- Shawn - zwróciłem się do kelnera. - Sex on the beach dla tej pani. - Popatrzyłem na nowo poznaną towarzyszkę.
- Coś jeszcze? - zapytał mężczyzna, zbierając ze stołu puste kieliszki.
- Tak, dla mnie jeszcze raz czystą tequilę. - Wyciągnąłem kciuk w górę.
- Oczywiście, szefie. Już się robi.
W ekspresowym tempie ruszył w stronę baru.
- Seksowny... - mruknęła blondyna, zwracając na mnie swoją uwagę.
Może byłem już lekko na rauszu, ale nadal potrafiłem docenić soczyste usta i dobre cycki. Nie grzeszyła intelektem, ale przecież nie chciałem się z nią żenić.
- Świętujesz coś? - Oblizała seksownie krwistoczerwone wargi i przejechała dłonią po moim udzie. Zdecydowanie pragnęła mojego fiuta.
Gdybym teraz uklęknął na lewe kolano, z miejsca przyjęłaby moje oświadczyny. Pazerna suka już pewnie w myślach liczyła wszystkie moje miliardy i opracowywała idealny plan, jak zostać panią Rejes. Przerabiałem to już setki razy. Zawsze kończyło się tak samo. Mogłem przebierać w panienkach jak w sklepie z ciastkami. Karmel, wanilia, czekolada, z polewą, z nadzieniem lub dodatkową posypką. Żyć, kurwa, nie umierać. Może miałem już albo dopiero, dwadzieścia sześć lat, ale czułem się zadowolony ze swojego stylu życia. Byłem miliarderem oraz spadkobiercą fortuny, o której świat nawet nie słyszał. Synem królowej i króla narkotykowego światka. Suma pieniędzy, jaką dysponowali rodzice, zdawała się niewyobrażalna. Jeff Bezos i Elon Musk razem wzięci zeszczaliby się z zazdrości. A za kilka lat przejmę cały ich biznes. No, chyba że do tego czasu zapiję się na śmierć.
Musiałem zakończyć ten maraton, bo trochę mnie poniosło.
- Urodziny. - Puściłem jej oczko i również przejechałem opuszkami palców po jej kolanie.
Przygryzła wargę i chwyciła za szklankę, którą wręczył jej mój barman.
Od kiedy skończyłem trzynaście lat i dowiedziałem się, czym zajmują się rodzice, chciałem zostać częścią ich biznesu. Na początku mieli ogromne obawy, ale z biegiem lat wszystko się zmieniło. A dokładnie w momencie, w którym pierwszy raz zostałem postrzelony. Widziałem już naprawdę wiele, ale dzięki temu uzbroiłem się w pancerz. W końcu zostałem wyszkolony przez samych mistrzów złotego interesu. Obecnie rządzę Północną Ameryką oraz różnego rodzaju legalnymi inwestycjami. Ciężką pracą musiałem zasłużyć sobie na to stanowisko, ale to była moja dobrowolna decyzja. Ta ciemniejsza strona jednak bardziej mnie kręci. Lubię adrenalinę i życie na krawędzi. Już samo moje nazwisko budzi strach. I to uczucie, kiedy świat leży u twoich stóp, a ty masz nad wszystkim władzę. To chyba już zawsze zostaje we krwi.
- Masz dzisiaj urodziny? - zapytała blondi z udawanym zaskoczeniem, wyrywając mnie z rozmyślań. Jej dłoń znalazła się blisko mojego krocza.
Idealna aktorka. Pewnie w torebce trzymała całą moją metrykę, a w jej pokoju stał ołtarzyk z moim zdjęciem i z gównianymi serduszkami wokół.
Ech. Byłem ulubieńcem pismaków. Moje zdjęcia publikowano praktycznie w każdej gazecie. Dobrze, że opisywali mnie jako niebywale mądrego i przystojnego filantropa. Co oczywiście było prawdą.
- Można tak powiedzieć. Od zeszłego tygodnia nie skończyłem jeszcze świętować. - Posłałem jej krzywy uśmieszek.
Kilku znajomych, w tym przyjaciel Rafa, siedzący po lewej stronie, roześmiało się na jakiś głupi tekst, który opowiadała kompanka mojej dzisiejszej zdobyczy. On też miał dziś zaliczyć. Z przykrością jednak musiałem stwierdzić, że trafiła mu się ta gorsza przyjaciółka, ale on nigdy nie narzekał. Pozostawał do bólu lojalny, tak samo jak jego ojciec.
Było o rok młodszy, a z nas dwóch wydawał się rozsądniejszy. Zawsze mogłem na niego liczyć. Tak naprawdę oprócz mojej rodziny ufałem tylko jemu. Potrafił ustawić mnie do pionu i sprawić, by całkowicie mi nie odbiło. Posiadając tak wiele, czasami się o tym zapomina. Przyjaźniliśmy się od prawie piętnastu lat. Razem się wychowywaliśmy i był dla mnie jak brat, a moi rodzice traktowali go jak syna. Jego ojciec, Anselo Alfaro, pracował niegdyś jako wierny człowiek mojego dziadka, a później matki. Rodzice zaopiekowali się Rafą i jego starszym o siedem lat bratem, kiedy mój pieprzony wujaszek Jorge odebrał życie ich ojcu, bo mieli tylko jego. Matka zmarła w trakcie porodu Rafy. Chociaż tyle mogli zrobić, by zapewnić im dogodne i luksusowe warunki do końca ich dni.
- Chciałabym ofiarować ci prezent. Będziesz mógł go odpakować, ale nie tutaj - wyszeptała mi do ucha Barbie, po czym ścisnęła mojego fiuta przez materiał spodni.
No i tyle mi wystarczyło.
- To twój szczęśliwy dzień, dziecinko. - Wyszczerzyłem do niej zęby i puściłem jej oczko, na co prawie zemdlała. Klepnąłem przyjaciela w plecy, by przeniósł na mnie uwagę. - Możecie się bawić do samego rana. Wszystko na mój koszt. - Wstałem i nawet nie zdążyłem chwycić blondyny za dłoń, a ona już wisiała na mojej szyi i uśmiechała się szeroko.
Kiedyś będę musiał się ustatkować, ale jeszcze nie teraz...
Miałem zamiar zabrać ją do najbliższego apartamentu, w którym pieprzyłem wszystkie nowo poznane dziewczyny. Na drewnianym wezgłowiu zaczynało brakować pustego miejsca na kolejne kreski. Musiałem pomyśleć o tablicy korkowej i konkretnym schemacie. Poniedziałki - brunetki. Wtorek - szatynki. Środa, dzień loda - rude. Zdecydowanie te ostatnie ciągnęły najlepiej. Czwartek - blondynki. Piątek - pasemka. Sobota - sombre, czy inne tam chujstwo. Niedziela - dzień święty.
- Baw się dobrze, próżny skurczybyku. - Rafa rzucił mi zuchwały uśmiech, po czym z powrotem przeniósł wzrok na nogi brunetki.
Gdyby ktoś inny odezwał się do mnie w ten sposób, to w najlepszym wypadku zbierałby wszystkie zęby z podłogi.
Ruszyliśmy w stronę drzwi, a zaraz za nami moich czterech ochroniarzy. A raczej dwóch pracujących dla mojej cudownej mamuni oraz dwóch dla mnie. W miejscach publicznych nie ruszałem się bez nich. Choć to postawni, wielcy faceci, poruszali się niczym cienie. Po czasie praktycznie o nich zapominałem, ale zawsze trzymali się blisko. Jako nastolatek uważałem to za przesadę i największą bzdurę, ale po którymś z kolei zamachu na moje życie zmieniłem zdanie. I planowały to nie jakieś wysoko postawione persony.
Gdy miałem czternaście lat, oddechu chcieli mnie pozbawić jacyś podrzędni dilerzy z Culiacán, strzelając z każdej strony, w mój, na szczęście, kuloodporny samochód. Tak, bo już wtedy, dzięki ojcu, potrafiłem prowadzić ekskluzywne fury. Wówczas zrozumiałem, że w pojedynkę mogę szybko opuścić ten ziemski padół. Za bardzo lubiłem swoje luksusowe życie, by zginąć w taki sposób. Jeśli miałem kiedyś opuścić ten świat, to w głośnym stylu.
Wyszliśmy przed ekskluzywny klub znajdujący się w centrum Los Angeles. Ochrona zrobiła nam przejście, byśmy bez przeszkód mogli dostać się do mojej wiernej kochanki - Lamborghini Veneno. Sam musiałem powstrzymać się przed rozmarzonym westchnieniem, gdy na nią patrzyłem.
Mmm... Moja piękna.
Imprezowicze stojący przed wejściem i czekający na swoją kolejkę, by dostać się do klubu, z uznaniem przypatrywali się mojej miłości i pstrykali jej fotki. Mowa tu oczywiście o moim superseksownym autku. Blondyna na widok samochodu zaczęła sapać jak mały piesek, a kiedy weszliśmy do środka i moje dziecko wydało idealny ryk silnika, praktycznie posikała się na szary, skórzany, robiony na zamówienie, fotel pasażera.
- Wow! - pisnęła głośno, gdy kwadrans później przekroczyliśmy próg mojego penthouse'a z widokiem na metropolię.
Nie miałem czasu ani ochoty na rekonesans swojej towarzyszki. Chwyciłem ją za kark i poprowadziłem prosto do sypialni. Po drodze kazałem jej zrzucić z siebie ten skrawek materiału służący jako sukienka.
Wyglądała nieźle, ale bez szału. Albo po prostu byłem już zbyt wybredny.
- Na czworaka - rozkazałem.
Blondynka od razu spełniła polecenie. Zaczęła walczyć z moim paskiem w spodniach, a po chwili miała mnie już w swoich ustach. Ssała mocno i szybko, tak jak lubiłem.
- Ciągniesz jak odkurzać, dziecinko - rzuciłem przez zaciśnięte szczęki.
Szanująca się dziewczyna pewnie poczułaby się poniżona, ale ta wyszczerzyła zęby i ciągnęła jeszcze mocniej. Byłem skurczybykiem, lecz zawsze brałem to, co mi ofiarowano. Przecież sama tego pragnęła. Do niczego nie została zmuszona. Nawet nie chciała mnie poznać. Pragnęła tylko jednego, więc jej to dawałem. Uważałem, że to i tak ogromny przejaw mojej wspaniałomyślności. Wbrew temu, jaką miałem opinię, to one wykorzystywały mnie, nie ja je.
Po kilku minutach chwyciłem ją w talii i rzuciłem na łóżko. Obróciłem ją na brzuch, by nie widzieć jej facjaty.
Moja złota zasada brzmiała - wszystkie bierz od tyłu i nigdy nie patrz im w oczy, bo wtedy za dużo sobie wyobrażają.
Po sekundzie mój fiut, ubrany we frak, był już zakopany głęboko w niej. Zacząłem pieprzyć ją od tyłu, mocno i szybko. Okropnie irytowały mnie te piskliwe jęki. Musiałem to jak najszybciej zakończyć i wcale nie miałem ochoty jej zadowalać, jednak moja samcza duma mi na to nie pozwoliła. Doprowadziłem ją do mocnego orgazmu, po czym po kilku minutach doszedłem w niej bez jakiegokolwiek jęku. Bez szału, bez fajerwerków. Było co najmniej dobrze. Cztery na dziesięć, powiedziałbym.
Wyjąłem sprzęt, zdjąłem prezerwatywę i wyrzuciłem ją do kosza stojącego obok łóżka, a potem, zmęczony tygodniowym maratonem, nawet nie wiem, kiedy odpłynąłem w głęboki sen.
Ta piosenka. Ta jebana piosenka...
Poczułem szarpnięcie, a zaraz potem usłyszałem kobiecy głos.
- Tobias. Tobias - powtarzała.
Przetarłem oczy, uniosłem powiekę i zauważyłem, że na dworze już świta. A co najgorsze, blondyna, którą wczoraj przyprowadziłem, nadal leżała naga w moim łóżku.
Kurwa, chyba naprawdę byłem zmęczony.
- Kochanie, twój telefon ciągle dzwoni - powiedziała słodkim głosem.
Kochanie? Postraszyło ją do reszty?
Próbowałem wzrokiem zlokalizować źródło tego okropnego hałasu. Barbie była pierwsza i chwyciła za moją komórkę ze stolika nocnego.
- Oddawaj - warknąłem.
Od razu włożyła mi ją do ręki, a na jej twarzy pojawił się płochliwy uśmiech.
Spojrzałem na wyświetlacz i westchnąłem z irytacją.
Odebrałem.
- Czego? - zapytałem po hiszpańsku.
- Szefowa Sabatia próbuje się do ciebie dodzwonić od jakiejś godziny - odezwał się jeden z ochroniarzy mojej matki, który pewnie stał pod drzwiami.
- Dopiero się obudziłem. Mam jebanego kaca i w moim łóżku nadal jest blondyna, którą wczoraj pieprzyłem. Więc daj mi chwilę, bo jeszcze nie wszystko ogarniam.
- Chciałem tylko przekazać, że twoi rodzice będą u ciebie za jakieś pięć minut.
Zerwałem się gwałtownie na równe nogi, na co dziewczyna wydała z siebie głośny pisk.
- Co się stało? - Złapała się za serce.
Zamknij się!
- Jak to za chwilę będą u mnie?
I jak na zawołanie usłyszałem dzwonek do drzwi.
- Chyba pieprzone pięć sekund! - powiedziałem wściekle i rzuciłem telefon na łóżko.
- Ubieraj się, natychmiast! - rozkazałem blondynie.
- Syneczku mój, masz dosłownie sekundę, żeby otworzyć te drzwi, inaczej je wyważymy, a ja nie będę miła! - krzyczała matka.
Ona nigdy nie puszczała słów na wiatr.
W ekspresowym tempie włożyłem na siebie tylko dresowe spodnie. Blondynie kazałem zaczekać w sypialni, a sam ruszyłem w stronę korytarza.
- Mamo? Tato? - zapytałem, kiedy otworzyłem szeroko drzwi.
- Patrz go. Nawet nie zaprosi nas do środka - rzuciła matka.
Szturchając mnie w bark, przeszła przez próg. Jak zawsze wyglądała nienagannie. Wystroiła się w błękitną, opinającą ciało sukienkę przed kolano i wysokie, beżowe szpilki. Mieliśmy naprawdę dobre geny, bo ciągle wyglądała jak nastolatka.
Ojciec zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku i szczerzył zęby, za to mamunia wyglądała na wściekłą. Żadna nowość.
- Mam ci przewiercić ten pieprzony telefon do ucha, żebyś zaczął go odbierać?! - rzuciła wściekle i obrzuciła mnie oceniającym spojrzeniem. Mlasnęła z niesmakiem i podeszła do stolika, na którym leżało puste opakowanie po chińszczyźnie i butelki.
- Ale masz tu syf. - Kręciła głową z dezaprobatą i prześwietlała każdy kąt. Miała obsesje na punkcie czystości.
Mieszkałem praktycznie wszędzie, gdzie robiłem interesy. W każdym mieście miałem swoje apartamenty i własne hotele.
- Sprzątaczka przychodzi dopiero jutro. Zresztą, rzadko tu przebywam - tłumaczyłem się jej, jakbym miał nadal pięć lat. Było w matce coś takiego, że robiłem to automatycznie. To szacunek, ale i też miłość.
Kochałem w życiu trzy kobiety: matkę i dwie małe diablice, czyli moje siostry.
- Czemu zawdzięczam waszą wizytę? - Uniosłem brew.
- Od razu widać, że to twój syn, Rejes - rzuciła do ojca i nadal kręciła głową.
Waliła po nazwiskach, to znaczy, że była zła.
- Kochanie - powiedział ostrzegawczo, ale wydawał się rozbawiony.
- To już nawet nie możemy odwiedzić Księciunia? - syczała. - Myślałam, że nie potrzebuję zaproszenia, żeby odwiedzić własnego syna?!
Ojciec zaśmiał się donośnie.
- Oczywiście, że nie, ale jestem trochę zdziwiony. Nie mówiliście, że przylatujecie.
Roześmiała się złowieszczo, po czym od razu spoważniała.
- Oczywiście, że zapomniał. Od tygodnia imprezuje. Wyślę go na cholerny odwyk - warczała pod nosem, kierując słowa do ojca. Chodziła tam i z powrotem, obrzucając wzrokiem każdy kąt. Zachowywała się, jakby mnie tu nie było.
Odkąd wylądowałem w tamtą sobotę w LA, poszedłem w grube tango, ale przecież tylko raz w roku ma się urodziny. Na ogół tyle nie piję. Mam mnóstwo rzeczy na głowie, więc chociaż raz mogłem porządnie zaszaleć, a matka zachowuje się co najmniej tak, jakbym był alkoholikiem.
- Mam nadzieję, że jesteś spakowany? - zapytał tym razem ojciec, ignorując słowa żony.
Coś mnie ominęło? Co ona znowu wymyśliła?
- Spakowany, na co?
- No, cholera, trzymajcie mnie! Zaraz skopię mu ten umięśniony tyłek! - wrzasnęła diaboliczna rodzicielka. - Przecież w środę jeszcze mu przypominałam. Nie mam zamiaru kontaktować się z moim pierworodnym przez pieprzoną sekretarkę.
Środa dzień loda, mamuniu.
- Za dwie godziny wylatujemy do Włoch, zapomniałeś? - Ojciec zrobił minę, która mówiła, że nie powinienem przyznawać, iż miał rację.
Dlaczego Rafa mi o tym nie przypomniał?
No tak, znałem odpowiedź na to pytanie. Obawiał się o własne życie i wiedział, że będę wkurwiony, dlatego pewnie wolał, żebym dowiedział się o tym na trzy sekundy przed.
- Szlag! - Przeczesałem palcami włosy. Rodzice znali mnie aż za dobrze.
Ślub Ester Amerigo - najstarszej córki najlepszego przyjaciela moich rodziców. Michele Amerigo, ich wspólnik, rządził z nimi całą cholerną planetą, a poza tym był pięćdziesięcioletnim emerytowanym dyrektorem federalnego biura śledczego.
- Pani Zahara Rejes?! Pan Tobias Rejes?! - Nagle usłyszeliśmy piskliwy głos blondyny.
Matka, krzywiąc się, patrzyła na osobę za moimi plecami.
Kurwa!
Miała nie wychodzić z pokoju. Dobrze, że chociaż się ubrała. O ile można było nazwać to ubraniem.
Szła prosto w paszczę lwa. Praktycznie rzuciła się na moją matkę jak jakaś stuknięta psychofanka.
- Boże, jaka pani jest piękna. Jeszcze piękniejsza niż na zdjęciach. - Zaczęła potrząsać energicznie dłonią mojej wkurzonej mamuni. - Tak bardzo mi miło. Widziałam wszystkie pani prace. Ma pani taki talent.
A wczoraj twierdziła, że w ogóle mnie nie zna. Wiecznie to samo...
Prawie parsknąłem śmiechem, widząc minę królowej koki. Zaraz potem chwyciła mojego ojca za dłoń.
- I pan Tobias senior. - Obrzuciła go pożądliwym wzrokiem od stóp do głów. - Ma pan takie duże, seksowne dłonie. Wygląda pan jak jego brat bliźniak. - Na moment przeniosła spojrzenie na mnie, po czym znowu na twarz ojca.
Czy ona właśnie podrywała mojego pieprzonego tatę?
- Mega gorący. - Oblizała usta, którymi wczoraj robiła mi loda.
Ojciec zaśmiał się pod nosem, ale w ogóle nie skomentował jej pierdolenia. Za to moja matka wyglądała, jakby miała zaraz chwycić ją za kudły i walnąć jej głową o ziemię. I być może zaraz to nastąpi.
- Co to jest za okropne dziewuszysko? - sarknęła, sztyletując mnie wzrokiem.
Pusty móżdżek.
- Nazywam się Hailey Finney, proszę pani - odpowiedziała jej wesoło Barbie. Uśmiechała się szeroko do mojej matki, nie robiąc sobie nic z jej jadowitych słów.
No i się okazało, że miała jednak imię.
Matka tak mocno przewróciła oczami, że ujrzałem jej białka. Nie miałem wątpliwości, że już dobrze wiedziała, kim była.
Blondi nawet nie zdawała sobie sprawy, że stoi przed najgroźniejszymi ludźmi na świecie, którzy trzepali dosłownie wszystkim.
- Naprawdę, Bi? Powiedź mi tylko, że to nie jest twoja osoba towarzysząca? - zapytała matka, zmieniając język na hiszpański, byśmy tylko ja i ojciec ją zrozumieli.
Potarłem brodę, zastanawiając się.
Królowa zacisnęła powieki i wypuściła głośno powietrze. Zaraz potem przeniosła konspiracyjny wzrok na ojca.
Właściwie nie miałem w tej chwili innych opcji. Wiedziałem, że będę tego żałować, ale cóż...
Matka nie lubiła moich poprzednich kobiet i niestety musiałem przyznać, że nigdy do żadnej się nie myliła. Wszystkie jedynie pragnęły mojej fortuny i fiuta.
- Masz ochotę na wycieczkę prywatnym odrzutowcem do Europy? - zapytałem tę całą Hailey.
Zaczęła piszczeć tak głośno, że prawie eksplodowały mi bębenki.
Matka zasłoniła dłonią oczy. Wyglądała, jakby miała zaraz oszaleć.
Może to będzie ostatnia wycieczka Hailey, ale przynajmniej zwiedzi Positano. Oczywiście, jeśli rodzice nie zabiją jej w trakcie tej długiej podróży.
- Tak, tak, tak! - krzyczała i podskakiwała jak mała dziewczynka.
Królowa zaczęła przeklinać głośno w języku rosyjskim i machać rękami w stronę ojca.
- Czy to język niemiecki? - zapytała blondyna.
Co jedna to głupsza.
Ojciec wybuchnął śmiechem, a ja do niego dołączyłem. Mamuśka natomiast wyglądała na zirytowaną do kwadratu.
- Zostaw nas samych. Muszę rozmówić się z synem - rozkazała matka tonem zimnej, wyrachowanej suki.
- Oczywiście, Pani Rejes - powiedziała blondi i z szerokim uśmiechem na ustach skierowała kroki do mojej sypialni.
Kiedy zamknęły się za nią drzwi, mamunia zaczęła wypluwać słowa po hiszpańsku z prędkością karabinu maszynowego.
- Wiesz, czyj to jest ślub?! Mamy zatrzymać się w posiadłości Michele! Tam będą wszyscy nasi podwładni. Twój ojciec zorganizował zebranie Europejczyków! Co ty, do jasnej cholery, odstawiasz, synu?! Tylko na coś takiego cię stać? - Wskazała palcem na drzwi sypialni.
Westchnąłem głośno.
- Przecież się z nią nie żenię! Ma tylko lecieć ze mną na ślub.
- Ciągle to samo - warczała pod nosem.
Niestety...
Przez chwilę studiowała moją twarz i wyglądała, jakby nad czymś intensywnie myślała.
- Naprawdę się o ciebie martwię. - Tym razem wychwyciłem troskę w jej głosie.
Och, ta moja mamuśka z piekła rodem.
- Niepotrzebnie. Zabalowałem, ale to już koniec. Znam priorytety. Wszystko kontroluję.
Westchnęła.
- Czasami mi się wydaję, że o nich zapominasz. Wiesz, że nigdy tego nie pragnęłam. Kocham cię cholernie mocno, Bi. Do końca swoich dni nie przestanę się o ciebie martwić. Obojętnie, ile będziesz miał lat i mięśni. Zrozumiesz to, jak w końcu doczekasz się swoich dzieci.
Żeby je mieć, trzeba znaleźć partnerkę, która zechce być z tobą nie tylko dla twojej kasy. Nie miałem tyle szczęścia, co moi rodzice. Pomimo że przeżyli piekło, darzyli się głęboką miłością. Nawet teraz ojciec wpatrywał się w żonę jak w obrazek. Jakby była połową jego serca.
- Wiem. No chodź tu do mnie. - Rozłożyłem szeroko ręce, bo chciałem ją przytulić.
Mruknęła pod nosem, że przeze mnie osiwieje szybciej, niż powinna, ale po chwili objęła mnie mocno.
- Już? - zapytałem z głupim uśmiechem, bo nie chciała mnie puścić i prawie dusiła.
- Jeszcze chwila. Dopóki nie powiesz, że jej nie zabieramy.
Roześmiałem się.
- Nie, leci z nami. Potrzebuję partnerki.
Zastanawiałem się, jak matka to zniesie, kiedy przejmę wszystkie stery. Potrzebowała kontrolować wszystko i wszystkich. Wiedziałem, że chciała dla mnie dobrze, ale...
- Sprawdziłeś ją? - zapytała, choć pewnie poznała całą metrykę blondyny, gdy ta tylko usiadła wczoraj w moim boksie. Ochrona na bieżąco ją o wszystkim informowała.
- Nie - przyznałem. Nie uważałem pierwszej lepszej laski za zagrożenie. - Ale ty już pewnie to zrobiłaś.
Uśmiechnęła się zuchwale i zerknęła na swoje idealnie pomalowane paznokcie. To była jej odpowiedź.
- Czego cię uczyłam? - Uniosła wyniośle brew.
- Już się boję. - Zaśmiałem się i udawałem kompletnie przerażonego.
- Nigdy nikogo nie ignoruj, chłopcze.
Odebrałbym życie głupiej blondi jednym palcem, i to na dodatek małym.
- Tak, tak - przytaknąłem, żeby mieć święty spokój.
Te ich gadki na temat bezpieczeństwa wychodziły mi już dupą. Byłem dorosłym mężczyzną, rządziłem organizacją przestępczą, i to na niewyobrażalną skalę, a oni ciągle to samo. Jakby sami nie siedzieli w tym po uszy od wieków.
Rodzice wymienili między sobą dziwne spojrzenia.
- Lepiej to dobrze przemyśl - powiedział ojciec.
Moja matka nie krzywdziła niewinnych, a przynajmniej nigdy jej się to nie zdarzyło.
Zawsze jednak może być ten pierwszy raz.
Nie będę rozpaczać.
- Przecież poznasz tam pełno pięknych Włoszek, a ty chcesz zabierać drzewo do lasu.
Właściwie pojawi się tam jedna wyjątkowa dziewczyna, której wolałbym, żeby nie było. Dlatego muszę mieć swój dwudziestoczterogodzinny rozpraszacz myśli.
- Leci - powiedziałem krótko.
Matka odsunęła się ode mnie i uśmiechnęła zuchwale, jakby dokładnie wiedziała, o czym teraz myślałem. Chyba naoglądała się za dużo Zmierzchu. Przecież nie umiała czytać w myślach jak pieprzony Edward. Albo znała mnie już na tyle, że faktycznie to potrafiła?
Idioto, ta kobieta potrafi wszystko!
- Lepiej jej pilnuj, bo ostatnio naprawdę mam słabe nerwy. Daję wam godzinę, żebyście się przygotowali. Lepiej się nie spóźnijcie. Adrien będzie na was czekał punkt ósma przed głównym wejściem. My spotkamy się na lotnisku. - Chwyciła ojca za rękę, znowu rzuciła mu konspiracyjne spojrzenie i zaczęła ciągnąć go do wyjścia, nie dając mi dojść do słowa.
***
- O matko! - pisnęła Hailey, kiedy wjechaliśmy na płytę i zbliżaliśmy się do jednego z naszych prywatnych odrzutowców. Klaskała w dłonie tak głośno, że nawet kierowca się skrzywił.
Przez szybę samochodu widziałem rodziców wychodzących z Rolls Royce'a. Zaraz za nimi szły moje siostry, w obstawie sześciu ochroniarzy. Dwóch z przodu, dwóch z tyłu, piąty po ich lewej stronie, a szósty po prawej. Bezpieczeństwo ponad wszystko. Niedaleko zatrzymał się Mercedes wuja, wiozący go i całą jego rodzinkę. Ciotka Carla oraz kuzyni Sergio i Sanchez. Na samym końcu dołączył wystrojony w garniak Rafa, trzymający w ręku walizkę.
- Twój wujek też jest gorący. - Barbie zrobiła taką minę, aż musiałem zamrugać. - Wszyscy jesteście tacy piękni. Też chcę ten eliksir wiecznej młodości.
Ja pierdolę.
Słuchaj matki, mówili. Będziesz mądry, mówili. Ale jak zwykle nie posłuchałem. Na domiar złego musiałem jechać z blondi do sklepu po ubrania, za które oczywiście też zapłaciłem swoją złotą kartą.
Wkurzony wyszedłem z samochodu, przeczesując palcami grzywkę, którą rozwiał podmuch wiatru. Ruszyłem w stronę Rafy, nie zważając na Hailey, która ledwo za mną nadążała w tych cholernie wysokich i drogich szpilkach, które kazała sobie kupić.
Mogłaby przynajmniej nauczyć się w nich chodzić.
- Dzięki za przypomnienie - warknąłem do Alfaro, kiedy się z nim zrównałem.
Wyglądał na wypoczętego i zadowolonego. Najwyraźniej brunetka okazała się lepsza od swojej przyjaciółki.
- Jestem twoim przyjacielem, a nie pieprzonym kalendarzem. - Uśmiechnął się szeroko i zerknął na moją głupiutką towarzyszkę.
Taaa...
Niemo zadawał mi pytanie: "Co ona tu, do kurwy, robi? Naprawdę ona?".
Za każdym razem, kiedy mieliśmy lecieć na spotkanie z rodziną Amerigo, zabierałem jakąś dziewczynę. Najczęściej towarzyszyła mi sprawdzona blondyna albo rudzielec, ale dzisiaj nie miałem zbyt wielkiego wyboru. A mogłem podziękować za to tylko sobie...
Po szybkim przywitaniu się ze wszystkimi znaleźliśmy się w samolocie. Matka ciągle kręciła głową z dezaprobatą, za to ojciec, Markos i Rafa pękali ze śmiechu. Dziewczynki na szczęście były zmęczone wcześniejszą podróżą, więc zasnęły, gdy tylko weszły na pokład.
Blondi ciągle paplała. Non stop zadawała wszystkim pytania, czym zaczęła już naprawdę ostro irytować także mnie.
Pilot wymienił wszystkie współrzędne, załoga z przesadnym uśmiechem wchodziła nam w dupę, wręczając każdemu zamówione wcześniej drinki, po czym po kilku minutach samolot wystartował i byliśmy już wysoko w chmurach. Czekało nas prawie trzynaście godzin lotu z tą pieprzoną gadułą. Albo byłem wczoraj tak pijany, albo nie zauważyłem, że tyle paplała.
- Zaraz wracam - rzuciłem do blondi, kiedy mogliśmy odpiąć pasy bezpieczeństwa.
- Oczywiście, kochanie.
- Już ci mówiłem, że masz się tak do mnie nie zwracać. Nie jestem żadnym twoim kochaniem, zrozumiałaś? - warknąłem wkurzony.
Po mojej minie dobrze wywnioskowała, że nie żartuję.
- Dobrze. Przepraszam, koo... - Nie dokończyła.
Kurwa!
Posłałem jej groźne spojrzenie.
- Nie będę. Przepraszam jeszcze raz. - Zrobiła skruszoną minę.
Lepiej, żeby się opamiętała, bo wykopię ją z tego samolotu.
Zauważyłem, że matka szeptała coś na ucho stewardesie. Gdy ta odeszła, na twarzy rodzicielki zobaczyłem przebiegły uśmiech. Coś kombinowała. Wiedziałem to.
- Nie żyje? - zapytałem, kiedy wyszedłem z kibla i zauważyłem swoją towarzyszkę, która leżała rozwalona na fotelu, z zamkniętymi oczami i mocno rozchylonymi ustami. Wyglądała, jakby przejechał ją samochód. Praktycznie zajmowała dwa siedzenia, w tym jeszcze na moim trzymała nogi. Sztuczna pierś wychodziła jej spod sukienki.
Tragedia na kółkach.
- Niestety żyje, ale mam nadzieję, że obudzi się dopiero, gdy wylądujemy we Włoszech. - Matka wyszczerzyła zęby. Była cholernie z siebie zadowolona.
- Co jej podałaś, mamuniu? - Zarechotałem.
- To nieistotne, syneczku. Ważne, że cholerstwo dobrze działa. Po tym będzie ją boleć głowa. I to mocno. - Uśmiechnęła się zuchwale, po czym puściła mi oczko.
W sumie to powinienem jej podziękować za ratunek. Uratowała mnie przed migreną. Zawsze o mnie dbała. I jak tu nie kochać tej kobiety?
- Nawet ładna. Ciekawe czy jej mamusia też tak wygląda - rzucił z rozbawieniem ojciec, wpatrując się w blondynę.
Kiedy odwrócił głowę w stronę żony, ta już przykładała mu lufę do czoła.
Na widok jej z bronią uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Matka wariatka.
Prędzej zabiłaby siebie, niż skrzywdziłaby jego.
- Powtórz to, co powiedziałeś, mój ukochany mężu - rozkazała, zniżając niebezpiecznie głos.
- Tak samo jak ty nie lubię się powtarzać. - Posłał jej niewidzialnego buziaka. - Chyba nie jesteś zazdrosna, kochanie? - Wyszczerzył do niej złośliwie zęby.
- Zawsze jestem, kochanie - odpowiedziała i władowała się na kolana męża, ciągle mierząc w jego głowę. - Bo jesteś tylko mój... - wychrypiała, a potem pocałowała go w kącik ust.
Na moment zasłoniłem oczy. To wydawało mi się cholernie nie na miejscu.
- Jestem. - Przytaknął głową i pogładził ją dłonią po policzku. Zbliżył usta do jej ucha i powiedział coś tak, by tylko ona go usłyszała.
Matka oblizała prowokacyjnie dolną wargę, a potem tak mocno się uśmiechnęła, że ojciec wyrzucił oczy ku niebu.
Ja pierdolę. Właśnie wyobraziłem sobie to, co jej powiedział. Szkoda, że nie mogłem tej wizji odzobaczyć.
- Kocham cię najbardziej na świecie, kochanie, ale i tak tego pożałujesz. Gwarantuję ci to - obiecała mu głośno i schowała pistolet do kabury, którą miała zapiętą na udzie. Nigdy nie rozstawała się z bronią. Zresztą nikt z nas tego nie robił.
Ojciec znowu pokręcił głową z głupim uśmiechem, ale wiedział, że nie żartowała. Już snuła idealną zemstę i byłem pewien, że to okazałoby się coś grubego.
- Jesteś najpiękniejszą, najseksowniejszą, najmądrzejszą kobietą na tej ziemi, żono moja i wyłącznie moja. Patrzę tylko na ciebie. Od zawsze i na zawsze. Po grób. - I naprawdę tak sądził. Patrzył na nią z taką miłością, że cholernie w tym momencie im tego zazdrościłem.
Moja matka była piękna, i to nie tylko z wyglądu. Dla nas miała ogromnie piękne i wielkie serce.
- Moglibyście darować nam ten pokaz uczuć? Każdy wie, że się kochacie i jesteście wiecznie na siebie napaleni! - krzyknął wujek Markos, który właśnie wychodził z kabiny pilotów.
Całkowicie go zignorowali.
Jęknąłem przeciągle i uderzyłem otwartą dłonią w czoło.
- Masz cholerne szczęście, mój i tylko mój przystojny mężu. Gdyby kiedyś przyszło ci coś głupiego do głowy, mogłabym niechcący pozbawić kogoś życia. - Pocałowała go delikatnie w usta i zeszła z jego kolan. Po tym ojciec poprawił spodnie w kroku.
Kurwa! Teraz to już naprawdę chciałem wymazać to z pamięci.
- Przez was się napaliłam - rzuciła ciotka Carla, na co wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem.
- Słońce moje, tylko jedno słowo, a będę gotowy - odpowiedział jej wuj, szczerząc kły.
Jezus, pieprzone, Maria.
Żałowałem, że również nie dostałem tych proszków nasennych. Nadal miałem kaca i chociaż na chwilę chciałem zamknąć oczy, a tu się odpierdalało jakieś rodzinne porno.
- Bi. Chciałbym, żebyś się z tym zaznajomił, bo nie wszystkich miałeś okazję poznać - odezwał się do mnie ojciec, tym razem już z poważną miną, po czym rozkazał naszemu ochroniarzowi, by podał mi tablet. Mario wręczył mi go w mgnieniu oka.
Plik dokumentów plus jakieś dwanaście stron nazwisk i adresów. Też mi coś.
Po jakichś dwóch minutach odłożyłem urządzenie na stolik.
- Miałeś się z tym zapoznać, Bi, a nie tylko przeczytać - rzuciła matka, marszcząc nos.
To prawie jak zniewaga, chyba zapomniała, jak inteligentnego ma syna. Cieszyłem się naprawdę dobrą pamięcią fotograficzną. To była jedna z wielu moich fantastycznych zalet.
Uśmiechnąłem się zuchwale i po chwili zacząłem wypluwać słowa. Wyrecytowałem notatki na temat każdej osoby, która miała znaleźć się na zebraniu szefów. Czyli mniej więcej dwunastu osób.
- A, i jeszcze ten Polaczek, Jan Tyburski. Główna siedziba Warszawa, Bielany. Kod pocztowy 01 - 934 Opalin 5 - dodałem szybko. - Coś jeszcze, mamo? - Pokazałem jej język.
- Tak, to zdecydowanie mój niebywale mądry syneczek. - Uśmiechnęła się do mnie szeroko. - Moja duma.
- Ach, tak. Teraz jest już twój, kochanie? Mój jest tylko wtedy, kiedy nie słucha ciebie? - odezwał się ojciec, unosząc z rozbawieniem brew, następnie położył rękę na jej odkrytym udzie.
- Och, zamknij się. - Dała mu szybkiego całusa w usta. - Jest nasz i kiedyś zostanie idealnym królem - mówiła do niego, jakby mnie tu wcale nie było.
- Oczywiście, bo to mój syn. - Ojciec popatrzył na mnie z dumą.
Zrezygnowany pokręciłem głową.
- Skoro już doszliście w końcu do tego, czyim jestem dzieckiem, mogę na chwilę zamknąć powieki i liczyć na to, że nikt mi już nie będzie przeszkadzał? - ironizowałem.
- Tak, zdecydowanie jest twój, mój mężu.
Przewróciłem oczami.
- Dobranoc.
Miałem tylko nadzieję, że proszki mamuśki naprawdę są mocne...