I
Janinka była drobna, niemal przezroczysta. Całkiem jak złotook zwyczajny z przejrzystymi skrzydłami utkanymi ze złotych nitek, pistacjowym odwłokiem i długimi, długaśnymi czułkami, którymi tłukł w okienną szybę, przyczajony na parapecie, dopóki Gerta nie otworzyła i nie wypuściła go w ciepłą lipcową noc. Janinka była delikatna niczym pyłek dmuchawca, wysoka, z nieznacznym zarysem piersi, cienkimi nogami i welonem niedbale przyciętych, opadających na ramiona jasnych włosów. Kiedy Gerta spotkała ją po raz pierwszy, Janinka w ogóle się nie odzywała. Nie z nieśmiałości. Janinka po prostu zwykle milczała, zamknięta w swoim świecie pełnym tropikalnych kwiatów, kolorowych motyli, egzotycznych zwierząt i roślin, których pędy tworzyły niezwykłe, tajemnicze sploty. Czasami robiła małą szparkę w drzwiach do tego jej świata, by wpuścić Gertę i inne dzieci, najchętniej zaś pana Kmentę. Jego zapraszała pierwszego, żeby zanurzył się w gąszczu wiecznie zielonego lasu deszczowego, w bujności kwiatów o kosmatych owalnych płatkach. A pan Kmenta, jakby upojony zapachami płynącymi z zamalowanej kartki papieru, długo stał nad pracą Janinki i z delikatnym uśmiechem przechadzał się po krainie jej fantazji. Potem głaskał dziewczynkę po jasnych włosach i przesyłał jej pełnym wyczekiwania niebieskim oczom milczącą pochwałę, po której spuszczała wachlarzyki krótkich jaśniutkich rzęs i uśmiechała do swojego dzieła. Wtedy inni także mogli podejść i zobaczyć, co tym razem wyczarowała. Gerta z dumą stała tuż za przyjaciółką i cieszyła się, jakby to ją chwalono, jakby wszystko, co Janinki, było także i jej.
- Sehr gut - mówiła.
A potem, ostatnia z grupy, wracała do swojej ławki, by dokończyć rysunek, kwiaty w wazonie albo dłoń, czyli temat, który mieli zadany na zajęciach. Praca Janinki lśniła później niczym brylant wśród surowych szkiców węglem, zawieszona klamerkami na sznurku, pośrodku, dżungla pełna wymyślnych kształtów wśród nieudanych kikutów ludzkich rąk i koślawych, topornych dzbanków.
Po lekcji wracały z Janinką wzdłuż murów Jakobskirche, mijały kościół jezuitów, szły przez park rozciągający się od Künstlerhaus aż do rozdroża Pressburger Straße, a potem wzdłuż pierwszych kamienic aż do ulicy Blatnej. Gerta mówiła, żywo wymachując lnianą torbą z farbkami wodnymi i zestawem pędzli; Janinka zawsze szła trochę wolniej, jakby goniąc jej plecy. Tyle lat razem wracały tą drogą, a potem wszystko się skończyło i pan Kmenta zniknął z ich życia. Mama chyba chciała ją pocieszyć: przecież zaraz zacznie szkołę średnią, a kółko plastyczne pana Kmenty, na którym uczył rysunku i opowiadał o słynnych artystach jak Michał Anioł czy Rembrandt, było dla młodszych, więc i tak pewnie wszystko by się skończyło, niezależnie od wojny.
Janinka była młodsza, więc mogłaby jeszcze rok chodzić na zajęcia do pana Kmenty, ale wtedy szkolna sekretarka sucho oświadczyła przez telefon, że kurs pana Kmenty nie odbędzie się w tym roku, że w ogóle się już nie odbędzie, i że nie ma pojęcia, czy pan Kmenta będzie go prowadził gdzieś indziej. Gerta ze smutkiem odłożyła słuchawkę. Stały z Janinką w kabinie na poczcie; chudziutka dłoń przyjaciółki zaczęła drżeć, oczy zaszły jej łzami. Usiadły w parku na ławce, trzymając się za ręce; milcząca Janinka ze spuszczoną głową wpatrywała się w czubki czarnych trzewików, w których tkwiły jej drobne stopy; Gerta wbiła wzrok w złocące się kaskady krzewów. To było babie lato 1939, a zniknięcie pana Kmenty i odwołanie kółka plastycznego, choć na kolejny semestr zapisały się przecież jeszcze przed wakacjami, być może stanowiło zwiastun. Zwiastun wypełniania się tajemniczych słów matki, które tak często ostatnio padały w ich domu.
- Odtąd już wszystko będzie inaczej i nikomu nie będzie tak dobrze jak kiedyś - powtórzyła teraz za matką Gerta i popatrzyła na Janinkę, która rytmicznie uderzała piętami w spód ławki. W milczeniu skinęła głową, że rozumie, co Gerta ma na myśli.
II
Wojna była długa. Zaczęła się tak cicho, że Gerta właściwie nie zauważyła kiedy, i z dnia na dzień zagarniała coraz więcej, by ostatecznie rozgościć się na dobre w każdym kącie ich życia. Najpierw tylko odwołano kółko plastyczne pana Kmenty, a potem zło zaczęło nieuchronnie pełznąć w ich stronę, aż do domu, do kuchni, gdzie ojciec śmiał się znad gazety, czytając na głos, że w Esplanadzie zdarli z jakiegoś Żyda całe ubranie, po czym gonili go, a on uciekał tak szybko, że spadł ze schodów i skręcił kark. Matka popłakała się wtedy z żalu, mówiąc, że biedak nie zasłużył na tak niegodną śmierć. Lecz tylko ściągnęła na siebie krzyk ojca, jak wcześniej, kiedy dała pół litra mleka sąsiadce, pani Goldstein, która nie zdążyła zrobić zakupów w godzinach wyznaczonych dla Żydów. Gerta wiedziała, że coś się dzieje, ale odbierała to jako małe katastrofy rozgrywające się w czterech ścianach ich mieszkania i myślała, że największym zagrożeniem, jakie ze sobą niosły, były kłótnie rodziców. Modliła się więc w swoim pokoju, żeby pani Goldstein nie przychodziła już do nich po mleko; modliła się, by ogromne, ciemne jak dojrzałe owoce kasztanowca oczy małej Hany, którą pani Goldstein trzymała w ramionach, nie zmiękczyły serca matki. Modliła się też, żeby z miasta zniknęli ludzie, których widywała siedzących na chodnikach obok wozów wypełnionych po brzegi meblami i innym dobytkiem. Chciała, by zniknęli, bo kiedy matka na nich patrzyła, zawsze miała smutne oczy, zupełnie jak wtedy, gdy rozmawiała z panią Kocourovą z domu obok, której syn, Jirka, zastrzelił się, bo podobno nas zdradzili. Gerta nie rozumiała, dlaczego ojciec kazał matce iść do sypialni, by po swojemu wyjaśnić tę sytuację zszokowanemu Friedrichowi, który stracił kolegę z klasy. Wszelkie wątpliwości syna rozwiał jednym jedynym słowem. Tchórze. A Friedrich, aryjska duma ojca, kochany Frycuś, zrozumiał, jak zawsze zresztą. Nic nie było w stanie poróżnić go z ojcem.
Gerta robiła wszystko, by niechybnie zbliżająca się wojna nie zmieniła niczego w jej życiu. Nawet zaproponowała Janince swój pokój, kiedy przyjaciółka musiała oddać własny wypędzonym z Frývaldova krewnym.
- Musieli uciekać przed takimi jak wy - szepnęła Janinka, nie patrząc na Gertę; nie przyjęła propozycji, wolała też nie wspominać, jak w jej domu mówi się teraz o Schnirchach. Gerta nic nie rozumiała - jacy "tacy jak wy"? Kogo przyjaciółka miała na myśli? Przecież dotąd niczym nie różniła się od Janinki. Tak samo jak ona chodziła na kółko plastyczne, szykowała się do szkoły średniej i wcale nie spoglądała na stojące w oknach, oświetlone blaskiem świec podobizny Hitlera, bo dużo bardziej interesowały ją własne powiększające się piersi, które badała ukradkiem, po ciemku, w swoim pokoju. Była zajęta własnym życiem, o wiele ciekawszym, odkąd poszła do nowej szkoły.
Pierwszego roku wojny, w październiku, Gerta witała każdy nowy dzień z ciekawością i optymizmem, choć musiała wstawać wcześnie, gdy świat za oknem wciąż jeszcze spowijała granatowa ciemność. Ubierając się, wyglądała na Pressburger Straße i widziała tylko czarne cienie: rozłożyste platany nie wpuszczały najmniejszego światła. Ale Gerta nie miała w zwyczaju długo stać przy oknie, ubierała się raz-dwa, by jak najszybciej zobaczyć dobry uśmiech matki, która szykowała już śniadanie, co nieomylnie zwiastował dobiegający z kuchni brzęk filiżanek i łyżeczek.
Cicho zamykała za sobą drzwi pokoju i korytarzykiem szła do jadalni, gdzie matka kładła właśnie na stole chleb przykryty niebieską ściereczką. Ojciec jak co rano przeglądał wczorajszą gazetę. Nową kupował w drodze do pracy, w dawnym kiosku pana Folla, który zmienił w tym roku właściciela i teraz - jak głosił nowy szyld - nazywał się "Konrad Kinkel - Trafik".
- Dzień dobry - mówiła po czesku, na co matka natychmiast rzucała lekko przestraszone spojrzenie w stronę ojca, po czym kiwała jej głową i uśmiechała się, a ojciec odpowiadał:
- Grüß Gott.
Posyłał znad gazety znaczące spojrzenie żonie, po czym wracał do czytania. Gerta przesyłała mamie w powietrzu buziaka. Kochała matkę za to, jaka była: zwyczajna i łagodna, z bujną, miękką piersią, na której można się wypłakać, i silnymi, pulchnymi ramionami, w których można się schować. Zawsze była przy niej, nawet w nowych, dziwnych czasach, których Gerta za bardzo nie rozumiała. W przeciwieństwie do Frycusia - który, zdaje się, pozjadał wszystkie rozumy. Złoty chłopak, z jasno określonym Weltanschauung, wierna kopia ojca, także z wyglądu. Tak samo jak on czesał się na boczek, identycznie mrużył oczy, kiedy się uśmiechał, i zawsze, nim ojciec zdążył powiedzieć choćby słowo, postępował dokładnie tak, jak ten sobie życzył. Friedrich był Schnirchem z krwi i kości, dlatego ojciec traktował go inaczej niż Gertę. Ona zawsze była dla niego jakby ulepiona z innej gliny.
Wprawdzie tak jak Friedrich mówiła i po niemiecku, i po czesku, potrafiła - na życzenie ojca - zaśpiewać Deutschland, Deutschland über alles, i to tak koncertowo, że zachwycony ojciec przytupywał ciężkim butem, nad którym wznosiła się biała podkolanówka; nosiła nawet, ku jego ogromnej radości, dirndl i kapelusik z piórkiem: wszystko na nic, bo i tak nigdy nie była dla niego tak ważna jak Friedrich. Nie rozumiała dlaczego. Długo usiłowała przekonać ojca do siebie, walczyła o jego uwagę, wreszcie coś w niej pękło. Zrozumiała, że choćby starała się z całych sił, nigdy nie będzie idealna jak brat. To odkrycie wzbudziło w niej rodzaj buntu, zaczęła negować wszystko, co pochodziło od ojca, i w efekcie jeszcze bardziej zbliżyła się do matki. Chyba właśnie wtedy ich dom zaczął rozpadać się na dwie części - czeską i niemiecką; do czeskiej należała tylko ona i matka. Między Gertą a ojcem powstała przepaść. Rzuciła w kąt zielony dirndl z haftem w czerwone kwiaty, a wraz z nim wszystkie zasady ojca, jak ta, by nie używać w domu języka czeskiego, który od jakiegoś czasu kłuł go w uszy.
Raz, jakoś wiosną 1939, po powrocie z pracy ojciec zwrócił się do nich z długim przemówieniem, w którym nakazał im mówić wyłącznie po niemiecku. Friedrich natychmiast usłuchał: od tego dnia po prostu przestał używać czeskiego, niezależnie, czy ojciec go słyszał, czy nie. Gerta uważała, że to absurd.
- Dlaczego nie mówisz normalnie? - pytała, kiedy matka podawała niedzielny obiad z obowiązkowym niemieckim na ustach. Matka, która wcześniej mówiła przecież tylko po czesku. Gertę to raziło. Nie dlatego że nie lubiła niemieckiego, niemiecki był jej naturalnym językiem, podobnie jak czeski. Obu używała zamiennie, bawiąc się z koleżankami, odwiedzając sąsiadów, w szkole, na podwórku, w zależności od tego, do kogo akurat się zwracała. Odruchowo posługiwała się czeskim w rozmowie z koleżankami, niemieckim zaś, kiedy zwracała się do ojca. A później, kiedy ojciec tylko usłyszał, że mówi na podwórku po czesku, wpadał w gniew i zamykał ją w pokoju na całe niedzielne popołudnie. Bywało wręcz, że brał rózgę i bez mrugnięcia okiem sprawiał jej manto. Matka łapała go wtedy za rękę i z płaczem przekonywała, że areszt domowy będzie lepszy, a potem zawsze przynosiła jej do celi ciepłą kolację i życzyła smacznego. Po niemiecku.
Friedrich wkraczał do jadalni z zaspanym Grüß Gott na ustach. Za oknem wychodzącym na podwórze i dziki ogród wciąż było zupełnie ciemno, chociaż Gerta zdążyła już w międzyczasie zjeść połowę swojej kromki, a ojciec odłożyć gazetę i wypić prawie całą filiżankę porannej herbaty. Mama stawiała przed Friedrichem herbatę i kładła chleb grubo posmarowany masłem i posypany szczypiorkiem, po czym, jak co rano, beształa za to, że zaspał.
- Die Zeit wird knapp, pospieszcie się, dzieci.
Na klatce schodowej ojciec poganiał ich jeszcze swoim los, los!, po czym całą trójką wychodzili z bramy wprost w objęcia chłodnego poranka, wszyscy kurczowo przytrzymując postawione kołnierze, by osłonić szyję przed srogim wiatrem. Rozdzielali się na rogu Pressburger Straße i Ponawkagasse. Ojciec szedł w górę, przez park, na Adolf-Hitler-Platz, Gerta i Friedrich kierowali się na Horst-Wessel-Straße, gdzie mieściła się Deutsche Handelsakademie.
To ojciec zdecydował, że Gerta ma iść do szkoły handlowej. Gdyby ktoś ją zapytał, odpowiedziałaby, że woli się uczyć w małej, działającej od zaledwie kilku lat szkole o profilu plastycznym. Kiedy z matką wybrały się tam na dni otwarte, natychmiast zapragnęła malować ceramiczne misy i dzbanki, które stały w rządkach na parapecie jednej z sal. Były też inne pracownie. Jak ta, gdzie robiono lalki, marionetki rusałek i wodników, dla których szyłaby stroje z materiałów o bajkowych wzorach, jakby wyjętych z rysunków Janinki. W innej sali na podestach wznosiły się olbrzymie posągi z białej i brązowej masy, przedstawiające ludzi, nagich jak ich Pan Bóg stworzył; w jeszcze innej na sztalugach widniały pejzaże, pola, lasy, i podobizny zupełnie do nikogo niepodobne, przynajmniej zdaniem Gerty: śmiała się z ich kanciastych kształtów i twarzy o dwóch nosach; były tam też obrazy, których Gerta nie rozumiała, absolutna zagadka, i nawet matce trudno było się domyślić, co przedstawiały. Nigdy, przenigdy nie zapomni wizyty w tej szkole, tak bardzo zachwyciła ją różnorodność sztuki. Zapach, którym były przesiąknięte tamte mury, utkwił w jej pamięci na długie lata, i zawsze się kojarzył z najwspanialszą, największą przygodą, jaką mogła sobie wyobrazić.
Gdyby decyzja należała do Gerty, poszłaby do szkoły plastycznej, ale ojciec zapisał ją, podobnie jak Friedricha, do niemieckiej szkoły handlowej, bo czasy były niepewne, a naród potrzebował wykształconych urzędników - naród i ojciec, który pracował w urzędzie niemieckiej administracji Oberlandrat, gdzie i oni mogliby się w przyszłości zatrudnić.
Zresztą, Gerta wcale się nie buntowała. Wiedziała, że nie zostanie wielką artystką. Tego mogą doświadczyć osoby naprawdę wyjątkowe, wybrane, stworzone do rzeczy wyższych. Ona może i o tym marzyła, ale była tylko córką Barbory Ručkovej i Friedricha Schnircha ze Sterngasse, potrafiła jako tako szkicować węglem i trochę rysować pastelami, nie najgorzej radziła sobie z robótkami ręcznymi, których uczyła ją matka, ale w szkole była przecież najlepsza z rachunków. Tacy jak ja nie zostają słynnymi artystami, pomyślała i bez słowa sprzeciwu we wrześniu 1939 rozpoczęła naukę w niemieckiej Handelsakademie, co było słusznym posunięciem, bo szkoła plastyczna wkrótce potem została zamknięta.
III
Zaraz na początku pierwszej klasy szkoły średniej ojciec zapisał ją do Bund Deutscher Mädel, Związku Niemieckich Dziewcząt. Nie mogła nic na to poradzić. Należała do związku, podobnie jak inne dziewczęta z klasy, jak Anne-Marie Judex, córka Regierungskommissara, miejskiego komisarza rządowego, o którym ostatnio zrobiło się głośno. Gerta unikała Anne-Marie, unikała wszystkich tych dziewcząt, codziennie ukrywała się w pracowni plastycznej: siedziała tam aż do czwartej, kiedy na rogu Kotgasse mogła spotkać się z Janinką, bo o tej porze rodzice przyjaciółki, oboje zatrudnieni przymusowo w odlewni w Líšniu, nie mieli jak jej pilnować.
- Ładnie ci - powiedziała pewnego razu Janinka, kiedy Gerta przybiegła na spotkanie spóźniona, w mundurku Związku - ale gdyby moi rodzice tak cię zobaczyli, już całkiem zakazaliby mi się z tobą spotykać.
Obie ruszyły w stronę pobliskiego parku na Kolišti.
- Mieliśmy próbę marszu - tłumaczyła się zawstydzona Gerta, przejeżdżając dłonią po ciemnym wąskim krawacie i długiej ciemnej spódnicy. - Nie założyłabym tego, gdybym nie musiała.
- Ale i tak należysz.
Gerta milczała.
- Mogę za to chodzić na kółko plastyczne. Mają własną pracownię. Powinno się rozwijać talenty, tak mówią. Przecież to samo powtarzał nam pan Kmenta. Chcesz, to spytam Frau Wirkt, może i ty byś mogła...
Janinka pokręciła głową.
- Nie, nie przyjmą mnie, nie należę do Związku. I nie mogę należeć, rodzice nigdy mi nie pozwolą. Zresztą, chyba wcale nie chcę, nawet nie wiem, co się tam robi.
Gerta wzruszyła ramionami.
- Właściwie robisz, co chcesz. Ja na przykład chodzę na zajęcia plastyczne, śpiew i uprawiam lekkoatletykę... Nawet nie wiedziałam, że mi się to spodoba. Z początku się bałam, mama też nie była zachwycona, ale ojciec mnie zapisał... i teraz... chodzę sobie do Związku.
- No nie wiem - szepnęła Janinka.
Niespiesznie dotarły do parku, przebiegły przez pustą jezdnię i poszły w stronę ławki. Gerta myślała o obawach, które na początku miała jej matka. Próbowała przeciwstawić się mężowi: Gerta słyszała, jak mama przekonywała go, że zrobią tam jego córce pranie mózgu. Tak właśnie powiedziała. Pranie mózgu, ciekawe, pomyślała wtedy Gerta. Gdyby usłyszała to dziwne określenie z ust Friedricha, wcale by się nie zdziwiła, brat miał całą szafkę głupawych horrorów z kiosku. Ale że użyła go matka? Zwracając się do ojca? Ojciec okropnie się wtedy rozgniewał, kazał matce iść do sypialni, a potem w domu zapadła cisza. Gerta nie wiedziała, jak ostatecznie zakończyła się kłótnia rodziców. Za to w kolejnym tygodniu miała się zgłosić do Związku, co też zrobiła. I to na prośbę matki, choć czuła, jak nieszczerze matka ją wypowiedziała.
Ostatecznie jednak okazało się, że wszystkie dziewczęta z klasy chodzą po lekcjach do Związku, czyli że to normalna rzecz; poza tym w uczęszczaniu na zajęcia plastyczne, śpiewaniu pieśni niemieckich czy wkładaniu mundurka na próby przed różnymi Paraden chyba nie było niczego złego? A może jednak?
Gerta nie znała odpowiedzi i to ją gnębiło. Czasami miała wrażenie, że nie pasuje do tych dziewcząt. Wiele by dała, by być jak one! Zwyczajną niemiecką dziewczyną, zadowoloną z życia członkinią Bund Deutscher Mädel, zdolną zrobić wszystko, by zdobyć pochwałę przewodniczącej. Od jej koleżanek bił entuzjazm, na przykład podczas zawodów sportowych, które zorganizowano zaraz na początku roku szkolnego, by określić mocne strony członkiń Związku. Gercie było wstyd: nie potrafiła wystarczająco daleko pchnąć kulą, nie umiała rzucać oszczepem, była słaba w biegach. Nie ona jedna, rzecz jasna, musiała znosić złośliwe uśmieszki zdolniejszych dziewcząt. Pytanie, czy może wypadłaby lepiej, gdyby wciąż nie miała w głowie przestróg matki?
Jeszcze później zrozumiała, że nie jest w tych odczuciach osamotniona. Pewnego dnia zauważyła, że nie tylko ona spędza przerwy samotnie, szkicując na kartkach, czytając pod ławką czy przez długie minuty gapiąc się przez okno. W taki sposób po raz pierwszy nawiązała rozmowę z Karlem, czym przełamała przy okazji dystans między poważnymi, wbitymi w szkolne mundurki, zawstydzonymi po uszy młodymi mężczyznami a urodziwymi, identycznie ubranymi dziewczętami, wiecznie wpatrzonymi w Anne-Marie, wsłuchanymi w jej opowieści z wyższych sfer.
Do ławki, na której siedziały Janinka i Gerta, podeszła dziewczynka, jeszcze dziecko. Przeniosła się z trawnika na chodnik, był lepszy do rysowania kredą, której krótki gruby kawałek trzymała w rączce. Kucnęła i zaczęła rysować, podśpiewując popularną wśród dzieci piosenkę: "Pięć, sześć, siedem, osiem, my Hitlera mamy w nosie, Paryż, Praga, no i Brno, durny Hitler, łapmy go!".
Gerta zdębiała. Na litość boską! Przecież nie można wyśpiewywać takich rzeczy. Co gdyby ktoś usłyszał?
- Przestań! - zawołała przerażona.
Dziewczynka uniosła głowę i popatrzyła na nią okrągłymi błękitnymi oczami.
- Dlaczego? - zapytała zdziwiona.
Gerta spojrzała na Janinkę, która, dość zmieszana, zerkała to na Gertę, to na dziecko.
- Bo nie wolno i już. Mogą cię za to ukarać.
Dziecko wciąż patrzyło na nią, nic nie rozumiejąc.
- Nie możesz tego śpiewać, bo wsadzą do więzienia ciebie i twoją mamę.
Dziewczynka wstała, otrzepała kolanka, w które powbijały się małe kamyki, i pobiegła z powrotem do piaskownicy i kobiet na ławce w cieniu krzewów.
Gerta i Janinka zerknęły na siebie, wolały stąd odejść; ruszyły przez skrzyżowanie, znów w stronę Pressburger Straße.
- Jak twoi nowi znajomi ze szkoły? Jacy są? - spytała po chwili Janinka.
- Na razie nie zdążyłam nikogo lepiej poznać - odparła obojętnym tonem Gerta.
- Może później poznasz - odpowiedziała Janinka.
Może, pomyślała Gerta, ale nie chciała się zwierzać Janince. I tak nikt nie mógł zająć jej miejsca w sercu Gerty, więc nie chciała dodawać trosk dziewczynie, której nie pozwolono dalej się uczyć i już latem umieszczono na robotach przymusowych. Janinka sprzątała w ubezpieczalni. Całe szczęście, że miała słabe serce, bo jeszcze by ją wysłali do Rzeszy, jak tylu innych młodych. A tak przynajmniej mogły nadal potajemnie się spotykać i spacerować po parku lub po Wale Zábrdovickim, wzdłuż rzeki ukrytej na tyłach dostojnych domostw. Siadały przy śluzie, gdzie rzucały na nie cień gmachy Petersdomu i zamku Špilberk, a huk wody zagłuszał nawet donośne dźwięki przejeżdżających w pobliżu tramwajów. Nigdy nie mogły się nadziwić, dlaczego mieszkańcy Brna, zamiast chwalić się rzeką, zepchnęli ją aż tu, tak daleko od głównych ulic i deptaków.
Właśnie dla takich chwil żyła wtedy Gerta, a potem także dla innych, kiedy na przerwach podchodził do niej Karel. Nie wiedziała jeszcze, że później będzie o nim myśleć nawet na spacerach z Janinką i wieczorami w swoim pokoju, że z niecierpliwością będzie wyczekiwać kolejnego spotkania. Nie mogła się go pozbyć: wciąż siedział w jej głowie. Było w nim tyle spokoju, harmonia, której Gerta nie potrafiła pojąć. Nie wiedziała jeszcze, że to właśnie Karel będzie ją tulił na lekcjach tańca tak mocno, aż materiał opinającej biodra spódnicy pomarszczy się i zmechaci. Że właśnie on będzie ją odprowadzał do domu i trzymał za rękę pod koronami platanów jeszcze długo po tym, kiedy w sypialni jej rodziców zgaśnie światło. Nie wiedziała, że to właśnie on kilka lat później przysięgnie, że ożeni się z nią, chociaż nazywa się Schnirch. Nie wiedziała, że wtedy ona roześmieje się, że on przecież dobrze wie, jaka z niej Niemka. Nie wiedziała też, że to będzie ich ostatni beztroski, prawdziwie radosny śmiech. I że wspomnienie ostatnich wspólnych chwil szczęścia pomoże jej przetrwać kolejne długie lata.
IV
W ogóle jej to nie obchodziło, a cała sytuacja działała wręcz na jej korzyść. Nie widziała nic niewłaściwego w fakcie, że kryje Anne-Marie i Friedricha. Miała swoje sprawy, a to, czy Friedrich spędza czas w Hitlerjugend, czy gdzie indziej i z kim innym, nic jej nie obchodziło. Ponadto dzięki temu urosła trochę w jego oczach i po raz pierwszy w życiu czuła, że Friedrich nie traktuje jej z góry. Może nawet stał się jej dłużnikiem? Koleżanki z klasy też od razu zaczęły patrzeć na nią przyjaźniej.
Anne-Marie dość szybko się zorientowała, że młodszy dowódca turnerów, jak w skrócie mówiono na członków związku sportowego Deutscher Turnverband, który tak męsko prezentował się ze sztandarem na czele swojej sekcji podczas wizyty protektora Rzeszy, von Neuratha, to brat Gerty. Już pod koniec listopada, niby to przypadkiem, zagaiła do Gerty w toalecie i spytała o niego. Gercie chciało się śmiać z jej płomiennego, wygłodniałego wręcz spojrzenia, które usiłowała ukryć pod pozorem niezobowiązującej pogawędki. Akurat!, pomyślała Gerta i bez wahania złożyła brata u stóp Anne-Marie. W któryś piątek po południu na stadionie, gdzie Friedrich ćwiczył ze swoją sekcją, przedstawiła ich sobie.
Brat otworzył jej furtkę do zamkniętego kręgu dziewcząt, które dotąd trzymały ją na dystans. Może nie sprawiło to, że Gerta wreszcie poczuła się pewna siebie, nie rozwiało wątpliwości, które nosiła ze sobą z domu do szkoły i ze szkoły z powrotem do domu, a jednak, przynajmniej na pozór, stała się jedną z nich. Anne-Marie dosiadła się do niej w ławce i choć było to absolutnie nieprawdopodobne, wyglądało na to, że zamierza się z nią zaprzyjaźnić. Nagła sympatia ze strony Anne-Marie przepełniała Gertę radością, ale też niepokojem i zakłopotaniem. Czuła się przy niej jak rzodkiew zwyczajna na polu hiacyntów. Kiedy wracała ze szkoły, wąchała swoje ubranie przesiąknięte upojnym zapachem perfum sąsiadki z ławki; wieczorem, w domu, wciąż miała przed oczami jej filigranowe nadgarstki z obręczami złotych bransoletek i dłonie ze starannym manikiurem, z błyszczącymi czerwonymi paznokciami. Nic dziwnego, że Friedrich stracił głowę. Trudno było nie oszaleć dla eleganckiej Anne-Marie, zawsze ubranej w gustowne ciemne suknie z materiałów, których nie można było znaleźć na sklepowych półkach. Dla dziewczyny o blond włosach, w miękkich falach opadających na ramiona, czarnych wąskich brwiach, w idealnych łukach wznoszących się nad jasnymi oczami, pełnych wargach, zawsze podkreślonych krwistoczerwoną pomadką. Anne-Marie mogła spokojnie stanąć w szranki z Adiną Mandlovą, a gdyby kiedyś było im dane gdzieś się razem pokazać, Anne-Marie miałaby duże szanse przyćmić słynną aktorkę nie tylko urodą, lecz także darem przyciągania słuchaczy. Bez zahamowań opowiadała o koneksjach papy, Regierungskommissara Oskara Judexa, który przysyłał po nią do szkoły samochód z kierowcą, o kolacjach z samym protektorem Czech i Moraw czy z inspektorem policji i o kreacjach, jakie sprawiły sobie z mamą na te okazje. Była żywym dowodem na istnienie świata nadludzi. Dziewczęta z klasy lgnęły do niej jak muchy do miodu, traktowały ją jak boginię, wyrocznię; nie było takiej, która choć przez chwilę nie chciałaby pobyć w jej blasku. Friedrich nie był wyjątkiem. Wpadł po same uszy.
Trudno powiedzieć, czego właściwie spodziewał się po relacji z kimś takim jak Anne-Marie zwykły syn urzędnika; Gerta nie zamierzała się tym martwić. Może Friedrich, który podczas uroczystego pochodu turnerów wyglądał jak germański bóg, uwierzył, że naprawdę nim jest: wybrańcem losu, i nie musi sobie niczego odmawiać. A może chciał w ten sposób wdrapać się wyżej, zdobyć dużo ważniejsze funkcje, lepsze stanowiska; nie wystarczało mu siedzenie nad nudną papierkową robotą czy potem służba w Wehrmachcie, chociaż Wehrmacht wyraźnie go pociągał. Gertę nic to nie obchodziło.
Żyła zamknięta w swoim małym świecie i gdyby nie spotkała Anne-Marie Judex, która całą sobą przypominała jej o istnieniu Rzeszy, gdyby nie kłótnie rodziców, być może przesiedziałaby całą wojnę z Janinką gdzieś nad brzegiem Svitavy, a potem powitała sąsiadów plądrujących miasto wraz z Armią Czerwoną, i nie miałaby bladego pojęcia, że znalazła się po stronie tych złych, winnych. I pokonanych. Ale Gerta spotkała Anne-Marie Judex, którą tylko krok dzielił od Oskara Judexa i czerwonych sztandarów z czarnym krzyżem w białym kole, powiewających na balkonie Neues Rathaus.
V
Oskar Judex był gotów. Czuwał cały wieczór w przeddzień ogłoszenia Protektoratu, by następnie, o trzeciej nad ranem, zaraz po otrzymanym przez telefon rozkazie, wraz z gwardią służb porządkowych NSDAP, zwaną ordnerami, zająć urząd administracji miejskiej w Nowym Ratuszu i ogłosić się Regierungskommissarem, czyli nową głową miasta. W tym czasie jego przyjaciel z kierownictwa NSDAP, Karl Schwabe, zajął główną komendę policji przy ulicy Palackiego i w towarzystwie niemieckich oddziałów generała Lista przejął funkcję jej szefa. I tak rankiem 15 marca 1939 roku mieszkańcy Brna, nie zdając sobie z tego sprawy, obudzili się w zupełnie innym mieście. Wśród niczego nieświadomych obywateli był także doktor Rudolf Spazier, dotychczasowy prezydent Brna, który po przyjściu do pracy struchlał na widok dwóch uzbrojonych ordnerów, a jeszcze bardziej się przeraził, kiedy mężczyźni ci wprowadzili go do jego własnego gabinetu. Tam został usadzony w fotelu na nóżkach, naprzeciwko siedem lat młodszego Judexa, z modnym małym wąsikiem na okrągłej, nalanej twarzy, który lekceważąco rozparł się za jego biurkiem. Następnie Spazier został zapoznany z nowymi faktami: że właśnie rozwiązano radę miejską i prokuraturę, że wszystkie istotne stanowiska w mieście przejęli zaufani członkowie NSDAP, po czym zasugerowano mu, by udał się na urlop przymusowy, aż Oskar Judex zostanie oficjalnie mianowany nową głową miasta.
- A jeśli jeszcze nie słuchaliście dziś radia, spieszę poinformować, że Czechosłowacja zniknęła z mapy i od dziś należy do Trzeciej Rzeszy jako Protektorat Böhmen und Mähren. Pozwalam sobie przyjąć wasze gratulacje. Heil Hitler!
Dwóch ordnerów poklepało Spaziera w ramię i wyprowadziło przed gmach. Były prezydent miasta udał się prosto do Domu Biesiadnego, centrum kultury, w którym tego dnia zaczęli się zbierać kolejni i kolejni oficjele miejscy pozbawieni nagle swoich funkcji, a kiedy w końcu otrząsnął się z pierwszego szoku, postanowił, że nie uzna władzy bezprawnie przywłaszczonej sobie przez Judexa, i wrócił na Ratusz, dokąd uparcie chodził przez cały tydzień. Po tygodniu Judexowi skończyła się cierpliwość i kazał wywieźć Spaziera na ulicę Palackiego, gdzie komendę policji przejmowało właśnie gestapo, w związku z czym kręciła się tam co najmniej setka odzianych w czarne mundury oficerów SS, przeniesionych do Brna z Wiednia i Stuttgartu. Nikt nie miał czasu zajmować się byłym prezydentem, w Brnie gruntownie zmieniano obsadę i scenografię: na rogach ulic widniały tabliczki nawołujące do zachowania spokoju i ostrzeżenia, by nikt nie próbował przeciwstawiać się nowym porządkom. Po zmianie organizacji ruchu na drogach nastąpił chaos: samochody nie poruszały się już lewą, tylko prawą stroną jezdni. Przez tę zmianę doszło do ogromnej liczby wypadków, w których wielu pieszych straciło życie.
Ale porządek musiał być. Spazier też lubił porządek, i jako stary patriota nie zamierzał uznawać samozwańczego prezydenta miasta, który pozbawił go funkcji bez wiedzy oraz zgody rady i prokuratury. Ostatecznie 1 września 1939 roku, wraz z pierwszą falą aresztowań, miłośnik starego porządku został bladym świtem wywleczony z łóżka i wywieziony do lochów zamku Špilberk, skąd przeniesiono go do obozu koncentracyjnego w Dachau, a potem do Buchenwaldu. W ten sposób Judex pozbył się Spaziera.
Już w pierwszych dniach po przejęciu Ratusza Judex został oficjalnie mianowany Regierungskommissarem i przyjął gratulacje od samego Adolfa Hitlera. Ten akurat przebywał w okolicy i wyraził wolę, by pokazać się swemu ludowi z balkonu Nowego Ratusza, Neues Rathaus w Brnie, skąd wygłosił słynne przemówienie do skandującego tłumu brneńskich Niemców, ogarniętych euforią, że wrócili do domu, Heim im Reich.
Anne-Marie z matką i rodzeństwem była wtedy w sali za balkonem, skąd widziała plecy Wodza i własnego ojca, który dumnie stał u jego boku i patrzył z góry na miasto od tej chwili jemu podległe. Po przemówieniu Hitler szarmancko wyraził uznanie dla urody córki i matki, pogratulował Judexowi, tym razem nie szybkiego i sprawnego przejęcia miasta, lecz wspaniałej rodziny, która zapewne stanowić będzie potężny filar Rzeszy, po czym odjechał do Wiednia.
Napędzony okazanym mu zaufaniem Wodza, Judex zabrał się do pracy z wielką werwą. Postanowił odcisnąć trwały ślad w historii rodzinnego miasta. Zarządził, żeby przebić się przez resztę niedokończonej Ringstraße na odcinku od Horst-Wessel-Straße, i dalej ulicą Husa do Stadthofplatz, w dół, w stronę dworca kolejowego, by w ten sposób utworzyć aleję okalającą centrum miasta, Okružní třídę, którą władze czeskie planowały już od lat, lecz realizowały swój plan zbyt opieszale. Judex wraz z nową radą miasta potrzebował okazałej alei, głównie po to, by Marchparaden narodowych socjalistów odbywały się w jeszcze bardziej uroczystym i podniosłym duchu, by obchodziły całe centrum. Przez Französische Straße puścił tramwaj łączący centrum miasta z dzielnicą Černá Pole, inną linię pociągnął aż do Líšnia, wybrukował wszystkie drogi w okolicy katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła, wybudował szereg nowych gmachów, pilnował renowacji starej zabudowy i dopiero w czerwcu 1941, kiedy wprowadzono zakaz stawiania budynków niewojskowych, musiał trochę wyhamować ze swoim planem. Trochę, bo przekonany, że zakaz działa na niekorzyść miasta, dalej robił swoje. Chciał, by Brno stało się stolicą kulturalną i edukacyjną całego Protektoratu, miastem, które pewnego dnia przyćmi nawet pobliski Wiedeń. Chciał, by wkrótce mawiano: "Muszę odwiedzić Brno i Wiedeń", właśnie w tej kolejności. By masowo zwiedzano brneński Deutsches Haus, katedrę i zamek, by tłumy studentów ciągnęły na wykłady na uniwersytecie, i tyleż samo widzów na premiery w teatrze niemieckim na Richard-Wagner-Platz. Judex miał wiele ambitnych planów; żeby zapewnić sobie spokój na czas ich realizacji, rozkazał aresztować trzystu funkcjonariuszy publicznych i ważnych osobistości ze świata kultury i polityki, czym zajęło się brneńskie gestapo. Po zamknięciu szkół czeskich gestapo rozlokowało się w dwóch kompleksach zakwaterowania studentów, w domach akademickich Kounica i Sušila, skąd przepędzono zdezorientowanych żaków, którzy w pośpiechu pakowali najpotrzebniejsze rzeczy. Dotyczyło to, rzecz jasna, tylko części studentów, tej, która nie została od razu aresztowana, internowana i przetransportowana do Dachau, by niemiecka szkoła wyższa mogła rosnąć w siłę, a niewygodna czeska - paść. Jakby tego było mało, gestapo zajęło też cały nowy budynek wydziału prawa na końcu Eichhorner Straße, czeskiego Veveří, gdzie odtąd odbywało swoje narady, naprzeciwko ściany, na której przed wojną wisiał ogromny obraz Procházki z podobizną Prometeusza niosącego ogień ludzkości, na szczęście teraz starannie zwinięty i ukryty w piwnicy przez czeskich patriotów. Właśnie przed tą ścianą prostowano ramiona, unoszone z gromkim okrzykiem Heil Hitler! A robiono to z takim przekonaniem, jakby naprawdę siedział tam sam Hitler-Prometeusz, Hitler-Bohater, który przyniósł im ogień.
Ale Gerta, chwaląc się w domu, że chodzi do klasy z Anne-Marie Judex, nie mogła przecież o tym wszystkim wiedzieć. Matce nerwowo zadrżała powieka, po czym jej wzrok powędrował z powrotem na stolnicę; robiły właśnie z Gertą chrust na urodziny Friedricha. Friedrich skwitował tę nowinę wzruszeniem ramion, a ojciec mruknął tylko sehr gut, po czym dodał, że dobrze rządzi nasz Regierungskommissar, lekko uniósł brwi i wrócił do swoich spraw. Jedyną rzeczą mającą związek z Anne-Marie, którą faktycznie dało się wyczuć w ich domu, był zapach jej francuskich perfum najpierw na ubraniach Gerty, potem także Friedricha.
Dopiero kilka lat później Judex zmienił Brno w miasto wojny, maszerujące posłusznie pod rządami terroru; miasto przesiąknięte smrodem spoconych ze strachu partyzantów i sabotażystów oraz zapachem fortuny, którą zarabiały zakłady zbrojeniowe i fabryki produkujące wszelkie wyposażenie dla Wehrmachtu. Jedni wychwalali go pod niebiosa, inni przeklinali, ale Gerta nie widziała w tym nic dziwnego. Nie da się dogodzić wszystkim. A mówiło się, że właśnie dzięki Judexowi miasto wyszło z wojny bez tak ogromnych zniszczeń jak Frankfurt czy Drezno.
A przecież Brno, jako główny ośrodek przemysłowy Protektoratu, naprawdę mogło skończyć dużo gorzej. Otaczające historyczne centrum miasta fabryki broni i gumy, maszynownie, pralnie o mało nie zostały zrównane z ziemią; uchroniło je to, że kiedy alianci stali kilka kilometrów na południe od Brna, Judex kazał zatrzymać prace fortyfikacyjne i ogłosić Brno miastem otwartym, do którego Armia Czerwona wkroczyła przez szerokie drogi wjazdowe, bronione jedynie przez miejscowy Volkssturm.
Kiedy to się działo, Regierungskommissar Oskar Judex oraz jego przyjaciel Karl Schwabe, który zdążył w międzyczasie zostać wiceprezydentem Moraw, obaj, usadowiwszy się w autach po brzegi wyładowanych brneńskimi insygniami i kosztownościami, zamykali pokaźną kolumnę uciekinierów. Judex wywoził między innymi Głowę Meduzy Rubensa, obraz, który na początku swoich rządów kazał przenieść z sali Muzeum Narodowego do swojego biura w Ratuszu i który wisiał tam przez całą wojnę. Zmierzali w kierunku Jihlavy: Judex w ciasnej naczepie, zaraz za samochodem przewożącym rzeczy osobiste, gdzie, obok kierowcy, w kołnierzu ze srebrnych lisów kuliła się pulchna matka rodziny, czystej krwi, jasnowłosa Gabrielle Judex, za nią Anne-Marie, jej siostra Eugenie i najmłodszy Otto-Adolf. Uciekał stąd. A przecież mógł sprawić, by nie został tu kamień na kamieniu, bo gdyby zebrać wszystkich: stacjonujący na zamku Špilberk sztab SS, żołnierzy Wehrmachtu i uzbrojonych członków Volkssturmu, i postawić wobec Armii Czerwonej, na ulicach Brna doszłoby do krwawej jatki, która doprowadziłaby do zniszczenia miasta. Mógł też pozwolić, by miasto zatonęło w falach "morza morawskiego", jak zwano Zaporę Brneńską, jednak w przeciwieństwie do Hauptmannführera SS Römera nie wydał rozkazu uwolnienia rzeki. Opuścił Brno, nie popadłszy z nim w większy konflikt, i pozostawił je swojemu losowi, który wówczas wcale nie zapowiadał się tragicznie. Może sądził, że jeszcze tu wróci, że aliantom powinie się noga, a tajne siły Hitlera przepędzą wojska sojusznicze z południowych krańców Protektoratu, które obecnie zapalczywie zdobywały. Właściwie miał rację z tym powrotem. Niecałe pięć dni później w Jihlavie zostanie rozpoznany, aresztowany i postawiony przed brneńskim sądem ludowym, który 2 grudnia 1946 skaże go na dożywocie. Będzie miał szczęście. Bo Schwabe zawiśnie już kilka godzin po burzliwym procesie we wrześniu 1946. Z wywalonym językiem i wybałuszonymi oczami, narobi pod siebie dokładnie tak jak ci, których kazał likwidować na trzech przytulonych do siebie szubienicach stojących na dziedzińcu przy domach akademickich. Największym szczęściarzem okaże się jednak ich trzeci kompan, z którym przebalowali niejedną noc w kasynie za lochami zamku. Szef brneńskiego gestapo Hugo Römer zdąży jeszcze wydać rozkaz rozstrzelania czternastu czeskich cywilów za przerwanie obrony na tyłach miasta, w międzyczasie spakuje manatki i niepostrzeżenie zniknie z miasta, zupełnie bezkarny, bo nigdy nieodnaleziony. O tym wszystkim Oskar Judex dowie się dopiero długo po wyroku. Odsiadując go, będzie miał osiem długich lat na myślenie o tym, jak skończyli jego Kameraden, i jak skończył on sam oraz jego rodzina, której jedynym majątkiem, kiedy ją opuszczał, były zaświadczenie lekarskie, potrzebne, by wjechać do strefy amerykańskiej, ubrania, które mieli na sobie, i ruski bękart w łonie Anne-Marie, bo wojaczek, który przywędrował aż z Kaukazu na Wysoczyznę Czesko-Morawską, nie zamierzał nikogo pytać o pozwolenie. Po ośmiu latach spędzonych w więzieniu na Cejlu, tylko kilka metrów od nowego mieszkania Gerty i Barbory Schnirchovych, 11 września 1953 umrze z poczuciem niedowartościowania, goryczą człowieka przyzwyczajonego do przychylności bogów, którzy przez całe życie mieli go w opiece, i na froncie rosyjskim podczas pierwszej wojny, i przez pięć ciężkich lat na Syberii, i potem w Brnie, a którzy pod koniec, pod sam głupi koniec, kiedy tylko kilka minut dzieliło go od wyjazdu z Jihlavy do strefy amerykańskiej, gdzie pod osłoną nocy wmieszałby się w tłum, musieli go opuścić.
VI
Nie zorientowała się, tyle jeszcze było w niej z dziecka. Problemy, które przynosiła do domu, jej młodzieńcze troski wiele razy szczerze bawiły Barborę. Starała się jak mogła, by oddalić zderzenie Gerty z rzeczywistością. Zabierała ze stołu gazety Friedricha, kiedy tylko je tam kładł; prosiła, żeby on i Frycuś słuchali radia w ich pokoju, nigdy przy Gercie. Może nawet nie musiałaby tego robić, bo Friedrich i tak uważał za naturalne, by w świat polityki wciągnąć jedynie syna, nie Gertę, bo polityka nie jest dla kobiet. Gerta nie stała się więc świadkiem katastrofy, która opanowywała kraj, a Barbora była za to wdzięczna mężowi, choć wiedziała, że nie próbuje oszczędzić córki z miłości, tylko z czystego przeświadczenia, że miejsce kobiet jest gdzie indziej.
Friedrich nie zawsze taki był. Wyszła za mąż za czułego, miłego i niezwykle, niezwykle szarmanckiego mężczyznę. Barbora Ručková, córka chłopa, nigdy nie wpadłaby na to, by wprowadzać w domu jakiekolwiek równouprawnienie, zamianę ról; wiedziała dobrze, jakie są zadania kobiety, a jakie mężczyzny. Tym bardziej zaskoczyło ją podejście Friedricha, który we wszystkim jej pomagał, towarzyszył na zakupach, był ciekaw jej zdania, nawet jeśli chodziło o tak męskie tematy, jak sytuacja polityczna, a po powrocie z pracy spędzał z nią większość czasu. Tak było na początku lat dwudziestych. Kiedy urodziła mu syna, Frycusia, a potem Gertę, czyli w dwudziestym piątym, dosłownie nosił ją na rękach. Na oczy przejrzała dużo później: zorientowała się, że ta jego niezwykła opiekuńczość wynikała raczej z potrzeby całkowitego przejęcia kontroli nad jej życiem. Zrozumiała, że stopniowo, najpierw powoli, potem, gdy pojawiły się dzieci, szybciej, izolowała się od reszty świata, aż ostatecznie okazało się, że ma kontakt właściwie tylko z mężem i kilkoma osobami z sąsiedztwa. Ale kto by miał czas zauważać takie rzeczy przy małych dzieciach, tyle wtedy pracy. Wcale się tym nie przejmowała, miała kochającego, czułego męża, który doskonale się nimi opiekował. Dlaczego więc tak bardzo się zmienił? Kiedy to się stało? Na pewno jego zmiana miała wiele wspólnego z rozwrzeszczanymi przemówieniami Hitlera, których słuchali w radiu. Barbora od początku ich nie cierpiała, nie była w stanie znieść zmiennej modulacji jego głosu, histerycznych okrzyków, bezbrzeżnej euforii, po której następował gniew i mroczne pogróżki. Dzwoniło jej od tego w uszach, bolała ją głowa. Za to Friedrich słuchał jak zaczarowany. Tak, właśnie wtedy zaczął się zmieniać. Dotąd pielęgnował rodzinny ogródek, z którego się właściwie nie ruszał, a potem nagle otoczył go wysokim płotem, zadaszył i zamknął ich w środku, sam zaś zwrócił się w stronę ogrodu większego, ogrodu całej ludzkości, w myśl wyższych idei, które tamten rozhisteryzowany pajac wykrzykiwał z głośnika. Im bardziej Friedrich angażował się w tę sprawę, tym bardziej stawał się nieprzystępny. Nie chodziło tylko o wspinanie się po stopniach kariery. Kroczył wyprostowany, sztywny jak pałąk, poważny; Barbora patrzyła na niego i nie mogła uwierzyć, że to ten sam człowiek, z którym kiedyś beztrosko grała w siatkówkę na pływalni. Czy to naprawdę on? Człowiek, który teraz, dwadzieścia lat później, zwraca się do niej wyłącznie w trybie rozkazującym, nawet za zamkniętymi drzwiami sypialni. Nie zamierzała się buntować, nie ona. Bardzo wiele mu zawdzięczała, dwoje cudownych dzieci, dobrobyt, ładne mieszkanie. Pozycję społeczną, o jakiej nie śniła, przenosząc się ze wsi do Brna. Nie zamierzała się buntować nawet w sprawie swojego czeskiego pochodzenia, które wytykał jej każdego dnia. Nie ona. Gerta owszem. Miała prawo pytać, dlaczego zakazuje jej mówić po czesku. Przecież i Gerta, i Friedrich od małego posługiwali się dwoma językami, płynnie przechodząc z jednego na drugi, jak co najmniej połowa dzieci, z którymi się widywali. Jak to ludzie mówią, każdy brneńczyk to trochę wiedeńczyk. Przecież wszyscy, przynajmniej tu, w Brnie, rozumieją oba te języki. Wszyscy. On zwracał się do dzieci po niemiecku, ona po czesku. I było tak aż do tej nieszczęsnej wojny, która zupełnie go zmieniła. Zmieniła także ją. Nagle czuła się u jego boku jak nędzna służąca, którą on i Frycuś jakoś muszą ścierpieć, czarna owca, hańba rodu Schnirchów. Nastawił syna przeciwko niej, zresztą, przyszło mu to z łatwością. Kiedy straciła także jego? Syneczka, swojego małego chłopczyka, który wcześniej czepiał się jej spódnicy i prosił o buziaka. Kiedy po raz pierwszy syn popatrzył na nią z tym okropnym chłodem, jak na czeską służącą? Chyba jeszcze zanim poszedł do szkoły handlowej, zanim zaczął wieczorami wychodzić na spotkania Hitlerjugend. Taki był przystojny w stroju turnera, nawet młodej pannie Judex w głowie zawrócił. Jej auto, z szoferem w mundurze, kilka razy zatrzymało się przed ich domem; wyskakiwali z niego całą trojką: przez nikogo niezauważana Gerta, która natychmiast biegła do domu, panna Judex i Frycuś, z namaszczeniem całujący ją w rękę. Barbora widziała to wszystko z okna, ale nigdy nie skomentowała ani słowem. To jeszcze dzieci, myślała, wkrótce im przejdzie. Nie przeszło. Wspomniała o tym Friedrichowi. Podskoczył jak oparzony, nie zamierzał ryzykować kariery tylko dlatego, że syn uciął sobie romansik z córką Regierungskommissara, który miał dla niej zapewne lepszych konkurentów.
- To się musi skończyć - nakazał ostro, odkładając po kolacji serwetkę na stół.
Frycuś zbladł jak ściana. Nie odezwał się słowem, rzucił tylko zaskoczonym i przestraszonym Gercie i matce gniewne spojrzenie osoby zdradzonej. Wtedy straciła go na zawsze.
Ale Gerty nie straciła. Sama, bez sugestii Barbory, zdecydowała, że nie przestanie mówić po czesku. Wybrała tak, bo lubiła czeski, czeskiego używali w szkole, po czesku mówiła ta jej Janinka, która zwykle raczej nie mówiła. Gerta podjęła własną decyzję i z dziecięcą beztroską puszczała mimo uszu wszelkie zakazy Friedricha, choć tyle razy przyprowadzał ją do domu, całą we łzach, by dać jej w skórę za to, że na rogu ulicy szczebiotała po czesku z innymi dziewczętami. Barbora próbowała przekonać męża, żeby nie obciążał tym Gerty, ale on nigdy nie odpuścił. Drwiny i obrażanie wszystkiego co czeskie stały się normą w ich domu. Czesi, naród lokajów, tchórzy, zawsze gotowych się sprzedać. Naród bez honoru. Mówiąc to, patrzył żonie prosto w oczy, a ona nie mogła zdobyć się nawet na słowo w swojej obronie. Nawet kiedy przepędzał ją w nocy z sypialni. W milczeniu brała poduszkę, kołdrę i lokowała się na wersalce w kuchni. Tam długo nie mogła zasnąć, patrzyła w sufit i zastanawiała się, gdzie zniknęła dawna czułość, z którą kiedyś potrafili całe noce tulić się do siebie. Gdzie się podziały delikatne, namiętne pieszczoty, ciepło, z którym zdobywał jej ciało. Pozostały rozdrażnione, chłodne ruchy, w chwilach gdy się na niej kładł, by zaraz, jakby wstydząc się własnej słabości, odsunąć się jak najdalej, odwrócić plecami i milczeć. Barbora tego nie rozumiała. Wiedziała tylko, że nie może płakać, bo nawet cichy szloch rozwścieczyłby go, a ona znów zostałaby odesłana do kuchni.
Nie powiedziała nikomu o bólach w klatce piersiowej, które odczuwała mniej więcej od końca listopada. Dość już nasłuchała się na temat Czechów, jaki to słaby, leniwy naród, naród symulantów, nie chciała też straszyć Gerty. Ostatnio wracała ze szkoły jakby odmieniona, bardziej dorosła. No tak, to ten wiek, myślała Barbora, przyglądając się córce, która tak szybko zmieniała się z dziecka w młodą kobietę. Czyżby się zakochała?
Kto mógł przewidzieć, że tak szybko opadnie z sił? Ona, najmłodsze dziecko chłopa z Moutnic i dziewczyny zza miedzy, z od lat osiadłej w Czechach rodziny austriackiej, dziecko rodziców, po których powinna być zdrowa jak rzepa. Ale nie była.
Może zresztą nie tylko bóle w piersi pozbawiły ją sił. Chęć życia uciekała z niej jak powietrze z jarmarcznego balonika. Dobrze wiedziała, że powinna wziąć się w garść, przemóc, wstać, iść dalej - tylko po co? Dla kogo? Dla kogo prócz Gerty, czuwającej przy niej, do końca oddanej, tulącej się do jej rozpalonego, spoconego ciała? Miała przy sobie wszystko, czego jej było trzeba, mimo to pragnęła jedynie zasnąć i nie martwić więcej ani teraźniejszością, ani, co gorsza, przyszłością.
Nie ma słów oddających żal, że zostawiła córeczkę samą, że ukradła jej młodość i rzuciła na głęboką lodowatą wodę. Nie ma takich słów. Ale dłużej po prostu nie mogła tego wszystkiego znieść.
VII
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej