Ledwie się drzwi zamknęły i
dwaj Olbromscy, - Rafał i syn jego, Hubert, - stanęli na ganku,
wichura poczęła ich szarpać na wsze strony. Zadęty był cały ganek i
pół sieni. Ciemność, choć oko wykol, niezgłębiona była wokoło. Mały
Hubert brnął po zaspach, po czymś, niby dachy, i nie mógł wyjść z
podziwu, że jest na znajomej drodze, wygrodzonej z dwu stron
parkanem do motkowskiego dworu. Z okien dworskich padały rzęsiste
smugi światła. Dojrzał w jednym promieniu ogromnego parobka w
grubym kożuchu i baraniej czapce, na której osiadła druga czapa,
śniegowa, - jak trzymał u pyska Łyskę. Grzywa Łyski fruwała, a ogon
niosło w bok za wiatrem. Namacali obadwaj z ojcem saneczki, dwa z
nich siedzenia ze snopków kłoci okrytych kilimkami. Wszystko było
śniegiem grubo zadęte. Na tylnym siedzeniu już się nawet usadowiła
spora zaspa, gość nieproszony. Łyska chrapała, biła kopytami. -
Wysoko, w ciemnym pustkowiu nocnego nieba, huczały wielkie topole i
lipy, otaczające dwór, oraz zabudowania motkowskie. Ten głos był
tak złowrogi, że lęk niepojęty serce dziecka ogarnął. Widziało się,
że to jakowaś dzika moc niesie się wśród poświstów górą niewidokiem
ponad cichą, przyziemną siedzibą, że się z pustki polnej wydziera
przeciwko światłom jej okien. Huk ciągły, jednostajny wznosił się
kiedy niekiedy do niedosięgłej wyżyny. Małe serce mdlało i
truchlało, poddane temu nieubłaganemu głosowi.
Parobek Walenty uspokajał kobyłkę, przemawiając do niej
słowami, których drukować nie sposób. Wsunął wreszcie lejce w ręce
pana Rafała Olbromskiego, gdy poznał, że się ten już umieścił na
przednim siedzeniu, - i znikł wnet w nocy, przepadł w ciemności,
stał się niczym, jak sama ciemność. Z ganku zabrzmiał w wichrze
pożegnalny głos motkowskiego dziedzica, ale słów już nie można było
rozeznać. Wiatr je z warg porwał, uniósł w noc i jakby w śnieg
cisnął. Pomknęli z miejsca. Łyska zmarznięta, schłostana od wiatru,
susami wypadła z podwórza, minęła pierwszy zakręt na prawo za
bramą, po chwili drugi na lewo... Sanice zatoczyły okrągły kształt
dwu brzuśców litery S i pomknęły na szeroki wygon drogi ku wyrwom.
Huk drzew przycichał, wnet ustał, jakby się w ziemię zapadł.
Olbromski-ojciec orientował się co do wiatru. Wiatr bił z prawego
boku, od lasów i wyraźnie świstał między żerdziami obustronnego
płotu tej drogi. Między tymi płotami leżały zaspy niewiarygodnej
wysokości. Klaczka wnet się wysiepała, kopiąc się w śniegach, choć
saneczki były najlżejsze, jakie być mogły, bose. obciążone tylko
dwiema z boków deskami i parą siedzeń. Dla przebycia zasp trzeba
było torować szlak w śniegu sypkim, jak pył najlżejszy, ale
głębokim na chłopa. Szukając drogi sposobniejszej, Łyska szla to w
prawo, to w lewo, szarpała sanie, aż dyszel trzeszczał i skręcała
na miejscu, gdy jej nozdrza i oczy raziła zadymka, tnąca ostrymi
pyłami. Obadwaj podróżni pamiętali, że są w opłotkach i co chwila
radzili z cicha, czy jeszcze nie wyminęli wygonu. W pewnej chwili
wątpliwość nasunęła się aż nazbyt wyraźnie. Pan Rafał Olbromski
zatrzymał kobyłkę w miejscu, kazał Hubertowi wysiąść, iść na prawo
i zbadać, czy na płot trafi. Mały Hub wyskoczył w śnieg, szedł
jakiś czas we wskazanym kierunku, brocząc w zaspie, ale płotu nie
znalazł i poprzedniego świstu między żerdziami nie słyszał. Ruszyli
teraz wolniej, noga za nogą, pustkowiem, gwarząc o ciemności i
wietrze, i dopytując się raz wraz nawzajem, czy im nie zimno i czy
nogi nie przeziębły. Mały Hub miał dopiero lat jedenaście, ale te
miejsca znał jak najstarszy ze starych. Między rodzinnymi Wyrwani a
folwarkiem sąsiadów na Motku było niecałe dwie wiorsty odległości.
Obiedwie habendy dzieliła rzeka, płynąca w nizinach, oraz
przestrzeń nieużytków po wyciętych i wykarczowanych lasach, pełna
wykrotów i pniaków, dołów i wywożonych kamieni.
W pustkowiu tym stały jeszcze tam i sam nasienne drzewa,
przeważnie wielkie jodły. Każde z tych drzew Hub znał jak swoją
kieszeń. Na szczycie każdego z nich był, pod każdym na coś
czatował, chronił się cd deszczu, albo upału. To też teraz wbijał
oczy w ciemność, usiłując dostrzec znajome kształty jedli lub
świerka, żeby ojca zakasować w znajomości terenu, żeby pierwszy dać
znać o jarząbie z pasyjką, albo o jodle podpalanej. Lecz czas
mijał, saneczki sunęły w śniegach, jak łódź po wzburzonych
bałwanach, a przewidywanych znaków nie było w mrokach ani śladu.
Podmuchy wiatru ciskały na sanki istne fale. Sypało, jak z
wora miękimi płatami, albo ciął w oczy i uszy grad ziarnisty,
zacinający aż do krwi. Sanie już to chyliły się na bok, już
uderzały o jakoweś twarde przedmioty podśnieżne. Międzyleśna,
pustkowiana burza stawała się coraz dzikszą. W nieprzejrzanej dali
ryczały przeraźliwie głosy, istne wycia leśnych diabłów. Las li to
huczał, czy się waliły wody z upustów na Motku? Łyska chrapała
niecierpliwie. To się zrywała do biegu susami, to znowu z trwożnym
prychaniem stawała w miejscu. Podróżni spostrzegli, że mają wiatr
za plecami. Jechali tedy w złym kierunku.
- Wiatr ją w nozdrza bije i, szelma, kręci m1 się w
rękach... - rzekł pan Rafał do syna.
- Niech ją tatko od siebie i ostro, batem po nogach!
- Ba! - żebym to wiedział!... Od siebie, mówisz?
- Musimy pod wiatr, bośmy tak wyjechali.
Wzięto się pod wiatr, mimo Łyski oporu. Jechali teraz ostro,
wprost w paszczę nawałnicy. Przejmujące zimno ozionęło ich, jak
lodowatą wodą. Huk się wzmógł ze wszech stron wirem pędziły kłęby
kurzawy.
- Zakryj się! Skul się i owiń kilimkiem! - wołał na syna
Olbromski.
Słowa te leciały porwanymi sylabami, jakby płatami, na obraz
śniegu. Obiły się tępo o dziwnie przytłumiony słuch.
- Mnie ciepło - odkrzyknął mały.
Zwinął się w sobie, ręce zasunął w rękawy bekieszy, głowę
wtulił w ramiona i cieszył się z wichury, ciemności i jazdy,
głównie zaś tą pewnością, że to jest jeszcze dziś, nie dzień
jutrzejszy, nie ten ohydny, fatalny, ostatni dzień godnych świąt,
po którym trzeba wracać z umiłowanej strony, z domu i ukochanych
rozłogów - do szkoły.
W pewnej chwili ojciec zatrzymał Łyskę. Medytował w
milczeniu.
- A co, tatku? - zagadnął Hubert.
- Co u licha! Nie wiem, gdzie jestem... Niby Motki - tam.
Wyrwy - tak jakby tu... Ale w takim razie powinienby już być
rozdół, rzeka, most. Tymczasem, tu jakby wciąż pod górę...
- To prawda. My wciąż jedziemy pod górę...
Olbromski przez czas pewien rozmyślał bezradnie. Wicher
chłostał go po twarzy nie tylko garściami śniegu, lecz i włosiem
ogona kobyły, jak batem, świstał na strony. Zimno prze jmowało do
kości. Łyska skoczyła przed się, targnęła sanie i pomknęła pod
wiatr znowu. Pędzili galopem, na oślep przez czas długi, - tak
dalece długi, że można było znakomicie przejechać z folwarku do
folwarku. Sanki magały się z boku na bok, leciały w jakoweś doły i
wyrwy i uderzały swymi nosami w zagony. Gdy znowu przystanęli, nie
słychać było nic prócz huku, lecącego górą i świstu między
sanicami.
- Pole, do stu djabłów! - unosił się Rafał Olbromski. -
Jesteśmy na jakimś polu... Cóż to za rola? Zleź no, synku, i
popatrz, w którą stronę idą zagony... Może co z tego wymiarkuję...
Hub ochotnie poskoczył, deptał tu i tam grzbiety zagonów, aż
wreszcie stanowczo, niemal z tryumfem oświadczył, że zagony idą tak
i tak. Nie na wiele się to przydało. Po długim zastanowieniu
zdecydowano, że skoro wiatr ciągnie stąd, a zagony idą tak, więc
trzeba jechać w takim oto kierunku. Pojechali. Z zagonów sanie
pomknęły na nieużytki i znowu poczęły przelewać się z boku na bok.
Trafili w jakieś krzaki zupełnie nieznajome, w miejsca najzupełniej
obce, nie istniejące w jakimkolwiek wspomnieniu. Zdumienie ogarnęło
obydwu. Za tymi zaroślami były jakoweś kamieniste wertepy,
niemożliwe do przebycia i również nieznane. Poczęło to Olbromskiego
doprowadzać do rozpaczliwej pasyi. Stosując się do rady ojca, Hub
wysiadł, ujął Łyskę za uzdę u pyska i jął ją prowadzić pod wiatr,
żeby nie zbaczała z obranego ku domowi kierunku. Rafał Olbromski,
siedząc teraz bezczynnie, nasłuchiwał, czy się w którejkolwiek
stronie nie odezwie naszczekiwanie psów. Powinna była być w
stronie, dokąd dążyli, wieś jedna i druga, powinny były być na
uboczu kolonie czynszownicze, samotne chaty na odludziu... Nigdzie,
z nikąd odgłosu życia! Hub z miłością głaskał pysk klaczy, szeptał
jej do ucha sekretne słodkie słowa i odmierzał pieszczotki.
Wkrótce, brnąc pod wiatr w zaspach, zdyszał się i spocił doskonale.
Sprawiło mu to szczerą rozkosz. Czuł się na równi z ojcem
mężczyzną, doznającym niepowodzenia, a nawet niebezpieczeństwa.
Zresztą to, co się działo, było dobrym, bo dzieliło i wciąż jeszcze
trzymało w oddali od fatalnego jutra. Pod nogami, w głębiach śniegu
czuł pustkowie i rad był, że to jest wciąż jeszcze pustkowie, a
więc miejsce dalekie od Wyrw i od Motka. Radby był iść tak przez
całą tę ziemię i przez całą noc, wzniosłą w swej świszczącej
potędze, piękną w nieprzeniknionym mroku i radosną nad wszelkie
słowo w swej rozpasanej dzikości. Och, radby był iść tak obok
ukochanej, najmilszej Łyski na kraj świata!
Inaczej w tym pustkowiu czuł się ojciec. Wstyd go prosty
palił i ogarniała wściekłość. Wałęsał się oto po przestworze,
znanym jak własna izba, po dziedzinie, którą od tylu już lat
zamieszkiwał, zimą i latem po tysiąckroć przebył we wszystkich
kierunkach... Było to zarazem śmieszne i głupie błąkać się w polu
między Wyrwami i Motkami, gdzie z zawiązanymi oczyma każde dziecko
trafi do wymienionego punktu.
W trakcie pochodu przez zaspy, Hub posłyszał przed sobą
szczególny szum. Zrozumiał, że to huczy w wichrze wielkie drzewo.
Skierował natychmiast ku niemu Łyskę i wnet mokre, grubo śniegiem
obwalone gałęzie jodły, jak łapy potworne, ogarnęły go z prawej i z
lewej strony. Przystanął. Ojciec zsunął się z sanek na ziemię i
zbliżył do drzewa. Oglądali ie obadwaj z synem, obeszli dookoła
i... po szczegółowym badaniu przyszli do jednomyślnego wniosku, że
jest to jakieś drzewo zgoła nieznajome, jakby nie tamtejsze...
Stojąc obok drzewa, które huczało swą wzniosłą i niepojętą pieśń,
Rafał Olbromski przenikniony został nagle a niespodziewanie przez
dawny, zapomniany lęk... Ohydne wspomnienie prześliznęło się wskróś
jego duszy. Obawa o dziecko ścisnęła mu serce. Kazał chłopcu wejść
na sanki, owinąć przemoczone nogi kilimem, - a sam stał w
zamyśleniu bezradnym obok konia. Postanowił jedno: nie oddalać się
od spotkanego drzewa. Ale czekać do rana na swym, czy sąsiedzkim
polu!... Było coś obrzydle śmiesznego w samym zarodku tego
postanowienia. Wyjechali byli ze dworu na Motku zaraz po kolacyi,
więc na jakie dwie z górą godziny przed północkiem. Mieli tedy
przed sobą do świtu dziesiątek godzin. Wahając się co czynić,
starszy pan ujął klacz za uzdę i wprowadził za drzewo, zasłaniając
ją tym sposobem od fali wiatru. Wziął chłopca z sanek na ręce i
przeniósł go - dla rozgrzewki na grzbiet kobyły. Hub siadł oklep na
Łysce z radością i czule ją zaraz objął rękami za szyję. Klaczka
wraz głucho, a z cicha westchnęła, - nie wiedzieć, z radości czy ze
smutku, - i poddała się losowi. Ciepła para dymiła się z niej
obficie.
- Nasłuchujmy, synku, szczekania psów!... - rzekł ojciec.
Słuchali tedy pilnie - pilnie. Obijały się o ich uszy zdala
lecące poświsty i przyziemny huk, gdy wicher głuchymi polami gnał w
międzyleśne szyje, na zamarznięte smugi i przydęte pastwiska, w
doliny w śródgórskie. Głęboka do nich mówiła, samoistna moc i
groźny urok obejmował dusze. Obadwaj byli zasypani śniegiem, i
wzburzeni. Nim się spostrzegli, już ich poczęło zadymać, a sąsiek
śniegowy rósł stale dokoła nóg końskich i przed saniami. Drzewo
powiewało gałęźmi. Od chwili do chwili, po krótkich przerwach
ciszy, dział się w nim jakgdyby taniec przedziwny, pełen pohutnego
kłapania. Hub wbijał oczy w ciemność, z przestrachem i zdumieniem
spostrzegając, jak wielkie łapy jodłowe, obleczo ne w grube, białe
rękawice ze śniegu, klaszczą raz wraz jedna w drugą - "kosia -
kosia - kosiana"... Zdało mu się, widzieć zawodzenie czubem
pijanego, głupio ślepego - "da dyna"...
Dalsze spławy drzewne, szerokie i obwisłe, zamieć
podgarniała wysoko, jakoby podół olbrzymiej spódnicy i wiewała nimi
dookoła pnia. Wewnątrz włochatych gałęzi pień głucho i ponuro
stękał.
Aczkolwiek jodła osłaniała od wiatru, zimno się wzmagało.
Stojących bez ruchu wicher przejmował w ramionach i plecach do
szpiku kości. Nogi od wielkich palców poczynało kłuć szpilkami.
Śnieg stawał się coraz bardziej gęsty, sypki i zaciekły.
Pan Rafał okrył plecy chłopca kilimem, obiedwie jego nogi
obrócił w jedną stronę z końskiego boku, sam przytulił się do tego
boku i grzał dziecko sobą. Stopy swe w śniegu otulił drugim kilimem
i tak, objąwszy się, grzejąc konia i nawzajem przezeń ogrzewany,
pod zasłoną drzewa przetrwać postanowił burzę. Tymczasem zadymka
wciąż potężniała, a wiatr się do istotnego szału rozpętał. Ojciec
raz wraz upominał synka, żeby zaś nie drzemał. Ale malcowi, właśnie
jakby na przekór, śnić się poczynały różności, głowa jak kowadło
ciężyła, a oczy zlepiały się, niby pod nawałą lotnych płatków
śniegu. Wielka jodła śmiała się z niego niemiłym chichotem, - magał
się w mroku potworny jej kadłub, jakoby obraz grubego i sprośnego
chama, gdy, spity do zbydlęcenia, w czarnym karczmisku tańcuje sam
ze sobą w próżni i szaleństwie. Chwilami ów taniec przeistaczał się
w groźne zawodzenie. Objęcia gałęzi schylały się nisko, coraz
niżej. Długie pazury, wysunięte z kosmatych białych osłon, sięgały
po głowę...
Pan Rafał w półdrzemaniu czuwał wciąż nad jednym
wspomnieniem. Miał w wyobraźni stada wilcze. Zaniedbał był wziąć
broni ze sobą, a wilki w tej leśnej stronie nie były rzadkością.
Zimową porą stada ich zaglądały na podwórza folwarków. Teraz
żywiej, niż kiedyindziej, miał w pamięci zdarzenie, gdy w noc
księżycową, na skutek zajadłego szczekania kundysów pod dworem
wyjrzawszy oknem, zobaczył ogromnego wilka tuż pod gankiem.
Przypomniały mu się najżywiej wszystkie afekty, gdy, naciągnąwszy
buty na bose nogi i narzuciwszy na ramiona tylko lisiurę, wyszedł
na ganek i strzelił do napastnika. Pamiętał jak pojedynek uskoczył
za bramę i jak to on sam jeden - z ostatnim nabojem w lufie
dwururki - pędził za nim wygrodzoną drogą aż poza stodoły.
Przeszedł wspomnieniem kolejno każde wrażenie gdy tak naprzeciwko
siebie stali w jaskrawym świetle księżyca: wilk w polu, o
kilkanaście kroków oddalony, i on sam pod wysokim parkanem za
folwarcznymi stodołami. Oto śni się, że jak wtedy zmierzył do
zwierza i trzyma kolbę przy policzku... Oto wilk nagłym piorunowym
susem skoczył ku niemu i runął mu u nóg, gryząc krwawym pyskiem
zmarznięte zagony, gdy go nieomylnym strzałem powalił.
Mrowie tamtego wspomnienia nie chciało z ramion odejść.
Tkwiły wciąż w nieświadomej pamięci nieznośne obrazy bezrozumnej
walki z potworem za dawnych dni młodych... Postanowił czekać choćby
do rana i nie oddalać się od drzewa, ostatniej obrony w razie
napadu wilczej czeredy. Nie było to zaiste rozumowanie, lecz
gorzkie czucie, - na pół jasnowidzenie czegoś groźnego, co w
pobliżu czyha pod zasłoną tej ciemnej nocy.
Hub coś sennie gwarzył. Głowinę oparł na ojcowskim ramieniu.
Wszyscy troje, nie wyłączając Łyski, cierpliwie nasłuchiwali, raz
wraz podnosząc glowy i nastawiając uszy. Gdy wiatr się z nagła
wzmagał na obraz szaleństwa tego całego obszaru, a noc huczała, -
pan Rafał otulał szczelnie derą dziecko, sam się doń przyciskał i
czekał z bijącym sercem.
I oto znagła, jakgdyby wyczarowane z nicości przez niepojęte
uczucie, - kędyś w nocy, daleko - daleko błysły i zgasły dwa
światełka. Wnet znowu błysły - i przygasły.
- Wilcze ślepia... Czy sen?... - zmagał się w sobie
Olbromski.
Wlepił w próżną noc oczy... Oto znowu: - zabłysło -
przygasło!... Porwał dziecko w ramiona, - przekonany, że to nie
złuda, - nie mówiąc ani słowa, otulił je w derę i chwilę jeszcze
czeka, nim się rzucić i drapać po gąlęziach na szczyt jodły. Głucha
wewnętrzna modlitwa snuła mu się po wargach.
Dwa światłka znowu zaświeciły i zgasły. Lecz razem w
podmuchu wiatru dopadł ucha tęsknoty, błogi dźwięk.
- Tatuś! - Dzwonek!... - porwał się mały.
- Tak jakby prawda... Dzwonek... - wyszeptał ojciec.
Wpatrzyli się w przestrzeń. Wsłuchali w wicher. Dojrzeli
przeciągle błyszczące dwa. światła. Ujrzeli wyraźnie ich kołysanie
miarowe. Usłyszeli daleki - daleki pogłos... Serca uderzyły z
radości. Zaszeptali do siebie bez sensu i związku. Połysk i głos
zbliżały się bardzo powoli. Czekali cierpliwie, w milczeniu.
Nareszcie, gdy w ciągu kilku chwil obaj widzieli wyraźne migotanie
i słyszeli daleki klangor jednotonnej melodii dzwonka, rzucili się
do sanek i pojechali co tchu na spotkanie światła. Łyska,
skostniała z zimna, w cwał pobiegła.
- Kto też to tędy może jechać ze światłem i dzwonkiem? -
głośno rozmyślał Olbromski.
- Może to nas Michcik szuka?
- Ale, gdzie! W najgorszym razie przypuściłby, że nocujemy w
motkowskim dworze.
Coraz wyraźniej widzieli dwa kręgi światła latarni
odróżniali każde uderzenie podróżnego dzwonka. Wreszcie pan Rafał
okrzyknął zdala zbliżający się pojazd. Światła w miejscu stanęły.
Podjechał blisko - i spostrzegł w światłach padających od latarni
zady dymiące, nogi i uprząż pary koni.
- Kto woła? - spytano od świateł.
- Ludzie, zbłąkani w polu. A kto to jedzie?
Nie odpowiedziano na to pytanie. Olbromski podciął Łyskę i
zbliżył się do samych sanek. Oddał wodze w ręce Huba, a sam wysiadł
i poszedł poza latarnie.
- Któż to jedzie? - pytał powtórnie.
- Z poczty jedziemy...
- Tędy z poczty?
- No, tędy.
- A kto jesteście, człowieku?
- Ja pocztylion. Pana przejezdnego wiozę na sandomierski
trakt.
- Skąd wam do głowy przyjść mogło tędy lasami jechać na
sandomierski trakt.
- No, ja jadę, jak każą. Dziś pan przyjechał skądsi zdaleka,
pocztę najął i kazał jechać na sandomierski trakt. A wyście co za
jedni ludzie?
- Ja tutejszy, z Wyrw dziedzic, - alem, do diabła! w
powrocie do domu pobłądził. Pocztarek, wiesz ty może, w której
stronie będą Wyrwy?
- Dy my stamtąd, z Wyrw jedziemy.
- Jakim sposobem?
- Zajechaliśmy tam, jak się ta zadma z samego wieczora
zawzięła. Pan się bał puszczać na taki czas. Ale dziedzica nie
było, sługa nas ta stary nie chciał przyjąć na nocleg, powiedział,
że nie bierze na swoją odpowiedzialność, bo pana niema, a my
nieznajomi, no i musieliśmy puścić się dalej na całą noc. Tak
jedziemy noga za nogą. To samo nie wiemy, gdzie my są teraz. Most
na rzece przejechaliście?
- No, dopiero co!
- Ludzie! wróćcie się ze mną do Wyrw. Przenocujecie we
dworze, a nam latarnią poświecicie, żebyśmy mogli do domu trafić.
- A wyście to sam pan dziedzic z Wyrw? - dopytywał się
pocztarek.
- Sam, Olbromski.
- Nie wiem, jako pan?... zwrócił się woźnica do swego
pasażera.
Rafał Olbromski postąpił kilka kroków dalej i zbliżył się do
ciemnej figury, siedzącej w saniach. Z bezwiednym ruchem skłonił
się i rzekł:
- Jestem Olbromski. Z kimże mam zaszczyt spotkać się w tak
ciężkiej okoliczności?
Macał rękoma w ciemności i dotknął futra, które otulało
siedzącego podróżnika. Pocztyljon wstawił w latarnie nowe łojówki i
wtedy nieco blasku padło na pasażera. Olbromski dostrzegł futro
niedźwiedzie, osypane śniegiem. Gdy tak dłonią szukał w ciemności,
znagła jego palce trafiły na rękę milczącego dotąd człowieka. Ręka
tamta ujęła dłoń Rafała i na zewnętrznej powierzchni tej dłoni
postawiła mocnym i długotrwałym uciśnieniem trzy środkowe
rozstawione palce. Po chwili te zimne, zgrabiałe i twarde palce
oderwały się i znów wgniotły w rękę, ale teraz były skupione w
jedno. Całe ciało Rafała Olbromskiego od tych dwu dotknięć
zadrżało, jakgdyby na nowo przeszyte mrozem. Zrozumiał tajemnicze
pozdrowienie, sekretny znak, wyrażający dwa wielkie pojęcia:
"Wszystko" i "Nic".
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.