DWIE MATKI
Iwona przestała chodzić do pracy. Została zawieszona w wykonywaniu obowiązków służbowych na czas postępowania dyscyplinarnego, zabrano jej wszystkie dodatki i miała dostawać jedynie gołą pensję. Zasugerowano jej, żeby w Fabryce pojawiała się wyłącznie na wezwanie, w celu odbycia rozmów, złożenia dodatkowych wyjaśnień, cholera wie, czym było to, po co wzywano ją na Małopolską albo do prokuratury.
Nie miała wiele do roboty. Siedziała w domu, kręciła się po mieście, czytała książki, na które nie miała czasu wcześniej, i obejrzała chyba całą zawartość Netflixa. Poza tym bywała częściej u matki, choć wyłącznie dlatego, że miała na to czas, a nie dlatego, że łączyło ją z nią coś więcej, niż tylko relacja rodzinna.
Jej matka żyła samotnie w ponadstumetrowym mieszkaniu w kamienicy przy alei Jana Pawła II, nieopodal urzędu miejskiego, w jednym z najatrakcyjniejszych miejsc Szczecina. Ojciec, naczelnik jednego z wydziałów magistratu, nie żył od lat, potrącony na ulicy przez pijanego chłopaka, który wyskoczył z imprezy po flaszkę. Na imprezę nie wrócił, do domu też nie, i to przez następne dwanaście lat, ale ojcu życia to nie przywróciło. Potem, niecałe pięć lat później, odszedł jej brat. Odchodził długo i boleśnie, znikał w oczach, w miarę jak nowotwór zajmował kolejne narządy, aż wreszcie Robert się poddał. Matka chyba też, Iwona nie, choć się uwielbiali: to Robert był jej powiernikiem i przyjacielem. Choroba brata dała jej kopa. Im mniej życia było w nim, tym więcej jego chęci w niej. To była jej głupia, bezsensowna zemsta na Bogu, ale tylko w ten sposób mogła jej dokonać.
Matka po przejściu w stan spoczynku tkwiła sama w czterech ścianach, wychodząc wyłącznie po podstawowe zakupy, a potem przestała robić nawet to, zamknęła się za murami mieszkania i twierdziła, że tak jest jej dobrze. Iwonie nie pozostawało do zrobienia nic innego jak to, co musiała robić od dziecka, czyli zaakceptować jej decyzję. Problem w tym, że jej matka tkwiła w specyficznym stanie pomiędzy rzeczywistością a własnym wyobrażeniem na jej temat. Nie miała alzheimera, tylko starcze otępienie, które czasem ludziom przydarza się bardzo wcześnie, nawet tuż po sześćdziesiątce. Tak przynajmniej twierdzili lekarze, kiedy wykluczono już wszystkie możliwe choroby i została ta jedna możliwość, zresztą widoczna w obrazie tomografii komputerowej. Ciemniejsze obszary mózgu były jak chmury burzowe nadciągające nad życie i wieszczące wyłącznie kłopoty. Po jakimś czasie matka straciła zainteresowanie postępami choroby. Wciąż pamiętała, jak wyglądali oskarżeni w procesach, którym przewodziła, pamiętała wyroki, pamiętała nawet, jaka była pogoda, kiedy je wydawała, a przynajmniej tak twierdziła. W zasadzie nie mówiła praktycznie o niczym innym, jakby tamte wydarzenia były kotwicą trzymającą ją przy życiu. Gorzej było z dniem dzisiejszym. Wyobrażała sobie różne rzeczy, a potem opowiadała o nich z takim przekonaniem i szczegółami, jakby wydarzyły się naprawdę. Obcy ludzie, którzy jej nie znali, a mieli okazję z nią przez chwilę porozmawiać, byli zdziwieni, kiedy Iwona informowała ich później o stanie matki. Ona zaś pytała samą siebie, czy potrafi rozpoznać, kiedy stanie się niebezpieczna dla własnej córki i dla otoczenia. Kiedy weźmie pożyczkę w parabanku pod zastaw mieszkania, kiedy przepisze je na kościół, albo kiedy zostawi odkręcony gaz i zaśnie w fotelu przed telewizorem. Odsuwała od siebie te myśli, choć niedaleko. Nie mogła sobie pozwolić na to, żeby zupełnie zniknęły. Nie stać jej było na taki komfort. Zaczynało grzmieć.
Postawiła siatki z zakupami obok i zadzwoniła domofonem. Miała własne klucze, ale chciała zmusić matkę do ruszania się, chociaż te kilkanaście kroków do drzwi.
- Tak? - Dobrze chociaż, że pytała jeszcze, kto za nimi stoi.
- Ja.
- Iwonka?
- Tak. - Zdrobnienie było nieadekwatne do stanu uczuć i nie chodziło o to, co działo się w jej głowie teraz. - Otworzysz?
O ile Iwona przez całe życie zmuszona była do akceptowania każdej decyzji matki, o tyle jej decyzje nie były przez Janinę Banach nigdy akceptowane. Ani liceum, ani chłopcy, z którymi się spotykała, ani wybór drogi życiowej, niezgodny z życzeniem matki, która oczekiwała, że córka pójdzie w jej ślady. Ale pójście w jej ślady było ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła Iwona. To rodziło oczywiste napięcia i spowodowało, że wyprowadziła się z domu, gdy tylko była w stanie zacząć utrzymywać się sama.
Kiedy odezwał się brzęczyk, Iwona pociągnęła drzwi, przytrzymała je stopą, dźwignęła siaty i weszła na klatkę schodową. Mieszkanie znajdowało się na pierwszym piętrze.
- Hej - powiedziała, kiedy zobaczyła matkę stojącą w otwartych na oścież drzwiach.
- Hej - odparła ta automatycznie, spoglądając szklanym wzrokiem.
Iwona wniosła zakupy do kuchni. W domu panował lekki zaduch, matka nie lubiła otwierać okien w obawie przed przeciągami, ale Iwona stwierdziła, że to nie jej sprawa. Dopóki matka ogarniała wszystko sama: myła się, gotowała i sprzątała, dopóty nie zamierzała się w nic wtrącać.
- Wszystko w porządku? - zapytała, pakując część zakupów do lodówki.
- Tak. Mówili w telewizji, że mają być nawałnice. Chyba nie będę wychodzić.
- Okej. - Iwona zamknęła drzwi lodówki i jej uwagę zwróciły te dolne, od zamrażarki.
Były niedomknięte. Uchyliła je i zobaczyła, że lód wręcz wypełza ze środka niczym jęzor lodowca spływający alpejską doliną. Jęknęła w duchu.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że coś się dzieje z lodówką?! - zawołała przez ramię.
- A co się dzieje? - Matka weszła do kuchni.
- Nie widzisz, że zamrażarka się nie domyka, bo lód przeszkadza?
- Myślałam, że lód w zamrażarce to normalna sprawa.
- Nie zdziwiło cię, że nie możesz domknąć drzwiczek ani otworzyć szuflady? - Pochyliła się i chwyciła za przymarznięty i pokryty lodem uchwyt.
Ani drgnął. Matka wzruszyła tylko ramionami.
Iwona stała bezradnie przed lodówką. Urządzenie miało ponad dwadzieścia lat i tylko jedno pokrętło regulacji temperatury. Nie wiedziała nawet, czy obsługuje tylko lodówkę, czy zamrażarkę również. Zaczęła się zastanawiać, czy nie użyć suszarki do włosów, ale nie miała ochoty spędzać tu kilku godzin, poza tym skończyłoby się to zalaniem kuchni. Wreszcie podeszła do szuflady ze sztućcami i wyciągnęła tłuczek do mięsa, który był również siekierką do jego sprawiania, a na jego końcu sterczał szpikulec do lodu. Pamiętała go z dzieciństwa, strasznie ją wkurzał, bo góra była odkręcana i ciągle się obluzowywała. Kiedy wzięła go do ręki i machnęła nim, stwierdziła, że nic się nie zmieniło. W tym domu od dziesiątek lat nie zmieniło się praktycznie nic.
Wzięła jeszcze miskę, podeszła do lodówki, kucnęła przed zamrażarką, uchyliła drzwiczki i zaczęła odłupywać białe stalaktyty, i wrzucać je do miski. Już po kilkunastu sekundach dłonie zgrabiały jej z zimna.
- W normalnym domu takie rzeczy robi mężczyzna - stwierdziła matka, stojąca w drzwiach do kuchni.
Iwona odwróciła się w jej stronę, mocniej zaciskając zlodowaciałe palce na trzonku tłuczka.
- A od kiedy to był normalny dom? - zapytała.
- Mówię o tym, że powinien to zrobić ten twój...
Matka nie potrafiła nigdy zaakceptować tego, że jej córka była latami w nieformalnym związku. Dziś to nie miało znaczenia, bo często nie pamiętała nawet imienia Krzyśka. Teraz też nie, choć nigdy by się do tego nie przyznała.
- Ale nie robi. - Iwona wróciła do dźgania lodu.
- Bo uciekł - stwierdziła matka, znowu ją zaskakując.
Iwona nigdy nie mogła być pewna, kiedy matka przeskoczy z kanału na kanał. Kiedy ze swojego świata wróci do tego realnego. I na odwrót.
- Zaginął, a nie uciekł. - Zacisnęła zęby. - I nie życzę sobie, żebyśmy o nim rozmawiały. Nie mam ochoty.
- Może nie był idealny, ale gdybyście się chociaż pobrali, jak normalni lu...
- Zamknij się! - Cisnęła tłuczkiem o podłogę, brzęknęło i odprysk gresu przeleciał tuż obok jej czoła. - Rozumiesz? Nie odzywaj się i daj mi spokojnie pracować!
Matka wzruszyła ramionami, odwróciła się i zniknęła za drzwiami. Zanim Iwona podniosła tłuczek, nachuchała w dłonie, których niemal nie czuła, a potem znów zaczęła dźgać lód szpikulcem. Białe bryłki spadały z hukiem na plastikową półkę, szron sypał się na jej dłonie i na podłogę, gdzie topił się, tworząc kałuże, a ona myślami była daleko stąd i sama nie wiedziała, gdzie dokładnie. Nie zauważyła nawet, że matka wróciła i stojąc przytulona do framugi, obserwowała ją w milczeniu. Zorientowała się, kiedy ta kaszlnęła cicho.
- Przepraszam - mruknęła przez ramię Iwona, choć nie czuła się winna.
- Za co? - Uniesione brwi świadczyły o tym, że matka naprawdę nie wie za co.
- Nieważne. - Podtarła nos zimną dłonią. - Chyba trzeba będzie kupić ci nową lodówkę.
- A co jest nie tak z tą?
Iwonie nie chciało się dyskutować. Podniosła się z kucek, wzięła miskę z lodem i rozchlapując wodę, poszła do łazienki, gdzie wysypała zawartość miski do wanny. Wróciła do kuchni, ogarnęła ją trochę, wytarła posadzkę i opuściła mieszkanie. Wychodząc z klatki schodowej na ulicę, zastanowiła się nad czymś przez chwilę, a potem wróciła na górę. Nie poszła jednak z powrotem do matki, tylko piętro wyżej i zapukała do drzwi mieszkania znajdującego się w tym samym pionie. Kiedy otworzyła je Kaliszczakowa, również wdowa oraz wredne babsko, które Iwona znała od dziecka, na klatkę wydostał się zapach gulaszu.
- Coś nie tak z Janiną? - zapytała sąsiadka, unosząc brwi.
Wyglądała tak, jakby marzyła o tym, że coś było nie tak. Znały się z matką prawie pięćdziesiąt lat, ale tej znajomości nie dało się nazwać nawet zażyłością. Zwykła sąsiedzka relacja, i tyle. Iwona wycelowała w nią palec i wycedziła:
- Nie interesuje mnie, skąd się pani dowiedziała, ale nie życzę sobie rozmów o moich prywatnych sprawach z moją matką, czy to jasne?
- Ale...
- Czy to jest jasne? - Podniosła głos i wycelowała w nią palec wskazujący.
Kaliszczakowa zmarszczyła nos i schowała głowę w ramionach. Szyja zniknęła, podbródek oparł się o obojczyki. Przyjęła odruchowo postawę obronną, jakby nie wiedziała, na co Iwonę stać, ale wolała się przed tym zabezpieczyć, cokolwiek by to było. Jeszcze przez chwilę patrzyły sobie w oczy, potem Iwona zeszła na dół. Na ulicy zerknęła na zegarek. Do rozmowy w komendzie, na którą wezwano ją wczoraj, miała jeszcze prawie godzinę, więc postanowiła pójść na Małopolską piechotą.
Szła przez miasto, zastanawiając się, po cholerę znów ją tam ciągną. Zbliżała się do ogromnych drzwi neogotyckiego budynku i czuła, jak przyspiesza jej puls. Kiedy otwierała je, jak zwykle silnie na nie napierając, zwróciła uwagę na stojącą nieopodal niepozorną kobiecinę w szarym płaszczu. Trzymała ręce w taki sam sposób, w jaki robią to ludzie stojący na mszy, a w palcach ściskała rączki czerwonej torebki. Iwona prześliznęła się po niej wzrokiem i weszła do środka, nie zaprzątając sobie nią więcej głowy. Skierowała się prosto do swojego naczelnika, który na jej widok odprawił jednego z podkomendnych, zaprosił ją do gabinetu, a potem wstał i zamknął drzwi.
- Jak się masz? - Podinspektor Wojtczak przyjrzał się jej dokładnie.
Iwona go lubiła. Nie stanął za nią murem, wołając "pierwszemu" prosto w twarz, że będzie jej bronił, zasłaniając własną piersią, ale i nie potępił. Czekając na rozstrzygnięcie postępowania dyscyplinarnego, zajął wyczekującą postawę, w końcu był jego uczestnikiem, ale równocześnie dawał swojej podwładnej dyskretne, choć jasne sygnały, że może mieć w nim oparcie. Ona jednak wiedziała, że stare powiedzenie "na władzę nie poradzę" w realiach policji sprawdzało się wciąż świetnie. To nie od Wojtczaka zależało, jak skończy się postępowanie, choć doceniała jego lojalność.
- Chyba nieźle, jak na te okoliczności - odparła.
- To dobrze. - Wojtczak potarł nos, chyba czuł się odrobinę niezręcznie. - To dobrze. Zaprowadzę cię zaraz do Holza. To prokurator z Łodzi. Nic się nie denerwuj, odpowiadaj na pytania i niech wypierdala.
- Okej - bąknęła.
- Co z twoim facetem?
- Żadnych wieści. - Wzruszyła ramionami; co innego mogła powiedzieć.
- Dałem znać swoimi kanałami do wszystkich wojewódzkich. Będą się rozglądać.
Westchnęła.
- Najgorsza jest niepewność, wiesz? Nie mam pojęcia, na co się szykować. Wiadomość, którą zostawił, oznacza, że odszedł z własnej woli, ale to takie do niego niepodobne. Mógłby się chociaż odezwać, że nic mu nie jest. - Popatrzyła szefowi w oczy.
Oboje wiedzieli, że wszystko jest możliwe, także to, że już nigdy się nie odezwie, bo nie żyje. Nie było potrzeby wypowiadać kolejnych słów.
- Przykro mi. - Wojtczak rozłożył ręce w geście bezradności, poły rozpiętej kurtki mundurowej się rozsunęły. - Dobra, chodź, bo zasmrodzi cały konferencyjny. Ma chyba chorobliwą nadpotliwość. Nie zostanę z tobą, bo to nie dotyczy dyscyplinarki, potem mi opowiesz.
Wyszli z gabinetu, a kiedy szli korytarzem, minęli Sołtyka. Mirek spojrzał na nią ze smutnym uśmiechem i pokazał zaciśnięte pięści ze schowanymi w palcach kciukami. Zdążyła trącić go lekko łokciem w porozumiewawczym geście, a chwilę później Wojtczak otworzył drzwi pomieszczenia, w którym odbywały się wydziałowe nasiadówy. Na jednym z krzeseł siedział łysawy człowieczek w drucianych okularach i garniturze, którego kolor był nie do określenia, stanowiąc coś pomiędzy zielenią a szarością. Iwonie przyszły na myśl gnijące liście.
Kiedy weszła do pomieszczenia, mężczyzna wstał i odwrócił się w jej stronę.
- Dzień dobry, Jarosław Holz, prokuratura okręgowa Łódź. Jestem w Szczecinie z powodu innej sprawy, ale przy okazji postanowiłem dopytać jeszcze o kilka rzeczy dotyczących tej naszej. Proszę, niech pani usiądzie. - Wyciągnął rękę i wskazał jej krzesło obok siebie.
Usiadła, ale nie na tym, które jej wskazał, tylko obeszła stół i wybrała to naprzeciwko niego. Facet faktycznie wydzielał niezbyt miły zapach. Wojtczak zgodnie z zapowiedzią nie wszedł za nią i Iwona przez chwilę poczuła się wyjątkowo osamotniona. Zebrała się jednak w sobie, chrząknęła i poprawiła na krześle.
Zgodnie z jej przewidywaniami Holz zaczął wypytywać ją o kolejne szczegóły akcji zatrzymania Jończyka i Iwonie przypominało to wiwisekcję żaby na lekcji biologii. Sięgał coraz głębiej, dopytywał o rzeczy kompletnie jej zdaniem nieistotne, aż wreszcie stwierdziła, że ma dość i dłużej tego nie zniesie.
- Czy naprawdę musimy wałkować w kółko to samo? - zapytała w pewnej chwili, przerywając mu zadawanie kolejnego idiotycznego pytania. - Przecież macie wszystko spisane. Nawet nagrane. Jeśli już nie chce wam się tego czytać, to sobie posłuchajcie.
- Pani komisarz...
- Jestem zmęczona, rozumie pan? - Pochyliła się w jego stronę, chwytając mocno krawędź stołu, jakby miała zamiar się od niego odepchnąć i odjechać krzesłem jak najdalej stąd.
- Oczywiście, że rozumiem, nie zmienia to jednak faktu, że musimy poznać wszystkie szczegóły zdarzenia. Nawet te najdrobniejsze.
- Czy ja mówię do ściany? Poznaliście je już! Nie mam nic do dodania, jeśli chodzi o przebieg zdarzeń w Łodzi. - Wolała w ten sposób określać to, co zdarzyło się na ulicy Kryzysowej; tak było bezpieczniej.
- Pani komisarz nie zdaje sobie chyba sprawy, że jakiś szczegół, który nam umknął, może być języczkiem u wagi. I przeważyć na pani korzyść.
- Nie doda pan, że równie dobrze może to zadziałać w drugą stronę? - Zmrużyła oczy.
Holz milczał, udając, że coś notuje.
- Czy pani widziała broń w ręku Jończyka? - zapytał nagle.
- Już mówiłam...
- Proszę powiedzieć jeszcze raz.
- Usłyszałam krzyk sierżanta Knobla, zareagowałam zgodnie z regułami wpojonymi na szkoleniu.
- Czyli?
- Dobyłam broni służbowej, wycelowałam i...
- Aspirant Sołtyk zeznał, że nie widział broni u zatrzymywanego, choć stał obok pani. Jończyk miał rękę schowaną za skrzydłem drzwi. Pani też nie jest na sto procent pewna, tak przynajmniej wynika z pani wyjaśnień złożonych tuż po zdarzeniu, jeszcze w Łodzi. Pozwoliłem sobie do nich zajrzeć. Przeczytać - dodał z lekką kpiną.
- Sierżant Knobl ją widział. Nie wymyśliłby jej sobie.
- Ale on nam o tym nie opowie, prawda?
- Nie rozumiem, co pan teraz insynuuje. Przecież broń była, tak? Leżała obok Jończyka. Były na niej jego odciski palców, z niej wystrzelony został pocisk, który ugodził Synka.
- Sierżanta Knobla - poprawił ją Holz.
- Uważa pan, że się pospieszyłam z oddaniem strzału? - Odchyliła się lekko do tyłu, ale niewiele to dało, smród potu otaczał ją ze wszystkich stron.
- Nie widziała pani broni, to jest fakt. Strzeliła pani do niego, nie widząc broni.
- Jończyk zastrzelił Knobla. To też jest fakt. I po to do zatrzymań wysyła się grupę, a nie pojedynczego funkcjonariusza, czy nawet dwóch. Bo ktoś to przemyślał, a pan próbuje na nowo wynaleźć koło albo znaleźć w nim kąty.
- A pani zastrzeliła Jończyka. - Prokurator patrzył na nią nieruchomym wzrokiem, jakby nie usłyszał, co powiedziała.
- Miałam czekać, aż zastrzeli Sołtyka i mnie? - Jej głos był niski z napięcia. - Zdurniał pan?
- Posuwa się pani za daleko, pani komisarz, ostrzegam. - Holz zmarszczył nos. - Z pani wyjaśnień wynika również, że w momencie dobycia broni służbowej z kabury nabój był w już komorze.
- Tak.
- Dlaczego?
- Nie rozumiem pytania.
- Według instrukcji funkcjonariusz przeładowuje broń w momencie dobycia. Zwłaszcza że w glocku nie ma typowego bezpiecznika manualnego, więc skraca to czas pracy na broni. Chodzi o bezpieczeństwo.
- Bezpieczeństwo? - Pochyliła się, ignorując smród potu. - Co pan wie o posługiwaniu się bronią w sytuacjach realnego zagrożenia życia funkcjonariusza? Poza tym sam pan sobie odpowiedział na pytanie. System zabezpieczenia w glocku jest automatyczny i w pełni zabezpiecza przed przypadkowym oddaniem strzału przez osobę obytą z bronią. Zawsze podczas akcji mam broń gotową do strzału. I pierdolę instrukcje, bo tam, w Łodzi, właśnie się okazało, że ten ułamek sekundy potrzebny na przeładowanie najprawdopodobniej uratował mi życie, rozumie pan to?
- Pocisk trafił w pień mózgu. Jak wy to mawiacie: nastąpiło rozłączenie elektrowni.
- Jończyk stał metr ode mnie. Poza tym jaki to ma związek?
- Może nie ma, a może właśnie ma... - Holz pokiwał smętnie głową, nie patrząc jej w oczy.
- Kim on naprawdę był? - zapytała cicho. - Kim był Jończyk?
- Wie pani, kim był.
- Pytam, kim był naprawdę, a nie co mi zostało o nim powiedziane. Wygląda na to, że są spore różnice. Może wyjaśnimy sobie również te, jakże istotne szczegóły?
- Nie rozumiem, o co pani chodzi.
- Ktoś mnie wrabia, o to mi chodzi.
- Pani coś insynuuje?
- Nie insynuuję, tylko twierdzę, że postępowanie dyscyplinarne powinno być uzupełnione o rzetelne śledztwo. A pan je prowadzi nierzetelnie.
- Pani opinia nie jest dla mnie wiążąca.
- Pan dalej nie rozumie. Ktoś dał mu cynk, że przyjedziemy, i to w ostatniej chwili. Ktoś oprócz niego był w domu, kiedy tam zapukaliśmy. Ten wątek w ogóle nie został sprawdzony!
- Proszę się nie unosić, pani komisarz.
- Dwie sztuki broni u pieprzonego księgowego? - Wiedziała, że w domu Jończyka znaleziono później drugi egzemplarz broni, cezetkę. - To czyim księgowym on mógł być? Poza tym nie przyszło panu do głowy, że Knobl dokładniej zobaczył to, co mnie wydawało się cieniem? Był młodszy, miał doświadczenie z ulicy, refleks i pewnie lepszy wzrok...
- Nikt nie potwierdził obecności innej osoby na miejscu zdarzenia. Powinna pani dopuścić do siebie myśl, że mogła się pomylić. W ciemnym wnętrzu łatwo o taką pomyłkę.
- Miałabym pomylić psa z człowiekiem? Pan mnie obraża?
- W warunkach stresu bojowego może zdarzyć się wszystko, pani komisarz, i pani powinna wiedzieć o tym najlepiej, prawda?
- Powtarzam po raz kolejny to, co mówiłam już chyba ze dwadzieścia razy: wycie psa dobiegało z wnętrza domu, nie było go w przedsionku. Kurwa, człowieku, psy nie strzelają! - Poczuła, że zaraz straci panowanie nad sobą.
Stres ostatnich tygodni ją wykańczał.
- Już o tym rozmawialiśmy, nie ma sensu do tego wracać, proszę się nie upierać.
Iwona poczuła się jak w domu wariatów, gdzie im bardziej zaprzeczasz, że jesteś wariatem, tym większą ilością prochów cię faszerują.
- Czy o coś jeszcze chciał mnie pan zapytać? - Postanowiła odpuścić: sama słyszała, jak zmęczony był jej głos.
- Nie, to wszystko, dziękuję.
- W takim razie do widzenia. - Wstała i nie zaszczycając Holza nawet krótkim spojrzeniem, ruszyła w kierunku drzwi, zostawiając za sobą odsunięte krzesło i unoszącą się nad stołem chmurę smrodu.
Wyszła z pomieszczenia i skierowała się prosto do naczelnika. Wiedziała, że Holz też tam za chwilę wyląduje, więc chciała zdążyć pożegnać się z szefem, zanim prokurator do niego wejdzie. Zdążyła. W dwóch zdaniach streściła mu przebieg rozmowy, a potem znów, jak zwykle w ciągu ostatnich kilku tygodni, wyszła z budynku, nie zachodząc do kolegów. Nie miała nastroju.
Tuż po wyjściu jakaś kobieta zatrzymała ją, chwytając za rękaw kurtki, i Iwona uświadomiła sobie, że to ta sama, która przyglądała się jej, kiedy niecałą godzinę wcześniej wchodziła do budynku komendy.
- Pani Banach, prawda? - zapytała łamiącym się głosem.
- Tak, a o co chodzi? - Iwona zerknęła na nią lekko poirytowana.
- Nazywam się Teresa Knobl.
Zesztywniała. Nie miała pojęcia, co powiedzieć.
- Chciałam pani spojrzeć w oczy - wyjaśniła matka Synka.
- Po co? - Nie miała siły na grzeczność czy współczucie, jej też prawie nikt tego nie okazywał. - Co pani to da?
- Chciałam spojrzeć w oczy komuś, kto jest winny śmierci mojego syna.
Iwona poczuła, jak krew zaczyna jej wrzeć w żyłach.
- Była pani na miejscu? - syknęła. - Widziała to pani? Jest pani kolejną wszechwiedzącą osobą?
- Nie byłam i nie widziałam. Ale wiem, że to pani była odpowiedzialna za tę akcję.
- Tacy wszyscy jesteście prędcy w ocenianiu? Czy on był małym chłopcem? Czy nie wiedział, co to za robota?
- Jak możesz? - W oczach kobiety błysnęły łzy. - Jak możesz? Nie masz własnych dzieci?
Twarz Michasia, uśmiechnięta i szczęśliwa, umazana jabłkowym musem stanęła nagle Iwonie przed oczami.
- A myśli pani, że jak ja się czuję? - Uświadomiła sobie nagle, że jej głos zaczyna niebezpiecznie drżeć. - Że mi z tym dobrze?
- Biedactwo, chcesz się zamienić? - spytała szyderczo Knoblowa.
Michaś zniknął i zamiast niego pojawił się Synek, leżący na bruku, skrwawiony, z białą jak śnieg twarzą. Iwona zaczęła się trząść, a potem kucnęła na chodniku, podpierając się ręką, drugą zakryła twarz i rozpłakała się jak dziecko. W tym płaczu było wszystko: żal, złość, a nawet wściekłość i strach przed konsekwencjami. Mimo zaciśniętych powiek zobaczyła wszystkich, których kiedykolwiek pożegnała: syna, obie babcie i jednego z dziadków, ojca, Roberta, kolegę z klasy, który wpadł pod samochód, kumpla ze służby zabitego podczas patrolu i drugiego, który wybrał śmierć z własnej ręki. Przez jedną krótką, ale straszną chwilę miała wrażenie, że stoją wokół niej, przypatrują się, jak łka, i nic nie mogą zrobić, bo nie żyją. Nie istnieją. I wtedy poczuła na swojej głowie ciepło: poczuła czyjąś dłoń, która zaczęła głaskać jej włosy. Matka Synka kucnęła, a potem klęknęła obok niej i przytuliła ją. Iwona słyszała, że też płacze. Przechodnie mijali obie kobiety, jeden przystanął zdziwiony, ale zaraz poszedł swoją drogą, a one przez dobrą minutę płakały przytulone do siebie, z twarzami ukrytymi w zagłębieniach obojczyków.
Kiedy odsunęły się od siebie, jedna spojrzała drugiej w oczy. Matka Synka wstała nagle bez słowa, otarła łzy, drugą ręką wciąż ściskając czerwoną jak krew jej syna torebkę, popatrzyła jeszcze z góry na Iwonę, po czym odwróciła się bez słowa i ruszyła w stronę filharmonii. Iwona ze wzrokiem wbitym w płyty chodnika dochodziła do siebie. Trudno było jej jeszcze uwierzyć w to, co się przed chwilą stało. Podniosła się, poprawiła zmierzwione włosy i poszła w drugą stronę, kręcąc głową. Ochłonęła trochę, ale konkluzja dzisiejszego dnia była taka, że wszyscy wydali już na nią wyrok. Zaocznie. Bez znajomości faktów. A nie minęło nawet południe.
Mieszkanie wciąż było puste i tak dotrwała samotnie do wieczora, jak codziennie od ponad dwóch tygodni. Tuż przed dwudziestą drugą zadzwonił Sołtyk.
- Jak tam, szefowo?
- Nijak. - Wzruszyła ramionami, gapiąc się w swoje odbicie w czarnym ekranie wyłączonego telewizora. - Młyny sprawiedliwości mielą powoli.
- Chyba, kurwa, niesprawiedliwości? Jakim prawem w ogóle wszczęli postępowanie?
- Zobaczymy, na czyje wyjdzie. - Ujrzała oczami wyobraźni, jak Sołtyk robi ten swój specyficzny ruch: przygryza dolną wargę górnym kłem i marszczy nos, jakby wąchał coś wyjątkowo obrzydliwego.
- Nie przejmuj się, Iwonka - powiedział z pełnym przekonaniem, które zapewne miało podnieść ją na duchu, ale nie podniosło. - Nie wypieprzą cię przecież. Z takim stażem i doświadczeniem?
Mruknęła coś w odpowiedzi. Z brakiem awansu, regulaminowych nagród, nawet z przeniesieniem mogła się jakoś pogodzić. Z wypieprzeniem nie. Nie potrafiła robić nic innego.
Ani nie chciała.