Rozdział 6
Niedługo przed świętami przez kilka dni mocno sypał śnieg. Normalnie zjeżdżałabym na nartach z okolicznych wzgórz. W tym roku nawet o tym nie pomyślałam.
Dwa dni przed Bożym Narodzeniem przyszła odwilż. Słońce mocno świeciło, śnieg szybko topniał. Ulice były brudne. Po południu do drzwi zapukał niemiecki policjant. Krzyczał, początkowo niezrozumiale. Okazało się, że kazał nam przenieść się do piwnicy, tam, gdzie mieszkała Trude. Pośpiesznie zebraliśmy z rodzicami nasze rzeczy i zaczęliśmy przesuwać meble na korytarz.
- Szybciej, szybciej! - wrzeszczał policjant ochrypłym głosem, a tata, biedny tata, próbował dźwigać swoją bezwładną ręką. Schodząc na dół, minęłam Trude. Wynosiła już swoje rzeczy na górę.
- Cieszę się, że mamy miłe miejsce na święta - rzekła bez złośliwości czy sarkazmu. Po prostu stwierdziła fakt. Wydawało się jej to jak najbardziej naturalne.
Poczułam, jak narasta we mnie gniew. Może i bym ją uderzyła, ale stała za mną mama, która pchnęła mnie, żebym schodziła dalej.
Piwnica była zalana, ściany nawilgłe, prąd odcięty. Mama poszła na strych i znalazła starą, nieużywaną od pierwszej wojny światowej lampkę naftową. Przyglądałam się, jak ją poleruje i czyści osłonkę miękką szmatką. Następnie zapaliła knot. Przez chwilę ledwo się tlił, ale po chwili zapłonął, trochę kopcąc. Mama poprawiła szklaną osłonkę i podniosła knot. Stara lampa oświetlała stolik delikatnym światłem, które docierało też do zapleśniałych ścian i nielicznych, przytaszczonych z góry mebli. Nadal byliśmy w domu, a jednak miałam wrażenie, że jesteśmy gdzieś bardzo daleko.
W Wigilię, jak zawsze, odkąd pamiętałam, poszłam spotkać się z Nianią. Była jedyną osobą, która regularnie nas odwiedzała i zdawała się nie przejmować, co powiedzą albo zrobią Niemcy. Zajmowała wyjątkową pozycję w naszym domu. Niania Brenza była starą Austriaczką, wciąż lojalną od dawna nieżyjącemu cesarzowi Franciszkowi Józefowi. Była wspomnieniem czasów, gdy nasze rejony wchodziły w skład Austro-Węgier; mówiła tylko po niemiecku. Miała ciężkie życie. Straciła męża, gdy była jeszcze dość młoda, i samotnie wychowała czwórkę dzieci. Jej jedyny syn, prawnik, ożenił się tuż przed pierwszą wojną światową, zaciągnął do austriackiej armii zaraz po wybuchu wojny i poległ w walce. Nie miał okazji ujrzeć córki, którą urodziła mu młoda żona. Synowa pani Brenzy podjęła pracę gosposi niedaleko od nas, a pani Brenza wychowywała jej córeczkę Irmę.
Niania często opowiadała mi o wydarzeniach, które sprawiały, że zawitała do naszego domu. W kwietniu 1924 roku pożar zniszczył budynek, w którym mieszkała, wraz z całym jej dobytkiem. Znała pobieżnie moich dziadków, więc dzień po pożarze przyszła poprosić moją babkę o trochę ubrań. Opowiadała, że zapukała do ich drzwi w starej marynarce listonosza po zmarłym mężu, jedynym ciepłym ubraniu, którego nie strawił ogień. Babce przyszedł do głowy pewien pomysł.
- Moja córka Helena - powiedziała, mając na myśli moją matkę - wkrótce spodziewa się dziecka, szukamy kogoś do opieki.
Tak więc Niania, wówczas pięćdziesięcioletnia, i Irma, siedmiolatka, wprowadziły się do naszego domu. Miały u nas zostać, tylko dopóki mama nie nabierze sił, ale jak się okazało, Niania mieszkała u nas trzynaście lat i wyprowadziła się dopiero dwa lata przed wojną.
W pewnym momencie znalazła wraz z synową i Irmą pokój kilka domów dalej, ale przez większość czasu i tak mieszkała u nas, zaś Irma dorastała w naszym domu.
Niania zajmowała się mną, odkąd przyszłam na świat. Nauczyła mnie siadać, nauczyła mnie stawiać pierwsze kroki, nauczyła mnie pierwszego słowa, "tata", i następnego, "niania". Zawsze ją tak nazywałam. Wszyscy na niej polegaliśmy, ufaliśmy jej. Można było odnieść wrażenie, że to ona wszystkim dowodzi. A co najlepsze, znała masę wspaniałych historii. Opuściła nasz dom i przeniosła się do własnego, dopiero gdy jej wnuczka Irma wyszła za mąż. Miała wtedy sześćdziesiąt trzy lata. W ciepłe dni zawsze czekała w otwartym oknie i gdy szłam do szkoły, rzucała mi jabłko albo cukierka. W zimne zaś stała w drzwiach, owinięta grubym szalem w brązowozieloną kratę, na którym tak często zasypiałam w jej ramionach. Stała i czekała, aby sprawdzić, czy mam ciepłą bieliznę i wełniane rękawice. A w długie zimowe wieczory odwiedzałam ją i kosztowałam jej przepysznych placków ziemniaczanych. To wtedy sięgała do swych, zdawało się nieprzebranych, pokładów ekscytujących i tajemniczych opowieści.
Choć Niemcy wezwali ją na posterunek policji i ostrzegli, żeby do nas nie chodziła, Niania odwiedzała nas jak dawniej. Żaden z sąsiadów na nią nie doniósł, może dlatego, że była stara, a może dlatego, że rozumieli, jak byliśmy zżyci. Przynosiła nam artykuły, których Żydzi nie mogli już kupować: cukier, dżem, słodycze, raz na jakiś czas jajko. Kiedy protestowaliśmy, że odbiera sobie od ust, spoglądała na mnie i mówiła:
- Dziecko musi jeść, rośnie. Moje życie już prawie dobiegło końca.
Właśnie taka była moja Niania, dumna i prosta kobieta. Jej duch świecił promiennie w świecie pełnym zdrady.
Poszłam do Niani w Wigilię. Święta w jej domu wyglądały podobnie jak zawsze. Choinka, te same ozdoby, zapach świeżej sośniny i drobne, pieczołowicie zapakowane prezenty dla nas. I tylko te prezenty były inne. W poprzednich latach Niania wręczała mi przeważnie książki lub zabawki. Dla mamy zwykle miała jakieś robótki ręczne - drobiazgi zrobione na szydełku lub haftowaną poduszkę. W tym roku dla mnie miała wełniane rękawice, a dla mamy słoik dżemu i pół kilo cukru. Prezenty, które ja przyniosłam, różniły się jeszcze bardziej. Zamiast ubrań i zwyczajowego kosza z owocami i winem tym razem mogliśmy dać jej tylko wyblakłą, zieloną wazę z porcelany z uszami w kształcie smoków. Otworzyłam swój podarek, a potem Niania poczęstowała mnie ciastkami. Wyglądały jak zawsze, a jednak smakowały jakoś inaczej.
Widziałam z jej okna nasz ogród. Znowu sypał śnieg i altanka przypominała mi domek z piernika z dachem pokrytym słodką polewą.
Po świętach drastycznie obcięli nam racje, a każda była opatrzona pieczątką z napisem ŻYD. Nasze racje były o ponad połowę skromniejsze niż przydziały nie-Żydów. Przydział węgla okazał się jeszcze lichszy, ale mieliśmy tylko dwa pomieszczenia do ogrzania i dzięki noszeniu w środku ciepłych ubrań udawało nam się utrzymać ciepło. Wraz z nowym rokiem nadszedł nakaz noszenia na rękach białych opasek z niebieską gwiazdą i napisem ŻYD. Niedługo później polecono nam nosić żółte gwiazdy z czarnym napisem, nowe barwy miały lepiej wyróżniać się na tle śniegu.
Troska i wątpliwości co do losu Artura nigdy nas nie opuściły. Wtedy, zaraz po Nowym Roku, przyszedł zaadresowany do niego list od Gisy. Jakże on wyczekiwał na wieści od niej! Pisała, że mieszka z rodziną w Krakowie i że wszystko stracili. Jej ojciec bardzo chorował. Odpisałam od razu, powiadamiając ją, że Artura nie ma już w domu. Kilka dni później nadszedł kolejny list od Gisy, który zawierał wspaniałe nowiny: podobno słyszała o Arturze z innego źródła. Był w Rosji. I był bezpieczny. Niecierpliwie oczekiwaliśmy następnych listów. Myśleliśmy, że wkrótce zdobędzie jakieś wieści bezpośrednio od niego i że prześle mu list od nas.
Pewnego zimnego dnia na początku lutego z Krakowa przyjechał Piotr, przyjaciel Artura. Kraków leży jakieś osiemdziesiąt kilometrów od Bielska. Wówczas istniała jeszcze możliwość zdobycia pozwolenia na podróż i Piotrowi udało się je uzyskać. Gisa powiedziała mu, żeby do nas zaszedł i przekazał najświeższe wiadomości o Arturze. Wyjaśnił, że Artur nie pisał prosto do nas, bo pocztę sprawdzali cenzorzy. Dlatego właśnie, przez kogoś, kto wrócił z terenów okupowanych przez Rosjan, przesyłał wieści Gisie.
Piotr został na kolację. To był cudowny wieczór. Rodzice wyglądali na młodszych i szczęśliwszych, nieustannie wypytywali biednego chłopaka o dodatkowe informacje. Część pewnie zmyślił, żeby ich uszczęśliwić.
Gdy zbierał się do wyjścia, odprowadziłam go na górę do drzwi. Na zewnątrz wył lodowaty wicher.
Obróciłam ku niemu rozradowaną twarz, żeby się pożegnać i rzuciłam ze śmiechem:
- Och, proszę, powiedz mi coś jeszcze o Arturze, jedną rzecz.
Nie odezwał się.
Pomyślałam, że nie dosłyszał mnie przez ten wiatr, więc powtórzyłam prośbę.
Złapał mnie za ramiona, spojrzał mi prosto w oczy i wyszeptał bezlitośnie:
- Gisa nie ma żadnych wieści o Arturze. Chce sprawić przyjemność twoim rodzicom. Och, po co ci to powiedziałem! Nie, słuchaj... - kontynuował - to nie do końca tak. Są pewne plotki. Może istnieją jakieś podstawy...
I zostawił mnie samą w śniegu, zupełnie oszołomioną. Zdruzgotana nadzieja była gorsza niż jej brak.
Kiedy wróciłam do piwnicy, rodzice rozmawiali. Byli tacy szczęśliwi, że postanowiłam ukryć przed nimi to, co usłyszałam od Piotra.
Nerwowa noc upłynęła mi na wyczekiwaniu poranka - wyczekiwaniu spotkania z Nianią. Choć czasami miewałam tajemnice przed mamą i tatą, to przed Nianią nie taiłam niczego. Ale gdy wstał nowy dzień, postanowiłam, że o tym nie powiem nawet jej. Kusiło mnie, żeby się jej zwierzyć, a jednak z jakiegoś powodu nie potrafiłam się do tego zmusić. Tajemnica Artura była moja i tylko moja.
Nie sądzę, aby moje milczenie wynikało ze szlachetnych pobudek oszczędzenia rodzicom bolesnej prawdy. Prawdopodobnie była to typowa postawa nastolatki, skłonnej do wiecznego dramatyzowania i odgrywania męczennicy. Poczucie chronienia ich przed rozczarowaniem i bólem dodawało mi pewności i siły.
Dostawaliśmy kolejne listy od Gisy, wszystkie zawierały jakieś pośrednie informacje o Arturze. Wtem, w marcu, nadeszła depesza od Leo, brata mamy ze Stambułu. "Dostałem list od Artura. Ma się dobrze", głosiła.
Nasza radość wzleciała pod niebiosa, ale szybko przypomniałam sobie, że pisałam mu, że nie mamy żadnych wieści od Artura i że bardzo się martwimy. Uznałam, że chyba zmyślał, aby ukoić nasz strach. Z drugiej strony sądziłam, że raczej nie brałby na siebie tak ciężkiej odpowiedzialności. Próbowałam więc cieszyć się z tych wieści, ale do końca nie potrafiłam.
Tamtego wieczoru, gdy mama szykowała kolację, przywołał mnie tata.
- Usiądź, Gerdo. Coś cię trapi. Nie powiesz mi co?
- Nic, nic, tato - szłam w zaparte.
Spojrzał na mnie stanowczo, jakby czytał z otwartej księgi.
- Chodzi o Artura - powiedział. - Zaczęło się w wieczór odwiedzin Piotra. A teraz powiedz mi, w czym rzecz.
Już miałam mu wszystko wyznać, gdy nagle, bezwiednie, przez moje usta przeszły zupełnie inne słowa.
- Masz rację, tato, to zaczęło się tamtego wieczoru. - Mówiłam powoli, z namysłem. - Gdy usłyszałam, że Artura nie trapią nasze kłopoty, poczułam zazdrość.
Mówiąc, bawiłam się włosami.
- Tak bardzo tęsknię za szkołą, za wszystkim, co robiłam. Wiem, że powinnam się wstydzić zawiści o jego wolność, ale nie potrafię nic na to poradzić.
- A więc o to chodzi - westchnął tata. - Bałem się, że może Piotr powiedział ci coś, czego nie chciał wyjawić nam.
Drżałam w duchu, ale moja historyjka świetnie spełniła swoje zadanie. Doznałam rzadkiej w tym okresie przyjemności. Czułam się jak aktorka na wielkiej scenie.
Następnego ranka tata poszedł na strych i wygrzebał kilka podręczników mamy jeszcze z austriackiej szkoły.
- Wczoraj wieczorem miałaś sporo racji - zwrócił się do mnie. - Już wcześniej powinienem był pomyśleć o twojej edukacji. Zamierzam nauczyć cię wszystkiego, co potrafię.
W szkole uczyliśmy się i czytaliśmy po polsku, uczyłam się też francuskiego i łaciny, ale moim pierwszym językiem był niemiecki. Dorastałam, mówiąc po niemiecku, choć nigdy nie nauczyłam się w nim pisać ani czytać. Tata postanowił wypełnić te luki.
Okazał się świetnym nauczycielem. W szkole nie nauczyłabym się tyle, co od niego. Gdy opowiedziałam o tym mojej przyjaciółce Ilse, też zapragnęła przychodzić na lekcje. Zjawiała się, gdy tylko mogła, i tata uczył nas obie. Często odnosiłam wrażenie, że wcześniej tak naprawdę nie znałam taty. W ciągu wielu miesięcy naszej wspólnej pracy odsłonił przede mną swoje marzenia i swoje niepowodzenia.
Pochodził z miasteczka na austro-węgierskiej granicy. Jego rodzice chcieli, aby został rabinem. Opowiedział mi, że promienie słońca wpadające do jego pokoju odciągały go od studiowania Talmudu i rodziły w nim tęsknotę za wiosennymi kwiatami, kwitnącymi na łąkach.
- Musiałem wydostać się z domu - powiedział. - Potrafisz to pojąć?
W końcu wyjechał do Wiednia i dzięki ciężkiej pracy dostał się do szkoły medycznej.
- Medycyna zbliżyła mnie do życia i śmierci - wspominał w zadumie. - Uwielbiałem rozmawiać z ludźmi i chciałem leczyć ich ciała. - Nagle, jakby zawstydził się swoich słów, dodał: - Ale nigdy nie lekceważyłem nauk Tory i mądrości Dziesięciu Przykazań. Można w nich znaleźć przepis na całe życie, etykę, fundamenty ludzkich czynów. Zostały napisane przed tysiącami lat, a jednak nadal stanowią podstawę wszystkich praw na świecie.
Tata już miał zdobyć dyplom, gdy wybuchła pierwsza wojna światowa. Wstąpił do służb medycznych austriackiej armii i poszedł na front jako jeden z pierwszych. Dniami i nocami operował i amputował.
- Nie, medycyna wcale nie była idealna - mówił. - Nie potrafiłem odciąć się od śmierci i cierpienia. Okazało się, że jednak nie była moim powołaniem.
- Podczas wojny poznałem twoją matkę - kontynuował. - Pobraliśmy się, natychmiast gdy się skończyła. Nie wróciłem do szkoły medycznej. Mama też mnie do tego nie namawiała. Pośród radości końca wojny rezygnacja z nauki przyszła łatwo.
Tata pykał fajką. Zapadła cisza. Nie mówił dalej, ale wyczułam, o czym myślał. Wiedziałam, że jednak żałował, że nie został lekarzem.
Wiele mnie nauczył. Matematyki, chemii, medycyny - co tylko potrafił wydobyć z rozległych zasobów swojej wiedzy. Spędzaliśmy razem długie godziny.
Pewnego dnia pod koniec marca pracowaliśmy z tatą w naszej piwnicznej kuchni, a mama poszła odwiedzić chorą koleżankę. Na chwilę przerwaliśmy rozmowę, bo usłyszeliśmy, że przed domem przejeżdża listonosz. Już mieliśmy wracać do tematu, gdy w drzwi zapukała pani Prozna, sąsiadka. Wyciągnęła kopertę.
- Panie Weissmann - powiedziała - ten list należy do pana. Nie wiem, dlaczego Artur zaadresował go do mnie. - Nastąpiła chwila ciszy i oszołomienia. Tata wyrwał kopertę z dłoni pani Proznej i oto było - odręczne pismo Artura!
Nie otworzył koperty, rzucił się całować zaskoczoną kobietę po rękach. Nie mógł mówić. Ja też nie. A potem otworzył list i zaczął czytać. Trzęsły mu się dłonie, kręcił głową, oczy mu zwilgotniały, na chwilę musiał nawet przerwać, żeby je otrzeć. Lecz co za cudowne wieści! Artur i Dawid byli bezpieczni w Rosji. A co zakrawało wręcz na cud: gdy pierwszej nocy przemierzali ulice Lwowa w poszukiwaniu jedzenia i jakiegoś schronienia, spotkali wujka Aarona, ojca Dawida, który przecież ponoć zginął! Wujek Aaron próbował ściągnąć do Rosji ciotkę Annę i Miriam.
Czytając list, zauważyliśmy, że na pierwszej stronie widniał adres pani Proznej. Artur napisał, że nie wie, czy nadal mieszkamy w naszym domu, więc adresuje list do niej, licząc na to, że będzie mogła nam go przekazać lub przesłać.
Napisał też wiadomość tylko dla mnie, kilka linijek: "Wiem, że jesteś tak dzielna jak obiecałaś". Te słowa, skreślone dłonią brata, zdawały się wówczas rekompensować cały mój żal i ból.
Gdy mama wróciła, ścisnęła list w dłoniach, stanęła przy oknie i zanim go przeczytała, zmówiła modlitwę. Siedzieliśmy razem we trójkę całe popołudnie, czytaliśmy list ciągle i ciągle od nowa. Po raz pierwszy od wielu tygodni w końcu rozmawialiśmy o tym, o czym nieustannie myśleliśmy - o Arturze.
Znowu miałam ochotę opowiedzieć rodzicom o rozmowie z Piotrem. Trudno było się powstrzymać, zrezygnować z pochwał za jej zatajenie. Uznałam jednak, że nawet teraz nie powinnam się przyznawać, bo może rodzice już nigdy mi nie zaufają.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki