Wyraj' 81. Kiedy potwory stały w kolejkach - Michał Jankowski

-
Proszę czekać

Roz­dział 7

Dan­cing w Ku­rzej Łapce

Z ze­wnątrz, wci­śnięta mię­dzy wa­lącą się ka­mie­nicę a warsz­tat wul­ka­ni­za­cyjny, Ku­rza Łapka nie zdra­dzała swo­jej na­tury. Je­dy­nie umiesz­czony nad drzwiami pur­pu­rowy neon w kształ­cie pta­siej nóżki su­ge­ro­wał, że nie jest to zwy­czajne miej­sce. Po prze­kro­cze­niu progu cała sza­rość ustę­po­wała miej­sca światu, który w so­cja­li­stycz­nej Pol­sce nie miał prawa ist­nieć.

Ku­rza Łapka była azy­lem, naj­mod­niej­szym i naj­bar­dziej kul­to­wym lo­ka­lem w kraju nad Wi­słą. Miej­scem, gdzie istoty zro­dzone z szep­tów i cieni mo­gły na chwilę po­zbyć się ludz­kich ma­sek, nie bo­jąc się spoj­rzeń zwy­kłych śmier­tel­ni­ków. Po­wie­trze pach­niało tu za­gra­niczną kawą, za­chod­nimi per­fu­mami i do­brą wódką. Wnę­trze lśniło czy­sto­ścią - od wy­po­le­ro­wa­nego jak lu­stro par­kietu, przez bo­aze­rię z eg­zo­tycz­nego, ciem­nego drewna aż po błysz­czące, chro­mo­wane nogi sto­li­ków. Za dłu­gim, pod­świe­tlo­nym ba­rem pysz­niły się bu­telki z trun­kami, o któ­rych zwy­kły oby­wa­tel mógł tylko po­ma­rzyć, a z gło­śni­ków są­czył się ci­cho za­gra­niczny jazz.

Go­ście pa­so­wali do tego wy­stroju. Byli elitą świata sło­wiań­skiego folk­loru. Przy sto­liku w rogu po­tęż­nie zbu­do­wany strzy­goń w skó­rza­nej kurtce i z sy­gne­tem na palcu ci­cho ne­go­cjo­wał coś z dwoma zbla­zo­wa­nymi utop­cami, któ­rzy wy­glą­dali na dy­rek­to­rów z Cen­trali Han­dlu Za­gra­nicz­nego. Obok, przy ba­rze, wil­ko­łaczka w ob­ci­słej czer­wo­nej su­kience śmiała się per­li­ście do przy­stoj­nego la­tawca, ale jej nie­spo­kojne złote oczy nie prze­sta­wały lu­stro­wać sali. W loży pod ścianą trzy ru­sałki, piękne i zimne, pa­liły cien­kie pa­pie­rosy, gra­jąc w karty. A nad wszyst­kim czu­wała wła­ści­cielka, która nie miesz­kała wpraw­dzie w chatce na ku­rzej łapce, ale była tak samo nie­bez­pieczna jak w le­gen­dach. Wiedźma była rów­nie go­towa po­móc, co rzu­cić śmier­telną klą­twę. W jej lo­kalu wszy­scy byli równi. Baba Jaga miała krót­kie, kru­czo­czarne włosy, ścięte ostro i no­wo­cze­śnie. Po­le­ru­jąc kie­liszki, ob­ser­wo­wała uważ­nie ba­wią­cych się w lo­kalu go­ści oczami pod­kre­ślo­nymi grubą kre­ską, wy­cią­gniętą dra­pież­nie w stylu Iza­beli Tro­ja­now­skiej.

Wła­śnie wtedy cięż­kie, obite skórą drzwi otwo­rzyły się z ci­chym sy­kiem, wpusz­cza­jąc do środka po­wiew chłod­nego, wie­czor­nego po­wie­trza. Roz­mowy na chwilę uci­chły, a kil­ka­na­ście par nie­ludz­kich oczu zwró­ciło się w stronę wej­ścia.

Pierw­szy wszedł Wal­dek Uto­piec. Po­mimo że był w lo­kalu pierw­szy raz, w swoim do­brze skro­jo­nym gar­ni­tu­rze pa­so­wał tu ide­al­nie. Ale to po­stać, która we­szła za nim, spra­wiła, że na sali za­pa­dła kom­pletna ci­sza. Dęb­ski za­miast wy­mię­tego pro­chowca miał na ra­mio­nach ele­gancki weł­niany płaszcz, a pod nim do­pa­so­wany czarny golf. Buty lśniły mu tak, że można było się w nich przej­rzeć, a włosy, zwy­kle w nie­ła­dzie, te­raz zo­stały sta­ran­nie za­cze­sane do tyłu. Kie­ru­jąc się do baru z pew­no­ścią sie­bie sta­łego by­walca, zo­sta­wiał za sobą de­li­katny za­pach dro­giej wody brzo­zo­wej.

Baba Jaga prze­rwała po­le­ro­wa­nie kie­liszka i wsparła po­marsz­czone dło­nie o blat. Na jej ustach po­ja­wił się cień uśmie­chu.

- Le­siu, za­czy­na­łam tę­sk­nić - po­wie­działa su­chym, lekko skrzy­pią­cym gło­sem. - Kim jest twój ele­gancki przy­ja­ciel?

- To pro­mienna przy­szłość Cen­trali - od­parł Dęb­ski z le­dwo skry­waną iro­nią.

Wal­dek ujął dłoń wła­ści­cielki, szar­mancko uniósł ją do ust i zło­żył na niej lekki po­ca­łu­nek.

- Wal­de­mar Uto­piec - przed­sta­wił się gładko. - Nie­zmier­nie miło mi po­znać.

Jaga unio­sła wy­ma­lo­waną brew, wy­raź­nie roz­ba­wiona.

- Oho. Cza­ruś. Co cię więc spro­wa­dza w moje skromne progi, Le­chu? I to tak wy­stro­jo­nego?

Dęb­ski po­chy­lił się lekko nad ba­rem, a jego głos zni­żył się do kon­spi­ra­cyj­nego szeptu.

- Szu­kam dziew­czyny, która woli kwiat pa­proci od goź­dzi­ków.

Błysk roz­ba­wie­nia w oczach Jagi zgasł, za­stą­piony przez czy­sto pro­fe­sjo­nalne zro­zu­mie­nie. Ski­nęła po­woli głową.

- Ro­zu­miem... Usiądź­cie przy twoim sto­liku. Po­dać wam coś w mię­dzy­cza­sie?

Jej wzrok prze­śli­znął się po li­ście drin­ków, wy­pi­sa­nej na lu­strze za ba­rem.

- Może Łzy Ru­sałki albo Po­ca­łu­nek Biesa? Je­śli chce­cie coś moc­niej­szego, to mam Przy­dział do Na­wii. Chyba że coś lżej­szego... Fu­rorę robi Kwiat Pa­proci.

- Dwa razy Po­ca­łu­nek Biesa - zde­cy­do­wał bez wa­ha­nia Dęb­ski.

Ru­szył w głąb sali, z gra­cją omi­ja­jąc ba­wią­cych się go­ści. Le­szy pro­wa­dził za sobą Waldka, a wy­śli­zgane de­ski pod­łogi skrzy­piały pod ich bu­tami. W pew­nym mo­men­cie ski­nął lekko na przy­wi­ta­nie w stronę męż­czy­zny sie­dzą­cego sa­mot­nie na końcu sali. Bro­dacz, ubrany w nie­na­ganny czarny gar­ni­tur, jakby wła­śnie wró­cił z po­grzebu, po­mimo pół­mroku miał na no­sie oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Od­bi­jały ża­rzącą się koń­cówkę trzy­ma­nego w dłoni pa­pie­rosa. Męż­czy­zna oszczęd­nym ru­chem uniósł szklankę z Kwia­tem Pa­proci, od­po­wia­da­jąc na przy­wi­ta­nie.

- Kto to? - szep­nął Wal­dek, za­in­try­go­wany.

- Nar­ra­tor - od­parł krótko Dęb­ski.

- Kto?

Ale le­szy już nie od­po­wie­dział. Do­szli do sto­lika w naj­bar­dziej za­cisz­nym ką­cie lo­kalu i usie­dli. Chwilę póź­niej przed nimi po­ja­wiły się dwa drinki na ma­łej tacy. Baba Jaga po­sta­wiła je bez słowa i znik­nęła w pół­mroku.

Po­ca­łu­nek Biesa po­dano w nie­wy­so­kich szklan­kach. Był to krwi­sto­czer­wony płyn, na któ­rego dnie wi­ro­wały ciem­niej­sze, nie­mal czarne smugi, jakby ktoś za­mknął w nim odro­binę nocy. Z góry uno­siła się de­li­katna woń słod­kich wi­śni, ale pod nią czaił się ostry, obie­cu­jący kło­poty za­pach moc­nego bim­bru.

Sie­dzieli w mil­cze­niu, są­cząc drinki, otu­leni ci­chym jaz­zem i stłu­mio­nym gwa­rem lo­kalu. I wtedy Wal­dek ją zo­ba­czył. Szła w ich kie­runku z dru­giego końca sali, a tłum jakby się przed nią roz­stę­po­wał. Pły­nęła po par­kie­cie, ko­ły­sząc hip­no­tycz­nie bio­drami, ubrana w długą je­dwabną suk­nię w ko­lo­rze głę­bo­kiej rzecz­nej zie­leni, która lśniła w pół­mroku, jakby była wiecz­nie wil­gotna. Ob­da­rzona zo­stała po­ra­ża­jącą urodą - mo­głaby śmiało za­wsty­dzić naj­pięk­niej­szą z ru­sa­łek, ale bra­ko­wało jej ich wro­dzo­nej nie­win­no­ści. W spoj­rze­niu i dra­pież­nym uśmie­chu cza­iła się groźba. Była babą wodną, która nie wa­biła, lecz siłą wcią­gała ofiary na dno.

Wal­dek in­stynk­tow­nie wy­pro­sto­wał się i po­pra­wił wę­zeł kra­wata, czu­jąc na­głą po­trzebę, by wy­glą­dać jak naj­przy­stoj­niej. Ko­bieta zbli­żyła się do ich sto­lika, ale jej zie­lone oczy, głę­bo­kie jak stud­nie, na­wet na mo­ment nie spo­częły na Utopcu. Całą swoją uwagę sku­piła na Dęb­skim, pa­trząc na niego twardo i wy­zy­wa­jąco. Gdy się za­trzy­mała, w po­wie­trzu roz­szedł się za­pach desz­czu i noc­nych kwia­tów. Ski­nęła lekko w stronę miej­sca, na któ­rym sie­dział Wal­dek.

- To miej­sce jest wolne? - za­py­tała me­lo­dyj­nym gło­sem. Py­ta­nie było skie­ro­wane wy­łącz­nie do le­szego.

- Oczy­wi­ście. - Dęb­ski uśmiech­nął się pod no­sem, do­sko­nale ro­zu­mie­jąc tę grę. - Mój ko­lega wła­śnie wy­bie­rał się na par­kiet - do­dał gładko, po czym spoj­rzał na to­wa­rzy­sza z uda­waną tro­ską. - Wal­dziu, bądź tak miły i po­proś Jagę o Kwiat Pa­proci dla pani. Do­brze zga­dłem? - zwró­cił się do ko­biety.

- Wy­borny wy­bór, pa­nie le­szy - od­parła, uśmie­cha­jąc się.

Wy­cią­gnęła w stronę Dęb­skiego smu­kłą dłoń o dłu­gich, po­ma­lo­wa­nych na czer­wono pa­znok­ciach.

- He­lena.

- Lech.

Wal­dek wstał z me­cha­niczną uprzej­mo­ścią, ro­biąc jej miej­sce.

- Wal­dek - po­wie­dział, wy­cią­ga­jąc wła­sną dłoń w ge­ście przy­wi­ta­nia.

Ale He­lena już go nie wi­działa. Z gra­cją osu­nęła się na zwol­nione przez niego krze­sło. Dłoń Utopca za­wi­sła na uła­mek se­kundy w pu­stej prze­strzeni mię­dzy nimi, po czym Wal­dek, z le­dwo do­strze­gal­nym za­ci­śnię­ciem szczęki, cof­nął ją i bez słowa ru­szył w stronę baru.

Baba wodna po­ło­żyła na sto­liku małą czarną to­rebkę, otwo­rzyła ją i wy­jęła srebrną pa­pie­ro­śnicę. Wy­brała je­den z cien­kich pa­pie­ro­sów i za­pa­liła go wła­sną chro­mo­waną za­pal­niczką. Wy­pu­ściła w górę strużkę błę­kit­nego dymu, a jej zie­lone oczy ani na chwilę nie opusz­czały twa­rzy Dęb­skiego.

- Nie bę­dzie panu prze­szka­dzało? - za­py­tała, wska­zu­jąc pa­pie­ro­sem na uno­szący się dym.

Dęb­ski wzru­szył lekko ra­mio­nami, bio­rąc do ręki swój nie­do­pity drink.

- Nie w tych oko­licz­no­ściach...

* * *

Wal­dek stał przy ba­rze, czu­jąc, jak pul­suje mu żyłka na skroni. Z upo­ka­rza­jącą pre­cy­zją od­twa­rzał w my­ślach mo­ment, w któ­rym jego wy­cią­gnięta dłoń zo­stała zi­gno­ro­wana. Całe ży­cie po­świę­cił na to, żeby nie być trak­to­wa­nym jak po­wie­trze. Ob­ser­wo­wał z da­leka, jak dym z pa­pie­rosa He­leny unosi się nad sto­li­kiem, przy któ­rym sie­działa z Dęb­skim.

Ski­nął na Jagę, która po­de­szła bez słowa, z obo­jętną miną.

- Dla mnie Przy­dział do Na­wii - rzu­cił krótko. - I Kwiat Pa­proci dla pani przy sto­liku.

Jaga unio­sła brew na dźwięk pierw­szego za­mó­wie­nia, ale nie sko­men­to­wała. Się­gnęła po od­po­wied­nie bu­telki i przy­rzą­dziła drinki. Wła­śnie sta­wiała przed nim mały kie­li­szek z groź­nie wy­glą­da­ją­cym, nie­mal czar­nym pły­nem, gdy obok roz­legł się dźwięczny ko­biecy głos.

- A co trzeba zro­bić, żeby taki ele­gancki uto­piec po­sta­wił drinka zwy­kłej dziew­czy­nie?

Wal­dek od­wró­cił się. Obok niego stała ko­bieta o dłu­gich ciem­nych wło­sach i ła­god­nych piw­nych oczach. Była piękna, choć ina­czej niż He­lena. Ce­cho­wała ją ty­powa dla utop­ców uroda dziew­czyny z są­siedz­twa. Miała na so­bie pro­stą, ale do­brze le­żącą su­kienkę, a w jej uśmie­chu było coś szcze­rego i lekko nie­śmia­łego. Mó­wiła z de­li­kat­nym, śpiew­nym ak­cen­tem, który zdra­dzał, że po­cho­dzi gdzieś z oko­lic wschod­niej gra­nicy.

Iry­ta­cja Waldka znik­nęła jak ręką od­jął, za­stą­piona przez do­brze mu znany dreszcz to­wa­rzy­skiej gry. Od­zy­skał grunt pod no­gami.

- Jaga - po­wie­dział, nie od­ry­wa­jąc wzroku od ko­biety. - Jesz­cze je­den Kwiat Pa­proci.

Gdy wła­ści­cielka lo­kalu na­peł­niała wy­soki kie­li­szek ko­lo­ro­wym pły­nem, Uto­piec na­chy­lił się w jej stronę.

- Na ra­chu­nek ko­legi - szep­nął, pusz­cza­jąc do niej oko.

Stara Baba Jaga od­po­wie­działa mu le­dwo za­uwa­żal­nym, cy­nicz­nym uśmiesz­kiem.

W tej sa­mej chwili dys­kretny jazz pły­nący z gło­śni­ków umilkł, ustę­pu­jąc miej­sca chwy­tli­wej me­lo­dii Hands Up ze­społu Ot­ta­wan. At­mos­fera w ba­rze na­tych­miast się oży­wiła, a na twa­rzy Waldka po­ja­wił się cień uśmie­chu. Do­stał ide­alny pre­tekst. Od­wró­cił się z po­wro­tem do ko­biety i z gra­cją prze­su­nął w jej stronę drinka.

- Można za­cząć od przed­sta­wie­nia się - po­wie­dział gładko. - A za­raz po­tem od tańca. Wal­dek je­stem.

Ko­bieta ujęła smu­kły kie­li­szek, a jej piwne oczy spoj­rzały na niego z cie­płym bły­skiem.

- Ma­rzena.

* * *

He­lena za­cią­gnęła się głę­boko pa­pie­ro­sem, a żar na jego końcu roz­bły­snął na chwilę, oświe­tla­jąc jej ide­al­nie wy­rzeź­bione ko­ści po­licz­kowe.

- Czasy się zmie­niają, Le­chu - ode­zwała się w końcu, wy­pusz­cza­jąc dym w stronę su­fitu. - Na­wet w na­szych krę­gach czuć prze­ciąg. Robi się nie­spo­koj­nie.

- Za­wsze było nie­spo­koj­nie - od­parł, nie pod­no­sząc wzroku znad swo­jego drinka. - Taka już na­sza na­tura.

- To coś in­nego. - He­lena zga­siła pa­pie­rosa w cięż­kiej szkla­nej po­piel­niczce. - To nie jest zwy­kła walka o wpływy. Stary po­rzą­dek trzesz­czy w po­sa­dach, zresztą nie tylko u nas. Wiesz, że Cen­trala po­dzie­liła się na dwa obozy? Część to, po­wiedzmy, "ugo­dowcy", ci, któ­rzy uwa­żają, że trzeba za wszelką cenę utrzy­mać sta­tus quo. Trzy­mać się cie­nia, uda­wać, że nas nie ma.

- Brzmi zna­jomo - mruk­nął Dęb­ski.

- Ale są też inni. Wi­dzą, co się dzieje na uli­cach. Czują tę ludzką "od­wilż", tę całą So­li­dar­ność, i my­ślą, że to jest na­sza szansa. Że trzeba wyjść z ukry­cia, zrzu­cić ma­ski. Wie­rzą w pełną eman­cy­pa­cję na­szego świata, w ży­cie na rów­nych pra­wach.

- Na­iwni idioci. - Dęb­ski prych­nął ci­cho.

- Może. Może nie. I jest ich co­raz wię­cej i są co­raz gło­śniejsi. Idzie nowe, któ­rego się już nie da za­trzy­mać. Prę­dzej niż póź­niej każdy bę­dzie się mu­siał opo­wie­dzieć po któ­rejś ze stron.

Le­szy pod­niósł nas nią wzrok.

- A ty? Po któ­rej stro­nie sto­isz, He­leno?

Uśmiech­nęła się, ale jej oczy po­zo­stały zimne.

- Nie chcia­ła­bym stać po żad­nej. Jest mi do­brze tak, jak jest. Cie­pło i bez­piecz­nie. Ci "re­wo­lu­cjo­ni­ści" nie ro­zu­mieją, z czym igrają. My­ślą, że jak po­ka­żemy światu praw­dziwe ob­li­cza, to lu­dzie za­czną kla­skać. Nie ro­zu­mieją, że jest nas zbyt mało, by­śmy mo­gli być trak­to­wani na równi. Gdy pierw­szy re­por­ter zrobi zdję­cie wil­ko­łaka w trak­cie prze­miany, sta­niemy się zwie­rzyną łowną. Boję się, że za­płoną stosy.

W tym mo­men­cie z cie­nia wy­ło­niła się Jaga, nio­sąc na tacy po­je­dyn­czy, wy­soki kie­li­szek. Po­sta­wiła go przed He­leną z ci­chym stuk­nię­ciem. Kwiat Pa­proci był dzie­łem bar­mań­skiej sztuki i szczy­tem pe­ere­low­skiej fan­ta­zji. War­stwy nie­bie­skiego, zie­lo­nego i czer­wo­nego sy­ropu two­rzyły psy­cho­de­liczną tę­czę, w któ­rej pły­wały ka­wałki trudno do­stęp­nych, eg­zo­tycz­nych owo­ców. Ca­łość wień­czyła pa­pie­rowa pa­ra­solka i kan­dy­zo­wana wi­śnia. Drink pre­zen­to­wał się ab­sur­dal­nie wspa­niale.

- Dzię­kuję, Jago - szep­nęła He­lena. Wła­ści­cielka lo­kalu ski­nęła głową. Ich oczy spo­tkały się na uła­mek se­kundy, ale w tym krót­kim spoj­rze­niu był niemy sza­cu­nek dwóch wpły­wo­wych ko­biet. Jaga wie­działa, czyją na­stęp­czy­nią jest dziew­czyna. A He­lena wie­działa, że Jaga o tym wie.

- Dla mnie jesz­cze raz to samo - rzu­cił Dęb­ski, od­sta­wia­jąc szklankę na tacę.

Gdy wła­ści­cielka znik­nęła, Lech po­chy­lił się przodu.

- Dla­czego mi o tym mó­wisz?

He­lena wzięła do ręki słomkę i za­mie­szała swój ko­lo­rowy drink, pa­trząc, jak barwy wi­rują i mie­szają się ze sobą.

- Chcę, że­byś wy­brał wła­ściwą stronę. Je­steś le­szym, twój głos wiele zna­czy w na­szej spo­łecz­no­ści. Prze­rwij to, do­póki jesz­cze sprawy da się za­trzy­mać.

- To da­ruj mi po­li­tykę, daj mi coś, z czym mogę pra­co­wać. Ja­kiś trop.

Ko­bieta uśmiech­nęła się pod no­sem, jakby do­kład­nie na tę od­po­wiedź cze­kała.

- Jest taka grupa. Na­zy­wają się Ju­trzenka. Sami ar­ty­ści, po­eci, per­for­me­rzy i inni in­te­lek­tu­ali­ści. Uwa­żają się za awan­gardę tej ca­łej re­wo­lu­cji.

- Brzmi jak banda na­wie­dzo­nych smar­ka­czy.

- I tak jest. Ale ktoś chce się nimi po­słu­żyć. - Po­cią­gnęła przez słomkę łyk swo­jego drinka. - Or­ga­ni­zują ju­tro wie­czo­rem taki swój "hap­pe­ning".

- "Śmierć Be­tonu..." - wszedł jej w słowo Dęb­ski.

Błysk au­ten­tycz­nego za­sko­cze­nia w jej oczach znik­nął tak szybko, jak się po­ja­wił.

- O pro­szę... Nie spo­dzie­wa­łam się, że je­steś na bie­żąco ze sceną ar­ty­styczną... - Uśmiech­nęła się chłodno. - Może warto pójść na przed­sta­wie­nie? Zo­ba­czyć, jaką sztukę szy­kują dla nas w tym se­zo­nie? - Po­chy­liła się lekko nad sto­li­kiem, a jej głos stał się cich­szy, in­tym­niej­szy. - Zwróć uwagę na ich li­dera. Każe na sie­bie mó­wić Za­ran.

- Skąd w ogóle wiesz o tym wszyst­kim?

- Pa­nie le­szy... - po­wie­działa, pod­no­sząc się z krze­sła. - Bie­rze mnie pan za jedną z tych dziew­czyn, co po­ka­zują wszystko na pierw­szym spo­tka­niu. Ja taka nie je­stem.

Roz­dział 1

Czer­wony Ma­luch

Szary i wil­gotny świt wsta­wał po­woli nad ur­sy­now­skim blo­ko­wi­skiem. Mgła po­ka­zała się tego dnia tak gę­sta, że można ją było kroić tę­pym no­żem i sma­ro­wać nią kromki chleba. Jej le­niwe, brud­no­białe smugi prze­le­wały się mię­dzy dzie­się­cio­pię­tro­wymi gi­gan­tami, iden­tycz­nymi jak setki bu­dyn­ków wznie­sio­nych ku chwale so­cja­li­stycz­nej my­śli tech­nicz­nej.

Pies, kun­de­lek o pre­ten­sjo­nal­nym imie­niu Pim­pek, na­le­żał do pani Kry­styny. Szar­pał wła­śnie smycz, pró­bu­jąc wy­rwać się wła­ści­cielce.

- Uspo­kój się! - Pani Kry­sia, eme­rytka odziana w or­ta­lio­nowy płaszcz, po­cią­gnęła moc­niej za smycz. - Rób, co masz ro­bić, cho­lero, i wra­camy.

Pim­pek miał jed­nak wła­sne plany na dzi­siej­szy po­ra­nek. Ża­den z nich nie uwzględ­niał szyb­kiego za­ła­twie­nia po­trzeb fi­zjo­lo­gicz­nych. Za­miast ob­si­kać sto­jący obok hy­drant, sta­nął jak wryty, na­je­żył rzadką sierść na grzbie­cie i za­czął ja­zgo­tać w kie­runku czer­wo­nego Fiata 126p. Ma­luch stał za­par­ko­wany byle jak. Na wpół na chod­niku, na wpół na traw­niku, który peł­nił funk­cję osie­dlo­wego wy­biegu dla psów i miej­sca oka­zjo­nal­nych spo­tkań ama­to­rów ta­nich win.

- No co za je­den, na traw­niku par­kuje... - wes­tchnęła pani Kry­sia, bo nie zno­siła na­ru­sza­nia po­rządku.

Już miała od­cią­gnąć pie­ska siłą, kiedy za­uwa­żyła jesz­cze coś. Drzwi od strony kie­rowcy były lekko uchy­lone. Zaj­rzała do środka i zo­ba­czyła męż­czy­znę, sie­dzą­cego z głową opartą na kie­row­nicy.

- Halo, pro­szę pana... - Szturch­nęła go przez szparę w drzwicz­kach, ale się nie po­ru­szył.

Od­ru­chowo wcią­gnęła po­wie­trze, spo­dzie­wa­jąc się ostrego za­pa­chu wódki. Za­miast tego po­czuła gę­stą woń ziół, mchu i wil­got­nej ziemi, jakby ktoś przed chwilą wró­cił z głę­bo­kiego lasu. Przez mo­ment po­my­ślała na­wet, że opił się żu­brówki, tej praw­dzi­wej, z trawą w bu­telce.

Coś jed­nak w tym ob­ra­zie było nie tak. Po chwili wa­ha­nia pani Kry­sia za­cią­gnęła Pimpka w stronę budki te­le­fo­nicz­nej. Wrzu­ciła że­ton, wy­krę­ciła nu­mer i gdy usły­szała w słu­chawce głos dy­żur­nego, od­chrząk­nęła i oświad­czyła z całą mocą pra­wo­rząd­nej oby­wa­telki:

- Dzień do­bry, tu Kry­styna No­wa­kow­ska. Chcia­łam zgło­sić, że na na­szym osie­dlu ja­kiś nie­trzeźwy ele­ment za­kłóca po­rzą­dek pu­bliczny. Tak... bar­dzo pro­szę o in­ter­wen­cję.

* * *

Po pa­ru­na­stu mi­nu­tach, w które z po­wo­dze­niem zmie­ściłby się nie­je­den pa­pie­ros, na osie­dlową alejkę, char­cząc i kasz­ląc, wto­czył się ra­dio­wóz. Zde­ze­lo­wany Po­lo­nez w ko­lo­rze brud­nego błę­kitu miał tak wy­bite za­wie­sze­nie, że pod­ska­ki­wał na każ­dej nie­rów­no­ści be­to­no­wych płyt. Za­trzy­mał się w końcu kilka me­trów od czer­wo­nego Ma­lu­cha, a z jego wnę­trza wy­gra­mo­liło się dwóch funk­cjo­na­riu­szy Mi­li­cji Oby­wa­tel­skiej.

Młod­szy, ka­pral Ma­li­now­ski, był chu­dziel­co­waty i miał w so­bie ten ro­dzaj nie­zdro­wego za­pału, który ce­chuje lu­dzi ślepo wie­rzą­cych w to, co na­pi­sano w re­gu­la­mi­nie. Drugi, sier­żant No­wak, był czło­wie­kiem, który wi­dział już wszystko i więk­szość z tego wo­lałby za­po­mnieć. Po­ru­szał się z po­wolną re­zy­gna­cją sta­rego wygi, dla któ­rego po­ra­nek roz­po­czy­na­jący się przed ósmą był oso­bi­stą ob­razą.

- Zgło­sze­nie o za­kłó­ca­niu po­rządku, sier­żan­cie - za­mel­do­wał gor­li­wie Ma­li­now­ski, po­pra­wia­jąc czapkę.

No­wak ziew­nął, nie sta­ra­jąc się na­wet za­sło­nić ust.

- Za­kłó­ci­li­ście to wy mi spo­kój tą lurą, którą na­zwa­li­ście kawą... Chodźmy, młody, zo­baczmy, co za oby­wa­tel tak tę­skni za izbą wy­trzeź­wień.

Po­de­szli bli­żej do Fiata. W środku, za kie­row­nicą, sie­dział męż­czy­zna ubrany w drogi gar­ni­tur i kra­wat, do­brany jak pod ko­lor ta­pi­cerki. Na pierw­szy rzut oka wy­glą­dał, jakby zwy­czaj­nie spał.

- Oby­wa­telu! Mi­li­cja! - Chu­dzie­lec, dzia­ła­jąc "zgod­nie z pro­ce­durą", za­stu­kał w szybę.

Zero re­ak­cji. Po­wtó­rzył, tym ra­zem moc­niej. I nic. No­wak wes­tchnął, od­su­nął mło­dego na bok i bez ce­re­gieli po­cią­gnął za klamkę. Drzwi otwo­rzyły się z ci­chym skrzyp­nię­ciem, a wtedy ciało męż­czy­zny bez­wład­nie osu­nęło się z fo­tela i ru­nęło na zie­mię u jego stóp. Ude­rzył w nich za­pach. Ostra, silna woń za­chod­niej wody ko­loń­skiej, zmie­szana z za­pa­chem lasu po desz­czu. Ciało kie­rowcy było nie­tknięte. Żad­nych śla­dów walki, si­nia­ków ani za­dra­pań.

- Psia­mać... - mruk­nął No­wak, bar­dziej zde­gu­sto­wany niż wstrzą­śnięty. - Musi ja­kiś dy­gni­tarz.

Wy­pro­sto­wał się, od­ru­chowo wy­cie­ra­jąc ręce, jakby do­tknął cze­goś brud­nego.

- Do­bra, młody... - rzu­cił przez ra­mię. - Wrócę do ra­dio­wozu, ła­pi­du­chów we­zwę i zgło­szę na ko­mi­sa­riat, że mamy trupa. Niech go za­biorą, za­nim się lu­dzie zlecą.

- A ja? - za­py­tał nie­pew­nie Ma­li­now­ski.

- Idź się ro­zej­rzyj, może ktoś jesz­cze się tu pa­łę­tał od rana. Wi­dział coś. Ja­kaś baba z okna albo pi­ja­czek osie­dlowy. No leć, ope­ra­cyj­nej ro­boty się na­uczysz.

* * *

Ka­pral ru­szył na zwiad, pe­łen pro­ce­du­ral­nego za­pału. Bie­gał wzro­kiem od okna do okna, ale ni­kogo nie wi­dział. W końcu jego spoj­rze­nie po­wę­dro­wało w stronę ławki pod blo­kiem, na któ­rej le­żał pan Mie­cio. Lo­kalny pi­ja­czek i fi­lo­zof przy­do­mo­wych trze­pa­ków trząsł się na po­tęż­nej de­lirce. Dło­nie drżały mu tak, że nie byłby te­raz w sta­nie utrzy­mać kie­liszka, choćby chciał. Ma­li­now­ski pod­szedł do niego sprę­ży­stym kro­kiem.

- Dzień do­bry, oby­wa­telu! - za­czął ofi­cjal­nym to­nem. - Wi­dzie­li­ście może tego czer­wo­nego Ma­lu­cha, jak tu par­ko­wał?

Pan Mie­cio uniósł na niego mętne spoj­rze­nie.

- Pa­nie wła­dzo... po­ra­tuj pan... bo mi za­raz pi­kawa sta­nie...

- Od­po­wia­daj­cie na za­dane py­ta­nia, bo was na izbę wy­trzeź­wień za­bierzmy. - Ka­pral uciął prośby. - Ma­lu­cha czer­wo­nego, tego tam, wi­dzie­li­ście, jak par­ko­wał, czy nie?

Ostre słowa po­dzia­łały jak ku­beł zim­nej wody. W oczach pi­jaka po­ja­wił się błysk świa­do­mo­ści. Prze­łknął z tru­dem ślinę i na­chy­lił się, zni­ża­jąc głos do kon­spi­ra­cyj­nego szeptu.

- Wi­dzia­łem, pa­nie wła­dzo. Pew­nie, że wi­dzia­łem. Zwy­czaj­nie w nocy pod­je­chał, za­par­ko­wał o tam i po­de­szła do niego taka... ko­bieta. Ale jaka ona była piękna, jak ru­sałka. - Mie­cio zro­bił wiel­kie oczy. - Wie pan wła­dza, taki de­mon wodny, co to śpie­wem chło­pów wabi i wciąga do wody - wy­ja­śnił. - Nie szła nor­mal­nie. Pły­nęła nad chod­ni­kiem, o tak! - Mie­cio za­de­mon­stro­wał ruch drżącą ręką. - Otwo­rzyła drzwi, na­chy­liła się do środka. A po­tem od­pły­nęła we mgłę i tyle ją wi­dzia­łem.

Ma­li­now­ski za­trza­snął swój no­tes.

- Ru­sałka, tak? - fuk­nął. - Skład­nie fał­szy­wych ze­znań to ob­raza or­ga­nów pań­stwa!

- Mó­wię, co wi­dzia­łem... Na­prawdę, nic wię­cej nie wiem.

Zi­ry­to­wany bred­niami pi­jaka, Ma­li­now­ski od­wró­cił się na pię­cie, mam­ro­cząc pod no­sem coś o mar­no­wa­niu czasu służby mun­du­ro­wej. Szedł szyb­kim, sprę­ży­stym kro­kiem z po­wro­tem do zde­ze­lo­wa­nego Po­lo­neza, czu­jąc, jak na­ra­sta w nim fru­stra­cja. Otwo­rzył drzwi ra­dio­wozu z nie­po­trzebną siłą.

- I co, młody? Na­ród po­mocny jak za­wsze? - za­py­tał sier­żant, na­wet na niego nie pa­trząc.

- Jest tylko on. - Ma­li­now­ski kiw­nął głową w stronę ławki pod blo­kiem. - Mówi, że ru­sałkę wi­dział... Świa­dek w sta­nie upo­je­nia al­ko­ho­lo­wego, więc nie­wia­ry­godny. Wpi­sać w ra­port "zgon z przy­czyn na­tu­ral­nych"?

Sier­żant po­pa­trzył na Mie­cia, po­tem na czer­wo­nego Ma­lu­cha, a w my­ślach miał bla­do­zie­loną twarz de­nata i ten dziwny za­pach. I No­wak, stary wyga, po­czuł w ko­ściach, że to może być jedna z tych spraw, od któ­rych le­piej trzy­mać się tak da­leko, jak to tylko moż­liwe.

- Nie, młody... - Po­woli po­krę­cił głową. - Jak to gówno za ty­dzień wróci i ko­goś ochla­pie, to my bę­dziemy pierw­szymi, któ­rym się do­sta­nie. Nie tym ra­zem, za dużo z tego może być baj­zlu.

Się­gnął do we­wnętrz­nej kie­szeni płasz­cza i wy­cią­gnął stary, za­tłusz­czony no­te­sik. Prze­kart­ko­wał go i zna­lazł to, czego szu­kał. Nu­mer te­le­fonu bez żad­nego na­zwi­ska, za­pi­sany tę­pym ołów­kiem.

- Pil­nuj ga­piów i ni­czego nie do­ty­kaj - rzu­cił krótko i wy­siadł.

Ka­pral pa­trzył, jak jego prze­ło­żony idzie w stronę budki te­le­fo­nicz­nej i przy­kłada słu­chawkę do ucha. Wi­dział, jak coś mówi, a po­tem długo słu­cha w mil­cze­niu.

- Sier­żant No­wak... Tak. Mam tu de­nata, po­dej­rze­nie kodu F... F, jak folk­lor. Świa­dek mó­wił o ru­sałce. Zro­zu­mia­łem. Za­bez­pie­czyć i cze­kać. Bez od­bioru.

Od­wie­sił słu­chawkę i wró­cił do Po­lo­neza. Usiadł w fo­telu, wy­cią­gnął z kie­szeni paczkę Spor­tów, od­pa­lił jed­nego i za­cią­gnął się głę­boko. Ma­li­now­ski pa­trzył na niego py­ta­jąco, nie śmiąc się ode­zwać.

- Cze­kamy, młody - po­wie­dział w końcu No­wak, wy­pusz­cza­jąc w stronę de­ski roz­dziel­czej gę­stą chmurę dymu.

- Na co?

- Przy­jadą to­wa­rzy­sze, co lu­bią ta­kie bajki.

Roz­dział 2

Dwa światy w jed­nym ga­bi­ne­cie.

Wnę­trze ga­bi­netu Wal­de­mara Utopca pach­niało po­rząd­kiem, wodą ko­loń­ską Prze­my­sławka i ci­chą am­bi­cją. Na błysz­czą­cym dę­bo­wym biurku le­żały pa­piery w sta­ran­nych, rów­nych sto­sach, jakby ktoś je uło­żył przy po­mocy ekierki. Sam Wal­de­mar, w ide­al­nie wy­pra­so­wa­nej błę­kit­nej ko­szuli, trzy­mał przy uchu słu­chawkę no­wo­cze­snego te­le­fonu Bra­tek. Jego głos był ni­czym miód, w który chciał za­nu­rzyć palce każdy, kto miał coś do za­ła­twie­nia.

- Oczy­wi­ście, to­wa­rzy­szu dy­rek­to­rze, w pełni ro­zu­miem przej­ściowe trud­no­ści z za­opa­trze­niem - mru­czał, zręcz­nie przy tym szki­cu­jąc coś w swoim no­tat­niku. - Ale je­śli spoj­rzyj­cie w za­łącz­nik nu­mer trzy do pro­to­kołu, który wam wy­sła­łem, zo­ba­czy­cie, że przy­dział dla wa­szego zjed­no­cze­nia zo­stał roz­pa­trzony nie tylko jako za­sadny, ale i pilny. W tro­sce o do­bro ogółu, rzecz ja­sna. Jak za­wsze. Będę wdzięczny za pa­mięć.

Był w swoim ży­wiole. Na wy­rywki znał in­struk­cję ob­sługi sys­temu, w któ­rym żył. Trak­to­wał go ja przy­ja­ciela. Do­sko­nale wie­dział, którą śrubkę na­leży do­krę­cić moc­niej, a którą po­lu­zo­wać, by cała skom­pli­ko­wana ma­szy­ne­ria za­grała tak, jak on tego chciał.

Na­gle jego spo­kój zmą­cił ostry, na­tar­czywy dzwo­nek dru­giego apa­ratu - li­nii we­wnętrz­nej od spraw naj­pil­niej­szych. Uśmiech znik­nął z twa­rzy Waldka, kiedy odło­żył słu­chawkę Bratka i pod­niósł drugą. Słu­chał w mil­cze­niu.

- Zro­zu­mia­łem. Będę za trzy mi­nuty - rzu­cił krótko, z nie­zwy­kłą de­li­kat­no­ścią od­kła­da­jąc te­le­fon na wi­dełki.

Wstał. Po­pra­wił ide­alny wę­zeł kra­wata, strzep­nął z ra­mion nie­wi­dzialny py­łek i rzu­cił okiem na swoje od­bi­cie w ciem­nej szyb­kie okna, za którą sza­rzał ko­lejny war­szaw­ski dzień. Nie zo­stało w nim już nic z uprzej­mego biu­ro­kraty. Pa­trzył te­raz na od­bi­cie dra­pież­nika, który zwie­trzył za­pach kło­po­tów. A kło­poty ozna­czały szansę.

* * *

W M2 na czwar­tym pię­trze bloku z wiel­kiej płyty za­miast za­pa­chu Prze­my­sławki czuć było woń wil­got­nej ziemi przy­nie­sio­nej na po­de­szwach i ozonu, który iskrzył wo­kół sta­rego ra­dio­od­bior­nika. Lech Dęb­ski, w roz­cią­gnię­tym swe­trze w ko­lo­rze bu­twie­ją­cych li­ści, to­czył nie­równą walkę z ra­dio­od­bior­ni­kiem marki Uni­tra. Trzesz­czące pu­dło wy­da­wało z sie­bie je­dy­nie ago­nalne dźwięki i szum.

- No graj, za­razo jedna... - wark­nął, po czym z otwar­tej dłoni wy­mie­rzył so­lidny cios obu­do­wie.

Ra­dio ob­ra­ziło się i za­mil­kło, ale po­tem z gło­śnika po­pły­nął frag­ment au­dy­cji rol­ni­czej o szkod­ni­kach. Lech prych­nął. Był le­szym, pra­sta­rym straż­ni­kiem lasu, istotą zmien­no­kształtną, która po­tra­fiła roz­ma­wiać z dę­bami i wzbu­dzać strach w ser­cach lu­dzi. A tu, w tym be­to­no­wym pu­dle, to­czył nie­równą walkę z ka­wał­kiem pe­ere­low­skiej elek­tro­niki. Choć pra­gnął tylko jed­nego - świę­tego spo­koju. Chciał wy­pić her­batę, może z prą­dem, i nie my­śląc o ni­czym le­żeć na łóżku i ga­pić się w su­fit. Ale Dola miała dla niego inne plany, które zma­te­ria­li­zo­wały się pod po­sta­cią wi­bru­ją­cego w czaszce dźwięku te­le­fonu.

Pod­niósł słu­chawkę z nie­ukry­waną nie­chę­cią.

- Czego? - mruk­nął na po­wi­ta­nie.

Słu­chał przez chwilę, a jego twarz ścią­gnęła się w gry­ma­sie re­zy­gna­cji. Krótka wy­miana zdań i po­mru­ków za­koń­czyła się rzu­ce­niem słu­chawki z ta­kim im­pe­tem, że apa­rat pod­sko­czył.

Z cięż­kim wes­tchnię­ciem wy­pu­ścił z płuc po­wie­trze i bez słowa się­gnął po zno­szony pro­cho­wiec, który wi­siał sa­mot­nie na gwoź­dziu w bi­tym w drzwi. We­zwa­nie z Cen­trali było jak wi­zyta u den­ty­sty - wie­dział, że bę­dzie bo­lało. Zło ko­nieczne w służ­bie więk­szego do­bra, psia jego mać.

* * *

Se­kre­ta­riat przed ga­bi­ne­tem szefa Mrozka był ar­cy­dzie­łem sztuki użyt­ko­wej póź­nego pe­erelu. Ściany, do po­łowy wy­ło­żone bo­aze­rią la­kie­ro­waną na wy­soki po­łysk, płyn­nie prze­cho­dziły wy­żej w farbę ko­loru brud­nego beżu. Za­po­mniana pa­protka, któ­rej li­ście po­kry­wała war­stwa ku­rzu o gru­bo­ści wręcz hi­sto­rycz­nej, wio­dła ży­cie pełne ci­chej de­spe­ra­cji na ta­bo­re­cie w rogu. Na­wet po­wie­trze stało tu nie­ru­chome, gę­ste od za­pa­chu pa­sty do pod­łogi.

Wal­de­mar Uto­piec sie­dział sztywno. Złą­czył ko­lana pod ide­al­nie pro­stym ką­tem i po­ło­żył na udach służ­bową teczkę. Jego wzrok bie­gał po ja­kiś no­tat­kach w skó­rza­nym no­te­sie, kiedy wska­zówka na ra­dziec­kim Po­ljo­cie od­mie­rzała ko­lejne mi­nuty.

Lech Dęb­ski wy­glą­dał jak jego za­prze­cze­nie. Roz­wa­lił się na krze­śle i wy­cią­gnął nogi w zno­szo­nych bu­tach da­leko przed sie­bie. Sie­dział w roz­pię­tym płasz­czu, z rę­kami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. Igno­ro­wał obec­ność Waldka z taką samą non­sza­lan­cją, z jaką igno­ro­wał resztę świata. Ca­łość uwagi sku­pił na mu­sze, która z de­ter­mi­na­cją zwie­dzała wszyst­kie za­kątki su­fitu.

Ci­szę pa­nu­jącą w tym biu­ro­kra­tycz­nym czyśćcu za­kłó­cała je­dy­nie se­kre­tarka sie­dząca za biur­kiem. Po­łu­dnica o wło­sach w ko­lo­rze wy­pa­lo­nej słoń­cem trawy osten­ta­cyj­nie mie­szała cu­kier w szklance her­baty, ude­rza­jąc ły­żeczką o szkło, jakby biła na alarm. Była de­mo­nem, który w daw­nych cza­sach po­wi­nien z sier­pem w dłoni za­sy­łać udary na pra­cu­ją­cych w polu chło­pów. W Cen­trali jej rola była po­dobna, tylko za­miast sierpa uży­wała te­le­fonu, a jej spoj­rze­nie sku­tecz­nie zsy­łało na pe­ten­tów mi­grenę i po­czu­cie bez­na­dziei.

- Słu­cham? - ode­brała z urzę­dową obo­jęt­no­ścią. Jej twarz mo­men­tal­nie się zmie­niła. Przy­ci­snęła słu­chawkę moc­niej od ucha, od­chy­la­jąc się przy tym w kon­spi­ra­cyj­nym ge­ście. - Co rzu­cili? - za­py­tała go­rącz­ko­wym szep­tem. Na­słu­chi­wała chwilę, a jej oczy roz­bły­sły. - Dzię­kuję, ko­chana. Je­steś wielka. Nie, nie mogę roz­ma­wiać, pe­ten­tów mam.

Odło­żyła te­le­fon i do­piero wtedy spoj­rzała na nich, jakby wła­śnie za­uwa­żyła, że w jej po­cze­kalni za­lę­gło się ja­kieś ro­bac­two.

- To­wa­rzysz Mro­zek pro­wa­dzi jesz­cze ważną roz­mowę te­le­fo­niczną, mię­dzy­na­ro­dową. Ale z pew­no­ścią nie­długo po­prosi do sie­bie - oznaj­miła, cho­ciaż zza dę­bo­wych drzwi ga­bi­netu nie do­bie­gał naj­mniej­szy szept.

Wal­dek zda­wał się jej na­wet nie sły­szeć, a Dęb­ski uśmiech­nął się pod no­sem, pusz­cza­jąc oko do mu­chy na su­fi­cie.

Cze­kali.

Szef Cen­trali, nie mó­wiąc ani słowa, po­ka­zy­wał im, kto tu rzą­dzi.

W końcu po­łu­dnica otwo­rzyła przed nimi drzwi i we­szli na te­ry­to­rium to­wa­rzy­sza Mrozka. Jego biuro było wręcz ab­sur­dal­nie wiel­kie i przy­tła­cza­jące. Cięż­kie bor­dowe ko­tary szczel­nie za­sła­niały okna, od­ci­na­jąc ga­bi­net od świa­tła dnia. Za ma­syw­nym biur­kiem, wiel­kim jak stół bi­lar­dowy, sie­dział Mro­zek. Po­tężny bies, wci­śnięty w za cia­sny gar­ni­tur, skła­dał się z góry mię­śni i mil­czą­cego au­to­ry­tetu. Był jed­nym z naj­star­szych de­mo­nów, ucie­le­śnie­niem pier­wot­nego cha­osu i sił na­tury wro­gich czło­wie­kowi, który te­raz, iro­nicz­nie, za­rzą­dzał naj­bar­dziej zbiu­ro­kra­ty­zo­waną in­sty­tu­cją Wy­raju. Nie ra­czył pod­nieść na nich wzroku, kiedy we­szli. Do­piero gdy drzwi za­mknęły się za nimi, ode­zwał się tak ci­chym i ni­skim gło­sem, jakby do­by­wał się on spod ziemi:

- Bli­żej.

Po­de­szli aż do sa­mej kra­wę­dzi biurka, na­chy­la­jąc się mi­mo­wol­nie, by le­piej go sły­szeć.

Bez­na­mięt­nym ge­stem prze­su­nął w ich stronę szarą, wią­zaną sznur­kiem teczkę.

- Sprawa o kryp­to­ni­mie "Czer­wony Ma­luch". De­nat to urzęd­nik wy­so­kiego szcze­bla z na­szego re­sortu. Przy­czyna zgonu jesz­cze nie­po­twier­dzona. Brak śla­dów prze­mocy.

Mro­zek wy­cią­gnął z teczki czarno-białą fo­to­gra­fię, przed­sta­wia­jącą męż­czy­znę le­żą­cego na traw­niku obok Fiata 126p, i po­ło­żył ją na bla­cie. Po­tem wziął do ręki kartkę z ma­szy­no­pisu i, nie mru­gnąw­szy na­wet okiem, za­czął czy­tać mo­no­ton­nym, bez­na­mięt­nym gło­sem:

- ...w nocy pod­je­chał, za­par­ko­wał o tam, i po­de­szła do niego taka... ko­bieta. Ale jaka ona była piękna, jak ru­sałka... Nie szła nor­mal­nie. Pły­nęła nad chod­ni­kiem...

Skoń­czył i uniósł wzrok, ocze­ku­jąc re­ak­cji. Do­stał dwie.

- Ja­kie będą pro­ce­dury, to­wa­rzy­szu? - za­py­tał Wal­dek. - Mam wolną rękę w kwe­stii sia­nia dez­in­for­ma­cji w me­diach?

Drugi za­re­ago­wał Dęb­ski, i to za­nim Mro­zek zdą­żył od­po­wie­dzieć. Prze­biegł wzro­kiem po no­tat­kach i prych­nął tak gło­śno, że echo po­nio­sło się po wiel­kim ga­bi­ne­cie.

- Nie no... Mo­gli­ście przez te­le­fon po­wie­dzieć, to bym się tram­wa­jem nie tłukł. Stój­ko­wych za­bra­kło, że mnie do ta­kiej sprawy wcią­ga­cie? - sap­nął gniew­nie. - Szkoda, że ten cały świa­dek nie zo­ba­czył zjawy, co się roz­pły­nęła w po­wie­trzu. Jak miał­bym tę niby-ru­sałkę zna­leźć? Za­cze­piać co ład­niej­sze i py­tać, czy nie prze­cho­dziły ostat­nio obok za­par­ko­wa­nego na ja­kimś osie­dlu Ma­lu­cha? I to czer­wo­nego? No, bez żar­tów...

Na po­ora­nej bruz­dami twa­rzy Mrozka po­ja­wił się cień chłod­nej sa­tys­fak­cji. Od uro­dze­nia nie lu­bił le­szych.

- Gówno mnie ob­cho­dzi, jak to zro­bi­cie, to­wa­rzy­szu Dęb­ski - po­wie­dział spo­koj­nie.

- Dęb­ski. Nie je­stem wa­szym to­wa­rzy­szem - od­parł Lech, pa­trząc Mroz­kowi pro­sto w oczy.

- W teczce znaj­dzie­cie wię­cej do­ku­men­tów, to­wa­rzy­szu. Do Cen­trali do­cie­rały wcze­śniej pewne groźby. Za­po­znaj­cie się z tym. Po­dział obo­wiąz­ków jest pro­sty. To­wa­rzysz Uto­piec - tu wska­zał na Waldka - bę­dzie wa­szym cie­niem. Do­pil­nuje, żeby sprawa nie na­brała spo­łecz­nie nie­po­żą­da­nego roz­głosu. Za­tu­szuje, po­sprząta, za­mknie usta komu trzeba. Pa­pier musi się zga­dzać. - Po­tem jego cięż­kie spoj­rze­nie spo­częło na le­szym. - A to­wa­rzysz Dęb­ski znaj­dzie tę, która na­ro­biła ba­ła­ganu. Ma­cie ze sobą ści­śle współ­pra­co­wać. - Zro­bił pauzę, po­zwa­la­jąc, by jego słowa wy­brzmiały. - I to nie jest prośba.

- Tak jest, to­wa­rzy­szu Mro­zek - wtrą­cił się Wal­dek. - Po­zwo­li­łem so­bie ze­brać po dro­dze kilka...

Bies prze­rwał mu mach­nię­ciem ręki, da­jąc znać, że au­dien­cja jest skoń­czona. Wziął do ręki teczkę i rzu­cił ją na blat, tak by za­trzy­mała się do­kład­nie przy Dęb­skim. Ten za­brał ją i, nie oglą­da­jąc się na Waldka, ru­szył do wyj­ścia.

Cięż­kie dę­bowe drzwi ga­bi­netu za­trza­snęły się za nimi. Szli w mil­cze­niu dłu­gim, pu­stym ko­ry­ta­rzem, oświe­tlo­nym mi­go­ta­niem ja­rze­nió­wek. Sły­chać było tylko mia­rowy stu­kot ob­ca­sów Waldka i cięż­sze, lekko szu­ra­jące kroki Dęb­skiego.

W końcu Uto­piec za­trzy­mał le­szego, sta­ra­jąc się od­zy­skać kon­trolę.

- Wal­dek - za­czął, wy­cią­ga­jąc dłoń w przy­ja­ciel­skim ge­ście.

- Dęb­ski - od­parł le­szy, wrę­cza­jąc mu nie­sioną teczkę, z od­razą, jakby to była brudna szmata.

- Sły­sza­łem o panu dużo do­brego i...

- Oszczędź mi tego - wszedł mu w słowo le­szy - Za­cznij od spraw­dze­nia akt. Po­wią­za­nia, ewen­tu­alne kon­takty i har­mo­no­gram z ostat­niego dnia. A ja... ja za­cznę od flaszki z tym pa­nem Mie­ciem. Może wi­dział wię­cej, niż za­pi­sano w tej śmiesz­nej no­tatce.

Wal­dek za­ci­snął zęby. Pro­tek­cjo­nal­ność w gło­sie Dęb­skiego była nie­mal na­ma­calna.

- W po­rządku - od­parł chłodno. - Dzia­łaj­cie po swo­jemu, ale pa­mię­taj­cie, że je­ste­śmy w tym ra­zem. Je­śli­by­ście po­trze­bo­wali ja­kich­kol­wiek... za­so­bów, daj­cie znać. Przyjdę wie­czo­rem do wa­szego miesz­ka­nia.

Dęb­ski ski­nął głową w mil­cze­niu i każdy ru­szył w swoją stronę.

Roz­dział 3

Teczka i flaszka

Woń for­mal­de­hydu do­mi­no­wała w Za­kła­dzie Me­dy­cyny Są­do­wej przy ulicy Oczki. Słod­kawy che­miczny odór wże­rał się w ubra­nie i zo­sta­wał w noz­drzach na długo po opusz­cze­niu bu­dynku. To­wa­rzy­szyła mu inna woń, bar­dziej sub­telna. Za­pach ta­niej kawy plujki, pa­rzo­nej bez prze­rwy w ma­łym, za­kra­to­wa­nym po­koju so­cjal­nym. Uno­sił się po­nad sta­lo­wymi sto­łami i peł­zał po ścia­nach wy­ło­żo­nymi bia­łymi, po­pę­ka­nymi ka­fel­kami.

Wal­de­mar Uto­piec nie­na­wi­dził tego miej­sca. Bu­rzyło jego po­czu­cie es­te­tyki. Cze­kał w ma­łym, ob­skur­nym ga­bi­ne­cie, ko­lejny raz po­pra­wia­jąc wę­zeł kra­wata, jakby ten pro­sty gest mógł stwo­rzyć wo­kół niego ba­rierę ochronną. Przez otwarte drzwi wi­dział frag­ment sali sek­cyj­nej: sta­lowy zlew, lśniące na­rzę­dzia le­żące w rów­nym rzę­dzie i część gu­mo­wego far­tu­cha po­pla­mio­nego krwią.

W końcu w progu sta­nął dok­tor ha­bi­li­to­wany Jan Wie­czo­rek, wy­soki, przy­gar­biony męż­czy­zna o prze­zro­czy­stej ce­rze i ja­snych, nie­bie­skich oczach. Był po­łu­dni­kiem, jed­nym z nie­wielu, który za­miast snuć się po po­lach i do­pro­wa­dzać żni­wia­rzy do udaru, wy­brali ścieżkę ka­riery na­uko­wej w służ­bie ludz­kiego pań­stwa.

- Wi­taj, Waldku - rzu­cił na po­wi­ta­nie, wy­cie­ra­jąc oku­lary w gru­bych ro­go­wych opraw­kach. - Dawno nie za­glą­da­łeś oso­bi­ście. Nie wie­dzia­łem, że mam ko­goś waż­nego na stole.

- To­wa­rzy­szu dok­to­rze. - Wal­dek ski­nął głową, igno­ru­jąc po­ufa­łość. - Po­trze­buję pro­to­kołu z sek­cji na­szego de­nata.

Wie­czo­rek wes­tchnął, pod­szedł do me­ta­lo­wej szafki i wy­cią­gnął z niej swoje no­tatki.

- Wszystko ma­cie tu­taj, ale mogę za­osz­czę­dzić wam czy­ta­nia. Ofi­cjal­nie do­stał roz­le­głego za­wału mię­śnia ser­co­wego. Miał słabą pompę i nad­wagę. W jego ak­tach znaj­dzie­cie całą me­dyczną hi­sto­rię.

- A nie­ofi­cjal­nie? - za­py­tał bez­na­mięt­nym gło­sem Uto­piec.

- Też. Mógł się zde­ner­wo­wać, zjeść za tłu­sty obiad czy za dużo wy­pić. Cho­ciaż tre­ści żo­łąd­ko­wej nie było wiele, więc zo­stał­bym przy ner­wach. Za­wał na pewno. A je­śli mam być bar­dzo nie­ofi­cjalny... serce sta­nęło mu bar­dzo szybko. Jakby na pstryk­nię­cie pal­cami. Je­śli ktoś mu po­mógł wy­brać się do Na­wii, to użył cze­goś na­tu­ral­nego, naj­pew­niej wziew­nego. Żad­nych tok­syn w kla­sycz­nym ro­zu­mie­niu. Śla­dów wkłu­cia rów­nież brak.

Wal­dek prze­twa­rzał in­for­ma­cje w mil­cze­niu. Jego naj­gor­sze obawy się po­twier­dziły. Nie do­stał żad­nych kon­kre­tów i był w tym sa­mym punk­cie, w któ­rym za­czął. Już miał po­dzię­ko­wać i wyjść, gdy Wie­czo­rek uniósł pa­lec, jakby so­bie o czymś przy­po­mniał.

- Ach, jesz­cze jedna rzecz - po­wie­dział. - Pew­nie dro­biazg bez zna­cze­nia, ale je­ste­śmy tu pe­dan­tyczni. Na ubra­niu de­nata i po­de­szwach bu­tów zna­le­ziono ślady pył­ków i drobny czarny pro­szek. Na moje oko wy­glą­dał jak coś, co służy do wy­robu do­mo­wej farby dru­kar­skiej. Ta­kiej, co to się jej używa się w sta­rych, ręcz­nych dru­kar­kach.

Za­pa­dła ci­sza, prze­ry­wana je­dy­nie bu­cze­niem ja­rze­niówki. Wal­dek po­czuł zna­jomy za­pach po­li­tyki, uno­szący się w po­wie­trzu.

- Farba dru­kar­ska? - po­wtó­rzył.

- Dziwne po­łą­cze­nie, prawda? Trup i pod­ziemna pu­bli­cy­styka - kon­ty­nu­ował Wie­czo­rek, wy­raź­nie za­do­wo­lony z efektu, jaki wy­wo­łał. - Czyżby to­wa­rzy­sze z Cen­trali po go­dzi­nach ba­wili się w dru­ko­wa­nie bi­buły dla So­li­dar­no­ści? Dużo się o tym te­raz mówi. Wśród lu­dzi wielu scho­dzi do pod­zie­mia. A jak wi­dać, bywa tam nie­bez­piecz­nie.

Wal­dek wzru­szył ra­mio­nami i za­brał no­tatki. Jego umysł pra­co­wał te­raz go­rącz­kowo.

- Dzię­kuję, to­wa­rzy­szu. Wa­sze spo­strze­że­nia były jak za­wsze... nie­zwy­kle po­mocne.

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie - od­parł Wie­czo­rek. - I, Wal­de­mar... uwa­żaj­cie na sie­bie. W tych cza­sach ła­two się po­tknąć o coś, co tylko udaje ko­rzeń.

Kiedy Wal­dek opusz­czał pro­sek­to­rium, wy­cho­dząc na war­szaw­skie ulice, wciąż czuł na so­bie za­pach for­mal­de­hydu. Ale pod nim, po raz pierw­szy w tej spra­wie, wy­czuł coś jesz­cze. Słaby i le­dwo uchwytny za­pach tropu.

* * *

Ur­sy­now­skie osie­dle, na­wet za dnia, miało w so­bie coś z sen­nego kosz­maru. Po­wta­rzalny sche­mat be­to­no­wych płyt spra­wiał, że czło­wiek czuł się za­gu­biony ni­czym w la­bi­ryn­cie, z któ­rego nie było ucieczki. A dla le­szego to uczu­cie było jesz­cze bar­dziej doj­mu­jące.

Na jego szczę­ście pan Mie­cio jak co dzień oku­po­wał swoją ulu­bioną ławkę i Dęb­ski od­na­lazł go bez więk­szego trudu. Na jego nie­szczę­ście na­to­miast pan Mie­cio znaj­do­wał się dziś w sta­nie ago­nal­nym. Drże­nie rąk osią­gnęło apo­geum, a blada jak ściana twarz była wy­krzy­wiona w gry­ma­sie cier­pie­nia. Każdy mię­sień jego ciała krzy­czał o jedną zba­wienną dawkę le­kar­stwa, któ­rego ko­mi­tet opieki spo­łecz­nej nie re­fun­do­wał.

Dęb­ski pod­szedł bez­sze­lest­nie. Za­trzy­mał się przy ławce i przez chwilę w mil­cze­niu ob­ser­wo­wał szczyt wie­żowca, jakby kon­tem­plo­wał myśl ar­chi­tek­to­niczną epoki póź­nego Gierka. W końcu się­gnął do prze­past­nej kie­szeni pro­chowca i wy­cią­gnął z niej bu­telkę w pa­pie­ro­wej tor­bie. To­wa­rzy­szył temu sze­lest, a za­raz po­tem ci­chy bul­got prze­le­wa­ją­cego się szkle trunku.

- Można się do­siąść? - za­py­tał spo­koj­nie. - Zimno dziś, trzeba się ja­koś roz­grzać.

Za­nim pan Mie­cio zdą­żył skle­cić ja­ką­kol­wiek od­po­wiedź, Dęb­ski już sie­dział obok niego. Wy­jął z torby bu­telkę czy­stej Żyt­niej i się­gnął do dru­giej kie­szeni po dwa szklane kie­liszki, które po­sta­wił na de­skach. Od­krę­cił me­ta­lową za­krętkę i na­lał po równo.

- Mie­czy­sław je­stem... - wy­chry­piał stały by­wa­lec ła­weczki, wy­cią­ga­jąc drżącą rękę na przy­wi­ta­nie i nie od­ry­wa­jąc przy tym wzroku od kie­lisz­ków. - Pa­nie... pan to anioł...

- Coś tak jakby... - mruk­nął Dęb­ski. - Zdro­wie... - do­dał i wy­chy­lił swoją por­cję jed­nym płyn­nym ru­chem.

Pan Mie­cio po­szedł w jego ślady. Wódka wlała się w niego ni­czym ożyw­czy bal­sam. Nie­mal na­tych­miast prze­stał się trząść, a na jego twa­rzy po­ja­wiły się ru­mieńce.

- Może tak dla rów­no­wagi... - po­wie­dział, pa­trząc na nie­zna­jo­mego z bez­brzeżną wdzięcz­no­ścią.

Dęb­ski na­lał drugą ko­lejkę i cze­kał. Nie spie­szył się z za­da­wa­niem py­tań, wie­dząc, że czas w tej grze jest jego sprzy­mie­rzeń­cem. Sie­dzieli te­raz w mil­cze­niu, ob­ser­wu­jąc dzieci gra­jące w kap­sle na chod­niku.

- Pan z mi­li­cji, co? - za­gad­nął w końcu Mie­cio z nowo na­bytą pew­no­ścią sie­bie.

- Nie... - Le­szy za­prze­czył spo­koj­nie - Po­wiedzmy, że przy­sze­dłem jako przy­ja­ciel ro­dziny zmar­łego... Dla­tego po przy­ja­ciel­sku chcia­łem po­ga­dać. O tym czer­wo­nym Ma­lu­chu i o tej ko­bie­cie.

Mie­cio po­ki­wał głową z miną eks­perta.

- To ja już rano wła­dzy mó­wi­łem. I to prawdę mó­wi­łem. Taka była piękna, pa­nie, jak ru­sałka... Pły­nęła, nie szła. Oczy jak dwa wę­gle, skóra jak mleko. Uśmie­chała się do tego fa­ceta i coś mu mó­wiła. A po­tem jakby się we mgle roz­wiała.

- Sły­sze­li­ście, o czym roz­ma­wiali? - Dęb­ski uniósł brew.

- A skąd, z ta­kiej od­le­gło­ści. Zresztą jak taka ko­bieta do fa­ceta się uśmie­cha i gada, to nie­ważne o czym - za­śmiał się.

Mie­cio wy­pił trze­cią ko­lejkę, którą le­szy prze­zor­nie mu na­lał.

- I nic wię­cej pan nie wi­dział? Może ktoś jesz­cze się tam krę­cił? Może to auto było tu wcze­śniej?

- Nie, pa­nie. Ja tu wszyst­kich znam, to ob­cych od razu bym po­znał. A z au­tem nie po­mogę. Czer­wo­nego Ma­lu­cha to i wi­dzia­łem tu kilka razy, ale to czy ten sam? Nie wiem, tyle tego po dro­gach jeź­dzi.

Lech wes­tchnął ciężko. Wie­dział, że to ślepy za­ułek i ta roz­mowa do­ni­kąd go nie za­pro­wa­dzi. Wstał, zo­sta­wia­jąc na ławce na­po­czętą bu­telkę i dwa kie­liszki.

- Trzy­maj­cie się, oby­wa­telu - rzu­cił przez ra­mię.

- I pan też, pa­nie kie­row­niku, dzię­kuję! - od­krzyk­nął Mie­cio, przy­tu­la­jąc bu­telkę do piersi jak naj­cen­niej­szy skarb.

Dęb­ski zro­bił kilka kro­ków, ale na­gle przy­sta­nął. Coś mu nie da­wało spo­koju. Od­wró­cił się na pię­cie.

- Jesz­cze jedno - za­wo­łał. - Jak ona tak... no, pły­nęła, to czu­łeś coś? Może muł, ta­ta­rak? Wil­goć taką?

Mie­cio po­dra­pał się po nie­chluj­nym za­ro­ście, mru­żąc oczy w in­te­lek­tu­al­nym wy­siłku.

- Nie... Nic z tych rze­czy - mruk­nął w końcu, krę­cąc głową. - Prę­dzej tak dziw­nie w no­sie krę­ciło. Tro­chę jak od sta­rego te­le­wi­zora.

Dęb­ski zmarsz­czył brwi, kiw­nął głową i bez słowa ru­szył przed sie­bie.

* * *

Lech Dęb­ski nie­na­wi­dził uczu­cia bez­sil­no­ści. Było gor­sze niż ból zęba i kac ra­zem wzięte. Po wej­ściu do miesz­ka­nia rzu­cił swój pro­cho­wiec na opar­cie krze­sła, ale ten zsu­nął się na pod­łogę, for­mu­jąc kupę po­mię­tego ma­te­riału. Le­szy zi­gno­ro­wał to. Jego miesz­ka­nie było cha­osem, który tylko on ro­zu­miał. Gdzieś pod ścianą stosy prze­czy­ta­nych ksią­żek pię­trzyły się ni­czym mi­nia­tu­rowe, pa­pie­rowe wie­żowce. Na pa­ra­pe­cie stała cała ko­lek­cja pu­stych bu­te­lek.

Był w trak­cie za­pa­rza­nia her­baty, czar­nej jak jego na­strój, kiedy roz­le­gło się gło­śne pu­ka­nie do drzwi. Inne od nie­śmia­łego stu­ka­nia li­sto­no­sza czy na­tar­czy­wego wa­le­nia są­siada. Trzy równe, me­to­dyczne, pewne sie­bie ude­rze­nia. Dęb­ski wie­dział, kto to, nim jesz­cze otwo­rzył.

W progu stał Wal­de­mar Uto­piec. W ide­al­nie skro­jo­nym gar­ni­tu­rze i śnież­no­bia­łej ko­szuli nie pa­so­wał do ob­skur­nego miesz­ka­nia le­szego. Wy­glą­dał tro­chę jak eg­zo­tyczny ptak, który przez po­myłkę wy­lą­do­wał na wy­sy­pi­sku śmieci. Prze­biegł wzro­kiem po wnę­trzu lo­kalu i za­ci­snął usta w wy­ra­zie słabo skry­wa­nego nie­smaku.

- Brak tu ko­bie­cej ręki - stwier­dził, wcho­dząc do środka, nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie.

Dęb­ski wzru­szył ra­mio­nami, od­su­wa­jąc się na bok.

- Her­batę wła­śnie ro­bi­łem... - rzu­cił, wra­ca­jąc do kuchni.

- Ja po­dzię­kuję - od­parł Wal­dek, sta­ra­jąc się ni­czego nie do­ty­kać, kiedy kładł na stole lśniącą skó­rzaną teczkę.

Z kuchni do­bie­gło po­brzę­ki­wa­nie szkła i wście­kły gwizd sta­rego czaj­nika.

- No i?! - za­py­tał Dęb­ski, pró­bu­jąc prze­krzy­czeć ha­łas. - Do­wie­dzia­łeś się cze­goś?

- My­ślę, że tak - mruk­nął Wal­dek, bar­dziej do sie­bie niż do niego.

Dwa me­ta­liczne klik­nię­cia otwie­ra­nej teczki od­biły się echem w po­koju. Gwizd czaj­nika urwał się i po chwili le­szy wró­cił do po­koju, nio­sąc pa­ru­jącą szklankę w me­ta­lo­wym ko­szyczku. Po­sta­wił her­batę na stole, igno­ru­jąc ry­zyko po­wsta­nia śladu na la­kie­rze, i wbił wzrok we wnę­trze ak­tówki.

- Roz­ma­wia­łem z tym pi­jacz­kiem - rzu­cił. - Strata czasu i do­brej wódki. Sam beł­kot, zero kon­kre­tów. A ty co tu masz?

- Po pierw­sze, od­wie­dzi­łem pro­sek­to­rium. De­nat zszedł na za­wał. Może ktoś mu w tym po­mógł, ale brak na to twar­dych do­wo­dów - wy­ja­śnił spo­koj­nie Wal­dek. - Ale... co cie­kaw­sze, zna­leźli na jego ubra­niu coś, co mo­gło słu­żyć do zro­bie­nia farby dru­kar­skiej.

Dęb­ski uniósł brew, ale wciąż mil­czał.

- Po dru­gie - cią­gnął Uto­piec - to­wa­rzysz Mro­zek wspo­mniał coś o groź­bach, ja­kie do­cie­rały do Cen­trali. Po­szpe­ra­łem w ar­chi­wach, ofi­cjal­nych i tych mniej ofi­cjal­nych. Nie zna­la­złem ani jed­nej udo­ku­men­to­wa­nej no­tatki, żad­nego mel­dunku czy za­pisu.

- W Cen­trali mają bur­del? Nowe, nie zna­łem - skwi­to­wał kwa­śno le­szy.

- Albo to ja­kieś pry­watne źró­dło lub świa­dome ma­ta­cze­nie, żeby wpro­wa­dzić nas w błąd.

To przy­kuło uwagę Dęb­skiego. Od­wró­cił się i spoj­rzał na ko­legę spod zmarsz­czo­nych brwi.

- Te braki w do­ku­men­ta­cji zmo­ty­wo­wały mnie do dal­szych po­szu­ki­wań - mó­wił da­lej Wal­dek. - Mu­sia­łem po­pro­sić o... przy­sługę, ale do­sta­łem wgląd do akt Wy­działu Kon­troli We­wnętrz­nej. I tra­fi­łem. Oka­zało się, że nasz to­wa­rzysz de­nat był od dwóch mie­sięcy pod dys­kretną ob­ser­wa­cją.

- Z po­wodu...? - mruk­nął Lech.

Wal­dek za­wa­hał się przez chwilę, do­bie­ra­jąc od­po­wied­nie słowa.

- Ofi­cjal­nie za­szło po­dej­rze­nie o na­wią­za­nie kon­taktu o cha­rak­te­rze oso­bi­stym, mo­gą­cego sta­no­wić za­gro­że­nie dla bez­pie­czeń­stwa Cen­trali.

- Czyli miał babę na boku. Nuda.

- No nie do końca - uciął Wal­dek. - Obiek­tem jego za­in­te­re­so­wa­nia nie była ko­bieta. Wy­gląda na to, że miał ko­chanka. Mło­dego męż­czy­znę.

- Ide­alne do szan­tażu... - stwier­dził w za­my­śle­niu le­szy. - Zwłasz­cza na wy­so­kim szcze­blu.

- Ale to wciąż nie jest naj­lep­sze. - Wal­dek wy­jął z teczki po­je­dyn­czą kartkę. - Ob­ser­wa­cję prze­rwano ty­dzień temu. Z dnia na dzień. Od­górny roz­kaz, bez po­da­nia przy­czyny. Z teczki wy­pa­ro­wała cała do­ku­men­ta­cja fo­to­gra­ficzna. Reszta miała tra­fić jesz­cze w tym ty­go­dniu do nisz­czarki.

- Czyli mamy wy­soko po­sta­wio­nego urzęd­nika Cen­trali, który lubi mło­dych chłop­ców, a na do­da­tek może się ba­wić w ja­kąś pod­ziemną dru­kar­nię? A co z na­szą ru­sałką?

- O ile była ja­kaś ru­sałka. Nic na jej te­mat nie zna­la­złem. Je­den z mi­li­cjan­tów to ma­mun i od razu nam zgło­sił, co trzeba, ale świa­dek nie był zbyt wia­ry­godny. Zresztą sami wie­cie. Za to zna­la­złem ta­kie coś.

Wal­dek po­ło­żył na stole kartkę i prze­su­nął ją w stronę go­spo­da­rza. Dęb­ski wziął ją do ręki i prze­czy­tał ad­res.

- To prze­cież to samo osie­dle, na któ­rym stał za­par­ko­wany Fiat. - Jego brwi ścią­gnęły się w jedną krza­cza­stą li­nię.

- Do­kład­nie. - Wal­dek z sa­tys­fak­cją ski­nął głową. - Przy­da­łoby się tam wró­cić. I to jak naj­szyb­ciej.

- No to ru­szajmy - po­wie­dział krótko Lech, się­ga­jąc po swój pro­cho­wiec.

- Świet­nie - rzu­cił Wal­dek, za­pi­na­jąc teczkę. - Sa­mo­chód czeka na dole.

Dęb­ski za­trzy­mał się w pół kroku, a jego twarz po­bla­dła lekko. Ener­gia, która jesz­cze przed chwilą zda­wała się go roz­pie­rać, te­raz znik­nęła.

- Ja nie... nie jeż­dżę, je­śli nie mu­szę. - Słowa wy­szły z niego ci­cho, nie­pew­nie, jakby sam był za­sko­czony ich brzmie­niem.

Wal­dek spoj­rzał na ko­legę ze zdzi­wie­niem, a po­tem z czy­stym, nie­skry­wa­nym roz­ba­wie­niem. Ką­cik ust mu drgnął, for­mu­jąc się w po­gar­dliwy uśmie­szek.

- Żar­tu­je­cie so­bie? Stary, po­tężny le­szy, a boi się wsiąść do sa­mo­chodu?

- Nie boję się - wark­nął Dęb­ski. - Po pro­stu nie lu­bię być za­mknięty w ma­łym ka­wałku bla­chy. Wszystko to za szyb­kie, nie­na­tu­ralne.

- Wasz pech, bo mu­si­cie je­chać. - Wal­dek wzru­szył ra­mio­nami. - Trzeba dzia­łać, za­nim ktoś inny wy­sprząta to miesz­ka­nie przed nami.

Dęb­ski za­ci­snął zęby, ale wie­dział, że Uto­piec ma ra­cję. Na­rzu­cił pro­cho­wiec i z cięż­kim wes­tchnie­niem ru­szył do wyj­ścia. Wal­dek, z teczką w dłoni i le­dwo skry­wa­nym uśmie­chem triumfu, po­dą­żył za nim.

Roz­dział 4

Głos z ka­sety

Fiat 125p za­krztu­sił się po raz ostatni i zgasł. Na szczę­ście siła roz­pędu wy­star­czyła, by do­tur­lać się na osie­dlowy par­king. Wal­dek zdjął ręce z kie­row­nicy i oparł o nią czoło z ci­chym wes­tchnię­ciem. Za­nim zdą­żył się­gnąć do klamki, drzwi pa­sa­żera otwo­rzyły się z prze­cią­głym zgrzy­tem. Dęb­ski, zwinny ni­czym żbik, wy­sko­czył na ze­wnątrz, ła­piąc haust po­wie­trza, jakby wy­nu­rzał się z głę­bin. Przez chwilę stał nie­ru­chomo, z rę­kami opar­tymi na ko­la­nach, na­słu­chu­jąc ty­ka­nia sty­gną­cego sil­nika. Po­pę­kany as­falt pod sto­pami był dla niego ni­czym zie­mia obie­cana.

Wcho­dząc do klatki, pach­ną­cej wil­go­cią i li­zo­lem, nie­mal zde­rzyli się z wy­cho­dzą­cym stu­den­tem w wy­tar­tych spodniach i roz­cią­gnię­tym swe­trze. Chło­pak, nio­sący pod pa­chą dużą czarną teczkę, z ja­kiej ko­rzy­stano na Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych, ob­ró­cił się z urazą wy­ma­lo­waną na twa­rzy, jed­nak nie do­cze­kał się na­wet prze­pro­sin.

- Czwarte pię­tro - oznaj­mił Wal­dek, pod­cho­dząc do windy.

Dęb­ski spoj­rzał na chy­bo­tliwe pu­dło wi­szące na sta­lo­wych li­nach i cof­nął się o krok.

- Nie... Ja pójdę scho­dami.

Wal­dek po­krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem.

- Wind też się bo­icie? Co jesz­cze, bie­żąca woda w kra­nie też jest nie­na­tu­ralna? - za­kpił, wci­ska­jąc przy­cisk.

- Ruch to zdro­wie - mruk­nął le­szy. - Jesz­cze będę pierw­szy na gó­rze.

Gdy Wal­dek wy­siadł z windy, Dęb­ski już na niego cze­kał. Oparty o ścianę, dy­szał ciężko.

- Cen­trala co roku za­wody or­ga­ni­zuje, po­win­ni­ście wy­star­to­wać - rzu­cił Uto­piec, wska­zu­jąc nu­mer trzy­dzie­ści sie­dem. - Może w biegu przez płotki?

Lech zi­gno­ro­wał przy­tyk. Pod­szedł do drzwi i na­ci­snął klamkę. Za­mknięte. Za­pu­kał i przy­ło­żył ucho do drewna. Ci­sza.

- No to mu­simy za­dzwo­nić po wspar­cie i na­kaz - stwier­dził Wal­dek.

Dęb­ski spoj­rzał na niego wy­mow­nie. Bez słowa ostrze­że­nia cof­nął się o dwa kroki i z po­tworną siłą ude­rzył nogą tuż obok zamka. Fu­tryna pę­kła z su­chym trza­skiem, a drzwi otwo­rzyły się na oścież.

- Psia mać! - wy­szep­tał z fu­rią Wal­dek. - Wie­cie, ile no­ta­tek służ­bo­wych będę mu­siał na­pi­sać? To jest nie­le­galne wej­ście i znisz­cze­nie mie­nia!

Le­szy, nie­wzru­szony, wszedł już do środka. Ro­zej­rzał się po nie­wiel­kim przed­po­koju i po­cią­gnął no­sem. W po­wie­trzu uno­siła się ni­kła woń ozonu.

- Do­bra, do­bra, zro­bimy ba­ła­gan, weź ja­kieś fanty i się zgłosi, że wła­ma­nie było - po­wie­dział spo­koj­nie, nie od­wra­ca­jąc się do Waldka. - Tylko coś nie­dro­giego, to sprawę szybko za­mkną za ni­ską szko­dli­wość. A te­raz prze­stań pi­to­lić, za­mknij drzwi i za­cznij się roz­glą­dać.

Miesz­ka­nie było asce­tyczne. Ma­te­rac na pod­ło­dze, stosy ksią­żek i nie­wiele wię­cej. Wal­dek me­to­dycz­nie prze­glą­dał po­roz­rzu­cane pa­piery. Sku­pił się na ster­cie ulo­tek i pa­pie­rów le­żą­cych na je­dy­nym w tym po­koju ta­bo­re­cie. Grze­bał w nich, aż na­tra­fił na plik czar­no­bia­łych afi­szy.

- "Spo­tka­nie w Klu­bie Ar­ty­sty... Śmierć Be­tonu..." - prze­czy­tał pół­gło­sem, rzu­ca­jąc ulotkę na ma­te­rac. - Wy­gląda na to, że nasz czło­wiek miał ja­kieś ży­cie to­wa­rzy­skie. Trzeba bę­dzie spraw­dzić ten klub.

Dęb­ski w tym cza­sie kie­ro­wał się in­stynk­tem. Omi­jał do­ku­menty i ska­no­wał wzro­kiem po­miesz­cze­nie w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, co by nie pa­so­wało do reszty. Prze­su­wał dło­nią po sto­sach ksią­żek, aż jego palce na­tra­fiły na pu­stą prze­strzeń. Wsu­nął tam rękę i na­ma­cał kar­to­nowe pu­dełko po bu­tach. Otwo­rzył je i zna­lazł w środku kilka ka­set ma­gne­to­fo­no­wych. Były pod­pi­sane je­dy­nie pro­stą, od­ręczną nu­me­ra­cją: "M1", "M2", "M3".

- Po­trze­bu­jemy od­twa­rza­cza - mruk­nął, zer­ka­jąc na zna­le­zi­sko.

Ro­zej­rzał się po po­koju, aż tra­fił wzro­kiem na szary, kan­cia­sty ka­se­ciak. Pod­szedł bez słowa i ukuc­nął przy nim. Na­ci­snął po­dłużny przy­cisk i klapka kie­szeni na ka­setę od­sko­czyła z ci­chym, pla­sti­ko­wym szczęk­nię­ciem. Jego wzrok od razu padł na ta­śmę, która już była w środku. Za­trza­snął klapkę z po­wro­tem i bez wa­ha­nia wci­snął kla­wisz od­twa­rza­nia. Me­cha­nizm za­sko­czył ze zdu­szo­nym war­ko­tem. Z ma­łego gło­śnika naj­pierw po­pły­nął szum, a za­raz po nim dźwięk na­gra­nej roz­mowy i głos mło­dej dziew­czyny:

- Wy­obraź to so­bie, bra­ciszku... te wszyst­kie świa­tła, scena... Ach! Ja po­środku, a ty­siące lu­dzi słu­chają, jak śpie­wam. Może na­wet w sa­mym Opolu! Zo­ba­czysz! Już wi­dzę te afi­sze... Na­wojka La­ta­wiec...

Po chwili ci­szy ode­zwał się drugi głos, mę­ski i znacz­nie spo­koj­niej­szy:

- Prze­cież wiesz, że w świe­cie lu­dzi nie ma miej­sca dla ta­kich jak my...

- Chyba ta­kich jak ty, bra­ciszku... - za­śmiała się. - Dla pięk­nych i uta­len­to­wa­nych za­wsze znaj­dzie się miej­sce.

Dęb­ski wci­snął z trza­skiem przy­cisk stopu. Otwo­rzył kie­szeń i po­woli wy­su­nął ka­setę z od­twa­rza­cza. Się­gnął po tę opi­saną jako "M1" i wsu­nął ją na miej­sce po­przed­niej. Z gło­śnika po­pły­nął cha­ry­zma­tyczny głos, ten sam co na po­przed­nim na­gra­niu, ale te­raz pe­łen fa­na­tycz­nego ognia:

- Jak długo jesz­cze?! Jak długo mamy żyć w cie­niu lu­dzi, na ich za­sa­dach? By­li­śmy tu pierwsi. Za­nim oni po­sta­wili tu choćby je­den sza­łas, to były na­sze lasy. Za­nim wy­lali as­falt, na­sze były rzeki. A dziś? Je­ste­śmy na Matce Ziemi miesz­kań­cami dru­giej ka­te­go­rii. Zo­sta­li­śmy zmu­szeni do ukry­wa­nia praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści.

Głos na chwilę ucichł, jakby dla na­bra­nia od­de­chu, po czym ude­rzył z nową siłą:

- Zbliża się od­wilż! To naj­lep­szy czas, żeby otwo­rzyć oczy wszyst­kim nie­do­wiar­kom! Tym spo­śród nas, któ­rzy za­po­mnieli, że na­sza krew jest tak samo czer­wona, że nasz duch jest na­wet star­szy niż cała ich hi­sto­ria! Nad­ciąga czas po­wrotu!

Na­gra­nie urwało się gwał­tow­nie. Dęb­ski i Wal­dek wpa­try­wali się przez chwilę w mil­czący ma­gne­to­fon, zbie­ra­jąc my­śli.

- Trzeba to za­brać. Prze­słu­cham i ska­ta­lo­guję jako ma­te­riał do­wo­dowy. - Uto­piec ode­zwał się rze­czo­wym to­nem.

- Nie... - prze­rwał mu Dęb­ski, ci­cho, ale sta­now­czo. - Ta­śmy mogę sam prze­słu­chać. Czeka mnie długi spa­cer do domu. Ty zaj­mij się spo­rzą­dza­niem no­tatki o wła­ma­niu i sprawdź ten klub dla ar­ty­stów.

- Jak wo­lisz - od­parł Wal­dek. - W ta­kim ra­zie do­wiem się też w Cen­trali, co to za dziew­czyna ta Na­wojka... Z kim­kol­wiek roz­ma­wiała, to jest nasz głos z ma­ni­fe­stu.

Dęb­ski ski­nął głową i się­gnął do prze­past­nej kie­szeni pro­chowca. Wy­cią­gnął z niej Kajtka - stary, po­ry­so­wany walk­man. Wy­jął z niego swoją ka­setę i pod­mie­nił na tę z ma­ni­fe­stem. Ru­szył ku drzwiom, ale w ostat­niej chwili za­trzy­mał się z ręką na klamce. Wal­dek uniósł na niego wzrok.

- Jesz­cze jedno - ode­zwał się, od­wra­ca­jąc. - Le­szek - przed­sta­wił się, wy­cią­ga­jąc rękę na po­że­gna­nie. - Źle cię po­trak­to­wa­łem na po­czątku. Nie lu­bię urzę­da­sów z Cen­trali. Wy­ko­na­łeś ka­wał do­brej ro­boty.

- Wal­dek - po­wie­dział Uto­piec, od­wza­jem­nia­jąc uścisk dłoni.

Roz­dział 5

Cena za in­for­ma­cję

Ga­bi­net Wal­de­mara Utopca był jego kró­le­stwem. Wszystko miało tu okre­ślone miej­sce. Ołówki zo­stały za­tem­pe­ro­wane na iden­tyczną dłu­gość, teczki po­ukła­dane w równe stosy, na­wet szklanka od her­baty stała na pod­kładce do­kład­nie po­środku blatu. Je­dy­nym dy­so­nan­sem mą­cą­cym wy­strój wnę­trza był le­szy. Roz­siadł się wy­god­nie na krze­śle na­prze­ciw Waldka, nie zdej­mu­jąc z sie­bie pro­chowca, wciąż ocie­ka­ją­cego wodą po po­ran­nej mżawce.

- Prze­słu­cha­łem - rzu­cił krótko. - Ten "ma­ni­fest" to beł­kot. Sły­sza­łem to już setki razy. "Oczy­ścić zie­mię", "prze­bu­dzić du­cha ziemi, tej ziemi...", "zrzu­cić jarzmo". Nuda. Każde po­ko­le­nie wy­wro­tow­ców my­śli, że wy­my­śliło bunt na nowo.

Wal­dek uniósł brwi.

- Żad­nych na­zwisk? Kon­tak­tów? Miejsc?

- Nic kon­kret­nego. Za to ta dziew­czyna... Było kilka frag­men­tów z jej śpie­wem. Cho­lera, ta­lent ma. Głos jak dzwon.

- Miała... - po­wie­dział Wal­dek ci­cho, od­chy­la­jąc się na fo­telu. - Nie żyje. Spraw­dzi­łem - kon­ty­nu­ował, otwie­ra­jąc jedną z le­żą­cych przed nim te­czek. - Na­wojka La­ta­wiec. Zgi­nęła dwa lata temu, wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy. Po­trą­cił ją pi­jany kie­rowca. Czło­wiek. Sprawę za­mie­ciono pod dy­wan, bo kie­rowcą oka­zał się znany ak­tor, ulu­bie­niec te­le­wi­zji. Akta są prak­tycz­nie pu­ste, śledz­two za­mknięte w prze­ciągu dwóch dni. Miała brata. Sła­woj La­ta­wiec. Szcze­gó­łów brak. Wy­da­łem po­le­ce­nie ze­bra­nia da­nych o wszyst­kich La­taw­cach w wieku po­bo­ro­wym w kraju.

Wal­dek za­mknął teczkę z ci­chym klap­nię­ciem i oparł sple­cione dło­nie o blat biurka. Spoj­rzał na le­szego z miną pro­fe­sora, który wła­śnie za­koń­czył skom­pli­ko­wany do­wód.

- Sła­woj La­ta­wiec - mruk­nął le­szy. To by na­wet pa­so­wało. La­tawce za­wsze były de­mo­nami przy­no­szą­cymi chaos. Ten tu­taj, ze swoim ma­ni­fe­stem, ide­al­nie wpi­sy­wałby się w ro­dzinną tra­dy­cję.

- No to mamy mo­tyw - orzekł chłodno Wal­dek. - Ze­mstę. Naj­star­szy i naj­nud­niej­szy.

Lech zmarsz­czył brwi. Lu­bił, kiedy je­den ślad pro­wa­dził do ko­lej­nego, two­rząc lo­giczny łań­cuch. A tu miał dwa osobne tropy, które upar­cie nie chciały się spleść.

- No ale jak to się łą­czy z tym z Ma­lu­cha? Na­dal mi to nie pa­suje - stwier­dził w końcu, zer­ka­jąc przez okno na pa­no­ramę War­szawy.

- Spo­koj­nie, doj­dziemy do tego. - Wal­dek się­gnął po drugą teczkę. - Nasz de­nat to Ma­rian Pod­la­ski, skarb­nik. Kie­row­nik De­par­ta­mentu Go­spo­darki Pla­no­wej i Dóbr De­fi­cy­to­wych. Poza mgli­stym po­dej­rze­niem o ro­mans i śla­dami farby dru­kar­skiej nie mamy nic. Żad­nych po­wią­zań ze sprawą tej dziew­czyny.

- Nie po­doba mi się to. Cze­goś nie wi­dzimy - rzu­cił Dęb­ski, od­wra­ca­jąc się od okna.

- Mnie też. Naj­pierw po­my­śla­łem, że to zbieg oko­licz­no­ści. Dwie nie­zwią­zane ze sobą sprawy. Ale nie wie­rzę w ta­kie przy­padki, więc po­szpe­ra­łem głę­biej. Je­śli cho­dzi o miesz­ka­nie, to je­ste­śmy kryci. Sprawę wła­ma­nia prze­jęła mi­li­cja, ni­czego nie znajdą. Ale... ofi­cjal­nie miesz­ka­nie na­leży do nie­ja­kiej Zo­fii Grze­lak. Pro­blem w tym... - tu Wal­dek uniósł w górę wy­pie­lę­gno­wany pa­lec wska­zu­jący, jakby wy­gła­szał wy­kład - że z akt wy­nika, ja­koby to­wa­rzyszce wzięło się i zmarło już do­bre trzy lata temu.

- Nie po­doba mi się to. - Po­now­nie skrzy­wił się le­szy. - Za­czyna za bar­dzo po­li­tyką śmier­dzieć.

- Dla mnie to naj­lep­sze per­fumy. - Wal­dek uśmiech­nął się dra­pież­nie. - Ale zgoda, mnie też tu coś nie pa­suje. Obie sprawy wy­glą­dają na pro­fe­sjo­nal­nie tu­szo­wane. Dla­tego ode­zwa­łem się do do­brego zna­jo­mego. Jest już na eme­ry­tu­rze, ale przez trzy­dzie­ści lat był szarą emi­nen­cją w Cen­trali, mu­sisz go znać. Kie­dyś by­łem jego asy­sten­tem. Wła­śnie cze­kam na te­le­fon od niego.

Jakby w od­po­wie­dzi roz­legł się na­tar­czywy dzwo­nek czar­nego apa­ratu.

- O wilku mowa...

Wal­dek pod­niósł słu­chawkę.

- Słu­cham - po­wie­dział obo­jęt­nym gło­sem. - Tak. - Mil­czał przez chwilę, ki­wa­jąc głową. - Tak, ro­zu­miem. Je­ste­śmy umó­wieni.

Odło­żył słu­chawkę na wi­dełki i w ga­bi­ne­cie znowu za­pa­dła ci­sza.

- No i? - Dęb­ski nie wy­trzy­mał. - Cze­goś się do­wie­dzia­łeś?

Wal­dek po­woli wstał, za­pi­na­jąc gu­ziki ma­ry­narki. Wy­da­wał się spo­kojny, ale w oczach tań­czyły mu iskierki.

- Jesz­cze ni­czego - od­parł, a jego twarz roz­ja­śnił uśmiech. - Ale za­bie­ram cię na ryby.

* * *

Fiat 125p za­pro­te­sto­wał, zgrzy­ta­jąc, gdy Wal­dek wrzu­cił ko­lejny bieg. Zo­sta­wili za sobą gę­stą za­bu­dowę War­szawy, która ustą­piła te­raz pod­miej­skim po­lom, łą­kom i cha­otycz­nym la­skom. Dęb­ski sie­dział sztywno na miej­scu pa­sa­żera, z dło­nią za­ci­śniętą na uchwy­cie przy pod­su­fitce, jakby bał się, że bla­szane pu­dło się za­raz roz­pad­nie.

- No i je­ste­śmy... - oznaj­mił w końcu Wal­dek, skrę­ca­jąc w boczną le­śną drogę. Sa­mo­chód aż pod­ska­ki­wał na ko­rze­niach, a ga­łę­zie sma­gały go nie­mi­ło­sier­nie po ka­ro­se­rii. - Spodoba ci się. Ci­sza, spo­kój, na­tura. - Rzu­cił le­szemu kpiące spoj­rze­nie. - Po­czu­jesz się jak w domu. A co naj­waż­niej­sze, to ide­alne miej­sce, gdzie nikt nie pod­słu­chuje roz­mów.

Sa­mo­chód za­trzy­mał się na nie­wiel­kiej po­la­nie nad brze­giem uro­kli­wego, oto­czo­nego trzci­nami stawu. Wy­glą­dało to jak na pocz­tówce z wa­ka­cji.

- A Zygę mu­sisz znać - do­dał Wal­dek, ga­sząc sil­nik. - Zyg­munt Ko­wal­czyk. Stary bies, długo w Cen­trali w wy­wia­dzie ro­bił. Do­bry zna­jomy "po kiju". Za­pa­lony węd­karz. Ło­wie­nia też się od niego uczy­łem. Je­śli ktoś może nam po­wie­dzieć, dla­czego akta wy­pa­ro­wały, to wła­śnie on.

Wy­sie­dli. Dęb­ski wcią­gnął w płuca wil­gotne, pach­nące mu­łem po­wie­trze, i na chwilę przy­mknął oczy. Czuł się le­piej, ale coś mą­ciło spo­kój tego miej­sca.

Ru­szyli w stronę drew­nia­nego po­mo­stu. Na jego końcu, na skła­da­nym płó­cien­nym krze­sełku, sie­dział sa­motny węd­karz. Od­wró­cony do nich ple­cami, wpa­try­wał się nie­ru­chomo w spła­wik tań­czący na wo­dzie.

- Zyga! - za­wo­łał Wal­dek z da­leka. - Go­ścia ci przy­wio­złem.

Męż­czy­zna na­wet nie drgnął.

De­ski za­skrzy­piały pod ich bu­tami, gdy po­de­szli bli­żej. Dęb­ski roz­glą­dał się uważ­nie, pod­czas gdy Uto­piec pod­szedł do zna­jo­mego i klep­nął go w ra­mię.

- Co jest, sta­ruszku? Nie śpij, bo ci ryby...

Za­marł w pół słowa. Ciało Zygi prze­chy­liło się sztywno na bok. Wtedy Wal­dek zo­ba­czył małą, ciemną dziurkę w płó­cien­nym opar­ciu i od­po­wia­da­jącą jej, znacz­nie więk­szą po­strzę­pioną plamę na piersi przy­ja­ciela. Weł­niany swe­ter wo­kół rany był sztywny od za­schnię­tej krwi. Mar­twe, sze­roko otwarte oczy Zyg­munta Ko­wal­czyka na­dal wpa­try­wały się w spo­kojną toń wody.

Wal­dek cof­nął się gwał­tow­nie, o mały włos nie tra­cąc rów­no­wagi, a jego twarz stę­żała w ma­sce nie­do­wie­rza­nia. Ten na­gły, od­ru­chowy krok w tył ura­to­wał mu ży­cie.

W tej sa­mej se­kun­dzie po­wie­trze prze­cięło coś nie­wi­dzial­nego. Ci­chy trzask wy­strzału i syk, jakby prze­le­ciał obok nich wście­kły bąk. Jed­no­cze­śnie Uto­piec po­czuł ostre, pa­lące ukłu­cie w le­wym ra­mie­niu. Spoj­rzał w dół. Kula, która mi­nęła jego serce o cen­ty­me­try, roz­darła ma­te­riał ma­ry­narki i zo­sta­wiał na skó­rze krwawą, pie­kącą pręgę. Prze­szył go lo­do­waty dreszcz. Za­marł, nie­zdolny do ru­chu.

Dęb­ski na­wet nie drgnął. Nie pa­trzył na Waldka. Wbi­jał wzrok w prze­ciw­le­gły brzeg. Czuj­nie ska­no­wał oko­licę, li­nię trzcin, gę­stwinę li­ści i ga­łęzi. Coś po­ru­szyło się ja­kieś pięć­dzie­siąt me­trów od nich. Błysk me­talu od­bił słabe świa­tło po­po­łu­dnio­wego słońca. Le­szy, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie ręce, ryk­nął nie­ludz­kim gło­sem. Po­wie­trze prze­szył głę­boki, gar­dłowy krzyk, prze­peł­niony wi­bru­jącą mocą, od któ­rej za­drżały de­ski po­mo­stu.

Zie­mia pod jego sto­pami od­po­wie­działa. Brzeg na­prze­ciwko nich eks­plo­do­wał. Z mu­li­stego pod­łoża wy­strze­liły dzie­siątki gru­bych jak ludz­kie ra­mię, ocie­ka­ją­cych wodą ko­rzeni. W jed­nej chwili, ni­czym macki ośmior­nicy, oplo­tły broń strzelca. Usły­szeli zdu­szony okrzyk za­sko­cze­nia i trzask ła­ma­nego ka­ra­binu. Wi­dząc, co się dzieje, snaj­per nie cze­kał ani se­kundy. Rzu­cił się w bok, do wody, i znik­nął pod jej po­wierzch­nia ze zwin­no­ścią prze­stra­szo­nej żaby.

- Szlag by to! - wark­nął Lech, opusz­cza­jąc ręce.

Ko­rze­nie znie­ru­cho­miały i z ci­chym mla­śnię­ciem opa­dły z po­wro­tem na wil­gotną zie­mię. Dęb­ski dy­szał ciężko. Z jego nosa po­cie­kła strużka gę­stej krwi, którą starł wierz­chem dłoni. Pod­biegł na skraj po­mo­stu, wpa­tru­jąc się w miej­sce, gdzie znik­nął na­past­nik, ale nie zo­stał po nim ża­den ślad.

Do­piero te­raz ad­re­na­lina opu­ściła Waldka. Nogi ugięły się pod nim. Za­chwiał się i bez­wied­nie oparł o ra­mię part­nera. Dęb­ski pod­trzy­mał go, ase­ku­ru­jąc, gdy ten bez­wład­nie osu­nął się i usiadł ciężko na chro­po­wa­tych de­skach po­mo­stu. Uto­piec drżącą ręką do­tknął ra­mie­nia. Palce zro­biły się czer­wone. Po­pa­trzył na nie z dzie­cię­cym zdu­mie­niem, jakby pierw­szy raz w ży­ciu wi­dział krew.

- Po­strze­lili mnie... - wy­szep­tał drżą­cym gło­sem, bar­dziej do sie­bie niż do le­szego. - Jesz­cze nikt ni­gdy do mnie nie strze­lał...

Dęb­ski prych­nął z iry­ta­cją i kuc­nął przy nim.

- Po­każ no... - wark­nął, bez­ce­re­mo­nial­nie roz­ry­wa­jąc resztki ma­ry­narki. Rzu­cił okiem na ranę. - Daj spo­kój, le­dwo dra­snęło. Do we­sela się za­goi.

Za­nim Wal­dek zdą­żył za­pro­te­sto­wać, le­szy chwy­cił za je­dwabny kra­wat zwi­sa­jący z jego koł­nie­rzyka.

- Daj to - po­wie­dział, ścią­ga­jąc go jed­nym, moc­nym po­cią­gnię­ciem. Zręcz­nie zło­żył ma­te­riał w gruby opa­tru­nek i mocno ob­wią­zał ra­mię Utopca, aż ten syk­nął.

Wal­dek wciąż sie­dział w osłu­pie­niu, wpa­tru­jąc się w swoją rękę. Dęb­ski, wi­dząc to nie­obecne spoj­rze­nie, klep­nął go otwartą dło­nią w po­li­czek. Raz i drugi.

- Weź się w garść! - Głos miał twardy jak stal. - Mu­simy za­dzwo­nić po na­szych. Po dro­dze mi­ja­li­śmy sta­cję CPN, tam musi być te­le­fon.

Le­szy nie­mal we­pchnął Utopca na fo­tel kie­rowcy, po czym za­jął miej­sce pa­sa­żera, z trza­skiem za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Ręce Waldka trzę­sły się tak, że le­dwo zdo­łał wce­lo­wać klu­czy­kiem w sta­cyjkę. Sil­nik za­krztu­sił się raz, drugi, aż w końcu za­sko­czył, z ry­kiem wy­rzu­ca­jąc z rury wy­de­cho­wej chmurę nie­bie­skiego dymu. Uto­piec wrzu­cił bieg, sa­mo­chód szarp­nął i po­to­czył się wy­bo­istą drogą, zo­sta­wia­jąc za sobą po­most i ciało Zygi.

Przez do­brą chwilę je­chali w cał­ko­wi­tej ci­szy. Dęb­ski nie pa­trzył na drogę. Ob­ser­wo­wał pro­fil Waldka - bla­dego, spo­co­nego, ze wzro­kiem wbi­tym przed sie­bie.

- Z kim jesz­cze roz­ma­wia­łeś? - ode­zwał się w końcu.

- Co? - Tam­ten prze­łknął ślinę.

- Z kim jesz­cze roz­ma­wia­łeś? Kto wie­dział, że ma­cie się spo­tkać? - do­py­ty­wał.

- Z ni­kim. Tylko do Zygi dzwo­ni­łem.

- Z biura? - rzu­cił krótko le­szy.

Py­ta­nie za­wi­sło w cia­snym wnę­trzu auta. Wal­dek za­ci­snął palce na kie­row­nicy tak mocno, że zbie­lały mu knyk­cie. Po raz pierw­szy od strzału w jego oczach znów po­ja­wił się błysk.

- My­ślisz, że...

Dęb­ski nie po­zwo­lił mu do­koń­czyć. Od­wró­cił się i spoj­rzał przez okno.

- My­ślę, że gramy prze­ciwko wła­snej dru­ży­nie - uciął.

* * *

Ga­bi­net Mrozka był zimny jak jego spoj­rze­nie. Po­tężny bies sie­dział nie­ru­chomo za biur­kiem. Tylko jego palce ci­cho bęb­niły o blat. Dęb­ski i Wal­dek z ręką na tem­blaku stali przed nim jak ska­zańcy przed są­dem.

- Po­zwolę so­bie stre­ścić wa­sze do­tych­cza­sowe osią­gnię­cia - za­czął spo­koj­nie Mro­zek. - Je­den mar­twy urzęd­nik wy­so­kiego szcze­bla, je­den mar­twy eme­ry­to­wany urzęd­nik wy­so­kiego szcze­bla, je­den ranny ofi­cer Cen­trali. A, za­po­mniał­bym o jed­nym na­past­niku, któ­remu po­zwo­li­li­ście uciec. Do tego to­wa­rzysz Dęb­ski urzą­dza po­kaz nie­au­to­ry­zo­wa­nej le­śnej ma­gii. Mie­li­ście szczę­ście, że nie było tam wię­cej węd­ka­rzy. To była groźba eks­po­zy­cji na­szego świata!

Wal­dek wy­pro­sto­wał się, pró­bu­jąc zi­gno­ro­wać pul­su­jący ból w ra­mie­niu.

- Do­ło­żymy wszel­kich sta­rań, aby zi­den­ty­fi­ko­wać źró­dło za­gro­że­nia! - po­wie­dział, sta­jąc na bacz­ność.

- Szczę­ście to mie­li­śmy, że nie było dwóch na­past­ni­ków. Albo trzech. - Głos le­szego był ci­chy, ale ostry jak odła­mek szkła.

Mro­zek wstał. Jego ogromna syl­wetka gó­ro­wała nad oskar­żo­nymi.

- Wa­szym za­da­niem było zna­leźć po ci­chu ru­sałkę po­dej­rzaną o po­ten­cjalny zwią­zek ze śmier­cią to­wa­rzy­sza Pod­la­skiego. Tym­cza­sem zo­sta­wi­li­ście za sobą ślad jak stado spło­szo­nych żu­brów. Ry­zy­ko­wa­li­ście na­wet ujaw­nie­niem ist­nie­nia na­szego świata! A to... jest spo­łecz­nie nie­po­żą­dane za­cho­wa­nie! - Wbił wzrok w Dęb­skiego. - Pa­mię­taj­cie, to­wa­rzy­szu, że wa­sze moce to na­rzę­dzie Cen­trali, a nie pry­watny re­wol­wer do roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów na ulicy.

Po­tężny bies stał przez chwilę nie­ru­chomo, a na jego usta wy­pły­nął chłodny uśmiech.

- No, ale ko­niec koń­ców dzięki wam mamy ran­nego, a nie mar­twego agenta Cen­trali. - Mro­zek usiadł z po­wro­tem za biur­kiem. - Sprawa zo­staje u was. Na ra­zie. Ale od dziś je­ste­ście na mo­jej naj­krót­szej smy­czy. Ma­cie zna­leźć tych, co za tym stoją, a nie ko­lejne trupy.

Jego wzrok spo­czął na Waldku, a w gło­sie po­ja­wiła mu się nuta fał­szy­wej, nie­mal oj­cow­skiej tro­ski.

- A wy, Uto­piec, uwa­żaj­cie na sie­bie. Cen­trala wie, ile dla niej zna­czy­cie. Jesz­cze się przy­da­cie.

Roz­dział 6

Ope­ra­cja na lewo

Prze­kra­cza­jąc próg miesz­ka­nia Le­cha Dęb­skiego, Wal­dek Uto­piec za każ­dym ra­zem czuł nie­mal fi­zyczny dys­kom­fort.

Le­szy, nie przej­mu­jąc się go­ściem, krzą­tał się przy ku­chen­nym bla­cie, pró­bu­jąc zmu­sić do współ­pracy starą ga­zową ku­chenkę, któ­rej pal­nik upar­cie nie chciał się za­pa­lić.

- Sia­daj, gdzie znaj­dziesz miej­sce - mruk­nął, nie od­wra­ca­jąc się.

Wal­dek ro­zej­rzał się zre­zy­gno­wany. Je­dyne krze­sło było za­wa­lone stertą ga­zet. Ostrożny ni­czym sa­per, od­su­nął je na bok dwoma pal­cami i usiadł na kra­wę­dzi, sta­ra­jąc się nie do­ty­kać opar­cia ple­cami. Z ręką na tem­blaku, ale wciąż w ide­al­nie skro­jo­nym gar­ni­tu­rze, zu­peł­nie tu nie pa­so­wał.

- Mu­simy to prze­ana­li­zo­wać od po­czątku - za­czął, otwie­ra­jąc skó­rzaną teczkę, którą po na­my­śle wo­lał trzy­mać na ko­la­nach. - Mro­zek ma ra­cję, że sprawy wy­mknęły się spod kon­troli.

- De­li­kat­nie to ują­łeś - po­wie­dział Lech, sta­wia­jąc na stole szklankę z her­batą o ko­lo­rze ba­gien­nej wody. - To co pro­po­nu­jesz? - za­py­tał, uno­sząc krza­cza­stą brew.

Wal­dek spoj­rzał na po­dej­rzany płyn, a po­tem na Dęb­skiego.

- My­śla­łem nad tym w nocy. Mu­simy to roz­bić na dwie sprawy, być może nie­po­wią­zane. Pierw­sza wy­gląda na we­wnętrzne po­li­tyczne roz­grywki. Dwa za­bój­stwa urzęd­ni­ków...

- Kret w Cen­trali... - wtrą­cił le­szy znu­dzo­nym to­nem, bar­dziej do sie­bie niż do swo­jego go­ścia.

- To ślepa uliczka. Przy­naj­mniej na ra­zie. Bez Zygi stoję w mar­twym punk­cie - przy­znał Wal­dek. - Mu­simy wró­cić do po­czątku.

- Masz na my­śli tę "ru­sałkę" od de­nata w Ma­lu­chu? - za­py­tał Dęb­ski, mie­sza­jąc her­batę pal­cem.

- O ile to była ona. My­śla­łem nad tym. - W oczach Waldka po­ja­wił się błysk. - De­nat przy­je­chał tam jak na umó­wione spo­tka­nie, tak?

- No tak.

- Wiemy, że praw­do­po­dob­nie miał ko­chanka, który miesz­kał w oko­licy. Za­kła­dam, że to­wa­rzysz Pod­la­ski znał na­past­nika, skoro nie było śla­dów walki. Co je­śli to ten ko­cha­nek to Sła­woj La­ta­wiec, który prze­brał się, żeby unik­nąć po­dej­rzeń, i sam go za­bił? Kłót­nia ko­chan­ków, ze­msta za sio­strę, mo­tyw mógłby mieć.

Z miej­sca przy ścia­nie do­bie­gło gło­śne, po­gar­dliwe prych­nię­cie.

- Tro­chę to na­cią­gane. A co z ze­zna­niem świadka? My­ślisz, że nie roz­po­znałby chłopa prze­bra­nego za babę?

- To pi­ja­czek, z da­leka zo­ba­czyłby cie­bie i po­wie­dział, że na­past­nik był przy­stojny. To nie jest naj­wia­ry­god­niej­szy świa­dek.

Dęb­ski sta­nął obok sie­dzą­cego Utopca i na­chy­lił się lekko, pa­trząc na niego z góry, z cał­ko­wi­cie ka­mienną twa­rzą.

- Mia­łeś kie­dyś obie ręce na tem­blaku? - za­py­tał ci­chym, nie­mal uprzej­mym gło­sem.

- Po­myśl o tym - cią­gnął Wal­dek, lekko zbity z tropu. - W jego miesz­ka­niu zna­leź­li­śmy afisz klubu ar­ty­stów. I od tego mu­simy za­cząć. Je­śli sam jest "ar­ty­stą", to może być do­bry w prze­bie­ranki. Poza tym to la­ta­wiec, nie­trudno je po­my­lić z ko­bie­tami.

- A utopce to sym­bol mę­sko­ści? To­bie też co nieco do Pe­re­peczki bra­kuje - po­wie­dział Dęb­ski, opie­ra­jąc się o ścianę i krzy­żu­jąc ra­miona. - Ale do­brze, sły­szę, co mó­wisz, spraw­dzimy to. Naj­pierw jed­nak mu­simy się po­chy­lić nad tą "po­li­tyczną" sprawą. To nie pierw­sze tar­cia w Cen­trali i ni­gdy z nich nic do­brego nie wy­szło.

- I co, chcesz wró­cić do Mrozka i go wy­py­tać? - Wal­dek prych­nął lek­ce­wa­żąco.

- Nie... - Dęb­ski spoj­rzał przez okno. - Znam lep­sze miej­sce. Kiedy jest ten wy­stęp z afi­sza?

- Ju­tro wie­czo­rem.

- Do­brze. - Lech od­wró­cił się od okna. - To mamy jesz­cze czas. Za­czniemy od zro­bie­nia pra­nia.

Wal­dek za­mru­gał.

- Pra­nia?

- Zga­dza się. - Dęb­ski na­rzu­cił na sie­bie pro­cho­wiec. - Ru­szaj się, mamy ma­giel do od­wie­dze­nia.

* * *

War­szawa, którą znał Wal­dek, skoń­czyła się gwał­tow­nie za ro­giem ostat­niego sklepu spo­żyw­czego. Za­nu­rzyli się w la­bi­rynt, w który Dęb­ski wcią­gał go co­raz głę­biej, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. To­wa­rzy­szyła im woń wę­gla, wil­got­nego tynku i fer­men­tu­ją­cej ka­pu­sty, uno­sząca się z uchy­lo­nych piw­nicz­nych okie­nek. Uto­piec sta­rał się sta­wiać swoje lśniące pół­buty na chod­niku tak, by omi­jać każdą, na­wet naj­drob­niej­szą ka­łużę. Le­szy, wprost prze­ciw­nie, pły­nął przez ten kra­jo­braz. Po­ru­szał się z ci­chą, non­sza­lancką pew­no­ścią, jakby te brudne po­dwórka były prze­dłu­że­niem jego miesz­ka­nia. Nie pa­trzył pod nogi, a mimo to jego buty bez­błęd­nie omi­jały stłu­czone szkło i psie pa­miątki. Czuł się tu jak w domu.

- Je­steś pe­wien, że to tędy? - szep­nął w końcu Wal­dek. - To wy­gląda, jakby ostatni raz prze­cho­dził tędy pa­trol We­hr­machtu.

- Ci­szej - mruk­nął Dęb­ski, nie zwal­nia­jąc kroku. - One mają lep­szy słuch od cie­bie.

Wła­śnie mieli mi­jać ko­lejną ciemną bramę, gdy z jej głębi wy­ło­nił się cień o nie­po­ko­jąco nie­okre­ślo­nym kształ­cie. Wal­dek ze­sztyw­niał, ale le­szy tylko nie­znacz­nie ski­nął głową. Widmo od­po­wie­działo po­dob­nym, le­d­wie za­uwa­żal­nym ge­stem, i roz­pły­nęło się w mroku po dru­giej stro­nie po­dwórka.

- Kto to był?

- Są­siad - od­parł Dęb­ski, uci­na­jąc te­mat.

W końcu za­trzy­mali się przed naj­bar­dziej nie­po­zor­nymi drzwiami, ja­kie Wal­dek wi­dział. Rdza zżarła je tak głę­boko, że nie spo­sób było się do­my­ślić ory­gi­nal­nego ko­loru, a za­miast klamki ster­czał ka­wa­łek wy­gię­tego drutu. Uto­piec spo­dzie­wał się, że le­szy za­puka albo użyje ja­kie­goś ha­sła. Ten jed­nak się­gnął do we­wnętrz­nej kie­szeni płasz­cza i wy­cią­gnął pła­ską me­ta­lową pier­siówkę. Od­krę­cił ją, po­cią­gnął so­lidny łyk, po czym za­krę­cił i uniósł do drzwi. Ude­rzył w me­tal den­kiem. Roz­le­gły się dwa krót­kie, me­ta­liczne dźwięki: ding, ding. Po se­kun­dzie ude­rzył po raz trzeci, moc­niej: DING. Cze­kali.

Po chwili od­po­wie­dział im zgrzyt me­talu o me­tal, jakby po dru­giej stro­nie ktoś prze­su­wał ciężką za­suwę. Drzwi uchy­liły się na sze­ro­kość dłoni, wy­pusz­cza­jąc na ze­wnątrz gę­stą chmurę pary. Ude­rzyła w nich fala go­rąca, nio­sąca ze sobą ostrą, che­miczną woń proszku do pra­nia IXI. Za­nim zdą­żyli co­kol­wiek po­wie­dzieć, ko­ści­sta, po­marsz­czona dłoń wy­su­nęła się ze szpary i ski­nęła na nich za­pra­sza­jąco. Dęb­ski wszedł pierw­szy.

W pół­mroku, roz­pro­szo­nym przez kilka na­gich ża­ró­wek wi­szą­cych na splą­ta­nych ka­blach, ryt­micz­nie dud­nił mon­stru­alny, że­liwny ma­giel elek­tryczny. Przy każ­dym ob­ro­cie wy­da­wał z sie­bie wes­tchnie­nie umie­ra­ją­cego ol­brzyma. Wzdłuż ścian trzę­sły się i bul­go­tały pralki "Fra­nia". Małe białe wul­kany wy­rzu­cały z sie­bie kłęby pary. Przy nie­wiel­kim drew­nia­nym stole po­środku stała ni­ska, przy­gar­biona sta­ruszka. Ubrana w kwie­ci­stą po­domkę i parę bam­bo­szy, nie wy­glą­dała na po­tężną istotę, ale gdy pod­nio­sła wzrok, Wal­dek po­czuł, jak jej małe czarne oczka lu­strują go od wy­pa­sto­wa­nych bu­tów po ide­al­nie za­wią­zany wę­zeł kra­wata. Zo­stał prze­świe­tlony, oce­niony i ska­ta­lo­go­wany w ułamku se­kundy.

- Ja­dziu ko­chana, czas się cie­bie nie ima - po­wie­dział le­szy, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

Pani Ja­dzia była w świe­cie lu­dzi zwy­kłą sta­ruszką pro­wa­dzącą ma­giel. W Wy­raju - babą cmen­tarną, która jak nikt inny znała se­krety za­równo ży­wych, jak i umar­łych.

Pod­szedł i po­dał ko­bie­cie swoją pier­siówkę. Pani Ja­dwiga wzięła ją bez wa­ha­nia i po­cią­gnęła zdrowy łyk, po czym otarła usta wierz­chem dłoni. Mru­gnęła do Dęb­skiego i ge­stem za­pro­siła ich da­lej, w głąb swo­jego kró­le­stwa.

Wal­dek z fa­scy­na­cją przy­glą­dał się temu, co dzieje się wo­kół. Przy jed­nym z bul­go­czą­cych ko­tłów chuda, wy­soka ko­bieta o nie­na­tu­ral­nie dłu­gich pa­znok­ciach i dzi­kim spoj­rze­niu strzygi wy­kłó­cała się z jedną z klien­tek.

- Pani ko­chana, to jest krew mi­li­cjanta, ona nie scho­dzi tak ła­two! Za to trzeba li­czyć po­dwój­nie! - sy­czała, po­trzą­sa­jąc po­pla­mioną ko­szulą.

Zjawa o uro­dzie ma­ne­kina z wy­stawy Mody Pol­skiej nie­na­tu­ral­nym ru­chem wy­cią­gnęła z torby białą ko­szulę z Wól­czanki, która wy­glą­dała na czy­stą, ale gdy tylko ją roz­wi­nęła, Wal­dek po­czuł w po­wie­trzu du­szącą, słodką woń dam­skich per­fum "Być może..."

- Z ga­bi­netu w sie­dzi­bie Ko­mi­tetu Cen­tral­nego - szep­nęła po­łu­dnica. - To­wa­rzysz ge­ne­rał no­sił ją wczo­raj na zjeź­dzie, a jego żona używa tylko "Pani Wa­lew­skiej".

Asy­stentka pani Ja­dzi ski­nęła głową i bez słowa wsu­nęła po­łu­dnicy do ręki kilka bank­no­tów.

Miej­sce zjawy za­jął po­tęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna o po­sęp­nej twa­rzy i dło­niach jak bochny chleba. Wal­dek do­strzegł w nim siłę wil­ko­łaka, le­d­wie skry­waną pod gru­bym, fla­ne­lo­wym dre­li­chem. Klient z wście­kło­ścią rzu­cił na stół cięż­kie, brudne spodnie ro­bo­cze.

- Pa­trzy pani na to - wark­nął. - Ktoś mi w ro­bo­cie sre­brem sy­pie w spodnie.

Asy­stentka na­chy­liła się nad no­gawką i wzięła do ręki szkło po­więk­sza­jące.

- Sre­bro - po­twier­dziła ci­cho. - Czy­ste. Ktoś za­sta­wił na cie­bie pu­łapkę. Chcesz wie­dzieć kto?

Za­nim wil­ko­łak od­po­wie­dział, jego wzrok prze­śli­zgnął się po po­miesz­cze­niu i za­wisł na Waldku. Po­tem ol­brzym od­wró­cił się z po­wro­tem do strzygi i na­chy­lił tak, że jego usta zna­la­zły się tuż przy jej uchu. Uto­piec wi­dział tylko jego sze­ro­kie plecy i dłoń wiel­ko­ści pa­telni, która za­sła­niała usta.

- Chcę, żeby prze­stał. Na za­wsze.

Wil­ko­łak wy­pro­sto­wał się i rzu­cił na stół zwi­tek bank­no­tów.

- Do­wiedz­cie się, kto miał wczo­raj do­stęp do mo­jego sta­no­wi­ska - po­wie­dział już gło­śniej.

W tym mo­men­cie do Waldka wszystko do­tarło. Krew, per­fumy, srebrne opiłki. Pani Ja­dzia nie prała ubrań. Prała brudy w naj­bar­dziej do­słow­nym tego słowa zna­cze­niu.

Dęb­ski na­chy­lił się do jego ucha.

- Nie stój jak ko­łek, nie­ład­nie się tak ga­pić. Pani Ja­dzia prosi do ga­bi­netu.

Prze­szli przez pro­wi­zo­ryczne wej­ście i zna­leźli się w wą­skim, dusz­nym ko­ry­ta­rzyku. Było tak cia­sno, że Le­szek mu­siał iść bo­kiem. Na końcu znaj­do­wały się drzwi. Pani Ja­dzia otwo­rzyła je klu­czem, który no­siła na szyi, i we­szli do środka. Była to klitka nie­wiele więk­sza od szafy, wy­po­sa­żona je­dy­nie w stare, cięż­kie biurko i wy­sie­dziany fo­tel. Sta­ruszka bez słowa za­pa­dła się w niego z ci­chym wes­tchnie­niem, jakby wra­cała na swój tron. Wal­dek, który szedł ostatni, za­mknął za nimi drzwi.

- Pani Ja­dziu, po­trze­bu­jemy in­for­ma­cji - po­wie­dział Dęb­ski, nie tra­cąc czasu.

Ko­bieta na pierw­szy rzut oka była po pro­stu przy­gar­bioną sta­ruszką, ale im dłu­żej się na nią pa­trzyło, tym wię­cej do­strze­gało się nie­po­ko­ją­cych szcze­gó­łów. Jej skóra była tru­pio­blada, na­zna­czona gę­stą siatką zmarsz­czek. Palce miała dłu­gie i ko­ści­ste, a pod pa­znok­ciami, mimo po­zor­nej czy­sto­ści, tkwiła ciemna ob­wódka, jakby całe ży­cie spę­dziła na ko­pa­niu ziemi. Nie od­po­wie­działa le­szemu. Jej czarne jak pa­ciorki oczy prze­nio­sły się wy­mow­nie na Waldka.

Dęb­ski za­uwa­żył jej wa­ha­nie.

- Rę­czę za niego - rzu­cił krótko.

- Sły­szeć, to ja, Leszku, wiele sły­szę - od­parła skrzy­pią­cym gło­sem, nie od­ry­wa­jąc wzroku od Waldka. Lu­stro­wała go jak to­war na sprze­daż. Jak na­rzę­dzie, któ­rego przy­dat­ność wła­śnie oce­niała. - Ale co­raz star­sza je­stem, w ko­ściach łu­pie. A i nie tylko ja, ma­szyny też nie­do­ma­gają. Je­śli będę mo­gła po­móc, to po­mogę, ale nie za darmo. Mu­szę za­dbać zwłasz­cza o moje dziew­czyny, o ich przy­szłość. - A ko­lega... - do­dała z nutą dra­pież­nej sło­dy­czy. - Pan taki ele­gancki, z Cen­trali. Was stać.

Wal­dek stał jak wryty.

- Roz­li­czysz się ze mną - wtrą­cił Dęb­ski twardo. - Ni­gdy nie ża­ło­wa­łaś.

- Mó­wisz, jak­byś ty kie­dyś ża­ło­wał... - Baba cmen­tarna prze­nio­sła wzrok na le­szego. - Mów, ko­chany, z czym przy­cho­dzisz. Tylko bez po­li­tyki.

- Mamy dwa trupy waż­nych urzęd­ni­ków. Co o nich wiesz?

- Sły­sza­łam... - Po­ki­wała głową ze smut­kiem. - Żyli, umarli, będą umie­rać.- Wzru­szyła ra­mio­nami. - Zyg­munta szkoda, nie był jesz­cze taki stary. Niech mu zie­mia lekką bę­dzie.

- Mu­sisz mi dać coś wię­cej.

- Mó­wi­łam, bez po­li­tyki... - Na po­marsz­czo­nej twa­rzy pani Ja­dzi po­ja­wił się bez­zębny uśmiech. - Ja pro­sta ko­bieta je­stem. To za głę­bo­kie wody dla mnie. I wy też nie po­win­ni­ście na nie wy­pły­wać, bo was jesz­cze zdra­dliwe wiry wcią­gną.

- Tyle to i bez cie­bie wie­dzia­łem - mruk­nął le­szy. - Dzięki za nic.

- No już, nie dą­saj się - rzu­ciła po­jed­naw­czo. - Wiele po­wie­dzieć nie mogę, ale dam ci radę. Ro­ze­rwij się. Idź na dan­cing, po­tań­czyć. Znajdź dziew­czynę, która woli kwiat pa­proci od goź­dzi­ków.

Dęb­ski ze zro­zu­mie­niem ski­nął głową w ge­ście po­dzię­ko­wa­nia. Już miał dać Wald­kowi znak, że wy­cho­dzą, gdy ten, jakby wy­ry­wany z za­my­śle­nia, wtrą­cił się po raz pierw­szy:

- A ten drugi, Pod­la­ski... - za­czął nie­śmiało. - To prawda, że wo­lał chłop­ców?

Naj­pierw za­pa­dła ci­sza, a po­tem pani Ja­dzia wy­buch­nęła su­chym, skrzy­pią­cym śmie­chem.

- A skądże znowu, ka­wa­le­rze... - wy­chry­piała. - To ci na ze­szyt po­wiem. To­wa­rzysz miał fan­ta­zję bujną, to prawda, ale w drugą stronę. Lu­bił on dziew­czynki, oj lu­bił. Cza­sem aż po kilka na­raz. Miały z nim nie­raz prze­boje w jed­nym ta­kim lo­kalu...

Jej czarne oczy prze­nio­sły się na Dęb­skiego, a na po­marsz­czo­nych ustach wy­kwitł chy­try uśmie­szek.

- Ty wiesz, o któ­rym lo­kalu mowa, Le­chu, prawda?

- Tak, tak... - mruk­nął Dęb­ski nie­na­tu­ral­nie gło­śno, a jego non­sza­lancka po­stawa gdzieś znik­nęła. - Mu­simy już iść. Jak za­wsze, to była... przy­jem­ność cię spo­tkać - od­chrząk­nął.

Bez cze­ka­nia na od­po­wiedź otwo­rzył drzwi i pchnął Waldka w stronę wyj­ścia.

Po­wie­trze, które ude­rzyło w nich, jak tylko otwo­rzyli za­rdze­wiałe drzwi do piw­nicy, było przy­jem­nie orzeź­wia­jące w po­rów­na­niu z duszną at­mos­ferą ma­gla. Wal­dek le­dwo na­dą­żał za le­szym, który ru­szył przed sie­bie szyb­kim, sprę­ży­stym kro­kiem.

- O co jej cho­dziło, Le­chu? - za­py­tał w końcu, ła­piąc go za ra­mię. - Z tym dan­cin­giem? I kim w ogóle jest ta cała pani Ja­dzia?

Dęb­ski zwol­nił kroku.

- My­ślisz, że Cen­trala wi­dzi wszystko? - prych­nął. - Tam, gdzie jej wzrok nie sięga, ro­dzi się miej­sce dla ta­kich jak Ja­dzia. Szara strefa, luka w sys­te­mie. Na­zwij to, jak chcesz.

- I co, ot tak jest twoim in­for­ma­to­rem?

- Chciał­bym. - Dęb­ski zni­żył głos. - To szara emi­nen­cja tego ca­łego pół­światka. Trzyma to wszystko twardą ręką jesz­cze od przed­woj­nia. Czasy się zmie­niają, sze­fo­wie Cen­trali przy­cho­dzą i od­cho­dzą, a ona trwa. I wierz mi, nie chcesz być jej dłuż­ni­kiem.

- Ro­zu­miem - po­wie­dział w końcu Wal­dek. - No a to o goź­dzi­kach? O co cho­dziło?

Le­szy wzru­szył ra­mio­nami, a na jego twarz po­wró­cił cień daw­nej non­sza­lan­cji.

- Do­wiesz się wie­czo­rem - rzu­cił, skrę­ca­jąc w głąb ciem­nej uliczki. - W Ku­rzej Łapce.