Rozdział 4
Tydzień później rodzeństwo Hathawayów wraz z całym swoim dobytkiem przeniosło się z Londynu do nowego domu w Hampshire. Pomimo wielu wyzwań, które ich tam czekały, Amelia wierzyła szczerze, że ta okoliczność dla wszystkich okaże się korzystna.
Z domem w Primrose Place wiązało się zbyt wiele wspomnień. Po śmierci rodziców życie młodych Hathawayów nie wróciło już do normy. Pan Hathaway umarł na serce, a jego żona, z żalu, kilka miesięcy później. Ściany absorbowały smutek sierot, aż stał się ich częścią, tak jak farba, papier i drewno. Amelia nie mogła patrzeć na kominek w salonie, nie przypominając sobie za każdym razem matki, która siadywała przy nim z robótką, ani chodzić do ogrodu bez myślenia o ojcu, przycinającym swoje słynne, nagradzane róże aptekarskie.
Sprzedała więc dom bez żadnych skrupułów - nie z braku uczuć, lecz raczej przez ich nadmiar. Za dużo w nim było emocji, za dużo smutku. Nie można patrzeć w przyszłość, jeśli ciągle pamięta się o bolesnej stracie.
Jej rodzeństwo nie protestowało. Dla Leo nic nie było ważne - mogłaby mu powiedzieć, że będą mieszkać na ulicy, a on powitałby nowinę obojętnym wzruszeniem ramion. Win, następna według starszeństwa po Amelii, była zbyt słaba po przebytej chorobie, aby sprzeciwiać się jej decyzjom. A Poppy i Beatrix były na to za młode, a poza tym same łaknęły zmian.
Amelia była zdania, że tytuł nie mógł im przypaść w bardziej odpowiedniej chwili. Choć musiała przyznać, że nie wiadomo było, jak długo Hathawayowie zdołają go utrzymać.
Tak naprawdę, nikt nie chciał zostać kolejnym lordem Ramsay. Poprzedni trzej padli ofiarą złośliwego losu, którego uwieńczeniem była przedwczesna śmierć. To wyjaśniało po części, dlaczego dalecy krewni Hathawayów ucieszyli się, gdy tytuł przypadł Leo.
- Dostanę jakieś pieniądze? - Takie było pierwsze pytanie brata, gdy dowiedział się, że odziedziczy godność para.
Odpowiedź można było uznać za twierdzącą. Leo dziedziczył posiadłość w Hampshire o ograniczonym areale i skromny roczny dochód, którego nie trzeba było poświęcać na jej utrzymanie.
- Nadal będziemy biedni - oznajmiła mu Amelia, gdy przebiegła wzrokiem list od prawnika, opisujący majątek i jego problemy. - Posiadłość jest niewielka, służba i znaczna część dzierżawców odeszła, dom się sypie, a tytuł jest najwyraźniej przeklęty. Mamy dalekiego kuzyna, który prawdopodobnie powinien dziedziczyć przed tobą. Możemy spróbować zrzucić to wszystko na niego. Istnieje cień szansy, że interesy naszego praprapradziadka nie były do końca legalne, co pozwoliłoby zrzec się nam tytułu ze względu na...
- Przyjmę tytuł - powiedział Leo stanowczo.
- Bo tak jak ja nie wierzysz w klątwy?
- Bo jestem już tak cholernie przeklęty, że jeszcze jedna nie zrobi żadnej różnicy.
Nigdy jeszcze nie byli w południowym Hampshire, teraz więc wszyscy Hathawayowie, z wyjątkiem Leo, wykręcali szyje, aby podziwiać widoki.
Amelia uśmiechnęła się, widząc ożywienie sióstr. Poppy i Beatrix, obie ciemnowłose i niebieskookie, były przepełnione nadziejami. Wzrok Amelii powędrował do Win i zatrzymał się na niej, aby uważnie oszacować jej stan.
Win wyglądała zupełnie inaczej niż reszta ich małej gromadki. Jako jedyna odziedziczyła jasne włosy i introwertyczną naturę po ojcu. Była cicha i nieśmiała, wszystkie niewygody znosiła bez cienia skargi. Gdy rok wcześniej przez ich wioskę przeszła epidemia szkarlatyny, Leo i Win ciężko zachorowali. Leo całkiem wrócił do siebie, ale Win pozostała krucha i blada. Lekarz zdiagnozował u niej osłabienie płuc, wywołane gorączką, które, jego zdaniem, mogło już nigdy nie ustąpić.
Amelia nie pogodziła się z tym, że Win do końca życia pozostanie inwalidką. Nieważne, jaką cenę trzeba będzie zapłacić - Win musi wyzdrowieć.
Nie można byłoby chyba sobie wyobrazić lepszego miejsca dla Win i reszty Hathawayów niż Hampshire, jedno z najpiękniejszych hrabstw w Anglii, pełne rzek, lasów, dolin i wrzosowisk. Majątek Ramsayów był usytuowany niedaleko Stony Cross, jednego z największych kupieckich centrów w hrabstwie. W Stony Cross handlowano bydłem, owcami, drzewem, kukurydzą, obfitością lokalnych odmian sera i miodem z dzikich kwiatów... Była to naprawdę ziemia mlekiem i miodem płynąca.
- Zastanawiam się, dlaczego Ramsey jest tak nieproduktywne - dumała Amelia, gdy powóz toczył się przez bujne pastwiska. - Ziemia w Hampshire jest tak płodna, że trzeba się dosłownie starać, aby nic nie wyhodować.
- Ale nasza ziemia jest przeklęta, prawda? - zapytała Poppy z odcieniem troski w głosie.
- Nie, nie sama ziemia. Tylko dziedzic tytułu. Czyli Leo.
- Ach. - Poppy wyraźnie się odprężyła. - To co innego.
Leo nie zawracał sobie głowy rozmową, kulił się w kącie ławki, patrząc na wszystkich opryskliwie. Tydzień wymuszonej trzeźwości sprawił, że jego wzrok i myśli się rozjaśniły, ale nie poprawił mu nastroju. Przy Merripenie i siostrach, które krążyły nad nim jak jastrzębie, nie miał nawet najmniejszych szans napić się czegokolwiek, poza wodą i herbatą.
Przez pierwsze dni nie mógł opanować dreszczy, dygotania i obfitych potów. Teraz, gdy najgorsze minęło, coraz bardziej przypominał siebie z dawnych dni. Niewiele osób uwierzyłoby jednak, że ma zaledwie dwadzieścia osiem lat. W ciągu ostatniego roku znacznie się postarzał.
Im bliżej byli Stony Cross, tym krajobraz stawał się ładniejszy. Trakt przebiegał obok schludnych, krytych strzechą czarno-białych domków, młynów i sadzawek, obsadzonych wierzbami płaczącymi starych kościółków z kamienia, pamiętających jeszcze czasy średniowiecza. Drozdy pracowicie obrywały dojrzałe jagody z krzewów, a kląskawki obsiadały kwitnący głóg. Na łąkach skrzyły się jesienne krokusy i uprawny szafran, drzewa mieniły się złotem i czerwienią. Na polach zaś pasły się pulchne białe owce.
Poppy odetchnęła głęboko, pełna uznania.
- Jak ożywczo - powiedziała. - Ciekawe, dlaczego wiejskie powietrze pachnie tak odmiennie?
- To zapewne ta świńska farma, obok której właśnie przejeżdżamy - mruknął Leo.
- Hampshire jest znane ze swoich wyjątkowych świń - oznajmiła radośnie Beatrix, podnosząc oczy znad broszury, opisującej południe Anglii. - Karmi się je żołędziami i bukiem, które mają bardzo pozytywny wpływ na smak bekonu. I urządzają tu doroczny konkurs kiełbasy!
Leo spojrzał cierpko na siostrę.
- Wspaniale. Nie możemy tego przegapić.
- Historia Ramsay House jest imponująca - dodała Win, która czytała gruby tom o Hampshire i okolicach.
- Nasz dom jest w książce do historii? - zapytała zachwycona Beatrix.
- To tylko króciutki ustęp, ale tak, owszem, Ramsay House został wspomniany. Oczywiście nie można go nawet porównać z posiadłością naszego sąsiada, hrabiego Westcliffa, który zamieszkuje jeden z najpiękniejszych majątków w Anglii. Jego rodzina osiadła tam prawie pięćset lat temu.
- W takim razie hrabia musi być strasznie stary - oświadczyła Poppy z kamienną miną.
Beatrix parsknęła śmiechem.
- Czytaj dalej, Win.
- Ramsay House jest położony w niewielkim parku, na który składają się przede wszystkim majestatyczne dęby i buki, otoczonym przez kępy orlic i odwiedzane przez jelenie torfowiska. Wybudowany w stylu elżbietańskim gmach został ukończony w roku 1594 i szczyci się wieloma długimi galeriami, charakterystycznymi dla tego okresu. Po licznych przebudowach oryginalny budynek został uzupełniony o salę balową w stylu jakobińskim i georgiańskie skrzydło.
- Mamy salę balową! - wykrzyknęła Poppy.
- Mamy jelenie! - uradowała się Beatrix.
Leo jeszcze głębiej wcisnął się w swój kąt powozu.
- Boże, obyśmy mieli wygódkę.
Dopiero wczesnym wieczorem wynajęty woźnica skierował powóz na prywatną, obsadzoną bukami aleję, która prowadziła do Ramsay House. Znużeni długo podróżą Hathawayowie wydali z siebie zbiorowe westchnienie ulgi, gdy ich oczom ukazała się wysoka linia dachu domu i kominy z cegieł.
- Zastanawiam się, jak sobie radzi Merripen - powiedziała Win z niepokojem. On sam, ich kucharka-gospodyni i lokaj wyjechali dwa dni wcześniej, aby przygotować dom na przybycie Hathawayów.
- Na pewno pracował dniami i nocami bez wytchnienia, spisując inwentarz, sprzątając i wydając komendy ludziom, którzy nie śmieli się mu przeciwstawić - odparła Amelia. -Jestem przekonana, że jest całkiem zadowolony.
Win się uśmiechnęła. Nawet blada i wyczerpana, promieniowała niezwykłym pięknem. Jej srebrnozłote włosy lśniły w słabnącym świetle dnia, tak jak porcelanowa cera. Jej profil wprawiłby w zachwyt każdego poetę i malarza. Patrzący na nią ludzie odczuwali pokusę, aby jej dotknąć, żeby się upewnić, że to żywa istota, a nie rzeźba.
Powóz zatrzymał się przed domem znacznie większym, niż Amelia się spodziewała. Żywopłot był całkiem zarośnięty, a gazony kwiatowe dusiły chwasty. Jeśli by wszystko wyplewić i odpowiednio przyciąć, otoczenie domu wyglądałoby uroczo. Budynek był asymetryczny, miał fasadę z cegły i kamienia, dach z płytki łupkowej i wielkie okna z szybkami osadzonymi w ołowiu.
Woźnica wyciągnął rozsuwany stopień i pomógł pasażerom wysiąść z powozu. Amelia stanęła na podjeździe, obserwując rodzeństwo.
- Dom i posiadłość są nieco zaniedbane - ostrzegła. - Nikt tu nie mieszkał od bardzo dawna.
- Nie potrafię pojąć, czemu - stwierdził Leo.
- Jest bardzo malowniczy - dodała z ożywieniem Win. Podróż z Londynu nadwyrężyła jej wątłe siły. Skuliła się w ramionach, a jej skóra naciągnęła na wysokich kościach policzkowych.
Gdy podniosła niewielką walizkę, Amelia podbiegła do niej i wzięła bagaż.
- Ja to zaniosę - powiedziała. - Tobie nie wolno nawet ruszyć palcem. Wejdźmy do środka i znajdźmy jakieś miejsce, żebyś mogła odpocząć.
- Ależ ja doskonale się czuję - zaprotestowała Win, gdy zaczęli wspinać się po schodach do drzwi.
Hol był wyłożony panelami, które kiedyś musiały być pomalowane, ale teraz zbrązowiały ze starości. Podłoga była podrapana i brudna. Wspaniała, okrągła klatka schodowa była pokryta kurzem i pajęczynami. Amelia zauważyła, że ktoś próbował oczyścić balustradę z kutego żelaza, ale na pierwszy rzut oka widać było, że jest to szalenie czasochłonne zajęcie.
Z jednego z bocznych korytarzy wyszedł do nich Merripen. Miał na sobie koszulę bez kołnierzyka i fularu, widać więc było fragment opalonej, lśniącej potem skóry. Z czarnymi włosami, opadającymi na czoło, i ciemnymi oczami, które uśmiechnęły się na ich widok, stanowił doprawdy uroczy obrazek.
- Spóźniliście się trzy godziny - stwierdził.
Śmiejąc się wesoło, Amelia wyjęła z rękawa chusteczkę i podała mu ją.
- W rodzinie, w której są cztery kobiety, pojęcie spóźnienia w ogóle nie istnieje.
Merripen przyglądał się Hathawayom, wycierając z twarzy kurz i pot. Jego wzrok zatrzymał się dłużej na Win.
Potem wrócił spojrzeniem do Amelii i zaczął zdawać jej zwięzły raport ze swoich poczynań. Zatrudnił dwie kobiety i chłopaka z wioski, aby pomogli uprzątnąć dom. Trzy sypialnie nadają się już do zamieszkania. Masę czasu poświęcili na domycie kuchni i pieca, a kucharka właśnie szykuje im coś ciepłego...
Przerwał nagle, gdy zauważył jakiś ruch za Amelią. Bezceremonialnie ją odsunął i w trzech krokach znalazł się przy Win.
Amelia zauważyła kątem oka, że wiotka figurka siostry chwieje się, a jej powieki opadają. Omdlała prosto w objęcia Merripena, który podniósł ją bez trudu, mrucząc, że powinna oprzeć głowę na jego ramieniu. Był równie opanowany i zimny jak zazwyczaj, ale nagle Amelię uderzyło, jak zaborczo przytula do siebie dziewczynę.
- Ta podróż to było dla niej za dużo - oznajmiła z troską. - Musi odpocząć.
Merripen spojrzał na nią bez wyrazu.
- Zabiorę ją na górę.
Win poruszyła się i zamrugała powiekami.
- Stałam spokojnie, dobrze się czułam i nagle ziemia uciekła mi spod nóg. Przepraszam. Gardzę omdleniami.
- Nic się nie stało. - Amelia uśmiechnęła się do niej z otuchą. - Merripen zabierze cię do łóżka. To znaczy... Zaniesie cię do twojej sypialni.
- Dam sobie radę sama. Po prostu zakręciło mi się w głowie. Merripen, postaw mnie na ziemię.
- Nie pokonałabyś w tym stanie nawet jednego stopnia - stwierdził, ignorując jej protesty i niosąc ją w kierunku schodów. Blada dłoń Win otoczyła jego szyję.
- Beatrix, pójdziesz z nimi? - zapytała ze sztucznym ożywieniem Amelia, wręczając siostrze walizkę. - Tu znajdziesz na pewno koszulę nocną Win. Pomóż jej się przebrać.
- Dobrze, oczywiście. - Beatrix czmychnęła na schody.
W holu zostali tylko Leo, Poppy i Amelia, która okręciła się powoli na pięcie, aby wszystko dokładnie obejrzeć.
- Prawnik uprzedził mnie, że posiadłość wymaga remontu. Moim zdaniem ruina to znacznie bardziej odpowiednie określenie. Czy to w ogóle da się odrestaurować, Leo?
W nieodległej przeszłości, choć mogło się wydawać, że było to wieki temu, Leo studiował przez dwa lata architekturę i sztukę w Grand Ecole des Beaux-Arts. Pracował także jako malarz i rysownik dla znanego londyńskiego architekta, Rowlanda Temple'a. Był wybitnym, obiecującym studentem i rozważał nawet otwarcie własnej pracowni. Teraz jednak wszystkie jego ambicje zgasły.
Leo obejrzał hol bez zainteresowania.
- O ile nie trzeba będzie ingerować w szkielet budynku, potrzebowalibyśmy na to co najmniej dwadzieścia pięć, trzydzieści tysięcy funtów.
Amelia dosłownie zbladła, gdy to usłyszała. Opuściła wzrok na podziurawioną podłogę i potarła skronie.
- Cóż, jedno jest oczywiste. Potrzebujemy pomocy zamożnych teściów. Co oznacza, że ty, Leo, powinieneś zacząć rozglądać się za młodymi spadkobierczyniami, a ty, Poppy - rzuciła siostrze kpiące spojrzenie - musisz upolować wicehrabiego, albo chociaż barona.
Leo wywrócił oczami.
- A ty? Nie rozumiem, czemu ty miałabyś zostać wykluczona z powinności wyjścia za mąż dla dobra rodziny?
Poppy popatrzyła na Amelię przebiegle.
- Kobiety w wieku Amelii nie myślą już o romansie i namiętności.
- Nigdy nic nie wiadomo - zauważył Leo. - Może uda się jej wydać za podstarzałego dżentelmena, który będzie potrzebował pielęgniarki.
Amelia na końcu języka miała gorzkie stwierdzenie, że już raz w życiu była zakochana i nie zamierza powtarzać tego doświadczenia. Zabiegał o jej względy najlepszy przyjaciel Leo, czarujący, młody architekt o nazwisku Christopher Frost, który razem z nim terminował u Rowlanda Temple'a. Jednak w dniu, w którym pozwoliła sobie uwierzyć, że należy spodziewać się oświadczyn, on zakończył ich znajomość brutalnie i obcesowo. Powiedział, że żywi uczucie do innej kobiety, która przypadkiem okazała się być córką Temple'a.
Tego należało spodziewać się po architekcie, oświadczył jej wtedy Leo, dręczony wyrzutami sumienia, oburzony ze względu na siostrę i cierpiący po stracie przyjaciela. Światem architektów rządziły relacje mistrz-uczeń i każdy z nich bezustannie gonił za patronem. Wszystko, nawet miłość, poświęcano na ołtarzu ambicji. Inaczej bowiem można było stracić kilka cennych okazji do praktykowania sztuki projektowania. Ślub z panną Temple zapewniał Frostowi pokaźny kawałek tortu. Przy Amelii nigdy by tego nie osiągnął. Ona mogła tylko dać mu swoją miłość.
Przełykając rozgoryczenie, Amelia spojrzała na brata i zdołała smutno się uśmiechnąć.
- Dziękuję ci bardzo, ale w tak zaawansowanym stadium życia, w którym się znalazłam, nie mam już ambicji, aby się wydać za mąż.
Leo zaskoczył ją ogromnie, gdy się pochylił i wycisnął na jej czole delikatny pocałunek. Jego głos był łagodny i pełen ciepła.
- Myślę, że pewnego dnia spotkasz mężczyznę, dla którego zgodzisz się poświęcić swoją niezależność. - Uśmiechnął się szeroko. - Pomimo twego szalenie zaawansowanego wieku.
Na chwilę umysł Amelii wrócił we wspomnieniach do pocałunku w ciemnościach, do ust, pożerających ją powoli, do delikatnych, męskich dłoni, do szeptu w uchu. Latcho drom...
Gdy brat odwrócił się, żeby odejść, zawołała za nim lekko rozdrażniona:
- Dokąd się wybierasz? Leo, nie możesz mnie tu tak zostawić.
Zatrzymał się i obejrzał, unosząc brwi.
- Od tygodnia wlewasz mi do gardła niesłodzoną herbatę. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałbym się teraz wysikać.
Przymknęła powieki.
- Potrafię wymyślić co najmniej tuzin kulturalnych eufemistycznych określeń, których mogłeś użyć.
Leo szedł dalej.
- Nie używam eufemizmów.
- I nie ma w tobie za grosz kultury - zawołała za nim jeszcze, na co Leo się roześmiał.
Gdy w końcu wyszedł, Amelia skrzyżowała ramiona na piersi i westchnęła.
- Jest znacznie milszy, gdy wytrzeźwieje. Szkoda, że nie zdarza się to zbyt często. Chodź, Poppy, znajdziemy kuchnię.
Stęchłe powietrze i wszechobecny w domu kurz miały fatalny wpływ na płuca biednej Win, która praktycznie przez całą noc bezustannie kaszlała. Amelia budziła się niezliczoną ilość razy, aby podać jej wodę, otworzyć okno, podpierać ją, dopóki spazmy nie zelżały, i przez to przywitała poranek z zaczerwienionymi oczami.
- To jak spanie w popielniku - oznajmiła Merripenowi. - Lepiej będzie, jeśli Win spędzi dzisiejszy dzień na świeżym powietrzu. Musimy porządnie wysprzątać jej pokój. Trzeba wytrzepać dywany. A okna są po prostu odrażająco brudne.
Wszyscy jeszcze spali, ale Merripen, podobnie jak Amelia, był rannym ptaszkiem. W ubraniu roboczym i niezapiętej koszuli stał, marszcząc brwi, i przysłuchiwał się relacji Amelii.
- Jest wyczerpana od tego całonocnego kaszlu, a jej gardło jest tak obolałe, że z trudem mówi. Próbowałam namówić ją na herbatę i grzanki, ale odmówiła.
- Przekonam ją, żeby zjadła.
Amelia spojrzała na niego zdumiona. Choć nie powinna jej przecież dziwić jego stanowczość. Merripen pomagał jej pielęgnować Win i Leo w czasie epidemii szkarlatyny. Bez niego żadne z nich by nie przeżyło.
- A ty w tym czasie - kontynuował Merripen - zrób listę rzeczy, które są ci potrzebne. Dziś pojadę do wioski.
Amelia kiwnęła głową, wdzięczna za jego niezawodność i spolegliwość.
- Mam iść obudzić Leo? Mógłby pomóc...
- Nie.
Uśmiechnęła się drwiąco, doskonale wiedząc, że brat byłby im bardziej zawadą niż pomocą.
Zeszła na dół i poprosiła Freddiego, chłopca z wioski, o pomoc przy przeniesieniu wiekowej leżanki na tyły domu. Ustawili mebel na wyłożonym cegłami tarasie, z którego rozpościerał się widok na zachwaszczony ogród, graniczący z bukowym żywopłotem. Ogród na gwałt potrzebował troskliwej ręki - należało go wydarniować i przesadzić kwiaty, a także naprawić kruszejące murki.
- Jest tu praca do wykonania, panienko - skomentował Freddie, pochylając się, aby wyrwać wysoki chwast spomiędzy kamieni tarasu.
- Freddie, jesteś mistrzem niedopowiedzeń - skomplementowała Amelia chłopca, który na oko nie miał więcej niż trzynaście lat. Był krzepki i rumiany, a jego włosy sterczały na wszystkie strony jak piórka rudzika. - Lubisz pracę w ogrodzie? - zapytała. - Znasz się na tym?
- Zajmuję się grządką mamy.
- A chciałbyś zostać ogrodnikiem lorda Ramsaya?
- A ile płacą, proszę pani?
- Czy dwa szylingi tygodniowo to godziwa stawka?
Freddie spojrzał na nią z namysłem i podrapał się po perkatym nosie.
- Brzmi całkiem rozsądnie. Ale musi pani zapytać mamę.
- Powiedz mi, gdzie mieszka, a odwiedzę ją jeszcze tego ranka.
- Dobrze. To niedaleko, mieszkamy w tej najbliższej części wsi.
Uścisnęli sobie dłonie, aby przypieczętować umowę, porozmawiali jeszcze chwilę, a potem Freddie odszedł, aby przyjrzeć się szopie ogrodnika.
Na dźwięk głosów Amelia odwróciła się i zobaczyła, jak Merripen wynosi jej siostrę na zewnątrz. Win wciąż była w koszuli nocnej, ale miała na sobie szlafrok i była opatulona szalem. Szczupłym ramieniem oplatała szyję Merripena. W białym przyodziewku, z jasnymi włosami i bladą cerą, była praktycznie pozbawiona kolorów - wyjątek stanowiły delikatnie zaróżowione policzki i żywy błękit oczu.
- ...to lekarstwo było najgorsze - opowiadała radosnym głosem.
- Zadziałało - wytknął Merripen, pochylając się, aby delikatnie ułożyć ją na leżance.
- Co nie znaczy, że wybaczę ci to, że mnie tyranizowałeś, dopóki go nie wzięłam.
- Dla twojego własnego dobra.
- Jesteś tyranem - powtórzyła Win, uśmiechając się do jego ciemnej twarzy.
- Tak, wiem - mruknął Merripen, otulając ją kocem z wyjątkową delikatnością.
Zachwycona polepszającym się stanem zdrowia siostry, Amelia podeszła do nich z szerokim uśmiechem na ustach.
- Jest naprawdę okropny. Ale jeśli zdoła przekonać jeszcze kilka mieszkańców wioski do pomocy w sprzątaniu dworu, będziesz musiała mu wybaczyć, Win.
Błękitne oczy Win zamigotały wesoło. Przemówiła do Amelii, ze spojrzeniem utkwionym wciąż w Merripenie.
- Pokładam ogromną wiarę w siłę jego perswazji.
Gdyby powiedział to ktoś inny, zabrzmiałoby to na pewno jak zaproszenie do flirtu. Amelia była jednak przekonana, że Win nie traktuje Merripena w kategoriach mężczyzny. Dla niej był tylko uprzejmym, starszym bratem, nikim więcej.
Uczucia Merripena natomiast były nieco bardziej niejednoznaczne.
Na cegłach tarasu przysiadła ciekawska szara kawka. Skrzeknęła parę razy, a potem niepewnie przysunęła się w kierunku Win.
- Przykro mi, nie mam się czym z tobą podzielić - odparła dziewczyna.
Do ich rozmowy włączył się nowy głos.
- Właśnie, że już masz! - To była Beatrix, zmierzająca do nich z tacą śniadaniową, na której stał talerzyk z grzankami i filiżanka herbaty. Jej kręcone, ciemne włosy były ściągnięte do tyłu w niedbały węzeł. Miała na sobie biały bezrękawnik i sukienkę w kolorze jagód.
Dziewczynka w jej wieku nie powinna zakładać bezrękawnika, pomyślała Amelia. Piętnastoletnie panny noszą już spódnice do ziemi. I gorsety, Boże dopomóż. Wydarzenia ostatniego roku zepchnęły jednak kwestię stroju najmłodszej pociechy Hathawayów na daleki plan. Musi zabrać Beatrix i Poppy do krawcowej i uszyć im całkiem nową garderobę. Dodała kolejną pozycję do długiej listy wydatków, którą nosiła w głowie, i zmarszczyła brwi.
- Twoje śniadanie, Win - oznajmiła Beatrix, kładąc tacę na kolanach siostry. - Czujesz się na tyle dobrze, żeby posmarować sobie grzankę masłem, czy ja mam to zrobić?
- Poradzę sobie, dziękuję. - Win przesunęła stopy i zaprosiła gestem Beatrix, aby usiadła na drugim końcu leżanki.
Beatrix natychmiast posłuchała.
- Poczytam ci trochę, gdy będziesz tu siedzieć - poinformowała siostrę, sięgając do jednej z ogromnych kieszeni bezrękawnika. Wyjęła małą książeczkę i zaczęła nią kusząco wymachiwać. - Podarowała mi ją Philomena Parsons, moja najlepsza przyjaciółka na całym świecie. Powiedziała, że to straszliwa historia, pełna zbrodni, grozy i mściwych zjaw. Czy to nie brzmi uroczo?
- Myślałam, że twoją najlepszą przyjaciółką jest Edwina Huddersneld - powiedziała Win.
- Och, nie, to było całe tygodnie temu. Obecnie nawet ze sobą nie rozmawiamy. - Beatrix wygodnie usadowiła się w rogu, po czym spojrzała na starszą siostrę z zakłopotaniem. - Win? Masz przedziwny wyraz twarzy. Czy coś się stało?
Win zamarła z uniesioną do ust filiżanką, a jej błękitne oczy rozszerzyły się z przerażenia.
Amelia podążyła za jej wzrokiem i zobaczyła niewielkie, wyglądające jak gad stworzenie, które pełzło zygzakiem po ramieniu Beatrix. Na ten widok Amelia krzyknęła ostro i rzuciła się naprzód z wyciągniętymi rękami.
Beatrix spojrzała na swoje ramię.
- O, kurczę! Miałeś zostać w kieszeni. - Chwyciła wijące się stworzonko i pogłaskała je delikatnie. - Nakrapiana jaszczurka zwinka - oznajmiła. - Czyż nie jest uroczy? Znalazłam go wczoraj wieczorem w swoim pokoju.
Amelia opuściła ręce i oniemiała przyglądała się siostrze.
- Zrobiłaś z jaszczurki zwierzątko domowe? - zapytała słabo Win. - Beatrix, kochanie, czy nie uważasz, że on byłby szczęśliwszy w lesie, gdzie jego miejsce?
- Ze wszystkimi tymi drapieżnikami? - oburzyła się dziewczynka. - Kropek nie przetrwałby nawet minuty.
Amelia w końcu odzyskała głos.
- Przy mnie też długo nie pożyje. Pozbądź się go, Bea, albo rozpłaszczę go pierwszym ciężkim narzędziem, które nawinie mi się pod rękę.
- Zamordowałabyś moje zwierzątko?
- Jaszczurek się nie morduje, Bea, je się tępi. - Doprowadzona na skraj rozpaczy Amelia odwróciła się do Merripena. - Znajdź w wiosce jakąś pomoc do sprzątania. Bóg jeden wie, ile jeszcze niechcianych stworzeń czai się gdzieś w tym domiszczu. Poza Leo, rzecz jasna.
Merripen od razu zniknął.
- Kropek to zwierzątko idealne - oznajmiła wojowniczo Beatrix. - Nie gryzie i jest już przyuczony.
- Zabraniam ci hodowania zwierzątek z łuskami.
Beatrix spojrzała na siostrę z buntem w oczach.
- Jaszczurka zwinka to rdzenny mieszkaniec Hampshire. Kropek ma większe prawo tu mieszkać niż my.
- Tak czy inaczej, mieszkać razem nie będziemy. - Amelia postanowiła się wycofać, zanim powie coś, czego by potem żałowała. Zastanawiała się, dlaczego Beatrix musi sprawiać tyle kłopotów, gdy tak wiele rzeczy jest do zrobienia. Zaraz jednak jej wargi rozciągnęły się w uśmiechu, gdy uświadomiła sobie, że piętnastolatki nie sprawiały kłopotów z wyboru. One po prostu takie były.
Uniosła naręcze spódnic, aby zyskać swobodę ruchów i żwawym krokiem wbiegła po schodach na górę. Nikt nie zapowiedział się z wizytą, oni też nie zamierzali ich składać, dlatego zdecydowała się nie zakładać tego dnia gorsetu. Wspaniale było móc oddychać tak głęboko, jak tylko chciała i poruszać się swobodnie po domu.
Przepełniona determinacją, zaczęła dobijać się do drzwi Leo.
- Wstawaj, śpiochu!
Zza ciężkich, dębowych paneli dobiegła ją wiązanka przekleństw.
Uśmiechając się, weszła do pokoju Poppy. Odsłoniła okno, wzniecając chmurę pyłu, która zakręciła jej w nosie.
- Poppy, już... apsik!... czas wstawać.
Poppy naciągnęła kołdrę po sam czubek głowy.
- Jeszcze nie - rozbrzmiał jej stłumiony protest.
Amelia przysiadła na brzegu materaca i ściągnęła pościel ze swojej dziewiętnastoletniej siostry. Poppy wciąż jeszcze była oszołomiona i zaspana. Na jej policzku odcisnął się ślad zagięcia na poszewce. Jej brązowe włosy, o cieplejszym, bardziej rudawym odcieniu niż włosy Amelii, zbiły się w plątaninę loków.
- Nie cierpię poranków - wymamrotała Poppy. - I nie lubię, gdy budzi mnie ktoś, kto jest z tego tak wyraźnie, cholernie zadowolony.
- Przepraszam. - Nie przestając się uśmiechać, Amelia zaczęła delikatnie odgarniać siostrze włosy z twarzy.
- Mm. - Poppy zamknęła oczy. - Mama tak robiła. Jak miło.
- Naprawdę? - Amelia delikatnie położyła dłoń na wypukłości czaszki Poppy. - Kochanie, muszę iść do wioski, zapytać mamę Freddiego, czym możemy go zatrudnić na posadzie ogrodnika.
- Nie jest aby trochę za młody?
- Nie w porównaniu z innymi kandydatami do tej pracy.
- Nie ma innych kandydatów.
- Dokładnie. - Podeszła do walizy Poppy, leżącej w rogu pokoju i podniosła leżący na stosie ubrań kapelusz. - Czy mogę go pożyczyć? Mojego jeszcze nie naprawiono.
- Oczywiście, ale... idziesz już teraz?
- To nie potrwa długo. Szybko się z tym uwinę.
- Chcesz, żebym poszła z tobą?
- Dziękuję ci za propozycję, ale nie ma takiej potrzeby. Ubierz się i zjedz śniadanie. I dotrzymaj towarzystwa Win. Teraz opiekuje się nią Beatrix.
- Och. - Poppy szeroko otworzyła oczy. - To w takim razie się pospieszę.