Wybierz mnie - Abbi Glines

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

Mar­cus

Po­wrót do domu był na­prawdę do bani. Wszystko w tym mie­ście przy­po­mi­nało mi o tym, dla­czego tak bar­dzo chcia­łem się stąd wy­do­stać. W Tu­sca­lo­osie mia­łem swoje ży­cie, to była moja ucieczka. Tu­taj by­łem tylko Mar­cu­sem Har­dym. Nie­ważne, gdzie się zja­wia­łem, lu­dzie za­wsze mnie roz­po­zna­wali. Znali moją ro­dzinę. A te­raz... plot­ko­wali na jej te­mat. I wła­śnie dla­tego mu­sia­łem wró­cić. Zo­sta­wie­nie sio­stry i matki, by same sta­wiały temu czoła, nie wcho­dziło w ra­chubę. Skan­dal, który lada mo­ment miał się roz­pę­tać, ode­brał mi wszyst­kie opcje. I wol­ność. Póki co, o spra­wie wie­działo tylko kilka osób, ale to tylko kwe­stia czasu. Wkrótce całe Sea Bre­eze w Ala­ba­mie do­wie się, co ro­bił mój oj­ciec - a ra­czej kogo ro­bił. Król de­ale­rów Mer­ce­desa na ca­łym wy­brzeżu Za­toki Mek­sy­kań­skiej był wy­star­cza­jąco do­brym ty­tu­łem dla nie­wiele ode mnie star­szej na­cią­gaczki, żeby wsko­czyć do łóżka mo­jego dro­giego oj­czulka. Kiedy je­den je­dyny raz wi­dzia­łem tę nisz­czy­cielkę cu­dzych ro­dzin, jak pra­co­wała za biur­kiem, za­raz obok biura mo­jego ojca, czu­łem, że coś jest nie tak. Była młoda, pie­kiel­nie sek­sowna i naj­wy­raź­niej głodna go­tówki.

Tata nie umiał utrzy­mać ptaka w spodniach, a te­raz mama i sio­stra będą mu­siały zmie­rzyć się z pięt­nem, ja­kie się z tym wiąże. Lu­dzie za­czną współ­czuć ma­mie. To wy­da­rze­nie było dla niej już wy­star­cza­jąco dru­zgo­cące, a nie wie­działa jesz­cze, że ta druga do­piero co stała się ko­bietą. Moja młod­sza sio­stra, Amanda, przy­ła­pała tę parkę na go­rą­cym uczynku, kiedy mama wy­słała ją z obia­dem do biura taty. Za­dzwo­niła do mnie tam­tej nocy, pła­cząc hi­ste­rycz­nie. Wy­mi­ga­łem się od szkoły, spa­ko­wa­łem swoje rze­czy i po­je­cha­łem do domu. Nie było in­nej moż­li­wo­ści. Moja ro­dzina mnie po­trze­bo­wała.

Pu­ka­nie do drzwi wy­rwało mnie z po­nu­rych roz­my­ślań, wsta­łem więc i po­sze­dłem spraw­dzić, ja­każ to la­ska szuka Cage'a tym ra­zem. Przez ży­cie tego go­ścia pa­ra­duje nie­koń­cząca się ko­lejka dziew­czyn. Mój współ­lo­ka­tor jest pod­ry­wa­czem. Naj­więk­szym ja­kiego znam. Przy nim Pre­ston, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel, wy­pada za­dzi­wia­jąco blado. Na­ci­sną­łem klamkę i z ca­łym im­pe­tem otwo­rzy­łem drzwi, nie pa­trząc wcze­śniej przez ju­da­sza.

I tu cze­kała mnie praw­dziwa nie­spo­dzianka. By­łem przy­go­to­wany na to, by po­wie­dzieć ko­lej­nej wy­so­kiej, smu­kłej, z wiel­kim-ale-sztucz­nym biu­stem, ubra­nej w pra­wie nic, cze­ka­ją­cej za drzwiami la­sce, że Cage jest za­jęty z inną, po­dobną do niej przed­sta­wi­cielką płci pięk­nej. Tylko że przede mną stał bar­dzo na­tu­ralny, pra­wie pulchny ru­dzie­lec. Pa­trzyła na mnie prze­krwio­nymi oczami, a po po­licz­kach pły­nęły jej łzy. Nie miała roz­ma­za­nego tu­szu. Jej włosy nie były spe­cjal­nie uło­żone, ale zwią­zane z tyłu w zwy­kły ku­cyk. Miała na so­bie dżinsy i coś, co wy­da­wało mi się ory­gi­nalną kon­cer­tową ko­szulką AC/DC Back in Black. Pę­pek przy­ku­wał uwagę do pła­skiego, opa­lo­nego brzu­cha. Jej ubra­nia nie były ob­ci­słe. No, może spodnie były do­syć do­pa­so­wane, ale bar­dzo ład­nie przy­le­gały do jej bio­der. Mój za­chwyt jej no­gami skoń­czył się w mo­men­cie, gdy zo­ba­czy­łem wa­lizkę, któ­rej uchwyt mocno ści­skała w dłoni.

- Za­sta­łam Cage'a? - Choć głos jej się ła­mał, na­dal brzmiał bar­dzo me­lo­dyj­nie. Mia­łem spory pro­blem z prze­tra­wie­niem tego, że ta dziew­czyna była tu dla Cage'a. Zu­peł­nie nie była w jego ty­pie. Cał­kiem na­tu­ralna, bez do­dat­ko­wych po­pra­wek czy ulep­szeń. Wszystko, po­cząw­szy od gę­stych ciem­no­mie­dzia­nych wło­sów po trampki, krzy­czało: NIE JE­STEM TY­PEM CAGE'A. A to, że miała przy so­bie wa­lizkę, no cóż, nie wró­żyło ni­czego do­brego.

- Hmm, nie.

Jej ra­miona opa­dły i usły­sza­łem wy­raźny szloch. Mała, de­li­katna dłoń pod­nio­sła się, żeby za­kryć usta, jakby sama sie­bie chciała uci­szyć. Na­wet jej pa­znok­cie były ele­ganc­kie. Nie za dłu­gie, z gład­kimi, za­okrą­glo­nymi koń­cami, po­cią­gnięte de­li­kat­nym ró­żo­wym la­kie­rem.

- Zo­sta­wi­łam te­le­fon u mo­jej sio­stry - wes­tchnęła wresz­cie. - Mu­szę do niego za­dzwo­nić. Czy mogę wejść?

Cage wy­szedł gdzieś z mo­delką stro­jów ką­pie­lo­wych, którą naj­wy­raź­niej po­cią­gali bejs­bo­li­ści gra­jący dla dru­żyny uni­wer­sy­tec­kiej. Po­dej­rze­wa­łem, po tym, co mi opo­wia­dał, że ra­czej nie wróci na noc. Ni­gdy nie od­bie­rze od niej te­le­fonu, a ja po pro­stu nie mo­głem znieść my­śli o tym, że ta dziew­czyna mo­głaby się jesz­cze bar­dziej za­smu­cić. Okropna myśl prze­mknęła mi przez głowę: Oby tylko nie cho­dziło o wpadkę. Czy on nie wi­dział, jak cho­ler­nie była nie­winna?

- Hmm, taa, ale nie wiem, czy od­bie­rze. On jest za­jęty... dziś wie­czo­rem.

Uśmiech­nęła się cierpko i przy­tak­nęła, wpra­sza­jąc się do środka.

- Wiem, czym jest tak za­jęty, ale ze mną po­roz­ma­wia.

Brzmiała ra­czej pew­nie. Cóż, ja nie by­łem o tym aż tak prze­ko­nany.

- Masz może ko­mórkę, z któ­rej mo­gła­bym za­dzwo­nić?

Się­gną­łem do kie­szeni dżin­sów i po­da­łem jej te­le­fon, nie chcąc się z nią sprze­czać. Prze­stała w końcu pła­kać i chcia­łem, żeby tak zo­stało.

- Dzięki. No to dzwo­nię.

Pa­trzy­łem, jak pod­cho­dzi do sofy i z gło­śnym hu­kiem rzuca na pod­łogę wa­lizkę, a po­tem usa­da­wia się na wy­słu­żo­nych po­dusz­kach, jakby go­ściła tu już wie­lo­krot­nie. Jako że wpro­wa­dzi­łem się do­piero dwa dni temu, nie mo­głem wie­dzieć, czy rze­czy­wi­ście by­wała tu­taj wcze­śniej. Cage był zna­jo­mym zna­jo­mego i szu­kał współ­lo­ka­tora. Ja po­trze­bo­wa­łem cze­goś na już, a jego miesz­ka­nie było cał­kiem przy­jemne. Pre­ston i Cage grali w tej sa­mej dru­ży­nie uni­wer­sy­tec­kiej. Kiedy mój kum­pel usły­szał, że po­trze­buję miesz­ka­nia, za­dzwo­nił do Cage'a i umó­wił nas na spo­tka­nie.

- To ja. Kiedy ucie­ka­łam, zo­sta­wi­łam swój te­le­fon. Nie ma cię tu, ale twój współ­lo­ka­tor mnie wpu­ścił. Za­dzwoń do mnie. - Po­cią­gnęła no­sem się roz­łą­czyła.

Za­fa­scy­no­wany ob­ser­wo­wa­łem, jak za­częła pi­sać do niego wia­do­mość. Ona na­prawdę wie­rzyła, że ta mę­ska dziwka od­dzwoni, jak tylko od­czyta jej SMS-a. By­łem za­in­try­go­wany i z każdą mi­nutą co­raz bar­dziej za­nie­po­ko­jony.

Skoń­czyw­szy, od­dała mi te­le­fon. Na jej za­pła­ka­nej czer­wo­nej twa­rzy po­ja­wił się de­li­katny uśmiech, uka­zu­jąc do­łeczki w po­licz­kach. Cho­lera, to było na­prawdę uro­cze.

- Dzięki. Masz coś prze­ciwko, że­bym tu za­cze­kała, aż do mnie od­dzwoni?

Po­krę­ci­łem głową.

- Nie, ab­so­lut­nie. Na­pi­jesz się cze­goś?

Przy­tak­nęła i wstała z sofy.

- Tak, ale sama so­bie we­zmę. Moje na­poje są na dol­nej półce, za pi­wami.

Zmarsz­czy­łem brwi i po­sze­dłem za nią do kuchni. Otwo­rzyła lo­dówkę i schy­liła się, żeby wy­cią­gnąć swój ukryty na­pój. W tej po­zy­cji trudno było prze­oczyć jej ty­łek - zwłasz­cza w tych do­pa­so­wa­nych, prze­tar­tych dżin­sach. Był ide­alny, w kształ­cie serca, i choć nie była spe­cjal­nie wy­soka, jej nogi się­gały nieba.

- Tu jest. Cage musi iść do sklepu uzu­peł­nić za­pasy. Chyba po­zwala swoim jed­no­noc­nym zdo­by­czom pić moje Jar­ri­tos1.

Mia­łem do­syć zga­dy­wa­nek. Mu­sia­łem wie­dzieć, kim wła­ści­wie jest ta ko­bieta. Na pewno nie jedną z jego dziew­czyn. Czyżby to była owa sio­stra, z którą uma­wiał się Pre­ston? Mia­łem cho­lerną na­dzieję, że nie. By­łem nią na­prawdę za­in­te­re­so­wany, a nie in­te­re­so­wa­łem się ni­kim już od dłuż­szego czasu - od­kąd ostat­nia dziew­czyna zła­mała mi serce. Już chcia­łem za­py­tać, skąd zna Cage'a, kiedy mój te­le­fon za­czął dzwo­nić. Po­de­szła do mnie i wy­cią­gnęła dłoń. Dziew­czyna na­prawdę my­ślała, że to Cage. Spoj­rza­łem na wy­świe­tlacz i oka­zało się, że fak­tycz­nie dzwoni mój współ­lo­ka­tor. Chwy­ciła apa­rat.

- Hej... Ona jest ta­kim sa­mo­lub­nym pa­ja­cem... Nie mogę tam zo­stać, Cage... Nie chcia­łam zo­sta­wiać tam te­le­fonu. By­łam po pro­stu smutna... Tak, twój nowy współ­lo­ka­tor to miły gość. Był bar­dzo po­mocny... Nie, nie kończ swo­jej randki. Ulżyj so­bie. Po­cze­kam... Przy­się­gam, że tam nie wrócę. Ona jest, jaka jest, Cage... Ja po pro­stu jej nie­na­wi­dzę. - Znów usły­sza­łem tłu­miony szloch w jej gło­sie. - Nie, nie, na­prawdę, wszystko okej. Po­trze­buję cię zo­ba­czyć... Nie rób tego. Odejdę... Cage... Nie... Cage... Okej, w po­rządku.

Po­dała mi te­le­fon.

- Chce z tobą roz­ma­wiać.

Cze­goś ta­kiego się nie spo­dzie­wa­łem. Dziew­czyna mu­siała być jego sio­strą.

- Hej.

- Po­słu­chaj, mu­szę mieć pew­ność, że Low zo­sta­nie tam, gdzie jest, do­póki nie wrócę do domu. Jest zde­ner­wo­wana i nie chcę, żeby so­bie po­szła. Daj jej je­den z tych mek­sy­kań­skich drin­ków z lo­dówki. Są za pi­wami, na dol­nej półce. Mu­szę je ukry­wać przed la­skami, które do mnie przy­cho­dzą. Wszyst­kie ko­biety sza­leją za tym pa­skudz­twem. Włącz te­le­wi­zor, ro­ze­rwij ją, co­kol­wiek. Je­stem dzie­sięć mi­nut drogi od domu, ale już wkła­dam dżinsy i wra­cam. Po­móż jej sku­pić się na czymś in­nym, tylko jej nie do­ty­kaj.

- Ach, okej, ja­sne. To twoja sio­stra?

Cage za­śmiał się do te­le­fonu.

- No coś ty, to nie jest moja sio­stra. Sio­strze nie ku­pił­bym ulu­bio­nego na­poju i nie prze­rwał­bym ak­cji w trój­ką­cie, żeby do niej od­dzwo­nić. Low jest dziew­czyną, z którą się oże­nię.

Nie mia­łem na to żad­nej od­po­wie­dzi. Spoj­rza­łem na nią - stała przy oknie, ob­ró­cona do mnie ple­cami. Dłu­gie i gę­ste mie­dziane loki, za­krę­cone na koń­cach, się­gały środka jej ple­ców. Ani tro­chę nie przy­po­mi­nała dziew­czyn, z któ­rymi za­da­wał się Cage. O co mu cho­dziło, kiedy mó­wił, że to dziew­czyna, którą po­ślubi? To nie miało żad­nego sensu.

- Za­trzy­maj ją tam. Je­stem w dro­dze.

Roz­łą­czył się.

Rzu­ci­łem te­le­fon na stół i na­dal sta­łem w miej­scu, ga­piąc się po pro­stu na jej plecy. Od­wró­ciła się po­woli i przez mo­ment przy­glą­dała mi się uważ­nie, aż wresz­cie się uśmiech­nęła.

- Po­wie­dział ci, że mnie po­ślubi, prawda? - za­py­tała, śmie­jąc się de­li­kat­nie i upiła nieco swo­jego na­poju. - Sza­lony chło­pak. Nie po­win­nam była go mar­twić, ale jest wszyst­kim, co mam.

Po­de­szła bli­żej i usia­dła na sta­rej, wy­bla­kłej, zie­lo­nej so­fie, pod­ku­liw­szy nogi pod sie­bie.

- Nie martw się. Nie odejdę. Gdy­bym wy­szła, Cage prze­trzą­snąłby dom mo­jej sio­stry, za­pewne na­pę­dza­jąc jej przy tym nie­złego stra­cha. Mam już wy­star­cza­jąco dużo pro­ble­mów, kiedy w grę wcho­dzi moja sio­stra. Nie mam za­miaru na­pusz­czać na nią Cage'a.

Po­woli pod­sze­dłem do je­dy­nego krze­sła w po­koju i usia­dłem na nim.

- Więc je­ste­ście za­rę­czeni? - za­py­ta­łem, ga­piąc się na jej ser­deczny pa­lec, na któ­rym nie było żad­nego pier­ścionka.

Ze smut­nym uśmie­chem po­krę­ciła głową.

- Ni­gdy w ży­ciu. Cage miewa sza­lone po­my­sły. To, że wy­po­wiada je na głos, nie zna­czy, że stają się one choćby praw­do­po­dobne.

Unio­sła brew i znów po­cią­gnęła odro­binę na­poju z bu­telki.

- To nie wyj­dziesz za Cage'a? - Na­prawdę chcia­łem, żeby mi to wy­ja­śniła, po­nie­waż by­łem nie­zwy­kle zdez­o­rien­to­wany i bar­dziej niż tro­chę nią za­in­te­re­so­wany. Przy­gry­zła dolną wargę i do­piero te­raz za­uwa­ży­łem, jak pełne były jej usta.

- Cage był moim "chłop­cem z są­siedz­twa", kiedy do­ra­sta­łam. Jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Ko­cham go na za­bój i na­prawdę jest wszyst­kim, co mam. Jest je­dyną osobą, na którą mogę li­czyć. Ni­gdy nie by­li­śmy parą, po­nie­waż on wie, że nie będę się z nim ko­chać, a on po­trze­buje seksu. Poza tym on jest zu­peł­nie za­krę­cony na punk­cie sa­mej idei na­szego związku i tego, że za­nim się ze mną ożeni, wszystko się roz­pad­nie. Jest w nim ja­kiś ir­ra­cjo­nalny strach, że mnie straci.

Czy ona wie­działa, że Cage po­su­wał wię­cej niż trzy różne la­ski w tym ty­go­dniu i naj­wy­raź­niej za­ba­wiał się w trój­ką­cie, kiedy do niego za­dzwo­niła? Była o wiele lep­sza od niego.

- Po­zbądź się tej miny. Nie po­trze­buję two­jej li­to­ści. Wiem, jaki on jest. Wiem też, że zda­jesz so­bie sprawę, na ja­kie dziew­czyny leci, i że nie wy­glą­dam ani tro­chę jak one. Nie żyję w świe­cie fan­ta­zji. Je­stem bar­dzo świa­doma. - Prze­chy­liła głowę i uśmiech­nęła się do mnie słodko. - Na­wet nie znam two­jego imie­nia.

- Mar­cus Hardy.

- Więc Mar­cu­sie Hardy, je­stem Wil­low Mont­go­mery, ale wszy­scy wo­łają na mnie Low. Miło mi cię po­znać.

- Wza­jem­nie.

- Je­steś przy­ja­cie­lem Pre­stona.

Przy­tak­ną­łem.

- Tak, ale nie miej mi tego za złe.

Za­śmiała się po raz pierw­szy i za­sko­czyła mnie na­gła przy­jem­ność, jaką od­czu­łem, pa­trząc na ten pro­sty gest. Lu­bi­łem jej śmiech.

- Nie będę. Pre­ston nie jest aż taki zły. Lubi wy­ko­rzy­sty­wać ładną buźkę dla swo­ich ko­rzy­ści, ale ja je­stem poza jego ra­da­rem. Cage by go za­bił, gdyby za­czął ły­pać na mnie tymi swo­imi nie­bie­skimi oczę­tami.

Czy to dla­tego, że Pre­ston był ko­bie­cia­rzem? A może po pro­stu wzbu­dzał w Cage'u sil­niej­szy in­stynkt opie­kuń­czy wo­bec Wil­low. Czy ten fa­cet na­prawdę my­ślał, że ona za­czeka, aż bę­dzie go­towy się ustat­ko­wać i ją po­ślu­bić?

- Low! - za­brzmiał głos Cage'a, kiedy otwo­rzyły się drzwi wej­ściowe do miesz­ka­nia. Ro­zej­rzał się nie­spo­koj­nie do­okoła i od razu sku­pił wzrok na Wil­low.

- Boże, skar­bie, tak się ba­łem, że uciek­niesz. Chodź do mnie. - To był Cage, ja­kiego ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łem. Naj­wy­raź­niej ten słodki mały ru­dzie­lec tra­fiał do niego jak nikt inny. Ob­jął ją jedną ręką, drugą się­gnął w dół po za­po­mnianą już wa­lizkę, po czym za­pro­wa­dził ją do swo­jego po­koju, szep­cząc coś do ucha. Gdyby nie po­wie­działa mi wcze­śniej, że od­mó­wiła mu seksu, to te­raz za­pewne wpadł­bym w szał, że Cage bę­dzie do­ty­kał ko­goś tak nie­win­nego jak ona, choć sam do­piero co za­ba­wiał się w łóżku z dwiema la­skami. A tak zże­rała mnie tylko zwy­czajna za­zdrość, po­nie­waż wie­dzia­łem, że przyj­dzie mu ją tu­lić i słu­chać jej me­lo­dyj­nego głosu, kiedy bę­dzie wy­pła­ki­wała swoje żale. To on bę­dzie tym, który jej po­może, nie ja. Do­piero co ją po­zna­łem. Dla­czego więc, do cho­lery, tak mnie to mę­czy?

1 - Mek­sy­kań­ski na­pój owo­cowy (przyp. tłum.).

Roz­dział II

Wil­low

Spoj­rza­łam na Cage'a roz­ło­żo­nego na pod­ło­dze koło łóżka. Po po­wro­cie z noc­nych wo­jaży ja­kimś cu­dem zdo­łał zna­leźć kilka do­dat­ko­wych ko­ców i po­du­szek. Śmier­dział whi­sky i sek­sem. Nie po­zwo­li­łam mu spać obok sie­bie, skoro chwilę wcze­śniej bzy­kał ja­kąś bez­i­mienną la­skę. Wa­riat. Po­wstrzy­ma­łam chęć od­gar­nię­cia mu z czoła jego dłu­gich czar­nych wło­sów. Mu­sia­łam wyjść, a gdy­bym go obu­dziła, pró­bo­wałby mnie za­trzy­mać. Moja sio­stra li­czyła na to, że zajmę się dzi­siaj swoją sio­strze­nicą, La­rissą. Wciąż by­łam na nią wście­kła, ale La­rissa była tylko dziec­kiem, po­trze­bo­wała mnie. To nie jej wina, że jej mama jest ta­kim sa­mo­lub­nym ba­cho­rem.

Wsta­łam, zdję­łam z łóżka na­rzutę i okry­łam nią pół­na­gie ciało Cage'a. W nocy ro­ze­brał się do bok­se­rek, żeby po­zbyć się smrodu dymu, al­ko­holu i ta­nich per­fum, któ­rymi na­sią­kły jego ubra­nia. To nie miało zna­cze­nia, bo i tak nie­przy­jemny za­pach na­dal się utrzy­my­wał. Jego ab­sur­dal­nie wy­rzeź­biona klatka pier­siowa za­wsze była zło­ci­ście brą­zowa. Jego mama była stu­pro­cen­tową In­dianką i to było wi­doczne na pierw­szy rzut oka. In­ten­syw­nie nie­bie­skie oczy Cage'a były je­dyną ce­chą, jaką odzie­dzi­czył po ojcu. To jedna z wielu rze­czy, które nas łą­czą - nie­obec­ność oj­ców w moim i jego ży­ciu.

W wa­lizce mia­łam tylko trzy ze­stawy czy­stych ubrań. Moje brudne ciu­chy pię­trzyły się w pla­sti­ko­wym ko­szu na bie­li­znę, który Cage trzy­mał w rogu po­koju. Na­prawdę mu­szę zna­leźć chwilę, żeby zro­bić po­rządne pra­nie. Ze skrom­nego za­sobu ciu­chów wy­bra­łam zwy­kłe dżinsy i ko­szulkę Hur­ri­ca­nes Ba­se­ball, którą do­sta­łam od Cage'a, po czym szybko i ci­cho się ubra­łam. Po­tem ucze­sa­łam włosy, za­mknę­łam wa­lizkę i wrzu­ci­łam do ko­sza brudne ubra­nia z po­przed­niego dnia.

De­li­kat­nie za­my­ka­jąc za sobą drzwi, żeby go nie obu­dzić, ru­szy­łam w kie­runku kuchni. Po­trze­bo­wa­łam kawy. Chcia­łam też zo­sta­wić tro­chę przy­go­to­wa­nej dla Cage'a. Bóg je­den wie, jak bar­dzo bę­dzie jej po­trze­bo­wał po wczo­raj­szej nocy.

- My­śla­łem, że wy­szłaś wczo­raj wie­czo­rem.

Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam sie­dzą­cego przy stole Mar­cusa Hardy'ego - po­pi­jał kawę i prze­glą­dał ga­zetę. Na­prawdę wo­la­ła­bym, żeby nie był aż tak pie­kiel­nie przy­stojny. Mar­cus Hardy to zde­cy­do­wa­nie nie moja liga. Nie mia­łam zie­lo­nego po­ję­cia, jak Cage'owi udało się zna­leźć ta­kiego współ­lo­ka­tora. Pre­ston musi być bli­sko z Mar­cu­sem, co w su­mie jest dziwne, bo do­ra­stał w ta­kim sa­mym śro­do­wi­sku jak Cage i ja.

- Hmm, nie, to był Cage.

Mar­cus skrzy­wił się i po­pa­trzył z dez­apro­batą, którą wi­dzia­łam na jego twa­rzy już wczo­raj. On na­prawdę nie ro­zu­miał na­szego związku. Nie by­łam pewna, czy nas oce­nia, ale i tak mnie to iry­to­wało. Na­wet je­śli miał naj­pięk­niej­sze zie­lone oczy, ja­kie w ży­ciu wi­dzia­łam.

- Cage'a tu nie ma?

Po­krę­ci­łam głową.

- Jest, jest. Do­stał wczo­raj, hmm... te­le­fon i mu­siał wyjść. Wró­cił kilka go­dzin temu.

- Więc zo­sta­wił cię tu­taj, kiedy on... wy­szedł.

Wes­tchnę­łam i się­gnę­łam po ku­bek, żeby na­lać so­bie kawy.

- Do­kład­nie.

- Wła­śnie mia­łem sma­żyć jajka i ro­bić to­sty. Masz ochotę?

Nie ta­kiej od­po­wie­dzi się spo­dzie­wa­łam. My­śla­łam, że bę­dzie roz­trzą­sał moje re­la­cje z Cage'em. A on pro­po­no­wał mi śnia­da­nie.

- Nie, dzię­kuję. Mu­szę za­jąć się dziś sio­strze­nicą. - Po­ka­za­łam mu swój ku­bek z kawą. - Wy­cho­dząc, za­bie­ram ze sobą kawę, ale za­wszę zwra­cam kubki.

Mar­cus wzru­szył ra­mio­nami.

- Bez obaw. I tak nie są moje.

- Wiem. Ku­pi­łam je Cage'owi, kiedy się tu wpro­wa­dzał.

Mar­cus wstał i pod­szedł do lo­dówki, by wy­cią­gnąć z niej jajka i ma­sło. Je­śli mia­ła­bym być wo­bec sie­bie zu­peł­nie szczera, to mu­sia­ła­bym przy­znać, że chcia­łam tam po pro­stu stać i pa­trzeć, jak go­tuje. Po­tem zjeść z nim śnia­da­nie i spraw­dzić, czy dam radę spra­wić, by się uśmiech­nął. By­łam prze­ko­nana, że ma piękny uśmiech. I że te jego zie­lone oczy po­tra­fią cud­nie błysz­czeć ra­do­ścią.

- Je­steś pewna, że nie mo­żesz zo­stać? Moje umie­jęt­no­ści ku­li­narne są dość im­po­nu­jące.

Mar­cus się­gnął do półki obok mnie. Po­czu­łam za­pach my­dła wy­mie­szany z wo­nią kawy i czymś, co przy­po­mi­nało mi cie­płe let­nie dni. Po­wstrzy­ma­łam się od chwy­ce­nia go za ko­szulkę i za­cią­gnię­cia się moc­niej tym za­pa­chem. Po­my­ślałby, że osza­la­łam. Za­wsze uwa­ża­łam, że za­pach Cage'a po zwy­cię­skim me­czu był nie do prze­bi­cia. Ale pot, piw­sko i pa­pie­rosy to jed­nak żadna kon­ku­ren­cja dla czy­stego Mar­cusa Hardy'ego.

Okej, mu­szę już spa­dać.

- Hmm, okej, mu­szę już ucie­kać. Jesz­cze raz dzię­kuję i może kie­dyś sko­rzy­stam z tego za­pro­sze­nia na śnia­da­nie. Mu­szę do­stać się do miesz­ka­nia sio­stry, za­nim ona zjawi się tu z dziec­kiem na do­czepkę.

Mar­cus spoj­rzał na mnie i zmarsz­czył de­li­kat­nie brwi. Wy­da­wał się zmar­twiony. Gdyby tylko ten fa­cet wie­dział, że to naj­mniej­sze z mo­ich zmar­twień. Za­sta­na­wia­łam się, co by po­my­ślał, gdyby się do­wie­dział, że nie mam gdzie miesz­kać. Ka­napa u sio­stry i łóżko u Cage'a to były na dzień dzi­siej­szy moje je­dyne opcje. Po­dej­rze­wa­łam, że chciałby mi ja­koś po­móc, i to mnie roz­czu­lało. Po­trzą­snę­łam głową, chcąc roz­wiać tę ilu­zję Mar­cusa, którą sama so­bie wy­my­śli­łam. Mi­nę­łam jego i pyszne sma­ko­łyki, które przy­go­to­wy­wał, i skie­ro­wa­łam się do wyj­ścia.

- Po­ra­dzisz so­bie? - za­wo­łał, kiedy moja dłoń się­gnęła klamki. Uśmiech­nę­łam się. Mia­łam ra­cję. Za­le­żało mu. Ale z dru­giej strony, fa­ceci tacy jak on chcieli ra­to­wać cały świat.

- Ja­sne - od­par­łam, oglą­da­jąc się za sie­bie i po­sy­ła­jąc mu uśmiech, po czym wy­szłam na ze­wnątrz, wra­ca­jąc do rze­czy­wi­sto­ści.

- Gdzie ty się, do li­cha, po­dzie­wa­łaś? Nie, po­cze­kaj, nie mówi mi. Znów wy­lą­do­wa­łaś w łóżku Cage'a Yorka. Zda­jesz so­bie sprawę, że nie mo­żesz mnie oce­niać, kiedy sama sy­piasz z tą mę­ską dziwką.

Ugry­złam się w ję­zyk, żeby po­wstrzy­mać się od krzyku. Moja sio­stra była tak nie­zo­rien­to­wana w tym, co dzieje się w moim ży­ciu, że na­wet nie była świa­doma tego, jak bar­dzo się myli. Tak, Cage mógł być uwa­żany za mę­ską dziwkę, ale wy­bie­rał za­wsze na­prawdę go­rące, sek­sowne dziew­czyny. Cał­kiem wy­soko sta­wiał po­przeczkę. Ni­gdy nie prze­stało mnie dzi­wić, że lu­dzie brali mnie za je­den z jego pod­bo­jów. Kom­plet­nie nie pa­so­wa­łam do pro­filu. Po pierw­sze, wciąż utrzy­my­wał ze mną kon­takt. A nie ro­bił tego ni­gdy, je­śli już pa­nienkę za­li­czył. Po dru­gie, nie by­łam wy­star­cza­jąco wy­soka, by­łam ru­dziel­cem, moje bio­dra były zbyt sze­ro­kie, a piersi zbyt na­tu­ralne. Cage lu­bił sztuczne cycki. Dziwne, ale praw­dziwe. W każ­dym ra­zie moja sio­stra była ży­wym przy­kła­dem tego, na co le­ciał Cage. Prawda, też miała rude włosy, ale jej były na­tu­ral­nie po­fa­lo­wane, była wy­soka i szczu­pła. Rudy wy­glą­dał na niej le­piej niż na mnie. Jej rudy był sek­sowny. Mój nie­ko­niecz­nie.

- Je­stem prze­cież. Więc idź już, prze­stań prze­kli­nać i krzy­czeć przy La­ris­sie. Cały ty­dzień pra­co­wa­łam nad tym, żeby prze­stała mó­wić c-h-o-l-e-r-a, kiedy coś upusz­cza.

Gdy­bym nie mu­siała za­mar­twiać się tym, że to słowo wej­dzie na stałe do jej ję­zyka, uzna­ła­bym to za­pewne za coś za­baw­nego. Sie­działa na swoim wy­so­kim krze­śle i upusz­czała jedną chrupkę za drugą. Kiedy ta od­bi­jała się od pod­łogi, mała krzy­czała: "CHO­LERA!", kla­skała w rączki i... po­wta­rzała cały pro­ces od po­czątku. A to wszystko dzięki mo­jej uro­czej sio­strze, która krzy­czała "cho­lera" za każ­dym ra­zem, kiedy mała upusz­czała je­dze­nie na zie­mię. I tak moja sio­strze­nica zde­cy­do­wała, że to bę­dzie do­sko­nała za­bawa.

- Nie­ważne, to było za­bawne. Mu­szę le­cieć. Za­dzwoń do Ja­net Hall, tej ko­biety, która w swo­ich żół­tych wło­sach wiecz­nie ma wałki. Mieszka trzy domy stąd. Za­py­taj, czy może ju­tro za­jąć się La­rissą. Ty masz za­ję­cia, prawda?

Przy­tak­nę­łam.

- Tak.

Nie zno­si­łam zo­sta­wiać ma­łej z tą ko­ciarą. Ostat­nim ra­zem, kiedy tam była, wró­ciła do domu cała po­dra­pana przez ty­siące ko­tów, które się tam kręcą, o smro­dzie ko­cich od­cho­dów na­wet nie wspo­mnę. Nie mo­głam jed­nak opu­ścić za­jęć czy na­wet do­stać mniej niż 5 z któ­re­go­kol­wiek kursu - ode­bra­liby mi sty­pen­dium. A bar­dzo go po­trze­bo­wa­łam. W Faulk­ner pod­ję­łam dwu­let­nie stu­dia i tylko na tyle było mnie stać. Kiedy skoń­czy się moje sty­pen­dium, będę mu­siała odło­żyć edu­ka­cję na bok. Chyba że uda­łoby mi się zdo­być kre­dyt stu­dencki, ale zwa­żyw­szy na to, że w tym mo­men­cie nie mia­łam na­wet domu, było to mało praw­do­po­dobne.

- Okej, już mnie nie ma. Nie dzwoń na ko­mórkę, kiedy je­stem w pracy. Jak bę­dziesz miała ja­kieś pro­blemy, sama je roz­wiąż.

I już jej nie było. Żad­nego bu­ziaka dla La­rissy. Nie­na­wi­dzi­łam jej za to - zresztą nie tylko za to.

Moja mama zmarła na raka, kiedy mia­łam dwa­na­ście lat, zo­sta­wia­jąc mnie i sio­strę zu­peł­nie same. Tawny miała osiem­na­ście lat, kiedy prze­jęła nade mną opiekę. Dom na szczę­ście udało się spła­cić dzięki oszczęd­no­ściom mamy. Za­równo on, jak i skromna suma na kon­cie przy­pa­dły Tawny. Zdała GED1, za­miast ukoń­czyć ostat­nią klasę li­ceum, i zdo­łała zdo­być pracę, by móc pła­cić na­sze ra­chunki. Kiedy już sama mo­głam pra­co­wać, po­ma­ga­łam z opła­tami. Po­tem po­ja­wiła się La­rissa i ja­kiś rok temu wszystko się po­gma­twało. Tawny stwier­dziła, że nie może mnie dłu­żej utrzy­my­wać i że mu­szę zna­leźć so­bie miesz­ka­nie. Z pen­sji kel­nerki nie było mnie stać na wła­sny kąt. Zde­cy­do­wała więc, że je­śli będę zaj­mo­wać się dziec­kiem, kiedy ona jest w pracy, w za­mian mogę zo­stać za darmo na noc. Pro­blem w tym, że nie po­trze­bo­wała opie­kunki co­dzien­nie, a "za darmo" nie po­zwa­lała mi no­co­wać.

Brzmi okrut­nie, ale by­łam prze­ko­nana, że w te noce przy­cho­dził do niej oj­ciec La­rissy i nie chciała, że­bym do­wie­działa się, kim on jest. Po­dej­rze­wa­łam, że gdyby nie ten se­kret, po­zwa­la­łaby mi zo­sta­wać. A tak, no cóż... wy­ko­pała mnie stam­tąd przez ja­kie­goś fa­ceta. Naj­pierw uda­łam się do ko­ścioła me­to­dy­stów, któ­rzy pro­wa­dzili ośro­dek dla bez­dom­nych, po­tem jed­nak do­wie­dział się o tym Cage, któ­rego Tawny po­in­for­mo­wała, że nie po­zwala mi u sie­bie no­co­wać. I tak wy­lą­do­wa­łam u niego. Pró­bo­wa­łam z nim dys­ku­to­wać, ale tak na­prawdę po­trze­bo­wa­łam go. Na­wet kiedy mo­men­tami by­wał za­bor­czy i nieco sza­lony, opie­ko­wał się mną. Wcze­śniej nikt ni­gdy tego nie ro­bił. A on lu­bił świa­do­mość, że po­trafi się kimś za­jąć.

Kiedy zmarła jego bab­cia, zo­sta­wiła mu wszystko, na­wet to, co miała scho­wane w skar­pe­cie. Cage ni­gdy wła­ści­wie jej nie po­znał, po­nie­waż jego matka jako szes­na­sto­latka ucie­kła z domu i ni­gdy już do niego nie wró­ciła. To było wiel­kie za­sko­cze­nie, kiedy otrzy­mał czek na dwie­ście ty­sięcy do­la­rów. Pierw­szym, co zro­bił, był za­kup wła­snego miesz­ka­nia. Stwier­dził, że to do­bra in­we­sty­cja i chciał odro­biny bez­pie­czeń­stwa. Resztę pie­nię­dzy ulo­ko­wał w banku i brał z konta tylko tyle, ile po­trze­bo­wał. Od tam­tej pory nie­ustan­nie pró­bo­wał mnie na­mó­wić, że­bym z nim za­miesz­kała.

- Low­low wyjść - za­żą­dała La­rissa, ude­rza­jąc swo­imi ma­łymi piąst­kami w tacę krze­sła do kar­mie­nia, w któ­rym sie­działa. Ostat­nio za­częła tak na mnie wo­łać. Wcze­śniej mó­wiła do mnie "mama", ale to strasz­nie zło­ściło Tawny. Mu­sia­łam więc nieco po­pra­co­wać, żeby wy­eli­mi­no­wać u ma­łej ten na­wyk.

- Tak, wy­cią­gnę cię, ale naj­pierw umy­jemy ci rączki z ba­nana.

Mar­cus

- Kiedy Low wy­szła? - wy­mam­ro­tał Cage, wy­cho­dząc z sy­pialni go­dzinę po tym, jak Wil­low się ze mną po­że­gnała. Na od­le­głość wy­czu­łem za­pach whi­sky. Jak ona mo­gła przy nim spać?

- Ja­kąś go­dzinę temu.

Ski­nął głową i wy­cią­gnął ko­mórkę z kie­szeni spodni. W tym mo­men­cie na­prawdę chcia­łem wy­glą­dać na sku­pio­nego na pracy przy swoim lap­to­pie, a nie jak ktoś, kto umiera z cie­ka­wo­ści, żeby usły­szeć roz­mowę te­le­fo­niczną współ­lo­ka­tora.

- Cześć, skar­bie, dla­czego wy­szłaś i mnie nie obu­dzi­łaś?... Ach, no prze­stań. Wiesz, że dla cie­bie bym wstał... Prze­pra­szam. Nie po­wi­nie­nem był wy­cho­dzić... Nie, nie po­wi­nie­nem był. My­śla­łem, że śpisz... Chcę, że­byś tu dziś wie­czo­rem wró­ciła i pro­szę, za­bierz wresz­cie klucz. Wciąż ci go zo­sta­wiam. Nie lu­bię, kiedy z nią zo­sta­jesz i le­piej, że­bym się nie do­wie­dział, że wró­ci­łaś do tego cho­ler­nego schro­ni­ska... Sam cię tu przy­pro­wa­dzę, je­śli mnie do tego zmu­sisz... Mam dzi­siaj mecz. Chcesz przyjść? Obie­cuję, że wrócę z tobą... Okej, do­brze. Ale wróć. Je­śli mu­sisz od­po­cząć przed ju­trzej­szymi za­ję­ciami, to przy­pro­wadź tu ten swój sek­sowny ty­łek i po­rząd­nie się wy­śpij. Obie­cuję dzi­siaj nie śmier­dzieć.

Cage za­śmiał się i za­koń­czył roz­mowę.

- Osza­leję z tą dziew­czyną, przy­się­gam.

Zer­k­ną­łem na niego. Na­peł­niał wła­śnie swój ku­bek kawą.

- Wzięła so­bie kawę, za­nim wy­szła?

- Taa, wzięła.

Przy­tak­nął i oparł się o blat.

- Wy­glą­dała na zmę­czoną czy ra­czej zmar­twioną?

Wy­glą­dała na po­ko­naną, ale tego nie chcia­łem mu mó­wić. Nie dla­tego, że się o niego mar­twi­łem, ale dla­tego, że ona nie chcia­łaby, że­bym dzie­lił się po­dob­nymi ob­ser­wa­cjami.

- Wy­glą­dała okej.

My­ślami wró­ci­łem do ich roz­mowy te­le­fo­nicz­nej. Cage wspo­mi­nał coś o ja­kimś schro­ni­sku. Wzdry­gną­łem się na myśl o Wil­low śpią­cej w ta­kim miej­scu.

- Co mia­łeś na my­śli, mó­wiąc, żeby nie szła do schro­ni­ska?

Cage za­klął i po­krę­cił głową z dez­apro­batą.

- Ta jej sio­stra jest wredna jak cho­lera. Ge­ne­ral­nie wy­wa­liła Low z domu. Na po­czątku nie mia­łem o tym po­ję­cia. Do­piero po ja­kimś cza­sie do­wie­dzia­łem się, że sy­pia w ko­ściele, który pro­wa­dzi schro­ni­sko dla bez­dom­nych. By­łem tak ku­rew­sko zły, że mógł­bym za­bić tę babę go­łymi rę­kami.

- Więc gdzie te­raz mieszka? - prze­czu­wa­łem, że od­po­wiedź wcale mi się nie spodoba, ale po pro­stu mu­sia­łem wie­dzieć.

- Je­śli da­nego dnia pil­nuje sio­strze­nicy, sio­stra po­zwala jej zo­stać na noc. Resztę nocy spę­dza tu­taj. Kil­ka­krot­nie pro­po­no­wa­łem jej po­kój, który ty te­raz zaj­mu­jesz, ale za­wsze od­ma­wiała. Po­wie­działa, że nie znio­słaby mo­jego stylu ży­cia tak na co dzień. Nie na­ci­skam na nią tylko dla­tego, że nie chcę jej stra­cić. Zro­zu­mia­łaby w końcu, ja­kim je­stem tchó­rzem, i ode­szłaby. Po pro­stu nie mogę jej stra­cić.

Gość był nie­źle po­pie­przony. Ja­kim cu­dem wie­rzył w to, że jest za­ko­chany, skoro nie po­tra­fił prze­stać bzy­kać wszyst­kiego, co miało dłu­gie nogi i sztuczne cycki i za­opie­ko­wać się Wil­low?

- Ro­zu­miem - od­par­łem, tak na­prawdę nie ro­zu­mie­jąc tego ani tro­chę.

Za­śmiał się, od­kła­da­jąc ku­bek.

- Wąt­pię, że­byś ro­zu­miał.

Nie od­po­wie­dzia­łem, miał prze­cież ra­cję.

Pu­ka­nie do drzwi mnie za­sko­czyło, choć spo­dzie­wa­łem się go już od kilku go­dzin. Od­kąd Cage za­po­wie­dział, że koło siód­mej mam się spo­dzie­wać Wil­low, by­łem wy­jąt­kowo nie­spo­kojny. Te­raz mia­łem ją mieć tylko dla sie­bie. Na­wet wie­dząc, że jest to zu­peł­nie nie­roz­sądne, wy­cze­ki­wa­łem jej z wielką nie­cier­pli­wo­ścią. Fa­scy­no­wała mnie. Drę­czyła mnie rów­nież świa­do­mość, że jej wła­sna sio­stra znów wy­rzu­ciła ją z domu. Choć dziś prze­cież zaj­mo­wała się jej dziec­kiem.

- Hej, Mar­cus - uśmiech­nęła się do mnie, kiedy otwo­rzy­łem jej drzwi, za­pra­sza­jąc ją do środka.

- Wi­taj.

- Mam na­dzieję, że nie za­kłó­cam ci wie­czoru. Mo­żesz mnie igno­ro­wać i kon­ty­nu­ować to, co ro­bi­łeś, za­nim przy­szłam. Mogę się na­wet scho­wać w po­koju Cage'a, je­śli po­trze­bu­jesz pry­wat­no­ści czy coś.

Nie ma mowy.

- Nie, hmm, tak wła­ści­wie to przyda mi się to­wa­rzy­stwo. Pró­bo­wa­łem ja­koś sen­sow­nie usta­wić swoje kursy in­ter­ne­towe. Po­trze­buję prze­rwy i roz­mowy w re­alu. - Uśmiech­nęła się pro­mien­nie, aż na jej po­licz­kach znów po­ja­wiły się te uro­cze do­łeczki.

- Świet­nie! Przy­nio­słam film na DVD, który ostat­nio wy­po­ży­czy­łam i mam też ja­kieś skład­niki na pizzę do­mo­wej ro­boty. - W ręce trzy­mała wielką ba­weł­nianą torbę na za­kupy. Drugą dło­nią na­dal obej­mo­wała rączkę zu­ży­tej wa­lizki. Ści­snęło mnie w żo­łądku na myśl o tym, że nosi tak ze sobą wszyst­kie swoje rze­czy. I sam fakt, że w tak ma­łej tor­bie trzyma cały swój do­by­tek. Nie zmie­ści­łaby się tam na­wet ko­lek­cja stro­jów ką­pie­lo­wych mo­jej sio­stry.

- Brzmi ide­al­nie.

- Jak so­bie ra­dzisz z kro­je­niem wa­rzyw?

Za­ka­sa­łem rę­kawy i osten­ta­cyj­nie na­prę­ży­łem ra­mię.

- Prawdę mó­wiąc, mam w tym tro­chę do­świad­cze­nia.

Za­śmiała się, a ja po­czu­łem się tak, jak­bym miał prze­no­sić góry, a nie kroić dla niej ja­rzyny.

Po­sze­dłem za nią do kuchni i przez chwilę mo­głem bez­kar­nie na­pa­wać się jej wi­do­kiem. Dziś nie kryła swo­ich zgrab­nych nóg za dżin­sami. Szorty w ko­lo­rze khaki i czer­wona ko­szulka pod­kre­ślały ko­lor jej kre­mo­wo­brzo­skwi­nio­wej skóry. Włosy wi­siały luźno wzdłuż ple­ców. Te je­dwabne fale zda­wały się nie­mal nie­re­alne.

- Okej, wiem, że w któ­rejś z szu­flad jest cał­kiem do­bry nóż, który przy­nio­słam tu kilka ty­go­dni temu. Ty po­szu­kaj noża i de­ski do kro­je­nia, a ja umyję w tym cza­sie wa­rzywa.

Wy­ru­szy­łem więc na po­szu­ki­wa­nia, sta­ra­jąc się jed­no­cze­śnie po­zbyć głu­pa­wego uśmieszku z twa­rzy.

- Ile lat ma twoja sio­strze­nica? - Dziś by­łem zde­ter­mi­no­wany, żeby do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej na jej te­mat. Dziew­czyna była dla mnie za­gadką. Spoj­rzała przez ra­mię i uśmiech­nęła się do mnie.

- W ze­szłym mie­siącu skoń­czyła ro­czek.

Otwo­rzy­łem szu­fladę i zna­la­złem nóż mię­dzy dwiema na­kład­kami ter­mo­izo­la­cyj­nymi na na­poje.

- Mam!

- Och, do­brze. Za­cznij od kro­je­nia grzy­bów - po­wie­działa, wska­zu­jąc głową na ręcz­nik, na któ­rym le­żały świeżo umyte skład­niki na­szej przy­szłej pizzy.

- Tak jest, psze pani.

- Po­wiedz, jak mieszka ci się z Cage'em? To zna­czy, z tego, co wi­dzę, je­ste­ście zu­peł­nie różni.

Co wła­ści­wie miała na my­śli? Nie, że­bym był ura­żony tym, że nie uważa mnie za pod­ry­wa­cza, ale Cage'a ce­niła prze­cież bar­dzo wy­soko. A skoro je­stem zu­peł­nie inny od niego...

- To miły gość. Rzadko tu bywa. Dzięki temu ła­two mi się sku­pić na kur­sach.

- Cage nie umie zbyt długo usie­dzieć w jed­nym miej­scu. Musi wy­cho­dzić do lu­dzi. Za­wsze taki był. Kiedy by­li­śmy dziećmi, on za­wsze był go­towy na nowe przy­gody. Wie­czo­rami czę­sto wśli­zgi­wał się do mnie przez okno, bo mama nie wpusz­czała go do domu, je­śli wra­cał zbyt późno.

Ni­gdy nie mo­głem zro­zu­mieć ro­dzi­ców, któ­rzy za­my­kali drzwi przed wła­snymi dziećmi, kiedy te nie wra­cały do domu o cza­sie. Moi za­wsze cza­to­wali przy drzwiach, żeby wle­pić mi karę za spóź­nie­nie.

- Prze­stań się tak krzy­wić - za­śmiała się i trą­ciła mnie łok­ciem w bok. - Pra­wie wi­dzę twoje my­śli. Je­steś przy­ja­cie­lem Pre­stona, więc wiesz, ja­kie miał ży­cie. No cóż, ta­kie jak więk­szość dzie­cia­ków w na­szym są­siedz­twie.

Zmu­si­łem się do uśmie­chu i pró­bo­wa­łem sku­pić na wa­rzy­wach.

- Nie, taa, to zna­czy, wiem.

Nie miało to żad­nego sensu. Wil­low za­śmiała się gło­śno i za­częła wy­ra­biać cia­sto na pizzę. Pra­co­wa­li­śmy w ci­szy - sta­ra­łem się ze wszyst­kich sił skon­cen­tro­wać na po­wie­rzo­nym mi za­da­niu, pod­czas gdy ona zaj­mo­wała się cia­stem. Jej ra­miona były szczu­płe, ale mię­śnie, które wi­docz­nie pra­co­wały pod­czas ugnia­ta­nia masy, ro­biły nie­sa­mo­wite wra­że­nie. Co jest ze mną nie tak?

- Wró­ci­łeś do domu, bo zmę­czyło cię stu­denc­kie ży­cie, czy miała miej­sce ja­kaś wielka zmiana, która spo­wo­do­wała zmianę lo­ka­li­za­cji?

Nie była pierw­szą osobą, która mnie o to py­tała. Wszy­scy przy­ja­ciele, któ­rzy wie­dzieli, jak ko­cha­łem ży­cie w Tu­sca­lo­osie, za­sy­py­wali mnie py­ta­niami. Wie­dzieli też, że po moim ze­szło­rocz­nym wa­ka­cyj­nym związku po­trze­buję od­po­czynku od dziew­czyn. Ale Wil­low była pierw­szą osobą, któ­rej chcia­łem po­wie­dzieć prawdę - nie­stety na to było jesz­cze za wcze­śnie.

- Przy­wio­dły mnie tu sprawy ro­dzinne.

By­łem przy­go­to­wany na ko­lejne py­ta­nia - Pre­ston so­bie nie od­pu­ścił - ale ona tylko przy­tak­nęła, po czym wzięła garść po­kro­jo­nych przeze mnie grzy­bów i roz­sy­pała je po pizzy.

- Ro­dzina jak nikt inny po­trafi uprzy­krzyć ży­cie, prawda? - Ton czło­wieka prze­gra­nego, wy­czu­walny w tych sło­wach, po­ru­szył mnie do głębi. Przy­tu­le­nie jej i za­pew­nie­nie, że wszystko bę­dzie do­brze, nie było za­pewne naj­lep­szym po­my­słem - tylko bym ją wy­stra­szył. Ogra­ni­czy­łem się więc do przy­tak­nię­cia i się­gną­łem po ce­bulę, dba­jąc przy tym o to, by na­sze ra­miona się ze­tknęły.

- To była jedna z naj­lep­szych pizz w moim ży­ciu - przy­zna­łem po tym, jak już udało nam się do­pro­wa­dzić kuch­nię do względ­nego po­rządku.

- Do­bra z nas dru­żyna - od­parła z uśmie­chem, wkła­da­jąc płytę DVD do od­twa­rza­cza.

Usia­dłem na krze­śle, zo­sta­wia­jąc jej całą sofę wolną. Było na niej wy­star­cza­jąco dużo miej­sca dla nas obojga, nie chcia­łem jed­nak, żeby czuła się nie­swojo, sie­dząc obok mnie. Wil­low od­wró­ciła się do mnie i po­słała mi krzywe spoj­rze­nie.

- Ja nie gryzę, Mar­cu­sie. Mo­żesz usiąść koło mnie na tej wy­god­nej sta­rej ka­na­pie. To krze­sło jest pie­kiel­nie nie­wy­godne.

Do­kład­nie ta­kiego za­pro­sze­nia po­trze­bo­wa­łem. Usa­do­wi­łem się w rogu ka­napy, wy­cią­ga­jąc nogi przed sie­bie.

- Nie mu­sisz po­wta­rzać. Chcia­łem być miły.

Za­śmiała się i wzięła koc. Nie za­jęła prze­ciw­nego rogu, czym nieco mnie za­sko­czyła. Usia­dła obok mnie, ale za­cho­wu­jąc bez­pieczną od­le­głość, tak by na­sze ciała się nie do­ty­kały, i za­ofe­ro­wała mi koc.

- Chcesz się po­dzie­lić?

- Ja­sne. - Nie było mi ani tro­chę zimno, ale moż­li­wość le­że­nia pod jed­nym ko­cem z Wil­low nie była czymś, co chciał­bym so­bie od­pu­ścić.

- W po­rządku - oświad­czyła, przy­kry­wa­jąc nas oboje. - Pro­szę bar­dzo.

W ciem­nym po­koju ekran te­le­wi­zora był je­dy­nym źró­dłem świa­tła. Cie­pło jej ciała było ta­kie ku­szące. Chcia­łem zbli­żyć się do niej i prze­cze­sać pal­cami jej włosy. Od mo­mentu, kiedy zo­ba­czy­łem ją wczo­raj za­pła­kaną, chcia­łem się prze­ko­nać, czy jej loki były ta­kie mięk­kie, na ja­kie wy­glą­dały. Jakby czy­ta­jąc mi w my­ślach, przy­su­nęła się do mnie i po­ło­żyła mi głowę na ra­mie­niu.

- Mam na­dzieję, że nie masz nic prze­ciwko, ale lu­bię się przy­tu­lać, oglą­da­jąc film.

Cóż, w tym mo­men­cie pra­wie się za­krztu­si­łem.

- Hmm, nie, nie mam nic prze­ciwko.

Ja­koś udało mi się utrzy­mać rękę tam, gdzie była do tej pory - czyli na opar­ciu sofy - i po­wstrzy­mać się od się­gnię­cia do jej wło­sów.

- Nie martw się, to nie ko­me­dia ro­man­tyczna. Po­my­śla­łam o to­bie, wy­po­ży­cza­jąc film, a nie wy­glą­dasz mi na ko­goś, kto lubi ten ro­dzaj kina. Wzię­łam więc science fic­tion.

Obej­rzał­bym na­wet Pa­mięt­nik - któ­rego ser­decz­nie nie­na­wi­dzę, od­kąd sio­stra zmu­szała mnie do oglą­da­nia go na okrą­gło - kiedy tak tu­liła się do mnie na ka­na­pie.

- Science fic­tion jest okej - za­pew­ni­łem, wie­dząc, że i tak nie będę w sta­nie sku­pić się na ni­czym oprócz za­pa­chu jej wło­sów, z któ­rych uno­siła się de­li­katna woń wi­cio­krzewu.

1 - GED - ame­ry­kań­ski eg­za­min uzna­wany za od­po­wied­nik dy­plomu ukoń­cze­nia szkoły śred­niej, w Pol­sce czę­sto trak­to­wany jako ekwi­wa­lent ma­tury (przyp. red.).

Roz­dział III

Wil­low

- Low - szep­nął mi do ucha Mar­cus. Wtu­li­łam się moc­niej w źró­dło tego dźwięku i wzię­łam głę­boki od­dech. Pach­niał tak do­brze, że chcia­łam wejść w jego ubra­nia. - Low, mu­sisz się obu­dzić - po­wie­dział nieco gło­śniej. Prze­cią­gnę­łam się i otwo­rzy­łam oczy. Od­cze­ka­łam chwilę, żeby przy­zwy­cza­iły się do ciem­no­ści. Pierw­szą rze­czą jaką zo­ba­czy­łam, był bar­dzo wy­raź­nie za­ry­so­wany sze­ścio­pak na brzu­chu Mar­cusa Hardy'ego, wi­doczny spod nieco pod­cią­gnię­tej ciem­nej ko­szulki. Po chwili do­tarło do mnie, że leżę na jego ko­la­nach.

- Prze­pra­szam, że mu­sia­łem cię obu­dzić, ale jest już po dru­giej i po­my­śla­łem, że ze­chcesz pójść do łóżka, za­nim wróci Cage.

Ści­ska­łam w dłoni cie­pły ba­weł­niany ma­te­riał jego ko­szulki. Ga­pi­łam się na nią przez chwilę, a po­tem szybko zwol­ni­łam uścisk. Co, do dia­ska? Chcia­łam go ro­ze­brać we śnie? Boże, mam na­dzieję, że nie.

Usia­dłam i ziew­nę­łam.

- Prze­pra­szam, że za­snę­łam - po­wie­dzia­łam, czu­jąc jak twarz za­lewa mi ru­mie­niec.

Uśmiech­nął się do mnie sze­roko. W jego oczach wi­dać było roz­ba­wie­nie.

- Nie ma za co prze­pra­szać. Nie pa­mię­tam, kiedy ostat­nio tak miło spę­dzi­łem wie­czór.

Przy­gry­złam wargę, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać się od uśmie­chu, który i tak po­ja­wiał się w końcu na mo­jej twa­rzy.

- Ja też. Nie li­cząc od mo­mentu, kiedy za­snę­łam.

Jego gło­śny śmiech spra­wił, że za­lała mnie fala go­rąca, ja­kiej ni­gdy wcze­śniej nie do­świad­czy­łam. To było coś no­wego, ale spra­wiło mi przy­jem­ność. Może na­wet wię­cej niż przy­jem­ność. To mo­gło być mocno uza­leż­nia­jące.

- Le­piej zmy­kaj do łóżka. Wcze­śnie za­czy­nasz za­ję­cia - po­wie­dział de­li­kat­nie.

Przy­tak­nę­łam, wsta­łam z sofy i ru­szy­łam w kie­runku po­koju Cage'a. Za­nim znik­nę­łam w środku, od­wró­ci­łam się i za­wo­ła­łam:

- Do­bra­noc.

- Do­bra­noc, Low - od­po­wie­dział mi z ciem­no­ści jego do­no­śny głos.

- Hej, skar­bie, je­stem w domu, czy­ściutki. Wy­szo­ro­wa­łem się pod prysz­ni­cem i zu­ży­łem po­łowę bu­telki płynu do płu­ka­nia ust - wy­mam­ro­tał Cage, wdra­pu­jąc się na łóżko obok mnie. Zmu­si­łam się do otwar­cia oczu i za­uwa­ży­łam, że świta. Ski­nę­łam głową i prze­to­czy­łam się na drugi bok, żeby po­spać jesz­cze go­dzinkę, za­nim będę mu­siała wstać.

- Prze­pra­szam, że nie było mnie całą noc. Nie mia­łem ta­kiego za­miaru - wy­szep­tał, chwy­ta­jąc moją dłoń. Nie po­zwa­lam mu tu­lić się do mnie w łóżku. To ni­gdy nie koń­czy się do­brze. On do­staje erek­cji i za­czyna się do mnie do­bie­rać. Kilka razy pró­bo­wa­li­śmy i za­wsze koń­czyło się tak samo - moją zło­ścią na niego i gro­że­niem, że będę spała na ziemi. Nie chcia­łam, żeby re­la­cja mię­dzy nami tak wy­glą­dała. Cage był dla mnie jak ro­dzina. I ni­gdy nie bę­dzie ni­kim wię­cej.

- ...kej - wy­mam­ro­ta­łam.

- Mia­łaś udany wie­czór? Wi­dzia­łem, że ro­bi­łaś pizzę i zo­sta­wi­łaś mi kilka ka­wał­ków w lo­dówce.

Przy­tak­nę­łam w po­duszkę.

- Mar­cus jadł z tobą?

Po­now­nie przy­tak­nę­łam.

- On nie jest taki jak my, Low. Wiesz o tym, prawda?

Do­brze wie­dzia­łam, o czym mó­wił Cage. Mar­cus był poza moim za­się­giem. Cage nie chciał, że­bym my­ślała, że mię­dzy mną a jego współ­lo­ka­to­rem może kie­dy­kol­wiek coś za­iskrzyć. Ja by­łam z niż­szych sfer. Mar­cus był bo­ga­tym dzie­cia­kiem.

- Nie je­stem głu­pia, Cage.

- Nie, je­steś cho­ler­nie by­stra. Gość taki jak Mar­cus ni­gdy nie zro­zu­mie, jak ide­alna i mą­dra je­steś. Ni­gdy tego nie do­strzeże, zwa­żyw­szy na całą resztę.

Chcia­łam być na niego zła, ale wie­dzia­łam, że ma ra­cję. Gdyby Mar­cus kie­dy­kol­wiek do­wie­dział się, skąd je­stem i kim je­stem, nie po­świę­ciłby mi ani se­kundy swo­jego czasu.

- Wiem - szep­nę­łam w ciem­no­ści.

- Ko­cham cię, Low.

- Też cię ko­cham.

- Więc weź to - po­wie­dział, wkła­da­jąc mi w dłoń klucz i za­ci­ska­jąc na nim moje palce. - Będę spo­kojny, wie­dząc, że go masz. Pro­szę, weź go.

Nie od­po­wie­dzia­łam. Nie bar­dzo wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć. Prawda była taka, że chcia­łam wziąć ten klucz. On da­wał mi pew­ność, że od te­raz będę czę­ściej wi­dy­wała Mar­cusa.

Po kilku se­kun­dach Cage już de­li­kat­nie chra­pał mi do ucha. Le­ża­łam, ga­piąc się w su­fit. Los nie był spra­wie­dliwy. Lu­bił so­bie ze mnie drwić, i to okrut­nie. A Mar­cus Hardy był jego naj­now­szym żar­tem. Wy­cho­dząc z sy­pialni Cage'a o siód­mej rano, nie spo­dzie­wa­łam się za­stać Mar­cusa w kuchni, zwłasz­cza sma­żą­cego be­kon i jajka.

- Dzień do­bry. - Wy­glą­dał tak uro­czo, go­tu­jąc w zwy­kłym dre­sie i ko­szulce ukry­wa­ją­cej jego ape­tyczny brzuch, który udało mi się wczo­raj po­dej­rzeć, że nie mo­głam po­wstrzy­mać uśmie­chu. - Nie chcia­łem, że­byś wy­szła głodna. Po­my­śla­łem, że skoro już je­stem na no­gach, to przy­go­tuję ci coś do je­dze­nia.

Chwy­cił mnie tym za serce. Nikt ni­gdy nie przy­go­to­wał dla mnie śnia­da­nia. Na­wet moja wła­sna matka. Świat bywa na­prawdę do bani. Dla­czego ten nie­zwy­kły, cu­downy, sek­sowny fa­cet musi być cho­ler­nym Har­dym? Dla­czego nie może być kimś z są­siedz­twa? Kimś, kto zro­zu­miałby ży­cie, ja­kie przy­szło mi pro­wa­dzić i kto nie oce­niałby mnie ani nie trak­to­wał przez to ina­czej.

- To na­prawdę uro­cze.

Uśmiech­nął się sze­roko i się­gnął po ta­lerz.

- W ta­kim ra­zie moja mi­sja za­koń­czyła się suk­ce­sem.

Śmie­jąc się ci­chutko, żeby nie obu­dzić Cage'a, po­de­szłam do niego i za­bra­łam ta­lerz, który mi po­dał.

- Jest też kawa. Jaką pi­jesz?

To było zbyt piękne, by mo­gło być praw­dziwe. Od­wró­ci­łam się i spoj­rza­łam na drzwi sy­pialni, za­sta­na­wia­jąc się, czy na­dal śpię, bo to, co wła­śnie się działo, przy­po­mi­nało bar­dziej sen niż rze­czy­wi­stość.

- Cu­kru? Śmie­tanki? - jego głos wy­rwał mnie z za­my­śle­nia, od­wró­ci­łam się więc do niego i uśmiech­nę­łam sze­roko.

- I to, i to, po­pro­szę. Dwie ły­żeczki cu­kru. I dzię­kuję. Na­prawdę. Ni­gdy nikt nie przy­go­to­wał mi śnia­da­nia. Tro­chę bra­kuje mi słów.

Uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej, a w jego oczach po­ja­wiło się coś, co mia­łam na­dzieję, nie było tylko moim wy­obra­że­niem. Było w nich za­in­te­re­so­wa­nie. Wi­dzia­łam je. Czy to dla­tego, że my­ślał, że je­stem ła­twa?

- Nie ma za co, je­śli bę­dziesz tak na mnie pa­trzeć, to zo­stanę twoim oso­bi­stym sze­fem kuchni.

Za­kry­łam usta, z któ­rych wy­rwał mi się nie­kon­tro­lo­wany chi­chot. On był praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej cza­ru­ją­cym fa­ce­tem, ja­kiego w ży­ciu spo­tka­łam. Jego oczy na mo­ment spo­waż­niały. Ob­ser­wo­wa­łam, jak w sku­pie­niu do­tyka dło­nią mo­jego po­liczka.

- Na­prawdę lu­bię twoje do­łeczki - szep­nął.

Mo­men­tal­nie ob­la­łam się ru­mień­cem. Wie­dzia­łam, że wy­glą­dam jak bu­rak. Nie­na­wi­dzi­łam swo­jej cery.

- Te­raz sia­daj i wci­naj, Low. Pro­szę.

Bez dys­ku­sji za­sto­so­wa­łam się do jego prośby.

By­łam przy dru­gim kę­sie, kiedy usiadł na­prze­ciwko mnie przy stole.

- Ja­kie masz dzi­siaj za­ję­cia?

Prze­łknę­łam jajka i po­pi­łam kawą, za­nim wresz­cie od­po­wie­dzia­łam.

- Ana­lizę ma­te­ma­tyczną.

Uśmiech­nął się sze­roko.

- Gdy­byś po­trze­bo­wała po­mocy, ma­te­ma­tyka to mój ko­nik.

Zde­cy­do­wa­nie po­trze­bo­wa­łam po­mocy, ale szcze­rze wąt­pi­łam, czy uda­łoby mi się po­wstrzy­mać od wą­cha­nia go i ga­pie­nia się na niego wy­star­cza­jąco długo, żeby sku­pić się na na­uce.

- Dzięki.

Ski­nął głową i na­pił się kawy.

- Wra­casz tu dzi­siaj? - za­py­tał po chwili. Mia­łam na­dzieję, że py­tał o to, bo chce mnie jesz­cze zo­ba­czyć. Jed­no­cze­śnie wie­dzia­łam, że mu­szę kon­tro­lo­wać po­dobne my­śli, ina­czej zo­stanę zra­niona.

- Nie je­stem pewna, ale wąt­pię. Pew­nie zo­stanę dziś u sio­stry. - Nie chcia­łam wcho­dzić w szcze­góły, ale na­le­żała mi się u niej jedna noc za wczo­raj­szą opiekę nad La­rissą. No i nie mo­głam prze­cież wpro­wa­dzić się na stałe do łóżka Cage'a.

Zmarsz­czył brwi i zda­wał się my­śleć o czymś, co go gnębi.

- Na­prawdę nie mam nic prze­ciwko temu, że tu je­steś. Je­śli po­trze­bu­jesz tu­taj zo­stać, dla mnie w po­rządku. To i tak miesz­ka­nie Cage'a.

Uśmiech­nę­łam i prze­łknę­łam ostatni ka­wa­łek be­konu.

- Dzię­kuję, ale to nie dla­tego. Nie mogę tak po pro­stu się do was wpro­wa­dzić. To za­bu­rzy­łoby ży­cie Cage'a, w końcu za­czę­ła­bym go iry­to­wać. On na ra­zie tak tego nie wi­dzi, ale nie chcę nad­uży­wać jego go­ścin­no­ści.

Mar­cus po­krę­cił głową.

- Nie nad­uży­jesz jego go­ścin­no­ści. Je­stem pe­wien, że Cage nie chciałby, byś no­co­wała gdzie in­dziej. Jest wo­bec cie­bie bar­dzo opie­kuń­czy.

Uśmiech­nę­łam się i wsta­łam, żeby wsta­wić ta­lerz do zle­wo­zmy­waka.

- Czy jest tego świa­dom czy nie, po­trze­buje wol­no­ści i prze­strzeni do ży­cia.

Mar­cus skrzy­wił się, ale nie po­wie­dział nic wię­cej.

- Jesz­cze raz dzięki za śnia­da­nie. To była naj­bar­dziej uro­cza rzecz, jaką kto­kol­wiek dla mnie zro­bił. Do­ce­niam to. - Po mo­ich sło­wach jego gry­mas nieco zła­god­niał i uśmiech­nął się do mnie, ale wciąż wi­dzia­łam zmar­twie­nie w jego oczach. Boże, on za­raz prze­bije się przez mur, który wo­kół sie­bie wznio­słam. Mu­sia­łam za­cho­wać mię­dzy nami bez­pieczny dy­stans.

- Spa­dam. Do zo­ba­cze­nia póź­niej - za­wo­ła­łam, wy­cho­dząc i nie oglą­da­jąc za sie­bie.

- Do wi­dze­nia, Wil­low.

Mar­cus

Chwilę po tym jak wy­szła Wil­low, za­dzwo­niła do mnie za­smu­cona Amanda. Wy­glą­dało na to, że oj­ciec nie wró­cił na noc do domu, a mama za­mknęła się za­pła­kana w sy­pialni, z któ­rej nie chciała wyjść. Po­je­cha­łem spraw­dzić, co u niej, ale uda­wała, że wszystko w po­rządku, choć cie­nie pod oczami i tak zdra­dzały prawdę. Nad­szedł czas roz­mowy z oj­cem.

Kiedy za­trzy­ma­łem się na par­kingu li­ceum w Sea Bre­eze, za­uwa­ży­łem Amandę sie­dzącą przy pik­ni­ko­wym stole wy­sta­wio­nym przed sto­łówką. Była przy niej Sa­die White. Przy­tu­lała i po­cie­szała Amandę, kiedy ta wy­pła­ki­wała się na jej ra­mie­niu. Za­sta­na­wia­łem się, jak wie­loma in­for­ma­cjami moja sio­stra po­dzie­liła się z Sa­die, z którą ja sam nie wi­dzia­łem się i nie roz­ma­wia­łem już po­nad dwa mie­siące. Tę­sk­ni­łem wpraw­dzie za jej to­wa­rzy­stwem, ale było mi dużo ła­twiej, za­cho­wu­jąc dy­stans. Sa­die była tą, która mi się wy­mknęła. Choć brzmi to jak sza­leń­stwo, zwi­nęła mi ją sprzed nosa cho­lerna gwiazda rocka. Jax Stone, naj­go­ręt­szy na­sto­letni gwiaz­dor na­szych cza­sów, ostat­niego lata był na­szym, moim i Sa­die, pra­co­dawcą. Pra­co­wa­li­śmy wtedy jako ob­sługa w jego let­nim domu na wy­spie po­łą­czo­nej z Sea Bre­eze. Jedno spoj­rze­nie na Sa­die i prze­padł. Nie­stety dla mnie, ona od­wza­jem­niła jego uczu­cie.

Za­par­ko­wa­łem wóz i po­sze­dłem do sio­stry. Zbli­ża­jąc się, do­strze­głem utkwiony we mnie zmar­twiony wzrok Sa­die. By­łem już pewny, że ona wie.

- Cześć, Sa­die, dzięki, że z nią je­steś - po­wie­dzia­łem i wy­cią­gną­łem dłoń do mo­jej młod­szej sio­stry. Rzu­ciła mi się w ra­miona, a jej płacz przy­brał na sile. Wi­dząc jej roz­pacz, mia­łem ochotę za­bić ojca go­łymi rę­kami. A niech go szlag.

- Po­wie­działa mi, Mar­cu­sie - szep­nęła ci­cho Sa­die. - Przy­kro mi.

Ski­ną­łem głową.

- Taa, mnie też. Jest dup­kiem. Sa­mo­lub­nym dra­niem.

Sa­die na­wet się nie drgnęła. Do­sko­nale ro­zu­miała, co to zna­czy być wście­kłym na ro­dzica. Za­nim po­ja­wił się Jax i po­mógł jej roz­wią­zać wszyst­kie pro­blemy, Sa­die mu­siała zaj­mo­wać się matką. Ta roz­pusz­czona, sa­mo­lubna ko­bieta, Jes­sica, była wła­śnie jed­nym z pro­ble­mów, któ­rym za­jął się Jax.

- Chcę tylko uciec od tego wszyst­kiego. Mogę prze­nieść się do cie­bie? - za­py­tała, czka­jąc, Amanda.

- Oczy­wi­ście. Sa­die, daj znać w se­kre­ta­ria­cie, że jest ze mną, okej?

Przy­tak­nęła i wstała.

- Ja­sne. I Mar­cu­sie, je­śli bę­dzie coś, co mo­gła­bym zro­bić, pro­szę, nie wa­haj się do mnie za­dzwo­nić.

- Dzięki, Sa­die.

Przy­cią­gną­łem sio­strę do sie­bie i po­pro­wa­dzi­łem ją do mo­jego sa­mo­chodu. Naj­pierw po­sta­ram się ją uspo­koić, po­tem po­roz­ma­wiam so­bie z oj­czul­kiem.

Roz­dział IV

Wil­low

Moja sio­stra nie po­zwo­liła mi zo­stać na noc. Wci­snę­łam dłoń do kie­szeni dżin­sów i ści­snę­łam mocno klucz, który do­sta­łam od Cage. Choć ba­łam się, że nad­użyję jego do­broci, mu­sia­łam się gdzieś za­trzy­mać. Poza tym zo­sta­wi­łam tam dziś rano swoją wa­lizkę. Żeby od­wdzię­czyć mu się za ko­lejną noc w tym ty­go­dniu, dziś po po­łu­dniu zajmę się na­szym pra­niem. Z tym po­sta­no­wie­niem, czu­jąc się już nieco le­piej w roli nie­szczę­snej sie­rotki, ru­szy­łam w stronę scho­dów.

- Low, hej piękna, tak dawno cię nie wi­dzia­łem. - Pre­ston rzu­cił mi ten swój za­bój­czy uśmie­szek i za­cze­sał so­bie blond ko­smyk za ucho. Ten chło­pak do­sko­nale wie­dział, jak działa na ko­biety, i naj­wy­raź­niej nie wy­czu­wał braku za­in­te­re­so­wa­nia z mo­jej strony.

- Wi­taj, Pre­sto­nie, tak, mi­nęła chwila od na­szego ostat­niego spo­tka­nia. Je­stem za­sko­czona, że nie by­wasz tu czę­ściej, skoro te­raz mieszka tu­taj twój przy­ja­ciel.

Na jego twa­rzy po­ja­wił się le­d­wie do­strze­galny gry­mas. Zer­k­nął za sie­bie, na schody pro­wa­dzące do miesz­ka­nia.

- Hmm, taa, no cóż, a pro­pos Mar­cusa. Ma dzi­siaj zły dzień. Jest z nim jego sio­stra, bar­dzo zde­ner­wo­wana ich sy­tu­acją ro­dzinną. Może pój­dziemy coś zjeść, a po­tem na kon­cert Jack­down, grają dziś wie­czo­rem w Live Bay. Oczy­wi­ście je­śli masz dzi­siaj wolne. Dawno nie wi­dzia­łem się z De­wayne'em i Roc­kiem. Je­stem pe­wien, że De­wayne ucie­szy się na twój wi­dok.

Wy­cieczka na kon­cert Jack­down nie znaj­do­wała się na mo­jej dzi­siej­szej li­ście. Mia­łam masę za­dań do­mo­wych do od­ro­bie­nia, a ju­tro po­dwójną zmianę w re­stau­ra­cji obok Live Bay. Nie chcia­łam jed­nak mie­szać się w ro­dzinne sprawy Har­dych. Sporo wie­dzia­łam o pro­ble­mach tego ro­dzaju, dla­tego by­łam pewna, że Mar­cu­sowi przyda się odro­bina pry­wat­no­ści.

- Hmm, okej, brzmi nie­źle... - Zer­k­nę­łam na schody. - My­ślisz, że mo­gła­bym tam wejść i szybko się prze­brać? Pójdę pro­sto do po­koju Cage'a i za­raz wrócę.

- Tak, ja­sne. Cho­dziło mi tylko o to, że po­trze­bują te­raz tro­chę czasu dla sie­bie. Pew­nie i tak sie­dzą w sy­pialni Mar­cusa i wąt­pię, żeby cię w ogóle usły­szeli. Chodź, pójdę z tobą i na­piję się cze­goś, kiedy bę­dziesz się prze­bie­rać.

Znów wsu­nę­łam dłoń do kie­szeni i wy­cią­gnę­łam klucz, czu­jąc w sercu nie­opi­sane cie­pło na jego wi­dok. Dziwne, że coś tak ma­łego po­trafi wzbu­dzić w czło­wieku po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Kiedy by­li­śmy już w środku, zo­sta­wi­łam Pre­stona w kuchni i po­szłam do po­koju Cage'a. Sły­sza­łam głosy do­bie­ga­jące zza za­mknię­tych drzwi sy­pialni Mar­cusa, ale nie za­trzy­my­wa­łam się. Może uda mi się stąd wyjść, za­nim zo­rien­tują się, że ktoś w ogóle jest w domu. Do tej pory Mar­cu­sowi nie prze­szka­dzało, że tak czę­sto tu by­wam i wo­la­ła­bym, żeby to się nie zmie­niło.

Ubra­łam krótką dżin­sową spód­niczkę i szma­rag­do­wo­zie­loną blu­zeczkę. Się­gnę­łam też po skó­rzaną kurtkę, którą dwa lata temu do­sta­łam od Cage'a na Gwiazdkę. Moje kow­bojki stały w sza­fie obok jego bu­tów. Za­śmia­łam się na tę de­li­katną alu­zję. On na­prawdę mnie tu­taj chciał. To było oczy­wi­ste. Chło­pak nie miał po­ję­cia, jak bar­dzo utrud­niał mi pod­ję­cie pew­nych de­cy­zji.

Wy­cho­dząc z sy­pialni, zo­rien­to­wa­łam się, że Mar­cus i Pre­ston stoją w po­koju i ci­cho o czymś dys­ku­tują. Za­trzy­ma­łam się, nie chcąc prze­szka­dzać. I wtedy Mar­cus mnie za­uwa­żył - przez chwilę pa­trzył mi pro­sto w oczy. Jego wzrok po­woli po­wę­dro­wał po moim ciele, a bi­cie mo­jego serca gwa­ło­tw­nie przy­spie­szyło. Sta­łam nie­ru­chomo jak po­sąg, aż w końcu jego wzrok znów za­trzy­mał się na mo­ich oczach.

- Cho­lera ja­sna, dziew­czyno, za­bie­rajmy stąd twój sek­sowny ty­łek, za­nim zjawi się Cage - za­żar­to­wał Pre­ston. - Po­wiesi mnie za jaja i każe ci się prze­brać, trzy­ma­jąc wartę przy two­ich drzwiach. - Chciał tylko prze­rwać ci­szę, a udało mu się spo­wo­do­wać, że oczy Mar­cusa za­pło­nęły.

- Hmm, okej, do­bry po­mysł. - Zmu­si­łam swoje usta do uśmie­chu, a nogi do ru­chu, by po chwili zna­leźć się obok Pre­stona, który ob­jął mnie ra­mie­niem i do­syć bez­ce­re­mo­nial­nie po­wą­chał.

- Mmmm... na­wet pach­niesz bo­sko.

Mar­cus od­chrząk­nął gło­śno, wy­wo­łu­jąc tym sa­mym śmiech przy­ja­ciela.

- Idź, zaj­mij się Mandą, chło­pie. Ja tylko za­pew­niam tak po­trzebną wam te­raz pry­wat­ność. Cage ma randkę z ja­kąś la­ską z Mon­ro­eville, która przy­je­chała tu na wio­senną prze­rwę. A ja za­mie­rzam przy­pro­wa­dzić obecną tu­taj dziew­czynę z po­wro­tem, bar­dzo późno.

Moja twarz za­pło­nęła, kiedy usły­sza­łam wy­raźną su­ge­stię w jego gło­sie. Mar­cus na pewno wie­dział, że nie bę­dziemy ro­bić tego, o czym mó­wił Pre­ston. Co wła­ści­wie mu od­biło? Ni­gdy nie flir­to­wał tak ostro.

- Do­bra­noc, Mar­cu­sie. Mam na­dzieją, że wszystko się ja­koś ułoży - zdo­ła­łam wy­du­kać w miarę spo­koj­nym gło­sem, co nie było ła­twe, bo uwaga, jaką mi po­świę­cał, mocno pod­no­siła mi ci­śnie­nie.

Przy­tak­nął i od­wró­cił się bez słowa.

Mar­cus

Kow­bojki. Czy na­prawdę mu­siała za­ło­żyć kow­bojki do tej ma­lu­sień­kiej spód­niczki? Trza­sną­łem drzwicz­kami od lo­dówki, na­wet nie wy­cią­ga­jąc z niej na­poju. Piwo wy­da­wało się do­sko­na­łym po­my­słem, kiedy ob­ser­wo­wa­łem Pre­stona wy­cho­dzą­cego z Wil­low u boku. Ale Amanda mnie po­trze­bo­wała. Nie mo­głem te­raz pić al­ko­holu, choć tak na­prawdę ma­rzy­łem o tym, żeby się upić i za­po­mnieć o ca­łym sza­leń­stwie, ja­kie spre­zen­to­wał nam oj­ciec.

- Co tak trza­skasz? - za­py­tała Amanda, wy­cho­dząc z po­koju.

Wzru­szy­łem ra­mio­nami - nie chcia­łem przy­znać się sio­strze, że od­bija mi z po­wodu dziew­czyny, w końcu mie­li­śmy te­raz więk­sze pro­blemy.

- Czy ma to ja­ki­kol­wiek zwią­zek z dziew­czyną, któ­rej głos sły­sza­łam?

Osu­ną­łem się na krze­sło, spoj­rza­łem na nią z za­mia­rem za­prze­cze­nia, ale za­miast tego przy­tak­ną­łem.

- Taa.

Amanda skrzy­wiła się lekko i przy­cią­gnęła so­bie krze­sło, żeby usiąść.

- Pre­ston z nią cho­dzi?

- Nie, nie je­śli chce żyć.

Za­sko­czona unio­sła brwi.

- Mó­wisz więc, że lu­bisz ją wy­star­cza­jąco, żeby wal­czyć o nią z Pre­sto­nem?

- Nie ja. Cage. On my­śli, że ją po­ślubi.

Amanda za­śmiała się gło­śno.

- Cage żo­naty? Czy ostat­nio nie prze­rzu­cił się przy­pad­kiem z trawy na crack?

Dla mnie też brzmiało to ab­sur­dal­nie, ale ona nie wi­działa go z Low. Przy niej to był zu­peł­nie inny czło­wiek. Na­prawdę się nią przej­mo­wał.

- To skom­pli­ko­wane.

Amanda za­częła się ba­wić frędz­lami przy pod­kładce pod ta­le­rze. Ko­lejny dro­biazg wpro­wa­dzony przez Wil­low.

Pre­ston był rów­nie bez­na­dziejny jak Cage, je­śli cho­dziło o kon­takty z ko­bie­tami. Nie po­do­bała mi się myśl, że wy­szedł z Wil­low.

- Mu­szę wra­cać do mamy. Chcia­łam cię po­pro­sić, że­byś po­szedł ze mną, ale ten gry­mas na two­jej twa­rzy tylko by ją prze­ra­ził. Prze­bierz się w coś za­bój­czego i idź za nią. Pre­ston ni­gdy by jej nie za­pro­sił, gdyby wie­dział, jak bar­dzo ci się po­doba. Cho­lera, pew­nie za­brał ją stąd z na­szego po­wodu.

Miała ra­cję. A przy­naj­mniej taką mia­łem na­dzieję. Wsta­łem i spoj­rza­łem na swoje stare dżinsy i ko­szulkę dru­żyny fut­bo­lo­wej Ala­bamy.

- Co jest nie tak z moim stro­jem?

Amanda wes­tchnęła i wstała.

- Chodź ze mną, mój nie­zo­rien­to­wany w spra­wach mody bra­cie. Dzięki mnie bę­dziesz wy­glą­dał nie­wia­ry­god­nie. Za­ufaj mi, okej? Ostat­nią dziew­czynę, którą po­lu­bi­łeś, po­zwo­li­łeś sprząt­nąć so­bie sprzed nosa. Po­wiem tak: po­trze­bu­jesz mo­jej po­mocy.

- Manda, moim kon­ku­ren­tem była gwiazda rocka. To nie była wy­rów­nana walka.

Wzru­szyła ra­mio­nami.

- Moż­liwe, ale Pre­ston i Cage nie są Ja­xem Stone'em. Tym ra­zem je­steś zde­cy­do­wa­nie naj­go­ręt­szym cia­chem z ca­łej grupy.

- Czy ty wła­śnie na­zwa­łaś mnie cia­chem? I Jax wcale nie wy­gląda le­piej ode mnie. Po pro­stu jest sławny.

Amanda za­śmiała się gło­śno.

- Nie, bra­cie mój. Jax Stone jest ucie­le­śnie­niem piękna, za­równo z gi­tarą, jak i bez niej, na­wet bez tego sek­sow­nego wo­kalu. Nie mia­łeś naj­mniej­szej szansy. Jak­byś kon­ku­ro­wał z bó­stwem. Tym ra­zem to twoja liga.

- Jak tam so­bie chcesz. Po­wiedz mi tylko, co mam na sie­bie wło­żyć i spa­daj stąd. Za­czy­nasz mnie de­ner­wo­wać.

Wil­low

- Na­pi­jesz się piwa? - za­py­tał Pre­ston, prze­py­cha­jąc się w stronę sto­lika, przy któ­rym do­strze­głam już zna­jome twa­rze.

- Nie, dzięki. Ale po­pro­szę o colę - od­par­łam gło­śno, żeby prze­krzy­czeć mu­zykę. Jack­down jesz­cze nie po­ja­wili się na sce­nie, ale ze­spół, który grał przed nimi, za­wład­nął tłu­mem. Wsłu­chu­jąc się nieco uważ­niej w mu­zykę, za­czę­łam przy­pusz­czać, że to ra­czej al­ko­hol był po­wo­dem tych tań­ców i krzy­ków. Ze­spół nie był aż tak do­bry. To dla Jack­down zja­wili się tu­taj ci wszy­scy lu­dzie. Oni za­wsze przy­cią­gali tłumy lo­kal­nych dzie­cia­ków.

- Okej, idź tam i usiądź z Roc­kiem, Tri­shą i De­wayne'em. Ja sko­czę po na­sze drinki.

- Okej.

Rock i De­wayne byli przy­ja­ciółmi Pre­stona, któ­rych po­zna­łam w ciągu ostat­niego roku dzięki Cage'owi. Tri­sha była żoną Rocka. Przy­po­mi­nali mi ły­sego Kida Rocka i Pa­melę An­der­son. Tri­sha nie była zbyt na­tu­ralna, za to z pew­no­ścią mo­głaby po­ja­wić się na ja­kiejś roz­kła­dówce, gdyby tylko ze­chciała. Albo mo­głaby być tan­cerką ero­tyczną. Zde­cy­do­wa­nie pa­so­wała do ta­kich ról. De­wayne za­uwa­żył mnie pierw­szy i na jego twa­rzy na­tych­miast po­ja­wił się sze­roki uśmiech. Dłu­gie dredy zwią­zał w ku­cyk, a ko­szulka, którą miał na so­bie, była wy­star­cza­jąco ob­ci­sła, by za­de­mon­stro­wać jego im­po­nu­jąco wy­rzeź­bione ciało.

- Low! - za­wo­łał, kiedy zbli­ży­łam się do sto­lika. Tri­sha uśmiech­nęła się po­god­nie i de­li­kat­nie po­ma­chała do mnie sa­mymi pal­cami.

- Hej, dziew­czyno. Nie wie­dzia­łam, że dzi­siaj przy­cho­dzisz. Kiedy roz­ma­wia­li­śmy z Cage'em, wspo­mi­nał, że ma dzi­siaj randkę i wąt­pił, czy w ogóle wyjdą z po­koju.

Rock trą­cił ją łok­ciem, a ta skrzy­wiła się zdzi­wiona.

- No co? Low nie jest idiotką. Wie, że Cage jest mę­ską dziwką.

- Boże, skar­bie, od­puść so­bie - rzu­cił bła­gal­nie.

Po­krę­ci­łam głową i za­śmia­łam się, zaj­mu­jąc miej­sce obok De­wayne'a.

- Ona ma ra­cję, Rock. Wiem, gdzie jest i co robi Cage. To, że wma­wia ca­łemu światu, że się ze mną ożeni, nie ozna­cza jesz­cze, że ja też się na to pi­szę. Ten chło­pak osza­lał. Nie prze­szka­dza mi to, z kim cho­dzi i co robi.

Rock przy­tak­nął, ale za­uwa­ży­łam gry­mas na jego twa­rzy.

- Więc przy­szłaś sama?

- Nie, dziś jest ze mną - oświad­czył Pre­ston, sta­wia­jąc przede mną szklankę z colą, po czym usa­do­wił się obok mnie.

- Ech, cho­lera, czło­wieku - jęk­nął Rock, a De­wayne na­tych­miast mu za­wtó­ro­wał nie­za­do­wo­lo­nym wes­tchnie­niem.

- No co? Mar­cus i Manda mają ja­kieś ro­dzinne pro­blemy, są te­raz w na­szym miesz­ka­niu. Po­my­śla­łem więc, że Low i ja przyj­dziemy tu do was i po­słu­chamy so­bie Krita.

- Zły po­mysł - wy­mam­ro­tał De­wayne, po czym za­jął się pi­ciem swo­jego piwa.

- Nie­ważne. Cage'a nie bę­dzie to ob­cho­dziło. Poza tym on dziś bzyka ja­kaś dziew­czynę z Mon­ro­eville.

- Co za fa­scy­nu­jąca roz­mowa - wtrą­ciła Tri­sha. - My­ślę, że to do Low na­leży de­cy­zja, co robi i z kim. Cage nie jest jej oj­cem. Prze­stań­cie za­cho­wy­wać się tak, jakby do niego na­le­żała i daj­cie jej żyć. - To wresz­cie za­mknęło im usta. By­łam jej na­prawdę wdzięczna.

Wstała i wy­cią­gnęła do mnie dłoń.

- Chodź. Wy­tań­czymy to wszystko i zro­bimy nieco za­mie­sza­nia na par­kie­cie, żeby chło­paki mieli się czym zaj­mo­wać.

Skrzy­wi­łam się.

- Co zro­bią?

Chwy­ciła mnie za rękę i przy­cią­gnęła do sie­bie.

- Będą gro­zić, krzy­wić się i praw­do­po­dob­nie spo­nie­wie­rają wszyst­kich go­ści, któ­rzy za­śli­nią się na nasz wi­dok.

Kiedy prze­dzie­ra­ły­śmy się przez tłum, by­łam pewna, że usły­sza­łam, jak Rock war­czy.

- Nie masz do­syć tego, że wszy­scy trak­tują cię, jak wła­sność Cage'a? - za­py­tała Tri­sha, przy­cią­ga­jąc mnie jesz­cze bli­żej. Wie­dzia­łam, że pro­wa­dzi nas pod samą scenę, że­by­śmy mo­gły zo­ba­czyć Jack­down, kiedy za kilka mi­nut ze­spół za­cznie wy­stęp.

I żeby Krit mógł zo­ba­czyć mnie. Od mie­sięcy pró­bo­wała spik­nąć mnie ze swoim bra­tem. Cage za­wsze sku­tecz­nie stu­dził jej za­pędy, ale dziś go tu­taj nie było.

- Cage jest wszyst­kim, co mam. Jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, a ja przy­my­kam oczy na jego pro­blemy. Je­śli po­jawi się ktoś, o kogo warto bę­dzie za­wal­czyć, nie po­zwolę, żeby Cage sta­nął mi na dro­dze. Ale na ra­zie, nikt taki się jesz­cze nie zja­wił.

Tri­sha przez mo­ment przy­pa­try­wała mi się ba­daw­czo. Nie spodo­bała jej się moja od­po­wiedź. Miała to wy­ma­lo­wane na twa­rzy.

- Skoro z ni­kim się nie uma­wiasz, skąd mo­żesz wie­dzieć, czy po­ja­wił się ktoś godny uwagi?

Wzru­szy­łam ra­mio­nami. Po­my­śla­łam o Mar­cu­sie, ale na­tych­miast wy­rzu­ci­łam tę nie­bez­pieczną myśl z głowy. On był dla mnie za do­bry. Po­dobne fan­ta­zje nie miały naj­mniej­szego sensu.

- Po pro­stu będę wie­działa.

Już otwie­rała usta, ale w tym mo­men­cie zga­sły świa­tła i do­bie­gły nas dźwięki elek­trycz­nej gi­tary Krita, mo­men­tal­nie wy­wo­łu­jąc istne sza­leń­stwo wśród wi­downi.

- No to za­czy­namy - rzu­ciła tylko z uśmie­chem.

Scenę cał­ko­wi­cie przy­sło­nił dym. Z niego wy­ło­nił się Krit, który sta­nął w je­dy­nym oświe­tlo­nym miej­scu i za­czął grać. Jego dłu­gie ja­sne włosy ko­lo­rem przy­po­mi­nały włosy Tri­shy, przez co po­my­śla­łam, że może jej od­cień wcale nie po­cho­dzi z tubki. Krit po­zwo­lił wło­som swo­bod­nie opaść na swoje na­gie ra­miona. To był taki jego znak roz­po­znaw­czy. Na sce­nie ni­gdy nie no­sił ko­szulki. Dżinsy wi­siały mu na smu­kłych bio­drach, da­jąc ko­bie­tom - i pew­nie kilku męż­czy­znom - nie­złą pod­nietę za każ­dym ra­zem, kiedy można było zo­ba­czyć jego kość bio­drową. Klaty nie miał aż tak umię­śnio­nej jak De­wayne'a czy Rock. Był ra­czej smu­kły, z wi­docz­nie za­ry­so­wa­nym sze­ścio­pa­kiem i ta­tu­ażem węża uło­żo­nego w kształt spi­rali na pra­wym boku.

Wresz­cie i reszta ze­społu wy­ło­niła się z dymu, a po chwili głos Gre­ena do­łą­czył do dźwię­ków gi­tary elek­trycz­nej. Green był naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Krita oraz dru­gim gło­sem i ba­si­stą ze­społu. To Krit był li­de­rem, ale Green rów­nież wy­ko­ny­wał utwory sa­mo­dziel­nie. Wy­glą­dali pra­wie jak bra­cia bliź­niacy. Mieli tak samo dłu­gie włosy, z tym że je­den w ciem­niej­szym od­cie­niu. Green był jed­nak cały po­kryty ta­tu­ażami. Na jego klatce pier­sio­wej i rę­kach trudno było zna­leźć skra­wek czy­stej skóry. Pa­trząc na niego, mało kto przy­pusz­czał, że fa­cet jest na dru­gim roku prawa. Dziew­czyna po mo­jej pra­wej za­częła wy­krzy­ki­wać jego imię oraz bar­dzo barwne i so­czy­ste okre­śle­nia do­ty­czące głów­nie tego, co chcia­łaby, żeby jej zro­bił po wy­stę­pie. Po­trzą­sa­jąc głową, żeby po­zbyć się z niej tego nie­chcia­nego ob­razu, spoj­rza­łam w głąb sceny, w kie­runku per­ku­si­sty Matty'ego. Jego ja­sno­po­ma­rań­czowe włosy ster­czały cał­ko­wi­cie pio­nowo. Choć prze­cież wcale nie były krót­kie. Gość mu­siał uży­wać ca­łej masy pro­duk­tów, żeby uzy­skać taki efekt. Miał na so­bie czarną, mocno do­pa­so­waną ko­szulkę i choć sie­dział za per­ku­sją, wie­dzia­łam, że jego spodnie są rów­nie cia­sne. Chło­pak uwiel­biał ob­ci­słe ciu­chy.

- Nie mogę się do­cze­kać, kiedy za­uważy, że tu je­steś - z en­tu­zja­zmem pi­snęła mi do ucha Tri­sha.

Ja chcia­łam tylko po­tań­czyć. Zwró­ce­nie na sie­bie uwagi Krita było ostat­nią rze­czą, o ja­kiej bym po­my­ślała. Sku­pi­łam się na kla­wi­szowcu - wo­łali na niego Le­genda. Ten to był do­piero owło­siony. Miał pełną brodę, co było do­syć dziwne jak na dwu­dzie­stocz­te­ro­latka, i był z niej na­prawdę dumny. Jego po­tar­gane, brą­zowe włosy były dość dłu­gie, żeby za­ło­żyć je za ucho. Dżinsy miał wy­star­cza­jąco opusz­czone, żeby można było do­strzec - wy­sta­jący zza ko­szulki Ae­ro­smith, tak ma­łej, że mo­głaby być moja - pła­ski brzuch.

Wresz­cie Krit i Green po­łą­czyli siły, roz­po­czy­na­jąc kon­cert swoim naj­więk­szym hi­tem, Asami.

Nie­bie­skie oczy Krita na­po­tkały mój wzrok. Kie­dyś my­śla­łam, że ten ko­lor jest za­sługą szkieł kon­tak­to­wych - to było wręcz nie­moż­liwe, żeby kto­kol­wiek miał tak przej­mu­jąco nie­bie­skie oczy. Po­tem po­zna­łam Tri­shę i jej były do­kład­nie tego sa­mego ko­loru. Krit pu­ścił mi oczko i ob­li­zał su­ge­styw­nie usta. Nie mo­głam po­wstrzy­mać się od uśmie­chu. Gość był nie­moż­liwy. W ogóle nie mój typ, ale bar­dzo roz­ryw­kowy. No i było na czym za­wie­sić oko.

- Wie­dzia­łam, że bę­dzie za­do­wo­lony, ma­jąc cię bli­sko - prze­krzy­ki­wała mu­zykę Tri­sha. Uśmie­cha­jąc się sze­roko, po­zwo­li­łam, by po­rwał mnie rytm.

Po kilku pio­sen­kach i part­ne­rach do tańca wró­ci­łam do na­szego sto­lika. W gar­dle zu­peł­nie mi za­schło. Po­trze­bo­wa­łam swo­jej coli, na­wet je­śli była już cał­ko­wi­cie bez smaku. Pre­ston roz­ma­wiał z ja­kąś dziew­czyną z krę­co­nymi brą­zo­wymi wło­sami. Uśmiech­nę­łam się pod no­sem, my­śląc, że będę mu­siała po­pro­sić Rocka i Tri­shę o pod­wie­zie­nie mnie do domu.

Czu­jąc na so­bie czyjś wzrok, spoj­rza­łam uważ­niej na lu­dzi sie­dzą­cych przy sto­liku. Miej­sce Tri­shy zaj­mo­wał te­raz Mar­cus. Tego się nie spo­dzie­wa­łam.

- Hej - po­wie­dzia­łam, pod­cho­dząc bli­żej, nie­pewna tego, gdzie wła­ści­wie mam usiąść, skoro bru­netka Pre­stona oku­puje moje miej­sce.

- Low, już wró­ci­łaś - Pre­ston wstał na mój wi­dok. - Pro­szę, usiądź. Spra­gniona? Lód w two­jej coli już cał­kiem się roz­pu­ścił. Przy­niosę ci na­stępną.

- Nie, Pre­ston, sia­daj. Jest okej. Nie prze­ry­waj roz­mowy. Sama za­mó­wię so­bie drinka. - Nie usiadł, jed­nak wy­raź­nie wi­dzia­łam, że nie jest pewny, co po­wi­nien zro­bić. Śmie­jąc się z jego ewi­dent­nego zmie­sza­nia, od­wró­ci­łam się na pię­cie i ru­szy­łam w kie­runku baru. Pre­ston by­wał cza­sami na­prawdę głu­piutki.

- Zdaje się, że nie jest w tym aż tak do­świad­czony, jak my­śla­łem. Prze­pra­szam za to.

Głos Mar­cusa za­brzmiał tuż przy moim uchu. Cie­pło jego od­de­chu przy­jem­nie gil­go­tało mnie w kark. Po­czu­łam dresz­cze na ca­łym ciele. Po­szedł za mną. Nie mo­głam po­zbyć się głup­ko­wa­tego uśmie­chu ze swo­jej twa­rzy.

- Pre­ston jest uro­czy. Przy­mknę na to oko. Poza tym nie je­stem z nim na randce.

- Nie je­steś?

Od­wró­ci­łam nieco głowę, by spoj­rzeć Mar­cu­sowi w oczy.

- Oczy­wi­ście, że nie. To Pre­ston. Je­ste­śmy tylko przy­ja­ciółmi.

Ką­ciki jego ust pod­nio­sły się w uśmieszku, a mnie, no cóż, co­raz trud­niej było od­wró­cić od niego wzrok. Chło­pak był nie­sa­mo­wi­cie sek­sowny.

- Czę­sto wy­cho­dzisz z nim jako przy­ja­ciółka?

- Nie. Nie­zu­peł­nie. To zna­czy, je­śli tak, to zwy­kle jest z nami Cage. Ale dzi­siaj Pre­ston zde­cy­do­wał, że po­trze­bu­jesz spę­dzić tro­chę czasu z sio­strą.

Uśmiech znik­nął z jego twa­rzy, a za­miast niego po­ja­wił się gry­mas. Przy­tak­nął w od­po­wie­dzi.

Po­de­szli­śmy do baru. Mar­cus sta­nął za mną i za­mknął mnie w po­trza­sku, kła­dąc obie dło­nie na ba­rze. De­li­katny dreszcz emo­cji spo­wo­do­wany bli­sko­ścią jego cie­płego ciała spra­wił, że mu­sia­łam wal­czyć ze sobą, by nie wtu­lić się w niego bar­dziej. Uzmy­sło­wi­łam so­bie, że w ten spo­sób chce ochro­nić mnie przed zgnie­ce­niem przez tłum ko­tłu­jący się przy ba­rze. To był gest czy­sto opie­kuń­czy. Nic wię­cej. Po­do­bało mi się to.

- Ricky! Dwie cole, jedną moc­niej­szą.

Bar­man spoj­rzał na nas i przy­tak­nął, po czym za­jął się przy­go­to­wy­wa­niem drin­ków. To się na­zywa szybka ob­sługa. By­cie miej­sco­wym zde­cy­do­wa­nie po­ma­gało.

- Kiedy przy­sze­dłeś? - za­py­ta­łam, kiedy cze­ka­li­śmy na na­poje.

- Ja­kieś dwie mi­nuty przed twoim po­wro­tem do sto­lika. Już mia­łem za­miar cię od­szu­kać i prze­ko­nać, że­byś ze mną za­tań­czyła.

W tej wła­śnie chwili po­czu­łam go­rycz prze­gra­nej. Przy­tu­la­nie się do Mar­cusa, kiedy ten ko­ły­sałby na­szymi cia­łami w rytm mu­zyki, z pew­no­ścią zna­la­złoby się bar­dzo wy­soko na mo­jej li­ście ulu­bio­nych mo­men­tów w ży­ciu.

- Och - tylko tyle by­łam w sta­nie wy­du­kać. Serce biło mi gwał­tow­nie pod wpły­wem ob­ra­zów, ja­kie wła­śnie roz­gry­wały się w mo­jej gło­wie. To, że by­łam oto­czona jego czy­stym, mę­skim za­pa­chem, wcale nie po­ma­gało. Kiedy na la­dzie wy­lą­do­wały na­sze drinki, fan­ta­zjo­wa­łam aku­rat o tym, żeby wśli­zgnąć się pod jego ko­szulkę i po­li­zać jego tors. Mar­cus po­ło­żył na ba­rze pie­nią­dze i za­brał na­sze na­poje. Kiw­nął głową w stronę sto­lika, a ja mo­men­tal­nie za­tę­sk­ni­łam za jego do­ty­kiem. Po­wstrzy­mu­jąc się od ża­ło­snego wes­tchnie­nia, po­pro­wa­dzi­łam nas z po­wro­tem do przy­ja­ciół.

Pre­ston prze­trans­por­to­wał sza­tynkę na swoje ko­lana, zo­sta­wia­jąc wolne miej­sce mię­dzy sobą a Mar­cu­sem. Wspa­niale.

- My­śla­łem, że wy­cho­dzi­cie - zwró­cił się do niego Mar­cus, kiedy sa­do­wi­łam się przy sto­liku.

Ten po­cią­gnął łyk piwa i spoj­rzał na sie­dzącą mu na ko­la­nach dziew­czynę. Czer­wone pa­znok­cie ba­wiły się jego blond lo­kami.

- Idziesz ze mną? - za­py­tał po pro­stu.

Ta za­chi­cho­tała i przy­tak­nęła, ko­ły­sząc lo­kami we wszyst­kie strony. Pre­ston zer­k­nął na mnie.

- Bę­dzie okej, je­śli zo­sta­wię cię z Mar­cu­sem? Po­wie­dział, że za­wie­zie cię do domu.

Tak! Le­dwo zdo­ła­łam ukryć eks­cy­ta­cję tą nie­spo­dzie­waną zmianą pla­nów i ogra­ni­czy­łam się do przy­tak­nię­cia.

- Oczy­wi­ście.

Pre­ston uśmiech­nął się sze­roko, a ra­mio­nami mocno ob­jął ta­lię dziew­czyny.

- Do zo­ba­cze­nia póź­niej.

Po­ma­cha­łam mu, po­pi­ja­jąc colę.

Rock z Tri­shą wciąż byli na par­kie­cie. Nie mia­łam na­to­miast zie­lo­nego po­ję­cia, gdzie po­dział się De­wayne. Chwi­lowo zo­sta­li­śmy więc sami - tylko ja i Mar­cus. Ga­pie­nie się na kro­ple spły­wa­jące po szklance i wo­dze­nie po nich pal­cem stało się na­gle za­ję­ciem nie­by­wale fa­scy­nu­ją­cym. Tak mi się przy­naj­mniej zda­wało. Zu­peł­nie nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć i sy­tu­acja stała się bar­dzo nie­zręczna.

- Dzięki za to, że da­łaś mi i Man­dzie tro­chę pry­wat­no­ści, ale nie chcę, byś kie­dy­kol­wiek czuła, że nie mo­żesz zo­stać w miesz­ka­niu. Nie­ważne, co dzieje się ze mną, ty za­wsze je­steś mile wi­dziana.

Pod­nio­słam wzrok i uśmiech­nę­łam się do niego.

- Dzięki. Ale ja czę­sto mie­wam pro­blemy ro­dzinne i wiem, że pry­wat­ność po­maga.

Zmarsz­czył brwi i po­rząd­nie po­cią­gnął ze swo­jej szkla­neczki - by­łam pra­wie pewna, że to whi­sky.

- No cóż, w naj­bliż­szym cza­sie będę miał sporo ro­dzin­nych pro­ble­mów, więc się nie martw. Je­śli Manda zjawi się u nas za­pła­kana albo bę­dzie sie­działa za­mknięta w moim po­koju, nie mu­sisz wy­cho­dzić. Zo­stań. Wolę, że­byś zo­stała, niż ucie­kała nie wia­domo do­kąd.

Czyżby przy­szedł tu­taj, dla­tego że mnie szu­kał? Nie, na pewno nie.

- Dzięki.

Nie mia­łam za­miaru się z nim kłó­cić. Je­śli taka sy­tu­acja się po­wtó­rzy, to i tak nie będę sie­dzieć spo­koj­nie na tyłku i spra­wiać, by czuli się nie­zręcz­nie. Te­raz jed­nak nie było sensu się sprze­czać.

- Hej, ziom! Nie wie­dzia­łem, że tu bę­dziesz - De­wayne po­kle­pał Mar­cusa po ple­cach i za­jął miej­sce obok mnie, uśmie­cha­jąc się sze­roko. - Cho­lera, jak do­brze mieć cię tu­taj w ty­go­dniu. Tę­sk­nię za twoją za­ka­zaną gębą, kiedy je­steś na stu­diach. - De­wayne, Rock, Mar­cus i Pre­ston do­ra­stali ra­zem. We­dług Cage'a byli ze sobą bar­dzo bli­sko. Dziwna kom­bi­na­cja, je­śli mam być szczera. Mar­cus był sy­nem bo­ga­cza, ale zde­cy­do­wa­nie nie żył jak bo­gaty dzie­ciak. Rock był wła­ści­cie­lem firmy, która po­zwa­lała tu­ry­stom szy­bo­wać na spa­do­chro­nie za mo­to­rówką. Pre­ston - poza sur­fin­giem, ba­se­bal­lem i dziew­czy­nami - nie miał żad­nego celu w ży­ciu. De­wayne na­to­miast był, no cóż... nie by­łam pewna, kim wła­ści­wie był. Wy­glą­dał na nie­bez­piecz­nego go­ścia z tymi swo­imi ta­tu­ażami i dre­dami, ale z cha­rak­teru przy­po­mi­nał ra­czej wiel­kiego miśka. Za­wsze miły i przy­ja­zny.

- Mu­sia­łem się gdzieś ru­szyć z domu, a mój współ­lo­ka­tor nie wraca na noc, więc przy­sze­dłem tu­taj za tą ślicz­notką.

Czy Mar­cus wła­śnie na­zwał mnie ślicz­notką?

De­wayne za­chi­cho­tał.

- Nie po­zwól, żeby Cage usły­szał, że ją tak na­zy­wasz. Do­staje szału, kiedy fa­ceci wspo­mi­nają o atrak­cyj­no­ści panny Wil­low - pu­ścił mi oczko i za­pa­lił pa­pie­rosa, sa­do­wiąc się wy­god­niej na swoim krze­śle.

- Cage jest ab­sur­dalny - mia­łam na­dzieję prze­ko­nać tę dwójkę, zwłasz­cza Mar­cusa, na wy­pa­dek, gdyby był mną choć odro­binę za­in­te­re­so­wany.

De­wayne par­sk­nął tak gło­śno, że aż dym po­szedł mu no­sem.

- Nie, skar­bie, on jest śmier­tel­nie po­ważny. Wi­dzia­łem go w ak­cji, kiedy ktoś po­wie­dział coś tam na twój te­mat. Nie było to zbyt ładne.

Za­mknij się, De­wayne. Spoj­rza­łam na Mar­cusa - znów marsz­czył brwi. Cho­lera, ko­niecz­nie mu­szę po­wstrzy­mać De­wayne'a i jego pa­pla­ninę.

Nie­spo­dzie­wa­nie ktoś włą­czył się do na­szej roz­mowy.

- Mar­cus! Hejka! Nie wie­dzia­łam, że wró­ci­łeś do mia­sta. Dla­czego nie za­dzwo­ni­łeś? Czuję się zra­niona. - Była piękna. Wy­soka, smu­kła blon­dynka. Zu­peł­nie jak la­ski, któ­rymi in­te­re­suje się Cage.

- Jess - Mar­cus wstał i uści­skał dziew­czynę. Aż się wzdry­gnę­łam.

- Chodź ze mną na par­kiet - bła­gała, nie pusz­cza­jąc go ani na mo­ment. Zer­k­nęła za niego i uśmiech­nęła się pro­mien­nie do De­wayne'a. - Hej, D! Jak się masz, skar­bie?

Kiw­nął jej głową.

- Do­brze, Jess. Znów ze­rwa­łaś z tym dup­kiem?

Po­słała mu gniewne spoj­rze­nie.

- Tak, już mie­siąc temu. Zro­bił ko­muś dziecko. Tego nie mogę wy­ba­czyć.

De­wayne aż za­gwiz­dał.

- Auć... chyba nie. Ta­tuś Hank. Ni­gdy nie są­dzi­łem, że to usły­szę.

Wzru­szyła ra­mio­nami i przy­cią­gnęła do sie­bie Mar­cusa.

- W po­rządku, mam tu Mar­cusa Hardy'ego, który sprawi, że wszystko bę­dzie do­brze - za­gru­chała.

Mar­cus spoj­rzał na mnie, a ja zmu­si­łam się do uśmie­chu, po czym za­ję­łam się oglą­da­niem sceny, na któ­rej po prze­rwie znów po­ja­wił się ze­spół. Nie mo­głam pa­trzeć, jak z nią od­cho­dzi. Wi­dząc go z kimś ta­kim jak ona, uzmy­sło­wi­łam so­bie jesz­cze bo­le­śniej, że fa­cet jest poza moim za­się­giem.

- Je­den ta­niec - usły­sza­łam jego od­po­wiedź.

Jess za­pisz­czała pod­nie­cona i po­pro­wa­dziła go pro­sto w tłum.

Nie będę o tym my­śleć. Nie będę o tym my­śleć.

- To ku­zynka Rocka. Nie mógł jej od­mó­wić - głos De­wayne'a prze­rwał mój we­wnętrzny mo­no­log. Mo­men­tal­nie ob­la­łam się ru­mień­cem. Wi­dział, że mnie to mę­czy. Wspa­niale. Te­raz to do­piero by­łam ża­ło­sna. Ma­ło­mia­stecz­kowa szara myszka za­ko­chana w Mar­cu­sie Har­dym. Po­czu­łam, że chcę stąd wyjść. Po­trze­bo­wa­łam Cage'a. Po­trze­bo­wa­łam po­czuć się bez­piecz­nie.

- To mi nie prze­szka­dza. Nie przy­szli­śmy ra­zem.

To na­wet nie za­brzmiało wia­ry­god­nie. Za­ła­mał mi się głos, na mi­łość bo­ską!

- Hmm - od­parł, za­cią­gają się pa­pie­ro­sem.

- Po­trze­buję odro­biny świe­żego po­wie­trza i mu­szę za­dzwo­nić - po­wie­dzia­łam, pod­no­sząc się z miej­sca. De­wayne uniósł brew, po czym przy­tak­nął. Nie po­do­bało mi się to prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie. Ru­szy­łam w kie­runku drzwi. Z dala od go­rąca za­tło­czo­nego baru i pa­pie­ro­so­wego dymu dmu­cha­nego mi pro­sto w twarz.

Roz­dział V

Wil­low

Nocne po­wie­trze wciąż było chłodne. Choć na­sza kró­ciutka wio­sna już pra­wie mi­nęła, w nocy wciąż można było nie­źle zmar­z­nąć. Wzię­łam głę­boki uspo­ka­ja­jący od­dech świe­żego mor­skiego po­wie­trza i we­szłam na biały pia­sek, ma­rząc o tym, by nie mieć na so­bie bu­tów. Szybko zdję­łam kow­bojki i po­czu­łam przy­jemny do­tyk pia­sku prze­sy­pu­ją­cego mi się mię­dzy pal­cami.

Gdzieś w cze­lu­ściach to­rebki ode­zwał się mój te­le­fon. To był Cage.

- Wi­taj - po­wie­dzia­łam, przy­trzy­mu­jąc te­le­fon ra­mie­niem i kie­ru­jąc się w stronę jego miesz­ka­nia.

- Gdzie je­steś?

Spo­dzie­wa­łam się tego py­ta­nia. Zna­jąc Cage'a, aku­rat był w trak­cie seksu, kiedy przy­po­mniał so­bie, że wła­ści­wie to nie wie, gdzie aku­rat prze­by­wam, zła­pał więc za te­le­fon i za­dzwo­nił do mnie mię­dzy pchnię­ciami. Ob­le­śny, zły ob­raz wy­obraźni.

- Ak­tu­al­nie je­stem przed Live Bay, na plaży, od­dy­cham świe­żym po­wie­trzem. Dziś grają chło­paki z Jack­down.

- Kto jest z tobą?

- No cóż, by­łam z Pre­sto­nem, ale wy­szedł z dziew­czyną, a Mar­cus po­wie­dział, że może pod­rzu­cić mnie do domu.

- Gdzie jest Mar­cus?

- W środku, tań­czy z ja­kąś dziew­czyną.

W słu­chawce za­pa­dła ci­sza.

- Je­steś go­towa do wyj­ścia? - za­py­tał wresz­cie.

By­łam, ale gdy­bym mu o tym po­wie­działa, zo­sta­wiłby swoją randkę i przy­biegłby tu­taj. Kiedy cho­dziło o mnie, miał ja­kiś kom­pleks bo­ha­tera. Czę­sto za­sta­na­wia­łam się, czy to dla­tego, że gdy by­li­śmy dziećmi, nikt nas nie ura­to­wał. Nikt nie ura­to­wał jego mamy, kiedy była bita przez oj­czyma Cage'a. Był wtedy tylko dziec­kiem, ale wiem, że ob­wi­nia się za bier­ność.

- Wszystko okej.

- Nie, nie jest okej, Low. Sły­szę to w twoim gło­sie. Coś jest nie tak. Będę tam za pięć mi­nut.

- Cage, nie...

Ale już się roz­łą­czył. No cóż. Bez wąt­pie­nia dziew­czyna po­zwoli mu do sie­bie wró­cić. Za­wsze tak było, co w su­mie mnie dzi­wiło. Gdyby chło­pak pod­czas na­szej randki po­biegł po­ma­gać ja­kiejś in­nej pa­nience, nie da­ła­bym mu dru­giej szansy, a już na pewno nie wpu­ści­ła­bym go z po­wro­tem do łóżka. Ale ja nie upra­wia­ła­bym też seksu z pra­wie ob­cym ko­le­siem. Moje ar­gu­menty można więc uznać za mało trafne.

Za­wra­ca­jąc, spoj­rza­łam na świa­tła Live Bay i po­my­śla­łam, że le­piej za­dzwo­nię do Mar­cusa i po­wiem mu, że wra­cam do domu, za­miast szu­kać go w tym dzi­kim tłu­mie tylko po to, by go o tym po­in­for­mo­wać. Zresztą, z blond pięk­no­ścią w ra­mio­nach pew­nie na­wet nie za­uwa­żył mo­jej nie­obec­no­ści.

Mar­cus

W końcu udało mi się uwol­nić od Jess. Chcia­łem za­tań­czyć z Wil­low. Ob­ser­wo­wa­łem ją ukrad­kiem, kiedy przy­sze­dłem, i mo­głem my­śleć tylko o tym, że chcę być bli­sko niej, do­ty­kać jej, gdy po­ru­sza się w tańcu. Po­tem na­pa­to­czyła się Jess i tylko opóź­niła moje plany. De­wayne sie­dział przy sto­liku z Tri­shą i Roc­kiem. Roz­ma­wiali i śmiali się, ale Wil­low z nimi nie było. Spoj­rza­łem w stronę baru, ale nie do­strze­głem jej w tłu­mie.

- Gdzie jest Wil­low?

- Co? Nie przy­wi­tasz się naj­pierw? - za­drwił Rock, uśmie­cha­jąc się do mnie.

Od­wró­ci­łem się do De­wayne'a. Sie­dział roz­party na krze­śle z bu­telką piwa w ręce i uważ­nie mnie ob­ser­wo­wał.

- Gdzie jest Wil­low? - po­wtó­rzy­łem, tym ra­zem do niego.

Pstryk­nął w me­ta­lowy kol­czyk w dol­nej war­dze i wska­zał głową na drzwi.

- Po­szła ja­kiś czas temu za­czerp­nąć świe­żego po­wie­trza.

O nie.

- Dawno?

Od­no­si­łem wra­że­nie, że De­wayne'owi po­do­bała się moja fru­stra­cja. Wło­żył tego głu­piego pa­pie­ro­cha do ust, za­cią­gnął się, po czym wzru­szył ra­mio­nami.

- Kiedy ty ucie­kłeś z Jess.

Wła­śnie ru­szy­łem w stronę wyj­ścia, kiedy za­dzwo­nił mój te­le­fon. Mia­łem na­dzieję, że to nie była Manda z ko­lej­nym do­mo­wym kry­zy­sem. To ostat­nia rzecz, ja­kiej bym te­raz po­trze­bo­wał. Z Wil­low ro­bi­łem już pewne po­stępy. I wtedy Jess za­cią­gnęła mnie na par­kiet.

- Halo - po­wie­dzia­łem, przy­ci­ska­jąc te­le­fon do ucha, kiedy wresz­cie udało mi się wy­do­stać na ze­wnątrz.

- Mam moją dziew­czynę. Za­bie­ram ją do domu. Chcia­łem, że­byś wie­dział na wy­pa­dek, gdy­byś przy­po­mniał so­bie, że mia­łeś być jej kie­rowcą.

Cage przy­je­chał ode­brać Wil­low. DO DIA­BŁA!

- Co? Dla­czego? Wszystko z nią okej?

Za­dzwo­niła do Cage'a, żeby po nią przy­je­chał, a on zja­wił się, by ją ura­to­wać. A gdzie ja by­łem w tym cza­sie? Tań­czy­łem. Do­sko­nale. Po pro­stu świet­nie.

- Była zmę­czona i chciała już iść do łóżka. Nie chciała fa­ty­go­wać cie­bie i two­jej la­ski. Jest ze mną. Wszystko okej. Nara. - Te­le­fon za­milkł.

Mo­jej la­ski? Jess nie była moją la­ską. To zna­czy za­ba­wia­łem się z nią parę razy w prze­szło­ści. Była go­rącą ku­zynką Rocka, ale nic poza tym.

Sta­łem na par­kingu i ga­pi­łem się na sa­mo­chody. Już zdą­ży­łem na­wa­lić. Wil­low wznio­sła wo­kół sie­bie mur. Chcia­łem go prze­kro­czyć. Chcia­łem, żeby mi za­ufała. Ale ją za­wio­dłem i ucie­kła do Cage'a. W jej oczach wi­dzia­łem dziś za­in­te­re­so­wa­nie. Na­prawdę. Mój mały triumf. Ale po­tem zja­wiła się Jess i nie mo­głem jej od­mó­wić. Rock wspo­mi­nał, że prze­cho­dzi te­raz ciężki okres. Chcia­łem tylko po­cie­szyć starą przy­ja­ciółkę. Nic wię­cej. Ale dla Wil­low mu­siało to wy­glą­dać zu­peł­nie ina­czej. Zo­sta­wi­łem ją. Cage po nią przy­je­chał. Kto by po­my­ślał, że kon­ku­ro­wa­nie z Cage'em o miano naj­bar­dziej god­nego za­ufa­nia bę­dzie ta­kie trudne?

- Zna­la­złeś ją? - za­py­tała Tri­sha, kiedy wró­ci­łem do sto­lika. Po­trze­bo­wa­łem ko­lej­nego drinka. Pie­przyć colę. Da­wać whi­sky.

- Cage ją za­brał.

De­wayne za­chi­cho­tał, a ja rzu­ci­łem mu ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. Nie mia­łem ochoty go te­raz wy­słu­chi­wać. On za­wsze wi­dział za dużo. Dziś chcia­łem, żeby za­trzy­mał swoje spo­strze­że­nia dla sie­bie.

- Aww, cho­ler­cia. Krit chciał się z nią zo­ba­czyć po wy­stę­pie.

Prze­rzu­ci­łem gniewne spoj­rze­nie na Tri­shę, która uśmie­chała się, jakby znała ja­kąś nie­sa­mo­wi­cie śmieszną ta­jem­nicę.

- Hej, Hardy, nie patrz tak na moją ko­bietę. Oszczę­dzaj war­cze­nie dla ko­goś in­nego. - Ostrze­że­nie Rocka nie było żar­tem. Mó­wił po­waż­nie. Prze­cze­sa­łem pal­cami włosy i mruk­ną­łem coś nie­okre­ślo­nego, pa­trząc na drzwi i ma­rząc o opusz­cze­niu już tego miej­sca.

- Owi­nęła cię so­bie wo­kół palca. Na­resz­cie. Sa­die White cię olała. Do­brze wi­dzieć cię tak za­in­te­re­so­wa­nego inną dziew­czyną. - Nie było po­wodu, by za­prze­czać ob­ser­wa­cji De­wayne'a. To byli moi naj­lepsi przy­ja­ciele. Znali mnie le­piej niż kto­kol­wiek inny. Okła­my­wa­nie ich nie miało sensu.

- Dla­czego, do cho­lery, za­wsze do niego ucieka? Nie ro­zu­miem tego.

Tri­sha od­sta­wiła drinka i po­chy­liła się, wpa­tru­jąc się pro­sto we mnie.

- On jest jej kry­jówką. Jak głu­pio by to nie brzmiało, bio­rąc pod uwagę, o kim mó­wimy. Cage'owi za­leży tylko na jed­nej rze­czy na tym świe­cie, i to jest wła­śnie Low. Od­kąd byli dziećmi, on wal­czył za nią i roz­wią­zy­wał jej pro­blemy. Wszy­scy miesz­ka­li­śmy na jed­nej ulicy. Pa­mię­tam, jak ich ob­ser­wo­wa­łam. Za­wsze fa­scy­no­wało mnie to, że zły Cage York za­cho­wy­wał się jak za­ko­chany gów­niarz, kiedy cho­dziło o Wil­low. Gdyby się po­tknęła, ten na­tych­miast zna­la­złby się obok niej. Chcesz jej, to po­wo­dze­nia. Bo za każ­dym ra­zem, kiedy cie­bie nie bę­dzie w po­bliżu, żeby ją pod­nieść, Cage bę­dzie na miej­scu, za­pew­niam. Ona wie, że może do niego za­dzwo­nić. Ona wie, że nie­za­leż­nie od wszyst­kiego, on bę­dzie ją ko­chał. Bez­wa­run­kowa mi­łość to coś, z czym trudno kon­ku­ro­wać.

Się­gną­łem po piwo De­wayne'a i wy­pi­łem kilka ły­ków. Tri­sha miała ra­cję.

Jak mo­głem z tym kon­ku­ro­wać?

I czy w ogóle chcia­łem?

Wil­low

Cage za­mknął za nami drzwi i rzu­cił klu­czyki na stół.

- Ku­pi­łem ci dzi­siaj wię­cej tych two­ich Jar­ri­tos. Po­czę­stuj się, a ja we­zmę prysz­nic.

Przeze mnie Cage wpa­dał w pa­ra­noję, je­śli cho­dziło o za­pa­chy, które za­wsze przy­no­sił ze sobą po rand­kach - nie­roz­łączne trio: per­fumy, seks i whi­sky. Chcia­łam mu po­wie­dzieć, żeby się tym nie przej­mo­wał, ale tylko przy­tak­nę­łam i ru­szy­łam w kie­runku lo­dówki.

Cage po­ca­ło­wał mnie w czu­bek głowy i po­szedł do ła­zienki.

- Do­brze się wy­szo­ruję, obie­cuję - krzyk­nął jesz­cze, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

Za­śmia­łam się ci­cho sama do sie­bie i już mia­łam iść do sy­pialni, kiedy moją uwagę przy­kuła ka­napa. Wspo­mi­na­jąc, jak wtu­la­łam się na niej w Mar­cusa i jak obu­dzi­łam się póź­niej na jego ko­la­nach, za­miast iść do po­koju, po­de­szłam do niej i usia­dłam wy­god­nie. To do­bre miej­sce. Mar­cus sie­dział wtedy spo­koj­nie przez kilka go­dzin, po­zwa­la­jąc mi spać na so­bie. Nikt poza Cage'em nie zro­bił dla mnie cze­goś ta­kiego. Z uśmie­chem skosz­to­wa­łam odro­biny na­poju. Świetny fa­cet. Sek­sowny. Po­bu­dza­jący do fan­ta­zjo­wa­nia.

Ob­la­łam się ru­mień­cem na myśl o tym, że De­wayne mógł prze­ka­zać Mar­cu­sowi swoje po­dej­rze­nia. A po­dej­rze­wał słusz­nie. By­łam za­zdro­sna. Lu­bi­łam go zde­cy­do­wa­nie bar­dziej, niż po­win­nam. To by­łoby na­prawdę że­nu­jące, gdyby się o tym do­wie­dział. Usły­sza­łam sy­gnał SMS-a.

Tri­sha.

Do­tar­łaś bez­piecz­nie do domu?

Tak, dzię­kuję :-) - wy­stu­ka­łam szybko.

Bra­kuje nam cie­bie - od­pi­sała po chwili.

Komu mnie bra­kuje? Mar­cu­sowi? Czy tylko jej? De­wayne na pewno nie opo­wia­dał na fo­rum o swo­ich spo­strze­że­niach. Przy­naj­mniej taką mia­łam na­dzieję.

Te­le­fon wsa­dzi­łam z po­wro­tem do kie­szeni i wsta­łam z ka­napy. Cage wła­śnie skoń­czył się ką­pać - te­raz moja ko­lej. Smród pa­pie­ro­sów De­wayne'a prze­siąk­nął moje włosy i ubra­nia. By­łam bar­dzo zmę­czona i go­towa zo­sta­wić tę noc za sobą.

Obu­dzi­łam się pierw­sza, po­zbie­ra­łam rze­czy swoje i Cage'a i po­szłam do piw­nicy na­sta­wić pra­nie. Po­przed­niej nocy Cage wpeł­znął obok mnie do łóżka i tak za­snę­li­śmy, nie za­mie­nia­jąc ze sobą ani słowa. Przez całą noc nie wsta­wał ani ni­g­dzie nie wy­cho­dził, co ozna­czało, że z ja­kie­goś po­wodu po­trze­bo­wał od­po­czynku. Pew­nie dzi­siaj ma mecz. A jego strój spor­towy był brudny, po­dob­nie zresztą jak wszyst­kie moje ciu­chy i więk­szość jego dżin­sów. Do wody do­da­łam tro­chę wy­bie­la­cza i wrzu­ci­łam do pralki tylko jego upa­prany strój. Na szczę­ście były aż trzy pralki i su­szarki, a każda z nich pu­sta. Więk­szość miesz­kań­ców miała wła­sne pralki w miesz­ka­niach, dla­tego też rzadko spo­ty­ka­łam tu ko­go­kol­wiek. To po­zwa­lało za­ła­twić sprawę znacz­nie szyb­ciej. Kiedy włą­czy­łam już wszyst­kie trzy pralki, ode­zwała się moja ko­mórka. To była Tawny. Ona pra­wie ni­gdy do mnie nie dzwo­niła, a je­śli już, to ni­gdy z ni­czym przy­jem­nym.

- Halo.

- Gdzie je­steś?

- U Cage'a.

- A to ci za­sko­cze­nie. Po­słu­chaj, po­trze­buję opie­kunki na noc. Mam randkę. La­rissa prosi o cie­bie. Je­śli jej po­pil­nu­jesz, bę­dziesz mo­gła zo­stać na noc. Ja i tak pew­nie wrócę do­piero nad ra­nem.

- Mu­szę iść do pracy.

- Cho­lera. Do­bra. Je­śli mam pła­cić opie­kunce, to nie wra­caj tu w tym ty­go­dniu.

- Nie pla­no­wa­łam tego.

- Co, w końcu za­do­mo­wi­łaś się u Cage'a? Zu­peł­nie jak na­sza ma­mu­sia.

- Nie, Tawny, to ty je­steś jak na­sza ma­mu­sia. Ja wciąż je­stem dzie­wicą, a ty masz dziecko, ale nie męża. Za­sta­nów się, sio­strzyczko.

- Jak tam so­bie chcesz. Na ra­zie.

Roz­mowa do­bie­gła końca. Zro­biło mi się nie­do­brze na myśl o tym, że La­rissa zo­sta­nie w domu z ja­kąś opie­kunką. Nie wie­dzia­łam na­wet z kim. Po­now­nie wy­krę­ci­łam nu­mer.

- Czego?

- Po pracy przyjdę i się nią zajmę. Nie płać opie­kunce za całą noc.

Pauza.

- Okej, w po­rządku. Mam po­wie­dzieć opie­kunce, że bę­dziesz o...

- Dziś mam po­dwójną zmianę, ale po­pro­szę ko­goś, żeby się ze mną za­mie­nił i wyjdę o je­de­na­stej. Po­wiedz jej, że będę o je­de­na­stej trzy­dzie­ści. Moż­liwe, że będę mu­siała iść pie­szo.

- Do­bra.

Znowu się roz­łą­czyła. Gdyby nie moja sio­strze­nica, wąt­pię, czy w ogóle roz­ma­wia­ła­bym z sio­strą. Nie było mię­dzy nami mi­ło­ści, nie by­łam tylko pewna dla­czego. Kiedy by­ły­śmy małe, tak bar­dzo się sta­ra­łam, by zy­skać jej uzna­nie, ale ni­gdy nie mo­głam jej za­do­wo­lić. Czu­łam, jakby moje na­ro­dziny zruj­no­wały jej ży­cie. Kogo pró­bo­wa­łam oszu­kać? Moja matka za­cho­wy­wała się prze­cież tak samo. Moje na­ro­dziny nie były po­wo­dem do świę­to­wa­nia dla ko­go­kol­wiek w ro­dzi­nie. Cza­sami my­śla­łam o tym, żeby wsiąść do au­to­busu i zo­sta­wić to mia­sto za sobą. Nie mia­łam stąd szcze­gól­nie wielu ra­do­snych wspo­mnień. W każ­dym ra­zie więk­szość z nich nie była zbyt do­bra. Swoje ży­cie mo­głam spa­ko­wać do jed­nej wa­lizki. Je­dyną osobą, która by za mną tę­sk­niła, był Cage. No i La­rissa, przy­naj­mniej do­póki nie za­po­mnia­łaby o moim ist­nie­niu.

Roz­po­czę­cie wszyst­kiego od nowa było cho­ler­nie ku­szące. Cage w końcu zro­zu­miałby mą­drość ta­kiego po­su­nię­cia - kie­dyś. Uwol­niłby się wresz­cie od tej cią­głej po­trzeby chro­nie­nia mnie. A ja? Za­war­ła­bym nowe przy­jaź­nie. Może na­wet uda­łoby mi się zna­leźć do­brą pracę i skoń­czyć szkołę.

- Za­my­ślona? - Głos Mar­cusa zu­peł­nie mnie za­sko­czył. Spoj­rza­łam w jego zie­lone, za­spane oczy.

- Hej. Co ro­bisz tu­taj tak wcze­śnie?

Wzru­szył ra­mio­nami i po­ło­żył kosz z bie­li­zną obok sie­bie na ziemi.

- No cóż, po­my­śla­łem, że zro­bię pra­nie, za­nim przy­go­tuję śnia­da­nie. Ale wy­gląda na to, że wszyst­kie pralki są już za­jęte. - Brzmiał ko­kie­te­ryj­nie.

- Ups. Prze­pra­szam. Nie są­dzi­łam, że kto­kol­wiek bę­dzie chciał ich uży­wać tak wcze­śnie rano.

- Po­my­śla­łem do­kład­nie tak samo.

Za­śmia­łam się ci­cho i za­krę­ci­łam ner­wowo kciu­kami, po­tem dło­nie po­ło­ży­łam na ko­la­nach, za­ci­śnięte w pię­ści. Czy wie­dział, że wy­bie­głam wczo­raj z baru jak ja­kaś za­zdro­sna idiotka?

- Zo­sta­wi­łaś mnie wczo­raj - po­wie­dział cał­kiem nor­mal­nie. Za­ło­ży­łam włosy za ucho.

- Hmm, tak. Prze­pra­szam. By­łam zmę­czona i po­trze­bo­wa­łam świe­żego po­wie­trza.

Nie od­po­wie­dział od razu, a ja sku­pi­łam się na tym, żeby nor­mal­nie od­dy­chać, choć moje serce od­sta­wiało ja­kieś dziwne ak­cje.

- Za­brał­bym cię do domu, gdy­bym wie­dział, że chcesz już iść.

No tak, był prze­cież do­brym czło­wie­kiem.

- Do­brze się ba­wi­łeś. Twoi przy­ja­ciele ewi­dent­nie się za tobą stę­sk­nili. Nie chcia­łam ze­psuć ci wie­czoru. Cage i tak je­chał w moją stronę, więc wy­szło w po­rządku.

Skrzy­wił się nie­znacz­nie, a ja znów spu­ści­łam wzrok na po­sadzkę, na którą ga­pi­łam się przed jego przyj­ściem.

- Twoim to­wa­rzy­stwem też się cie­szy­łem. Chcia­łem za­brać cię do domu.

Okej, te­raz moje serce na­prawdę za­częło wa­rio­wać.

Czy Mar­cus Hardy wła­śnie za­su­ge­ro­wał, że był za­wie­dziony tym, że to nie on od­wiózł mnie do domu?

- Och - mruk­nę­łam. Cóż in­nego mo­głam po­wie­dzieć? Na szczę­ście za chwilę pierw­sza na­sta­wiona przeze mnie pralka skoń­czyła swój pro­gram, mo­głam więc za­jąć się prze­kła­da­niem ubrań do su­szarki.

- Pralka już jest wolna - oświad­czy­łam, uśmie­cha­jąc się do niego.

Po­ru­szył się, ale za­miast po­cze­kać aż zejdę mu z drogi, pod­szedł bli­sko mnie, za­my­ka­jąc mi drogę ucieczki, a kosz z ubra­niami po­ło­żył na jed­nej z za­mknię­tych pra­lek. Spoj­rza­łam na niego, ma­jąc za­miar ja­koś go wy­mi­nąć, ale pra­gnie­nie, ja­kie do­strze­głam w jego zie­lo­nych oczach, za­trzy­mało mnie w miej­scu. Z ust wy­rwało mi się ci­che wes­tchnie­nie.

- Chyba nie wy­ra­zi­łem się zu­peł­nie ja­sno, Low - zni­żył głos, przez co na moim ciele po­ja­wiły się ciarki. - Wczo­raj by­łem za­in­te­re­so­wany tylko jedną osobą w ba­rze. Przy­sze­dłem tam tylko dla jed­nej osoby. - Za­ło­żył mi ko­smyk wło­sów za ucho i de­li­kat­nie wo­dził pal­cem po mo­jej twa­rzy. - By­łem tam dla cie­bie.

Jego ochry­pły szept unie­moż­li­wiał mi na­wet za­czerp­nię­cie tchu. Sły­sza­łam, że od­dy­cham płytko i szybko.

- Och - pi­snę­łam ci­chutko.

Za­śmiał się i po­chy­lił głowę, aż jego usta zbli­żyły się do mo­ich na od­le­głość szeptu.

- Och! Ach, hmm, ja... - tę ma­giczną chwilę prze­rwał roz­trzę­siony ko­biecy głos, na dźwięk któ­rego Mar­cus za­mknął oczy i po­trzą­snął lekko głową. Wy­pro­sto­wał się wresz­cie i od­wró­cił w stronę ko­goś, kto przed chwilą wszedł do po­miesz­cze­nia. Nie mo­głam nic do­strzec zza jego ple­ców, a zwa­żyw­szy na to, jak bar­dzo sta­rał się mnie za­sło­nić, naj­wy­raź­niej nie chciał, żeby ten ktoś mnie za­uwa­żył. W każ­dym ra­zie nie moją twarz.

- Sa­die? - wy­czu­łam, że jest za­sko­czony.

- Hmm, Mar­cus, prze­pra­szam. Mia­łam iść do cie­bie do miesz­ka­nia, ale zo­ba­czy­łam cię przez okno i we­szłam tu­taj. Nie wie­dzia­łam, że masz to­wa­rzy­stwo.

- Nie, jest okej. Co ty tu ro­bisz? - jego ciało było na­pięte jak struna. Coś było ewi­dent­nie nie tak. Kim jest ta cała Sa­die?

- Cho­dzi o Amandę. Wczo­raj zo­stała u mnie na noc. Dziś rano od­wio­złam ją do domu, a twoja mama była, no cóż... Nie­ważne. Hmm... Sie­dzi te­raz w sa­mo­cho­dzie i jest za­ła­mana. Nie wie­dzia­łam, co ro­bić. - Me­lo­dyjny głos dziew­czyny wcale nie uspo­ka­jał mo­jej wy­obraźni. Miała na Mar­cusa dziwny wpływ.

- Zro­bi­łaś, co na­le­żało. Już idę.

Usły­sza­łam lek­kie trza­śnię­cie drzwi i wes­tchnię­cie Mar­cusa.

- Mu­szę zo­ba­czyć, co u niej.

- Oczy­wi­ście, że mu­sisz - wy­mi­nę­łam go i po­de­szłam do ko­lej­nej pralki, by wy­cią­gnąć z niej ubra­nia.

Ga­pił się na mnie, jakby chciał coś jesz­cze po­wie­dzieć, ale po­krę­cił tylko głową i wy­szedł z pralni, zo­sta­wia­jąc swój kosz na pralce.

Jesz­cze dwa razy za­ła­do­wa­łam su­szarkę, po czym na­sta­wi­łam jego ciemne rze­czy do pra­nia.

Bez niego na­gle po­czu­łam chłód i osa­mot­nie­nie. Pra­wie mnie po­ca­ło­wał. Wczo­raj przy­szedł, żeby mnie zo­ba­czyć. Ale po­tem zja­wiła się Sa­die. Miała na niego wi­doczny wpływ. Ale dla­czego? Jess, Sa­die... w jego ży­ciu było wiele ko­biet. Zu­peł­nie jak u Cage'a. Po­krę­ci­łam głową, by po­zbyć się na­tręt­nych my­śli. Mu­sia­łam skoń­czyć pra­nie i przy­go­to­wać się do pracy.

Roz­dział VI

Mar­cus

Sa­die na­wi­jała na pa­lec ko­smyk swo­ich blond wło­sów. Czę­sto tak ro­biła, kiedy była zde­ner­wo­wana.

- Tak mi przy­kro, że wam prze­szko­dzi­łam, Mar­cu­sie. Czuję się jak idiotka - za­częła się tłu­ma­czyć, jak tylko do­szli­śmy do hum­mera Jaxa Stone'a.

- Nie ma sprawy - uspo­ko­iłem ją, choć nie było to do końca prawdą.

Sa­die wcho­dząca aku­rat wtedy, kiedy wła­śnie mia­łem po­ca­ło­wać Wil­low, nieco zbiła mnie z tropu. Jesz­cze nie tak dawno temu to Sa­die miała mnie owi­nię­tego wo­kół palca, my­śla­łem więc, że za­re­aguję bar­dziej emo­cjo­nal­nie w ta­kiej sy­tu­acji. Ale nic ta­kiego nie miało miej­sca. Kom­plet­nie nic. Nie po­czu­łem żad­nego bólu na jej wi­dok. Po­tworny gniew na ojca za to, co mu­szą przez niego prze­cho­dzić mama i Manda, tak, to ow­szem. Obawa o Amandę, tak, to też po­czu­łem. Ale nic zwią­za­nego z Sa­die. Moją pierw­szą re­ak­cją była chęć ochrony Wil­low. Nie by­łem pewny, przed czym do­kład­nie chcia­łem ją chro­nić, ale taki wła­śnie był wów­czas mój główny cel.

Sa­die otwo­rzyła drzwi od strony pa­sa­żera. Na fo­telu sie­działa sku­lona Amanda i łkała jak mała dziew­czynka. W tym mo­men­cie pę­kło mi serce. Zu­peł­nie jak­bym cof­nął się w cza­sie i moja mała sio­strzyczka, którą ko­cha­łem i któ­rej za­wsze bro­ni­łem, po­trze­bo­wała mnie, że­bym znów wal­czył z po­two­rami spod jej łóżka. Ale tym ra­zem po­two­rem oka­zał się być nasz oj­ciec. Roz­bi­jał ro­dzinę dla dwu­dzie­sto­kil­ku­let­niej zdziry. Nie wie­dzia­łem do­kład­nie, ile panna ma lat, ale jed­nego by­łem pewny - była młoda.

- Nie wró­cił do domu wczo­raj wie­czo­rem, a mama nie wy­cho­dzi ze swo­jej sy­pialni. Krzy­czy i pa­kuje swoje rze­czy. Za­mie­rza uciec. - Z ust Amandy znów wy­rwał się szloch i za­kryła twarz dłońmi. Moja roz­piesz­czona mała sio­strzyczka ni­gdy wcze­śniej nie mu­siała zma­gać się z co­dzien­nymi pro­ble­mami. Za­wsze do­sta­wała to, czego chciała. Aż do tej pory jej ży­cie było pełne sło­dy­czy.

- Uspo­kój się, skar­bie, po­ga­dam z mamą i ja­koś ją uspo­koję. Ni­g­dzie nie uciek­nie. Obie­cuję.

- Może zo­stać ze mną, je­śli chcesz - po­wie­działa Sa­die. - Już i tak opu­ści­ły­śmy jedną lek­cję. Rów­nie do­brze mo­żemy zro­bić so­bie dzi­siaj wa­gary.

Spoj­rza­łem na Sa­die i przy­tak­ną­łem. Praw­do­po­dob­nie był to bar­dzo do­bry po­mysł. Amanda nie po­winna usły­szeć tego, co mam do po­wie­dze­nia na­szej ma­mie.

- Chcesz zo­stać z Sa­die, kiedy ja po­jadę do mamy?

Po­woli ski­nęła głową, pa­trząc na mnie wiel­kimi za­pła­ka­nymi oczami.

Po­chy­li­łem się i mocno ją przy­tu­li­łem.

- Wszystko bę­dzie w po­rządku, sio­strzyczko. Je­stem tu­taj, co­kol­wiek się wy­da­rzy, upo­ram się z tym ba­ła­ga­nem.

Zda­wa­łem so­bie sprawę z tego, że jest to obiet­nica, któ­rej być może nie będę w sta­nie do­trzy­mać.

- Dzięki, Sa­die - po­wie­dzia­łem, od­su­wa­jąc się od Amandy, by Sa­die mo­gła wdra­pać się do auta. Jax wszystko prze­my­ślał, za­ła­twił jej szo­fera i odro­binę pry­wat­no­ści, od­dzie­la­jąc ją od kie­rowcy przy­ciem­nioną szybą. Od­kąd świat do­wie­dział się o tym, że Sa­die White jest dziew­czyną Jaxa Stone'a, trak­tuje się ją jak ce­le­brytkę. Pa­pa­razzi przy­jeż­dżali do Ala­bamy tylko po to, by zdo­być jej zdję­cie. Lu­dzie za­częli ina­czej się do niej od­no­sić, kiedy po­ja­wiała się w ja­kimś pu­blicz­nym miej­scu. Jax nie lu­bił zo­sta­wiać jej sa­mej, dla­tego też zor­ga­ni­zo­wał kilka rze­czy, dzięki któ­rym miał pew­ność, że bę­dzie bez­pieczna. Na przy­kład hum­mera z szo­fe­rem/ochro­nia­rzem. W su­mie to nie ro­zu­mia­łem, dla­czego fa­cet nie za­ła­twi jej pry­wat­nego na­uczy­ciela i nie za­bie­rze ze sobą w trasę. Zdaje się, że nie chciał, by co­kol­wiek ją w ży­ciu omi­nęło, by miała wspo­mnie­nia z li­ceum, czy ja­kiś inny non­sens w tym stylu. Tylko ktoś, kto ni­gdy nie cho­dził do nor­mal­nej szkoły, mógł coś ta­kiego wy­my­ślić. Sa­die ucie­kłaby stąd bły­ska­wicz­nie, gdyby tylko jej na to po­zwo­lił.

- Cie­szę się, że mogę po­móc. Je­śli bę­dzie­cie cze­go­kol­wiek po­trze­bo­wać, je­stem do dys­po­zy­cji. To wszystko wcale mi się nie po­doba. Łzy Amandy ła­mią mi serce.

Do­bra, ko­chana Sa­die. Co prawda, nie spo­dzie­wa­łem się po niej ni­czego in­nego. To był je­den z po­wo­dów, dla któ­rych za­ko­cha­łem się w niej już w kilka mi­nut po jej po­zna­niu ubie­głego lata. Była piękna, to ja­sne, ale też bar­dzo słodka. Mu­szę jed­nak przy­znać, że od­czu­wa­nie wo­bec niej w tam­tym mo­men­cie je­dy­nie wdzięcz­no­ści było dla mnie czymś bar­dzo wy­zwa­la­ją­cym.

- Je­steś świetną przy­ja­ciółką, Sa­die - po­wie­dzia­łem szcze­rze.

Te­raz mu­sia­łem upo­rać się z mamą.

Mer­ce­des, któ­rego oj­ciec po­da­ro­wał ma­mie na rocz­nicę ślubu cztery mie­siące temu, wciąż stał w ga­rażu. To był do­bry znak. Jesz­cze nie wy­je­chała. Wsze­dłem do na­szej trzy­pię­tro­wej re­zy­den­cji wy­bu­do­wa­nej tuż przy plaży, w któ­rej spę­dzi­łem całe swoje dzie­ciń­stwo.

- Mamo - za­wo­ła­łem, wcho­dząc do domu.

- Mar­cus - usły­sza­łem, po czym z jej ust wy­rwał się roz­pacz­liwy szloch. Po­czu­łem się jak mały, prze­ra­żony chło­piec. Wbie­głem po scho­dach, oba­wia­jąc się tego, co za­stanę na gó­rze. To była moja mama. Nie chcia­łem, żeby cier­piała. Rzu­ciła mi się w ra­miona, jak tylko zna­la­złem się na szczy­cie scho­dów.

- Przy­je­cha­łeś - łkała.

De­li­kat­nie gła­ska­łem jej ja­sne włosy w na­dziei, że ten gest ją uspo­koi. Ile razy to ona trzy­mała mnie w ra­mio­nach, gdy pła­ka­łem? Te­raz przy­szedł czas, bym to ja stał się dla niej opar­ciem.

- Nie wró­cił wczo­raj do domu - szlo­chała. - Na­wet nie za­dzwo­nił.

Nie­na­wi­dzi­łem go. W tam­tym mo­men­cie, trzy­ma­jąc pła­czącą matkę w ob­ję­ciach, wie­dzia­łem, że go nie­na­wi­dzę. Nie tylko tego, co zro­bił. Szcze­rze nie­na­wi­dzi­łem wła­snego ojca.

- Wiem. Manda mi po­wie­działa. Chodźmy. Prze­my­jemy ci twarz. - Przy­tak­nęła wtu­lona w mój tors i zwol­niła nieco uścisk. - Usiądź na so­fie, mamo. Przy­niosę ci mo­kry ręcz­nik, a po­tem po­roz­ma­wiamy o tym, co się dzieje i co mu­simy zro­bić. Okej? - Znów za­nio­sła się pła­czem. - Je­stem tu, mamo, nie zo­sta­wię cię. Wszystko na­pra­wię. Tylko mi za­ufaj, do­brze?

Na jej twa­rzy po­ja­wił się wresz­cie nie­śmiały uśmiech, coś jakby ulga po­mie­szana z cier­pie­niem. Ale ból wi­doczny w oczach po­zo­stał.

Mia­łem ochotę za­bić wła­snego ojca. Go­łymi rę­kami. Na­prawdę chcia­łem go skrzyw­dzić. I le­piej, żeby ta suka, która dla niego pra­cuje, ni­gdy się do mnie nie zbli­żyła. Wciąż pa­mię­tam ten uśmie­szek, który mi po­słała, kiedy od­wie­dzi­łem ojca w biu­rze. Była zwy­kłą na­cią­gaczką. A mój oj­ciec był mię­cza­kiem. Sa­mo­lub­nym dup­kiem.

- Za­dzwo­ni­łam do niego dziś rano. Ode­brał. Po­wie­dział, że jest w pracy, a ze mną upora się, jak wróci. - Za­śmiała się ner­wowo. - Upora się, Mar­cu­sie. Jak­bym była ja­kimś pro­ble­mem. Je­stem jego żoną. Żoną.

Usia­dłem obok niej i za­czą­łem prze­my­wać jej za­laną łzami twarz.

- Nie dzwoń do niego wię­cej. Po­roz­ma­wiam z nim. Chcę, żeby się stąd wy­niósł, mamo.

Po­cią­gnęła no­sem i sie­działa zu­peł­nie nie­ru­chomo, kiedy tak zaj­mo­wa­łem się nią jak małą dziew­czynką.

- My­ślisz, że po­win­nam się z nim roz­wieść?

- Tak, mamo. On sy­pia z kimś in­nym. Nie jest cie­bie wart. Za­słu­gu­jesz na wię­cej.

Przy­tak­nęła i zła­pała mnie za dłoń, którą czule uca­ło­wała.

- Ko­cham cię, Mar­cu­sie Hardy. Je­steś do­brym chłop­cem. Za­wsze się nami opie­ku­jesz. Nie je­steś jak twój oj­ciec. Wiesz o tym, prawda?

To była wła­śnie moja mama. Bar­dzo po­trze­bo­wa­łem usły­szeć coś ta­kiego. Wie­dząc, że mimo cier­pie­nia wciąż po­zo­stała sobą, zro­biło mi się nieco lżej na sercu.

- Wiem o tym - za­pew­ni­łem ją, pusz­cza­jąc ręcz­nik, by mo­gła wy­trzeć nim nos.

- Boże, Mar­cus, jak to się stało? W któ­rym mo­men­cie wszystko się po­psuło? - za­py­tała to­nem ko­biety po­ko­na­nej, opusz­cza­jąc ręce na ko­lana.

- W mo­men­cie, kiedy oj­ciec stra­cił ro­zum. Za­mie­rzam z nim po­roz­ma­wiać. Dziś na niego nie cze­kaj, mamo. Po­wiem mu, że pod­rzucę mu jego ubra­nia, ale w domu nie chcę go wię­cej wi­dzieć.

- Ko­cha­nie, je­steś pe­wien, że to do­bry po­mysł? A co, je­śli zro­zu­mie, że po­peł­nił błąd? Czy na­prawdę mam prze­kre­ślić dwa­dzie­ścia pięć lat mał­żeń­stwa?

- Tak, mamo, wła­śnie tak masz zro­bić. Ten by­dlak cię zdra­dził, i wciąż zdra­dza. Je­steś dla niego za do­bra, mamo. Nie po­zwól mu wy­grać. Nie rób tego.

Nie zno­si­łem oglą­dać jej w ta­kim sta­nie. Ona na­prawdę my­ślała, że tata zmieni zda­nie i wróci do domu, do niej. Może i tak zrobi, kiedy jego młoda ko­chanka znaj­dzie so­bie in­nego albo za­cznie go iry­to­wać. Ale wtedy po­jawi się ko­lejna, która chęt­nie zaj­mie jej miej­sce.

- Mamo, po­słu­chaj - bła­ga­łem, chwy­ta­jąc jej zimną, de­li­katną dłoń. - Mu­sisz się z nim roz­wieść. Weź wszystko, co ci się na­leży. Oskub go do zera. Sły­szysz? On wy­daje kasę na tę la­fi­ryndę. Weź to, co jest ci wi­nien, a wi­nien jest ci wszystko, mamo.

Wy­pro­sto­wała się i przy­tak­nęła. Dzięki Bogu udało mi się do niej do­trzeć.

- Masz ra­cję, ko­cha­nie. Musi mi za to za­pła­cić.

Do­brze. W jej oczach do­strze­głem chęć ze­msty. Lep­sze to niż ból. Niech się wścieka. Niech go osku­bie. To wła­śnie ko­bieta, która mnie wy­cho­wała - za­wsze była twarda. Po­chy­li­łem się i po­ca­ło­wa­łem ją w po­li­czek.

- Ko­cham cię, mamo. Prze­brniemy przez to. Nie je­steś sama. Nie od­py­chaj od sie­bie Mandy. Ona cię te­raz po­trze­buje. Naj­le­piej usiądź­cie ra­zem z wiel­kim wia­drem lo­dów i obej­rzyj­cie ja­kiś film. Niech to was po­łą­czy. Nie daj mu wy­grać.

Wsta­jąc, się­gnęła po moją dłoń i mocno ją ści­snęła.

- Masz ra­cję. Je­stem silna. Moja dziew­czynka po­trze­buje mamy. Tak długo, jak będę mo­gła na to­bie po­le­gać, dam radę, Mar­cu­sie.

- Je­stem przy to­bie, przy was. A te­raz może za­ło­żysz w coś in­nego niż pi­żama i zro­bisz mi ja­kieś śnia­da­nie? Umie­ram z głodu.

Jej śmiech był praw­dziwą mu­zyką dla mo­ich uszu.

Wil­low

Jako że roz­po­czął się se­zon fe­rii wio­sen­nych, w Sea Bre­eze za­czy­nało przy­by­wać tu­ry­stów. To do­brze, bo moje na­piwki wzro­sły nie­mal dwu­krot­nie. Dziś za­ro­bi­łam już pra­wie dwie­ście do­la­rów, w więk­szo­ści był to utarg z lun­chu. Po­po­łu­dniowy tłum za­czy­nał do­piero przy­bie­rać na sile. No­cami, kiedy w ba­ro­wej czę­ści Live Bay grał ja­kiś choćby w miarę znany ze­spół, re­stau­ra­cja nieco na tym tra­ciła. Ro­dziny, które przy­jeż­dżały na owoce mo­rza, od­stra­szała liczba sa­mo­cho­dów na par­kingu. Nie zda­wali so­bie sprawy z tego, że wła­ści­ciele tych aut oku­pują bar, nie nas. Dziś jed­nak pub nie był aż tak za­tło­czony, li­czy­li­śmy więc na nie­zły utarg w re­stau­ra­cji.

- Low, mo­żesz za­brać to do czwórki w sek­cji C, dla Macy? Mówi, że już nie da rady wziąć wię­cej sto­li­ków. Dwu­nastka jest zbyt ab­sor­bu­jąca.

Przy­tak­nę­łam Kim, dzi­siej­szej kie­row­niczce zmiany, i się­gnę­łam po wodę i mi­skę cy­tryn, by za­nieść je do wska­za­nego sto­lika.

- Hej, wciąż szu­kasz ko­goś, kto za­stąpi cię wie­czo­rem? - za­py­tała. Spoj­rza­łam na nią.

- Tak jest.

Wska­zała na Se­tha, kel­nera, z któ­rym ostat­nio za­częła się spo­ty­kać. Chyba chciała, żeby ra­zem po­pra­co­wali dziś dłu­żej.

Uśmiech­nę­łam się do niej i po­szłam pro­sto do Se­tha, który wła­śnie wra­cał z sali.

- Hej, chcesz dzi­siaj za­my­kać? Mu­szę za­jąć się sio­strze­nicą i po­trze­buję ko­goś, kto mnie za­stąpi.

Zer­k­nął na Kim. Naj­wy­raź­niej do tej ope­ra­cji po­trze­bo­wał jej zgody. W końcu spoj­rzał na mnie z uśmie­chem.

- Ja­sne, nie ma pro­blemu - na jego wi­doczny en­tu­zjazm le­dwo po­wstrzy­ma­łam się od śmie­chu. Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że już pla­no­wał wie­czór ze swoją ko­bietą w pu­stej re­stau­ra­cji.

- Hej, czy to nie jest li­der Jack­down? - za­py­tał nie­spo­dzie­wa­nie Seth.

Spoj­rza­łam za sie­bie i zo­ba­czy­łam, że przy czwórce w sek­cji C sie­dzieli Krit, Tri­sha, Rock i Green.

- Tak, i jesz­cze ich ba­si­sta.

- Za­mień się ze mną, pro­szę - bła­gał Seth.

Zer­k­nę­łam na nich po­now­nie. Tri­sha wła­śnie do mnie ma­chała. Nie mo­głam jej tego zro­bić.

- Chcia­ła­bym, Seth, ale Tri­sha i Rock są mo­imi przy­ja­ciółmi. Nie mogę im tego zro­bić.

Oczy roz­sze­rzyły mu się ze zdu­mie­nia.

- Więc znasz też Krita?

- Zga­dza się.

- W ta­kim ra­zie może mo­gła­byś mnie cho­ciaż przed­sta­wić? Za­wsze chcia­łem przyjść do nich na prze­słu­cha­nie, ale ja­koś ni­gdy ni­kogo no­wego nie szu­kają.

By­łam mu to winna za to, że zgo­dził się wziąć dzi­siaj moją zmianę. Choć do­sko­nale zda­wa­łam so­bie sprawę z tego, że wie­czo­rem po­szczę­ści mu się z Kim.

- Ja­sne, po­dejdź póź­niej, jak już za­mó­wią, wtedy cię przed­sta­wię.

Nio­sąc tacę pełną szkla­nek z wodą, ru­szy­łam w stronę swo­jego no­wego sto­lika.

- Hej, mała, szkoda, że wczo­raj zmy­łaś się tak wcze­śnie. Omi­nęła cię ostat­nia pio­senka. Krit ją na­pi­sał i jest na­prawdę nie­sa­mo­wita - po­wie­działa z uśmie­chem Tri­sha.

- Prze­pra­szam. Wy­szłam za­czerp­nąć świe­żego po­wie­trza i nie mo­głam się już zmu­sić do po­wrotu do tego tłumu. - Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że nie chcia­łam pa­trzeć, jak Mar­cus tań­czy z Jess.

- Zła­ma­łaś mi serce. Chcia­łem cię zna­leźć po kon­cer­cie. Te kow­bojki i mini były su­per­sek­sowne, Low.

- Ona za­ło­żyła mini i kow­bojki? Ja­kim cu­dem udało mi się to prze­oczyć? - za­py­tał Green, spo­glą­da­jąc to na Krita, to na mnie.

Za­śmia­łam się i wy­cią­gnę­łam swój no­tes.

- Czego się na­pi­je­cie? - za­py­ta­łam, zmie­nia­jąc te­mat.

- Dla mnie Bud z beczki - po­wie­dział Rock.

- Die­te­tyczna cola.

- Mil­ler Lite w bu­telce.

- Po­pro­szę słodką her­batę.

Ma­jąc dzie­więt­na­ście lat, mo­głam wpraw­dzie ser­wo­wać al­ko­hol, ale wła­ści­cie­lowi nie bar­dzo się to po­do­bało. Wo­lał, by drinki po­da­wali nieco starsi kel­ne­rzy. Ide­alny mo­ment, żeby przed­sta­wić im Se­tha.

- Po­pro­szę Se­tha, żeby przy­niósł wa­sze piwa, bo ja nie mam na to zgody. Przy­go­tuj­cie się na to, że chło­pak jest wiel­kim fa­nem Jack­down i bar­dzo chce was wszyst­kich po­znać.

Krit po­chy­lił się i przy­gryzł wargę, mie­rząc mnie wzro­kiem z góry na dół. Na­prawdę my­ślał, że jego sek­sa­pil działa na każ­dego.

- O któ­rej dziś koń­czysz, Low? - za­py­tał ochry­płym gło­sem.

- Ach, cho­lera, już za­czął ga­dać tym swoim "pieprz mnie" gło­sem. Ucie­kaj, Low, za­nim za­cznie pusz­czać ci oczka i uśmie­chać się, po­ka­zu­jąc do­łeczki - ostrzegł mnie Green, po czym za­wa­diacko klep­nął Krita w ra­mię, na co cały sto­lik par­sk­nął śmie­chem.

- Pójdę po resztę na­po­jów - po­wie­dzia­łam z uśmie­chem, po czym od­wró­ci­łam się i uda­łam w stronę kuchni.

Seth stał aku­rat przy ba­rze i uzu­peł­niał szklanki z na­po­jami.

- No do­bra, Bud z beczki i Mil­ler Lite w bu­telce do czwórki. Mil­ler jest dla Krita. Baw się do­brze!

- Su­per, Low. Dzięki. - Seth bły­ska­wicz­nie znik­nął mi z oczu, zo­sta­wia­jąc szklanki za sobą.

Przez cały czas ich po­bytu w re­stau­ra­cji flirt Krita przy­bie­rał na sile, ale by­łam do tego przy­zwy­cza­jona, więc zbyt­nio mi to nie prze­szka­dzało. Kiedy zbli­żali się już do końca po­siłku, wy­dru­ko­wa­łam ra­chu­nek, który chcia­łam za­nieść im do sto­lika. Ale za­nim po­sta­wi­łam pierw­szy krok, otwo­rzyły się drzwi wej­ściowe i sta­nął w nich Mar­cus Hardy we wła­snej oso­bie - pie­kiel­nie przy­stojny i zdaje się bar­dzo zde­ter­mi­no­wany. Za­mar­łam. Wy­rwało mi się ci­che wes­tchnie­nie - mia­łam tylko na­dzieję, że nikt go nie usły­szał.

Jego ja­sne włosy były na tyle krót­kie, że w za­sa­dzie nic nie mu­siał z nimi ro­bić, i choć fry­zura do­piero-co-wsta­łem-z-łóżka bar­dzo mu pa­so­wała, dziś był ide­al­nie za­cze­sany. Dżinsy lekko opa­dały mu z bio­der, a zie­lona ko­szulka pod­kre­ślała ko­lor jego oczu oto­czo­nych gę­stymi rzę­sami.

Ski­nął głową Kim, ale jego wzrok sku­piony był na mnie. Ru­szył w moim kie­runku.

- Sły­sza­łem, że po­trze­bu­jesz dzi­siaj kie­rowcy - po­wie­dział z wy­raź­nie wy­ma­lo­wa­nym na twa­rzy za­do­wo­le­niem.

- Tak, ale skąd ty o tym wiesz? - Błysk, który po­ja­wił się w jego oku, mo­men­tal­nie mnie roz­pa­lił.

- Mam swoje źró­dła. Nie chcia­łem, że­byś szła pie­szo, więc po­my­śla­łem, że wpadnę na drinka i za­cze­kam, aż bę­dziesz go­towa do wyj­ścia.

Taki wła­śnie był mój plan na dzi­siaj - do domu Tawny mia­łam za­miar do­trzeć na pie­chotę. Cage miał dzi­siaj mecz, a nie chcia­łam pro­sić go o po­ży­cze­nie mi sa­mo­chodu.

- No cóż, okej, hmm, dzię­kuję. Rock jest tu­taj - po­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się wy­glą­dać tak, jakby to, że Mar­cus przy­je­chał, by za­wieść mnie do sio­stry, było czymś zu­peł­nie nor­mal­nym.

Po­dą­żył oczami za moim wzro­kiem.

- Wi­dzę. Pójdę się z nimi przy­wi­tać. Nie spiesz się. Nie mam żad­nych pla­nów. Mam całą noc.

Po raz ostatni rzu­cił mi dłu­gie spoj­rze­nie, od­wró­cił się i pod­szedł do sto­lika, przy któ­rym sie­dzieli jego przy­ja­ciele. Jak, do dia­ska, do­wie­dział się o tym, że po­trze­buję pod­wózki? I dla­czego mi ją za­ofe­ro­wał, skoro go o to nie pro­si­łam?

Sko­ło­wana ru­szy­łam po­woli za nim.

- Mar­cus, chło­pie, omi­nęło cię je­dze­nie - żar­to­wał Rock.

- Taa, wła­śnie wi­dzę, ale je­stem tu po Low, a nie dla was.

Krit zer­k­nął na mnie zza Mar­cusa. Na to stwier­dze­nie jego brwi unio­sły się w zdzi­wie­niu.

- Za­bie­rasz gdzieś Low, Mar­cu­sie? - za­py­tał Krit, pa­trząc raz na niego, raz na mnie.

To mo­gło być bar­dzo in­te­re­su­jące. Już od po­nad roku uni­ka­łam za­lo­tów Krita. Chło­pak nie umiał zro­zu­mieć, że nie to nie.

- Zga­dza się, ja­kiś pro­blem? - od­po­wie­dział mu rów­nież py­ta­niem, sia­da­jąc obok Gre­ena.

- Chyba tak. Mia­łem za­miar na­mó­wić ją na spo­tka­nie, kiedy skoń­czy pracę. Je­śli je­steś tu dla niej, przy­znaję, że tro­chę pie­przy mi to plany.

Nie mo­głam po­wstrzy­mać się przed ob­ser­wo­wa­niem twa­rzy Mar­cusa. By­łam bar­dzo cie­kawa, jak za­re­aguje na ta­kie wy­ja­śnie­nie. Skrzy­wił się i oparł na krze­śle.

- Nie są­dzę, żeby to był do­bry po­mysł, Krit. Nie je­steś w jej ty­pie.

- A ty je­steś?

Słowo daję, w tam­tym mo­men­cie nie by­łam w sta­nie się ru­szyć. To było że­nu­jące i fa­scy­nu­jące za­ra­zem.

- W po­rządku, chłopcy, uspo­kój­cie się - prze­rwał im Rock i przy­wo­łał mnie ge­stem ręki. - Za­płacę za po­si­łek, a ty, Krit, wra­casz z nami. Low ma już plany na dzi­siaj. Mo­że­cie się po­kłó­cić albo po­bić, czy co­kol­wiek, ale in­nym ra­zem. Te­raz chcę wró­cić do domu i spę­dzić tro­chę czasu sam na sam z moją ko­bietą.

Mar­cus wy­glą­dał na aż prze­sad­nie za­do­wo­lo­nego z ta­kiego ob­rotu sy­tu­acji. Gdyby nie był tak cho­ler­nie uro­czy, przy­po­mnia­ła­bym mu, że nie je­stem jego wła­sno­ścią. Cho­lera, na­wet nie by­li­śmy na żad­nej randce, a on za­cho­wy­wał się tak, jak­bym na­le­żała do niego.

Pod­niósł wzrok i utkwił go we mnie. Wszyst­kie po­wody, dla któ­rych po­win­nam być na niego zła, ja­koś cał­ko­wi­cie wy­le­ciały mi z głowy. Jak mo­głam się na niego gnie­wać, pa­trząc w te cudne oczy?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki