapki i lemo­niadę. Nie­ustan­nie odgra­żali się, że przejdą w końcu na eme­ry­turę i zamkną inte­res, ale na razie były to tylko groźby.

Wal­ter zasta­no­wił się przez moment, czy nie zaje­chać do sklepu, ale stwier­dził w końcu, że jeśli będą cze­go­kol­wiek potrze­bo­wać nad jezio­rem, to zawsze mogą pod­je­chać te parę mil. Zwol­nił, skrę­ca­jąc w lewo w wąską drogę Tru­man Moun­tain. Dęby, pinie i sosny rosły tu tak gęsto, że jechało się w przy­jem­nym cie­niu. Pro­mie­nie sło­neczne roz­le­wały się deli­kat­nie w gęstwi­nie. Było tak cicho i spo­koj­nie, że czło­wiek sły­szał samo­chody prze­my­ka­jące nie­mal 60 metrów dalej auto­stradą numer 53, odgro­dzoną od drogi wąskim pasem lasu. Wal­ter zapa­lił kolej­nego papie­rosa i obró­cił się do żony, aby coś jej powie­dzieć.

Strzały padły bez żad­nego ostrze­że­nia. Ktoś celo­wał do nich z pra­wej, od strony lasu, rosną­cego może z dwa metry od nich. Nie było szansy, aby pró­bo­wać się bro­nić lub robić uniki samo­cho­dem. Wal­ter i Caro­lyn Allan­so­no­wie byli cał­ko­wi­cie bez­radni, uwię­zieni w ostrze­li­wa­nym samo­cho­dzie.

- Co się dzieje?! - Tylko tyle zdo­łała wykrzyk­nąć Caro­lyn, nim jej mąż pchnął ją na pod­łogę i dodał gazu.

Obe­rwali, a przy­naj­mniej obe­rwał ich samo­chód. Raz, może dwa. Nie, wię­cej. I nie, nie tylko samo­chód - oni też dostali. Wal­ter czuł, jak po twa­rzy spływa mu strużka krwi, i czuł, że oboje z żoną krwa­wią. Kule raz po raz tra­fiały w wóz. Naj­pierw szyba na wprost Caro­lyn pokryła się paję­czynką pęk­nięć, póź­niej to samo stało się z szybą przed nim, aż wresz­cie pocisk tra­fił w boczną szybę, która roz­sy­pała się w drobny mak, zale­wa­jąc wnę­trze dro­bin­kami szkła.

Jechał na oślep przed sie­bie, sły­sząc, jak nie­spo­dzie­wa­nie kula tra­fia w tylną szybę, roz­bi­ja­jąc ją na kawałki.

Gdy skoń­czyły się strzały, zapa­no­wała taka cisza, że Wal­ter sły­szał wyraź­nie wiatr szu­miący mię­dzy drze­wami. Zer­k­nął za sie­bie, ale nie wypa­trzył nikogo. Drżącą ręką pomógł żonie się pod­nieść, nie tra­cąc ani chwili. Oboje mieli skórę pociętą odłam­kami szkła i krwa­wili.

Ale żyli.

Miesz­czące się w Cum­ming biuro sze­ryfa hrab­stwa For­syth ode­brało wezwa­nie o jede­na­stej dwa­dzie­ścia. Sze­ryf Donald Pir­kle wraz ze swo­imi zastęp­cami: Jimem Ave­rym, Ran­dal­lem Par­ke­rem i Richar­dem Sat­ter­fiel­dem udali się do sklepu J.C. Jonesa. Samo­chód Allan­so­nów został tra­fiony w sumie dzie­więć razy. W cza­sie oglę­dzin funk­cjo­na­riu­sze zna­leźli frag­menty czte­rech poci­sków, które utkwiły wewnątrz pojazdu.

Jadąc w stronę jeziora, sze­ryf i jego ludzie natknęli się na miej­sce dosko­nale przy­go­to­wane na zasadzkę. Ścięte, równo uło­żone sosnowe gałę­zie two­rzyły zasłonę, za którą z całą pew­no­ścią ukrył się strze­lec, cał­ko­wi­cie nie­wi­doczny od strony drogi. Na ziemi leżała wciąż jesz­cze zimna puszka z nie­do­pi­tym piwem i sześć paczek amu­ni­cji kali­bru .22. Za kry­jówką śled­czy odkryli także leśną ścieżkę bie­gnącą w stronę auto­strady numer 53. Na piasz­czy­stym grun­cie zacho­wały się led­wie widoczne ślady w kształ­cie zyg­zaka, świad­czące o tym, że nie­dawno stał tu duży samo­chód.

Ktoś naj­wy­raź­niej cze­kał cier­pli­wie w potwor­nym czerw­co­wym upale, aż to jedno kon­kretne auto będzie prze­jeż­dżać drogą Tru­man Moun­tain. Odstępy mię­dzy poła­ma­nymi gałę­ziami dawały strzel­cowi dosko­nały widok na drogę, aż do samego sklepu Jone­sów. To cud, że Allan­so­no­wie nie obe­rwali ani jedną kulą. No chyba że zamia­rem odda­ją­cego strzały było ich tylko nastra­szyć.

Bez względu na to, kim był napast­nik, zde­cy­do­wa­nie udało mu się osią­gnąć pożą­dany efekt. Ręka Wal­tera Allan­sona drżała, gdy pró­bo­wał zapa­lić papie­rosa. "Tak", odpo­wie­dział na pyta­nie Sat­ter­fielda. Domy­ślał się, kto mógł urzą­dzić na nich zasadzkę.

- Mój syn. Myślę, że był to mój syn. Mie­li­śmy już z nim pro­blemy. Kilka mie­sięcy temu ukradł mi z domu broń.

Allan­son podał imię swo­jego syna.

- Tommy. Wal­ter Tho­mas Allan­son. Mieszka w miej­sco­wo­ści Zebu­lon w Geo­r­gii.

?

Tam­tego wie­czoru Pat i Tom jedli kola­cję z puł­kow­ni­kiem i Mar­gu­re­itte na ich ran­czu przy Tell Road w East Point. Było około osiem­na­stej trzy­dzie­ści. Tam dotarła do nich wia­do­mość, że Nona i Paw koniecz­nie muszą z nimi poroz­ma­wiać - to wła­śnie od nich dowie­dzieli się, że ktoś ostrze­lał samo­chód rodzi­ców Toma w pobliżu jeziora Lanier.

Tom zasta­na­wiał się, dla­czego jego życie z dnia na dzień staje się coraz dziw­niej­sze i bru­tal­niej­sze. Nie miał poję­cia, kto mógłby chcieć ostrze­lać samo­chód jego ojca. Jego zda­niem rów­nie dobrze mógł to być nawet wypa­dek, może w auto tra­fił jakiś nie­wy­da­rzony idiota polu­jący na jele­nie. Pat w ogóle się tym nie przej­mo­wała. Skoro Wal­ter Allan­son posta­no­wił trak­to­wać ją jak zwy­kłego śmie­cia, to jego pro­blemy nie były jej sprawą. Uwa­żała, że był złym czło­wie­kiem, co przy­po­mniała Tomowi, i w związku z tym miał praw­do­po­dob­nie mnó­stwo wro­gów. Moż­liwe nawet, że pró­bo­wał obna­żać się przed czy­jąś żoną lub córką - i jakie­goś faceta roz­wście­czyło to tak bar­dzo, że nie zawra­cał sobie głowy ofi­cjal­nymi, legal­nymi kana­łami zała­twia­nia tego typu spraw.

Ale Tom był inny - Tom zała­twiał sprawy jak należy. W ponie­dzia­łek 1 lipca Pat i Tom poja­wili się o sie­dem­na­stej pięt­na­ście na poste­runku poli­cji w East Point. Mówiła głów­nie Pat - roz­trzę­siona i zapła­kana. Żądała nakazu aresz­to­wa­nia Wal­tera O. Allan­sona, oskar­żała go o nie­oby­czajne zacho­wa­nie i dzwo­nie­nie z pogróż­kami. Sier­żant Char­les Butts poin­for­mo­wał Pat i Toma, że poli­cja z East Point nie spra­wuje jurys­dyk­cji nad Zebu­lo­nem, i poin­stru­ował ich, że powinni zgło­sić się do sze­ryfa hrab­stwa Pike albo na poli­cję w Zebu­lo­nie.

Dopóki Pat nie roz­sy­pała się zupeł­nie i nie zaczęła zano­sić się pła­czem, Tom stał cicho za jej ple­cami. Gdy ta nie była już w sta­nie mówić, wysu­nął się do przodu i oznaj­mił But­t­sowi:

- Mój ojciec kan­dy­duje w tym hrab­stwie na sędziego. Ale taki czło­wiek nie powi­nien ubie­gać się o żadne sta­no­wi­sko.

Butts zarze­kał się póź­niej, że Tom dodał pod nosem coś w stylu: "Jak to się nie skoń­czy, to sam zabiję tego dra­nia".

Moż­liwe, że fak­tycz­nie to powie­dział. Doszło więc do tego, że zarówno ojciec, jak i syn gro­zili sobie wza­jem­nie. Tom nie wie­dział jesz­cze, że ojciec posą­dził go o strze­la­ninę nad jezio­rem Lanier. Z kolei Wal­ter Allan­son nie miał poję­cia, że Pat oskar­żyła go o eks­hi­bi­cjo­nizm.

We wto­rek 2 lipca Mar­gu­re­itte ode­brała tele­fon w swoim gabi­ne­cie. Była zasko­czona, sły­sząc w słu­chawce głos Wal­tera Allan­sona. Nie spo­dzie­wała się, że jesz­cze kie­dy­kol­wiek do niej zadzwoni. Po pierw­szym spo­tka­niu, do któ­rego doszło w jego kan­ce­la­rii, tak bar­dzo oba­wiała się Allan­sona, że zgło­siła się na poli­cję w East Point, aby powie­dzieć o tym, jak nie­bez­piecz­nym jest on czło­wie­kiem - szcze­gól­nie dla Toma. O swo­ich oba­wach wzglę­dem ojca Toma opo­wie­działa także kole­żan­kom w pracy. A teraz, nagle, znów z nim roz­ma­wiała.

- Z tej strony Allan­son.

- Tak, panie Allan­son?

- Pani Radc­liffe, o któ­rej godzi­nie jada pani lunch?

Odpo­wie­działa mu, że zwy­kle je mię­dzy dwu­na­stą a trzy­na­stą, w zależ­no­ści od liczby pacjen­tów.

- Dzi­siaj pew­nie wyjdę nieco póź­niej - dodała.

- Chciał­bym coś pani powie­dzieć... i poka­zać.

- Dobrze, panie Allan­son, z przy­jem­no­ścią się z panem spo­tkam.

- Czy zgo­dzi­łaby się pani przy­je­chać do mnie do domu?

Zgo­dziła się, ale gdy tylko odło­żyła słu­chawkę, natych­miast oto­czyli ją współ­pra­cow­nicy, prze­ra­żeni tym, jak mogła w ogóle o czymś takim pomy­śleć. Uwa­żali, że facet był ewi­dent­nie nie­zrów­no­wa­żony i nara­żała się na poważne nie­bez­pie­czeń­stwo. Było nie było, "coś" poka­zał już Pat.

- Ni­gdy w życiu nie pój­dziesz do domu tego czło­wieka - stwier­dziła ostro jedna z jej kole­ża­nek. - Jeśli tylko spró­bu­jesz, to natych­miast zadzwo­nię do puł­kow­nika Radc­liffe'a i mu o wszyst­kim opo­wiem.

Jak się jed­nak oka­zało, Wal­ter Allan­son nie miał żad­nego pro­blemu z tym, aby przy­je­chać do gabi­netu den­ty­stycz­nego. Zaje­chał przed budy­nek swoim samo­cho­dem - obtłu­czone szyby skle­jone były taśmą. Wyglą­dał, jakby żyw­cem wycią­gnięto go z pola bitwy pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej. Zapre­zen­to­wał jej samo­chód, a Mar­gu­re­itte zadrżała, uświa­do­miw­szy sobie, że stoi obok bar­dzo nie­bez­piecz­nego męż­czy­zny.

Wal­ter oznaj­mił Mar­gu­re­itte, że winą za ostrze­la­nie samo­chodu obciąża Toma. Bły­ska­wicz­nie zapro­te­sto­wała, odpo­wia­da­jąc, że w chwili, gdy doszło do zasadzki na Allan­so­nów, Tom i Pat prze­by­wali w Litho­nii, pod­ku­wa­jąc konie. Może to potwier­dzić całe mnó­stwo świad­ków.

- Panie Allan­son, powtó­rzę to panu raz jesz­cze. Dla­czego nie zacznie pan szu­kać kogoś innego, kto mógłby za tym stać?

Allan­son otwo­rzył drzwi pojazdu i zapro­sił ją do środka.

- Tym razem naprawdę byłam cała roz­trzę­siona - wspo­mi­nała póź­niej Mar­gu­re­itte. - "Nie, panie Allan­son", odpo­wie­dzia­łam mu. "Jest gorąco, a ja nie mam wiele czasu na poga­duszki z panem". A potem doda­łam: "Panie Allan­son, byłą żonę Toma spo­tka­łam oso­bi­ście tylko raz, ale wiele razy roz­ma­wia­łam z nią przez tele­fon. Niech mi pan powie, tak szcze­rze: jaka ona jest? Jest ner­wowa? Czy mia­łaby jakiś powód, aby chcieć pana skrzyw­dzić? Czy mia­łaby z tego jakąś korzyść, poza tym, że zra­ni­łaby Toma?".

- No cóż - miał według Mar­gu­re­itte odpo­wie­dzieć Allan­son - jest ner­wowa i szybko wpada w złość, ale nie mam poję­cia, dla­czego mia­łaby chcieć zro­bić coś podob­nego.

Mar­gu­re­itte dalej pró­bo­wała pomóc mu usta­lić, kto mógł zor­ga­ni­zo­wać zasadzkę. Wal­cząc o to, aby zacho­wać spo­kój, raz jesz­cze zasu­ge­ro­wała, że sprawcą mógł być były klient, który szcze­rze go za coś znie­na­wi­dził. Przy oka­zji wycią­gnęła temat incy­dentu z Ken­twood z poprzed­niego piątku, cho­ciaż roz­ma­wia­nie o męskich orga­nach intym­nych z kimś, kogo znała tak słabo, było dla niej, dobrze wycho­wa­nej damy, potwor­nie krę­pu­jące. Szcze­gól­nie, że roz­ma­wiała z męż­czy­zną oskar­żo­nym o eks­hi­bi­cjo­nizm.

Allan­son spoj­rzał na nią, jakby postra­dała zmy­sły.

- Pani Radc­liffe - wes­tchnął. - Jako mason i dżen­tel­men mogę przy­siąc, że w ubie­gły pią­tek nie poja­wi­łem się w hrab­stwie Pike i nie obna­ży­łem się przed pani córką. Od bar­dzo, bar­dzo dawna nie odwie­dza­łem tam­tych oko­lic. Pro­szę pani, cier­pię na silne nad­ci­śnie­nie i jestem pod opieką leka­rza. Przyj­muję leki, które ogra­ni­czają moje życie sek­su­alne. Od pew­nego czasu w ogóle nie upra­wiam seksu. Po co więc miał­bym jechać tam i obna­żać się przed pani córką? Pani Radc­liffe, gdyby ktoś chciał mnie zapre­zen­to­wać na wysta­wie kwia­tów, to musiałby mnie zgło­sić w kate­go­rii suszo­nego bukietu!

Jak wspo­mi­nała póź­niej Mar­gu­re­itte Radc­liffe, całe to spo­tka­nie z ojcem Toma było dla niej na wskroś prze­ra­ża­jące, szo­ku­jące i odra­ża­jące - takie samo byłoby dla każ­dej deli­kat­nej kobiety. Ona jed­nak wal­czyła w obro­nie swo­jej córki i jej mał­żeń­stwa. Z tru­dem przy­szło jej kon­ty­nu­ować roz­mowę z Allan­so­nem po jego bez­ce­re­mo­nial­nym stwier­dze­niu na temat seksu, ale mimo wszystko zdo­była się na to.

- I wtedy, zbie­ra­jąc się już do odjazdu, nagle odwró­cił się do mnie jesz­cze raz i powie­dział: "Pani Radc­liffe, niech prze­każe pani Tommy'emu, że go dorwę, bo teraz naprawdę zalazł mi za skórę. Nie obcho­dzi mnie, co ma pani na ten temat do powie­dze­nia ani jakich świad­ków nie wygrze­bie. Wiem, że to on odpo­wiada za te wszyst­kie prze­stęp­stwa. I zabiję go za to przy pierw­szej oka­zji. Wie pani co? Myślę, że to będzie w ten week­end. Myślę, że wtedy spró­buje znowu mnie dostać. Niech mu pani prze­każe, że lepiej dla niego, żeby był lep­szy w robie­niu uni­ków niż w strze­la­niu, bo ja się nie boję umrzeć za sprawę. Tak, myślę, że cała ta awan­tura roz­strzy­gnie się w naj­bliż­szy week­end".

Mar­gu­re­itte wró­ciła do biura i poin­for­mo­wała swoje kole­żanki, że podej­rzewa, iż Wal­ter Allan­son jest chory, że praw­do­po­dob­nie ma guza i że jest bar­dzo, bar­dzo nie­bez­piecz­nym czło­wie­kiem.

W taki spo­sób dzia­łała Mar­gu­re­itte. Jeśli nie mogła nagiąć czy­je­goś zacho­wa­nia do swo­jego świa­to­po­glądu, od razu odsy­łała taką osobę do "spe­cja­li­sty". Teraz jedyną rze­czą "na całym świe­cie", jakiej pra­gnęła, było ochro­nić Pat. Spę­dziła godzinę, roz­ma­wia­jąc z czło­wie­kiem, któ­rego uwa­żała za wariata. Być może Pat powinna była to lepiej prze­my­śleć, nim wże­niła się do takiej rodziny. Tak czy ina­czej, Mar­gu­re­itte była gotowa wal­czyć na śmierć i życie, byle tylko ją ochro­nić. Dla szczę­ścia Pat zro­bi­łaby wszystko.

Abso­lut­nie wszystko.

?

Mar­gu­re­itte opo­wie­działa o ostat­nim spo­tka­niu z Allan­so­nem Pat i Tomowi, ale mimo całego poru­sze­nia, jakie to wywo­łało, a może po pro­stu dla­tego, że potrze­bo­wali cze­goś, co odwróci na moment ich uwagę od bar­dziej stre­su­ją­cych pro­ble­mów, Pat z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kała na paradę z oka­zji Dnia Nie­pod­le­gło­ści, na któ­rej mieli wystą­pić wraz z Tomem, jadąc w prze­bra­niach na dwóch naj­lep­szych mor­ga­nach z ich stajni. Pat uwiel­biała prze­bie­ranki. Tom uśmie­chał się tylko na widok tego, jak dzie­cin­nie potra­fiła się nie­kiedy zacho­wy­wać, stro­jąc się i przy­mie­rza­jąc kostiumy.

Aby spra­wić radość Pat, zgo­dził się poje­chać u jej boku, ale 3 lipca był już abso­lut­nie pewien, że zgi­nie 6 lipca, w cza­sie parady orga­ni­zo­wa­nej w Atlan­cie w pierw­szą sobotę po Dniu Nie­pod­le­gło­ści. Czuł, że ojciec zastrzeli go na oczach całego mia­sta, gdy Tom będzie jechał konno. Nie miało to abso­lut­nie żad­nego sensu, szcze­gól­nie że jego ojciec kan­dy­do­wał na sędziego, ale co innego mógł myśleć Tom w tam­tej chwili? Pani Radc­liffe oznaj­miła mu, że jego ojciec chce go zabić, Pat powta­rzała, że jego ojciec chce go zabić, i nawet Nona i Paw byli tego samego zda­nia.

Tom miał wów­czas trzy­dzie­ści jeden lat i był głę­boko, na zabój wręcz zako­chany w Pat. Ale po zale­d­wie sied­miu tygo­dniach mał­żeń­stwa, co dobrego, u licha cięż­kiego, mu z niego przy­szło? Z powodu ojca roz­sy­py­wało się całe jego życie. Czuł, że w naj­bliż­szy week­end znaj­dzie się na ustach wszyst­kich - szkoda tylko, że jego samego nie będzie już na tym świe­cie, żeby mógł tego posłu­chać.

Rozdział 6

Trzeci lipca 1974 roku był w Zebu­lo­nie dniem zim­nym i desz­czo­wym - nad­cho­dzące święto nie zapo­wia­dało się naj­le­piej. Z jed­nej strony wszystko wyda­wało się nor­malne: Pat mie­rzyła Toma, aby zro­bić poprawki do jego kostiumu i przy­mie­rzała długą spód­nicę i gor­set, które zamie­rzała zało­żyć. Z rado­ścią opo­wia­dała o tym, jaką cudowną reklamą dla farmy Ken­twood Mor­gan będzie zbli­ża­jąca się parada. Z dru­giej jed­nak strony nic nie było nor­malne. Pat i Tom zgło­sili się do poli­cji hrab­stwa Pike z prośbą o aresz­to­wa­nie ojca Toma. Ale ani poli­cja, ani sze­ryf z Zebu­lonu nie wzięli ich słów na poważ­nie.

- Wszy­scy w tam­tej oko­licy znali mojego ojca - stwier­dził po cza­sie Tom. - Wszystko więc poszło na marne.

Tom uznał, że dla bez­pie­czeń­stwa Pat nie może zosta­wać sama na far­mie dłu­żej niż przez chwilę. Nie­mal prze­ko­nała go do spo­tka­nia z ojcem i wycią­gnię­cia sprawy na świa­tło dzienne: musieli zna­leźć jakiś spo­sób na doj­ście do poro­zu­mie­nia. Tom drżał na samą myśl o tym. Wie­dział, że ojciec spró­buje go zabić, ale Pat nie­ustan­nie naci­skała na niego, aby coś zro­bił. Nie mogli zosta­wić tej sprawy tak jak teraz.

Wal­ter Allan­son i jego zna­jomi także byli pode­ner­wo­wani. Trwało to już od mie­sięcy. Wio­sną owego roku Jake Dailey poży­czył Wal­terowi swój wła­sny pisto­let kali­ber .32 - na wszelki wypa­dek, gdyby ten wpadł w jakieś kło­poty. W środę 3 lipca o godzi­nie dzie­sią­tej Jake pod­je­chał do Allan­sonów z nowym aku­mu­la­to­rem do sil­nika dla jed­nej z łodzi Wal­tera. Stał na pod­jeź­dzie naj­wy­żej minutę, nim Lee i Mary Dorto­no­wie - miesz­ka­jący dwa domy dalej - przy­bie­gli zoba­czyć, co się dzieje. Nie roz­po­znali auta, a wie­dzieli, że Wal­ter i Caro­lyn są w pracy.

Wszy­scy mieli nerwy napięte do gra­nic moż­li­wo­ści. Dailey i Dorto­no­wie, gdy tylko na sie­bie wpa­dli, uśmiech­nęli się ner­wowo, ale skoro już byli na miej­scu, to zde­cy­do­wali się spraw­dzić dom Allan­so­nów i uzy­skać pew­ność, że wszystko jest w porządku. Lee Dorton i Jake Dailey zauwa­żyli, że w piw­nicy jest włą­czone świa­tło. Wyglą­dało to podej­rza­nie, więc Jake uznał, że obej­dzie dom dookoła i spraw­dzi drzwi. Wszyst­kie były zamknięte.

Wszystko wyda­wało się nor­malne.

Na far­mie Ken­twood w Zebu­lo­nie atmos­fera także była napięta. Pat cho­ro­wała przez całą noc z 2 na 3 lipca. Powie­działa Tomowi, że sio­dła­jąc konia, nad­wy­rę­żyła sobie uszko­dzony oboj­czyk. Do tego doszło jej nowe zmar­twie­nie.

- Twój ojciec... a jeśli nie on, to ktoś inny, wydzwa­niał przez całą noc i dyszał w słu­chawkę - zaczęła. - Nic nie sły­sza­łeś? - zapy­tała Toma z nie­do­wie­rza­niem. - Przez tego wariata i oboj­czyk w ogóle nie mogłam zasnąć.

Jako że w pią­tek mieli mieć pokaz koni, a w sobotę paradę, Tom uparł się, aby Pat zgło­siła się do leka­rza. Począt­kowo się opie­rała - twier­dziła, że naj­pierw musi skoń­czyć swój strój - ale w końcu ska­pi­tu­lo­wała.

- Odkąd jego ojciec zaczął nasta­wać na nasze życie, w ogóle nie spa­łam - stwier­dziła póź­niej. - Tom uznał, że nie mogę dłu­żej tak funk­cjo­no­wać. Nie przy moim nad­ci­śnie­niu i pozo­sta­łych pro­ble­mach ze zdro­wiem.

Pat nie była w sta­nie umó­wić się na spo­tka­nie ze swoim leka­rzem rodzin­nym, ale Tom prze­ko­nał ją, że powinna udać się do swo­jego orto­pedy, dok­tora Thomp­sona. Jego gabi­net mie­ścił się przy Cle­ve­land Ave­nue, tuż obok Nor­man Berry Drive, zale­d­wie dwie ulice od miej­sca, gdzie znaj­do­wał się dom rodzi­ców Toma, ale za to aż sześć­dzie­siąt mil od ich domu w Zebu­lo­nie. Pat zgo­dziła się tam zadzwo­nić.

Tam­tego poranka, jesz­cze zanim udali się do East Point, Tom, pod­ku­wa­jąc konie, pod­jął pewną decy­zję. Wie­dział, że aby zawrzeć pokój ze swoim ojcem, będzie musiał naj­pierw poroz­ma­wiać z matką. Ale to nie było takie pro­ste. Pró­bo­wał dzwo­nić do gabi­netu lekar­skiego, w któ­rym pra­co­wała, ale to tylko ją zde­ner­wo­wało. Do domu nie dzwo­nił, bo wie­dział, że jego ojciec prze­bywa tam zwy­kle w dokład­nie tych samych godzi­nach, co jego matka. Jedyną opcją było spo­tkać się z nią oso­bi­ście, zanim ojciec wróci z pracy. Przy odro­bi­nie szczę­ścia będzie miał jakąś godzinę, aby spró­bo­wać prze­mó­wić jej do rozumu.

?

To, co dokład­nie wyda­rzyło się przy Nor­man Berry Drive 3 lipca 1974 roku, miało być przez nie­mal dwie kolejne dekady tema­tem nie­ustan­nych roz­wa­żań i domy­słów. Pewne fakty są bez­sporne: Duża Caro­lyn i Wal­ter, jak zwy­kle, wyszli w środę do pracy - ona ubrana w swój prze­pi­sowy biały strój pie­lę­gniarki, on w nie­bie­sko-sza­rych spodniach w paski, bia­łej koszuli i ciem­no­sza­rym kra­wa­cie. Jak zwy­kle punkt o dwu­na­stej zje­dli razem lunch. Caro­lyn skoń­czyła pracę parę minut po szes­na­stej, Wal­ter miał wyjść z kan­ce­la­rii o osiem­na­stej.

Tego dnia miała miej­sce pewna dziwna rzecz: Wal­ter wyszedł ze swo­jej kan­ce­la­rii na kilka minut mię­dzy czter­na­stą czter­dzie­ści pięć a pięt­na­stą. Gdy wró­cił, poka­zał swo­jej sekre­tarce Mary McBride, co kupił. Był to mar­lin kali­ber .45/70 - kara­bin dźwi­gniowy wraz z dołą­czoną do niego paczką amu­ni­cji. Naj­więk­szy kali­ber dostępny w obiegu. W skle­pie spor­to­wym Ber­ry­mana w East Point zapła­cił za niego 201 dola­rów i 15 cen­tów. Na prze­strzeni zale­d­wie kilku mie­sięcy Wal­ter doro­bił się zatem dwóch nowych broni - poży­czo­nego od Jake'a Daileya pisto­letu i nowego, potęż­nego kara­binu.

Z Zebu­lonu do East Point była co naj­mniej godzina drogi. Pat i Tom wyje­chali z Ken­twood póź­nym popo­łu­dniem. Tom pro­wa­dził ostroż­nie, ponie­waż deszcz zosta­wił na dro­dze śli­skie plamy - nie chciał ryzy­ko­wać żad­nych nowych kon­tu­zji u Pat. Ona zaś poże­gnała się z mężem przed gabi­ne­tem dok­tora Thomp­sona przy Cle­ve­land Ave­nue około pięt­na­stej trzy­dzie­ści i obser­wo­wała go przez chwilę, jak szedł w stronę banku, gdzie miał do zała­twie­nia jakieś sprawy.

Mniej wię­cej w tym samym cza­sie Horace Smith, stra­żak słu­żący w oddziale stra­żac­kim w East Point, prze­jeż­dżał przez Nor­man Berry Drive, testu­jąc nowy wóz, który otrzy­mała jego jed­nostka. Zauwa­żył, że połu­dniową stroną ulicy szedł jakiś wysoki męż­czy­zna z dłu­gimi, jasno­brą­zo­wymi wło­sami, ubrany w dżinsy Levisa i kow­boj­skie buty. Nagle Smith roz­po­znał męż­czy­znę - był to jego stary zna­jomy.

- Hej, Tom! - zawo­łał za nim.

Ale wysoki męż­czy­zna w żaden spo­sób nie zare­ago­wał.

?

Do dru­giego nie­ty­po­wego wyda­rze­nia tego dnia doszło po połu­dniu - raz jesz­cze naru­szyło ono zwy­kle ide­al­nie uło­żony plan dnia Wal­tera Allan­sona. Naj­pierw opu­ścił biuro, aby kupić kara­bin, a potem wyszedł z pracy przed cza­sem. Prze­py­ty­wana po cza­sie jego pra­cow­niczka pamię­tała, że około sie­dem­na­stej trzy­dzie­ści ode­brała w kan­ce­la­rii tele­fon od kobiety, która nie podała jed­nak swo­jego imie­nia. Była obce­sowa.

- Niech pani lepiej prze­każe panu Allan­so­nowi, aby czym prę­dzej wra­cał do domu - oznaj­miła. - Jego syn zmie­rza w tam­tym kie­runku i ma złe zamiary.

Allan­son natych­miast wsko­czył w samo­chód i pomknął do domu.

Duża Caro­lyn była tam już z wnu­kami - Rus­sem i Sherry, które ode­brała ze żłobka. Na stole posta­wiła zgrzewkę coli, kupioną na pik­nik, który miał się odbyć następ­nego dnia, oraz dmu­cha­nego nie­bie­skiego dino­zaura do dzie­cię­cego base­niku. Gdy Wal­ter wszedł do środka, odpa­ko­wał swój nowy kara­bin i poło­żył opa­ko­wa­nie po nim obok napo­jów.

- Tatuśku - zwró­ciła się do niego Duża Caro­lyn - stało się coś dziw­nego. Nie było dzi­siaj burzy, a żarówki i tele­wi­zor nie dzia­łają.

Wal­ter zbiegł szybko do piw­nicy i zoba­czył, że ktoś wyłą­czył główny bez­piecz­nik. Wci­snął prze­łącz­nik, prze­krę­cił go i pocią­gnął z powro­tem do sie­bie - w całym domu włą­czyło się świa­tło, a lodówka zaczęła cicho pra­co­wać.

Kilka minut póź­niej przy­je­chała Mała Caro­lyn - albo po pro­stu "Młoda", jak nazy­wał ją Wal­ter. Podej­rze­wa­jąc, że w trak­cie dnia ktoś wszedł do nich do piw­nicy, Wal­ter i Mała Caro­lyn prze­szu­kali cały dom, pod­czas gdy Duża Caro­lyn została w kuchni z wnu­kami. Spraw­dzili każde okno i drzwi, upew­nia­jąc się, że są zamknięte, i spraw­dza­jąc, czy nic nie zgi­nęło.

Prze­szu­ku­jąc dom, Wal­ter i Młoda odkryli, że ktoś prze­ciął kabel od ich tele­fonu.

Wal­ter stwier­dził także, że zgi­nęły mu dwie rze­czy: stara, skó­rzana walizka i strzelba Excel kali­ber .20, które miał od lat. Poszedł do miesz­ka­ją­cych dwa domy dalej Lee i Mary Dorto­nów, aby zadzwo­nić na poli­cję w East Point. Dorto­no­wie wró­cili do domu wraz z nim - gdy cze­kali na przy­jazd poli­cji, Wal­ter poka­zał im równo prze­cięty kabel od tele­fonu.

Zda­niem Dorto­nów Wal­ter nie był ani zde­ner­wo­wany, ani szcze­gól­nie poru­szony. Cała sprawa roze­grała się w sło­neczny, wcze­sny, letni wie­czór. Do sytu­acji pod­cho­dził raczej rze­czowo - w kocu prze­cież spo­dzie­wał się kło­po­tów.

Sier­żant C.T. Cal­la­han z wydziału poli­cji w East Point zapar­ko­wał radio­wóz na pod­jeź­dzie przy Nor­man Berry dokład­nie minutę po dzie­więt­na­stej. Wal­ter Allan­son spo­tkał się z nim na zewnątrz. Chciał zgło­sić wła­ma­nie.

- Nie mam poję­cia, któ­rędy wszedł - oznaj­mił. - Ale zabrał moją walizkę i strzelbę Excel kali­ber .20.

- On?

- Mój syn, Wal­ter Tho­mas Allan­son.

Cal­la­han ruszył w stronę domu, oznaj­mia­jąc Wal­te­rowi, że chciałby wszystko obej­rzeć oso­bi­ście, ale Allan­son zastą­pił mu drogę.

- Nie ma takiej potrzeby. Sam już to zro­bi­łem. Spraw­dzi­łem cały dom i nie ma potrzeby, aby ktoś robił to ponow­nie.

Mimo wąt­pli­wo­ści, które miał Cal­la­han, wobec wyko­na­nych przez cywila oglę­dzin miej­sca zbrodni, do któ­rych to on jako funk­cjo­na­riusz był w końcu przy­go­to­wany, Allan­son pozo­sta­wał nie­ugięty. Słu­żył nie­gdyś jako poli­cjant rezerwy - znał pro­ce­dury, wie­dział, co robić. Nie było potrzeby, aby poli­cja wcho­dziła do środka. Chciał tylko, aby ofi­cjal­nie odno­to­wane zostało, że jego kabel tele­fo­niczny został prze­cięty - zapro­wa­dził funk­cjo­na­riusza do wschod­niej czę­ści domu i poka­zał mu luźno zwi­sa­jący drut. Ktoś zro­bił to celowo - a kto­kol­wiek tego doko­nał, musiał w tym celu prze­ci­snąć się przez gęste zaro­śla, które two­rzył rosnący tam rodo­den­dron.

Allan­son wszedł na moment do domu i wró­cił z kara­bi­nem kali­ber .45, który poka­zał Cal­la­ha­nowi.

- Mam w domu taki kara­bin - powie­dział do funk­cjo­na­riu­sza. - Wiem, kto jest za to wszystko odpo­wie­dzialny, i zamie­rzam sam się z nim poli­czyć.

- Pro­szę nie robić żad­nych agre­syw­nych ruchów - ostrzegł go Cal­la­han. - Gdyby coś się działo, pro­szę w pierw­szej kolej­no­ści zadzwo­nić po nas.

Krę­cąc z dez­apro­batą głową, Cal­la­han wsiadł do samo­chodu i ruszył pod­jaz­dem w stronę ulicy. Rodzinne waśnie zawsze przy­spa­rzały kło­po­tów - trudno było okre­ślić, kto mówi prawdę. Ale z Wal­te­rem O'Nealem Allan­so­nem nikt nie miał odwagi się sprze­czać - był zasłu­żo­nym oby­wa­te­lem East Point. Znała go przy­naj­mniej połowa tam­tej­szych funk­cjo­na­riu­szy. Cal­la­han nie mógł zmu­sić go do przy­ję­cia poli­cyj­nej ochrony, skoro ten jej nie chciał.

Wal­ter wró­cił do domu i odło­żył swoją czter­dziestkę piątkę z powro­tem do opa­ko­wa­nia na stole kuchen­nym. Następ­nie Mała Caro­lyn zawio­zła go do swo­jego miesz­ka­nia, aby upew­nić się, że w środku nie czeka na nią nikt, kto mógłby ją napaść i aby upew­nić się, że nic nie zostało skra­dzione - w tym cza­sie dziećmi zaj­mo­wała się Duża Caro­lyn, która została w domu.

Wró­cili na Nor­man Berry Drive. Po dro­dze Mała Caro­lyn zauwa­żyła nie­bie­skiego dżipa z tablicą reje­stra­cyjną hrab­stwa Pike i zawo­łała:

- Tato, spójrz, to Pat!

- No dobra, Młoda, to jedź za nią i prze­ko­namy się, dokąd zmie­rza.

Ruszyli za dżi­pem, który naj­pierw skrę­cił w Nor­man Berry Drive, a następ­nie zaje­chał na pod­jazd, tuż obok domu Allan­so­nów. Był to dom matki Dużej Caro­lyn. Mama Mae Law­rence była coraz star­sza i nie chcieli, aby kto­kol­wiek ją czymś kło­po­tał. Dżip stał przez moment na pod­jeź­dzie, ale gdy tylko Wal­ter wysiadł z samo­chodu i zaczął iść w tamtą stronę, Pat szybko zje­chała na drogę i pomknęła w głąb ulicy.

- Jedź za nią! - krzyk­nął do Małej Caro­lyn Wal­ter.

Zro­biła dokład­nie tak, jak kazał - obje­chała powoli oko­liczne ulice, ale nie­bie­skiego dżipa nie było ni­gdzie widać. Gdy wró­ciła, Wal­ter kazał jej zacze­kać na traw­niku i wypa­try­wać, czy Pat nie nad­je­dzie przy­pad­kiem ponow­nie. Pode­szła do skraju drogi i rozej­rzała się w obie strony.

Wtedy jed­nak Sherry zaczęła pła­kać i Mała Caro­lyn wbie­gła do kuchni, aby zoba­czyć, co się stało. Po cza­sie, pró­bu­jąc zre­kon­stru­ować kolejne zda­rze­nia, była żona Toma zeznała, że oglą­dała wszystko jak na fil­mie pusz­czo­nym w zwol­nio­nym tem­pie. Duża Caro­lyn odwró­ciła się do Mary Dorton, która stała, trzę­sąc się ner­wowo w jadalni.

- Gdzie Wal­ter? - zapy­tała.

- Poszedł do piw­nicy - odparła Mary.

- Po co?

Mary wzru­szyła ramio­nami.

- Nie mam poję­cia.

Cho­ciaż prze­szu­ki­wał już wcze­śniej piw­nicę, "Tatu­siek" Allan­son zszedł na dół raz jesz­cze, tym razem z bro­nią w ręce. Trzy kobiety zbiły się w kupkę z pła­czą­cym dziec­kiem. Wyda­wało im się, że sły­szą z dołu głos jesz­cze jed­nego męż­czy­zny, cho­ciaż mógł to być sam Wal­ter, mru­czący coś do sie­bie w piw­nicy.

Nagle Caro­lyn usły­szała, jak jej teść krzy­czy do niej z dołu:

- Młoda! Zabie­raj dzie­ciaki i ucie­kaj z domu! Osa­czy­łem go w dziu­rze!

Obie Caro­lyn pchnęły dzieci w stronę Mary Dorton, która zła­pała je w ramiona i ruszyła bie­giem do swo­jego domu.

Wal­ter zawo­łał z dołu jesz­cze raz.

- Matka! Dawaj mi tu tę nową spluwę!

Na­dal w zwol­nio­nym tem­pie - a przy­naj­mniej tak jej się wyda­wało - Duża Caro­lyn wycią­gnęła z leżą­cego na stole opa­ko­wa­nia kara­bin i ruszyła w stronę piw­nicy. Mała Caro­lyn bła­gała ją, by nie scho­dziła na dół.

?

Cztery minuty po dwu­dzie­stej, a więc nie­mal dokład­nie godzinę po ode­bra­niu pierw­szego wezwa­nia od Allan­so­nów, radio sier­żanta Cal­la­hana zatrzesz­czało, a ten usły­szał zna­jomy adres. Zbyt zna­jomy. Tym razem sprawę zgła­szała sąsiadka: Mary Dorton.

- Samo­chód dwa­dzie­ścia sześć, wie­czór. Sygnał sześć, uję­cie. Nor­man Berry Drive tysiąc czte­ry­sta pięć­dzie­siąt osiem.

- Przy­ją­łem - odpo­wie­dział Cal­la­han. - Byłem tam godzinę temu.

Dla poli­cji w East Point, "sygnał sześć" ozna­czał wła­my­wa­cza w domu, a "uję­cie", że któ­ryś z oby­wa­teli ujął go, obez­wład­nia­jąc fizycz­nie. Był to pilne wezwa­nie, skie­ro­wane do radio­wozu będą­cego w oko­licy na patrolu. Pozo­stałe radio­wozy powinny do niego dołą­czyć w celu udzie­le­nia wspar­cia.

Cal­la­han był na miej­scu w ciągu dwóch lub trzech minut - dotarł tam przed pozo­sta­łymi funk­cjo­na­riu­szami. Gdy zaje­chał na pod­jazd pod domem Allan­so­nów, w jego stronę ruszyła z krzy­kiem młoda kobieta o sze­roko otwar­tych oczach. Cal­la­han nie mógł nic zro­zu­mieć z tego, co mówiła - była o włos od cał­ko­wi­tej histe­rii.

Wezwał wspar­cie i detek­ty­wów. Zmianę tego wie­czoru nad­zo­ro­wał porucz­nik Gus Thorn­hill Junior, wete­ran poli­cji z dzie­wię­cio­let­nim sta­żem w East Point. Popę­dził na miej­sce zda­rze­nia, gdy tylko wydał przez radio pole­ce­nie pozo­sta­łym jed­nost­kom.

Cal­la­han jechał ostroż­nie dookoła domu. Z tyłu zoba­czył dwa zapar­ko­wane samo­chody: forda rocz­nik 1963 z kil­koma wybi­tymi oknami oraz che­vro­leta typu sedan z 1964. Więk­szość okien znaj­do­wała się dwa i pół metra nad zie­mią, ale tuż nad pozio­mem gruntu było kilka okien piw­nicz­nych. Drzwi zosta­wiono uchy­lone, ale Cal­la­han posta­no­wił zre­zy­gno­wać z tego wej­ścia do czasu, aż nie dosta­nie wspar­cia. Zamiast tego przy­kuc­nął przy jed­nym z okien od piw­nicy i zaj­rzał do środka.

Mimo­wol­nie wypu­ścił z sie­bie powie­trze. W środku zoba­czył sztywno wypro­sto­waną kobietę w jakimś bia­łym stroju, sie­dzącą na scho­dach pro­wa­dzą­cych do piw­nicy. Na jej piersi wid­niała wielka plama krwi. Kobieta się nie ruszała.

Czy była tu od początku? Nie, nie­moż­liwe. Nie­moż­liwe... chyba że zastrze­lił ją sam Wal­ter Allan­son i dla­tego nie pozwo­lił prze­szu­kać mu domu. Posta­no­wił pokie­ro­wać się pierw­szą zasadą pro­wa­dze­nia śledz­twa: "Ni­gdy niczego nie zakła­daj z góry".

Cal­la­han nie miał czasu zasta­na­wiać się nad tym, co mogło zajść. Nagle roz­brzmiała kako­fo­nia poli­cyj­nych syren i tłum radio­wo­zów poli­cji z East Point wpadł na pod­jazd przed domem Allan­so­nów przy Nor­man Berry Drive. Poli­cjanci oto­czyli dom. Nie mieli poję­cia, kto może być w środku, żywy lub mar­twy. Wie­dzieli tylko, że w domu prze­bywa wła­my­wacz i że na scho­dach do piw­nicy usa­dzone jest ciało mar­twej kobiety. Funk­cjo­na­riu­sze zer­ka­jący przez okna do piw­nicy widzieli krew roz­bry­zganą po ścia­nach i przed­mio­tach w schowku. Znaj­do­wała się dosłow­nie wszę­dzie. Do cze­go­kol­wiek doszło w tym domu, było to straszne.

?

Ofi­cer poli­cji Cecil McBur­nett Junior tego aku­rat wie­czoru był przy­dzie­lony do "zło­miarki", czyli samo­chodu odde­le­go­wa­nego do wypad­ków dro­go­wych. Gdy usły­szał "sygnał sześć", prze­by­wał zale­d­wie trzy ulice od Nor­man Berry, potwier­dził więc, że jedzie udzie­lić wspar­cia Cal­la­ha­nowi. Zawró­cił Mar­tin Street i poje­chał pro­sto w stronę Nor­man Berry. Jadąc powoli ulicą, spraw­dzał uważ­nie numery domów, gdy nagle ujrzał męż­czy­znę zeska­ku­ją­cego z traw­nika w pobliżu domu Mamy Mae Law­rence i pusz­cza­ją­cego się bie­giem chod­ni­kiem. Męż­czy­zna kil­ku­krot­nie obej­rzał się za sie­bie na jadący radio­wóz i McBur­nett mógł dokład­nie przyj­rzeć się jego twa­rzy.

McBur­nett nie dostał jesz­cze opisu podej­rza­nego, ale nie mógł ot tak zigno­ro­wać męż­czy­zny prze­bie­ga­ją­cego w pobliżu miej­sca zbrodni. Zawró­cił samo­chód, gotowy ruszyć za męż­czy­zną, gdy nagle usły­szał przez radio:

- Funk­cjo­na­riusz potrze­buje wspar­cia. Mam na miej­scu postrze­loną kobietę. Sprawca znaj­duje się w piw­nicy i ma zakład­nika.

Natu­ralną reak­cją McBur­netta było ruszyć, aby wspo­móc dru­giego poli­cjanta, odpu­ścił więc pościg za bie­gną­cym męż­czy­zną i zje­chał na pod­jazd przed domem Allan­so­nów, tuż za kolej­nym radio­wo­zem. Zapa­mię­tał jed­nak dokład­nie wygląd męż­czy­zny: miał na sobie dżinsy Levisa, buty i zie­lono-brą­zową koszulę w paski. Męż­czy­zna biegł nieco przy­gar­biony, więc McBur­nett nie był do końca pewien jego wzro­stu. Mógł być i wysoki, i niski.

Gdy McBur­nett zaje­chał przed dom Allan­so­nów, zastał na miej­scu kom­pletny chaos. Prze­ra­żona młoda kobieta krzy­czała na całe gar­dło, zupeł­nie stra­ciw­szy nad sobą kon­trolę, na miej­sce zjeż­dżało się coraz wię­cej radio­wo­zów i kare­tek, bły­ska­ją­cych czer­wono-nie­bie­skimi świa­tłami, pła­wią­cymi oko­licę w psy­cho­de­licz­nych bar­wach, a pada­jący deszcz w niczym nie przy­po­mi­nał typo­wego przeded­nia Dnia Nie­pod­le­gło­ści w Atlan­cie.

Sier­żant Wil­liam Vance i detek­tyw J.E. Lam­bert zauwa­żyli wyżło­bie­nia na otwar­tych drzwiach od piw­nicy - doszli do wnio­sku, że praw­do­po­dob­nie zostały one wywa­żone. Zwró­cili także uwagę na świa­tło, włą­czone u szczytu scho­dów, nie­po­ko­jąco oświe­tla­jące ciało mar­twej kobiety. Reszta piw­nicy pła­wiła się w czerni i sza­ro­ści. Lam­bert był prze­ko­nany, że widzi ramię wysu­wa­jące się zza kli­ma­ty­za­cji. Prze­ra­żony, wymie­rzył i strze­lił w tam­tym kie­runku.

Pocisk tra­fił w coś meta­lo­wego, roz­legł się brzęk, ale nie towa­rzy­szyło temu żadne poru­sze­nie. Domnie­mane ramię oka­zało się tylko cie­niem.

Kapi­tan J.D. Lynn naka­zał wrzu­ce­nie do piw­nicy pojem­nika z gazem łza­wią­cym i zaba­ry­ka­do­wa­nie wszyst­kich drzwi. Jeśli wła­my­wacz znaj­do­wał się w domu godzinę wcze­śniej, w cza­sie pierw­szej wizyty Cal­la­hana, to na­dal mógł prze­by­wać w środku. Poli­cjanci ota­cza­jący dom byli prze­ko­nani, że w środku prze­trzy­my­wani są zakład­nicy.

Cze­kali, usta­wieni przy wszyst­kich drzwiach i oknach. Pięć minut. Dzie­sięć. Nikt nie wybiegł na zewnątrz, wymio­tu­jąc, ośle­piony gazem. Po pięt­na­stu minu­tach porucz­nik Thorn­hill, detek­tyw Lam­bert i sier­żant Vance zało­żyli maski tle­nowe dostar­czone im przez stra­ża­ków z East Point i weszli do piw­nicy.

Trudno było im cokol­wiek dostrzec: mimo zało­żo­nych masek i wia­tra­ków, które stra­żacy zamon­to­wali, aby prze­wie­trzyć scho­wek, łzy spły­wały im po twa­rzach. Poty­kali się o różne graty i narzę­dzia. Wpa­dli na do połowy wykoń­czoną łódkę, deskę sur­fin­gową i minia­tu­rową kolejkę gór­ską sto­jącą na arku­szu sklejki. Piw­nica wyglą­dała jak typowy scho­wek, skła­dzik na rze­czy do wyko­rzy­sta­nia póź­niej albo na zużyte śmieci, któ­rych nikt już nie potrze­bo­wał.

Dostrze­gli ubrane na biało, posa­dzone na scho­dach ciało kobiety. Naprze­ciw, za pie­cem, znaj­do­wała się ceglana pod­stawa komina. Ział z niego pro­sto­kątny otwór, wystar­cza­jąco duży, aby zmie­ścił się w nim doro­sły męż­czy­zna. Nie mieli poję­cia, jak głę­boko on sięga.

Na zewnątrz, przed otwo­rem, zna­leźli popla­mioną krwią, wyłą­czoną latarkę i pisto­let kali­ber .32 wci­śnięty pomię­dzy deskę sur­fin­gową i sklejkę z kolejką gór­ską. Świa­tło z ich lata­rek uchwy­ciło wciąż świeże, nie­za­sch­nięte dro­binki krwi na pod­ło­dze, tuż przy pod­sta­wie komina.

Przy scho­dach zna­leźli kara­bin kali­ber .45/70 i leżący koło drzwi łom. Gaz spra­wiał, że podraż­nione oczy poli­cjan­tów sil­nie pie­kły i widzieli wszystko jak przez mgłę, ale za drzwiami zauwa­żyli coś, co wyglą­dało jak noga w nie­bie­skiej nogawce.

Z wycią­gniętą bro­nią, pode­szli bli­żej.

Rozdział 7

Kapi­tan Lynn naka­zał jed­no­stce tere­no­wej prze­cze­sa­nie oko­licy w poszu­ki­wa­niu podej­rza­nego. W tym momen­cie jedyne, co wie­dzieli, to że mieli na miej­scu star­szą, mar­twą kobietę. Młod­sza była w sta­nie zbyt sil­nego wzbu­rze­nia, aby przy­dać im się na cokol­wiek, udało im się jed­nak wycią­gnąć z niej, że nazywa się Caro­lyn Allan­son i że jest byłą synową Wal­tera Allan­sona. W kółko powta­rzała tylko, że ktoś był w piw­nicy, a "tatu­siek" Allan­son zszedł na dół, aby go "dorwać". Paplała prze­ra­żona o "tatu­siu" i "matce". Jej "tatuś" "osa­czył kogoś", a ona bła­gała "matkę" Allan­son, aby nie scho­dziła na dół. Nie­mal mimo­cho­dem prze­ra­żona kobieta wspo­mniała, że widziała, jak "nowa żona Toma" jeź­dzi po oko­licy swoim nie­bie­skim dżi­pem. Poza tym nie nada­wała się abso­lut­nie do niczego. Gdy pró­bo­wali wydo­być od niej wię­cej infor­ma­cji, ponow­nie stra­ciła nad sobą pano­wa­nie. Nie mogli liczyć na to, że w tym sta­nie powie im cokol­wiek wię­cej.

Poli­cja w East Point dosko­nale zda­wała sobie sprawę z napięć pomię­dzy Wal­te­rem Allan­so­nem a jego synem Tomem. Do ich uszu doszły plotki o zasadzce nad jezio­rem Lanier oraz o tym, że Tom i Pat kilka dni wcze­śniej zgło­sili się na poli­cję, oskar­ża­jąc Wal­tera o nie­oby­czajne zacho­wa­nie. Jeśli Pat Allan­son prze­by­wała w oko­licy, to poli­cja z East Point zamie­rzała odna­leźć ją naj­szyb­ciej, jak się da. Do dys­po­zy­cji poli­cji byli jed­nak jedy­nie kapi­tan Lynn oraz sier­żanci R.W. Jones i Cal­la­han, któ­rzy krą­żyli po oko­licy, zata­cza­jąc coraz szer­sze kręgi wokół Nor­man Berry Drive i wypa­tru­jąc wszel­kich nie­ty­po­wych szcze­gó­łów, ucie­ka­ją­cych ludzi oraz nie­bie­skiego pikapa Toma i nie­bie­skiego dżipa Pat.

Jakieś pięć­set metrów od domu Allan­so­nów znaj­do­wał się teren nale­żący do King Pro­fes­sio­nal Buil­ding, wci­śnięty pomię­dzy Bay­ard Street oraz punkt, gdzie ulica Nor­man Berry wci­nała się w Cle­ve­land Ave­nue. Wzno­szono tam zupeł­nie nową, wie­lo­kon­dy­gna­cyjną budowlę, wyglą­dem przy­wo­dzącą na myśl w ogóle nie­pa­su­jący do tej oko­licy meczet. O dwu­dzie­stej dwa­dzie­ścia, w desz­czowy wie­czór, ogromny beto­nowy par­king był nie­mal pusty, funk­cjo­na­riu­sze z East Point zauwa­żyli jed­nak, że stoi na nim poszu­ki­wany przez nich nie­bie­ski dżip.

Podej­rze­wali, że był to pojazd, który miała widzieć Caro­lyn Allan­son - zarówno wobec niego, jak i kie­rowcy, czyli Patri­cii Tay­lor Allan­son, był już wysto­so­wany ogól­no­sta­nowy list goń­czy. Cal­la­han spi­sał numer reje­stra­cyjny samo­chodu: CY 242. Numer był nadany w 1974 roku w sta­nie Geo­r­gia. Szybko spraw­dził przez radio, że tablica została przy­pi­sana do nowego dżipa, kupio­nego trzy mie­siące wcze­śniej w Mariet­cie rów­nież w sta­nie Geo­r­gia. Wóz zare­je­stro­wany był na Patri­cię R. Tay­lor z farmy Ken­twood Mor­gan w Zebu­lo­nie.

Zapa­dał zmierzch, kiedy trzech poli­cjan­tów dostrze­gło w dżi­pie postać sie­dzą­cej kobiety. Nie spo­sób było powie­dzieć, czy jest sama ani czy ktoś nie chowa się obok niej lub za nią.

Wyszli z radio­wozu i z wycią­gniętą bro­nią zbli­żyli się do jej samo­chodu. Kobieta się nie ruszała - nawet nie obró­ciła głowy, aby na nich spoj­rzeć.

- Wychodź z dżipa! - zawo­łał Cal­la­han. - Wychodź z rękami w górze!

Przez moment nie było z jej strony żad­nej reak­cji, ale w końcu piękna, smu­kła kobieta w miniówce i topie na ramiącz­kach wysta­wiła nogę na zewnątrz i wyszła z samo­chodu, po czym obró­ciła się w stronę poli­cjan­tów. Jedną rękę trzy­mała w górze, dając znać, że dru­giej nie jest w sta­nie pod­nieść z powodu urazu.

- Czy w środku jest ktoś jesz­cze? - krzyk­nął Cal­la­han.

Pokrę­ciła głową.

- Na pewno?

- Jestem sama.

Cal­la­han i Jones pode­szli z dwóch stron do kobiety, którą, jak przy­pusz­czali, była Pat Allan­son, i popro­wa­dzili ją do radio­wozu. Nie sta­wiała oporu, ale krzy­wiła się, jakby bolało ją ramię.

- Co się dzieje? - zapy­tała. - Co się stało? Gdzie jest Tom?

- Czy nazywa się pani Allan­son?

- Tak.

- Pani mąż zastrze­lił swoją matkę.

Pat jakby opa­dła na moment z sił, ale po chwili odpo­wie­działa ostro:

- Nie, to nie moż­liwe. Nie mógł zastrze­lić swo­jej matki. Nie Tom. Nie mój Tom!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki