WSTĘP
I. ALEKSANDER FREDRO - ŻYCIE I ZARYS TWÓRCZOŚCI
Aleksander Fredro herbu Bończa urodził się - jak sam pisał - "w Surochowie w ziemi przemyskiej, z Jacka z Pleszowic i Marii z Dembińskich"[1], ziemi będącej "z dawien dawna gniazdową siedzibą rodziny Fredrów" (PW, t. 14, s. 184). Stało się to zaś prawdopodobnie 20 kwietnia 1793 lub... dwa lata wcześniej - jak sugerował Eugeniusz Kucharski, zastanawiając się nad niektórymi faktami biograficznymi[2]. Pełną świadomość niejednoznaczności tej ważnej daty miał sam pisarz. Wyjaśniając meandryczność swego znakomitego pamiętnika Trzy po trzy, nieco sarkastycznie konstatował, że powinien memuarową opowieść zacząć zgodnie z zasadami biografistyki, od początku. Jednak już właśnie na wstępie pojawiał się zasadniczy znak zapytania: urodził się, ale... kiedy? Nie wiedział, dlatego że "w onym czasie proboszcze na mokro oficjowali [tj. urzędowali przy winie], a na sucho pisali". Może też i z tego powodu, że najprawdopodobniej metryka - tak jak plebania w Jarosławiu - "zgorzała" (PW, t. 13, cz. 1, s. 150).
Ojciec Fredry, Jacek, urodził się w 1760 roku w Hoczwi i pochodził z niezamożnej szlachty. W roku 1782 poślubił Mariannę z Dembińskich, wywodzącą się z bogatej rodziny ziemiańskiej, która w tym samym roku uzyskała od cesarza Józefa II tytuł hrabiowski. Wśród przodków Marianny można wymienić znaną barokową poetkę Elżbietę Drużbacką. Fredrowie mieli dziewięcioro dzieci - sześciu synów: Jana Maksymiliana (ur. 1783), Seweryna (ur. 1787), Aleksandra (ur. 1793), Juliana (ur. ok. 1797), Henryka (ur. 1799), Edwarda (ur. 1803), oraz trzy córki: Ludwikę (ur. 1784), Konstancję (ur. 1785), Cecylię (ur. 1795). Za sprawą pracowitości i zapobiegliwości Jacka majątek rodziny i jej znaczenie systematycznie wzrastały. Pod koniec 1795 roku wystawione zostało na sprzedaż poważnie zadłużone miasteczko Rudki wraz z okolicznymi wsiami i majątkiem Beńkowa Wisznia. Całość nabył Jacek Fredro, dzięki temu że prolongowano mu spłatę zasadniczej sumy w zamian za spłatę procentów od długu. Dopiero w 1816 roku zapłacił ostatnią ratę wartości całego majątku. Ukoronowaniem działań Jacka było otrzymanie w 1822 roku przez Fredrów tytułu hrabiowskiego. Przechodząc z tzw. dobrej szlachty do arystokracji, stali się oni przykładem - jak pisał Kazimierz Wyka - spóźnionego awansu w obrębie klasy społecznej[3].
W roku 1829 w almanachu "Melitele", redagowanym przez Antoniego Edwarda Odyńca, pojawiła się legenda herbowa Mierżb herbu Bończa. Tłumaczyła ona m.in. pochodzenie nazwiska rodziny. Za czasów Kazimierza Wielkiego rycerz Dobiesław Mierżb walczył z Niemcem, który wyczerpany walką prosił w ojczystym języku: "Friede - Herr" (Pokój, panie), i od tego wzięło się nazwisko rodowe familii. Tekst, wydany "z rękopismu" i "gockim charakterem napisany", wyszedł rzekomo spod pióra "Aleksandra grabi z Wściekli". W rzeczywistości była to mistyfikacja dokonana przez braci Maksymiliana i Aleksandra, swoista zabawa literacka wykorzystująca popularny wtedy chwyt starego rękopisu[4].
Wracając do wątku Beńkowej Wiszni - dzięki staraniom matki stała się ona dla całej familii oazą domowego, rodzinnego szczęścia w owych niespokojnych, coraz bardziej wojennych czasach. Marianna posadziła przy dróżce prowadzącej do studni dziewięć świerków na cześć swoich dzieci. W niedziele jeżdżono zawsze z Beńkowej Wiszni do Rudek na mszę. W sprawach religii panowała jednak, jak poświadcza Fredro, libertyńska atmosfera. Idylla rodzinna trwała do stycznia 1806 roku, kiedy zmarła matka. Ojciec przeprowadził się wtedy z dziećmi do Lwowa. Ich edukacją, tak jak wcześniej, zajmowali się wyłącznie guwernerzy. Fredro, według własnego świadectwa, "uczył się krótko i nietęgo", a opiekowali się nim i jego braćmi domowi nauczyciele, edukując z różnym skutkiem w zakresie tańca (Daniel Kurc), muzyki (Mikołaj Matłowski), fechtunku (Frik von Lindenfeld) czy jazdy konnej. Nie otrzymał więc Fredro - w odróżnieniu od większości polskich romantyków - regularnego, szkolnego wykształcenia. Jednym z domowych nauczycieli był major Łukasz Biegański, o którym czytamy: "adiutant Kościuszki, potem jenerał; od upadku aż do wskrzeszenia Ojczyzny bawił w naszym domu. Człowiek rzadkiej poczciwości i do śmierci prawdziwy i gorliwy nasz przyjaciel" (PW, t. 13, cz. 1, s. 180). Szczególnie jednak zapadł w pamięć przyszłemu komediopisarzowi najdłużej będący guwernerem Józef Płachetko. Przy całej sympatii do niego Fredro krytycznie konstatował:
O Płachetko! niech ci Bóg, przed którym już stoisz, przebaczy, ale ja nie mogę, żeś mój czas najpiękniejszy, od 807 do 809, zabił, zamordował bez litości. Książki w rękę nie wziąłem. Jeżelim czytał, to romanse. [...] Pan Płachetko nic nie robił, nie robiłem i ja nic. [PW, t. 13, cz. 1, s. 172]
Wiódł przeto Aleksander Fredro żywot ziemiańskiego syna, na podobieństwo choćby Mikołaja Reja. Dopiero później przyszedł czas na poszerzanie wiedzy[5]. Upodobania lekturowe Fredry w sposób oczywisty łączą go z Adamem Mickiewiczem czy Juliuszem Słowackim. Twórcy ci także byli admiratorami literatury i kultury popularnej, co niejednokrotnie poświadczali w korespondencji i twórczości - by przywołać dzieła tej rangi, co Pan Tadeusz czy Beniowski (o czym jednak nie wszyscy historycy literatury chcą pamiętać, uznając owe koneksje za niegodne wieszczów, a nawet ich dyskredytujące). Umiejętności zaś taneczne i takież upodobania, wraz z bywaniem na balach (począwszy od karnawału 1808 roku), każą porównywać pod tym względem Fredrę z młodym Słowackim, bez którego udziału, jak mówiono, żaden bal udać się nie mógł.
Podobnie też obaj, już we wczesnej młodości, nader chętnie chodzili do teatru - Fredro we Lwowie, gdzie często przyjeżdżano z Beńkowej Wiszni, Słowacki zaś w Wilnie. To upodobanie do różnorodnego repertuaru, od plebejskiego po wysokoartystyczny - tak nietypowe dla romantyków - zmieniło ich obu w największych teatromanów polskich, dla których pasja stała się również sposobem życia. Słowacki w listach wielokrotnie daje wyraz głębokiemu zainteresowaniu współczesnym sobie teatrem - wysokim i popularnym[6]. Przed okresem mistycznym równie chętnie oglądał opery, tragedie, farsy, wodewile, dramy, pantomimy, co popisy linoskoczków czy występy słynnej trupy cyrkowej Chiarinich. Podobnie Fredro. Jak pisał jego syn Jan Aleksander: "Nie był [on] łatwym do rozśmieszenia, a jednak błazeństwa dobrych pajaców do ostatnich lat go bawiły". Komentujący te słowa Adam Grzymała-Siedlecki celnie konstatował: "Autor Zemsty zawsze lubił patrzeć na produkcje błaznów w cyrku. Jakby wiedząc, że początki teatru i początki cyrku z jednego korzenia wyrastają, nie krępował się wprowadzaniem scen i epizodów przesadnych, asekurujących na galerii sukces śmiechu"[7]. Bogate doświadczenia teatralne, także w zakresie repertuarowym, były niewyczerpanym zasobem inspiracji artystyczno-ideowych, które w takiej obfitości odnajdujemy w twórczości dramatycznej obu pisarzy.
Skłonność Fredry do "smętnych dumań" zyskała mu w rodzinie już w dzieciństwie miano "młodego staruszka" (PW, t. 14, s. 185). Nie oznacza to bynajmniej, że stronił on od wesołości, zabaw czy rozrywek, choć z biegiem lat owa melancholijność się nasilała, by przeobrazić się w mizantropię, uczynić zeń przedwcześnie postarzałego autora, który swą często kostyczną wizję ludzi i świata utrwalał w sporządzanych przez dziesięciolecia Zapiskach starucha.