Wyrwane kartki - Katarzyna Koziorowska

Kup ebooka

6.06 zł
5.03 zł (5,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Na przyszłość przyjdzie pora

I cóż, że świat mknie z prędkością światła.

Cóż, że życie kończy się

na samym początku.

Wszystko jest nicością - dla niej warto

oddać się ubóstwu, wzniecić

nietrafiony czas.

Kołysze się we mnie łza, zadana

przez przeszłość; przykrywam się tobą

niby bezkrwistym cieniem,

leciwym i przetartym

w paru miejscach.

Ukrywam w dłoni ziarenko -

kiedyś mogło stać się tobą.

Chowam przed sobą

ten bezmiar, tę kolejność złudzeń,

które nie znają poczucia winy.

Dzisiejszy poranek jest jak ból -

znalazł skrawek powietrza

w nieznanym świecie, odszukał błogosławieństwo,

za jakim wlecze się melancholia.

Nie potrafię kochać tak, żeby życie

odmawiało posłuszeństwa,

a ziemia zamierała w połowie drogi -

moja samotność staje się

twoją prośbą o jeszcze.

Dlatego też wierzę, że na przyszłość

przyjdzie jeszcze pora.

Ufam, że moje ciało dopasuje się

do twoich dłoni, a marzenia osiądą

na mieliźnie.

Nieparzysty wiek

Stałeś się człowiekiem, który nigdy

nie śpi, nigdy nie oddycha.

Twoje ciało, szyte na miarę,

zaczyna buntować się przeciwko

współodczuwaniu.

Wszystkie moje zmysły, posegregowane

w kolejności alfabetycznej, proszą o kęs

lubieżności, prostoty wykradzionej

pobliskiemu wieczorowi.

Schowałam gdzieś - nie wiadomo

dokładnie gdzie - garstkę westchnień,

krztynę czułości, aby miłość

została na dłużej.

Pękają we mnie kolejno słowa,

gorętsze od myśli. Życie - jak zwykle -

przechytrza przyszłość, koliduje

ze światłem, by przekonać słońce

do odwrotu, by ukarać księżyc,

tego recydywistę.

Pleni się we mnie gwiazda,

z jaką nie zgadza się tutejsza rzeka;

łakomie przegląda się w lustrze.

Na zakończenie stawiam płodną,

purpurową kropkę - niech obraca się

we mnie serce, niech dusi obłuda.

Chciałam zatrzymać dla ciebie oddech,

zachować jędrność myśli -

napisałeś kolejną autobiografię,

jeszcze jeden list otwarty.

Pod powiekami kwitną pierwsze

w tym roku łzy, przemija nieparzysty wiek.

Co za różnica?

Wybiegam na spotkanie twojemu ciału.

Opuszczam mój osobisty wszechświat,

aby poczuć łzy,

wyklęte i znieważone.

Każdy krok prowadzi mnie

ku łakomym myślom, jeszcze gorszym słowom.

Pod żebrem rozpleniła się

skarga na nicość, na szept zbyt sceniczny,

aby rozkładał przede mną czas,

czułość wystawioną na próbę.

Rodzi się we mnie przedawkowana przyszłość,

urojona przeszłość,

przelęknięta teraźniejszość.

Proszę, wstań, zanim zapłoną świece,

zanim niebo pochyli ku nam

swój popękany garb.

Niebo, otoczone kolczastym drutem,

to tylko ułamek płodnego powietrza,

najwyżej skrawek cienia,

wyjałowionego przez ciszę, przez bezsenność.

Twoje roznegliżowane wargi

proszą o jeden pocałunek,

muśnięcie w stronę słońca.

Dusza, odbita w lustrze z mgły,

kojarzy się z pretekstem do nieistnienia.

Moje ciało, twoje ciało - co za różnica?

Co za rozbieżność znaczeń,

kłamstwo przerwane w połowie?

Wszystko pozostanie zakalcem,

niewinną potrzebą, wyrafinowaną czeluścią...

Miłość? Nie rozśmieszaj mnie

I cóż, że gwiazdy obwieszczają donośnie

swoją obecność, a poranek

rozbiera się do naga?

Cóż, że karmisz mnie swoją wolnością,

skoro każde słowo wymierza cios

prosto w twarz?

Nie jesteś

tym samym wybiórczym czasem,

za jakim podążają wysublimowane emocje,

myśli tak niedostateczne,

że obawiam się zakończenia.

Sprawdzam punktualność słońca - niebo

wymyka się przez usta, chmury

osiadają na mieliźnie.

Usiłowałam wskrzesić w sobie

krztynę obojętności - mój senny koszmar

na to zasłużył.

Moje serce przekroczyło przerywaną

granicę między ciałem a łzami -

składam w twoje ramiona przeżyty wieczór,

podnoszę z podłogi paciorek jutra.

Sporo mam tych paciorków - pora,

aby spleść własny różaniec.

Miłość? Nie rozśmieszaj mnie.

To tylko kolejna doba do kolekcji.

To nic więcej niż przywidzenie,

dla jakiego zasnę w nieznane.

Jesteś tym krzyżem, na którym zawiśnie

opustoszałe ciało.

Jesteś przepaścią, w której się pogrążam.

Publiczna apokalipsa

Niewiele mnie obchodzi, co sądzi

na ten temat nadzieja.

Niedużo interesuje, mało intryguje,

co ma do przekazania wszechświat.

A jednak brnę, pokonuję

kolejne granice -

jestem, zupełnie przed czasem.

Gwiazdo, co stoisz w bramie,

czy słyszysz poszum bezpańskich minut?

Iskierko, która zabłąkałaś się

w moich dłoniach, czy rodzisz się ze światła,

które nada ci imię?

Moja myśl utknęła gdzieś na poboczu,

gdy szukała wejścia

do świeżo wyremontowanego raju,

gdy brakowało jej milczenia,

aby przeobrazić się w krzyk.

Sercem namaluję ci na ścianie

publiczną apokalipsę.

Co z tego, że śnił mi się Bóg, skoro życie

nie zbacza z naiwnej trajektorii?

Dziś nie scałowuję soli

z twoich warg. Obcy jest mi krzyk,

który zdobi twoje ciało.

Porzucam sposób, w jakim obchodzi się

ze mną przyszłość.

Wyzbywam się tego, co pozostało

po wczorajszej uczcie gwiazd.

Widzę przed sobą drogę - prostą,

łatwowierną, bez ani jednej zmarszczki.

Rysa na świetle pozostanie.

Skaza wyschnie wraz z końcową łzą.

Znów nie dokończę listu pożegnalnego.

Ten jedyny raz

Nie obchodzą mnie sny, kojarzące się

z rzeczywistością. Nie mieszam się

między słowa, które wypadły

ci z serca.

Legł w gruzach mój ostatni domek z kart,

w popiół obróciło życie,

które nie zasłużyło na śmierć.

Serce ruszy odrębną granicą, napotka tam

ciszę i chaos,

uwięzione w niewłaściwych ciałach,

przesadnie uszczęśliwione.

Łzy...

Czy ktoś tu mówi o łzach?

Łzy są tylko po to, abyś odnajdywał drogę

powrotną do piekła.

Smutek... Ach, jakie nosi dzisiaj imię?

Twoje, moje czy wspomnienia?

Nieważne...

Jaki kolor ma twoje serce?

Które lustrzane odbicie twojej duszy

jest prawdziwe?

Nie wiem.

Obracam w palcach bezsenną gwiazdę,

przypatruję się nadziei, która nie ma pojęcia,

co powiedzieć.

Znów umieram, na wymyśloną

przez siebie śmierć.

Odchodzę, choć wołają światła, choć do stóp

rzucają się cienie. Ronię po kolei łzy -

czy któraś z nich zasłużyła

na odrobinę radości?

Uśmiechnij się do moich myśli, ten jedyny raz...

Ten jedyny raz zrozum, ile snu

potrzeba, aby spisać własne epitafium...

Po tej stronie cienia

Czy to życie wymyka się spod stóp?

Czy to nadzieja szepce mi na ucho

same modlitwy?

A może... może to czas pomylił się

w obliczeniach?

Skąd mam wiedzieć, skoro faluje we mnie

świat, a przyszłość odprawia

tajemnicze rytuały?

Nic nie jest jasne po tej stronie cienia.

Niepewne są chodniki,

które kończą się

wiecznością;

księżyc, nieprzyzwyczajony do poranka,

rozkłada bezwiednie sumienie,

kojarzy się z namiętnością,

której się nie spodziewałam.

Jesienne sny wstają zawsze

w twoich łzach, podnoszą się z klęczek,

gdy od nieba odrywa się ostatni guzik.

Mokną moje myśli, wilgotnieją słowa -

cóż począć, gdy ciało

łasi się do serca?

Półpłynne są tereny, gdzie osiadły

moje pragnienia, gdzie rozpanoszyły się

skargi na ten nieudany życiorys.

Z czystą duszą zaczynam

tutejszy dzień;

czy bezczas jest po to, aby zrozumieć,

ile umiera w tobie smutku?

A może po to, aby oswoić lęk,

stawić czoła pamięci?

Proszę... Proszę, nie mów, że daleko stąd

do spełnionych marzeń. Nie kłam,

że życie zostawi sobie mnie na pamiątkę.

To tylko kilka

leciwych oddechów, kilka złudzeń,

z którymi mi do twarzy,

o jakich boję się zapomnieć...

Przyłbica

pacierze cisnące się na serce

honorowa salwa

która nie ma racji bytu

nie tutaj

wiesz odkładam dzisiaj skrzydła

dostatecznie za daleko

nie będą przydatne

choć obawiam się samotności

miłość nosi przyłbicę

źle skrojoną maskę

wszystko jest sztuczne

przynależy do jutrzejszych wahań

stopniowo

deseń za deseniem

moja cisza usiłuje przemóc

twój krzyk wyrzeźbiony

zbyt nieuważnie na ścianie raju

oto kolejny haust

mleka prosto od matki

jeszcze jeden spalony most

staję na palcach

próbuję wywęszyć kroplę oddechu

nadaremno

wszystko stracone

rzekł ktoś zbyt pobieżnie

oto twój wiekuisty obraz

szyty na miarę

i bezboleśnie splagiatowany

jaki kolor ma tegoroczne niebo

dlaczego tak daleko stąd

do utraconych lat

wyobrażeń zaniechanych

w połowie konającego pragnienia

Niewygodne ciało

przepłynęły wszystkie słowa

tej nieznanej krainy

na falach

wydobytych z pokładów człowieczeństwa

kołysze się słońce

spóźnione na legendarny powrót

jesteśmy

każde kocha siebie na swój sposób

krajobrazy wykradzione

z piwnicy

są wyłącznie grzechem

proszę pana

czy opłaca się tutaj żyć

nie mogę czekać aż wiek

obróci się przeciwko

to sterta łez rumianych i czerstwych

niby pamięć po tobie

nie umiem wybrać decydującej ścieżki

głośnej i bez ani jednej zmarszczki

ginę

pokrywam się samotnością

niby mrzonką dla której mogę

spokojnie oddychać

nie słyszę serca

jego modlitwy donikąd

zazdrosnego stukotu

i choć wyczerpało się niebo

ziemia zacisnęła w zwartą pięść

twój blask nie podda się cieniom

kłębiącym się na wycieraczce

szukającym gwiazd

warto wyśnić więcej

wydostać się

z ciasnego niewygodnego ciała

Zasłużyć na miłość

płynę wciąż pod ten sam prąd

który przyprowadził mnie

aż tutaj

odnajduję królestwo

w przeludnionych krainach

nieznanych życiu

twoje wilgotne serce

przebite na wylot

językiem

nie szuka drogi ewakuacyjnej

nie podąża w kierunku ciemności

jesteśmy by zachwycić czas

obrócić wniwecz ciało

któremu nie są obce pragnienia

jakie woła o jeden

przestępny sen

nie spoglądaj

zbyt wewnętrznie

w odmętach godzin czai się myśl

wciąż głaszczę pod włos

nie jesteś wadliwym produktem

ubocznym

nie stanowisz jutra

bez zalążka tajemnicy

moje zmysły domagają się wieczora

kiedy wyjdą na jaw

bezsenność i trwoga bezbolesne witraże

dla nich mogę odnaleźć ciszę

zasłużyć na miłość

bo miłość jest bezbożnym szeptaniem

tylko przekrzyczanym

uwolnionym z piersi anioła

tkwię w emocjonalnym ubóstwie

czekając na powrót jesieni

w niej zaklęte jest twoje oblicze

w niej rodzą się

najcięższe wspomnienia

Pierwszy przymrozek

I cóż, że ten świat bezszelestnie przemija,

skoro nie miał racji bytu?

I cóż, że życie - poczęte nie w porę -

gasi bogobojne pragnienie?

Który kraniec ziemi

trzeba zrozumieć, aby odzyskać samotność?

Nie wiem, jaką drogę zadedykować

niechętnym łzom.

Ciało, ograbione ze zmysłów,

nie jest już takie ciekawskie

i samodzielne, jak na wstępie.

Nie liczy się godzina, wypowiedziana

wystarczająco pochopnie.

Nie kojarzysz się z pokorą

spełnienia, nie odgradzasz od gwiazd.

Czy to moja dusza próbuje

wydostać się przez szparę w skorupie?

Tak, nieudana jest tegoroczna maska.

Nie są idealne słowa,

narodzone z poszarpanych myśli.

Znów myli mi się obojętność

z niedokończonym portretem jutra.

Kochaj, kochaj tak, aby zabrakło

bólu, żeby zmarnował się raj.

Nie chcę tonąć

z pierwszym w tym wieku przymrozkiem.

Nie chcę przypominać obłudy, od której

odgradza mnie głuchoniema ściana.

Przysięgłam ci wolność, taką nie do rymu,

bez twarzy. Subtelny krzyk rozgościł się

u progu zmierzchu.

Martwe kalendarze

Przybyła o stałej porze, tak jakby

sny chadzały spać własnymi ścieżkami.

Objawiła się - wszechświat dogorywał

u jej stóp.

Kochała się w purpurowych oddechach

spadających gwiazd, uwielbiała samotność,

kojarzącą się z przyszłością.

Zanim na popielate niebo wstąpił

powóz opatrzności,

spod powieki wyciekła nienakarmiona myśl -

ból stał się prawdą,

tylko zbyt natrętną, aby ujrzeć

nieznane, przyjrzeć się przyszłości.

Każda litera z kolejki unosi w sobie

przesyt milczenia, każda wyuzdana cyfra

jest spadzistym dachem

dla małomównych wzruszeń.

Nie martw się, to nie ten sam wstęp,

który pilnie znałeś. To nie lęk,

widziany z daleka.

Ostrokątna gwiazdo, co kwiecisz się

na testamencie: przekonaj mnie

do pustki, do życia, które zaniemówiło

gdzieś w połowie,

na wszelki wypadek.

Utopia, którą ci nieśmiało dedykuję,

jest uniewinnieniem, ciśnieniem brnącym

w kierunku przepalonej żarówki,

na przekór martwym kalendarzom,

pękniętym godzinom.