Na przyszłość przyjdzie pora
I cóż, że świat mknie z prędkością światła.
Cóż, że życie kończy się
na samym początku.
Wszystko jest nicością - dla niej warto
oddać się ubóstwu, wzniecić
nietrafiony czas.
Kołysze się we mnie łza, zadana
przez przeszłość; przykrywam się tobą
niby bezkrwistym cieniem,
leciwym i przetartym
w paru miejscach.
Ukrywam w dłoni ziarenko -
kiedyś mogło stać się tobą.
Chowam przed sobą
ten bezmiar, tę kolejność złudzeń,
które nie znają poczucia winy.
Dzisiejszy poranek jest jak ból -
znalazł skrawek powietrza
w nieznanym świecie, odszukał błogosławieństwo,
za jakim wlecze się melancholia.
Nie potrafię kochać tak, żeby życie
odmawiało posłuszeństwa,
a ziemia zamierała w połowie drogi -
moja samotność staje się
twoją prośbą o jeszcze.
Dlatego też wierzę, że na przyszłość
przyjdzie jeszcze pora.
Ufam, że moje ciało dopasuje się
do twoich dłoni, a marzenia osiądą
na mieliźnie.
Nieparzysty wiek
Stałeś się człowiekiem, który nigdy
nie śpi, nigdy nie oddycha.
Twoje ciało, szyte na miarę,
zaczyna buntować się przeciwko
współodczuwaniu.
Wszystkie moje zmysły, posegregowane
w kolejności alfabetycznej, proszą o kęs
lubieżności, prostoty wykradzionej
pobliskiemu wieczorowi.
Schowałam gdzieś - nie wiadomo
dokładnie gdzie - garstkę westchnień,
krztynę czułości, aby miłość
została na dłużej.
Pękają we mnie kolejno słowa,
gorętsze od myśli. Życie - jak zwykle -
przechytrza przyszłość, koliduje
ze światłem, by przekonać słońce
do odwrotu, by ukarać księżyc,
tego recydywistę.
Pleni się we mnie gwiazda,
z jaką nie zgadza się tutejsza rzeka;
łakomie przegląda się w lustrze.
Na zakończenie stawiam płodną,
purpurową kropkę - niech obraca się
we mnie serce, niech dusi obłuda.
Chciałam zatrzymać dla ciebie oddech,
zachować jędrność myśli -
napisałeś kolejną autobiografię,
jeszcze jeden list otwarty.
Pod powiekami kwitną pierwsze
w tym roku łzy, przemija nieparzysty wiek.
Co za różnica?
Wybiegam na spotkanie twojemu ciału.
Opuszczam mój osobisty wszechświat,
aby poczuć łzy,
wyklęte i znieważone.
Każdy krok prowadzi mnie
ku łakomym myślom, jeszcze gorszym słowom.
Pod żebrem rozpleniła się
skarga na nicość, na szept zbyt sceniczny,
aby rozkładał przede mną czas,
czułość wystawioną na próbę.
Rodzi się we mnie przedawkowana przyszłość,
urojona przeszłość,
przelęknięta teraźniejszość.
Proszę, wstań, zanim zapłoną świece,
zanim niebo pochyli ku nam
swój popękany garb.
Niebo, otoczone kolczastym drutem,
to tylko ułamek płodnego powietrza,
najwyżej skrawek cienia,
wyjałowionego przez ciszę, przez bezsenność.
Twoje roznegliżowane wargi
proszą o jeden pocałunek,
muśnięcie w stronę słońca.
Dusza, odbita w lustrze z mgły,
kojarzy się z pretekstem do nieistnienia.
Moje ciało, twoje ciało - co za różnica?
Co za rozbieżność znaczeń,
kłamstwo przerwane w połowie?
Wszystko pozostanie zakalcem,
niewinną potrzebą, wyrafinowaną czeluścią...
Miłość? Nie rozśmieszaj mnie
I cóż, że gwiazdy obwieszczają donośnie
swoją obecność, a poranek
rozbiera się do naga?
Cóż, że karmisz mnie swoją wolnością,
skoro każde słowo wymierza cios
prosto w twarz?
Nie jesteś
tym samym wybiórczym czasem,
za jakim podążają wysublimowane emocje,
myśli tak niedostateczne,
że obawiam się zakończenia.
Sprawdzam punktualność słońca - niebo
wymyka się przez usta, chmury
osiadają na mieliźnie.
Usiłowałam wskrzesić w sobie
krztynę obojętności - mój senny koszmar
na to zasłużył.
Moje serce przekroczyło przerywaną
granicę między ciałem a łzami -
składam w twoje ramiona przeżyty wieczór,
podnoszę z podłogi paciorek jutra.
Sporo mam tych paciorków - pora,
aby spleść własny różaniec.
Miłość? Nie rozśmieszaj mnie.
To tylko kolejna doba do kolekcji.
To nic więcej niż przywidzenie,
dla jakiego zasnę w nieznane.
Jesteś tym krzyżem, na którym zawiśnie
opustoszałe ciało.
Jesteś przepaścią, w której się pogrążam.
Publiczna apokalipsa
Niewiele mnie obchodzi, co sądzi
na ten temat nadzieja.
Niedużo interesuje, mało intryguje,
co ma do przekazania wszechświat.
A jednak brnę, pokonuję
kolejne granice -
jestem, zupełnie przed czasem.
Gwiazdo, co stoisz w bramie,
czy słyszysz poszum bezpańskich minut?
Iskierko, która zabłąkałaś się
w moich dłoniach, czy rodzisz się ze światła,
które nada ci imię?
Moja myśl utknęła gdzieś na poboczu,
gdy szukała wejścia
do świeżo wyremontowanego raju,
gdy brakowało jej milczenia,
aby przeobrazić się w krzyk.
Sercem namaluję ci na ścianie
publiczną apokalipsę.
Co z tego, że śnił mi się Bóg, skoro życie
nie zbacza z naiwnej trajektorii?
Dziś nie scałowuję soli
z twoich warg. Obcy jest mi krzyk,
który zdobi twoje ciało.
Porzucam sposób, w jakim obchodzi się
ze mną przyszłość.
Wyzbywam się tego, co pozostało
po wczorajszej uczcie gwiazd.
Widzę przed sobą drogę - prostą,
łatwowierną, bez ani jednej zmarszczki.
Rysa na świetle pozostanie.
Skaza wyschnie wraz z końcową łzą.
Znów nie dokończę listu pożegnalnego.
Ten jedyny raz
Nie obchodzą mnie sny, kojarzące się
z rzeczywistością. Nie mieszam się
między słowa, które wypadły
ci z serca.
Legł w gruzach mój ostatni domek z kart,
w popiół obróciło życie,
które nie zasłużyło na śmierć.
Serce ruszy odrębną granicą, napotka tam
ciszę i chaos,
uwięzione w niewłaściwych ciałach,
przesadnie uszczęśliwione.
Łzy...
Czy ktoś tu mówi o łzach?
Łzy są tylko po to, abyś odnajdywał drogę
powrotną do piekła.
Smutek... Ach, jakie nosi dzisiaj imię?
Twoje, moje czy wspomnienia?
Nieważne...
Jaki kolor ma twoje serce?
Które lustrzane odbicie twojej duszy
jest prawdziwe?
Nie wiem.
Obracam w palcach bezsenną gwiazdę,
przypatruję się nadziei, która nie ma pojęcia,
co powiedzieć.
Znów umieram, na wymyśloną
przez siebie śmierć.
Odchodzę, choć wołają światła, choć do stóp
rzucają się cienie. Ronię po kolei łzy -
czy któraś z nich zasłużyła
na odrobinę radości?
Uśmiechnij się do moich myśli, ten jedyny raz...
Ten jedyny raz zrozum, ile snu
potrzeba, aby spisać własne epitafium...
Po tej stronie cienia
Czy to życie wymyka się spod stóp?
Czy to nadzieja szepce mi na ucho
same modlitwy?
A może... może to czas pomylił się
w obliczeniach?
Skąd mam wiedzieć, skoro faluje we mnie
świat, a przyszłość odprawia
tajemnicze rytuały?
Nic nie jest jasne po tej stronie cienia.
Niepewne są chodniki,
które kończą się
wiecznością;
księżyc, nieprzyzwyczajony do poranka,
rozkłada bezwiednie sumienie,
kojarzy się z namiętnością,
której się nie spodziewałam.
Jesienne sny wstają zawsze
w twoich łzach, podnoszą się z klęczek,
gdy od nieba odrywa się ostatni guzik.
Mokną moje myśli, wilgotnieją słowa -
cóż począć, gdy ciało
łasi się do serca?
Półpłynne są tereny, gdzie osiadły
moje pragnienia, gdzie rozpanoszyły się
skargi na ten nieudany życiorys.
Z czystą duszą zaczynam
tutejszy dzień;
czy bezczas jest po to, aby zrozumieć,
ile umiera w tobie smutku?
A może po to, aby oswoić lęk,
stawić czoła pamięci?
Proszę... Proszę, nie mów, że daleko stąd
do spełnionych marzeń. Nie kłam,
że życie zostawi sobie mnie na pamiątkę.
To tylko kilka
leciwych oddechów, kilka złudzeń,
z którymi mi do twarzy,
o jakich boję się zapomnieć...
Przyłbica
pacierze cisnące się na serce
honorowa salwa
która nie ma racji bytu
nie tutaj
wiesz odkładam dzisiaj skrzydła
dostatecznie za daleko
nie będą przydatne
choć obawiam się samotności
miłość nosi przyłbicę
źle skrojoną maskę
wszystko jest sztuczne
przynależy do jutrzejszych wahań
stopniowo
deseń za deseniem
moja cisza usiłuje przemóc
twój krzyk wyrzeźbiony
zbyt nieuważnie na ścianie raju
oto kolejny haust
mleka prosto od matki
jeszcze jeden spalony most
staję na palcach
próbuję wywęszyć kroplę oddechu
nadaremno
wszystko stracone
rzekł ktoś zbyt pobieżnie
oto twój wiekuisty obraz
szyty na miarę
i bezboleśnie splagiatowany
jaki kolor ma tegoroczne niebo
dlaczego tak daleko stąd
do utraconych lat
wyobrażeń zaniechanych
w połowie konającego pragnienia
Niewygodne ciało
przepłynęły wszystkie słowa
tej nieznanej krainy
na falach
wydobytych z pokładów człowieczeństwa
kołysze się słońce
spóźnione na legendarny powrót
jesteśmy
każde kocha siebie na swój sposób
krajobrazy wykradzione
z piwnicy
są wyłącznie grzechem
proszę pana
czy opłaca się tutaj żyć
nie mogę czekać aż wiek
obróci się przeciwko
to sterta łez rumianych i czerstwych
niby pamięć po tobie
nie umiem wybrać decydującej ścieżki
głośnej i bez ani jednej zmarszczki
ginę
pokrywam się samotnością
niby mrzonką dla której mogę
spokojnie oddychać
nie słyszę serca
jego modlitwy donikąd
zazdrosnego stukotu
i choć wyczerpało się niebo
ziemia zacisnęła w zwartą pięść
twój blask nie podda się cieniom
kłębiącym się na wycieraczce
szukającym gwiazd
warto wyśnić więcej
wydostać się
z ciasnego niewygodnego ciała
Zasłużyć na miłość
płynę wciąż pod ten sam prąd
który przyprowadził mnie
aż tutaj
odnajduję królestwo
w przeludnionych krainach
nieznanych życiu
twoje wilgotne serce
przebite na wylot
językiem
nie szuka drogi ewakuacyjnej
nie podąża w kierunku ciemności
jesteśmy by zachwycić czas
obrócić wniwecz ciało
któremu nie są obce pragnienia
jakie woła o jeden
przestępny sen
nie spoglądaj
zbyt wewnętrznie
w odmętach godzin czai się myśl
wciąż głaszczę pod włos
nie jesteś wadliwym produktem
ubocznym
nie stanowisz jutra
bez zalążka tajemnicy
moje zmysły domagają się wieczora
kiedy wyjdą na jaw
bezsenność i trwoga bezbolesne witraże
dla nich mogę odnaleźć ciszę
zasłużyć na miłość
bo miłość jest bezbożnym szeptaniem
tylko przekrzyczanym
uwolnionym z piersi anioła
tkwię w emocjonalnym ubóstwie
czekając na powrót jesieni
w niej zaklęte jest twoje oblicze
w niej rodzą się
najcięższe wspomnienia
Pierwszy przymrozek
I cóż, że ten świat bezszelestnie przemija,
skoro nie miał racji bytu?
I cóż, że życie - poczęte nie w porę -
gasi bogobojne pragnienie?
Który kraniec ziemi
trzeba zrozumieć, aby odzyskać samotność?
Nie wiem, jaką drogę zadedykować
niechętnym łzom.
Ciało, ograbione ze zmysłów,
nie jest już takie ciekawskie
i samodzielne, jak na wstępie.
Nie liczy się godzina, wypowiedziana
wystarczająco pochopnie.
Nie kojarzysz się z pokorą
spełnienia, nie odgradzasz od gwiazd.
Czy to moja dusza próbuje
wydostać się przez szparę w skorupie?
Tak, nieudana jest tegoroczna maska.
Nie są idealne słowa,
narodzone z poszarpanych myśli.
Znów myli mi się obojętność
z niedokończonym portretem jutra.
Kochaj, kochaj tak, aby zabrakło
bólu, żeby zmarnował się raj.
Nie chcę tonąć
z pierwszym w tym wieku przymrozkiem.
Nie chcę przypominać obłudy, od której
odgradza mnie głuchoniema ściana.
Przysięgłam ci wolność, taką nie do rymu,
bez twarzy. Subtelny krzyk rozgościł się
u progu zmierzchu.
Martwe kalendarze
Przybyła o stałej porze, tak jakby
sny chadzały spać własnymi ścieżkami.
Objawiła się - wszechświat dogorywał
u jej stóp.
Kochała się w purpurowych oddechach
spadających gwiazd, uwielbiała samotność,
kojarzącą się z przyszłością.
Zanim na popielate niebo wstąpił
powóz opatrzności,
spod powieki wyciekła nienakarmiona myśl -
ból stał się prawdą,
tylko zbyt natrętną, aby ujrzeć
nieznane, przyjrzeć się przyszłości.
Każda litera z kolejki unosi w sobie
przesyt milczenia, każda wyuzdana cyfra
jest spadzistym dachem
dla małomównych wzruszeń.
Nie martw się, to nie ten sam wstęp,
który pilnie znałeś. To nie lęk,
widziany z daleka.
Ostrokątna gwiazdo, co kwiecisz się
na testamencie: przekonaj mnie
do pustki, do życia, które zaniemówiło
gdzieś w połowie,
na wszelki wypadek.
Utopia, którą ci nieśmiało dedykuję,
jest uniewinnieniem, ciśnieniem brnącym
w kierunku przepalonej żarówki,
na przekór martwym kalendarzom,
pękniętym godzinom.