Wyraj' 81. Kiedy potwory stały w kolejkach - Michał Jankowski


Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 7
Dancing w Kurzej Łapce
Z zewnątrz, wciśnięta między walącą się kamienicę a warsztat wulkanizacyjny, Kurza Łapka nie zdradzała swojej natury. Jedynie umieszczony nad drzwiami purpurowy neon w kształcie ptasiej nóżki sugerował, że nie jest to zwyczajne miejsce. Po przekroczeniu progu cała szarość ustępowała miejsca światu, który w socjalistycznej Polsce nie miał prawa istnieć.
Kurza Łapka była azylem, najmodniejszym i najbardziej kultowym lokalem w kraju nad Wisłą. Miejscem, gdzie istoty zrodzone z szeptów i cieni mogły na chwilę pozbyć się ludzkich masek, nie bojąc się spojrzeń zwykłych śmiertelników. Powietrze pachniało tu zagraniczną kawą, zachodnimi perfumami i dobrą wódką. Wnętrze lśniło czystością - od wypolerowanego jak lustro parkietu, przez boazerię z egzotycznego, ciemnego drewna aż po błyszczące, chromowane nogi stolików. Za długim, podświetlonym barem pyszniły się butelki z trunkami, o których zwykły obywatel mógł tylko pomarzyć, a z głośników sączył się cicho zagraniczny jazz.
Goście pasowali do tego wystroju. Byli elitą świata słowiańskiego folkloru. Przy stoliku w rogu potężnie zbudowany strzygoń w skórzanej kurtce i z sygnetem na palcu cicho negocjował coś z dwoma zblazowanymi utopcami, którzy wyglądali na dyrektorów z Centrali Handlu Zagranicznego. Obok, przy barze, wilkołaczka w obcisłej czerwonej sukience śmiała się perliście do przystojnego latawca, ale jej niespokojne złote oczy nie przestawały lustrować sali. W loży pod ścianą trzy rusałki, piękne i zimne, paliły cienkie papierosy, grając w karty. A nad wszystkim czuwała właścicielka, która nie mieszkała wprawdzie w chatce na kurzej łapce, ale była tak samo niebezpieczna jak w legendach. Wiedźma była równie gotowa pomóc, co rzucić śmiertelną klątwę. W jej lokalu wszyscy byli równi. Baba Jaga miała krótkie, kruczoczarne włosy, ścięte ostro i nowocześnie. Polerując kieliszki, obserwowała uważnie bawiących się w lokalu gości oczami podkreślonymi grubą kreską, wyciągniętą drapieżnie w stylu Izabeli Trojanowskiej.
Właśnie wtedy ciężkie, obite skórą drzwi otworzyły się z cichym sykiem, wpuszczając do środka powiew chłodnego, wieczornego powietrza. Rozmowy na chwilę ucichły, a kilkanaście par nieludzkich oczu zwróciło się w stronę wejścia.
Pierwszy wszedł Waldek Utopiec. Pomimo że był w lokalu pierwszy raz, w swoim dobrze skrojonym garniturze pasował tu idealnie. Ale to postać, która weszła za nim, sprawiła, że na sali zapadła kompletna cisza. Dębski zamiast wymiętego prochowca miał na ramionach elegancki wełniany płaszcz, a pod nim dopasowany czarny golf. Buty lśniły mu tak, że można było się w nich przejrzeć, a włosy, zwykle w nieładzie, teraz zostały starannie zaczesane do tyłu. Kierując się do baru z pewnością siebie stałego bywalca, zostawiał za sobą delikatny zapach drogiej wody brzozowej.
Baba Jaga przerwała polerowanie kieliszka i wsparła pomarszczone dłonie o blat. Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu.
- Lesiu, zaczynałam tęsknić - powiedziała suchym, lekko skrzypiącym głosem. - Kim jest twój elegancki przyjaciel?
- To promienna przyszłość Centrali - odparł Dębski z ledwo skrywaną ironią.
Waldek ujął dłoń właścicielki, szarmancko uniósł ją do ust i złożył na niej lekki pocałunek.
- Waldemar Utopiec - przedstawił się gładko. - Niezmiernie miło mi poznać.
Jaga uniosła wymalowaną brew, wyraźnie rozbawiona.
- Oho. Czaruś. Co cię więc sprowadza w moje skromne progi, Lechu? I to tak wystrojonego?
Dębski pochylił się lekko nad barem, a jego głos zniżył się do konspiracyjnego szeptu.
- Szukam dziewczyny, która woli kwiat paproci od goździków.
Błysk rozbawienia w oczach Jagi zgasł, zastąpiony przez czysto profesjonalne zrozumienie. Skinęła powoli głową.
- Rozumiem... Usiądźcie przy twoim stoliku. Podać wam coś w międzyczasie?
Jej wzrok prześliznął się po liście drinków, wypisanej na lustrze za barem.
- Może Łzy Rusałki albo Pocałunek Biesa? Jeśli chcecie coś mocniejszego, to mam Przydział do Nawii. Chyba że coś lżejszego... Furorę robi Kwiat Paproci.
- Dwa razy Pocałunek Biesa - zdecydował bez wahania Dębski.
Ruszył w głąb sali, z gracją omijając bawiących się gości. Leszy prowadził za sobą Waldka, a wyślizgane deski podłogi skrzypiały pod ich butami. W pewnym momencie skinął lekko na przywitanie w stronę mężczyzny siedzącego samotnie na końcu sali. Brodacz, ubrany w nienaganny czarny garnitur, jakby właśnie wrócił z pogrzebu, pomimo półmroku miał na nosie okulary przeciwsłoneczne. Odbijały żarzącą się końcówkę trzymanego w dłoni papierosa. Mężczyzna oszczędnym ruchem uniósł szklankę z Kwiatem Paproci, odpowiadając na przywitanie.
- Kto to? - szepnął Waldek, zaintrygowany.
- Narrator - odparł krótko Dębski.
- Kto?
Ale leszy już nie odpowiedział. Doszli do stolika w najbardziej zacisznym kącie lokalu i usiedli. Chwilę później przed nimi pojawiły się dwa drinki na małej tacy. Baba Jaga postawiła je bez słowa i zniknęła w półmroku.
Pocałunek Biesa podano w niewysokich szklankach. Był to krwistoczerwony płyn, na którego dnie wirowały ciemniejsze, niemal czarne smugi, jakby ktoś zamknął w nim odrobinę nocy. Z góry unosiła się delikatna woń słodkich wiśni, ale pod nią czaił się ostry, obiecujący kłopoty zapach mocnego bimbru.
Siedzieli w milczeniu, sącząc drinki, otuleni cichym jazzem i stłumionym gwarem lokalu. I wtedy Waldek ją zobaczył. Szła w ich kierunku z drugiego końca sali, a tłum jakby się przed nią rozstępował. Płynęła po parkiecie, kołysząc hipnotycznie biodrami, ubrana w długą jedwabną suknię w kolorze głębokiej rzecznej zieleni, która lśniła w półmroku, jakby była wiecznie wilgotna. Obdarzona została porażającą urodą - mogłaby śmiało zawstydzić najpiękniejszą z rusałek, ale brakowało jej ich wrodzonej niewinności. W spojrzeniu i drapieżnym uśmiechu czaiła się groźba. Była babą wodną, która nie wabiła, lecz siłą wciągała ofiary na dno.
Waldek instynktownie wyprostował się i poprawił węzeł krawata, czując nagłą potrzebę, by wyglądać jak najprzystojniej. Kobieta zbliżyła się do ich stolika, ale jej zielone oczy, głębokie jak studnie, nawet na moment nie spoczęły na Utopcu. Całą swoją uwagę skupiła na Dębskim, patrząc na niego twardo i wyzywająco. Gdy się zatrzymała, w powietrzu rozszedł się zapach deszczu i nocnych kwiatów. Skinęła lekko w stronę miejsca, na którym siedział Waldek.
- To miejsce jest wolne? - zapytała melodyjnym głosem. Pytanie było skierowane wyłącznie do leszego.
- Oczywiście. - Dębski uśmiechnął się pod nosem, doskonale rozumiejąc tę grę. - Mój kolega właśnie wybierał się na parkiet - dodał gładko, po czym spojrzał na towarzysza z udawaną troską. - Waldziu, bądź tak miły i poproś Jagę o Kwiat Paproci dla pani. Dobrze zgadłem? - zwrócił się do kobiety.
- Wyborny wybór, panie leszy - odparła, uśmiechając się.
Wyciągnęła w stronę Dębskiego smukłą dłoń o długich, pomalowanych na czerwono paznokciach.
- Helena.
- Lech.
Waldek wstał z mechaniczną uprzejmością, robiąc jej miejsce.
- Waldek - powiedział, wyciągając własną dłoń w geście przywitania.
Ale Helena już go nie widziała. Z gracją osunęła się na zwolnione przez niego krzesło. Dłoń Utopca zawisła na ułamek sekundy w pustej przestrzeni między nimi, po czym Waldek, z ledwo dostrzegalnym zaciśnięciem szczęki, cofnął ją i bez słowa ruszył w stronę baru.
Baba wodna położyła na stoliku małą czarną torebkę, otworzyła ją i wyjęła srebrną papierośnicę. Wybrała jeden z cienkich papierosów i zapaliła go własną chromowaną zapalniczką. Wypuściła w górę strużkę błękitnego dymu, a jej zielone oczy ani na chwilę nie opuszczały twarzy Dębskiego.
- Nie będzie panu przeszkadzało? - zapytała, wskazując papierosem na unoszący się dym.
Dębski wzruszył lekko ramionami, biorąc do ręki swój niedopity drink.
- Nie w tych okolicznościach...
* * *
Waldek stał przy barze, czując, jak pulsuje mu żyłka na skroni. Z upokarzającą precyzją odtwarzał w myślach moment, w którym jego wyciągnięta dłoń została zignorowana. Całe życie poświęcił na to, żeby nie być traktowanym jak powietrze. Obserwował z daleka, jak dym z papierosa Heleny unosi się nad stolikiem, przy którym siedziała z Dębskim.
Skinął na Jagę, która podeszła bez słowa, z obojętną miną.
- Dla mnie Przydział do Nawii - rzucił krótko. - I Kwiat Paproci dla pani przy stoliku.
Jaga uniosła brew na dźwięk pierwszego zamówienia, ale nie skomentowała. Sięgnęła po odpowiednie butelki i przyrządziła drinki. Właśnie stawiała przed nim mały kieliszek z groźnie wyglądającym, niemal czarnym płynem, gdy obok rozległ się dźwięczny kobiecy głos.
- A co trzeba zrobić, żeby taki elegancki utopiec postawił drinka zwykłej dziewczynie?
Waldek odwrócił się. Obok niego stała kobieta o długich ciemnych włosach i łagodnych piwnych oczach. Była piękna, choć inaczej niż Helena. Cechowała ją typowa dla utopców uroda dziewczyny z sąsiedztwa. Miała na sobie prostą, ale dobrze leżącą sukienkę, a w jej uśmiechu było coś szczerego i lekko nieśmiałego. Mówiła z delikatnym, śpiewnym akcentem, który zdradzał, że pochodzi gdzieś z okolic wschodniej granicy.
Irytacja Waldka zniknęła jak ręką odjął, zastąpiona przez dobrze mu znany dreszcz towarzyskiej gry. Odzyskał grunt pod nogami.
- Jaga - powiedział, nie odrywając wzroku od kobiety. - Jeszcze jeden Kwiat Paproci.
Gdy właścicielka lokalu napełniała wysoki kieliszek kolorowym płynem, Utopiec nachylił się w jej stronę.
- Na rachunek kolegi - szepnął, puszczając do niej oko.
Stara Baba Jaga odpowiedziała mu ledwo zauważalnym, cynicznym uśmieszkiem.
W tej samej chwili dyskretny jazz płynący z głośników umilkł, ustępując miejsca chwytliwej melodii Hands Up zespołu Ottawan. Atmosfera w barze natychmiast się ożywiła, a na twarzy Waldka pojawił się cień uśmiechu. Dostał idealny pretekst. Odwrócił się z powrotem do kobiety i z gracją przesunął w jej stronę drinka.
- Można zacząć od przedstawienia się - powiedział gładko. - A zaraz potem od tańca. Waldek jestem.
Kobieta ujęła smukły kieliszek, a jej piwne oczy spojrzały na niego z ciepłym błyskiem.
- Marzena.
* * *
Helena zaciągnęła się głęboko papierosem, a żar na jego końcu rozbłysnął na chwilę, oświetlając jej idealnie wyrzeźbione kości policzkowe.
- Czasy się zmieniają, Lechu - odezwała się w końcu, wypuszczając dym w stronę sufitu. - Nawet w naszych kręgach czuć przeciąg. Robi się niespokojnie.
- Zawsze było niespokojnie - odparł, nie podnosząc wzroku znad swojego drinka. - Taka już nasza natura.
- To coś innego. - Helena zgasiła papierosa w ciężkiej szklanej popielniczce. - To nie jest zwykła walka o wpływy. Stary porządek trzeszczy w posadach, zresztą nie tylko u nas. Wiesz, że Centrala podzieliła się na dwa obozy? Część to, powiedzmy, "ugodowcy", ci, którzy uważają, że trzeba za wszelką cenę utrzymać status quo. Trzymać się cienia, udawać, że nas nie ma.
- Brzmi znajomo - mruknął Dębski.
- Ale są też inni. Widzą, co się dzieje na ulicach. Czują tę ludzką "odwilż", tę całą Solidarność, i myślą, że to jest nasza szansa. Że trzeba wyjść z ukrycia, zrzucić maski. Wierzą w pełną emancypację naszego świata, w życie na równych prawach.
- Naiwni idioci. - Dębski prychnął cicho.
- Może. Może nie. I jest ich coraz więcej i są coraz głośniejsi. Idzie nowe, którego się już nie da zatrzymać. Prędzej niż później każdy będzie się musiał opowiedzieć po którejś ze stron.
Leszy podniósł nas nią wzrok.
- A ty? Po której stronie stoisz, Heleno?
Uśmiechnęła się, ale jej oczy pozostały zimne.
- Nie chciałabym stać po żadnej. Jest mi dobrze tak, jak jest. Ciepło i bezpiecznie. Ci "rewolucjoniści" nie rozumieją, z czym igrają. Myślą, że jak pokażemy światu prawdziwe oblicza, to ludzie zaczną klaskać. Nie rozumieją, że jest nas zbyt mało, byśmy mogli być traktowani na równi. Gdy pierwszy reporter zrobi zdjęcie wilkołaka w trakcie przemiany, staniemy się zwierzyną łowną. Boję się, że zapłoną stosy.
W tym momencie z cienia wyłoniła się Jaga, niosąc na tacy pojedynczy, wysoki kieliszek. Postawiła go przed Heleną z cichym stuknięciem. Kwiat Paproci był dziełem barmańskiej sztuki i szczytem peerelowskiej fantazji. Warstwy niebieskiego, zielonego i czerwonego syropu tworzyły psychodeliczną tęczę, w której pływały kawałki trudno dostępnych, egzotycznych owoców. Całość wieńczyła papierowa parasolka i kandyzowana wiśnia. Drink prezentował się absurdalnie wspaniale.
- Dziękuję, Jago - szepnęła Helena. Właścicielka lokalu skinęła głową. Ich oczy spotkały się na ułamek sekundy, ale w tym krótkim spojrzeniu był niemy szacunek dwóch wpływowych kobiet. Jaga wiedziała, czyją następczynią jest dziewczyna. A Helena wiedziała, że Jaga o tym wie.
- Dla mnie jeszcze raz to samo - rzucił Dębski, odstawiając szklankę na tacę.
Gdy właścicielka zniknęła, Lech pochylił się przodu.
- Dlaczego mi o tym mówisz?
Helena wzięła do ręki słomkę i zamieszała swój kolorowy drink, patrząc, jak barwy wirują i mieszają się ze sobą.
- Chcę, żebyś wybrał właściwą stronę. Jesteś leszym, twój głos wiele znaczy w naszej społeczności. Przerwij to, dopóki jeszcze sprawy da się zatrzymać.
- To daruj mi politykę, daj mi coś, z czym mogę pracować. Jakiś trop.
Kobieta uśmiechnęła się pod nosem, jakby dokładnie na tę odpowiedź czekała.
- Jest taka grupa. Nazywają się Jutrzenka. Sami artyści, poeci, performerzy i inni intelektualiści. Uważają się za awangardę tej całej rewolucji.
- Brzmi jak banda nawiedzonych smarkaczy.
- I tak jest. Ale ktoś chce się nimi posłużyć. - Pociągnęła przez słomkę łyk swojego drinka. - Organizują jutro wieczorem taki swój "happening".
- "Śmierć Betonu..." - wszedł jej w słowo Dębski.
Błysk autentycznego zaskoczenia w jej oczach zniknął tak szybko, jak się pojawił.
- O proszę... Nie spodziewałam się, że jesteś na bieżąco ze sceną artystyczną... - Uśmiechnęła się chłodno. - Może warto pójść na przedstawienie? Zobaczyć, jaką sztukę szykują dla nas w tym sezonie? - Pochyliła się lekko nad stolikiem, a jej głos stał się cichszy, intymniejszy. - Zwróć uwagę na ich lidera. Każe na siebie mówić Zaran.
- Skąd w ogóle wiesz o tym wszystkim?
- Panie leszy... - powiedziała, podnosząc się z krzesła. - Bierze mnie pan za jedną z tych dziewczyn, co pokazują wszystko na pierwszym spotkaniu. Ja taka nie jestem.
Rozdział 1
Czerwony Maluch
Szary i wilgotny świt wstawał powoli nad ursynowskim blokowiskiem. Mgła pokazała się tego dnia tak gęsta, że można ją było kroić tępym nożem i smarować nią kromki chleba. Jej leniwe, brudnobiałe smugi przelewały się między dziesięciopiętrowymi gigantami, identycznymi jak setki budynków wzniesionych ku chwale socjalistycznej myśli technicznej.
Pies, kundelek o pretensjonalnym imieniu Pimpek, należał do pani Krystyny. Szarpał właśnie smycz, próbując wyrwać się właścicielce.
- Uspokój się! - Pani Krysia, emerytka odziana w ortalionowy płaszcz, pociągnęła mocniej za smycz. - Rób, co masz robić, cholero, i wracamy.
Pimpek miał jednak własne plany na dzisiejszy poranek. Żaden z nich nie uwzględniał szybkiego załatwienia potrzeb fizjologicznych. Zamiast obsikać stojący obok hydrant, stanął jak wryty, najeżył rzadką sierść na grzbiecie i zaczął jazgotać w kierunku czerwonego Fiata 126p. Maluch stał zaparkowany byle jak. Na wpół na chodniku, na wpół na trawniku, który pełnił funkcję osiedlowego wybiegu dla psów i miejsca okazjonalnych spotkań amatorów tanich win.
- No co za jeden, na trawniku parkuje... - westchnęła pani Krysia, bo nie znosiła naruszania porządku.
Już miała odciągnąć pieska siłą, kiedy zauważyła jeszcze coś. Drzwi od strony kierowcy były lekko uchylone. Zajrzała do środka i zobaczyła mężczyznę, siedzącego z głową opartą na kierownicy.
- Halo, proszę pana... - Szturchnęła go przez szparę w drzwiczkach, ale się nie poruszył.
Odruchowo wciągnęła powietrze, spodziewając się ostrego zapachu wódki. Zamiast tego poczuła gęstą woń ziół, mchu i wilgotnej ziemi, jakby ktoś przed chwilą wrócił z głębokiego lasu. Przez moment pomyślała nawet, że opił się żubrówki, tej prawdziwej, z trawą w butelce.
Coś jednak w tym obrazie było nie tak. Po chwili wahania pani Krysia zaciągnęła Pimpka w stronę budki telefonicznej. Wrzuciła żeton, wykręciła numer i gdy usłyszała w słuchawce głos dyżurnego, odchrząknęła i oświadczyła z całą mocą praworządnej obywatelki:
- Dzień dobry, tu Krystyna Nowakowska. Chciałam zgłosić, że na naszym osiedlu jakiś nietrzeźwy element zakłóca porządek publiczny. Tak... bardzo proszę o interwencję.
* * *
Po parunastu minutach, w które z powodzeniem zmieściłby się niejeden papieros, na osiedlową alejkę, charcząc i kaszląc, wtoczył się radiowóz. Zdezelowany Polonez w kolorze brudnego błękitu miał tak wybite zawieszenie, że podskakiwał na każdej nierówności betonowych płyt. Zatrzymał się w końcu kilka metrów od czerwonego Malucha, a z jego wnętrza wygramoliło się dwóch funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej.
Młodszy, kapral Malinowski, był chudzielcowaty i miał w sobie ten rodzaj niezdrowego zapału, który cechuje ludzi ślepo wierzących w to, co napisano w regulaminie. Drugi, sierżant Nowak, był człowiekiem, który widział już wszystko i większość z tego wolałby zapomnieć. Poruszał się z powolną rezygnacją starego wygi, dla którego poranek rozpoczynający się przed ósmą był osobistą obrazą.
- Zgłoszenie o zakłócaniu porządku, sierżancie - zameldował gorliwie Malinowski, poprawiając czapkę.
Nowak ziewnął, nie starając się nawet zasłonić ust.
- Zakłóciliście to wy mi spokój tą lurą, którą nazwaliście kawą... Chodźmy, młody, zobaczmy, co za obywatel tak tęskni za izbą wytrzeźwień.
Podeszli bliżej do Fiata. W środku, za kierownicą, siedział mężczyzna ubrany w drogi garnitur i krawat, dobrany jak pod kolor tapicerki. Na pierwszy rzut oka wyglądał, jakby zwyczajnie spał.
- Obywatelu! Milicja! - Chudzielec, działając "zgodnie z procedurą", zastukał w szybę.
Zero reakcji. Powtórzył, tym razem mocniej. I nic. Nowak westchnął, odsunął młodego na bok i bez ceregieli pociągnął za klamkę. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, a wtedy ciało mężczyzny bezwładnie osunęło się z fotela i runęło na ziemię u jego stóp. Uderzył w nich zapach. Ostra, silna woń zachodniej wody kolońskiej, zmieszana z zapachem lasu po deszczu. Ciało kierowcy było nietknięte. Żadnych śladów walki, siniaków ani zadrapań.
- Psiamać... - mruknął Nowak, bardziej zdegustowany niż wstrząśnięty. - Musi jakiś dygnitarz.
Wyprostował się, odruchowo wycierając ręce, jakby dotknął czegoś brudnego.
- Dobra, młody... - rzucił przez ramię. - Wrócę do radiowozu, łapiduchów wezwę i zgłoszę na komisariat, że mamy trupa. Niech go zabiorą, zanim się ludzie zlecą.
- A ja? - zapytał niepewnie Malinowski.
- Idź się rozejrzyj, może ktoś jeszcze się tu pałętał od rana. Widział coś. Jakaś baba z okna albo pijaczek osiedlowy. No leć, operacyjnej roboty się nauczysz.
* * *
Kapral ruszył na zwiad, pełen proceduralnego zapału. Biegał wzrokiem od okna do okna, ale nikogo nie widział. W końcu jego spojrzenie powędrowało w stronę ławki pod blokiem, na której leżał pan Miecio. Lokalny pijaczek i filozof przydomowych trzepaków trząsł się na potężnej delirce. Dłonie drżały mu tak, że nie byłby teraz w stanie utrzymać kieliszka, choćby chciał. Malinowski podszedł do niego sprężystym krokiem.
- Dzień dobry, obywatelu! - zaczął oficjalnym tonem. - Widzieliście może tego czerwonego Malucha, jak tu parkował?
Pan Miecio uniósł na niego mętne spojrzenie.
- Panie władzo... poratuj pan... bo mi zaraz pikawa stanie...
- Odpowiadajcie na zadane pytania, bo was na izbę wytrzeźwień zabierzmy. - Kapral uciął prośby. - Malucha czerwonego, tego tam, widzieliście, jak parkował, czy nie?
Ostre słowa podziałały jak kubeł zimnej wody. W oczach pijaka pojawił się błysk świadomości. Przełknął z trudem ślinę i nachylił się, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu.
- Widziałem, panie władzo. Pewnie, że widziałem. Zwyczajnie w nocy podjechał, zaparkował o tam i podeszła do niego taka... kobieta. Ale jaka ona była piękna, jak rusałka. - Miecio zrobił wielkie oczy. - Wie pan władza, taki demon wodny, co to śpiewem chłopów wabi i wciąga do wody - wyjaśnił. - Nie szła normalnie. Płynęła nad chodnikiem, o tak! - Miecio zademonstrował ruch drżącą ręką. - Otworzyła drzwi, nachyliła się do środka. A potem odpłynęła we mgłę i tyle ją widziałem.
Malinowski zatrzasnął swój notes.
- Rusałka, tak? - fuknął. - Składnie fałszywych zeznań to obraza organów państwa!
- Mówię, co widziałem... Naprawdę, nic więcej nie wiem.
Zirytowany bredniami pijaka, Malinowski odwrócił się na pięcie, mamrocząc pod nosem coś o marnowaniu czasu służby mundurowej. Szedł szybkim, sprężystym krokiem z powrotem do zdezelowanego Poloneza, czując, jak narasta w nim frustracja. Otworzył drzwi radiowozu z niepotrzebną siłą.
- I co, młody? Naród pomocny jak zawsze? - zapytał sierżant, nawet na niego nie patrząc.
- Jest tylko on. - Malinowski kiwnął głową w stronę ławki pod blokiem. - Mówi, że rusałkę widział... Świadek w stanie upojenia alkoholowego, więc niewiarygodny. Wpisać w raport "zgon z przyczyn naturalnych"?
Sierżant popatrzył na Miecia, potem na czerwonego Malucha, a w myślach miał bladozieloną twarz denata i ten dziwny zapach. I Nowak, stary wyga, poczuł w kościach, że to może być jedna z tych spraw, od których lepiej trzymać się tak daleko, jak to tylko możliwe.
- Nie, młody... - Powoli pokręcił głową. - Jak to gówno za tydzień wróci i kogoś ochlapie, to my będziemy pierwszymi, którym się dostanie. Nie tym razem, za dużo z tego może być bajzlu.
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyciągnął stary, zatłuszczony notesik. Przekartkował go i znalazł to, czego szukał. Numer telefonu bez żadnego nazwiska, zapisany tępym ołówkiem.
- Pilnuj gapiów i niczego nie dotykaj - rzucił krótko i wysiadł.
Kapral patrzył, jak jego przełożony idzie w stronę budki telefonicznej i przykłada słuchawkę do ucha. Widział, jak coś mówi, a potem długo słucha w milczeniu.
- Sierżant Nowak... Tak. Mam tu denata, podejrzenie kodu F... F, jak folklor. Świadek mówił o rusałce. Zrozumiałem. Zabezpieczyć i czekać. Bez odbioru.
Odwiesił słuchawkę i wrócił do Poloneza. Usiadł w fotelu, wyciągnął z kieszeni paczkę Sportów, odpalił jednego i zaciągnął się głęboko. Malinowski patrzył na niego pytająco, nie śmiąc się odezwać.
- Czekamy, młody - powiedział w końcu Nowak, wypuszczając w stronę deski rozdzielczej gęstą chmurę dymu.
- Na co?
- Przyjadą towarzysze, co lubią takie bajki.
Rozdział 2
Dwa światy w jednym gabinecie.
Wnętrze gabinetu Waldemara Utopca pachniało porządkiem, wodą kolońską Przemysławka i cichą ambicją. Na błyszczącym dębowym biurku leżały papiery w starannych, równych stosach, jakby ktoś je ułożył przy pomocy ekierki. Sam Waldemar, w idealnie wyprasowanej błękitnej koszuli, trzymał przy uchu słuchawkę nowoczesnego telefonu Bratek. Jego głos był niczym miód, w który chciał zanurzyć palce każdy, kto miał coś do załatwienia.
- Oczywiście, towarzyszu dyrektorze, w pełni rozumiem przejściowe trudności z zaopatrzeniem - mruczał, zręcznie przy tym szkicując coś w swoim notatniku. - Ale jeśli spojrzyjcie w załącznik numer trzy do protokołu, który wam wysłałem, zobaczycie, że przydział dla waszego zjednoczenia został rozpatrzony nie tylko jako zasadny, ale i pilny. W trosce o dobro ogółu, rzecz jasna. Jak zawsze. Będę wdzięczny za pamięć.
Był w swoim żywiole. Na wyrywki znał instrukcję obsługi systemu, w którym żył. Traktował go ja przyjaciela. Doskonale wiedział, którą śrubkę należy dokręcić mocniej, a którą poluzować, by cała skomplikowana maszyneria zagrała tak, jak on tego chciał.
Nagle jego spokój zmącił ostry, natarczywy dzwonek drugiego aparatu - linii wewnętrznej od spraw najpilniejszych. Uśmiech zniknął z twarzy Waldka, kiedy odłożył słuchawkę Bratka i podniósł drugą. Słuchał w milczeniu.
- Zrozumiałem. Będę za trzy minuty - rzucił krótko, z niezwykłą delikatnością odkładając telefon na widełki.
Wstał. Poprawił idealny węzeł krawata, strzepnął z ramion niewidzialny pyłek i rzucił okiem na swoje odbicie w ciemnej szybkie okna, za którą szarzał kolejny warszawski dzień. Nie zostało w nim już nic z uprzejmego biurokraty. Patrzył teraz na odbicie drapieżnika, który zwietrzył zapach kłopotów. A kłopoty oznaczały szansę.
* * *
W M2 na czwartym piętrze bloku z wielkiej płyty zamiast zapachu Przemysławki czuć było woń wilgotnej ziemi przyniesionej na podeszwach i ozonu, który iskrzył wokół starego radioodbiornika. Lech Dębski, w rozciągniętym swetrze w kolorze butwiejących liści, toczył nierówną walkę z radioodbiornikiem marki Unitra. Trzeszczące pudło wydawało z siebie jedynie agonalne dźwięki i szum.
- No graj, zarazo jedna... - warknął, po czym z otwartej dłoni wymierzył solidny cios obudowie.
Radio obraziło się i zamilkło, ale potem z głośnika popłynął fragment audycji rolniczej o szkodnikach. Lech prychnął. Był leszym, prastarym strażnikiem lasu, istotą zmiennokształtną, która potrafiła rozmawiać z dębami i wzbudzać strach w sercach ludzi. A tu, w tym betonowym pudle, toczył nierówną walkę z kawałkiem peerelowskiej elektroniki. Choć pragnął tylko jednego - świętego spokoju. Chciał wypić herbatę, może z prądem, i nie myśląc o niczym leżeć na łóżku i gapić się w sufit. Ale Dola miała dla niego inne plany, które zmaterializowały się pod postacią wibrującego w czaszce dźwięku telefonu.
Podniósł słuchawkę z nieukrywaną niechęcią.
- Czego? - mruknął na powitanie.
Słuchał przez chwilę, a jego twarz ściągnęła się w grymasie rezygnacji. Krótka wymiana zdań i pomruków zakończyła się rzuceniem słuchawki z takim impetem, że aparat podskoczył.
Z ciężkim westchnięciem wypuścił z płuc powietrze i bez słowa sięgnął po znoszony prochowiec, który wisiał samotnie na gwoździu w bitym w drzwi. Wezwanie z Centrali było jak wizyta u dentysty - wiedział, że będzie bolało. Zło konieczne w służbie większego dobra, psia jego mać.
* * *
Sekretariat przed gabinetem szefa Mrozka był arcydziełem sztuki użytkowej późnego peerelu. Ściany, do połowy wyłożone boazerią lakierowaną na wysoki połysk, płynnie przechodziły wyżej w farbę koloru brudnego beżu. Zapomniana paprotka, której liście pokrywała warstwa kurzu o grubości wręcz historycznej, wiodła życie pełne cichej desperacji na taborecie w rogu. Nawet powietrze stało tu nieruchome, gęste od zapachu pasty do podłogi.
Waldemar Utopiec siedział sztywno. Złączył kolana pod idealnie prostym kątem i położył na udach służbową teczkę. Jego wzrok biegał po jakiś notatkach w skórzanym notesie, kiedy wskazówka na radzieckim Poljocie odmierzała kolejne minuty.
Lech Dębski wyglądał jak jego zaprzeczenie. Rozwalił się na krześle i wyciągnął nogi w znoszonych butach daleko przed siebie. Siedział w rozpiętym płaszczu, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Ignorował obecność Waldka z taką samą nonszalancją, z jaką ignorował resztę świata. Całość uwagi skupił na musze, która z determinacją zwiedzała wszystkie zakątki sufitu.
Ciszę panującą w tym biurokratycznym czyśćcu zakłócała jedynie sekretarka siedząca za biurkiem. Południca o włosach w kolorze wypalonej słońcem trawy ostentacyjnie mieszała cukier w szklance herbaty, uderzając łyżeczką o szkło, jakby biła na alarm. Była demonem, który w dawnych czasach powinien z sierpem w dłoni zasyłać udary na pracujących w polu chłopów. W Centrali jej rola była podobna, tylko zamiast sierpa używała telefonu, a jej spojrzenie skutecznie zsyłało na petentów migrenę i poczucie beznadziei.
- Słucham? - odebrała z urzędową obojętnością. Jej twarz momentalnie się zmieniła. Przycisnęła słuchawkę mocniej od ucha, odchylając się przy tym w konspiracyjnym geście. - Co rzucili? - zapytała gorączkowym szeptem. Nasłuchiwała chwilę, a jej oczy rozbłysły. - Dziękuję, kochana. Jesteś wielka. Nie, nie mogę rozmawiać, petentów mam.
Odłożyła telefon i dopiero wtedy spojrzała na nich, jakby właśnie zauważyła, że w jej poczekalni zalęgło się jakieś robactwo.
- Towarzysz Mrozek prowadzi jeszcze ważną rozmowę telefoniczną, międzynarodową. Ale z pewnością niedługo poprosi do siebie - oznajmiła, chociaż zza dębowych drzwi gabinetu nie dobiegał najmniejszy szept.
Waldek zdawał się jej nawet nie słyszeć, a Dębski uśmiechnął się pod nosem, puszczając oko do muchy na suficie.
Czekali.
Szef Centrali, nie mówiąc ani słowa, pokazywał im, kto tu rządzi.
W końcu południca otworzyła przed nimi drzwi i weszli na terytorium towarzysza Mrozka. Jego biuro było wręcz absurdalnie wielkie i przytłaczające. Ciężkie bordowe kotary szczelnie zasłaniały okna, odcinając gabinet od światła dnia. Za masywnym biurkiem, wielkim jak stół bilardowy, siedział Mrozek. Potężny bies, wciśnięty w za ciasny garnitur, składał się z góry mięśni i milczącego autorytetu. Był jednym z najstarszych demonów, ucieleśnieniem pierwotnego chaosu i sił natury wrogich człowiekowi, który teraz, ironicznie, zarządzał najbardziej zbiurokratyzowaną instytucją Wyraju. Nie raczył podnieść na nich wzroku, kiedy weszli. Dopiero gdy drzwi zamknęły się za nimi, odezwał się tak cichym i niskim głosem, jakby dobywał się on spod ziemi:
- Bliżej.
Podeszli aż do samej krawędzi biurka, nachylając się mimowolnie, by lepiej go słyszeć.
Beznamiętnym gestem przesunął w ich stronę szarą, wiązaną sznurkiem teczkę.
- Sprawa o kryptonimie "Czerwony Maluch". Denat to urzędnik wysokiego szczebla z naszego resortu. Przyczyna zgonu jeszcze niepotwierdzona. Brak śladów przemocy.
Mrozek wyciągnął z teczki czarno-białą fotografię, przedstawiającą mężczyznę leżącego na trawniku obok Fiata 126p, i położył ją na blacie. Potem wziął do ręki kartkę z maszynopisu i, nie mrugnąwszy nawet okiem, zaczął czytać monotonnym, beznamiętnym głosem:
- ...w nocy podjechał, zaparkował o tam, i podeszła do niego taka... kobieta. Ale jaka ona była piękna, jak rusałka... Nie szła normalnie. Płynęła nad chodnikiem...
Skończył i uniósł wzrok, oczekując reakcji. Dostał dwie.
- Jakie będą procedury, towarzyszu? - zapytał Waldek. - Mam wolną rękę w kwestii siania dezinformacji w mediach?
Drugi zareagował Dębski, i to zanim Mrozek zdążył odpowiedzieć. Przebiegł wzrokiem po notatkach i prychnął tak głośno, że echo poniosło się po wielkim gabinecie.
- Nie no... Mogliście przez telefon powiedzieć, to bym się tramwajem nie tłukł. Stójkowych zabrakło, że mnie do takiej sprawy wciągacie? - sapnął gniewnie. - Szkoda, że ten cały świadek nie zobaczył zjawy, co się rozpłynęła w powietrzu. Jak miałbym tę niby-rusałkę znaleźć? Zaczepiać co ładniejsze i pytać, czy nie przechodziły ostatnio obok zaparkowanego na jakimś osiedlu Malucha? I to czerwonego? No, bez żartów...
Na pooranej bruzdami twarzy Mrozka pojawił się cień chłodnej satysfakcji. Od urodzenia nie lubił leszych.
- Gówno mnie obchodzi, jak to zrobicie, towarzyszu Dębski - powiedział spokojnie.
- Dębski. Nie jestem waszym towarzyszem - odparł Lech, patrząc Mrozkowi prosto w oczy.
- W teczce znajdziecie więcej dokumentów, towarzyszu. Do Centrali docierały wcześniej pewne groźby. Zapoznajcie się z tym. Podział obowiązków jest prosty. Towarzysz Utopiec - tu wskazał na Waldka - będzie waszym cieniem. Dopilnuje, żeby sprawa nie nabrała społecznie niepożądanego rozgłosu. Zatuszuje, posprząta, zamknie usta komu trzeba. Papier musi się zgadzać. - Potem jego ciężkie spojrzenie spoczęło na leszym. - A towarzysz Dębski znajdzie tę, która narobiła bałaganu. Macie ze sobą ściśle współpracować. - Zrobił pauzę, pozwalając, by jego słowa wybrzmiały. - I to nie jest prośba.
- Tak jest, towarzyszu Mrozek - wtrącił się Waldek. - Pozwoliłem sobie zebrać po drodze kilka...
Bies przerwał mu machnięciem ręki, dając znać, że audiencja jest skończona. Wziął do ręki teczkę i rzucił ją na blat, tak by zatrzymała się dokładnie przy Dębskim. Ten zabrał ją i, nie oglądając się na Waldka, ruszył do wyjścia.
Ciężkie dębowe drzwi gabinetu zatrzasnęły się za nimi. Szli w milczeniu długim, pustym korytarzem, oświetlonym migotaniem jarzeniówek. Słychać było tylko miarowy stukot obcasów Waldka i cięższe, lekko szurające kroki Dębskiego.
W końcu Utopiec zatrzymał leszego, starając się odzyskać kontrolę.
- Waldek - zaczął, wyciągając dłoń w przyjacielskim geście.
- Dębski - odparł leszy, wręczając mu niesioną teczkę, z odrazą, jakby to była brudna szmata.
- Słyszałem o panu dużo dobrego i...
- Oszczędź mi tego - wszedł mu w słowo leszy - Zacznij od sprawdzenia akt. Powiązania, ewentualne kontakty i harmonogram z ostatniego dnia. A ja... ja zacznę od flaszki z tym panem Mieciem. Może widział więcej, niż zapisano w tej śmiesznej notatce.
Waldek zacisnął zęby. Protekcjonalność w głosie Dębskiego była niemal namacalna.
- W porządku - odparł chłodno. - Działajcie po swojemu, ale pamiętajcie, że jesteśmy w tym razem. Jeślibyście potrzebowali jakichkolwiek... zasobów, dajcie znać. Przyjdę wieczorem do waszego mieszkania.
Dębski skinął głową w milczeniu i każdy ruszył w swoją stronę.
Rozdział 3
Teczka i flaszka
Woń formaldehydu dominowała w Zakładzie Medycyny Sądowej przy ulicy Oczki. Słodkawy chemiczny odór wżerał się w ubranie i zostawał w nozdrzach na długo po opuszczeniu budynku. Towarzyszyła mu inna woń, bardziej subtelna. Zapach taniej kawy plujki, parzonej bez przerwy w małym, zakratowanym pokoju socjalnym. Unosił się ponad stalowymi stołami i pełzał po ścianach wyłożonymi białymi, popękanymi kafelkami.
Waldemar Utopiec nienawidził tego miejsca. Burzyło jego poczucie estetyki. Czekał w małym, obskurnym gabinecie, kolejny raz poprawiając węzeł krawata, jakby ten prosty gest mógł stworzyć wokół niego barierę ochronną. Przez otwarte drzwi widział fragment sali sekcyjnej: stalowy zlew, lśniące narzędzia leżące w równym rzędzie i część gumowego fartucha poplamionego krwią.
W końcu w progu stanął doktor habilitowany Jan Wieczorek, wysoki, przygarbiony mężczyzna o przezroczystej cerze i jasnych, niebieskich oczach. Był południkiem, jednym z niewielu, który zamiast snuć się po polach i doprowadzać żniwiarzy do udaru, wybrali ścieżkę kariery naukowej w służbie ludzkiego państwa.
- Witaj, Waldku - rzucił na powitanie, wycierając okulary w grubych rogowych oprawkach. - Dawno nie zaglądałeś osobiście. Nie wiedziałem, że mam kogoś ważnego na stole.
- Towarzyszu doktorze. - Waldek skinął głową, ignorując poufałość. - Potrzebuję protokołu z sekcji naszego denata.
Wieczorek westchnął, podszedł do metalowej szafki i wyciągnął z niej swoje notatki.
- Wszystko macie tutaj, ale mogę zaoszczędzić wam czytania. Oficjalnie dostał rozległego zawału mięśnia sercowego. Miał słabą pompę i nadwagę. W jego aktach znajdziecie całą medyczną historię.
- A nieoficjalnie? - zapytał beznamiętnym głosem Utopiec.
- Też. Mógł się zdenerwować, zjeść za tłusty obiad czy za dużo wypić. Chociaż treści żołądkowej nie było wiele, więc zostałbym przy nerwach. Zawał na pewno. A jeśli mam być bardzo nieoficjalny... serce stanęło mu bardzo szybko. Jakby na pstryknięcie palcami. Jeśli ktoś mu pomógł wybrać się do Nawii, to użył czegoś naturalnego, najpewniej wziewnego. Żadnych toksyn w klasycznym rozumieniu. Śladów wkłucia również brak.
Waldek przetwarzał informacje w milczeniu. Jego najgorsze obawy się potwierdziły. Nie dostał żadnych konkretów i był w tym samym punkcie, w którym zaczął. Już miał podziękować i wyjść, gdy Wieczorek uniósł palec, jakby sobie o czymś przypomniał.
- Ach, jeszcze jedna rzecz - powiedział. - Pewnie drobiazg bez znaczenia, ale jesteśmy tu pedantyczni. Na ubraniu denata i podeszwach butów znaleziono ślady pyłków i drobny czarny proszek. Na moje oko wyglądał jak coś, co służy do wyrobu domowej farby drukarskiej. Takiej, co to się jej używa się w starych, ręcznych drukarkach.
Zapadła cisza, przerywana jedynie buczeniem jarzeniówki. Waldek poczuł znajomy zapach polityki, unoszący się w powietrzu.
- Farba drukarska? - powtórzył.
- Dziwne połączenie, prawda? Trup i podziemna publicystyka - kontynuował Wieczorek, wyraźnie zadowolony z efektu, jaki wywołał. - Czyżby towarzysze z Centrali po godzinach bawili się w drukowanie bibuły dla Solidarności? Dużo się o tym teraz mówi. Wśród ludzi wielu schodzi do podziemia. A jak widać, bywa tam niebezpiecznie.
Waldek wzruszył ramionami i zabrał notatki. Jego umysł pracował teraz gorączkowo.
- Dziękuję, towarzyszu. Wasze spostrzeżenia były jak zawsze... niezwykle pomocne.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odparł Wieczorek. - I, Waldemar... uważajcie na siebie. W tych czasach łatwo się potknąć o coś, co tylko udaje korzeń.
Kiedy Waldek opuszczał prosektorium, wychodząc na warszawskie ulice, wciąż czuł na sobie zapach formaldehydu. Ale pod nim, po raz pierwszy w tej sprawie, wyczuł coś jeszcze. Słaby i ledwo uchwytny zapach tropu.
* * *
Ursynowskie osiedle, nawet za dnia, miało w sobie coś z sennego koszmaru. Powtarzalny schemat betonowych płyt sprawiał, że człowiek czuł się zagubiony niczym w labiryncie, z którego nie było ucieczki. A dla leszego to uczucie było jeszcze bardziej dojmujące.
Na jego szczęście pan Miecio jak co dzień okupował swoją ulubioną ławkę i Dębski odnalazł go bez większego trudu. Na jego nieszczęście natomiast pan Miecio znajdował się dziś w stanie agonalnym. Drżenie rąk osiągnęło apogeum, a blada jak ściana twarz była wykrzywiona w grymasie cierpienia. Każdy mięsień jego ciała krzyczał o jedną zbawienną dawkę lekarstwa, którego komitet opieki społecznej nie refundował.
Dębski podszedł bezszelestnie. Zatrzymał się przy ławce i przez chwilę w milczeniu obserwował szczyt wieżowca, jakby kontemplował myśl architektoniczną epoki późnego Gierka. W końcu sięgnął do przepastnej kieszeni prochowca i wyciągnął z niej butelkę w papierowej torbie. Towarzyszył temu szelest, a zaraz potem cichy bulgot przelewającego się szkle trunku.
- Można się dosiąść? - zapytał spokojnie. - Zimno dziś, trzeba się jakoś rozgrzać.
Zanim pan Miecio zdążył sklecić jakąkolwiek odpowiedź, Dębski już siedział obok niego. Wyjął z torby butelkę czystej Żytniej i sięgnął do drugiej kieszeni po dwa szklane kieliszki, które postawił na deskach. Odkręcił metalową zakrętkę i nalał po równo.
- Mieczysław jestem... - wychrypiał stały bywalec ławeczki, wyciągając drżącą rękę na przywitanie i nie odrywając przy tym wzroku od kieliszków. - Panie... pan to anioł...
- Coś tak jakby... - mruknął Dębski. - Zdrowie... - dodał i wychylił swoją porcję jednym płynnym ruchem.
Pan Miecio poszedł w jego ślady. Wódka wlała się w niego niczym ożywczy balsam. Niemal natychmiast przestał się trząść, a na jego twarzy pojawiły się rumieńce.
- Może tak dla równowagi... - powiedział, patrząc na nieznajomego z bezbrzeżną wdzięcznością.
Dębski nalał drugą kolejkę i czekał. Nie spieszył się z zadawaniem pytań, wiedząc, że czas w tej grze jest jego sprzymierzeńcem. Siedzieli teraz w milczeniu, obserwując dzieci grające w kapsle na chodniku.
- Pan z milicji, co? - zagadnął w końcu Miecio z nowo nabytą pewnością siebie.
- Nie... - Leszy zaprzeczył spokojnie - Powiedzmy, że przyszedłem jako przyjaciel rodziny zmarłego... Dlatego po przyjacielsku chciałem pogadać. O tym czerwonym Maluchu i o tej kobiecie.
Miecio pokiwał głową z miną eksperta.
- To ja już rano władzy mówiłem. I to prawdę mówiłem. Taka była piękna, panie, jak rusałka... Płynęła, nie szła. Oczy jak dwa węgle, skóra jak mleko. Uśmiechała się do tego faceta i coś mu mówiła. A potem jakby się we mgle rozwiała.
- Słyszeliście, o czym rozmawiali? - Dębski uniósł brew.
- A skąd, z takiej odległości. Zresztą jak taka kobieta do faceta się uśmiecha i gada, to nieważne o czym - zaśmiał się.
Miecio wypił trzecią kolejkę, którą leszy przezornie mu nalał.
- I nic więcej pan nie widział? Może ktoś jeszcze się tam kręcił? Może to auto było tu wcześniej?
- Nie, panie. Ja tu wszystkich znam, to obcych od razu bym poznał. A z autem nie pomogę. Czerwonego Malucha to i widziałem tu kilka razy, ale to czy ten sam? Nie wiem, tyle tego po drogach jeździ.
Lech westchnął ciężko. Wiedział, że to ślepy zaułek i ta rozmowa donikąd go nie zaprowadzi. Wstał, zostawiając na ławce napoczętą butelkę i dwa kieliszki.
- Trzymajcie się, obywatelu - rzucił przez ramię.
- I pan też, panie kierowniku, dziękuję! - odkrzyknął Miecio, przytulając butelkę do piersi jak najcenniejszy skarb.
Dębski zrobił kilka kroków, ale nagle przystanął. Coś mu nie dawało spokoju. Odwrócił się na pięcie.
- Jeszcze jedno - zawołał. - Jak ona tak... no, płynęła, to czułeś coś? Może muł, tatarak? Wilgoć taką?
Miecio podrapał się po niechlujnym zaroście, mrużąc oczy w intelektualnym wysiłku.
- Nie... Nic z tych rzeczy - mruknął w końcu, kręcąc głową. - Prędzej tak dziwnie w nosie kręciło. Trochę jak od starego telewizora.
Dębski zmarszczył brwi, kiwnął głową i bez słowa ruszył przed siebie.
* * *
Lech Dębski nienawidził uczucia bezsilności. Było gorsze niż ból zęba i kac razem wzięte. Po wejściu do mieszkania rzucił swój prochowiec na oparcie krzesła, ale ten zsunął się na podłogę, formując kupę pomiętego materiału. Leszy zignorował to. Jego mieszkanie było chaosem, który tylko on rozumiał. Gdzieś pod ścianą stosy przeczytanych książek piętrzyły się niczym miniaturowe, papierowe wieżowce. Na parapecie stała cała kolekcja pustych butelek.
Był w trakcie zaparzania herbaty, czarnej jak jego nastrój, kiedy rozległo się głośne pukanie do drzwi. Inne od nieśmiałego stukania listonosza czy natarczywego walenia sąsiada. Trzy równe, metodyczne, pewne siebie uderzenia. Dębski wiedział, kto to, nim jeszcze otworzył.
W progu stał Waldemar Utopiec. W idealnie skrojonym garniturze i śnieżnobiałej koszuli nie pasował do obskurnego mieszkania leszego. Wyglądał trochę jak egzotyczny ptak, który przez pomyłkę wylądował na wysypisku śmieci. Przebiegł wzrokiem po wnętrzu lokalu i zacisnął usta w wyrazie słabo skrywanego niesmaku.
- Brak tu kobiecej ręki - stwierdził, wchodząc do środka, nie czekając na zaproszenie.
Dębski wzruszył ramionami, odsuwając się na bok.
- Herbatę właśnie robiłem... - rzucił, wracając do kuchni.
- Ja podziękuję - odparł Waldek, starając się niczego nie dotykać, kiedy kładł na stole lśniącą skórzaną teczkę.
Z kuchni dobiegło pobrzękiwanie szkła i wściekły gwizd starego czajnika.
- No i?! - zapytał Dębski, próbując przekrzyczeć hałas. - Dowiedziałeś się czegoś?
- Myślę, że tak - mruknął Waldek, bardziej do siebie niż do niego.
Dwa metaliczne kliknięcia otwieranej teczki odbiły się echem w pokoju. Gwizd czajnika urwał się i po chwili leszy wrócił do pokoju, niosąc parującą szklankę w metalowym koszyczku. Postawił herbatę na stole, ignorując ryzyko powstania śladu na lakierze, i wbił wzrok we wnętrze aktówki.
- Rozmawiałem z tym pijaczkiem - rzucił. - Strata czasu i dobrej wódki. Sam bełkot, zero konkretów. A ty co tu masz?
- Po pierwsze, odwiedziłem prosektorium. Denat zszedł na zawał. Może ktoś mu w tym pomógł, ale brak na to twardych dowodów - wyjaśnił spokojnie Waldek. - Ale... co ciekawsze, znaleźli na jego ubraniu coś, co mogło służyć do zrobienia farby drukarskiej.
Dębski uniósł brew, ale wciąż milczał.
- Po drugie - ciągnął Utopiec - towarzysz Mrozek wspomniał coś o groźbach, jakie docierały do Centrali. Poszperałem w archiwach, oficjalnych i tych mniej oficjalnych. Nie znalazłem ani jednej udokumentowanej notatki, żadnego meldunku czy zapisu.
- W Centrali mają burdel? Nowe, nie znałem - skwitował kwaśno leszy.
- Albo to jakieś prywatne źródło lub świadome mataczenie, żeby wprowadzić nas w błąd.
To przykuło uwagę Dębskiego. Odwrócił się i spojrzał na kolegę spod zmarszczonych brwi.
- Te braki w dokumentacji zmotywowały mnie do dalszych poszukiwań - mówił dalej Waldek. - Musiałem poprosić o... przysługę, ale dostałem wgląd do akt Wydziału Kontroli Wewnętrznej. I trafiłem. Okazało się, że nasz towarzysz denat był od dwóch miesięcy pod dyskretną obserwacją.
- Z powodu...? - mruknął Lech.
Waldek zawahał się przez chwilę, dobierając odpowiednie słowa.
- Oficjalnie zaszło podejrzenie o nawiązanie kontaktu o charakterze osobistym, mogącego stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa Centrali.
- Czyli miał babę na boku. Nuda.
- No nie do końca - uciął Waldek. - Obiektem jego zainteresowania nie była kobieta. Wygląda na to, że miał kochanka. Młodego mężczyznę.
- Idealne do szantażu... - stwierdził w zamyśleniu leszy. - Zwłaszcza na wysokim szczeblu.
- Ale to wciąż nie jest najlepsze. - Waldek wyjął z teczki pojedynczą kartkę. - Obserwację przerwano tydzień temu. Z dnia na dzień. Odgórny rozkaz, bez podania przyczyny. Z teczki wyparowała cała dokumentacja fotograficzna. Reszta miała trafić jeszcze w tym tygodniu do niszczarki.
- Czyli mamy wysoko postawionego urzędnika Centrali, który lubi młodych chłopców, a na dodatek może się bawić w jakąś podziemną drukarnię? A co z naszą rusałką?
- O ile była jakaś rusałka. Nic na jej temat nie znalazłem. Jeden z milicjantów to mamun i od razu nam zgłosił, co trzeba, ale świadek nie był zbyt wiarygodny. Zresztą sami wiecie. Za to znalazłem takie coś.
Waldek położył na stole kartkę i przesunął ją w stronę gospodarza. Dębski wziął ją do ręki i przeczytał adres.
- To przecież to samo osiedle, na którym stał zaparkowany Fiat. - Jego brwi ściągnęły się w jedną krzaczastą linię.
- Dokładnie. - Waldek z satysfakcją skinął głową. - Przydałoby się tam wrócić. I to jak najszybciej.
- No to ruszajmy - powiedział krótko Lech, sięgając po swój prochowiec.
- Świetnie - rzucił Waldek, zapinając teczkę. - Samochód czeka na dole.
Dębski zatrzymał się w pół kroku, a jego twarz pobladła lekko. Energia, która jeszcze przed chwilą zdawała się go rozpierać, teraz zniknęła.
- Ja nie... nie jeżdżę, jeśli nie muszę. - Słowa wyszły z niego cicho, niepewnie, jakby sam był zaskoczony ich brzmieniem.
Waldek spojrzał na kolegę ze zdziwieniem, a potem z czystym, nieskrywanym rozbawieniem. Kącik ust mu drgnął, formując się w pogardliwy uśmieszek.
- Żartujecie sobie? Stary, potężny leszy, a boi się wsiąść do samochodu?
- Nie boję się - warknął Dębski. - Po prostu nie lubię być zamknięty w małym kawałku blachy. Wszystko to za szybkie, nienaturalne.
- Wasz pech, bo musicie jechać. - Waldek wzruszył ramionami. - Trzeba działać, zanim ktoś inny wysprząta to mieszkanie przed nami.
Dębski zacisnął zęby, ale wiedział, że Utopiec ma rację. Narzucił prochowiec i z ciężkim westchnieniem ruszył do wyjścia. Waldek, z teczką w dłoni i ledwo skrywanym uśmiechem triumfu, podążył za nim.
Rozdział 4
Głos z kasety
Fiat 125p zakrztusił się po raz ostatni i zgasł. Na szczęście siła rozpędu wystarczyła, by doturlać się na osiedlowy parking. Waldek zdjął ręce z kierownicy i oparł o nią czoło z cichym westchnięciem. Zanim zdążył sięgnąć do klamki, drzwi pasażera otworzyły się z przeciągłym zgrzytem. Dębski, zwinny niczym żbik, wyskoczył na zewnątrz, łapiąc haust powietrza, jakby wynurzał się z głębin. Przez chwilę stał nieruchomo, z rękami opartymi na kolanach, nasłuchując tykania stygnącego silnika. Popękany asfalt pod stopami był dla niego niczym ziemia obiecana.
Wchodząc do klatki, pachnącej wilgocią i lizolem, niemal zderzyli się z wychodzącym studentem w wytartych spodniach i rozciągniętym swetrze. Chłopak, niosący pod pachą dużą czarną teczkę, z jakiej korzystano na Akademii Sztuk Pięknych, obrócił się z urazą wymalowaną na twarzy, jednak nie doczekał się nawet przeprosin.
- Czwarte piętro - oznajmił Waldek, podchodząc do windy.
Dębski spojrzał na chybotliwe pudło wiszące na stalowych linach i cofnął się o krok.
- Nie... Ja pójdę schodami.
Waldek pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Wind też się boicie? Co jeszcze, bieżąca woda w kranie też jest nienaturalna? - zakpił, wciskając przycisk.
- Ruch to zdrowie - mruknął leszy. - Jeszcze będę pierwszy na górze.
Gdy Waldek wysiadł z windy, Dębski już na niego czekał. Oparty o ścianę, dyszał ciężko.
- Centrala co roku zawody organizuje, powinniście wystartować - rzucił Utopiec, wskazując numer trzydzieści siedem. - Może w biegu przez płotki?
Lech zignorował przytyk. Podszedł do drzwi i nacisnął klamkę. Zamknięte. Zapukał i przyłożył ucho do drewna. Cisza.
- No to musimy zadzwonić po wsparcie i nakaz - stwierdził Waldek.
Dębski spojrzał na niego wymownie. Bez słowa ostrzeżenia cofnął się o dwa kroki i z potworną siłą uderzył nogą tuż obok zamka. Futryna pękła z suchym trzaskiem, a drzwi otworzyły się na oścież.
- Psia mać! - wyszeptał z furią Waldek. - Wiecie, ile notatek służbowych będę musiał napisać? To jest nielegalne wejście i zniszczenie mienia!
Leszy, niewzruszony, wszedł już do środka. Rozejrzał się po niewielkim przedpokoju i pociągnął nosem. W powietrzu unosiła się nikła woń ozonu.
- Dobra, dobra, zrobimy bałagan, weź jakieś fanty i się zgłosi, że włamanie było - powiedział spokojnie, nie odwracając się do Waldka. - Tylko coś niedrogiego, to sprawę szybko zamkną za niską szkodliwość. A teraz przestań pitolić, zamknij drzwi i zacznij się rozglądać.
Mieszkanie było ascetyczne. Materac na podłodze, stosy książek i niewiele więcej. Waldek metodycznie przeglądał porozrzucane papiery. Skupił się na stercie ulotek i papierów leżących na jedynym w tym pokoju taborecie. Grzebał w nich, aż natrafił na plik czarnobiałych afiszy.
- "Spotkanie w Klubie Artysty... Śmierć Betonu..." - przeczytał półgłosem, rzucając ulotkę na materac. - Wygląda na to, że nasz człowiek miał jakieś życie towarzyskie. Trzeba będzie sprawdzić ten klub.
Dębski w tym czasie kierował się instynktem. Omijał dokumenty i skanował wzrokiem pomieszczenie w poszukiwaniu czegoś, co by nie pasowało do reszty. Przesuwał dłonią po stosach książek, aż jego palce natrafiły na pustą przestrzeń. Wsunął tam rękę i namacał kartonowe pudełko po butach. Otworzył je i znalazł w środku kilka kaset magnetofonowych. Były podpisane jedynie prostą, odręczną numeracją: "M1", "M2", "M3".
- Potrzebujemy odtwarzacza - mruknął, zerkając na znalezisko.
Rozejrzał się po pokoju, aż trafił wzrokiem na szary, kanciasty kaseciak. Podszedł bez słowa i ukucnął przy nim. Nacisnął podłużny przycisk i klapka kieszeni na kasetę odskoczyła z cichym, plastikowym szczęknięciem. Jego wzrok od razu padł na taśmę, która już była w środku. Zatrzasnął klapkę z powrotem i bez wahania wcisnął klawisz odtwarzania. Mechanizm zaskoczył ze zduszonym warkotem. Z małego głośnika najpierw popłynął szum, a zaraz po nim dźwięk nagranej rozmowy i głos młodej dziewczyny:
- Wyobraź to sobie, braciszku... te wszystkie światła, scena... Ach! Ja pośrodku, a tysiące ludzi słuchają, jak śpiewam. Może nawet w samym Opolu! Zobaczysz! Już widzę te afisze... Nawojka Latawiec...
Po chwili ciszy odezwał się drugi głos, męski i znacznie spokojniejszy:
- Przecież wiesz, że w świecie ludzi nie ma miejsca dla takich jak my...
- Chyba takich jak ty, braciszku... - zaśmiała się. - Dla pięknych i utalentowanych zawsze znajdzie się miejsce.
Dębski wcisnął z trzaskiem przycisk stopu. Otworzył kieszeń i powoli wysunął kasetę z odtwarzacza. Sięgnął po tę opisaną jako "M1" i wsunął ją na miejsce poprzedniej. Z głośnika popłynął charyzmatyczny głos, ten sam co na poprzednim nagraniu, ale teraz pełen fanatycznego ognia:
- Jak długo jeszcze?! Jak długo mamy żyć w cieniu ludzi, na ich zasadach? Byliśmy tu pierwsi. Zanim oni postawili tu choćby jeden szałas, to były nasze lasy. Zanim wylali asfalt, nasze były rzeki. A dziś? Jesteśmy na Matce Ziemi mieszkańcami drugiej kategorii. Zostaliśmy zmuszeni do ukrywania prawdziwej tożsamości.
Głos na chwilę ucichł, jakby dla nabrania oddechu, po czym uderzył z nową siłą:
- Zbliża się odwilż! To najlepszy czas, żeby otworzyć oczy wszystkim niedowiarkom! Tym spośród nas, którzy zapomnieli, że nasza krew jest tak samo czerwona, że nasz duch jest nawet starszy niż cała ich historia! Nadciąga czas powrotu!
Nagranie urwało się gwałtownie. Dębski i Waldek wpatrywali się przez chwilę w milczący magnetofon, zbierając myśli.
- Trzeba to zabrać. Przesłucham i skataloguję jako materiał dowodowy. - Utopiec odezwał się rzeczowym tonem.
- Nie... - przerwał mu Dębski, cicho, ale stanowczo. - Taśmy mogę sam przesłuchać. Czeka mnie długi spacer do domu. Ty zajmij się sporządzaniem notatki o włamaniu i sprawdź ten klub dla artystów.
- Jak wolisz - odparł Waldek. - W takim razie dowiem się też w Centrali, co to za dziewczyna ta Nawojka... Z kimkolwiek rozmawiała, to jest nasz głos z manifestu.
Dębski skinął głową i sięgnął do przepastnej kieszeni prochowca. Wyciągnął z niej Kajtka - stary, porysowany walkman. Wyjął z niego swoją kasetę i podmienił na tę z manifestem. Ruszył ku drzwiom, ale w ostatniej chwili zatrzymał się z ręką na klamce. Waldek uniósł na niego wzrok.
- Jeszcze jedno - odezwał się, odwracając. - Leszek - przedstawił się, wyciągając rękę na pożegnanie. - Źle cię potraktowałem na początku. Nie lubię urzędasów z Centrali. Wykonałeś kawał dobrej roboty.
- Waldek - powiedział Utopiec, odwzajemniając uścisk dłoni.
Rozdział 5
Cena za informację
Gabinet Waldemara Utopca był jego królestwem. Wszystko miało tu określone miejsce. Ołówki zostały zatemperowane na identyczną długość, teczki poukładane w równe stosy, nawet szklanka od herbaty stała na podkładce dokładnie pośrodku blatu. Jedynym dysonansem mącącym wystrój wnętrza był leszy. Rozsiadł się wygodnie na krześle naprzeciw Waldka, nie zdejmując z siebie prochowca, wciąż ociekającego wodą po porannej mżawce.
- Przesłuchałem - rzucił krótko. - Ten "manifest" to bełkot. Słyszałem to już setki razy. "Oczyścić ziemię", "przebudzić ducha ziemi, tej ziemi...", "zrzucić jarzmo". Nuda. Każde pokolenie wywrotowców myśli, że wymyśliło bunt na nowo.
Waldek uniósł brwi.
- Żadnych nazwisk? Kontaktów? Miejsc?
- Nic konkretnego. Za to ta dziewczyna... Było kilka fragmentów z jej śpiewem. Cholera, talent ma. Głos jak dzwon.
- Miała... - powiedział Waldek cicho, odchylając się na fotelu. - Nie żyje. Sprawdziłem - kontynuował, otwierając jedną z leżących przed nim teczek. - Nawojka Latawiec. Zginęła dwa lata temu, wypadek samochodowy. Potrącił ją pijany kierowca. Człowiek. Sprawę zamieciono pod dywan, bo kierowcą okazał się znany aktor, ulubieniec telewizji. Akta są praktycznie puste, śledztwo zamknięte w przeciągu dwóch dni. Miała brata. Sławoj Latawiec. Szczegółów brak. Wydałem polecenie zebrania danych o wszystkich Latawcach w wieku poborowym w kraju.
Waldek zamknął teczkę z cichym klapnięciem i oparł splecione dłonie o blat biurka. Spojrzał na leszego z miną profesora, który właśnie zakończył skomplikowany dowód.
- Sławoj Latawiec - mruknął leszy. To by nawet pasowało. Latawce zawsze były demonami przynoszącymi chaos. Ten tutaj, ze swoim manifestem, idealnie wpisywałby się w rodzinną tradycję.
- No to mamy motyw - orzekł chłodno Waldek. - Zemstę. Najstarszy i najnudniejszy.
Lech zmarszczył brwi. Lubił, kiedy jeden ślad prowadził do kolejnego, tworząc logiczny łańcuch. A tu miał dwa osobne tropy, które uparcie nie chciały się spleść.
- No ale jak to się łączy z tym z Malucha? Nadal mi to nie pasuje - stwierdził w końcu, zerkając przez okno na panoramę Warszawy.
- Spokojnie, dojdziemy do tego. - Waldek sięgnął po drugą teczkę. - Nasz denat to Marian Podlaski, skarbnik. Kierownik Departamentu Gospodarki Planowej i Dóbr Deficytowych. Poza mglistym podejrzeniem o romans i śladami farby drukarskiej nie mamy nic. Żadnych powiązań ze sprawą tej dziewczyny.
- Nie podoba mi się to. Czegoś nie widzimy - rzucił Dębski, odwracając się od okna.
- Mnie też. Najpierw pomyślałem, że to zbieg okoliczności. Dwie niezwiązane ze sobą sprawy. Ale nie wierzę w takie przypadki, więc poszperałem głębiej. Jeśli chodzi o mieszkanie, to jesteśmy kryci. Sprawę włamania przejęła milicja, niczego nie znajdą. Ale... oficjalnie mieszkanie należy do niejakiej Zofii Grzelak. Problem w tym... - tu Waldek uniósł w górę wypielęgnowany palec wskazujący, jakby wygłaszał wykład - że z akt wynika, jakoby towarzyszce wzięło się i zmarło już dobre trzy lata temu.
- Nie podoba mi się to. - Ponownie skrzywił się leszy. - Zaczyna za bardzo polityką śmierdzieć.
- Dla mnie to najlepsze perfumy. - Waldek uśmiechnął się drapieżnie. - Ale zgoda, mnie też tu coś nie pasuje. Obie sprawy wyglądają na profesjonalnie tuszowane. Dlatego odezwałem się do dobrego znajomego. Jest już na emeryturze, ale przez trzydzieści lat był szarą eminencją w Centrali, musisz go znać. Kiedyś byłem jego asystentem. Właśnie czekam na telefon od niego.
Jakby w odpowiedzi rozległ się natarczywy dzwonek czarnego aparatu.
- O wilku mowa...
Waldek podniósł słuchawkę.
- Słucham - powiedział obojętnym głosem. - Tak. - Milczał przez chwilę, kiwając głową. - Tak, rozumiem. Jesteśmy umówieni.
Odłożył słuchawkę na widełki i w gabinecie znowu zapadła cisza.
- No i? - Dębski nie wytrzymał. - Czegoś się dowiedziałeś?
Waldek powoli wstał, zapinając guziki marynarki. Wydawał się spokojny, ale w oczach tańczyły mu iskierki.
- Jeszcze niczego - odparł, a jego twarz rozjaśnił uśmiech. - Ale zabieram cię na ryby.
* * *
Fiat 125p zaprotestował, zgrzytając, gdy Waldek wrzucił kolejny bieg. Zostawili za sobą gęstą zabudowę Warszawy, która ustąpiła teraz podmiejskim polom, łąkom i chaotycznym laskom. Dębski siedział sztywno na miejscu pasażera, z dłonią zaciśniętą na uchwycie przy podsufitce, jakby bał się, że blaszane pudło się zaraz rozpadnie.
- No i jesteśmy... - oznajmił w końcu Waldek, skręcając w boczną leśną drogę. Samochód aż podskakiwał na korzeniach, a gałęzie smagały go niemiłosiernie po karoserii. - Spodoba ci się. Cisza, spokój, natura. - Rzucił leszemu kpiące spojrzenie. - Poczujesz się jak w domu. A co najważniejsze, to idealne miejsce, gdzie nikt nie podsłuchuje rozmów.
Samochód zatrzymał się na niewielkiej polanie nad brzegiem urokliwego, otoczonego trzcinami stawu. Wyglądało to jak na pocztówce z wakacji.
- A Zygę musisz znać - dodał Waldek, gasząc silnik. - Zygmunt Kowalczyk. Stary bies, długo w Centrali w wywiadzie robił. Dobry znajomy "po kiju". Zapalony wędkarz. Łowienia też się od niego uczyłem. Jeśli ktoś może nam powiedzieć, dlaczego akta wyparowały, to właśnie on.
Wysiedli. Dębski wciągnął w płuca wilgotne, pachnące mułem powietrze, i na chwilę przymknął oczy. Czuł się lepiej, ale coś mąciło spokój tego miejsca.
Ruszyli w stronę drewnianego pomostu. Na jego końcu, na składanym płóciennym krzesełku, siedział samotny wędkarz. Odwrócony do nich plecami, wpatrywał się nieruchomo w spławik tańczący na wodzie.
- Zyga! - zawołał Waldek z daleka. - Gościa ci przywiozłem.
Mężczyzna nawet nie drgnął.
Deski zaskrzypiały pod ich butami, gdy podeszli bliżej. Dębski rozglądał się uważnie, podczas gdy Utopiec podszedł do znajomego i klepnął go w ramię.
- Co jest, staruszku? Nie śpij, bo ci ryby...
Zamarł w pół słowa. Ciało Zygi przechyliło się sztywno na bok. Wtedy Waldek zobaczył małą, ciemną dziurkę w płóciennym oparciu i odpowiadającą jej, znacznie większą postrzępioną plamę na piersi przyjaciela. Wełniany sweter wokół rany był sztywny od zaschniętej krwi. Martwe, szeroko otwarte oczy Zygmunta Kowalczyka nadal wpatrywały się w spokojną toń wody.
Waldek cofnął się gwałtownie, o mały włos nie tracąc równowagi, a jego twarz stężała w masce niedowierzania. Ten nagły, odruchowy krok w tył uratował mu życie.
W tej samej sekundzie powietrze przecięło coś niewidzialnego. Cichy trzask wystrzału i syk, jakby przeleciał obok nich wściekły bąk. Jednocześnie Utopiec poczuł ostre, palące ukłucie w lewym ramieniu. Spojrzał w dół. Kula, która minęła jego serce o centymetry, rozdarła materiał marynarki i zostawiał na skórze krwawą, piekącą pręgę. Przeszył go lodowaty dreszcz. Zamarł, niezdolny do ruchu.
Dębski nawet nie drgnął. Nie patrzył na Waldka. Wbijał wzrok w przeciwległy brzeg. Czujnie skanował okolicę, linię trzcin, gęstwinę liści i gałęzi. Coś poruszyło się jakieś pięćdziesiąt metrów od nich. Błysk metalu odbił słabe światło popołudniowego słońca. Leszy, wyciągając przed siebie ręce, ryknął nieludzkim głosem. Powietrze przeszył głęboki, gardłowy krzyk, przepełniony wibrującą mocą, od której zadrżały deski pomostu.
Ziemia pod jego stopami odpowiedziała. Brzeg naprzeciwko nich eksplodował. Z mulistego podłoża wystrzeliły dziesiątki grubych jak ludzkie ramię, ociekających wodą korzeni. W jednej chwili, niczym macki ośmiornicy, oplotły broń strzelca. Usłyszeli zduszony okrzyk zaskoczenia i trzask łamanego karabinu. Widząc, co się dzieje, snajper nie czekał ani sekundy. Rzucił się w bok, do wody, i zniknął pod jej powierzchnia ze zwinnością przestraszonej żaby.
- Szlag by to! - warknął Lech, opuszczając ręce.
Korzenie znieruchomiały i z cichym mlaśnięciem opadły z powrotem na wilgotną ziemię. Dębski dyszał ciężko. Z jego nosa pociekła strużka gęstej krwi, którą starł wierzchem dłoni. Podbiegł na skraj pomostu, wpatrując się w miejsce, gdzie zniknął napastnik, ale nie został po nim żaden ślad.
Dopiero teraz adrenalina opuściła Waldka. Nogi ugięły się pod nim. Zachwiał się i bezwiednie oparł o ramię partnera. Dębski podtrzymał go, asekurując, gdy ten bezwładnie osunął się i usiadł ciężko na chropowatych deskach pomostu. Utopiec drżącą ręką dotknął ramienia. Palce zrobiły się czerwone. Popatrzył na nie z dziecięcym zdumieniem, jakby pierwszy raz w życiu widział krew.
- Postrzelili mnie... - wyszeptał drżącym głosem, bardziej do siebie niż do leszego. - Jeszcze nikt nigdy do mnie nie strzelał...
Dębski prychnął z irytacją i kucnął przy nim.
- Pokaż no... - warknął, bezceremonialnie rozrywając resztki marynarki. Rzucił okiem na ranę. - Daj spokój, ledwo drasnęło. Do wesela się zagoi.
Zanim Waldek zdążył zaprotestować, leszy chwycił za jedwabny krawat zwisający z jego kołnierzyka.
- Daj to - powiedział, ściągając go jednym, mocnym pociągnięciem. Zręcznie złożył materiał w gruby opatrunek i mocno obwiązał ramię Utopca, aż ten syknął.
Waldek wciąż siedział w osłupieniu, wpatrując się w swoją rękę. Dębski, widząc to nieobecne spojrzenie, klepnął go otwartą dłonią w policzek. Raz i drugi.
- Weź się w garść! - Głos miał twardy jak stal. - Musimy zadzwonić po naszych. Po drodze mijaliśmy stację CPN, tam musi być telefon.
Leszy niemal wepchnął Utopca na fotel kierowcy, po czym zajął miejsce pasażera, z trzaskiem zamykając za sobą drzwi. Ręce Waldka trzęsły się tak, że ledwo zdołał wcelować kluczykiem w stacyjkę. Silnik zakrztusił się raz, drugi, aż w końcu zaskoczył, z rykiem wyrzucając z rury wydechowej chmurę niebieskiego dymu. Utopiec wrzucił bieg, samochód szarpnął i potoczył się wyboistą drogą, zostawiając za sobą pomost i ciało Zygi.
Przez dobrą chwilę jechali w całkowitej ciszy. Dębski nie patrzył na drogę. Obserwował profil Waldka - bladego, spoconego, ze wzrokiem wbitym przed siebie.
- Z kim jeszcze rozmawiałeś? - odezwał się w końcu.
- Co? - Tamten przełknął ślinę.
- Z kim jeszcze rozmawiałeś? Kto wiedział, że macie się spotkać? - dopytywał.
- Z nikim. Tylko do Zygi dzwoniłem.
- Z biura? - rzucił krótko leszy.
Pytanie zawisło w ciasnym wnętrzu auta. Waldek zacisnął palce na kierownicy tak mocno, że zbielały mu knykcie. Po raz pierwszy od strzału w jego oczach znów pojawił się błysk.
- Myślisz, że...
Dębski nie pozwolił mu dokończyć. Odwrócił się i spojrzał przez okno.
- Myślę, że gramy przeciwko własnej drużynie - uciął.
* * *
Gabinet Mrozka był zimny jak jego spojrzenie. Potężny bies siedział nieruchomo za biurkiem. Tylko jego palce cicho bębniły o blat. Dębski i Waldek z ręką na temblaku stali przed nim jak skazańcy przed sądem.
- Pozwolę sobie streścić wasze dotychczasowe osiągnięcia - zaczął spokojnie Mrozek. - Jeden martwy urzędnik wysokiego szczebla, jeden martwy emerytowany urzędnik wysokiego szczebla, jeden ranny oficer Centrali. A, zapomniałbym o jednym napastniku, któremu pozwoliliście uciec. Do tego towarzysz Dębski urządza pokaz nieautoryzowanej leśnej magii. Mieliście szczęście, że nie było tam więcej wędkarzy. To była groźba ekspozycji naszego świata!
Waldek wyprostował się, próbując zignorować pulsujący ból w ramieniu.
- Dołożymy wszelkich starań, aby zidentyfikować źródło zagrożenia! - powiedział, stając na baczność.
- Szczęście to mieliśmy, że nie było dwóch napastników. Albo trzech. - Głos leszego był cichy, ale ostry jak odłamek szkła.
Mrozek wstał. Jego ogromna sylwetka górowała nad oskarżonymi.
- Waszym zadaniem było znaleźć po cichu rusałkę podejrzaną o potencjalny związek ze śmiercią towarzysza Podlaskiego. Tymczasem zostawiliście za sobą ślad jak stado spłoszonych żubrów. Ryzykowaliście nawet ujawnieniem istnienia naszego świata! A to... jest społecznie niepożądane zachowanie! - Wbił wzrok w Dębskiego. - Pamiętajcie, towarzyszu, że wasze moce to narzędzie Centrali, a nie prywatny rewolwer do rozwiązywania problemów na ulicy.
Potężny bies stał przez chwilę nieruchomo, a na jego usta wypłynął chłodny uśmiech.
- No, ale koniec końców dzięki wam mamy rannego, a nie martwego agenta Centrali. - Mrozek usiadł z powrotem za biurkiem. - Sprawa zostaje u was. Na razie. Ale od dziś jesteście na mojej najkrótszej smyczy. Macie znaleźć tych, co za tym stoją, a nie kolejne trupy.
Jego wzrok spoczął na Waldku, a w głosie pojawiła mu się nuta fałszywej, niemal ojcowskiej troski.
- A wy, Utopiec, uważajcie na siebie. Centrala wie, ile dla niej znaczycie. Jeszcze się przydacie.
Rozdział 6
Operacja na lewo
Przekraczając próg mieszkania Lecha Dębskiego, Waldek Utopiec za każdym razem czuł niemal fizyczny dyskomfort.
Leszy, nie przejmując się gościem, krzątał się przy kuchennym blacie, próbując zmusić do współpracy starą gazową kuchenkę, której palnik uparcie nie chciał się zapalić.
- Siadaj, gdzie znajdziesz miejsce - mruknął, nie odwracając się.
Waldek rozejrzał się zrezygnowany. Jedyne krzesło było zawalone stertą gazet. Ostrożny niczym saper, odsunął je na bok dwoma palcami i usiadł na krawędzi, starając się nie dotykać oparcia plecami. Z ręką na temblaku, ale wciąż w idealnie skrojonym garniturze, zupełnie tu nie pasował.
- Musimy to przeanalizować od początku - zaczął, otwierając skórzaną teczkę, którą po namyśle wolał trzymać na kolanach. - Mrozek ma rację, że sprawy wymknęły się spod kontroli.
- Delikatnie to ująłeś - powiedział Lech, stawiając na stole szklankę z herbatą o kolorze bagiennej wody. - To co proponujesz? - zapytał, unosząc krzaczastą brew.
Waldek spojrzał na podejrzany płyn, a potem na Dębskiego.
- Myślałem nad tym w nocy. Musimy to rozbić na dwie sprawy, być może niepowiązane. Pierwsza wygląda na wewnętrzne polityczne rozgrywki. Dwa zabójstwa urzędników...
- Kret w Centrali... - wtrącił leszy znudzonym tonem, bardziej do siebie niż do swojego gościa.
- To ślepa uliczka. Przynajmniej na razie. Bez Zygi stoję w martwym punkcie - przyznał Waldek. - Musimy wrócić do początku.
- Masz na myśli tę "rusałkę" od denata w Maluchu? - zapytał Dębski, mieszając herbatę palcem.
- O ile to była ona. Myślałem nad tym. - W oczach Waldka pojawił się błysk. - Denat przyjechał tam jak na umówione spotkanie, tak?
- No tak.
- Wiemy, że prawdopodobnie miał kochanka, który mieszkał w okolicy. Zakładam, że towarzysz Podlaski znał napastnika, skoro nie było śladów walki. Co jeśli to ten kochanek to Sławoj Latawiec, który przebrał się, żeby uniknąć podejrzeń, i sam go zabił? Kłótnia kochanków, zemsta za siostrę, motyw mógłby mieć.
Z miejsca przy ścianie dobiegło głośne, pogardliwe prychnięcie.
- Trochę to naciągane. A co z zeznaniem świadka? Myślisz, że nie rozpoznałby chłopa przebranego za babę?
- To pijaczek, z daleka zobaczyłby ciebie i powiedział, że napastnik był przystojny. To nie jest najwiarygodniejszy świadek.
Dębski stanął obok siedzącego Utopca i nachylił się lekko, patrząc na niego z góry, z całkowicie kamienną twarzą.
- Miałeś kiedyś obie ręce na temblaku? - zapytał cichym, niemal uprzejmym głosem.
- Pomyśl o tym - ciągnął Waldek, lekko zbity z tropu. - W jego mieszkaniu znaleźliśmy afisz klubu artystów. I od tego musimy zacząć. Jeśli sam jest "artystą", to może być dobry w przebieranki. Poza tym to latawiec, nietrudno je pomylić z kobietami.
- A utopce to symbol męskości? Tobie też co nieco do Perepeczki brakuje - powiedział Dębski, opierając się o ścianę i krzyżując ramiona. - Ale dobrze, słyszę, co mówisz, sprawdzimy to. Najpierw jednak musimy się pochylić nad tą "polityczną" sprawą. To nie pierwsze tarcia w Centrali i nigdy z nich nic dobrego nie wyszło.
- I co, chcesz wrócić do Mrozka i go wypytać? - Waldek prychnął lekceważąco.
- Nie... - Dębski spojrzał przez okno. - Znam lepsze miejsce. Kiedy jest ten występ z afisza?
- Jutro wieczorem.
- Dobrze. - Lech odwrócił się od okna. - To mamy jeszcze czas. Zaczniemy od zrobienia prania.
Waldek zamrugał.
- Prania?
- Zgadza się. - Dębski narzucił na siebie prochowiec. - Ruszaj się, mamy magiel do odwiedzenia.
* * *
Warszawa, którą znał Waldek, skończyła się gwałtownie za rogiem ostatniego sklepu spożywczego. Zanurzyli się w labirynt, w który Dębski wciągał go coraz głębiej, nie oglądając się za siebie. Towarzyszyła im woń węgla, wilgotnego tynku i fermentującej kapusty, unosząca się z uchylonych piwnicznych okienek. Utopiec starał się stawiać swoje lśniące półbuty na chodniku tak, by omijać każdą, nawet najdrobniejszą kałużę. Leszy, wprost przeciwnie, płynął przez ten krajobraz. Poruszał się z cichą, nonszalancką pewnością, jakby te brudne podwórka były przedłużeniem jego mieszkania. Nie patrzył pod nogi, a mimo to jego buty bezbłędnie omijały stłuczone szkło i psie pamiątki. Czuł się tu jak w domu.
- Jesteś pewien, że to tędy? - szepnął w końcu Waldek. - To wygląda, jakby ostatni raz przechodził tędy patrol Wehrmachtu.
- Ciszej - mruknął Dębski, nie zwalniając kroku. - One mają lepszy słuch od ciebie.
Właśnie mieli mijać kolejną ciemną bramę, gdy z jej głębi wyłonił się cień o niepokojąco nieokreślonym kształcie. Waldek zesztywniał, ale leszy tylko nieznacznie skinął głową. Widmo odpowiedziało podobnym, ledwie zauważalnym gestem, i rozpłynęło się w mroku po drugiej stronie podwórka.
- Kto to był?
- Sąsiad - odparł Dębski, ucinając temat.
W końcu zatrzymali się przed najbardziej niepozornymi drzwiami, jakie Waldek widział. Rdza zżarła je tak głęboko, że nie sposób było się domyślić oryginalnego koloru, a zamiast klamki sterczał kawałek wygiętego drutu. Utopiec spodziewał się, że leszy zapuka albo użyje jakiegoś hasła. Ten jednak sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyciągnął płaską metalową piersiówkę. Odkręcił ją, pociągnął solidny łyk, po czym zakręcił i uniósł do drzwi. Uderzył w metal denkiem. Rozległy się dwa krótkie, metaliczne dźwięki: ding, ding. Po sekundzie uderzył po raz trzeci, mocniej: DING. Czekali.
Po chwili odpowiedział im zgrzyt metalu o metal, jakby po drugiej stronie ktoś przesuwał ciężką zasuwę. Drzwi uchyliły się na szerokość dłoni, wypuszczając na zewnątrz gęstą chmurę pary. Uderzyła w nich fala gorąca, niosąca ze sobą ostrą, chemiczną woń proszku do prania IXI. Zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć, koścista, pomarszczona dłoń wysunęła się ze szpary i skinęła na nich zapraszająco. Dębski wszedł pierwszy.
W półmroku, rozproszonym przez kilka nagich żarówek wiszących na splątanych kablach, rytmicznie dudnił monstrualny, żeliwny magiel elektryczny. Przy każdym obrocie wydawał z siebie westchnienie umierającego olbrzyma. Wzdłuż ścian trzęsły się i bulgotały pralki "Frania". Małe białe wulkany wyrzucały z siebie kłęby pary. Przy niewielkim drewnianym stole pośrodku stała niska, przygarbiona staruszka. Ubrana w kwiecistą podomkę i parę bamboszy, nie wyglądała na potężną istotę, ale gdy podniosła wzrok, Waldek poczuł, jak jej małe czarne oczka lustrują go od wypastowanych butów po idealnie zawiązany węzeł krawata. Został prześwietlony, oceniony i skatalogowany w ułamku sekundy.
- Jadziu kochana, czas się ciebie nie ima - powiedział leszy, uśmiechając się szeroko.
Pani Jadzia była w świecie ludzi zwykłą staruszką prowadzącą magiel. W Wyraju - babą cmentarną, która jak nikt inny znała sekrety zarówno żywych, jak i umarłych.
Podszedł i podał kobiecie swoją piersiówkę. Pani Jadwiga wzięła ją bez wahania i pociągnęła zdrowy łyk, po czym otarła usta wierzchem dłoni. Mrugnęła do Dębskiego i gestem zaprosiła ich dalej, w głąb swojego królestwa.
Waldek z fascynacją przyglądał się temu, co dzieje się wokół. Przy jednym z bulgoczących kotłów chuda, wysoka kobieta o nienaturalnie długich paznokciach i dzikim spojrzeniu strzygi wykłócała się z jedną z klientek.
- Pani kochana, to jest krew milicjanta, ona nie schodzi tak łatwo! Za to trzeba liczyć podwójnie! - syczała, potrząsając poplamioną koszulą.
Zjawa o urodzie manekina z wystawy Mody Polskiej nienaturalnym ruchem wyciągnęła z torby białą koszulę z Wólczanki, która wyglądała na czystą, ale gdy tylko ją rozwinęła, Waldek poczuł w powietrzu duszącą, słodką woń damskich perfum "Być może..."
- Z gabinetu w siedzibie Komitetu Centralnego - szepnęła południca. - Towarzysz generał nosił ją wczoraj na zjeździe, a jego żona używa tylko "Pani Walewskiej".
Asystentka pani Jadzi skinęła głową i bez słowa wsunęła południcy do ręki kilka banknotów.
Miejsce zjawy zajął potężnie zbudowany mężczyzna o posępnej twarzy i dłoniach jak bochny chleba. Waldek dostrzegł w nim siłę wilkołaka, ledwie skrywaną pod grubym, flanelowym drelichem. Klient z wściekłością rzucił na stół ciężkie, brudne spodnie robocze.
- Patrzy pani na to - warknął. - Ktoś mi w robocie srebrem sypie w spodnie.
Asystentka nachyliła się nad nogawką i wzięła do ręki szkło powiększające.
- Srebro - potwierdziła cicho. - Czyste. Ktoś zastawił na ciebie pułapkę. Chcesz wiedzieć kto?
Zanim wilkołak odpowiedział, jego wzrok prześlizgnął się po pomieszczeniu i zawisł na Waldku. Potem olbrzym odwrócił się z powrotem do strzygi i nachylił tak, że jego usta znalazły się tuż przy jej uchu. Utopiec widział tylko jego szerokie plecy i dłoń wielkości patelni, która zasłaniała usta.
- Chcę, żeby przestał. Na zawsze.
Wilkołak wyprostował się i rzucił na stół zwitek banknotów.
- Dowiedzcie się, kto miał wczoraj dostęp do mojego stanowiska - powiedział już głośniej.
W tym momencie do Waldka wszystko dotarło. Krew, perfumy, srebrne opiłki. Pani Jadzia nie prała ubrań. Prała brudy w najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu.
Dębski nachylił się do jego ucha.
- Nie stój jak kołek, nieładnie się tak gapić. Pani Jadzia prosi do gabinetu.
Przeszli przez prowizoryczne wejście i znaleźli się w wąskim, dusznym korytarzyku. Było tak ciasno, że Leszek musiał iść bokiem. Na końcu znajdowały się drzwi. Pani Jadzia otworzyła je kluczem, który nosiła na szyi, i weszli do środka. Była to klitka niewiele większa od szafy, wyposażona jedynie w stare, ciężkie biurko i wysiedziany fotel. Staruszka bez słowa zapadła się w niego z cichym westchnieniem, jakby wracała na swój tron. Waldek, który szedł ostatni, zamknął za nimi drzwi.
- Pani Jadziu, potrzebujemy informacji - powiedział Dębski, nie tracąc czasu.
Kobieta na pierwszy rzut oka była po prostu przygarbioną staruszką, ale im dłużej się na nią patrzyło, tym więcej dostrzegało się niepokojących szczegółów. Jej skóra była trupioblada, naznaczona gęstą siatką zmarszczek. Palce miała długie i kościste, a pod paznokciami, mimo pozornej czystości, tkwiła ciemna obwódka, jakby całe życie spędziła na kopaniu ziemi. Nie odpowiedziała leszemu. Jej czarne jak paciorki oczy przeniosły się wymownie na Waldka.
Dębski zauważył jej wahanie.
- Ręczę za niego - rzucił krótko.
- Słyszeć, to ja, Leszku, wiele słyszę - odparła skrzypiącym głosem, nie odrywając wzroku od Waldka. Lustrowała go jak towar na sprzedaż. Jak narzędzie, którego przydatność właśnie oceniała. - Ale coraz starsza jestem, w kościach łupie. A i nie tylko ja, maszyny też niedomagają. Jeśli będę mogła pomóc, to pomogę, ale nie za darmo. Muszę zadbać zwłaszcza o moje dziewczyny, o ich przyszłość. - A kolega... - dodała z nutą drapieżnej słodyczy. - Pan taki elegancki, z Centrali. Was stać.
Waldek stał jak wryty.
- Rozliczysz się ze mną - wtrącił Dębski twardo. - Nigdy nie żałowałaś.
- Mówisz, jakbyś ty kiedyś żałował... - Baba cmentarna przeniosła wzrok na leszego. - Mów, kochany, z czym przychodzisz. Tylko bez polityki.
- Mamy dwa trupy ważnych urzędników. Co o nich wiesz?
- Słyszałam... - Pokiwała głową ze smutkiem. - Żyli, umarli, będą umierać.- Wzruszyła ramionami. - Zygmunta szkoda, nie był jeszcze taki stary. Niech mu ziemia lekką będzie.
- Musisz mi dać coś więcej.
- Mówiłam, bez polityki... - Na pomarszczonej twarzy pani Jadzi pojawił się bezzębny uśmiech. - Ja prosta kobieta jestem. To za głębokie wody dla mnie. I wy też nie powinniście na nie wypływać, bo was jeszcze zdradliwe wiry wciągną.
- Tyle to i bez ciebie wiedziałem - mruknął leszy. - Dzięki za nic.
- No już, nie dąsaj się - rzuciła pojednawczo. - Wiele powiedzieć nie mogę, ale dam ci radę. Rozerwij się. Idź na dancing, potańczyć. Znajdź dziewczynę, która woli kwiat paproci od goździków.
Dębski ze zrozumieniem skinął głową w geście podziękowania. Już miał dać Waldkowi znak, że wychodzą, gdy ten, jakby wyrywany z zamyślenia, wtrącił się po raz pierwszy:
- A ten drugi, Podlaski... - zaczął nieśmiało. - To prawda, że wolał chłopców?
Najpierw zapadła cisza, a potem pani Jadzia wybuchnęła suchym, skrzypiącym śmiechem.
- A skądże znowu, kawalerze... - wychrypiała. - To ci na zeszyt powiem. Towarzysz miał fantazję bujną, to prawda, ale w drugą stronę. Lubił on dziewczynki, oj lubił. Czasem aż po kilka naraz. Miały z nim nieraz przeboje w jednym takim lokalu...
Jej czarne oczy przeniosły się na Dębskiego, a na pomarszczonych ustach wykwitł chytry uśmieszek.
- Ty wiesz, o którym lokalu mowa, Lechu, prawda?
- Tak, tak... - mruknął Dębski nienaturalnie głośno, a jego nonszalancka postawa gdzieś zniknęła. - Musimy już iść. Jak zawsze, to była... przyjemność cię spotkać - odchrząknął.
Bez czekania na odpowiedź otworzył drzwi i pchnął Waldka w stronę wyjścia.
Powietrze, które uderzyło w nich, jak tylko otworzyli zardzewiałe drzwi do piwnicy, było przyjemnie orzeźwiające w porównaniu z duszną atmosferą magla. Waldek ledwo nadążał za leszym, który ruszył przed siebie szybkim, sprężystym krokiem.
- O co jej chodziło, Lechu? - zapytał w końcu, łapiąc go za ramię. - Z tym dancingiem? I kim w ogóle jest ta cała pani Jadzia?
Dębski zwolnił kroku.
- Myślisz, że Centrala widzi wszystko? - prychnął. - Tam, gdzie jej wzrok nie sięga, rodzi się miejsce dla takich jak Jadzia. Szara strefa, luka w systemie. Nazwij to, jak chcesz.
- I co, ot tak jest twoim informatorem?
- Chciałbym. - Dębski zniżył głos. - To szara eminencja tego całego półświatka. Trzyma to wszystko twardą ręką jeszcze od przedwojnia. Czasy się zmieniają, szefowie Centrali przychodzą i odchodzą, a ona trwa. I wierz mi, nie chcesz być jej dłużnikiem.
- Rozumiem - powiedział w końcu Waldek. - No a to o goździkach? O co chodziło?
Leszy wzruszył ramionami, a na jego twarz powrócił cień dawnej nonszalancji.
- Dowiesz się wieczorem - rzucił, skręcając w głąb ciemnej uliczki. - W Kurzej Łapce.