Rozdział 1
W którym zbliża się wesele stulecia, przyszłej pannie młodej śni się
nielegalnie przystojny brunet, a wytrawny przestępca szykuje się do
skoku życia.
Mały, ciemny owad podfrunął pod wielki żyrandol wcześnie rano. Jego
prostackie oblicze nietaktownie odbiło się w gładkich kryształowych
płaszczyznach sprowadzonych aż z Mediolanu.
- Komar! - zawołała panicznie Apolonia Darska i machnęła szczupłą dłonią
zdobną w dwa pierścionki ze szmaragdami. - W moim domu! - dodała, a święte oburzenie w jej głosie zasługiwało co najmniej na kanonizację. -
Zawołaj natychmiast gosposię i ochronę!
- Wezwę wojska obrony terytorialnej - powiedział jej syn lekko drwiącym
tonem. Nawet nie podniósł wzroku znad papierów. - Zasługujesz na
najlepszą obsługę.
Matka zastukała kształtnym paznokciem w szklankę. Ten dźwięk powodował
bladość policzków u wszystkich kierowników działów w firmie Apollo SC -
największego dystrybutora materiałów budowlanych w okolicy.
Ale na Tymoteuszu Darskim ten dźwięk pełen ukrytych znaczeń nie zrobił
większego wrażenia.
- Przyroda robi się coraz bardziej zuchwała! - podkreśliła Apolonia. -
Człowiek inwestuje ciężki pieniądz w różne zabezpieczenia, a taki
bezczelny komar wlatuje mi do salonu i na dodatek ciągle brzęczy.
- To fakt. - Tymoteusz kiwnął głową, po czym z wielkim trudem
powstrzymał się przed nałożeniem sobie kolejnego ptysia na talerz. - Jak
śmie! - dodał zdenerwowany, bo nie znosił się odchudzać. - Miałby
przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby być cicho. Sprawdzę, czy jest na
to jakiś paragraf.
Zerknął do swojej teczki z dokumentami. Był adwokatem, specjalizował się
w rozwodach. Szczycił się ogromnym doświadczeniem. Śmiało mógłby
rozwieść żyrandol z komarem i nawet wynegocjować dla tego ostatniego
bardzo dobre warunki odszkodowania.
Rozdzwonił się telefon, a Apolonia zerknęła na wyświetlacz. Z jej
niezadowolonej miny można było wywnioskować, że komuś się zaraz oberwie.
Odebrała i włączyła tryb głośnomówiący. Jednocześnie podniosła filiżankę
z kawą do ust.
- Mamy te dekoracje, które pani zamawiała - pospiesznie raportował jakiś
mężczyzna.
- Doprawdy? - zdumiała się Apolonia teatralnie, a jej wypielęgnowane
brwi podjechały ponad oprawki szmaragdowych okularów.
- Tak, przecież to na wczoraj miało być... - rozpędził się w zwierzeniach
dostawca.
- Właśnie! - Pani domu przerwała mu stanowczo. - To po zapłatę proszę
też przyjść wczoraj, bo dziś to już nieaktualne - dobiła rozmówcę, po
czym rozłączyła się i odstawiła energicznie filiżankę na spodek. -
Ludzie też teraz nie znają granic - oburzyła się. - A potem się dziwią,
że firma im upada.
- Jesteś bardzo surowa, mamo. - Tymoteusz zdecydował się jednak na
ptysia. Humor od razu mu się poprawił. - Ten biedny człowiek przeżył
teraz szok. Miałaś mu zapłacić mnóstwo kasy - dodał z pełnymi ustami i błogą miną.
- Ach! Nie martw się tak. Wezmę to przecież od niego. - Apolonia wstała,
poprawiła jedwabną sukienkę i uśmiechnęła się do syna. - Niech się
jednak trochę podenerwuje. Następnym razem mnie zapamięta.
- Tak się bez wątpienia stanie. - Tymoteusz nie miał wątpliwości. - To
było duże zamówienie. Na samą myśl, że nie zapłacisz, właściciel
dostanie drgawek. Ale kolejnego razu nie będzie. To jedyny, pierwszy i ostatni ślub w naszej rodzinie, z wyjątkiem twojego, rzecz jasna.
- Dlatego wszystko musi być perfekcyjne - powiedziała Apolonia, po czym
błyskawicznie zdjęła elegancki pantofel i pacnęła komara, który
lekkomyślnie przysiadł na brzegu kanapy. Nie wiedział, biedak, że przy
Apolonii Darskiej nie wolno ani na moment tracić czujności.
- Ma się ten refleks! - Uśmiechnęła się z zadowoleniem. - Jeden zero dla
mnie. Każ, proszę, gosposi wyczyścić całą tapicerkę i okna na wszelki
wypadek umyć, firanki może też wyprać.
- Świat zdezynfekować... - podpowiedział jej syn.
- Nie śmiej się - prychnęła Apolonia. - Nie wiadomo przecież, z kim się
taki komar w życiu zadawał - dodała podejrzliwie. - A teraz zostaw
ptysie w spokoju i jedź do pracy. Już późno. I pamiętaj, że miałeś się
zastanowić, z kim pójdziesz na wesele córki.
- Pewnie z Agatką. - Westchnął mężczyzna. - Chyba że mnie dziś rozjedzie
na sali sądowej, to jednak wycofam zaproszenie.
- Tego się nie robi kobiecie - oburzyła się Apolonia.
- Czasem mam wątpliwości, czy to określenie do niej pasuje. Działa jak
maszyna, nie ma w niej wiele dziewczęcej miękkości. Wygrywa rozprawy w takim stylu, że nawet przegrani mają ochotę bić jej brawo. Niestety
ostatnio mam zbyt często nieprzyjemność być jej przeciwnikiem.
- To się lepiej przygotuj - rzuciła w jego stronę Apolonia.
Nie rozumiała problemu. Wydawało jej się, iż za sam fakt, że Tymoteusz
nazywa się Darski i jest jej synem, należy mu się wygrana. Świat jednak
nie zawsze podzielał jej zdanie.
- Poszukałbyś sobie kogoś, z kim mógłbyś się związać, a nie zapraszał
wszędzie największą zawodową konkurencję. - Westchnęła. - To mi wygląda
na związek bez przyszłości, a nie tego potrzebujesz...
- Mamo, proszę cię. - Tymoteusz przełknął kolejnego ptysia. - Muszę
jeszcze przeczytać kilka dokumentów. Nie mam teraz czasu na takie
rozmowy. - Zerknął do teczki z papierami.
- Jasne, już ci nie przeszkadzam. Rób, co musisz - dodała zrezygnowana,
bo powoli traciła nadzieję, że jej apele kiedykolwiek odniosą skutek.
Kobiety lubiły jej syna, garnęły się do niego, ale on kochał wyłącznie
rozwody. - Ja jeszcze zerknę do Mariki. - Apolonia ruszyła w stronę
schodów i uśmiechnęła się na samą myśl. - Zobaczę, czy nasze słoneczko
już wstało.
* * *
W tym czasie Marika, ukochana i zarazem jedyna wnuczka Apolonii
Darskiej, młoda dziewczyna, dziecko szczęścia rozpieszczane przez babcię
ponad wszelkie granice, już nie spała. Leżała w swoim wielkim łóżku,
przykryta pościelą w różyczki i patrzyła w sufit. Mnóstwo myśli
przelatywało jej przez głowę. A najmocniejsze było wspomnienie babci
Apolonii tańczącej na środku salonu, nie tak dawno, zaledwie pół roku
temu. Był to widok rzadki i szokujący.
- Będzie ślub i wesele! Największe, najpiękniejsze, najwspanialsze! -
Babcia naprawdę wtedy szalała. Miało się wrażenie, że jeszcze chwila i uleci w powietrze.
Marika stała jak zawsze nieco z boku. Ojciec właśnie zakończył
błyskawiczne przygotowywanie ostatnich poprawek w intercyzie dla córki i jej przyszłego męża. Na dwadzieścia siedem stron. Drukarka wypluwała je
teraz jedną po drugiej. Tata Mariki w ciągu swojej bogatej kariery
zawodowej zakończył więcej małżeństw, niż niejeden człowiek w całym
życiu widział. Świetnie przygotował ten dokument. Wziął pod uwagę każdą
możliwą opcję.
Z wyjątkiem szczęśliwego pożycia dwojga zakochanych, którzy właśnie
ogłosili rodzinom radosną wiadomość.
I rozpętali wielką burzę. Ale prawdziwe opinie pojawiły się dopiero, gdy
świeżo upieczony narzeczony opuścił już ich dom.
- Pan młody do bani! - Babcia podczas wieczornej kolacji nie siliła się
na dyplomację. - Ale skoro ci się podoba, to nie ma dyskusji - dodała
szybko. - Zresztą podkręcimy go nieco i w pół roku wyjdzie na ludzi. A ty dostaniesz wszystko, o czym tylko mogłaby zamarzyć młoda dziewczyna.
- Spojrzała z czułością na wnuczkę. - Najdłuższy na świecie welon -
zaczęła wyliczać - morze kwiatów, limuzynę ciągnącą się aż po horyzont,
wspaniałe druhny, najwyższy tort, najgrubszego kościelnego, a także
uroczystość jak z bajki. Biada każdemu, kto ośmieliły się zepsuć mojemu
skarbowi ten najpiękniejszy w życiu dzień.
Marika poczuła dreszcz biegnący po plecach. Jakoś tak dziwnie się
przestraszyła, że może to ona będzie taką osobą. Nie stanie na wysokości
zadania, te wszystkie oczekiwania ją przerosną. A doskonale wiedziała,
jak groźna potrafi być babcia, kiedy coś idzie nie po jej myśli.
Apolonia była kobietą drobną z wyglądu, ale potężną, jeśli chodzi o skuteczność. W czasach kryzysu, i to niejednego, budowała z niezłomnym
sukcesem stabilność rodzinnej firmy. Żadne przeszkody jej nie
powstrzymywały, gdy postanowiła coś osiągnąć.
Po tym komentarzu Marika nawet się nie odezwała. Nikt też tego nie
oczekiwał. Zawsze była uroczą dziewczynką, niesprawiającą rodzinie
kłopotów. Wychowywała się bez mamy, w świecie wiecznie zajętej kolejnymi
wyzwaniami babci oraz zapracowanego ojca. Apolonia, po śmierci męża,
pozostała samotna niczym jedyny biały żagiel na wzburzonym morzu, zawsze
powtarzając, że jest pierwszą singielką w kraju i była nią dużo
wcześniej, zanim stało się to modne. Natomiast tata Mariki każdego dnia
przy kolacji opowiadał, kogo właśnie rozwiódł i jak świetnie sobie z tym
poradził.
Dziewczyna niespecjalnie wierzyła w miłość.
A jednak się zakochała.
Długo ukrywała swój związek, bojąc się reakcji rodziny. Wpadli z Maurycym przez przypadek, przyłapani przez jego matkę na czułych
uściskach w kawiarni. Musieli się ujawnić. I od razu tego pożałowali.
Obie rodziny oszalały na punkcie ich związku. Szum się zrobił
niesamowity, a niektóre decyzje zapadły stanowczo za szybko. Ale Marika
nie protestowała. Pozwoliła, by poniosła ją potężna fala nieugiętej woli
babci. A ta marzyła o ślubie stulecia.
Pół roku później rozpędzona machina organizacyjna niczym doskonały
automat zmierzała ku efektownemu finałowi. Zgodnie z przewidywaniami
nikt nie odważył się stanąć babci na drodze. A kto ośmielił się
próbować, został zmieciony, zanim zdążył pisnąć choć słowo. Uruchomiono
spore środki finansowe.
Najwspanialsze, największe, najbardziej efektowne wesele miało się odbyć
w najbliższy weekend.
W środę o godzinie dziewiątej, gdy babcia energicznie wchodziła po
schodach na piętro, Marika jeszcze leżała w łóżku. Czuła na powiekach
słońce, które już wysoko unosiło się nad horyzontem, ale nie chciała
wstawać. Nad ranem przyśnił jej się piękny sen. Jego resztki wciąż
jeszcze widziała oczyma wyobraźni.
Szła po łące pełnej kwiatów. W delikatnej, zwiewnej sukni ślubnej.
Cieniutki welon ciągnął się po zielonej trawie pełnej stokrotek i maków.
Nie był bardzo długi. Z pewnością nie spodobałby się babci. Jakiś
mężczyzna o ciemnych włosach kroczył obok i mocno trzymał Marikę za
rękę. Niestety w niczym nie przypominał Maurycego. Pochylił się, by ją
pocałować. A ona, nie ma co ukrywać, przechyliła głowę i przymknęła
oczy...
- Moje słoneczko! - usłyszała w tym samym momencie czuły, ale mocny głos
babci i serce mocno jej załomotało.
Jakby seniorka rodu właśnie przyłapała ją na gorącym uczynku zdrady tuż
przed ślubem. Zaczerwieniła się po czubki uszu i okropnie zestresowała.
Co by wszyscy powiedzieli, gdyby wyszło na jaw, że zaledwie kilka dni
przed najwspanialszym weselem w całym kraju, a może nawet na
kontynencie, organizowanym połączonymi siłami dwóch rodzin, ogromnym
nakładem energii i środków, ona marzy o skromnej uroczystości, a co
gorsza, śni jej się jakiś nieznany brunet?!
Straszliwy brak wdzięczności! - surowo oceniłaby babcia. - Karygodne
zachowanie.
To podważa zapis w intercyzie! - oburzyłby się ojciec. - W razie czego
wynegocjujemy za słabe warunki - dodałby ze zgrozą. - Nie zdołamy puścić
Maurycego w samych spodenkach. - Ta najgorsza z jego perspektywy opcja
rozwodowa zapewne z trudem przeszłaby mu przez gardło.
Tata zawsze z zaangażowaniem podchodził do spraw, które prowadził. Miał
tylko jeden cel: oskubać drugą stronę ze wszystkiego. Zostawić w skarpetkach, i to takich z przeceny.
Rozczarowania Maurycego oraz jego mamy Marika wolała nawet sobie nie
wyobrażać.
Na szczęście babcia, która w tej chwili weszła do pokoju, nie potrafiła
czytać w myślach. Choć istniało uzasadnione podejrzenie, że gdyby tylko
chciała, udałoby jej się to osiągnąć. Tylko na razie jeszcze na to nie
wpadła.
- Śpij sobie, złotko moje najpiękniejsze! - wyszeptała więc czule.
Podeszła bliżej i pogłaskała wnuczkę po głowie jak małą dziewczynkę.
Marika była jedyną osobą na całym świecie, do której Apolonia Darska
zawsze zwracała się łagodnym głosem. Ale nie za każdym razem spotykało
się to z podobnym odzewem.
Dziewczyna usiadła nerwowo na łóżku.
- Jak tu weszłaś?! - zapytała ze zgrozą, bo na dobre wróciła już do
rzeczywistości. Zamykała pokój aż na trzy zamki, żeby zyskać choć
odrobinę prywatności. Ostatni z nich był bardzo nowoczesny, ze
specjalnym kodem, zamówiony przez internet. Marika miała dwadzieścia
trzy lata i ani odrobiny spokoju w domu rodzinnym.
- Skarbie mój najsłodszy - powiedziała czule babcia. - W jaki sposób
zbudowałabym potężną firmę, gdybym głupiego zamka nie umiała sforsować?
W latach dziewięćdziesiątych świat biznesu był niczym dżungla pełna
drapieżników, nauczyłam się radzić sobie. Jakby trzeba było włamać się
do konkurencji, też bym się nie cofnęła. Metalowy łom czy elektroniczny
kod, żadna różnica, to tylko narzędzia.
Marika poczuła, jak opadają jej ręce. Mieszkała w domu wariatów i nijak
nie wiedziała, jak się z niego wydostać. Babcia potrafiła pokonać każdą
przeszkodę, za to ona była kompletnie pozbawiona siły przebicia.
Przymknęła powieki. Niestety przystojnego bruneta już tam nie było. Sen
odleciał na dobre.
- Chcesz jeszcze poleżeć? - zapytała babcia troskliwie. - Pamiętaj, że
odpoczynek wspaniale wpływa na urodę. A ty musisz być teraz
najpiękniejsza. Poza tym śpij, bo możesz. Ja w twoim wieku już harowałam
na dwa etaty, a domu też nie brakowało obowiązków. Wstawałam bladym
świtem, kładłam się grubo po północy - wspominała czy może wypominała,
trudno to było odróżnić. - Ale ty masz świat u stóp - dodała. -
Wystarczy tylko, że to docenisz - zakończyła z mocą.
Marika westchnęła. Nie przyznawała się nikomu, że zarówno ten cały świat
u stóp, jak i rozmach jej własnego ślubu nieco ją przeraża. Zwłaszcza
towarzysząca mu na niespotykaną skalę pompa.
Ojciec uważał, że to niepotrzebny wydatek. Już się umówił z zaprzyjaźnionym sędzią, że w razie czego poza kolejnością da jego córce
rozwód. Zaplanował w myślach, że jego najlepsza koleżanka i jednocześnie
zawodowa konkurentka Agatka będzie reprezentować Maurycego, a on swoją
córkę, i już zacierał ręce na tę perspektywę, jak ich oboje rozetrze na
proch.
Godził się na całe to ślubne szaleństwo tylko dlatego, że płaciła za nie
babcia. A ona z kolei uważała, że wątpliwości Mariki są urocze, i nie
traktowała ich poważnie ani trochę.
- Moje słoneczko! - Apolonia usiadła na brzegu łóżka i rozczuliła się. -
Pomyśl, jak to będzie pięknie. Ja szłam do ołtarza w pożyczonej
sukience, a wesele miałam w remizie. W remizie!!! Boże, daj zapomnieć! -
powtórzyła, a w jej głosie zabrzmiała prawdziwa zgroza. - Nawet sobie
tego wyobrazić nie potrafisz i wcale zresztą nie ma takiej potrzeby.
Papierowe obrusy, orkiestra z bożej łaski i dekoracje zrobione domowym
sposobem. Takie były paskudne czasy - dodała. - Pieniędzy nie starczało
na nic...
Marika pomyślała, że jest coś niesłychanie romantycznego w braniu ślubu
w pożyczonej sukience. Świętowaniu w skromnej sali bez dekoracji. Nie
to, co zewnętrzne, jest najważniejsze, lecz miłość i ten jedyny
mężczyzna wybrany ze wszystkich.
Uważała, że to ujmujące i prawdziwe, ale nikt jej w tej kwestii o zdanie
nie pytał. Westchnęła.
- Twój ojciec to nawet takiego wesela nie miał - dodała Apolonia i skrzywiła się wobec tego niewygodnego faktu biograficznego, że jej syn
nigdy się nie ożenił i żył z mamą Mariki na tak zwaną kocią łapę. - Ale
z tobą będzie inaczej - rozpromieniła się znowu. - Wszystko już
zaplanowane.
- Zaraz wstaję - powiedziała Marika, czując, że przynajmniej jedną
decyzję musi teraz podjąć samodzielnie.
- Jeśli już się wyspałaś, to chodź - zgodziła się łaskawie babcia. -
Twoja suknia stoi na środku salonu. Chciałam nią nacieszyć oczy, więc
jeśli Maurycy zamierza cię dziś odwiedzić, daj znać pani Lusi, niech ją
schowa. Ale mówię ci, kochana, suknia wygląda cudownie. Zajmuje prawie
pół salonu, a on jest przecież wielki. Nawet Kate Middleton takiej nie
miała.
Marika już od pierwszej przymiarki zastanawiała się, jak udźwignie na
swoich wątłych plecach tyle kilogramów haftowanego atłasu, koronki i tiulu. Suknia rzeczywiście była piękna. Wspaniale się prezentowała na
manekinie. Z całą pewnością stanowiła ucieleśnienie marzeń niejednej
dziewczyny. Marika wyglądała w niej jak wróżka. Ale zdecydowanie tonęła
w zwojach błyszczącej materii i bała się, że tuż przed ołtarzem wyrżnie
twarzą w podłogę, bo niefortunnie nadepnie na kawałek trenu lub zahaczy
obcasem o koronkę.
- Mam tylko nadzieję, że ktoś docenia moje starania - upewniła się
babcia, patrząc na Marikę znacząco. Jej wzrok miał wagę ołowiu.
Wnuczka jej nie odpowiedziała. Pospiesznie ewakuowała się do łazienki.
Nie chciała o tym wszystkim myśleć. Kiedy babcia wspominała imię
Maurycego, wiało takim chłodem, że galaretka się ścinała bez lodówki.
Marika coraz wyraźniej to dostrzegała.
- Czasem mam wrażenie, że nikt nie docenia tego, co robię - dokończyła
Apolonia swoją myśl.
Spojrzała w stronę zamkniętych drzwi, za którymi szumiała już woda z prysznica. Marika niepokojąco dyskretnie cieszyła się weselem. Żadnych
pisków, podskoków, rzucania się na szyję z wdzięcznością
charakterystyczną dla szczęśliwych młodych kobiet. Żadnego buszowania po
sklepach, przeżywania, czy koronka pasuje do tiulu. Nic. A Tymoteusz też
jak zwykle tylko tonął w papierach i rozwodził ludzkość, zamiast się
zakochać i dać rodzinie więcej wnuków. Nie potrzebowali przecież
kolejnych pieniędzy, tylko spadkobierców!
- Ot, niewdzięczność! - Apolonia westchnęła ciężko.
Czasem męczyły ją podejrzenia, że brak docenienia otacza ją ze
wszystkich stron. Podobnie jak niezrozumienie wobec jej wielu talentów,
kompetencji i genialnych pomysłów. Jakby nikt na świecie nie umiał w pełni oszacować ich wartości.
Ale myliła się. Nie wiedziała, że jest przynajmniej jeden człowiek,
który podziwia ją ze wszystkich sił. Wręcz bezgranicznie.
* * *
- Co za kobieta! Powiadam tobie, co za kobieta! - Alojzy Fuksiński
wzniósł oczy do nieba, po czym poprawił się, bo trochę mu już ścierpły
kolana od tego siedzenia w krzakach. - Po prostu delicje. Słyszałeś, jak
sobie świetnie poradziła? Pokonała elektryczny zamek, jakby to była
kłódka do wychodka.
Janek, jego syn, kiwnął głową i jednocześnie przewrócił oczami.
Standardy, według których ojciec oceniał ludzi, od zawsze go zadziwiały.
- Twarda sztuka, panie tego... - zachwycał się dalej jego tata. - To
będzie skok mojego życia. Obrobimy ten dom do gołych ścian i przechodzę
na godną emeryturę. Zasłużoną. To będzie taki skok, że sam się będziesz
własnym wnukom chwalił.
Janek poprawił się. Też mu ścierpły kolana. Czuł się jak w alternatywnym
świecie. Dopiero co obronił pracę magisterską, obracał się wśród
logicznie myślących ludzi, twardo stąpających po ziemi. A potem wrócił
do domu i jakby się znalazł na innej planecie.
- Jak to fajnie, synu, że już zjechałeś z tych swoich nauk - powiedział
tata w tym samym momencie i poprawił słuchawki. - Już myślałem, że to
się nigdy nie skończy. Czekam na ciebie i czekam. Ale dobrze, żeś się
wykształcił. Czas wnieść trochę nowoczesności do rodzinnego biznesu.
- Tato! - Janek westchnął. - Tłumaczyłem ci sto razy, że idę do pracy.
Nie będę z tobą chodził na żadne włamy.
Rzeczywiście studia nieco mu się przeciągnęły. Zaliczył po drodze wyjazd
za granicę i dwa lata przerwy. Jakby się bał skończyć. Okazało się, że
słusznie.
- Oczywiście. Panie tego... Czas ci na swoje. - Ojciec z trudem się
powstrzymał, by nie pogłaskać go po głowie jak dawniej. Był tak dumny z syna, że omal nie pękał. - Nie martw się. Wszystko ci przekażę:
kontakty, rejon, przykrywkę. Firma transportowa daje takie możliwości do
przekrętów jak mało co. Jesteś zabezpieczony pod każdym względem.
- Skończyłem wydział informatyczny... - zaczął Janek bez specjalnej
nadziei na sukces.
- To tylko świetnie. Widzisz, jaki masz talent? - Tata spojrzał na niego
z dumą i zatarł dłonie. - Laptop mi skonfigurowałeś pierwsza klasa. -
Palce lizać, panie tego... Podsłuch mi się teraz ładnie zapisuje i mogę
sobie spokojnie odtwarzać. Nadajesz się do współpracy.
- Sam jestem na siebie wściekły, że się dałem namówić. - Janek znów
westchnął. Czuł, że powrót do domu będzie trudny, ale nie spodziewał
się, że aż tak. - Pójdę przez ciebie siedzieć.
- I bardzo dobrze - zareagował natychmiast ojciec. - To czyni z człowieka mężczyznę - dodał z namaszczeniem. - Pradziad siedział jeszcze
za cesarza, dziad siedział, ojciec mój siedział, ja siedziałem, tako i tobie w stosownym czasie trzeba będzie z godnością za kratki iść.
- Nie ma mowy. - Janek wzdrygnął się przed tą okropną rodzinną tradycją,
non stop przedstawianą jakby to była największa chluba.
- O nic się nie martw. - Ojciec nawet tego nie zauważył. - Mam wszędzie
kontakty. Posadzimy cię z moimi znajomymi. Panie tego... Od razu tam z najlepszym nazwiskiem pójdziesz. Fuksińscy sroce spod ogona nie wypadli,
na komisariacie o nas niejedno słyszeli, choć udowodnić nic nie mogą.
Nie mogą - powtórzył z zadowoleniem, roześmiał się i znowu zatarł dłonie
z zadowoleniem.
Wypiął szeroką pierś, a Janek mimo woli spojrzał na niego z bezwiednym
podziwem. Przez całe życie walczył z tym uczuciem. Tata miał swoje wady,
ale spod jego uroku nie sposób było się uwolnić. Postawny i przystojny,
wysportowany, zawsze wesoły, choć raptus, wychowywał syna z wielkim
poświęceniem. Umiał być jednocześnie czuły i silny. Zapewnił synowi
wspaniałe dzieciństwo. Im Janek był starszy, tym lepiej rozumiał, jak
wielka to rzadkość.
Jednak jakkolwiek kochał ojca, nie spieszyło mu się za kratki. Tata
zwykł się przyjaźnić z różnymi typami spod ciemnej gwiazdy i miał dość
specyficzne pojęcie o dobrym imieniu rodu. Opierał je między innymi na
tym, że najczęściej okradał polityków, o których miał niezbyt dobre
mniemanie, przekonany, że w ten sposób spełnia patriotyczny obowiązek
wobec narodu.
- Mówiłem ci, że idę do uczciwej roboty, normalnie na etat - powtórzył z naciskiem Janek. Od tygodnia próbował się rozmówić z ojcem.
- Czekaj, czekaj - zbył go tata. - Bo one tu coś ważnego mówią. -
Przyłożył mocniej słuchawki do ucha. - Ach! Co to za kobieta! -
Westchnął znów z fascynacją. - Powiadam tobie, zamek elektroniczny
sforsowała bez mrugnięcia okiem. Taki talent się w zwykłym biznesie
marnuje...
Janek zacisnął usta. Jego samego ojciec jeszcze nigdy tak nie pochwalił,
choć skończył niełatwe studia, a program, który napisał w ramach pracy
magisterskiej, kupiła na pniu duża firma informatyczna. Ale dla taty
takie kompetencje niewiele znaczyły. Liczyły się włamy, kradzieże, plany
wejścia do pilnie strzeżonych budynków. Tylko to mu imponowało.
- Tylko ten jeden raz ci pomagam - powtórzył chłopak, lecz ojciec wciąż
go nie słuchał. W pełni skupiony był na tym, co działo się w pięknym
domu otoczonym wysokim murem.
- Mógłbyś mi jeszcze zamontować kamerki - powiedział do syna. -
Mielibyśmy pełny wgląd na sprawę. Profesjonalnie.
- Może ci jeszcze stronę na Facebooku założę? Będziesz sobie wrzucał
zdjęcia z każdego włamu! - zdenerwował się Janek.
- Jeśli by to miało wykończyć konkurencję, to dlaczego nie. - Tata
niewzruszenie trwał przy swoim. - Trzeba iść z duchem czasu.
- Całkiem zwariowałeś. Chcesz, żeby cię złapali?!
- Cicho bądź! Nie ucz życia starego człowieka. Zapłaciłem za twoje
studia, mieszkanie ci kupiłem niejedno, panie tego... wyprowadziłem na
ludzi.
- Tak, oczywiście...
Janek słyszał to nie pierwszy raz. Tata oczekiwał wdzięczności, a on
ciągle odnosił dziwne wrażenie, że słusznie. Wiele dzieci mierzy się z takim wyzwaniem, ale jego sytuacja była naprawdę wyjątkowa.
- Więc skup się, jak jesteś w robocie! - zawołał tata energicznym tonem.
- O dziesiątej trza nam na kawę do domu wracać. Pamiętaj o tym zawsze,
żeby nie pracować całymi dniami. Nauczyłem się tego od jednego trenera
personalnego, cośmy go z Kazikiem opędzlowali z dóbr doczesnych parę lat
temu na wiosnę. Będzie mu lżej kiedyś do raju iść za to, że nam pomógł.
Trzy tygodnie go podsłuchiwaliśmy. Człowiek się niejednego dowiedział.
To się nazywa work life balance - te słowa wypowiedział z dumą,
zadowolony ze swoich kompetencji.
Janek wzniósł oczy do nieba. Ale ono nie zareagowało. Wręcz przeciwnie -
od lat zdawało się sprzyjać ojcu. Nie na darmo z dumą nosił swoje
nazwisko. Alojzy Fuksiński. Fuks go rzeczywiście nie opuszczał.
- Mówią, że ślub w sobotę o trzynastej. - Ojciec znów skupił się na
podsłuchu. - Babcia kupiła welon na cztery metry. Nieźle, nieźle... -
Pokiwał głową z uznaniem. - Jak ty się będziesz żenić, zamówimy, panie
tego... na pięć - postanowił szybko. - Powiadam tobie, trza mieć swój
honor.
- Mam nadzieję, że ten welon to nie dla mnie. - Janek się skrzywił .
- A skąd? - Ojciec się roześmiał. - Jesteś poważnym człowiekiem, wygłupy
nie dla ciebie. Tym bardziej że dopiero zaczynasz, prawdziwe dokonania
masz jeszcze przed sobą...
Janek nic nie odpowiedział. Poczucie winy, że rośnie, spożywa posiłki,
oddycha i jeszcze nie zrobił żadnego włamu, było mu wdrukowywane w mózg
od dzieciństwa. Ojciec z wielkim niezadowoleniem przyjmował jego
świadectwa z paskiem, ze szczególnym obrzydzeniem zaś patrzył na wzorowe
zachowanie jedynaka. On sam miał zawsze w szkole szereg kłopotów i do
dzisiaj głowił się, jakiej dziwnej kombinacji genów zawdzięcza takie
grzeczne dziecko. Świętej pamięci mamusia Janka raczej się do tego nie
przyczyniła, bo ziółko z niej było wyjątkowe.
- Wracamy! - Ojciec spojrzał na zegarek, po czym podniósł się ostrożnie
z kolan, pomasował sobie plecy i schował słuchawki do torby. - Następnym
razem może posiedzimy jednak w zaparkowanym samochodzie.
- Mówiłem. - Janek nie mógł się oprzeć, by tego nie wypomnieć.
- Oj tam! - Tata machnął ręką. - Wygoda może i jest ważna, ale praca to
powołanie, pasja! - zawołał z namaszczeniem. - Trzeba do niej podchodzić
z szacunkiem. Lubię przed akcją osobiście sprawdzić teren. Poczuć trawę
pod stopami, zapach powietrza, atmosferę. Tego się nie da w komputrze
obliczyć. Poza tym - przyznał się - chciałem cię dzisiaj zabrać na
akcję. Ja i tak mam wszystko od dawna przygotowane.
Janek mimo woli słuchał go z fascynacją. Ojciec był człowiekiem
obdarzonym niewątpliwą charyzmą. Chłopak zawsze się zastanawiał, dokąd
tata by w życiu doszedł, gdyby wybrał inną, bardziej legalną drogę
zawodową.
- Jedziemy! - zarządził ojciec, strzepnął liść z dżinsowych spodni, po
czym obaj wsiedli do starego Fiata, którym tata zawsze jeździł, jak to
mawiał, do pracy. Czasem go zamieniał na równie wiekową Skodę.
Janek zapiął pasy.
- Cholera, jak późno! Babcia nas prześwięci. Panie tego... będą kłopoty -
powiedział tata z drżeniem w głosie.
Babcia Izydora. Jedyna osoba, wobec której ojciec czuł respekt, a właściwie nawet strach. Sądu Ostatecznego tak się nie bał jak swojej
matki. O wymiarze sprawiedliwości nie wspominając. Wszystko w niej było
groźne, od imienia począwszy.
- Zdążymy. - Janek powiedział to uspokajającym tonem, ale i on poczuł
dreszcz.
Podczas długiego pobytu na studiach trochę już zapomniał, jak to jest,
gdy babcia się wnerwi. A miała w tym zakresie szeroki repertuar środków,
którymi potrafiła dać do zrozumienia, jak bardzo jest niezadowolona.
Rozdział 2
W którym wątpliwości pojawiają się nie tam, gdzie trzeba, plan włamu
krystalizuje na dobre, a niewypowiedziane słowa zaczynają buzować,
grożąc poważnymi skutkami.
Wrześniowy wieczór powoli szykował się na spotkanie z nocą.
Słońce zaszło za horyzont i w pięknej willi przy ulicy Rumiankowej
zrobiło się ciemno. Babcia Apolonia jeszcze nie wróciła z biura. Tata -
jak zawsze po kolacji - zamknął się w swoim gabinecie, żeby przejrzeć
papiery. Agatka pokonała go dzisiaj w sądzie. Wrócił więc z podkulonym
ogonem, gotowym wnioskiem o apelację i szczerym zamiarem poruszenia
nieba i ziemi, by w jutrzejszym sporze nie dać się podejść. Pracował do
końca tygodnia. Nawet ślub córki nie był go w stanie skłonić do wzięcia
urlopu. Zresztą i tak wszystko działało jak w zegarku. Nie czuł się
potrzebny.
Marika siedziała sama w salonie i wpatrywała się w swoją suknię ślubną.
Oświetlały ją tylko blask księżyca w pełni i niewielka lampka stojąca
obok kanapy. Suknia wyglądała zjawiskowo. Srebrna poświata załamywała
się na misternym hafcie i fałdach gładkiej tkaniny. Długi tren układał
się w fale, a welon niczym miękka śmietanka oblewał go z obu stron
przezroczystą zasłonką. To było prawdziwe dzieło sztuki. Marika
przyłapała się na pokusie, że chciałaby być na tym wymarzonym ślubie
tylko gościem. Móc jak inni usiąść w ławce i podziwiać cały ten
spektakl. Z pewnością piękny.
Drgnęła, kiedy zadzwonił telefon.
- Cześć, kochanie - usłyszała trochę niepewny głos Maurycego. - Nie
śpisz jeszcze, więc chciałem cię złapać.
- Nie śpię - przyznała. - Skąd wiesz?
- Mógłbym powiedzieć, że serce mi to podpowiedziało, ale tak naprawdę
zobaczyłem, że jesteś aktywna na Messengerze.
Rzeczywiście Marika przed momentem sprawdzała wiadomości. Nawet tam ją
obserwowano. Westchnęła, a potem przycisnęła słuchawkę do ucha.
- Boisz się tego wszystkiego? - zapytała spontanicznie.
Potrzebowała się wygadać. Chciała wierzyć, że babcia ma rację. Jej
wątpliwości to zwykła przedślubna trema. Bardzo teraz potrzebowała, by
ktoś to potwierdził, poukładał sprawy na właściwych miejscach.
- Ależ skąd! Ja się niczego nie boję - powiedział Maurycy pospiesznie i niepokojąco nerwowo. - Mam nadzieję, że ty też nie. Prawda? - zapytał,
ale nawet nie dał jej czasu na odpowiedź. - Przestraszyłaś mnie. Liczę,
że się nie rozmyślisz w ostatniej chwili. Wiesz, że moją mamę dwóch
narzeczonych zostawiło tuż przed ołtarzem. Do tej pory ma traumę.
- Wiem! - zawołała Marika.
Nie sposób było o tym zapomnieć choćby na chwilę. Mama Maurycego, a jej
przyszła teściowa, miała na punkcie odwołanych ślubów prawdziwą obsesję.
W jej obecności nie wolno było nawet wspominać nazwiska Julii Roberts.
Nie znosiła tej aktorki za rolę w filmie Uciekająca panna młoda.
Pani Musiołek była tak bardzo wystraszona, że narzeczona syna zwieje
sprzed ołtarza, że pewnie najchętniej przywiązałaby ją łańcuchem i gwoździem przybiła do podłogi brzeg sukni. Jej niepokój udzielał się
wszystkim.
- Nie martw się - powiedziała Marika, odruchowo przejmując rolę
pocieszycielki, choć sama teraz potrzebowała wsparcia. - Ustaliliśmy
przecież, że nie jesteśmy jak nasi rodzice. Napiszemy razem nową
historię. Własną.
- Nie widzę innego wyjścia - odparł Maurycy. - W przeciwnym razie twój
tata rozwiedzie nas z największą przyjemnością. A ja będę miał
przerąbane.
- Jak ci idzie w pracy? - zapytała, żeby zmienić temat.
Liczyła na relaksującą rozmowę, ale z każdym słowem narzeczonego coraz
bardziej się denerwowała. Maurycy nie potrafił jej uspokoić.
- Dostałem awans! - pochwalił się chłopak. - I większy gabinet, z widokiem na miasto. Jak w amerykańskich filmach.
- Co będziesz teraz robił? - zapytała, bo ta sytuacja wydała jej się
podejrzana.
- Jeszcze dokładnie nie wiem - odparł. - Twoja babcia ma się ze mną
spotkać już po weselu i ustalić dokładny zakres obowiązków. Na razie ma,
jak wiesz, okropne urwanie głowy ze wszystkimi sprawami do załatwienia.
Marika westchnęła. Tego się właśnie obawiała. Maurycy dostał fikcyjne
stanowisko. Zapewne z pięknie brzmiącym tytułem, śliczną tabliczką na
drzwiach i niezłym uposażeniem, żeby mógł utrzymywać rodzinę. Ale
żadnych realnych obowiązków, a przede wszystkim uprawnień nie otrzyma.
Wykazuje się sporą naiwnością, sądząc, że dzieje się tutaj coś
prawdziwego.
Apolonia Darska nie lubiła przyszłego męża wnuczki od pierwszej chwili,
a on nie zdołał tego zmienić. Nie ufała mu do tego stopnia, by pozwolić
parzyć kawę w swoim wypasionym ekspresie, o jakiejkolwiek większej
odpowiedzialności nie wspominając. Cała firma po cichu już się z niego
śmiała, choć pracował tam dość krótko.
Utrzymanek! To słowo przylgnęło na dobre. Najgorsze, że Maurycy zupełnie
tego nie widział. Cieszył się z kolejnych awansów i osiągnięć, windowany
po ścieżce kariery przez babcię tak szybko, jak tylko pozwalały na to
procedury. Jego mama też pękała z dumy. Oboje byli szczęśliwi bez
zastrzeżeń.
- Kocham cię - powiedział właśnie Maurycy z żarem w głosie. Szczerze.
Wiedziała o tym. Nie związał się z nią dla pieniędzy. Co do tego nie
miała wątpliwości. W jego sercu mieszkała taka prostolinijność, że
matematycy mogliby jej używać jako wzorzec do pomiarów. Nigdy jej nie
oszukał. Nie zasługiwał, by tuż przed najważniejszą uroczystością w życiu nękać go wątpliwościami.
Zresztą jaki to miałoby sens? Cokolwiek by teraz myśleli i tak wiadomo,
że żadne z nich się nie wycofa. Kochali się przecież. I nie mieli natury
buntowników.
Są i tacy ludzie na świecie - pomyślała Marika. - Nie każdy musi wykuwać
nowe ścieżki. Niektórzy po prostu płyną z nurtem. I tak też jest dobrze.
Nie miała zamiaru zostawiać Maurycego przed ołtarzem ani robić mu żadnej
innej przykrości. Dlatego pogawędziła z nim jeszcze pół godziny, po czym
pożegnała się serdecznie. Odłożyła telefon i zaczęła przygotowywać się
do snu. Ruszyła w stronę łazienki. Sama nie zauważyła, kiedy zaczęła się
spieszyć. Wszystkie czynności poszły jej błyskawicznie. Gdy tylko
znalazła się w łóżku, natychmiast zamknęła oczy.
Czekała, choć prawdopodobieństwo, że pojawi się ten sam sen, co nad
ranem, było doprawdy znikome. Ale nadzieja w niej nie gasła.
Wyobraźnia. To był jedyny świat, który należał tylko do niej. Tu nikt
nie miał szans się włamać, podejrzeć ani niczego dla niej zaplanować.
Mogła być wolna. I mieć nadzieję, że przystojny brunet znowu ją dziś
odwiedzi.
Nikt się nie dowie - uspokajała sumienie. - To przecież tylko sen...
Rozdział 3
W którym dochodzi do niespodziewanego spotkania, sprawy się komplikują,
truskawki odbywają podniebną podróż, a babcia Izydora ma sporo do
powiedzenia.
Następnego dnia Janek o świcie zszedł na śniadanie. Spał na poddaszu,
miejscu, gdzie nigdy nie postała stopa żadnego gościa. Rodzinny dom był
podzielony na specjalne strefy. Przedsionek wyglądał bardzo skromnie.
Zwykłe linoleum na podłodze, używane meble. Tam wpuszczano kurierów,
listonoszkę i niektórych sąsiadów. Dalej mieściła się kuchnia, duża i staroświecka, bardzo przytulna, lecz prosto wyposażona, nie licząc
drobiazgów i paru mebli, które - jak to określała babcia - tata
przynosił z pracy.
Za nią znajdował się pokój gościnny, do którego zapraszano czasem
rodzinę i gości. Na poddasze nie wchodził nikt. Tam Alojzy Fuksiński
miał sypialnię i trzymał sporo swoich zdobyczy oraz pamiątek. Tuż obok
Janek od dzieciństwa zajmował niewielki pokój. Sypiał w nim, bawił się,
ale nigdy nie zapraszał kolegów. Byłoby to zbyt ryzykowne. Za blisko
pełnej sekretów jaskini ojca.
Schodził teraz po schodach i czuł, jakby czas się cofnął.
Duża staroświecka kuchnia jak zawsze mieściła się w samym centrum domu.
Wielki stół był zwykle suto zastawiony posiłkami. Teraz trochę się
pozmieniało, bo babcia przeszła na dietę. Ale wcale nie tak łatwo było
to zauważyć. Zapachy, jakie dochodziły z dołu, zdolne byłyby sprowadzić
na grzeszną drogę glutenowych pokus nawet Annę Lewandowską. Janek od
razu poczuł się głodny. Nie zanosiło się jednak na spokojny posiłek.
Ledwo wszedł i usiadł przy stole, został zaatakowany ważnymi kwestiami.
- Ty ojca szanuj! - Babcia Izydora postawiła przed nim talerz owsianki
polanej musem truskawkowym z takim impetem, że owoce, którymi była
udekorowana potrawa, aż podskoczyły, by po chwili spaść ponownie w sos z głośnym mlaśnięciem. - Całe życie ciężko harował, żeby cię wychować na
ludzi! - Spojrzenie towarzyszące tej ostatniej myśli świdrowało niczym
wiertarka udarowa. Miało swoją moc. Podobnie jak babcia, która szczyciła
się słuszną posturą, szerokimi ramionami i równie rozległymi biodrami.
Miała wielkie dłonie i ciemne włosy na brodzie. Za nic nie godziła się
ich depilować, wychodząc z założenia, że co Bóg złączył, człowiek nie
powinien rozdzielać. - Ojcu zawdzięczasz wszystko! - zakończyła, po czym
położyła ciężką dłoń na stole.
Janek miał wrażenie, że w ostatniej chwili powstrzymała się, by nie
palnąć mocniej i wysłać truskawki w kolejną podniebną podróż. Z pewnością wystarczyłoby jej mocy.
Miał wrażenie, że znów jest dzieckiem. Znajoma potrawa potęgowała to
odczucie. Babcia Izydora dawno temu wyczytała w jakiejś gazecie dla
gospodyń, że dzieci karmione owsianką rosną silne i zdrowe. Natychmiast
więc z uporem, któremu dorównywała tylko jej imponująca postura,
gotowała wnukowi tę szarą miksturę przez całe dzieciństwo. Zmieniały się
tylko sosy - w rytm pór roku i pojawiających się kolejno darów natury w ogrodzie. Babcia była niezwykle oszczędna, nie dopuszczała, by cokolwiek
się zmarnowało.
- Przecież wiem o tym. - Janek próbował dyskutować, ale tylko został
obdarzony kolejnym ciężkim spojrzeniem. Bardzo przenikliwym. Szukającym
skrytych myśli.
Szybko dał spokój. Miał niejedną tajemnicę i na razie nie czuł się na
siłach, by dokonywać domowej rewolucji. Usiadł przy stole na drewnianym
krześle obitym jedwabiem. Nie znał się na tym zbyt dobrze, ale zapewne
jego tyłek mościł się właśnie na jakimś antyku z czasów Ludwika XVI,
eksponacie z ojcowskich skoków. Babcia go przyniosła ze stodoły, bo
spodobał jej się wzór w róże.
- Popatrz, dziecko - powiedziała do Janka, stawiając dokładkę sosu
truskawkowego w salaterce z miśnieńskiej porcelany - jakie to porządne
rzeczy ludzie teraz wyrzucają! Ja wiem, że to stare. Ale całkiem jeszcze
dobre, prawdopodobnie przedwojenna robota. Dziś takiego nigdzie nie
kupisz.
Na aukcji za grube pieniądze - pomyślał Janek, ale oczywiście się nie
odezwał.
Babcia całe życie była przekonana, że jej syn, podobnie jak kiedyś mąż,
prowadzi firmę transportową, głównie zajmującą się przeprowadzkami.
Ciężko pracuje i ledwo wiąże koniec z końcem. Jeśli przynosi czasem do
domu różne rzeczy, to tylko dlatego, że klienci mu oddają coś, co im
zbywa.
Babcia Fuksińska usiadła naprzeciw wnuka. Cieszyła się ogromnie, że
wrócił do domu. Znów mogła go posadzić przy stole i nakarmić. Nawet
wzruszenie ścisnęło ją za gardło, choć nie była zbyt skora do takich
uczuć. Ale teraz miała misję i nie czas był na żadne czułości. Zaplotła
ciężkie dłonie i złożyła tuż przed obfitym biustem, który właśnie mocno
falował w rytm targających nią emocji.
- Ojciec mi powiedział, że ty do jakiejś obcej firmy chcesz iść -
powiedziała wreszcie silnym, lekko zachrypniętym głosem. Kiedyś bali się
go wszyscy koledzy z klasy. Do dziś zresztą większość czuła wobec niej
respekt.
- Babciu... - Janek odłożył łyżkę. - To przecież normalne. Skończyłem
studia, dorosłem.
- To jasne - przyznała szybko. - I masz gdzie pracować - dodała
natychmiast. - Firma ojca czeka. Jemu już czas odpocząć. Całe życie się
nie oszczędzał. W więzieniu nawet za komuny siedział. Politycznie
oczywiście.
Jasne! - pomyślał Janek. Dobrze wiedział, że ojciec wpadł podczas
jednego ze skoków na dom partyjnego dygnitarza.
Ale nie zaprotestował. W sumie to w pewnym sensie rzeczywiście tata
politycznie siedział. Babcia miała osiemdziesiąt pięć lat. Nie chciał,
by prawda doprowadziła ją do zawału. Co by to zmieniło? Ojciec i tak
przechodził za tydzień na emeryturę.
Czekał go jeszcze tylko ten jeden skok. Oby nie zakończył się
katastrofą! - pomyślał po raz tysięczny. Ciągle dręczyło go przeczucie,
że tym razem tatę złapią.
Z niepokoju pochłonął całą owsiankę w kilka sekund. Wolałby mieć
normalną rodzinę i zwykłe problemy. Ojca na przykład strażaka i babcię,
która nie upycha po spiżarniach zabytkowych świeczników, tylko zwykle
truskawki w cukrze. Ale nikt go o zdanie nie pytał.
W pokoju obok kuchni tata siedział już na kanapie i rozkładał papiery.
Trzeba przyznać, że całkiem fachowo to wyglądało. Mapy, zestawienia oraz
sporządzone starannym pismem notatki z podsłuchu. Podniósł na chwilę
wzrok, po czym uśmiechnął się ciepło do syna. Jego srebrne włosy
błyszczały, ułożone do góry od lat w ten sam sposób. Zmarszczki układały
się wokół oczu w równomierne wachlarzyki. Tata był kochany i to właśnie
okazało się najgorsze.
Janek widział te przygotowania, rysunki i szkice nie po raz pierwszy.
Jednak teraz czuł największy niepokój. Rosła w nim pewność, że ten skok
się nie uda. A przy okazji wyjdą na jaw liczne stare sprawy i dojdzie do
prawdziwej katastrofy. Wystarczy, że policja przeszuka stodołę albo
zajrzy na poddasze.
Serce mu się ścisnęło. Kochał ojca. Mimo wszystko i ponad wszystko.
- Dziś też idziemy w teren - powiedział tata z zadowoleniem. Bardzo
lubił pracować z Jankiem. - Wprawdzie, co mi potrzebne, to już wiem, ale
trzeba cały czas trzymać rękę na pulsie - wprowadzał syna w tajniki
zawodu. - Ślub zaplanowali na trzynastą w sobotę. Wszyscy zaproszeni.
Nawet gospodyni. Dom zostanie pusty ten jeden jedyny raz. Tak to jest,
jak się ludzie spoufalają ze służbą - dodał.
- Takich bogaczy przeprowadzasz? Służbę mają? - Babcia usiadła na brzegu
kanapy i z szacunkiem spojrzała na rozłożone papiery.
Przyniosła ze sobą swoje śniadanie. Wielki jak koło młyńskie talerz
kanapek z jajkiem oraz szczypiorkiem. Zapachniało w całym pokoju.
- Wiesz, jak to jest, mamo. Biedny to nie ma co przenosić i często też
sam sobie umie poradzić.
- Święte słowa. - Babcia Izydora kiwnęła głową i na wszelki wypadek
pobożnie się przeżegnała. - Patrz i ucz się - zwróciła się do Janka. -
Ciężką, uczciwą pracą też można zbudować dobre życie.
Ojciec kiwnął głową z aprobatą. A potem sięgnął po jedną z kanapek.
Kusiły aromatem. Krojone były z całej długości chleba. Posmarowane grubą
warstwą masła, prócz jajek zostały obłożone dodatkowo kiełbasą i polane
majonezem. Stanowiły bardzo solidny posiłek.
- Dla mnie bez majonezu, bo się odchudzam - powiedziała babcia, patrząc
na swój talerz, po czym bez mrugnięcia okiem pochłonęła kilka solidnych
pajd.
- Przygotuj się - powiedział tata do Janka, przełykając pospiesznie
spory kawałek smakowitego kęska z dużą porcją jajka. - Dziś ruszamy
wcześniej. To jedno z trudniejszych zleceń - podkreślił ostatnie słowo,
spoglądając trwożnie na babcię.
Ciągle się bał, że ona w końcu dowie się prawdy i wtedy urwie mu głowę.
Było w przeszłości wiele momentów, kiedy dowody wprost leżały przed jej
oczami. Ale na razie nic takiego się nie stało. Nawet gdy w stodole
znalazła sztabki złota, nie skojarzyła faktów. Nie zastanowiło jej,
dlaczego jej syn, choć oficjalnie ledwo wiąże koniec z końcem, zawsze ma
pieniądze. Argument, że dobrze gospodaruje, jakoś jej wystarczał. Zwykle
przenikliwa, w tej kwestii pozostawała ufna.
Ponoć jeśli ktoś nie wierzy, że coś istnieje, nigdy tego nie dostrzeże.
Było chyba sporo prawdy w tym sformułowaniu. Niezłomne przekonanie babci
Izydory o uczciwości syna nigdy się nie zachwiało. Podobnie jak kiedyś w kwestii męża. On też prowadził przez lata podwójne życie i choć nie
osiągał takich sukcesów, jak Alojzy, to w trudnych czasach powojennych
ukradł komunistom sporo cennych rzeczy. Choć trzeba dodać, że wtedy
wszystko było wartościowe. Nawet worek mąki czy rolki papieru
toaletowego.
Janek chciał coś rozsądnego powiedzieć. O przepisach prawnych, realnym
życiu, własnych planach. Ale wiedział, jak słabo by to zabrzmiało. W tym
domu obowiązywały inne zasady i trzymały się niezwykle mocno. Więc choć
czuł się dziwnie i wewnętrznie cały był przeciw, wstał i zaczął się
przygotowywać do wyjścia. Nie mógł ojca puścić samego.
Wyszli na zewnątrz. Tata zamknął drzwi i upewnił się, że babcia nie
słyszy.
- Kamerki mi nie założysz? - zapytał konspiracyjnym tonem. - Mielibyśmy
na ostatni skok taki wypas, że moim kolegom wyszłyby oczy na wierzch. A śmiali się, że nadaremnie kształcę syna...
- Nie ma szans - przerwał mu Janek i wzdrygnął się na myśl, że miałby
wchodzić do cudzego domu i robić takie rzeczy.
Tata westchnął z rezygnacją i Janek mimo woli poczuł, że jest mu
przykro. Bardzo chciał sprawić ojcu jakąś radość. Choć raz poczuć, że
tata jest z niego dumny. Niestety jego oczekiwania przerastały
możliwości Janka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki