Rozdział 2
Rafał nadal nie wstawał z łóżka, a ja zaczynałam odchodzić od zmysłów. Informacji na temat zdarzenia nie było wiele, policja nie podawała szczegółów. Gdzieś przewijały się pierwsze doniesienia o tym, że dziewczyna nazywała się Monika i miała dziewiętnaście lat.
Po nerwowym krążeniu po mieszkaniu w końcu znów usiadłam przed laptopem. Włączyłam Facebooka, ale okazało się, że tym razem użytkownik został wylogowany.
Jak? Kiedy?
Przecież Rafał przy mnie zamykał laptopa na moment przed tym, jak poszliśmy do łóżka. Potem wstawał tylko do toalety, nie wchodził nawet do salonu.
Może system wylogował go automatycznie? Nie, to nie miało żadnego sensu.
W końcu uznałam, że nie wytrzymam dłużej z tymi pytaniami. Weszłam do sypialni i lekko poklepałam męża po ramieniu. W wąskich szczelinach między powiekami zobaczyłam niebieski odcień jego oczu, które spoglądały na mnie z miłością.
Przeciągnął się w uroczy sposób, który zdawał się sugerować, że chciałby cały dzień spędzić w łóżku. Jego wyraźny komfort znikł, kiedy uświadomił sobie, że patrzę na niego z niepokojem.
- Co jest? - spytał, odrzucając kołdrę.
- Ta dziewczyna, która wczoraj zabiła się na placu Konstytucji...
- No?
- To ta sama, która wysłała ci wiadomość.
Rafał wbijał we mnie nierozumiejący wzrok. Może powinnam dać mu więcej czasu, żeby się rozbudził?
- Że co? - wypalił.
- Monika Marczewska. Jej zdjęcie jest dzisiaj we wszystkich newsach.
- O czym ty mówisz?
Podniósł się i szybkim krokiem skierował się w stronę laptopa. Kiedy na własne oczy zobaczył, że mam rację, obejrzał się przez ramię z szokiem wymalowanym na twarzy.
- To jakiś żart - odezwał się. - Dlaczego niby...
Urwał i potrząsnął głową.
- Chcesz powiedzieć, że ta Monika najpierw wysyła mi wiadomość, a potem popełnia samobójstwo obok knajpy, w której akurat siedzę?
Nie czekał na odpowiedź, potrzebował tylko zwerbalizowania tego, co zaczynał rozumieć jego zaspany umysł.
- Jak to możliwe? - rzucił.
- Nie mam pojęcia.
- I kim ona w ogóle jest? Dlaczego miałaby pisać do mnie przed śmiercią?
Też chciałabym znać odpowiedź na to pytanie, skwitowałam w duchu.
Dopiero teraz zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam być bardziej podejrzliwa względem męża. Nigdy nie dawał mi powodów. Przecież poza wczorajszym wypadem nigdy nawet nie wychodził sam z domu wieczorami. Większość rzeczy robiliśmy razem, spędzaliśmy ze sobą każdą chwilę. Julia i Gracjan nie bez powodu kpili sobie z nas, że z pewnością do kibla też chodzimy w tym samym czasie.
Nawet gdyby chciał mieć na boku jakąś dziewiętnastolatkę, nie miałby jak.
Szybko skarciłam się za nieuprawnione i krzywdzące wobec niego myśli. Mimo wszystko nie mogłam zignorować pewnego znaku zapytania.
- Chciałam jeszcze raz zerknąć na jej profil na Facebooku - odezwałam się. - Ale jesteś już wylogowany.
- Hm? To zaloguj się na swoje konto.
- Jasne, tylko...
- Co?
- Jak szliśmy spać, wciąż byliśmy na twoim. Jestem pewna, że się nie wylogowaliśmy, zanim zamknąłeś klapę laptopa.
Rafał przez moment przypatrywał mi się w milczeniu.
- Ina - odezwał się. - Czy ty coś sugerujesz?
- Tylko mówię.
- Ale co konkretnie? Że wstałem w środku nocy, żeby wyjść z Fejsa?
W jego głosie nie było pretensji, bo nie należał do osób, które łatwo było urazić. Właściwie trudno mi było przypomnieć sobie choć jedną sytuację, w której strzeliłby focha. Nie lubił tracić czasu na takie rzeczy.
- Po co miałbym to robić? - dodał. - Przecież widziałaś już wiadomość i...
- Wiem, wiem.
- Musiało samo się wylogować.
Nie przypominałam sobie, żeby kiedykolwiek tak się stało, ale na dobrą sprawę nie miałam jak się o tym przekonać - zawsze wychodziłam z konta, zanim zamykałam laptopa, bo oboje z niego korzystaliśmy.
Rafał wciąż patrzył na mnie badawczo, jakby nie mógł przesądzić, co dzieje się w mojej głowie.
- Zresztą jakie to ma znaczenie? - dorzucił, pochylając się nad klawiaturą. - Zaraz wejdę znowu.
Wklepał szybko login i hasło, a potem wyświetlił skrzynkę odbiorczą. Wiadomość wciąż tam była, przypominając nam, że to wszystko zdarzyło się naprawdę.
Kliknęłam na imię i nazwisko dziewczyny i weszłam na jej profil. Nie miało to żadnego sensu, bo wciąż był dostępny wyłącznie dla znajomych.
Naraz jednak uświadomiłam sobie, że coś mi nie pasuje. W miejscu, gdzie powinien widnieć przycisk "Dodaj", znajdował się "Wyślij wiadomość".
- Co, do kurwy nędzy... - wypaliłam. - Masz ją w znajomych?
- Co?
Znów się pochylił i wbił nierozumiejący wzrok w ekran.
- Rzeczywiście... - przyznał. - Ale nic nie widać poza jej profilowym.
Widocznie miała wszystko poukrywane także dla ludzi, z którymi utrzymywała kontakt. Może udostępniała treści na swoim profilu jedynie osobom pozostającym z nią w bliższych relacjach.
Jakkolwiek by było, nie to interesowało mnie teraz najbardziej.
- Możesz mi to wyjaśnić?
- Ale...
Rafał zdawał się nawet bardziej zaskoczony niż ja.
- Ale ja nigdy nie przyjmowałem zaproszenia od nikogo takiego.
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że w całym tym szaleństwie nie pomyślałam, że wiadomość nie wpadła do "Innych". Znajdowała się w skrzynce odbiorczej, gdzie lądowały te pochodzące od znajomych.
- To jakim cudem masz ją na liście? - spytałam.
- A ja wiem? Może przyjąłem zaproszenie ileś lat temu, nie sprawdzając, kto je w ogóle wysyła. Zobaczyłem ładną dziewczynę i...
- Ona ma... miała dziewiętnaście lat, Rafał.
Potarł mocno skronie i opuściwszy dłoń, spojrzał na mnie przeciągle.
- Racja - przyznał. - No to może rok temu, nieważne. Mogłem zrobić to bezwiednie, po winie, zaspany, padnięty po robocie... Możliwości jest sporo.
Przez moment milczeliśmy.
- Ale do ciebie żadna nie przemawia, co? - rzucił.
Nie bardzo wiedziałam, jak na to odpowiedzieć. Oczywiście, że mu ufałam, ale jednocześnie nie miałam zamiaru go o tym zapewniać. To powinno rozumieć się samo przez się.
- Do mnie właściwie też nie przemawia - przyznał ciężko.
- Hm?
- Raczej pamiętałbym, że jakaś młoda dziewczyna wysłała mi zaproszenie.
Błądził wzrokiem po pokoju, sprawiając wrażenie coraz bardziej zagubionego. W końcu potrząsnął głową, usiadł obok mnie i przysunął sobie laptopa.
- Co robisz?
- To, do czego powinniśmy zabrać się na początku.
Wszedł na niemal pusty profil Moniki, a potem kliknął trzy kropki pod prawym rogiem jej zdjęcia w tle. Wybrał "Zobacz znajomość", a mnie dopiero wówczas olśniło. Facebook miał przecież funkcję pokazywania, kiedy dana osoba została dodana do znajomych.
W przypadku Moniki Marczewskiej stało się to w marcu 2015 roku.
- Niemożliwe - odezwał się Rafał i odsunął od stołu. - Przyjąłbym zaproszenie od jakiejś nieznajomej trzynastolatki?
- Raczej nie - przyznałam.
Spojrzeliśmy na siebie niepewnie, jakby w jednym momencie naszło nas, że coś jest tu bardzo nie w porządku.
- Może wysłała ci zaproszenie jako ktoś inny? - podsunęłam.
- Co masz na myśli?
- No wiesz, coś jak z tymi fejkowymi fanpejdżami. Znajomy prosi cię, żebyś zaobserwował stronę "Wspieram stojących pod Trybunałem protestantów", po paru tygodniach zmienia nazwę na "Popieram księży molestujących ministrantów", a ty orientujesz się rok później, kiedy ktoś na to trafia.
Rafał potarł nerwowo kark.
- Zawsze sprawdzasz ludzi, którzy wysyłają ci zaproszenia?
- Nie zawsze - przyznał. - Ale muszę chociaż kojarzyć, kto to.
- Może kojarzyłeś. Może wybrała kogoś, kogo mógłbyś znać.
- Ale po co miałaby to robić?
- Nie wiem - powiedziałam z niepokojem.
Wyglądało to coraz bardziej podejrzanie, zupełnie jakby ktoś starał się wrobić Rafała w... właściwie w co? Fakt, że dziewczyna zostawiła mu wiadomość przed śmiercią, o niczym nie świadczył. Wyglądał podejrzanie, ale nie mógł być w żaden sposób użyty przeciwko mojemu mężowi.
Chyba że coś przeoczyliśmy.
- Dobra - odezwał się. - Nie ma sensu tego roztrząsać.
- Sama nie wiem... Wszystko to jest trochę niepokojące, nie sądzisz?
- Dlaczego?
- A jeśli to jakoś wyjdzie na jaw? - spytałam.
- Co konkretnie?
Spojrzałam na niego wzrokiem, który dobrze znał - i który oznaczał, że czas na głupie pytania się skończył.
- Jak miałoby wyjść? - dodał. - I co miałoby się przez to stać?
Wzruszyłam lekko ramionami.
- Postawi cię to w nieciekawym świetle - powiedziałam. - Klienci z pewnością tego nie zignorują.
Wiedziałam, że w jego profesji reputacja jest wszystkim. Pracował w dużym funduszu hedgingowym, obracał ogromnymi środkami finansowymi i musiał cieszyć się zaufaniem ludzi, którzy mu je powierzali. Wyniki okresowe przemawiały za jego kompetencjami, ale nieposzlakowana opinia była warunkiem sine qua non tego, by pozwolić komuś inwestować swój majątek.
- Dziewiętnastolatka ci wybacza, a potem odbiera sobie życie, podczas gdy ty siedzisz kilkadziesiąt metrów dalej - dorzuciłam. - To PR-owy koszmar.
- Mógłby być - przyznał. - Ale nikt o tym nie wie.
- Chyba że ktoś chce cię w coś wrobić - uparłam się. - A w takim układzie z pewnością ma plan, jak tego dokonać.
Rafał nabrał głęboko tchu, przez chwilę trwał nieruchomo, a potem rzucił okiem na zegarek. Wiedziałam, że zaraz zaproponuje, żebyśmy zjedli śniadanie, bo na pusty żołądek źle się myśli. Potem powie, żebyśmy nie psuli sobie soboty płonnymi rozważaniami i zrobili to, co zaplanowaliśmy.
Nie pomyliłam się.
Tego dnia, jak co sobotę, mieliśmy włożyć rowerowe ciuchy i wybrać się na długą wycieczkę wzdłuż Wisły. Zazwyczaj wjeżdżaliśmy na Wybrzeże Kościuszkowskie przy moście Poniatowskiego, a potem skręcaliśmy w lewo i jechaliśmy tak długo, jak tylko się dało. Docieraliśmy do Lasu Bielańskiego, a z niego przez Młociny dostawaliśmy się do Kampinosu.
Czasem zawracaliśmy dopiero po dwudziestu pięciu lub trzydziestu kilometrach. Oboje potrzebowaliśmy tego oczyszczenia po całym tygodniu pracy, a tym razem z pewnością przydałoby się nam bardziej niż zwykle.
W pełnym rynsztunku napełniłam dwa bidony, a potem postawiłam je na kuchennym blacie i westchnęłam.
- Dobrze nam zrobi ten wypad - odezwał się Rafał, jakby potrafił czytać w moich myślach.
- Wiem - przyznałam. - Ale wiem też, że niczego nie rozwiąże.
- Przynajmniej trochę się rozbudzimy.
- I? Wpadniemy na to, o co chodzi?
Podszedł do mnie, położył mi dłonie na policzkach i przez chwilę patrzył mi prosto w oczy. Potem pocałował mnie długo i spokojnie. Miał świadomość, że właśnie tego w tej chwili potrzebowałam.
Mimo to nie miałam zamiaru pozwolić, by spacyfikował mnie w taki prosty sposób.
- Musimy ustalić, kim ona była i dlaczego się z tobą kontaktowała - rzuciłam. - Zanim policja do tego dojdzie.
Rafał nagle uniósł brwi.
- Policja?
- Z pewnością będą sprawdzać, czy to rzeczywiście samobójstwo - powiedziałam głosem nieznoszącym sprzeciwu. - A więc przyjrzą się mediom społecznościowym i raczej nie umknie im, że tuż przed śmiercią wybaczyła coś starszemu od siebie facetowi.
- Kurwa... Masz rację.
Sprawiał wrażenie, jakby dopiero teraz uderzyła go ta świadomość. Mnie nie dawała spokoju właściwie od samego początku.
Rafał zaczął chodzić po kuchni, a ja nie bardzo wiedziałam, co mogę dodać.
- Pod względem prawnym to bez znaczenia - odezwał się.
- Znaczy?
- Mam alibi, w ORZO oprócz Gracjana widziało mnie mnóstwo osób.
- No tak.
Sam fakt, że wspomniał o alibi, sprawił, że zaczęło przewracać mi się w brzuchu. Czy naprawdę wisiało nad nim widmo jakiegoś śledztwa? Nie, z pewnością nie. Policja potwierdzi, że było to samobójstwo, i może nawet nie będzie szukać mojego męża.
- Ale co, jeśli ktoś rzeczywiście stara się mnie wrobić? - podjął. - Mogą spreparować jakieś dowody.
Potrząsnęłam głową, starając się myśleć racjonalnie. Rafał nic nie zrobił, nikomu nie podpadł. Nikt go w nic nie wrabiał. Doszło do jakiejś pomyłki, może do zbyt wielu zbiegów okoliczności, to wszystko.
Spojrzeliśmy na siebie w tak znaczący sposób, że nie mieliśmy wątpliwości, iż myślimy dokładnie o tym samym.
Czułam, że powoli się uśmiecham, i widziałam, że jego kąciki ust też wędrują w górę. W jednej chwili oboje parsknęliśmy.
- Kompletnie nam odbiło - powiedział Rafał, znów do mnie podchodząc.
- No. Zaraz dojdziemy do wniosku, że trzeba włożyć na głowy folię zamiast kasków, bo inaczej 5G usmaży nam mózgi.
- I że rządzą nami reptilianie.
Przytuliliśmy się, a ja na moment zamknęłam oczy, starając się celebrować tę chwilę.
Mieliśmy piękne życie - nie idealne, ale dokładnie takie, jakie powinny prowadzić dwie osoby zamierzające spędzić ze sobą resztę życia. Potrafiliśmy urządzać sobie romantyczne wieczory, opowiadać głupie dowcipy, robić jaja ze wszystkiego, razem rozwijać hobby i kochać się, jakby miało nie być jutra. W dodatku od jakiegoś czasu oboje czuliśmy, że pora na powiększenie rodziny. Dostałam cały pakiet.
I dopiero tego dnia uświadomiłam sobie, że gdyby z jakiegoś powodu przepadł, chybabym się nie pozbierała.
Zeszliśmy na dół i wystawiliśmy rowery na ulicę, kiedy rozległ się dzwonek telefonu Rafała. Spojrzał na wyświetlacz niepewnie, jakby nie spodziewał się niczego dobrego.
- Kto to? - spytałam.
Nabrał głęboko tchu.
- Nie ucieszysz się.
- Nie mów... - rzuciłam i urwałam, kiedy odebrał.
Odszedł kawałek z komórką przy uchu, a ja doskonale wiedziałam, z kim rozmawia. Teoretycznie pracował tylko w tygodniu, ale miał trzech klientów tak znaczących i dużych, że musiał być praktycznie na każde skinienie.
Mina, z którą odbierał, świadczyła o tym, że to jeden z nich.
Nigdy nie dzwonili bez powodu. Jeśli w ogóle bezpośrednio się kontaktowali, to tylko dlatego, że na jakimś rynku finansowym pojawił się problem, któremu należało natychmiast zaradzić.
Zazwyczaj oznaczało to, że mój mąż musiał wyłączyć się z życia na okres od kilku do kilkunastu godzin.
Kiedy wrócił, wiedziałam już, że sytuacja jest awaryjna.
- Bilenda - powiedział Rafał.
Jego największy klient. Powierzył funduszowi hedgingowemu takie środki, że ich wysokość przyprawiała mnie o zawrót głowy.
- Wygląda na to, że znowu jakaś społeczność internetowa zaczęła skupować akcje spółki, które od pewnego czasu shortowaliśmy. Wartość jeszcze nie poszła w górę, ale jak tylko wieść się rozniesie...
- Idź - rzuciłam, patrząc na wejście do klatki. - Wstawię rowery.
Rafał sprawiał wrażenie, jakby była to ostatnia rzecz, jaką chciałby zrobić. W rzeczywistości jednak czuł się w takich kryzysowych sytuacjach jak ryba w wodzie - traktował je jako wyzwania i robił wszystko, by wygrać.
- Nie, ty jedź - powiedział. - Przyda ci się trochę ruchu.
Uśmiechnęłam się lekko, bo przeszedł już w tryb, w którym nawet nie bardzo wiedział, co mówi. Myślał już wyłącznie o tym, jak zapobiec powtórce sytuacji z początku roku, kiedy użytkownicy Reddita napompowali bańkę GameStop do tego stopnia, że shortujące akcje fundusze i ich klienci stracili jakieś dwadzieścia miliardów dolarów.
Tak czy owak, Rafał miał rację - powinnam trochę się poruszać. I dla umysłu, i dla ciała, bo wczorajsza butelka wina na noc sama się nie spali.
Wsiadłam na rower, ale uświadomiłam sobie, że przecież czegoś mi brakuje.
- Nie mam kluczy - powiedziałam.
- Nie szkodzi, będę w domu.
- A ja będę musiała włazić i schodzić, żeby schować rower.
Skinął głową, wciąż będąc myślami daleko. Machinalnie odpiął klucz do schowka od pęku, a potem włożył do sakwy pod ramą roweru.
- Schowam potem też twój - powiedziałam. - Zostaw go w garażu.
- Okej - rzucił i mnie pocałował. - Tylko uważaj.
Pożegnaliśmy się, a ja odprowadziłam go wzrokiem, kiedy wchodził z rowerem do klatki.
Sytuacja na giełdzie była szczęściem w nieszczęściu. Dzięki temu Rafał przez najbliższe dni nie będzie skupiał się na niczym poza tym, jak zapobiec spadkom notowań określonych akcji.
Ruszyłam przed siebie, starając się, by moje myśli też popłynęły jak najdalej od Moniki Marczewskiej. Wydawało mi się, że z każdym kilometrem będzie coraz lepiej, ale kiedy dotarłam do Kampinosu, uświadomiłam sobie, że przez cały czas nie myślałam o niczym oprócz dziewczyny.
Przyspieszyłam na leśnej ścieżce i mimo że miałam trzydzieści kilometrów drogi powrotnej przed sobą, dałam z siebie wszystko. Wzmożony wysiłek nieco pomógł - przynajmniej jeśli chodziło o głowę.
Powrót do Śródmieścia nie należał do łatwych, a kiedy dotarłam pod naszą kamienicę przy Poznańskiej, byłam całkowicie padnięta.
Odstawiłam oba rowery do komórki lokatorskiej, weszłam na górę i przycisnęłam dzwonek do drzwi.
Czekałam, niecierpliwiąc się. Chciałam znaleźć się już pod prysznicem, a potem jak najszybciej coś zjeść.
Rafał jednak nie otwierał.
Nacisnęłam guzik jeszcze raz, a potem zapukałam, jakby to mogło pomóc.
Wciąż nic. Był tak pochłonięty zaradzaniem kryzysowi, że nie słyszał? Nie, dzwonek był zbyt głośny, by dało się go zignorować. Pewnie wyszedł do łazienki.
Nacisnęłam klamkę i przekonałam się, że drzwi są otwarte. Dziwne, zawsze je zamykał, bo lata temu ktoś właściwie nie tyle się włamał, ile wszedł do jego rodzinnego mieszkania. Chyba z tego powodu mieliśmy nawet specjalny zamek - wystarczyło przekręcić dwa razy od środka, by nie dało się go otworzyć od zewnątrz.
- Rafał? - rzuciłam niepewnie.
Od razu poszłam do łazienki, ale już z daleka widziałam, że jest pusta.
Skierowałam się do kuchni. Potem do salonu i sypialni, w której dostrzegłam strój rowerowy niedbale rzucony na podłogę. Obeszłam cały dom, ale mojego męża nigdzie nie było.
Sięgnęłam po komórkę, wybrałam jego numer, odpowiedziała mi jednak automatyczna sekretarka.
Nagle uświadomiłam sobie, że na stole brakuje jego laptopa. Nie do końca rozumiejąc, co robię, otworzyłam szufladę w przedpokoju, gdzie powinny znajdować się jego kluczyki do auta i portfel.
Żadnej z tych rzeczy nie było. Dokumenty także zniknęły.
Szybko weszłam do sypialni, otworzyłam szafę i przekonałam się, że nie ma także torby podróżnej Rafała.
Zastygłam w całkowitym bezruchu, nie potrafiąc się pozbierać.