Rozdział 2
O tym, że gdy nie ma kota, myszy harcują, a przy piciu kawy lepiej zachować powagę, bo rozwścieczy się zgagę
W małżeństwie Emilii i Tadeusza Kotów nie układało się od dłuższego czasu.
Po beskidzkim wybuchu namiętności, który zaowocował grubą złotą obrączką na serdecznym palcu i pęczniejącym brzuszkiem, nastąpił sukcesywny spadek temperatury uczuć. Tadeusz był człowiekiem niecierpliwym. Ciążowa huśtawka nastrojów żony wprawiała go w irytację. Konieczność zarzucania płaszcza i biegnięcia w środku nocy po kiszone ogórki i marynowane cebulki nadziewane pastą z awokado wydawała się dziwactwem.
Z kolei Emilia łaknęła uczuć. Zamknięta w zmienionym bliźniaczą ciążą ciele, opuchnięta, niezgrabna, pozbawiona widoku własnych stóp, kolebiąca się od ściany do ściany, szukała rozpieszczania, czułości i zapewnień, że wciąż jest najpiękniejsza. Pragnęła słodkich słówek, niesionych językiem pieszczot, ociekających lukrem i udekorowanych kolorową posypką. Chciała być skarbeńkiem, kotusiem, myszką, a nawet tygryskiem. Została słoniczką. Tadeusz nie rozumiał, dlaczego rzucane przez niego określenie przyprawiało żonę o ataki wielogodzinnego płaczu. Hormony - tłumaczył sobie i innym. Była w ciąży, z tymi wszystkimi humorami i kilogramami, taka rozczulająca! Choć trzeba przyznać, że coraz bardziej nieznośna...
No bo czemu narzekała, że drętwiały jej stopy?
Inne kobiety przechodziły to samo, a nie narzekały!
Czemu wciąż pożerała czekoladę z nadzieniem miętowym, a potem jęczała, że ją mdli? I wciąż za nim chodziła, dopytując, czy jeszcze ją kocha? Od tych wszystkich ciążowych wariactw można było dostać kociokwiku, nic więc dziwnego, że Tadeusz Kot starał się od nich odseparować i jak najmniej czasu spędzać w domu.
Na szczęście istniało miejsce, gdzie Tadeusza zawsze witano z otwartymi ramionami. Gdzie tulono do łona, głaskano po obciętej na jeża główce i szeptano, jaki on biedny, jaki pokrzywdzony. Inna kobieta? Owszem, jednak nie taka, jakiej obawiałaby się zazdrosna Emilia. Tadeusz nie miał ani kochanki, ani byłej narzeczonej, za którą skoczyłby w ogień, nie miał nawet matki, w którą patrzyłby jak w tęczę!
Miał za to siostrę. Starszą o kilkanaście lat, owdowiałą, bezdzietną, dla jedynego brata serdeczną i wyrozumiałą, dla całej reszty świata - z opuchniętą, ciężarną Emilią na czele - krytyczną, bezlitosną i srogą. Jako jedyna żyjąca krewna Tadeusza zadbała o to, by stać się dla niego centrum wszechświata. Zawsze obecna, zawsze mająca w zanadrzu kilka serdecznych rad, czuwająca nad talerzem gorącej zupy stawiającej na nogi po upojnej sobotniej nocy i nad urwanym guzikiem u wyjściowej koszuli. Zawsze u jego boku. Jak cień. No, poza jednym, fatalnym w skutki razem...
Teofila zaplanowała wakacje w beskidzkim pensjonacie. Wpłaciła zaliczki i spakowała walizki: swoją i brata. Zatarła dłonie z zadowolenia, wyobrażając sobie, jak wspólnie, ramię w ramię, maszerują skalistymi szlakami. Przygotowała bilety kolejowe w specjalnym plastikowym etui. Położyła się spać, a rano... obudziła się cała w czerwonych kropkach! Diagnoza pospiesznie odwiedzonego lekarza nie pozostawiała złudzeń: ospa wietrzna! Teofila o wakacjach mogła więc jedynie pomarzyć, za to jej brat w końcu zerwał się z siostrzanej smyczy.
I szalał jak szczeniak, który pierwszy raz smakuje wolności. A miała ona smak schłodzonego piwa o zachodzie słońca i niezdrowego kebabu, którego to świństwa siostra znać nie chciała i od którego Tadeusza latami odżegnywała, jakby mu miały po nim wyrosnąć baranie rogi! A najpyszniejsza była wolność smakująca malinami zjadanymi wprost z palców słodkiej Emilki, kelnerki zatrudnionej w pensjonatowej stołówce. Tadeusz tak w Emilkowej słodyczy zasmakował, że po zakończonym turnusie udał się do właściciela pensjonatu i poprosił, by ten go zatrudnił. Chociażby za sam wikt i opierunek.
Teofila szalała z wściekłości. Chciała nawet jechać, złapać niesfornego brata za fraki i siłą doprowadzić do domu. Nie zrobiła tego jednak. Kiełkowało w niej niedobre przeczucie, że przesadziła. Za bardzo Tadzika przytłamsiła, skrępowała. Gdyby teraz spróbowała coś na nim wymusić, ten niechybnie stanąłby okoniem. Postanowiła poczekać, aż wrząca krew ostygnie, a chłopak przewietrzoną z bzdur głową pojmie, kto chce dla niego najlepiej. Sezon się skończy, pensjonariusze rozjadą, a on wróci do domu, do niej. Usiadła więc spokojnie i obmyślając połajankę, jaką mu strzeli na samo wejście, wypatrywała, kiedy brat stanie w drzwiach.
Stanął w nich szybciej, niż się spodziewała. Niestety nie był sam.
Na widok lekko zaokrąglonej dziewczyny przyklejonej do boku Tadeusza, kurczowo ściskającej go za ramię dłonią, na której błyszczał nowością złoty krążek, Teofila prawie padła trupem. Na szczęście była osobą opanowaną. Ułamek sekundy zajęło jej otaksowanie przestraszonej Emilki i stwierdzenie, że z tą małą problemów mieć nie będzie. Takie nieśmiałe dziewczątko, lelum polelum do kwadratu, nie mogło jej zagrażać. Niech sobie będzie panią Kotową, niech hoduje swój okrągły jak piłka brzuszek! Ona, Teofila, nadal będzie czuwać, by ukochanemu bratu nieba przychylić!
I czyniła to przez ponad osiem lat.
To do niej biegł Tadeusz, gdy ciężarna żona spychała go z łóżka, to jej płaczliwym głosem narzekał, że się nie wysypia... Troskliwa siostra kiwała głową ze zrozumieniem, wzdychała głęboko nad niedolą nieboraka, po czym ścieliła mu tapczan pachnącą pościelą i parzyła herbatkę wyciszającą, by uspokoił nadwątlone nerwy i szybciej zasnął.
To u Teofili spędzał noce, gdy najpierw przeżywające ataki kolki, a następnie kąsane bólem wyrzynających się ząbków bliźniaki popłakiwały w swoich łóżeczkach, zmuszając nieprzytomną z niewyspania Emilię do podejmowania ciągłych wędrówek po ciasnym mieszkanku. "Śpij - szeptała Teofila z dziwnym błyskiem w oku, pochylając się nad naburmuszonym bratem. - Przecież ciężko pracujesz, musisz się wysypiać. Emilka... cóż, ona cały dzień siedzi w domu, więc wypocznie!"
To siostrze żalił się Tadeusz, gdy na widok wymykającego się męża wyczerpanej Emilii puściły nerwy i grzmotnęła w jego kierunku pierwszą rzeczą, jaka nawinęła się pod rękę, czyli zwiniętym w kulkę, zużytym pampersem. Widocznie Emilka była bardzo zmęczona, bo pampers słabo rzepami zlepiła i to, co miało być poskromione, w locie z pampersa wychynęło i trysnęło na Tadeusza i ściany przedpokoju. "Ona ma zaburzenia psychiczne, Tadziku! - Przejęta Teofila kręciła głową. - Musimy odseparować ją od dzieci. Ale najpierw zdejmij tę śmierdzącą kurteczkę, o tak! Przygotowałam ci kąpiel! Z bąbelkami, jak lubisz!"
Teofila nie doceniała jednak młodej żony.
Emilia nie była takim lelum polelum, jak szacowała starsza siostra Tadeusza. W mig pojęła zagrożenie płynące z ciągłej ingerencji Teofili. Póki jednak męczyła się z trudną bliźniaczą ciążą, a potem z okresem pieluch, kupek, kolek, wyrzynających się zębów i wiecznie zarzyganych kaftaników, nie miała sił ani energii na podjęcie walki o swoje małżeństwo.
Nadszedł w końcu czas, gdy bliźnięta z obślinionych, wyjących potworków przemieniły się w radośnie szczebioczące berbecie, a ona na powrót wbiła się w ulubioną sukienkę w rozmiarze trzydzieści osiem. Mieszkanie zapachniało czystością i konfiturą z malin, a z odmętów pamięci Tadeusza wyłoniły się wspomnienia namiętnych chwil w Beskidach. Już go tak nie nęciło mieszkanie siostry, częściej szukał wzrokiem Emilii, zadając sobie w duchu pytanie, jak to się stało, że przez ostatnie lata nie dostrzegał, jak zmysłowe usta, piersi, ramiona i dołeczki nad łokciami ma żona. Chciał spędzać z rodziną jak najwięcej czasu. Wymawiał się od obiadków u Teofili, nie miał czasu wywiercić dziurki na nowy obraz ani zawieźć siostry na spotkanie Klubu Książki w miejskiej bibliotece.
Teofila wpadła w szał. Wyjątkowo groźny, bo utajony.
Na zewnątrz siostra Tadeusza tryskała radością i serdecznością. Wpadała do mieszkania Kotów ze słodyczami i zabawkami dla dzieci. Namawiała Emilię na wspólne wypady do kawiarni i galerii handlowych. A wewnątrz? W środku kipiała złością. Czuła się zlekceważona i oszukana! To nie Emilia miała być najważniejszą kobietą w życiu Tadeuszu, ale ona, jego siostra! Czy nie poświęcała się latami, nie hołubiła, nie rozpieszczała?
Teofila knuła i realizowała plan. A biedna Emilia zwabiona ciepłymi uśmiechami, komplementami i babskimi wypadami brnęła w pajęczą sieć jak opita spirytusem mucha!
- Spójrz, jaka piękna sukienka! Ten kolor! - cmoknęła Teofila, przystając przed witryną drogiego butiku i zerkając raz na rozwieszoną na wystawie kreację, a raz na oniemiałą z zachwytu bratową. - Jakby stworzona dla ciebie!
- Ale cena... - jęczała Emilia, żałując, że nie może sobie pozwolić na tak wyszukany fatałaszek.
- Cena, cena... - Teofila przewracała oczami. - Nie można sobie odmawiać całe życie! Poza tym w przyszłym tygodniu masz urodziny, prawda?
- Myślisz, że powinnam ją kupić? - wahała się Emilia.
- Oczywiście! - potwierdzała zadowolona Teofila. A wieczorem zapraszała Tadeusza na "jedno słówko" i pytała, czy czasem nie mają kłopotów finansowych, bo ma wrażenie, że Emilia ostatnimi czasy sporo wydaje na ciuchy...
I awantura gotowa!
Innym razem rzucała żartobliwym tonem:
- Ciekawe, dla kogo się tak stroi?
- Jak to? - Tadeusz dumnie prężył pierś. - To normalne, że kobieta chce ładnie wyglądać dla męża!
- Nie obraź się - śmiała się Teofila - ale gdy razem gdzieś wychodzicie, Emilka nie zakłada takich ślicznych sukienek!
Tadeusz posępnie rozmyślał, na kim to Emilka chce robić wrażenie, że tak się stroi, ubiera i przebiera. Bo Teofila miała rację: przy nim żona najczęściej paradowała w jeansach, spódnicach i T-shirtach. Dla kogo te wszystkie sukienki, eleganckie szorty i szpilki? Pogrążonemu w podejrzeniach Tadeuszowi umknęło, że podjudzany przez siostrę wciąż czynił Emilii odzieżowe wyrzuty, więc obawiająca się awantury żona wolała unikać wkładania przy nim nowych ciuchów. Najczęściej kupionych za namową szwagierki, czasem dzięki jej niedużej dopłacie, o czym też pojęcia nie miał.
- Ten młody listonosz ma lepkie ręce - zauważyła pewnego dnia Teofila, gdy we dwójkę siorbali popołudniową kawę.
- Kradnie? - zapytał bez większego zainteresowania Tadeusz.
- Ależ skąd! - Teofila machnęła ręką. - Nie o to chodzi. Ale może ja nie powinnam ci mówić? Jesteś młodym mężulkiem, po co masz się denerwować? - Roześmiała się serdecznie, wstając od stołu i ruszając do kuchni. Tak jak się spodziewała, brat w jednej chwili zmaterializował się za jej plecami. Westchnęła więc teatralnie i pokręciła głową. - No dobrze, powiem, nie patrz tak na mnie. Podobno... ale pamiętaj, że to może tylko plotki... ręka lubi mu się przykleić do siedzenia.
- Do siedzenia? Po co? - Umysł Tadeusza nie był specjalnie lotny i nie nadążał za słowami siostry.
- Po co, po co! A po co chodzimy do kina? Albo pijemy kawę? - gderała. - Bo lubimy. On też lubi. Podobno najbardziej takie krągłe, mięciutkie. I u blondynek.
Dopiero teraz do Tadeusza dotarł sens słów Teofili. Mężczyzna zbladł. Przed jego oczami natychmiast zamajaczyły krągłości Emilkowych pośladków, ciasno opiętych bladoniebieskimi jeansami. I obraz młodego listonosza siedzącego przy kuchennym stole, śliniącego wskazujący palec, przebierającego w skórzanej torbie w poszukiwaniu koperty z listem albo kolorowej pocztówki, nieodrywającego wzroku od pupy krzątającej się po kuchni Emilii...
Następnego dnia Tadeusz oświadczył osłupiałej żonie, że odtąd cała korespondencja będzie przekierowywana do skrytki pocztowej. Jednak nawet ten wybieg nie uspokoił mężczyzny. Nadal podejrzliwie przyglądał się zawartości szafy żony. Bezustannie marszczył groźnie brwi na widok przemykającego ulicą młodego listonosza. I nieprzerwanie podsycał truciznę sączoną mu do ucha przez usłużną siostrę.
Po co Emilce prawo jazdy? Gdzie chce jeździć? A co najważniejsze: z kim?!
Co Emilka robi, gdy dzieci są w przedszkolu? Dom aż tak znowu nie błyszczy...
Do pracy? Po co do pracy? A kto zajmie się domem i dziećmi, gdy on będzie ciężko zarabiał? Poza tym przecież ona nic nie umie... Na studia? Po co na studia? Chyba tylko po to, żeby pieniądze stracić! Przecież i tak się nic nie nauczy...
I tak w kółko!
Minęło kilka lat, zanim Emilia spostrzegła, że przyjaźń szwagierki, z której tak się cieszyła, jest wyłącznie pozorna. W pewnym momencie młoda kobieta zaczęła podejrzewać, że siostra Tadeusza dyskretnie nią steruje, a potem zaciera ręce z zadowolenia, będąc świadkiem nieporozumień w małżeństwie Kotów. Początkowo sama w to nie dowierzała, to wydawało się irracjonalne, niemożliwe! A jednak stała się czujniejsza, przykładała większą wagę do tego, co mówi i robi Teofila. Szybko odkryła, że po wizytach u siostry Tadeusz staje się drażliwy i nieufny, podejrzliwie rozgląda się po kątach ciasnego mieszkanka, zagląda do szaf, za zasłony i na mikroskopijny balkonik, obserwuje ją, a czasem... obwąchuje!
Przeraziła się.
Zrozumiała, że nie dostrzegła zagrożenia, choć rosło ono tuż obok niej.
Nie zamierzała jednak składać broni, o nie! Miała o co i dla kogo walczyć!
Jednak sama musiała przyznać, że zabrała się do tego od du... strony.
Posadziła Tadeusza za stołem, nalała mu kufel ulubionego piwa, a potem, nerwowo splatając dłonie, uświadomiła, że jego siostra próbuje rozbić ich małżeństwo.
Tadeusz znieruchomiał z kuflem przy mięsistej wardze, przełknął odrobinę trunku, a potem powoli odstawił piwo, przegubem otarł wilgotny podbródek i ryknął śmiechem. Większych bzdur już dawno nie słyszał! Kto? Teofila? Jego kochana starsza siostra, która miała dla Emilki tak wiele wyrozumiałości? Która tak dobrze o niej mówiła? Której na sercu leżało dobro rodziny i Tadeuszowego małżeństwa? Jak Emilia może? To przecież Teosia jej broniła, gdy się wściekał o te wszystkie sukienki! To siostra tłumaczyła mu, że przecież każda kobieta pragnie pięknie i seksownie wyglądać! To Teosia oponowała, gdy już prawie zgodził się, by żona podjęła pracę w osiedlowym warzywniaku! "Tyle pracy ma w domu, ledwie się biedaczka wyrabia, a ty chcesz, żeby jeszcze zarobkowo pracowała" - tak go przekonywała. I nawet próbowała przed nim ukryć, że Sebastian zrzucił sobie na stopę wazonik, a kiedy już się niechcący wygadała, prosiła, by nie robił Emilce wyrzutów, bo nie ma idealnych matek!
Teofila miała dla Emilii tyle serdeczności, a ta co? O takie szkaradzieństwa ją oskarżała?
Tadeusz wpadł w furię. Zapowiedział, że nie chce o siostrze słyszeć złego słowa.
I Emilia zamilkła posłusznie. Tak jak przed laty Teofila nie doceniła młodej żony Tadeusza, tak teraz Emilia nie doceniła jego siostry. Nie podejrzewała, że sprytna kobieta tak kierowała rozmowami na temat bratowej, by stwarzać pozory, że stoi po jej stronie. Solidarność jajników i te sprawy. Tadeusz był przekonany, że Teofila uwielbia jego żonę. Ta zaś nie kryła, że ma do jego siostry pretensje.
Przez kolejne miesiące trwały rodzinne podchody.
Teofila delikatnie podburzała Tadeusza.
Emilia odpierała ataki i próbowała odseparować najbliższych od podstępnej szwagierki.
Tadeusz wpadał w szał za każdym razem, gdy Emilia proponowała przeprowadzkę do innego mieszkania, a najlepiej miasta.
Teofila odwiedzała ich z własnoręcznie upieczonymi ciasteczkami, garnkiem rosołu czy ciekawą książką dla "kochanej Emilki".
Kochana Emilka zgrzytała zębami, myśląc, że prawdopodobnie nic się nigdy nie zmieni.
A potem zjawiła się cholerna mysz i zmieniło się wszystko.
Na trzydzieste urodziny Teofila podarowała Tadeuszowi nowy ekspres do kawy. Duży, chromowany, na dwie filiżanki, z dumnie sterczącą z przodu kolbą. Ekspres ten pasował do maleńkiej kuchni Kotów jak jogurt do bigosu i ku irytacji Emilki zajmował całą powierzchnię blatu pod oknem.
- Nie potrzebujemy ekspresu do kawy - jęczała za każdym razem, gdy nie miała gdzie odstawić garnka z parującymi ziemniakami albo durszlaka z makaronem.
- A kto mi w kawiarni jęczał: Ale bym chciała pijać taką kawę na co dzień! - parskał w odpowiedzi Tadeusz. I zaraz dorzucał z groźnym błyskiem w oku: - Nie chcesz tego ekspresu, bo to prezent od mojej siostry!
I Emilka milkła, bo po pierwsze dobrze wiedziała, czym się kończą rozmowy na temat szwagierki, a po drugie... Może i w słowach Tadeusza kryło się ziarenko prawdy? Emilia niechętnie patrzyła na podarunek od Teofili, szczególnie że wraz z ekspresem, instrukcją użytkowania w siedemnastu językach i paczką arabiki w pakiecie otrzymali także... Teofilę! Tak, siostra Tadeusza chciała oglądać na własne oczy, ile radości sprawia ukochanemu bratu ofiarowany prezent. Dlatego każdego popołudnia zjawiała się w mieszkaniu państwa Kotów, aby wypić z nimi poobiednią kawę.
Tamten dzień nie należał do wyjątków.
Teofila zjawiła się późnym popołudniem, zzuła w przedpokoju trzewiki i rozglądając się na boki, weszła do kuchni. Na widok rozczochranej, zaczerwienionej z wysiłku Emilki przemieszczającej się po podłodze na czworakach stanęła jak wryta.
- Ach, moje dziecko! - wykrzyknęła, łapiąc się za lewą pierś. - Jak ty wyglądasz? Co ty wyprawiasz?
Emilka powoli się podniosła i odsapnęła. Nie chciała się przyznawać przed szwagierką, że od kilku dni w ich kuchni mieszka cholerna mysz. Wspięła się prawdopodobnie po ścianie budynku, weszła przez gościnnie uchylone okno i uznała, że ciepła, przytulna kuchnia Kotów sprawdzi się idealnie na przeczekanie chłodniejszych dni. Zabunkrowała się w jakiejś szczelince, ale Emilia czasami widywała, jak przebiega wzdłuż szafek albo umyka z kosza na śmieci pod zlewem. Emilia za punkt honoru postawiła sobie usunięcie nieproszonej lokatorki. Nie napomknęła o tym słowem Tadeuszowi, bo ten spacyfikowałby cholerną mysz krwawo i bezlitośnie. Zamiast tego kupiła specjalną pułapkę, która z założenia miała być dla myszy bezpieczna. Ustawiała ją to tu, to tam. Kusiła mysz specjalną mieszanką dla gryzoni kupioną w pobliskim sklepie zoologicznym. Przynętą cholerna mysz nie pogardziła, bezpieczną pułapką już jednak tak. Po kilku dniach uganiania się za niesfornym szkodnikiem z Emilii wyparowało całe humanitarne zacięcie. Teraz marzyła już tylko o tym, by upartą mysz z kuchni przepędzić. A ta, jakby na przekór rosnącej wściekłości pani domu, biegała po kuchennych szafkach, poruszając cieniutkimi wąsikami, albo zostawiała na parapecie dowód swej obecności w postaci obrzydliwych bobków!
Tego dnia jednak nie pokazała się ani razu i, nie wiedzieć czemu, wprawiło to Emilię w dziwny niepokój. Obawiała się, że mysz gdzieś się przyczaiła i szykuje jakąś nową psotę.
Emilka potrafiła sobie wyobrazić, co na ten temat powiedziałaby Teofila, dlatego przemilczała obecność gryzonia.
- Coś mi spadło - mruknęła.
- Napiłabym się kawy - odparła na to szwagierka i oblizała się łakomie na widok pudełka maślanych ciastek na kuchennej szafce.
Emilka westchnęła. Nie w smak jej była wizyta siostry Tadeusza, chciała dokończyć mysią misję. Wiedziała jednak, że żadna siła nie pozbędzie się z ich kuchni Teofili. Pod tym względem szwagierka była podobna do cholernej myszy. Uruchomiła więc ekspres, wyjęła z szafek naczynia i sztućce, a na koniec wyłożyła na półmisek słodycze.
Teofila natychmiast złapała za kruchy, maślany krążek i wepchnęła go w całości do ust.
- Gdze Tadeus? - zasepleniła, sypiąc naokoło okruchami.
- Poszedł do szkoły po dzieci. Zaraz wróci.
Emilia zerknęła w kierunku ekspresu i przekonała się, że lampka na urządzeniu przestała migać. Można przystąpić do parzenia kawy. Wcisnęła guzik na panelu, a przy okazji zirytowana zatrzasnęła klapkę w pojemniku na wodę. Tadeusz wciąż zostawiał ją podniesioną, choć wielokrotnie suszyła mu o to głowę.
- Znowu nie zamknął pojemnika na wodę! - mruknęła pod nosem.
Oczywiście uwaga ta nie umknęła uszom Teofili. Siostra Tadeusza chrząknęła z dezaprobatą i spojrzała na Emilię spod zmarszczonych brwi.
- Nie uważasz, że jesteś zbyt czepialska, moja droga? - zapytała. - Przecież Tadeusz ciężko pracuje, by tobie i dzieciom niczego nie brakowało. A ty ciągle jesteś niezadowolona, tylko marudzisz i szukasz dziury w całym! Dziś klapka w pojemniku na wodę, wczoraj skarpetki pozostawione przy kuchennym taborecie, a jutro? Co będzie jutro?
Emilia spojrzała na Teofilę z niedowierzaniem. Nie mogła uwierzyć, że mąż poskarżył się starszej siostrze na sprzeczkę, która wynikła, kiedy zwróciła mu uwagę, że brudnych skarpet nie składuje się pod kuchennym stołkiem! Na domiar złego, ta - zamiast wytargać bałaganiarza za uszy - głaskała po główce i przytakiwała, że owszem, ta okropna Emilia znów się czepia, ma czelność domagać się, aby skarpetki lądowały w koszu na pranie!
Emilia miała ochotę powiedzieć coś o hodowaniu męskich osobników, którzy nie potrafią przewrócić gaci na lewą stronę, ale ugryzła się w język.
- Każdy powinien po sobie sprzątać, dzieci też tego uczę - powiedziała zamiast tego, stawiając przed szwagierką filiżankę z kawą. Po kuchni rozchodził się przyjemny aromat arabiki.
Teofila z entuzjazmem pokiwała głową, zrzucając na podłogę kolejne okruszki, po czym powiedziała, że zamiłowanie do porządku to piękna rzecz. Szkoda, że po kuchni Emilki jakoś go nie widać...
Emilka odwróciła się plecami do szwagierki i zacisnęła palce na brzegu kuchennego blatu.
I wtedy to zobaczyła.
Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.
W pojemniku na wodę pływała mysz. Unosiła się na powierzchni, jej futerko pod wpływem długiego kontaktu z wilgocią zaczęło przypominać kłębek burej wełny. Przez krótki moment Emilia łudziła się, że właśnie kawałek wełny wpadł do pojemnika przez niedbale uchyloną klapkę. Ale wtedy dostrzegła cienki jak sznureczek ogonek i straciła resztki nadziei.
Gwałtownie odwróciła się na pięcie. W samą porę, aby ujrzeć, jak zadowolona Teofila unosi filiżankę do ust i upija łyczek gorącej kawy.
- Mmmm, ta kawa jest po prostu wyśmienita! - wymruczała. - Nie obraź się, Emilko, ale wcześniej kupowałaś straszną lurę! Tadeusz zawsze powtarzał: Teosiu, u ciebie mogę się napić porządnej kawy, nie to co w domu! Nie mogłam już słuchać tego biedaka!
- Ach, tak? - wychrypiała Emilia. Na widok szwagierki raz za razem unoszącej do ust filiżankę i spijającej małymi łykami kawę zaparzoną wodą, w której utopiła się cholerna mysz, czuła napływające mdłości, a równocześnie mikroskopijne, ale bardzo wyraźne ukłucie satysfakcji. Wyśmienita kawa, tak? Porządna? Dla tego biedaka, co to palcem do tyłka trafić nie potrafi bez swojej kochanej siostruni?
- Dlaczego nie zaparzysz dla siebie? - Teofila uniosła brwi.
- Już piłam - skłamała gładko Emilia. Nagle oderwała plecy od blatu, chwyciła opakowanie z ciastkami i wysypała na talerzyk kolejną porcję maślanej słodyczy. - Zaparzę sobie herbaty miętowej. Ale tobie mogę zrobić kolejną filiżankę, kochana Teosiu! Poczęstuj się maślanym ciasteczkiem. Świeże, kruche!
- Tak, trzeba przyznać, że ciastka kupujesz bardzo dobre - przyznała łaskawie Teofila i schrupała maślany krążek. Nagle zmarszczyła brwi. Emilia wstrzymała oddech, spodziewając się wybuchu wściekłości, ale Teofila znów uśmiechnęła się łagodnie, potrząsnęła głową i zagadnęła tonem zadumy. - No gdzież ten Tadeusz? Tyle czasu?
- Może dzieci zamarudziły na placu zabaw. - Emilia machnęła dłonią lekceważąco. Potem usiadła przy stole i przyglądała się, jak siostra Tadeusza delektuje się wyśmienitą arabiką z kupionego przez siebie ekspresu.
Całkiem możliwe, że sprawa utopionej myszy pozostałaby słodką tajemnicą, sekretem, z którego, słysząc gorzkie słowa szwagierki, Emilka czerpałaby otuchę. Żona Tadeusza nie zamierzała zdradzać zagadki wyjątkowego smaku Teosinej kawy, wystarczyłaby jej ta mała iskierka satysfakcji rozpalająca pierś. Traf jednak chciał, że trzasnęły drzwi wejściowe, w przedpokoju zadudniły dziecięce stopy, a zaraz potem w kuchni pojawiły się bliźnięta. Sebastian, jakby przyciągany niewidzialnym magnesem, spojrzał wprost na szafkę pod oknem, na ekspres, na plastikowy pojemnik do połowy napełniony wodą, obecnie szczelnie zamknięty. I celując weń palcem, wykrzyknął:
- O! Cholerna mysz utopiła się w ekspresie!
Teofila wypuściła z dłoni filiżankę.
Stojący w progu Tadeusz pobladł.
Emilia wybuchnęła śmiechem.
Och, żeby choć udało jej się zachować powagę! Ale ona na widok min męża i Teofili po prostu tarzała się ze śmiechu po podłodze!
Nie sposób opisać rwetesu, jaki chwilę później podniósł się w mieszkaniu. Nie sposób przytoczyć słów, oskarżeń, epitetów i wyzwisk, jakie padały tego popołudnia w niewielkiej kuchence Kotów. Dość powiedzieć, że niczym fala powodziowa napłynęły, zagarniając wszystko, co napotkały na swojej drodze, i pozostawiając kupę śmieci, smrodu i gówna.
I jak fala powodziowa podmywa fundamenty domów, tak fala krzyków, szlochów i oskarżeń podmyła fundamenty małżeństwa Tadeusza i Emilii. On nigdy nie uwierzył w to, że ona o niesfornej myszy nie wiedziała. Ona broniła się bez przekonania i wyrzucała, że nigdy dziadowskiego ekspresu przyjmować nie powinni. Teofila przeżyła rozstrój żołądka, na kawę już nigdy nie spojrzała, ale koniec końców zyskała na utonięciu cholernej myszy najwięcej. Znów miała brata tylko dla siebie.
A Emilia z bliźniakami wyruszyła do Krakowa, by zacząć wszystko od nowa. Teraz, spoglądając w pałające ciekawością oczy Bolesława, pociągnęła nosem i uśmiechnęła się półgębkiem.
- Czuję, że podajecie tu dobrą arabikę... - powiedziała.